Polska pożegnała mnie piękną wiosenną pogodą, a Ameryka…
Po krótkiej nieprzespanej nocy (pobudka o 4:30) organizm, ani tym bardziej umysł nie wie, co go czeka w ciągu najbliższych godzin i dni. Śniadanie „nie wchodzi” do żołądka, bo ani na nie pora, ani ochota. Kawa już lepiej, jako codzienna niezbędna dawka kofeiny.
Okolice przesuwające się przed oczami przez pierwsze kilometry drogi do Warszawy są tak znajome i tyle razy przemierzane, że w ogóle nie kojarzy się faktu, że te mijane właśnie miejsca, znane jak własna kieszeń będzie się znów oglądać dopiero za kilka miesięcy, lat, lub nawet już nigdy. Dlatego pożegnanie z bliskimi często wygląda mniej okazale, niż to powinno mieć miejsce.
Zapewne dla wielu tych, którzy wcale nie chcą wylatywać z coraz piękniejszej Polski (piękniejszej pogodowo (wylatywałem na początku wiosny), ale i piękniejącej społeczno- ekonomicznie) ciągle gdzieś tam świeci nadzieja, że można się jakoś „spóźnić na samolot”? Może na przesiadkę? Może nie spodobamy się Border Gouard’owi i odeśle nas z powrotem pierwszym samolotem? W końcu „Pracownik graniczny to pierwsza linia obrony przed terroryzmem!”- tak głosi wielki plakat przed jego okienkiem. Więc jak mamy za długie jak na mężczyznę włosy (pewnie Mudżahedin?!), wąsy i brodę (pewnie Talib!), dziurawe spodnie lub buty (pewnie konstruował ładunki wybuchowe i mu wypaliło?), itd. to by ustrzec swoją ojczyznę przed zamachem powie nam – won! Włosy miałem krótkie, brodę również, spodnie całe, a w dokumentach wszystko w porządku, więc…
Ale zanim znalazłem się na amerykańskiej ziemi, musiałem się najpierw dostać z centrum Warszawy na lotnisko Okęcie.

Warszawa przywitała mnie piękną pogodą, a Stadion Tysiąclecia, a dokładniej przystadionowy bazar dał namiastkę tego, co czeka mnie za Oceanem. Dziesiątki narodowości świata w jednym miejscu: Białorusini, Chińczycy, Rosjanie, Wietkongi, Rwanda i Uganda. Azjaci, Murzyni, Arabowie – do wyboru do koloru. Zobaczyłem w jednym miejscu twarze białe, żółte, czarne, czerwone (nie, nie Indianie, a alkoholicy;).
Taksówkarz z cudownym praskim akcentem (to ich zabójcze „Paaanie…”) za 28,80 dowiózł spod Pałacu Kultury i Nauki na samo lotnisko Okęcie. W międzyczasie wymieniliśmy poglądy o upadającym kursie Dolara USA, o biedniejących Stanach, itd.
Port Lotniczy w Warszawie imienia Fryderyka Chopina powitał mnie policyjną blokadą terminala numer 2, oraz jego ewakuacją (chyba jakąś próbną ewakuacją, bo gdy odlatywałem, terminal ten ciągle nie był w pełni otwarty i gotowy do odprawy pasażerów, a nie tylko ich przyjmowania). Ja na szczęście odlatywałem z terminala pierwszego.


Pierwsze primo.
Dane lotu widniejące na naszym bilecie kupionym drogą elektroniczną nie muszą odpowiadać temu, co widnieje na tablicach informacyjnych odlotów. Może nie zgadzać się godzina odlotu (z jakąś 5-10minutową różnicą) oraz numer lotu (zarówno litery jak i cyfry). Ale pani z Lufthansy wszystko wyjaśniła, więc pozostało tylko przepakować nadbagaż, w którym było 27kg zamiast dozwolonych 2x23kg + nadbagaż, i już można było przechodzić do strefy zagranicznej. Ale ja pozostałem jeszcze po nieodprawionej stronie, by nacieszyć się polskością. Cieszyłem się nią tak długo, że na odprawę osobistą się spóźniłem i musiałem prosić uprzejmych rodaków o przepuszczenie w kolejce do prześwietlenia mnie i bagażu. Otworzyć laptopa- zamknąć laptopa i już.
No i jeszcze tylko krótka utarczka słowna z obsługą lotniska, która nie chciała mi „rzucić okiem” na bagaż, gdy na dosłownie minutę wskoczę do toalety. Takie są uroki podróżowania samotnie. Prędzej nam pęcherz pęknie niż zgodnie z prawem i przepisami lotniskowymi skorzystamy z toalety. Bagażu pozostawić bez opieki nie można, bo jak ktoś go nie ukradnie, to zaraz go Straż Graniczna wysadzi w powietrze (wcześniej ewakuując lotnisko, a później obarczając mnie kosztami ewakuacji i detonacji). Kazali zabrać mi go ze sobą do toalety, bo tam jest dużo miejsca i na pewno się zmieszczę. No… tak… Bardzo sympatycznie i higienicznie jeździć po czyimś moczu bagażem na kółkach. Ciekawe, jak swoje biologiczne ślady zostawiłby tam np. nosiciel żółtej febry. Ja moją walizeczką rozwiozę to po terenie całego lotniska, później przeciągnę do samolotu, do luku bagażowego, itd. Bagaż przed chwilą prześwietlany, w pełni bezpieczny lepiej niech wybuchnie ewentualnie w samolocie, niż przy pani z obsługi lotniska – bzdurne przepisy!
Jeszcze bzdurniejsze wydaje mi się to, że zabierają nam z bagażu wszystkie ostre przedmioty (np. każą wyłamać malutki metalowy pilniczek z obcinacza do paznokci, by przypadkiem nie zaatakować nim załogi samolotu), podczas gdy do obiadu dostaniemy od Lufthansy metalowe sztućce:) Przy odrobinie cierpliwości możemy je podczas wielogodzinnego lotu odpowiednio zaostrzyć i… Niczego nikomu nie podpowiadam!
Albo przewożenie płynów. Gdy zabierzemy do bagażu podręcznego flakonik naszych ulubionych perfum, a będzie on miał więcej niż 100ml, to oczywiście nam go przy odprawie bagażowej zabiorą. Gdy już przejdziemy odprawę, to możemy w sklepie wolnocłowym kupić i wziąć na pokład samolotu np. 10 butelek spirytusu. Kilku terrorystów x 10 butelek 96% C2H5OH = … tak, zgadliście, udany, samobójczy, terrorystyczny zamach na samolot. Na szczęście prawdziwi Muzułmanie nie używają alkoholu i Al Qaida musi kombinować inaczej…


Samolot.
Miejsce przy oknie. Ostatnia chwila na tanie (nieroamingowe) rozmowy przez telefon komórkowy i czas na pożegnalne SMSy do najbliższych. Podczas międzylądowania we Frankfurcie stawki roamingowe wyniosą odpowiednio (w Era Tak-Tak i Simplusie):
2,35 zł za minutę połączenia wykonywanego  (w Simplusie 1,79zł/min.)
1,04 zł za minutę połączenia odebranego      (w Simplusie 0,85zł/min.)
0,57 zł za SMS-a).                                      (w Simplusie 0,57 za SMS)
W USA stawki roamingowe TakTak będą zabójcze!:
12 zł za minutę połączenia wykonywanego (ale już tylko 9,90zł/min za wykonywaną wideorozmowę;)
 6  zł za minutę połączenia odebranego,
1,95zł za wysłanego SMSa (odbiera się je na szczęście za darmo, ale UWAGA – zapłacimy także 4zł za każdego odebranego MMSa!, więc na czas sobie tę usługę (przyjmowanie MMSów) wyłączcie jeszcze w Polsce – robi się to w menu telefonu lub przez biuro obsługi klienta).

Powracając do samolotu… Niespełna 2godzinny lot do Frankfurtu to rzecz bardzo prosta. Kołowanie. Krótka instrukcja zachowań ewakuacyjnych. Start. 100minut lotu, przyziemienie, lądowanie. Frankfurt.
Lotnisko we Frankfurcie to takie małe miasto. A może nawet nie małe, a ogromne? Kilka terminali. Kilkaset metrów dzielących każdy z nich. Ruchome chodniki, by wszystko mogło odbywać się szybciej. A w tunelach, którymi prowadzą chodniki nastrojowe świergotanie ptaków płynące z głośników i zmieniające się oświetlenie mające na celu wyciszenie emocji. By dostać się do właściwej bramki, (ciągle na jednym i tym samym terminalu!) trzeba pokonać kilkaset metrów chodników stałych, chodników ruchomych oraz dwie międzypoziomowe windy.

Ostatni rzut oka na Warszawę Wnętrze AirbusaLufthansowe pyszności;) Ruchome chodniki we Frankfurcie. 9godzinny lot Frankfurt - Detroit Drzwi do Ameryki...

1. Ostatni rzut oka na Warszawę jeszcze z ziemi.
2. Wnętrze Airbusa A319, którym na trasie Warszawa – Frankfurt przelatuje się 557mil (897km), spędzając w powietrzu 1h45′.
3. Lufthansowe pyszności (piwo na szczęście prawie do woli:).
4. Śpiewający ptasimi głosami samobieżny chodnik na lotnisku we Frankfurcie.
5. Wnętrze Airbusa A330-300, którym na trasie Frankfurt – Detroit przelatuje się 4140mil (6662km), spędzając w powietrzu 9godzin. 200 telewizorów – raj dla Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji – do ściągnięcia 200 abonamentów telewizyjnych;)
6. Za tymi skromnymi drzwiami znajduje się ta WIELKA, sławna Ameryka… Całe lotnisko Ameryki jeszcze (a może już?) nie przypomina…

Więcej zdjęć z lotu dostępne jest tutaj In the Air…