Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Lecieć do USA czas najwyższy. Wracać do ciężkiej pracy, smacznych kołaczy i do kontynuowania Waszego ulubionego Bloga.

Jestem, żyję, i dziękuję tym, którzy dobijali się do mnie i na blogu i w mailach i na FB z pytaniem, czy jeszcze jestem na tym łez padole, czy może ktoś zrobił rachu-ciachu i posłał mnie maczetą do piachu. A no jestem, egzystuję i od 6 godzin siedzę na Okęciu w oczekiwaniu na samolot do Amsterdamu i dalej do Detroit.

Tym razem, by zmylić wszystkie tajne służby, nabyłem bilet zaledwie 39 godziny przed odlotem. Gdybym mieszkał w Warszawie, to zapewne bilet na lot do USA kupowałbym u kapitana samolotu, albo za pół ceny od stewardessy, tuż po odlocie. Ale że jestem Słoikiem, który nie wekuje się w Stolycy, to bilet musiałem kupić w Internetach (cholernie drogi tym razem, KLMem i dalej Deltą za 3.644zł, ok. 800zł drożej, niż zazwyczaj). Bilet nabyłem w niedzielne popołudnie, budzę się w poniedziałkowy poranek, włączam RMF i co słyszę w  pierwszej wiadomości? „Podwyższone środki bezpieczeństwa na polskich statkach morskich!”. Tak ich wszystkich zmyliłem, że myślą, że ja Batorym tym razem płynę do USA. Przez Ołszyn popłynę następnym razem, co pewnie spowoduje to, że tuż po zakupie biletu na przefrachtowanie mnie do USA, polskie służby ogłoszą podwyższone środki w bezpieczeństwa kosmosie…

Siedzę sobie na Okęciu na tych mega niewygodnych krzesłach z blachy z dziurkami, która robi z ud i półdupków sitko. Lotnisko za trylion oktylionów dolarów, a świnie w rzeźni mają przytulniej w stalowych prowadnicach do uboju. No ale nie narzekam, prąd za darmo (gdyby ktoś szukał mnie kiedyś na Okęciu, albo zamiast mnie to darmowego prądu, to proszę szukać przy Check-in nr 210. Siedzę i czekam, który z patroli czy to Służby Celnej, czy Straży Granicznej czy Służby Ochrony Lotniska, czy może chociaż jakiś Burek pospolity z Policji się mną tym razem zainteresuje. Ale nie… Wszyscy mnie już tu znają i wiedzą, że lepiej nie podchodzić. A ja naprawdę wyglądam podejrzanie. Ciemna karnacja, ciemne włosy, akbarowe spojrzenie – sam będąc ochronnikiem naszego portu lotniczego strzelałbym do kogoś takiego jak ja bez pytania, a oni chodzą, patrzą i plują na piękne lastrykowe kafelki hali odlotów…

TAK, plują. Rozmawiam sobie spokojnie przez telefon, patrzę na dwóch SOL (Strażników Ochrony Lotniska), a jeden z nich, jak jakiś pospolity menel w parku nacharkał na podłogę i rozciągnął plwocinę po kafelce. SZOK i niedowierzanie – jak mawiają polityczni klasycy.
Odkładam zatem na chwilę słuchawkę i przez pół lotniska pytam sprawcę: COO TOO BYŁOOO ?!
– Do mnie pan mówi – odkrzykuje plujący SOL.
– NOO, A DOO KOOGOOO?! – mówię odważnie z gestem, by plujek podszedł bliżej, bo nie będę do niego wykrzykiwał przez pół hali odlotów.
– O co chodzi? – pyta ślinotoczny Strażnik z miną, jakby był jakimś przygłupem.
– O GÓWNO! – chciałoby się mu odrzec, ale się na szczęście na te kafelki nie zesrał, tylko napluł, więc grzecznie wyjaśniam, że: „Jest pan w służbowym, państwowym mundurze, a napluł pan na środku lotniska jak jakiś menel w parku!
– Ale.. ale… ale mi mucha wpadła, i w odruchu obronnym musiałem ją wypluć. – tłumaczy się jąkając jakby ze strachu.
– Ja tam podejdę i jak nie znajdę śladów po żadnej musze, to od razu dzwonię po sanepid! W większości krajów świata, za rozsiewanie materiału biologicznego w miejscach publicznych dostaje się mandaty lub trafia do więzienia! Pan nosi MUNDUR, a zachowuje się jak MENEL! – zastrzeliłem Strażnika skuteczniej, niż z bazooki.

Poszli skruszeni i mimo tego, że ja naprawdę wydaję się podejrzany, siedzę z laptopem na kolanach, dwa smartfony podłączone do tegoż komputera, znudzonym wzrokiem błądząc po stalowej konstrukcji dachu lotniska piszę coś bez patrzenia na klawiaturę… to strażnicy już ani razu, robiąc kolejne obchody nawet nie spojrzeli w moim kierunku.

Oj słabo widzę zdolności obronne naszych strażników, skoro wielki mundurowiec o mało nie został zgładzony przez małą muchę (nawet nie hiszpańską, a polską, pospolitą, śniętą już jesiennie).

W miejscu w którym siedzę znajduje się zbliżeniowy czujnik elektronicznych kart pracy. Już 10 minut przed godziną w której kończy się zmiana, wszyscy stoją i machając zniecierpliwieni swoimi przepustkami czekają na najbardziej pośpieszny smartfon, który najwcześniej wybije na swoim wyświetlaczu tę upragnioną 22:00, 23:00, itd. Kadry bardzo młode, średnia wieku tych wszystkich ludzi to na pewno poniżej 30lat. Głupokwate jeszcze wszystko takie. Klną w miejscach publicznych, bawią się wózkami inwalidzkimi, itd. Każda ich głupota nagrywana przynajmniej przez jedną z kamer monitoringu. Owa terrorystyczna mucha i jej dzielne unieszkodliwienie przez strażnika także się nagrało – szkoda, nie na mojej kamerze.. ;)

Amsterdamie, nadlatuję!
A w Amsterdamie czarno, mimo, że lądowałem o 8:00. Większość obsługi technicznej… jak to napisać, by nikogo nie urazić… w nocy każdy z nich jest totalnie niewidoczny nawet w silnych światłach reflektorów. Kobieta w burce chowa jakieś bomby w zaparkowanym przy moim samolocie VANie. Wszyscy wydają się jacyś tacy Lejzi Dejzi… ABSOLUTNIE nie zabraniam nikomu czarnemu, brązowemu, żółtemu, zielonemu, białemu podejmować pracy gdziekolwiek, no ależ kurwa rzesz mać, żeby na lotnisku w białym do niedawna kraju w Europie środkowej trudno było spotkać kogoś o przyjaznym kolorze skóry…? Takie były moje pierwsze spostrzeżenia odnośnie tegorazowego lądowania w Holandii… Tzn. drugie, bo pierwsze wnioski o Niderlandach nasunęły mi się już na Okęciu.

Holandia to jednak kraj dewiantów. Naprawdę! Lata temu jeździłem do tego pięknego kraju 2x w tygodniu i zza kierownicy samochodu wydawał się przepiękny. Autostrady wszesz i wzdłuż. Drogi usypane wzdłuż jezior. Przy każdej drodze malowniczy kanał. Tysiące wiatraków nowoczesnych, stawianych w dziesiątkach sztuk nawet na środku jeziora, i te starodawne wiatraczyska, których tak obawiał się Don Kichot. Stare miasto Amsterdam i jego cudowne mosty i kanały. PIĘKNIE!
Jednak Holandia ma też swoje drugie dno. I jest ono, jak na kraj żyjący w depresji geologicznej dnem dna. To, że Holendrzy wychowywani od lat w jakiejś lewackiej utopii są odklejeni, to wie każde dziecko. Ale owa Holandia „utapia” naszych własnych, polskich, rdzennych obywateli (głównie obywatelki). Dziewczyna siedząca naprzeciw mnie, z polskim paszportem – wytatuowane gwiazdki na kostkach dłoni, zaburzone spojrzenie Popka na twarzy. Lesbijka lub minimum wojująca feministka.
Tuż przede mną w kolejce „dziewczyna” z fryzurą ściętą krócej, niż poborowy za czasów PRLu. W nosie wielki okrągły kolczyk, jakby była krową na którą jej właściciel bierze dopłaty unijne. Obok niej jej dziewczyna. Także Polka… Patrzysz na nich i zastanawiasz się, dlaczego ten durny Hitler nie poszedł w 1939 na Zachod… Nie dość, że w tydzień zaszedłby do Portugalii, to dziś cała Europa władałaby językiem niemieckim…

No to Danke, i przełączamy się na maj inglisz.

1. I tak mniej więcej wygląda 2/3 obsługi amsterdamskiego portu lotniczego… 

Ile razy pisałem Wam o… ociężałości umysłowej Amerykanów? Dużo razy. Bardzo dużo. A to i tak o wiele za… mało razy! Oczywiście opinie o ich IQ są sprzeczne i wielu z Was uważa ich za geniuszy. Bo mają NASA (stworzonego przez syna niemieckich imigrantów), wahadłowce, niewykrywalne samoloty (j. w.), bo latają w kosmos, bo stworzyli Apple’a (to akurat syn syryjskiego imigranta), bo stworzyli Facebooka (to akurat Izraelczyk), itd.

Przykłady ich zarówno geniuszu, jak i „geniuszu” mógłbym mnożyć setkami. Jednak ich „geniusz” mogę podnosić do potęgi n-tej i jeszcze to wszystko SILNIOWAĆ!

To, co zaskoczyło mnie kilka dni temu to… mój ulubiony bank – Huntington. Opisywałem parę notek temu, co dla idiotów tam pracujących znaczą zwroty: „Free”, „Gratis”, „no Fee”. Wczoraj byłem „skeszować” mój ostatni czek i cóż mnie znów zaskoczyło?

- Możemy Ci go skeszować jedynie do wysokości środków, które masz na swoim koncie – powiedziała młoda pani z placówki mojego banku w markecie Meijer.
Jest to takie zabezpieczenie banku, gdybym chciał keszować czek bez pokrycia, wówczas oni pokryją go… moimi pieniędzmi, a ja będę w czarnej dupie, że byłem tak durny i przyjąłem od kogoś czek bez pokrycia*.
– Co Ty mówisz? Jakie limity środków. Przecież to czek z Waszego banku! Dziesiąty czek od tego samego wystawcy, od mojego szefa, który realizuję w przeciągu ostatnich 3miesięcy! – mówię spokojnie, gdyż dżentelmeni o pieniądzach jeśli już rozmawiają, to spokojnie, by dobrze było słyszeć ich szelest…

Niunia pracująca w banku po prostu nie umiała sprawdzić, skąd pochodzi czek. To mówię do niej: Zobacz, spellujmy razem. Ejcz. Ju. En. Ti. Aj. En. Dżi. Ti. Ou. En – Huntington! BINGO!

Nie mam więcej pytań i wątpliwości. To są DEBILE! Chociaż urażam teraz debili, bo większość debili w wydaniu polskim, byłaby menadżerami, albo wręcz prezesami takich banków, biur, itd.

Kolejny dzień i kolejny zabawny przykład. Stoję sobie w kolejce na lotnisku. Kolejka wielka, bo jest sobotnie popołudnie w weekend poprzedzający ich święto 4 lipca. Podchodzi do mnie około 40-45letni facet z około 15-letnim synem i pytają, którą mam godzinę na swoim smartwatchu. Wokół tysiąc tablic odlotów, przylotów, wyświetlacze odpraw, a na każdym z nich oczywiście wyświetlona godzina. Ale oni pytają mnie. Ja po prostu mam jakiś dziwny ściąg do idiotów. Zapewne z racji tego, że przeciwieństwa się przyciągają i geniusze ściągają do siebie takich różnych intelektualnych cudaków.

A mój smarkwatch jak na złość pokazuje godzinę „z dupy”, gdyż nie mając telefonu Samsung, nie mogę tego mojego Gear 2 zsynchronizować i nawet godziny ustawić! Pokazuję im zatem wyświetlacz mojej X-perii, na którym widnieje wielka godzina: 16:22.

- Oo, sir… it’s military time?! But what time is in our? – zapytał ojciec oddając mi w tym samym momencie wojskowe honory, jako żołnierzowi! JARZYCIE?! Przeżyć całe życie bez świadomości, że ich 4:22 PM to dla 97% świata 16:22! Ich wieloosobowa rodzinka, której IQ trzeba by chyba zsumować, by wyszedł z tego jakiś jeden nieupośledzony przedstawiciel z należnym mi szacunkiem patrzyła na mnie przez dalszą część odprawy. Że bronię ich kraju przed ISIS, że narażam życie, bo w telefonie mam „wojskowy czas”.

* – kilka dni temu w pracy odkryłem nową definicję „czeku bez pokrycia”. Gdy po otrzymaniu od szefa czeku, następnego dnia mój współpracownik przyszedł smutny do pracy, zrozumiałem, że tego wieczoru i nocy raczej nie miał „krycia”. I stąd wziął się czek bez pokrycia – dajesz swojej kobiecie czek, a ona nie daje Ci krycia;)

1. Jakim cudem ten naród pomógł nam zwyciężyć wojnę?! Skoro oni nie odróżniliby hitlerowca od polskiego partyzanta. Trupiej czaszki SS z czapki SSmana od polskiego Orła z beretu obrońcy Warszawy. 

List już posłany między obłoki, teraz czekajmy do 1 lipca na wynik losowania…
Wygrana PRZERAZIŁABY mnie TOTALNIE, gdyż musiałbym się wywiązać z danej obietnicy…
Mam szansę jedną na 258milionów 890tysięcy 850, czyli 1:258.890.850 – wygląda to jak jakiś tajemny IP komputera, co?;)

Gdyby się okazało, że przez miesiąc lub może teraz nawet 3 miesiące mój profil osobisty lub blogowy FB milczy, to zapewne przez tę poniższą błahostkę. Wówczas totalnie poślę Zuckerberga do nieszczęsnego miejsca ostatecznej wędrówki… nieszczęsnego miejsca przybycia… jakże złego miejsca wypoczynku… gdzie będzie drewnem dla kary ognia palącego…

List ma już tydzień, ale widać nasz Wielmożny zajęty jakiś, na wakacjach może, bo nie dał mi wygrać tych 333mln USD. Tworzę zatem kolejny list do konkurencji, ale wiem, że muszę tak uważnie ważyć słowa, by na spotkanie z moim karkiem nie wybrała się maczeta dżihadowa. A zatem, do naszego „Bogu” szło to mniej więcej tak:

<><   <><   <><
Drogi Ojcze Wszechmogący…

Jak wiesz, mam do Ciebie i Twojego istnienia ambiwalentny stosunek. Wiem jednak, że bardzo mnie lubisz, co wielokrotnie udowodniałeś ocalając mnie z różnych karkołomnych sytuacji… Raz jeszcze dzięki. Szczególnie, gdy przespałem ze zmęczenia prawie całą trasę między Lyonem a Montpellier (nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że przespałem ją prowadząc auto…).

A pamiętasz, jak dwie dekady temu miałem syndrom Jezusa. Mieszkałem wówczas we Wrocławiu i po ujrzeniu połamanego we wszystkich możliwych kończynach żebraka na Placu Grunwaldzkim, postanowiłem leczyć ludzi.

Ludzie jednak jak wiesz, są niewdzięczni i gdy wyprostujesz takiego Quasimodo, to zamiast Ci dziękować, to drze ryja, że ZUS zabrał mu rentę, że ludzie nie rzucają mu już „co łaski” i że woli znów być kuternogą. Dlatego zaniechałem zabaw w uleczanie…

A pamiętasz… No pewnie, że pamiętasz! Ty wszystko pamiętasz, Ty masz chyba ze 100 YB (Jottabajtów) dysku w tej swojej głowie. A SSD czy HDD?

Aaa… tu Cię zaskoczę i… No tak, Boga nie da się zaskoczyć. Nie można mieć dla Niego niespodzianki, bo on wie wszystko. Smutne masz życie, prawda? Zawsze wiesz, co będzie na obiad, kto wygra mecz, itd.
Aa… i tu Cię zaskoczę! Nie chcę wcale, by Polska wygrała Euro 2016! Gotcha! Polacy piszą do Ciebie listy w tej sprawie, ale ja mam inny interes.

„333″… mówi Ci to coś? Tak, to 1/3 Twojej Boskiej cyfry. No i 1/2 cyfry Lucyfera. A dzisiejszego wieczora jest to JackPot w amerykańskiej loterii MegaMillions. I tu mam do Ciebie WIELKĄ prośbę.

Podpowiesz liczby? Proooszę… Możecie to zrobić na spółkę. Dwie liczby Ty, dwie Jezus i dwie Duch Święty (oczywiście ta druga, ostatnia liczba od świętoduszka to niech będzie MegaBall).

Co oferuję w zamian. Znasz mnie, więc wiesz… że wiele. Mimo, że nie lubię ludzi, to jednak altruista ze mnie straszny. Nie chcę, jak moi znajomi, kupić sobie 10 domów w najlepszych lokalizacjach świata, 100 najszybszych samochodów, i dupczyć do końca życia modelki z instagrama.
Nie chcę, jak inny mój znajomy, skończyć życia zaćpany w bangkockim burdelu z kilkoma azjatyckimi petitkami w łóżku na raz.

Chcę tylko… cztery bomby atomowe i gwarancję, że uda mi się je odpalić w miejscach, które zamierzam (dla tych, którzy zgadną gdzie, odpalę po 1promilu z tych 333mln $). Tzn. przeleję na Wasze konto, bo odpalanie w tym przypadku brzmi złowrogo.

Chcę zaprowadzić NOWY ŁAD na tym coraz to gorszym świecie. Jako jeden z niewielu wiem, gdzie posadzić te wielkie grzyby, by… by ŁADunek atomowy naprawdę wprowadził ład nowy.

Zrobię to na Twoją chwałę, byś miał spokój na kolejne 333 lata (BOOM, kumulacja! Ilość lat jakie minęły od Bitwy pod Wiedniem i Jackpot noszą tę samą cyfrę). Zrobię to też, by anielski orszak nie zapracował się na śmierć, gdy … no wiesz, gdy co się stanie.

Pomóż proszę, bo wiesz, do kogo będzie kolejny list, prawda? Do konkurencji…

Z poważaniem.
– Danielek

1. Tak wygląda w teorii… kilka miliardów dolarów… Na kupony wydałem pewnie ze 100$, wygrałem dzięki nim… 2 USD. Wy nie chcecie mi podawać cyfr, więc pozostaje tylko gorliwa modlitwa do Najwyższego… ;)

Była noc z niedzieli na poniedziałek. Godzina 2:05. Właśnie spałem od ponad dwóch godzin, po pierwszym od wielu tygodni wolnym weekendzie (z racji meczu Polska – Szwajcaria, który według amerykańskiego czasu zaczynał się o 9:00 rano w sobotę, nie było sensu już iść do pracy po meczu, i miałem wolne).

Śpię sobie smacznie. Chyba śni mi się Rafał (mój super, extra szef), bo gdy ktoś zaczyna walić do drzwi na dole, mówię przez sen: „Rafał, weź idź otwórz, to pewnie Twój teść albo „babcia” nie mogą się dostać do domu”.

Ej… Guys, sorry, nie jestem tęczowy! Po prostu przed snem myślałem, co czeka mnie za 6godzin w poniedziałek w pracy, więc nie dziwne, że śniła mi się albo praca, albo koledzy z pracy. Rafał ma żonę, dwójkę dzieci i… A i ja też jestem w 99% heteroseksualny.

Wstałem zatem i skołowany zszedłem w samych tylko gaciach (białych CK Underwear, jakby ktoś chciał wiedzieć w czym znoszę jajka schodząc po schodach). Schodzę, by sprawdzić, kto to puka, a wręcz wali do drzwi jak wojowie Imperium Osmańskiego do bram Konstantynopola w 1453 r. Rozchyliłem żaluzję i widzę… policjanta. Rozchyliłem kolejną z drugiej strony mieszkania, dwóch następnych łazi wokół okien i latarkami świecą do środka.

Podchodzę do drzwi i popełniam pierwszy błąd – otwieram, by zapytać o co chodzi?
Zasada bezpieczeństwa jest taka, że należy zadzwonić pod 911 i spytać, czy wysłano pod nasz adres prawdziwych policjantów, czy przybyli przebierańcy…

- GDZIE JEST OFIARA?! – zapytał policjant przez drzwiowy screen (czyli te takie drugie, szklano-siatkowe drzwi).
– Jaka ofiara?! – zapytałem zaspany czując, że może pytają o mnie, jako o lame duck, czyli victim of fate;)
– Czy mieszka tu jakaś kobieta i gdzie ona teraz jest? – pytał dalej policjant.
– Mieszka tu moja matka, ale teraz jest w pracy – odpowiedziałem ziewając, dając do zrozumienia, że mnie zbudzili.

Policjant spojrzał na mnie półnagiego, spojrzał na to, że jestem w samych tylko majtkach i chwycił za broń!
– On ma Glocka w gaciach! – wykrzyknął do swych kolegów.
– Nie ku%@a, to nie Glock, to Magnum brudnego Harryego! – krzyknął drugi chowając się za doniczką z kwiatkami mojej matki.
– To Desert Eagle! – wykrzyknął trzeci, schowany za drzewem, przypatrujący się mojemu Wacławiuszowi przez lornetkę,
– Spadajcie pajace! To jest Polish Eagle! Dwujajeczny jak makaron Barilla, a nie żaden Glock czy Beretta – odpowiedziała moja wyobraźnia.

Policjant rzeczywiście spojrzał na moje gacie, ale nie chwycił za broń tylko za gruchę swojego radia i podał do oficera dyżurnego, że nie słyszy ani nie widzi pod tym adresem żadnych aktów przemocy.
Zamknąłem drzwi, wróciłem na górę, popatrzyłem przez okno, jak trzech policjantów poszperało jeszcze po innych mieszkaniach swoimi latarkami, w tej samej chwili dojechała też karetka i wielka jednostka straży pożarnej i poszedłem spać.

Gdy matka wróciła, postanowiła zadzwonić na komendę, by się dowiedzieć, o co chodziło? Chciała wiedzieć, kto to zgłosił, czy trafili pod właściwy adres, itd. Pamiętacie moje zmagania z infolinią WOW? Gdy po 10-12 x trzeba było dzwonić, by odebrał ktoś o intelekcie tylko niewiele wyższym od małpy? Tu też matka dodzwoniła się… no tak, na policję, czego ja wymagam…;)

Koleś który odebrał, a którego było zrozumieć równie trudno, jak księdza z Ghany, nic nie wie, on nic nie może sprawdzić, komputer mu nic nie chce powiedzieć, ani odnośnie tego, czy pod nasz adres kogoś o 2:05 wysyłano, ani czy dzwoniono w sprawie jakiejś przemocy na naszym osiedlu.

Ja jestem luzak. Do każdego z tego typu przeżyć podchodzę na takim luzie, że zbywam wszystkich siłą spokoju. Ale wyobraźcie sobie, jak 15lat temu, taka sama sytuacja spotkała moją ciotkę. Tylko, że wówczas wpadło do niej policjantów siedmiu + koleś z Immigration, co oznaczało, że weszli bez nakazu do domu, a nie grzecznie sobie gaworzyli przez drzwi. A ciotka znała tylko kilka słów „na krzyż” po angielsku. Zadeptali wszystkie dywany, przejrzeli wszystkie szafy, bo jakaś nielegalna imigrantka podała adres matki jako ten, pod którym jest dostępna.

OK, pora spać. Ciekawe, kto dziś zastuka i o której? Dziś już na pewno wyślę Rafała, by otworzył. To nic, że mieszka 15km ode mnie i śpi grzecznie przytulony do żony… Niech idzie i z nimi gada. I niech tłumaczy się ze swojego Kolibra, podczas gdy mój Eagle przemówił do nich sam;)

PS Rafał przeczytał powyższy post i przyczepił się dwóch rzeczy:
Po 1-sze, dlaczego nosi w mojej opowieści imię Rafał? A bo dlatego, że oczywiście muszę zmieniać personalia, by się nikt nie gapnął, kto jest kim. Gdybym używał jego prawdziwego imienia, to by się czepiał, czemu nazywam go po imieniu – czyli Mateusz?
Po 2-gie, Rafał zawsze się irytuje, gdy piszę coś o jego Kolibrze. Ma w domu kilka jednostek broni palnej, w tym długiej, więc kaliber … ma duży tylko w dwururce. No ale by się nie czepiał, to muszę napisać alternatywny przebieg tej historii z policją przed moim domem.

Rafał zszedł otworzyć drzwi dobijającym się policjantom. Był w samych slipkach. Policjant odruchowo zerknął tam, gdzie każdy mężczyzna nosi narzędzie gwałtu i powiedział:
– Dostaliśmy zgłoszenie, że w tym domu dochodzi do jakiejś przemocy domowej na kobiecie, ale widzę, że u Pani wszystko w porządku… ?

1. O taki mniej więcej skład zawitał do moich drzwi. Tu jest fotka z podobnej wizyty u moich sąsiadów zza ściany. Na sąsiadów przygotowaną mieli długą broń, do mnie zastukali tylko z krótką i taserami, tak nieposzlakowaną opinią cieszę się na tym osiedlu (mój kurator może być ze mnie dumny :)


  • RSS