Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Korzystając z prawie że wolnego dnia (sobota, w którą pracowałem tylko 7 godzin), pojechałem do pobliskiego względem mojego miejsca pracy – Pontiac, Michigan.

Jest to jedno z biedniejszych miast stanu w którym mieszkam. A biedne stało się na swoje własne życzenie, gdyż dało się zaczernić w stopniu bardzo wysokim. Przejrzystość powietrza wynosi w tym mieście zaledwie 48%, co oznacza, że gdybyśmy tak przyciemnili sobie szyby w naszym aucie i miały one 52% ciemności, to żaden polski diagnosta ani żaden burek z drogówki, ani nawet krawężnik z osiedlowej uliczki by nas autem z tak ciemnymi szybami dalej nie puścił… Ale Pontiac puszcza się sam. Najczęściej puszcza się z dymem (dlatego pontiacka straż pożarna NIE ISTNIEJE, bo zbankrutowała). NAPRAWDĘ! Nie wyrabiali na wodę do sikawek!

Ale to jeszcze nic, bo pobliskie Detroit ma 82 % nasycenia dwutlenkiem węgla w powietrzu…! A co najciekawsze, caaały, piękny, czysty, jeziorowy, 10 milionowy stan Michigan ma tylko 14% nasycenie ciemną stroną mocy, więc wyobraźcie sobie, jak cudownie i jasno jest na tego stanu północy…

No i zrobiły się wykłady z chemii i wierszoklectwa, a wiem, że nie po to wchodzicie na ten blog.

A zatem, pojechałem do Pontiac, gdyż mieści się tam jeden ze sklepów ABC Warehouse, którego jeszcze nie odwiedzałem. Miałem nadzieję, że kupię jakieś okazyjne radyjko do auta (piąte z kolei;), głośniki, kolumny, whatever, byleby był GUD DIL:)

Wjechałem do owego miasta o godzinie 15:20. Sobota, bogate miasta USA tętnią wówczas życiem. Ludzie gonią na zakupy, gdyż ich konto bankowe i karta płatnicza wreszcie świecą jakimiś środkami pieniężnymi, z wpłaconego dzień wcześniej czeku. Sklepy, jadłodajnie, knajpy, wszystko pełne ludzi. W miastach typu Birmingham czy Royal Oak, gdzie istnieją chodniki dla pieszych, skwery, a sklepiki i kawiarnie znajdują się przy głównych, kameralnych ulicach miasta, najładniejsze dupeczki ze stanu Michigan wychodzą na polowanie, by wyrwać kogoś bogatego z tamtych okolic, z kim miło spędzą wieczór, noc, resztę życia. A w Pontiac – ZERO życia. Jakby właśnie Obama przez pomyłkę (bo jak wiemy, politycznie to on rozumem za bardzo nie grzeszy) zamiast na syryjskie Aleppo, atomówkę posłał na Pontiac, MI.

A wiecie, że rok temu, gdy michigańskie polityczne lewactwo wyprosiło władze stanowe, by ściągnąć więcej syryjskich uchodźców do Michigan, to sprytne władze się zgodziły pod warunkiem, że zasiedlą oni specjalnie dla nich odnowione pustostany Pontiac. Pierwsza syryjska rodzina przyjechała, rozejrzała się, wrzuciła na fejsa kilka fotek okolicy, kilka fotek czarnych sąsiadów, i… cała reszta Syryjczyków nie była już tak głupia, by tu przyjechać i wszyscy masowo popierdolili do Niemiec.

Zjeżdżając z autostrady prowadzącej do Pontiac, na której gonisz 140km/h (wprawdzie można na niej jechać 112km/h, ale kto by się tak wlókł) i nagle wpadasz do Pontiac, gdzie by nie rozjeżdżać miejscowej ludności, musisz jechać 40km/h, świat nagle staje, zastyga. W dzień roboczy widać tylko dwa oblegane miejsca – sąd (gdzie codziennie sądzi się kilkuset mieszkańców za czyny niezgodne z prawem) i ośrodek pomocy, gdzie pozostała część dostaje środki na przeżycie. W sobotę, z racji tego, że sądy i tutejszy MOPS są zamknięte, ludzi nie ma tam WCALE!

Bez nawigacji pobłądziłem po Pontiac na tyle skutecznie, że chcąc nie chcąc zwiedziłem owo miasto wszerz i wzdłuż. I na ukos i na przeciwprostokątną. Co mnie zszokowało najbardziej? Zamknięte wielkie centrum handlowe Sears. Sears zawsze buduje tak wielkie centra handlowe, bo do niego zazwyczaj dokleja się ekskluzywny Macy’s, biedny JC Penny, a do nich trojga galeria na minimum 100-200 sklepów, restauracji, fast-foodów, itd. W moim Sears w Sterling Hgts. dziwiło mnie kiedyś, że upadł jeden ze sklepów owej galerii. Wszedłem do środka tego pustostanu, popatrzyłem na to zlikwidowane właśnie sklepisko i zrobiło mi się żal, bo wiem, że tak najczęściej zaczynają się początki końca. Na szczęście ów „mój” Mall jest jednym z większych tego rodzaju w Michigan, więc ciągle żyje i całkiem nieźle się miewa. Ale za to podobno Macy’s mają się zamykać. Ów Sears w Pontiac padł i … teraz żałuję, że nie podszedłem bliżej, z kamerą, może nawet do środka i nie pokazałem Wam tego upadku na ryj. Wiem, że póki nie znajdziecie się w takim miejscu… Póki nie poczujecie zapachu pleśni, grzybów, mchów porastających wszystko, póki nie zobaczycie nacieków z przeciekających, nieremontowanych, nieodśnieżanych zimą dachów – to nie poczujecie owego upadku na własnej skórze. Nie dostaniecie tych dreszczy, przerażenia, horroru. Pojęcia nie macie, jak natura szybko odzyskuje to, co człowiek jej zagarnął przed dekadami. Ziemie, przestrzenie, swobodę. Naukowcy kiedyś wyliczyli, jak szybko, gdy zabraknie na ziemi pasożyta w postaci człowieka, natura wszystko pochłonie… Każdy drapacz chmur, chodnik, drogę. BARDZO SZYBKO.

Pontiac zatem powrócił już do natury. Zwierzęta swobodnie mogą biegać po ulicach i nic im nie grozi. Ograniczenia prędkości na tamtejszych ulicach takie, że nie tylko gepard czy gazela, ale nawet żółw czy leniwiec może nas wyprzedzić bez problemu. I gdy tak powoli i możesz wszystkiemu się przyjrzeć… przytłoczył mnie widok małej, białej dziewczynki siedzącej na rozpadającym się pick-upie ojca. Taka jakby owieczka wrzucona przez kogoś na pożarcie stadu wilków… Jakby była tam przez pomyłkę. I od razu przypominają się sceny z amerykańskich filmów, o „zapadłych dziurach” z których nie ma ucieczki… W Polsce, na jakim zadupiu byście nie mieszkali, to zawsze można uciec – stąd się wydaje, że się po prostu nie da. Ale Ty ucieknij stamtąd dziewczynko, UCIEKNIJ!

Podjechałem pod inny jakiś jeszcze istniejący mall (centrum handlowe). Wchodzisz do sklepu i tambylcy patrzą na Ciebie wręcz z wypisanym na czole – „o patrz, BIAŁYYY!”. Ale ów biały jest na tyle niebiały, że szybko wtapiam się w ten przyciemniony tłum. Moja paskudność ma swoje zalety i ja naprawdę wszędzie jestem brany za „swojego”. Cyganki wróżące na kazimierskim rynku, mi nigdy nie chcą wróżyć, bo ja „swój”, Arabowie w Hamtramck machają mi Akbara na powitanie, gdy się zapuszczam do tej arabskiej metropolii, a w takim np. Pontiac murzyni pozdrowieniowo krzyżują paluchy na mój widok. Po prostu potrafię w sprzyjających okolicznościach mieć spojrzenie wariata/furiata/dewianta, które w takich miejscach jest niezbędne do przeżycia. Po prostu nie dajesz po sobie poznać, że jesteś tu obcy, że nie jesteś stąd, że nie masz za paskiem gnata, ot taki home boy ze mnie;)

I taki właśnie swojak przeszedł się po Pontiac. Co zaskakuje. Wiele tambylczyń ma tak kurewskie spojrzenie, że po prostu nie wiesz, czy to zwykła ulica, dzielnica, czy może już rejon czerwonych latarni. Robią to oczywiście z przekory, patrząc tymi swoimi wielkimi, dzikimi, czarnymi oczami w niewinne, niebieskie oczęta białej owieczki (baranka się znaczy). Ale ludzie są uprzejmi. Naprawdę. Starsza murzynka pyta mnie w sklepie odzieżowym, czy ładnie wygląda w białej, zimowej kurtce? Odpowiedziałem że świetnie, mimo, że kurtka była na nią o wiele za duża (ale przewidziałem, że w zimie będzie się grubiej ubierać). W tym też mieście po raz pierwszy ujrzałem tabliczkę na sklepie, że zakazują wchodzić do niego z bronią (zwykły sklep odzieżowy Forman Mills). Oczywiście gdy o tym mówię w pracy, czy wrzuciłem zdjęcie na Insta, to mi wszyscy piszą, że przecież te tabliczki są wszędzie! NIE MA! Jaj sobie nie róbcie! Moje „wszędzie” i Wasze „wszędzie” to są zupełnie inne „wszędzia”! Ja zauważyłem ją pierwszy raz, bo w tego typu miejscach, gdzie na „zakupy” przychodzi się z bronią a nie z portfelem, przebywam naprawdę rzadko. W tym samym sklepie po raz drugi w USA ujrzałem kogoś, bez kompletnego uzębienia. Raz był to młody redneck, który zimą zajechał pod Walmart swoją przeżartą przez rdzę solniczką (pickupem, którym zimą jeździ po drogach i ze specjalnego młynka z tyłu auta rozsypuje sól drogową). Cykałem fotki jego złomka, rdzy, szpar w karoserii takich, że można było przez nie wypaść na zewnątrz auta, a ten podszedł i… – i z niekompletnym uśmiechem na twarzy, szczerym i serdecznym, zapytał, czy może potrzebuję odśnieżania? W Pontiac podobnie niekompletna stomatologicznie była młoda murzynka na kasie. Pojęcia nie macie, jak w kraju idealnych uśmiechów, śnieżnobiałych ząbków, rzuca się w oczy coś takiego.

W ABC Warehouse w Pontiac nie kupiłem NIC! Radio, które wyrwałem w innym sklepie tej sieci za 20$, u nich kosztowało 120$, więc ów mój wyjazd był „w plecy”. By kupić coś naprawdę w dobrej cenie, trzeba się nieźle najeździć, albo przypadkowo wpaść na niespodziewaną wyprzedaż. Odwożąc wczoraj matkę na imprezkę, ot tak przypadkiem zajechałem do Rite-Aid (apteka), by sprawdzić, czy może mają białka dla siłaczy za 25% ceny. Białek od wiosny już nie ma, ale za to patrzę i oczom nie wierzę. 375ml Gin Gordon’s przeceniony z 3,99$ na 2,03$… Wychodzi 22zł za litr…

- Ile ich macie? – zapytał ginolubny Danielek.
- Zostały tylko trzy – odpowiedziała pani sprzedawczyni.
- Dawaj wszystkie!

I tym sposobem, miałem wracać już do domu, ale prosta droga zamieniła się w pajęczynę, która łączyła kolejne Rite-Aidy. Niestety, ten sam deal był tylko w jednym z pięciu odwiedzionych przeze mnie Rite-Aid, więc… by zamortyzować sobie czas i galony paliwa, które spaliłem, nabyłem 7,5 litra trunków za 47$. Przepiękna jest mina sprzedawców, gdy na ich pytanie – „ile podać”? mówisz – „DAJ WSZYSTKO, CO MASZ!”. I gdy tak obładowany wychodzisz ze sklepu, mijasz w drzwiach arabską rodzinę, która patrząc na te grzeszne trunki rozpierzcha się, jakbym miał na sobie bombę, albo jakbym prowadził na spacer dwa prosiaki. I uspokajasz ich, że „zbliża się mroźna zima, Wy też zróbcie zapasy!”.

TAK, wiem, ktoś mnie kiedyś zabije za tego typu odzywki!
No to zdrówko!

  

1. Refugees welcome:) VERY welcome…:)
2. Tego typu „szyby” zobaczysz tylko w Detroit i Pontiac;)
3. Na zakupy do naszego sklepu lepiej przyjdź z portfelem, niż z bronią. Nie wiem, jak Wy, ale ja naprawdę widziałem to po raz pierwszy!

Dostałem kilka informacji, że nie wyświetlają Wam się zdjęcia na blogu. Proszę o info, czy te powyższe trzy zdjęcia widzicie, a te w poprzednich notkach NIE? Wówczas przeedytuję notki. To nie moja wina, po prostu Google wyłączył Picasę, zastąpił ją jakimś gównem dla palcowaczy smartfonów i widzę, że linkowanie miniatur nie działa:( Pisząc, czy widzicie czy nie, zaznaczcie proszę, jakiego komputera z jakim systemem i z jaką przeglądarką używacie (IBM czy Apple, Windows 7,8,10? Chrome, Firefox, Opera, czy co?:) Z góry dziękuję:)

Mając „na rozbieg” i wyregulowanie zegara biologicznego kilka dni wolnego, włóczyłem się kołowo po okolicy, by sprawdzić, co zmieniło się w tzw. międzyczasie mojej nieobecności w USA. Wyremontowano kilka dróg, kilka innych rozkopano, jedne sklepy zamknięto, a inne otwarto. Ot taki coroczny, cokwartalny kalejdoskop zmian.
Zmieniło się też coś w naszym samochodzie, co poczułem już wracając z lotniska do domu. Oczywiście zawsze to ja jestem za kierownicą, mimo 30-godzinnego zmęczenia podróżą i kilku Heinekenów w chmurach (żartuję, Heineken im się skończył, więc był tylko jeden jakiś amerykański sikacz + litr kawy ze Starbucks, a przynajmniej deltowy kubeczek był z tej kawowej stajni). Wracając Toyotą z zaledwie 65tys. milowym przebiegiem zauważyłem, że autem jakoś dziwnie kołysze. Gdy jechałem autostradą te ponad 120km/h to auto zachowywało się tak, jakby wiatr je podrywał i znosił z prostego kursu. Przewrażliwiony na punkcie tego, by nie zginąć w katastrofie lądowej tuż po szczęśliwym wylądowaniu lotniczym, stanąłem i podokręcałem wszystkie śruby kół (które wcale nie były rozkręcone). Postanowiłem, że tym razem bez mechanika się nie obędzie (już wożę w bagażniku flex-pipę, którą „wymieniam” i „montuję” już chyba od marca tego roku;)

O dobrego mechanika ciężko wszędzie, a co dopiero na obczyźnie. Na szczęście pocztą pantoflową, jedna z koleżanek matki poleciła nam Grzesia z 7 mili / Mound road. Amerykańskie Grześki to naprawdę fajne chłopaki. Jednego takiego znam od samego początku mojego przylatywania tutaj, drugiego poznałem dopiero dziś. Ten pierwszy powinien dostać wpier#%@l, że tak oziębiły się nasze stosunki, ale jest o 30kg cięższy ode mnie, i łamie w rękach tubajfory, więc wpierdolu tym razem nie będzie. Chyba, że spuści go sobie sam ;)

Drugi z Grześków to pewnie młodszy ode mnie chłopak, który przy 7 mili ma całkiem pokaźny warsztat na kilkanaście samochodów, w którym naprawia różnego typu rozbitki i sprzedaje je później z zyskiem (ale w na tyle rozsądnej cenie, że prócz koleżanek matki, także jak się później okazało, mój kolega z pracy też jeździ Chryslerem z grześkowej stajni). Grzesiek naprawia auta na tyle dobrze, że żadna z osób które znam, a które zakupiły od niego auto, nie narzeka, pokonawszy już tymi pojazdami dziesiątki tysięcy mil.
Postanowiłem zatem nie narzekać i ja, więc udałem o 8:00 do Grześka, na wizytę umówioną na „cito” (zarezerwowana dzień wcześniej popołudniową porą). Cała ok. 15o-sobowa ekipa warsztatu Grześka składa się z Polaków i Ukraińców, więc czułem się jak w domu. Chłopaki wrzucili Toyotę na podnośnik, popatrzyli co i jak, i okazało się, że niczego niepokojącego nie widać. Ot, flex pipę trzeba wymienić (ale nie na tego gotowca skręcanego na śruby, jakiego kupiłem za 50$, ale wspawaną, która z robocizną wyniesie mnie 100$), no i klocki i tarcze hamulcowe się z przodu „skończyły”, więc trzeba wymienić za kolejne 200$. Przy rozrzutności budżetowej można by jeszcze wymienić amortyzatory, ale to koszt ok 1200$ za komplet 4szt. wraz z wymianą, więc Grzesiek odradził takie wydatki na auto warte obecnie 5-6tys. USD.
Na koniec jeszcze zrobiliśmy rundkę po okolicy, by sprawdzić to kołysanie i wizyta u autolekarza została zakończona. Nie znamy się z Grześkiem, widzieliśmy się dziś 1-szy raz, możliwe, że go odwiedzę z tymi hamulcami, a może nigdy już nie pokażę mu się na oczy. Ile zatem kosztowała taka diagnoza, zajęcie na kwadrans podnośnika, na tyle samo czasu zagonienie do pracy jednego z mechaników, i kilka cennych minut Grześka na rundkę ze mną po okolicy? Zapłaciłem ZERO dolarów i ZERO centów. A w Polsce, gdy zaczęło mi coś kołatać w zawieszeniu mojego polskiego auta, to za samo odpowiedzenie dzień dobry każdy z mechaników żądał zapłaty, robiąc łaskę, że kazał mi przyjechać „już popopojutrze”, a nie jak lekarz, pacjentowi z zaćmą (za 5lat).

W tymże warsztacie po raz kolejny zakochałem się w niesamowitym tworze techniki motoryzacyjnej. 2-3lata temu wzięło mnie na Forda Fusion (czyli obecny, europejski Ford Mondeo). Wcześniej pałałem uczuciem do Astona Martina (póki w nim nie zasiadłem i nie stwierdziłem, że „pedalski” taki). Po Fusionie przepięknił mi się Hyundai Genesis (wielka skośnooka limuzyna). A dziś patrzę w czarny ryj kolejnego nieznanego mi auta (z delikatnie rozbitym przodem, bez grilla, trudno jest rozpoznać markę, a co dopiero model!). Patrzę, obchodzę auto dookoła i moje LOVki do niego narastają. Byłem pewny, że oglądam mojego Hyundaia Genesis, ale okazało się, że jest to KIA! Jeśli będzie Wam kiedyś dane ujrzeć na żywo Kia K900 (NA ŻYWO, a nie w TV, nie w Necie, nie w katalogu), to zobaczcie, gdzie obecnie motoryzacyjnie znajdują się Koreańczycy… Japońce mogą im origami składać, bonsai przycinać, sake polewać do sushi i japonki czyścić. Skoro Koreańczycy z KIA mają odwagę żądać za swój pojazd od 50tys. USD wzwyż (o 2tys. USD więcej, niż Audi chce za swoją limuzynę A6), a Hyundaiowcy za Genesis G90 od 68tys. USD wzwyż, to te ich „skośne” auta naprawdę są z kosmosu! OK, OK, wiem, nie interesuje Was mój wypaczony gust (no dobra, grill jest nieco dyskusyjny, ale z wyrwanym przez wypadek grillem, ta KIA 9000 jest naprawdę świetna). OK, skoro nie chcecie czytać o KIAnkach, to napiszę o mojej wizycie w Hardkorowym Lombardzie w Detroit…

American Jewelry and Loan – czyli znany Wam z telewizji hardkorowy Lombard (Burnejki?).
Będąc u mechanika i dowiedziawszy się, że raczej wszystko z autem jest OK, a zarazem zaoszczędziwszy minimum ze 20$, które spodziewałem się zapłacić za diagnozę, postanowiłem przepuścić całe te pieniądze w Detroit. Może te 1/5 Bendżamina wystarczy na ujrzenie tego, jak wygląda czerwona fuga pomiędzy czarnymi kafelkami…? * A zatem z 7mili Grześka wspiąłem się w 8 milę i powłóczyłem się nią kolejne 8mil na Zachód do sławnego z polskiej TiVi – American Jewelry and Loan.

Po czym biały człowiek poznaje, że znalazł się w złym miejscu o złej porze? Po tym, że co drugi dom przypomina, jakby był chatką z syryjskiego Aleppo tuż po bombardowaniach przez rosyjskie lotnictwo. Po tym, że przez 4 pasmową ulicę na której możesz jechać 80km/h co chwilę przechodzi jakaś czarna, święta krowa. Po tym, że na każdym skrzyżowaniu, co dosłownie rzut pustą butelką po piwie znajduje się sklep z alkoholem. Po tym, że na skrzyżowaniach stoją bezdomni, i jedna z takich osób patrząc mi w oczy, trzymając w rękach tabliczkę że jest bezdomna, udająca biedną i głodną, drugą zaciąga papierosa (na którego, gdybym w ogóle palił, to by mnie w USA nie było stać – 25zł za paczkę). Na kolejnym skrzyżowaniu młodziutka czerwona fuga, która pewnie wszystko co miała w domu cennego wyniosła już do sprzedania w jednym z kilkunastu znajdujących się w pobliżu lombardów, a teraz wyniosła to, co ma w sobie najcenniejszego (prócz zarodników pleśni, kultur bakterii i kolonii wirusów).

Co chwilę autokomis, który sprzedaje auta, których w Polsce nie przyjęliby nawet na złomowisku, bo rdzy na nich więcej niż zdrowej stali. Dziesiątki warsztatów samochodowych, w których naprawiają rozbitki (zniżki dla Azjatów i seniorów). Wielkie szyldy i reklamy – CASH for Gold. CASH for junk cars. Ogłoszenia i plakaty: „Miałeś wypadek – zadzwoń, pomożemy”, „Jezus loves You”. Akbar tym bardziej love. No ale jesteś odważnym białym więc jedziesz jeszcze głębiej w to wszystko. A godzina jest dopiero 9:00 rano, więc bardzo bezpieczna pora. Złoczyńcy po nocnych występach jeszcze śpią. O 21:00 bym się tam posrał nawet jadąc opancerzonym Hummerem!
Żartuję! Ja nigdzie się nie posyram. Wiem, że każdy z takich złoczyńców, łobuzów, jest jak pies, który tym chętniej atakuje, im większą obawę w Twoich oczach widzi. Więc ja się po prostu NIE BOJĘ!

Wchodzisz do Rite-Aid w tamtych okolicach (taka apteka) i nie wita Cię już od drzwi uśmiechnięta kasjerka ze słowami: „Welcome to Rite-Aid”, ale „wita” Cię już przed drzwiami zdjęcie napastnika, który napadł na ową aptekę i za znalezienie którego policja wyznaczyła do 5tys. USD nagrody. I jeszcze nie wszedłeś, a wiesz, że pracownicy będą mieli dla Ciebie raczej gnata pod ladą, niż dobre słowo na wejściu. Dlatego jak piszę, że jednak w USA jest MIŁO, to w miastach w których przebywam, mieszkam, pracuję, w dobrych i bezpiecznych dzielnicach jest MIŁO! I nie negować mi tego proszę, bo zaraz mi napiszecie, że Wasz znajomy ma kolegę w USA, który mieszka np. w muslimskim obecnie Hamtramck, w czarnym Detroit, w czarnym Pontiac, w latynoskich czy bangladeskich dzielnicach USA i tam wcale nie jest miło. Ja wiem, że tam ludzie naprawdę boją się wyjść z domu, wejść do sklepu, mieć w portfelu 5 dolarów, które w takiej dzielnicy są MAJĄTKIEM, który zrabowany można natychmiast zamienić na działkę narkotyku!

W tym właśnie Rite-Aid poczułem po raz pierwszy smród człowieka. W USA, jak to pisałem wiele razy – ludzie nie śmierdzą. Woda tania (u nas w kondominium darmowa), antypespiranty także tanie, kosmetyki, markowe perfumy też. Klimatyzacja w domu, klimatyzacja w samochodzie, w sklepie, ludzie się nie pocą, więc i nie śmierdzą. Tak wiem, kolega Wam mówił, że amerykańscy bezdomni śmierdzą. Nie wiem, nie wąchałem. I nie czułem smrodku ludzkiego, aż zajechałem do owego Rite-Aid. Wśród dostępnych w Rite-Aid lodówek, z których w białych dzielnicach w porannych godzinach wykupuje się tylko mleko, jajka, mrożoną kawę, lody, w detroitskich rejonach otwierają się co chwilę tylko drzwi z piwem i innymi promilowymi napojami. Twarze połowy z klientów wyglądają jak ta patologiczna Baśka z Youtube będzie wyglądać za kolejne 50lat. Jeśli można mieć patologię wypisaną na twarzy, to tam ujrzałem kilka chodzących encyklopedii tego medycznego zagadnienia…

A mimo to ludzie są tam uprzejmi. Na parkingu nikt się nie piekli jak u nas. Każdy wpuści nas przed siebie na drodze. W Polsce ludzie dostają w samochodzie furii, a w USA jakby samochód łagodził obyczaje. Naprawdę. Dużo podróżuję po Polsce, Europie i USA (jestem tu 10 dni, pokonałem już ponad 800 km i nie widzę tu tej przemocy drogowej, którą widzę i niestety sam generuję w Polsce. W USA, po 2-3 dniach po wylądowaniu z dzikiej drogowo Polski, NIGDY nie przyjdzie mi do głowy, by robić numery, bez których w Polsce po prostu nie potrafię pokonać trasy. I tym sposobem, i tymi przeżyciami, obserwacjami dotarłem do Lombardu. Wy pewnie nie dotarliście tutaj, tak zanudzam, prawda?

Przed lombardem Mercedes SL (jednego z właścicieli) i BMW X6 drugiego. Mówię, że mam Toyotę z małym przebiegiem, więc mogę się zamienić na SL’a, ale nie poszli na taki układ ;) W środku gwarnie jak przed MOPSem w 1-szym dniu wypłacania 500+, albo jak Urzędem Skarbowym w ostatni dzień składania zeznań podatkowych. Drzwi się nie zamykają, ludzie przynoszą telewizory, kolumny, narzędzia, laptopy i ustawiają się w kolejkę do jednego z kilku okienek w których zamienią to na gotówkę. Piątek, pewnie potrzebują kasę na weekendową zabawę. Uwielbiam takie miejsca, gdzie tygiel rasowo kulturowy ściera w drobny pył mity o równości… Czarni stoją w kolejce i coś tam sprzedają za bezcen lub trochę więcej, biali przechodzą się pomiędzy tymi wszystkim komisowanymi rzeczami, jak na targu niewolników i kupują, co zechcą…

Owego programu w TV o tymże właśnie komisie nie oglądam. Ot wiem tylko, że istnieje zarówno taki program jak i taki komis, gdyż mieści się w znanych mi okolicach. Prowadzących ów komis też nie znam (nawet z TV). Pytam zatem pierwszego lepszego białego kolesia z obsługi, czy mogę robić zdjęcia lombardowanych rzeczy i cen?
- Ależ oczywiście. Take Your time (nie śpiesz się) i rób co chcesz. A tak z ciekawości, skąd jesteś? – zapytał miły pan.
- Z Polski. Oglądałem Was w TV i postanowiłem przyjechać i zobaczyć to na żywo – mówię uradowany, że nikt nie skasuje mi ryja za wyciągnięcie komórki i cykanie fotek.
- Oo, tak. Od kiedy wystąpiliśmy w TV staliśmy się popularni i mamy tu wielu turystów. – zażartował pan, który okazał się jednym z właścicieli, który występuje w tym programie.
Pocykałem zatem zdjęcia m.in. mojej lampy do Canona (600EX-RT, jakby ktoś pytał). 2 lata temu dałem za nią 550$, obecnie kosztuje ok 430$, u nich 225$)
Netbooka HP 13”, (kosztującego w sklepie ok. 200$, którego ja wydarłem na necie za 165$, u nich miałbym za 125$).
Smartwatch Samsung Gear2 (- oj za długo by wyliczać, ile za to wszystko przepłaciłem…)

Zastanawiałem się, jak owo miejsce jest zabezpieczone, skoro w jednej tylko gablocie znajdują się pierścionki z brylantami warte z pół miliona USD, a takich gablot jest kilka… Kamery są, ale co tam kamery mogą zrobić uzbrojonym napastnikom. We wcześniej przeze mnie odwiedzonym tego dnia lombardzie były elektrozamki nie pozwalające wyjść bez otwarcia nam drogi przez obsługę. Ale tu, u „hardkorów” respekt budzi jeden z pracowników. Afroamerykanin (bo nie mam odwagi napisać o nim per Murzyn). Nie wiem, czy miał 2metry, czy wystarczyło, że ma 190cm, a może nawet tylko 180. Nie wiem, czy ważył 150kg, czy może zaledwie 100kg. Jego postura… Dłonie, na których mógłby kłaść 32 calowe telewizory, a wyglądałyby one w jego czarnych rękach jak siedmiocalowe tablety w naszych rąsiuniach… Bez żadnej ściemy, Burnejka ten od stejków, czy Pudzian… Jedno kłapnięcie przez tego kolesia z lombardu, i lecicie za darmo przez ocean! Obydwaj! Szybciej niż Concordem! Nie mam pojęcia, czego musiałby się kto naćpać, albo w jak czarnej finansowo dupie być, by szarpnąć się na napaść na miejsce, gdzie pracuje ten człowiek (wiecie, jak bardzo niepoprawnie politycznie używam słów, a mimo to, z automatu pojawił się tu ten rzeczownik opisujący gatunek).

Co można było kupić w tym lombardzie?
Macie to uwiecznione na zdjęciach. To, co ewentualnie interesowałoby mnie, to np. słuchawki Bose Noice Canceling QuietComfort 15 za 100$ (w sklepie ok 250-300$), ale że dostałem podobne od Fionce, to w całym lombardziej nie znalazłem już nic wartego uwagi. Obawiam się, że owe słuchawki były fejkowe, podobnie jak Rolexy, których było tam kilkanaście. A jeśli naprawdę tak wygląda Rolex, to ja już wolę mój chronometr Casio (do sprzedania za 299zł). Albo mój pulsometr Beurer PM 62 (także do sprzedania, za 200zł). Pokazałem kolesiom z lombardu zdjęcia z moich szaf i gadżety, które mam na sprzedaż. Ich mina mówiła jakby: POJEBAŁO CIĘ? My mamy tylko trzy hektary magazynu! Specjalnie dla Ciebie nie będziemy budować kolejnej hali!

   

1. Z tego rozbitka wkrótce będzie piękny, nowy, błyszczący samochód. Toyota Highlander. Sam Grzesiek jeździ BMW X6 którą chce mi sprzedać za ok 35tys. USD. – BRAĆ? Skoro wydaje mi się ona za duża już tutaj, w USA gdzie paliwa tanie i miejsca parkingowe wielkie, to w Polsce dopiero będzie wydawała mi się owa Bawara wielka…
2. Tego typu cacuszka można kupić w setkach autokomisów w czarnych dzielnicach w Detroit. I wiecie co… tam po prostu strach mieć lepsze auto. No chyba, że jak już, to przyciemnione tak, by nie było widać, że jesteście biali. Z wielkimi chromowanymi felgami, i łańcuchem ciągnącym się po drodze, gdy przytrzaśniecie go sobie drzwiami…
3. Wejście do Hardkorowego Lombardu. Jak ja uwielbiam tego typu miejsca, dzielnice, ryzykowanie zdrowia i życia (bo ja zawsze w portfelu mam więcej gotówki, niż większość z takich dzielnic w ogóle w życiu widziała na żywo).
4. Co, Danielku masz do sprzedania – spytał ten po lewej. Pokazałem im fotki moich DEALi i skarbów i ten po prawej rozłożył ręce – nie mamy takich powierzchni magazynowych ani tyle gotówki, by to od Ciebie odkupić… ;)

Więcej zdjęć szukajcie w Picasie, czy w tym GÓWNIE, na które Google zamieniło Picasę, by pokolenie idiotów palcujących smartfony miało łatwiej, ale żebym ja musiał się pierd%^#ć z każdym zdjęciem przez godzinę, by wydobyć link do miniaturki, do zdjęcia – MASAKRA!

* – skoro większość moich kolegów nie zna dowcipu o „różowej fudze”, to go Wam tutaj przytoczę. Kawały i dowcipy opowiadało się kiedyś ustnie, jak legendy ludowe. Dziś wystarczy MEM i brechtacie, macie bekę, i popychacie jednym ruchem kciuka owego MEMa, czy demota dalej do znajomych. W moich czasach kawał trzeba było usłyszeć, zapamiętać i opowiedzieć dalej (najlepiej w odpowiedni sposób). Ten brzmi tak:

Mężczyzna przychodzi do domu publicznego i mówi, że chce Murzynkę. Czeka w pokoju, wkrótce wchodzi Murzynka, a klient do niej:
- Rozbierz się, odwróć i głęboko pochyl do przodu.
Murzynka tak też zrobiła, a mężczyzna do niej:
- To wszystko, dziękuję, możesz się ubrać.
- No a co z seksem –  pyta Murzynka.
- Nic. Planuję remont łazienki i chciałem zobaczyć, jak będzie wyglądać różowa fuga przy czarnych kafelkach.

Znów muszę to napisać na szybko, bo owe 1-sze wrażenia po moim ponownym, trzymiesięcznym niepobycie w USA, za 2-3dni przestaną być zauważalne i dziwić swoją odmiennością względem Polski.

1. Uprzejmość. Wiem, że się z tym powtarzam, ale to mnie po prostu zawsze tu uderza. Większość z Was jest na tyle młoda, że pewnie mało kto pamięta czasy PRLu i opryskliwość sprzedawczyń, kasjerek, urzędniczek, kucharek, kelnerek, no po prostu każdego w owym szarym kraju z epoki kartek na mięso i octu na pustych półkach. Polecam komedie Barei ku przypomnieniu i pokrzepeniu serc. Czasy się zmieniły i nie wiem jak owe zmiany odczuwacie Wy, ale dla mnie w np. Biedronce wszyscy są wzorcowo milutcy, uprzejmi, a z Panem Witkiem jestem nawet „po imieniu”, czyli per Panie Witku. Nie robią problemów, gdy np. coś stłuczemy, zepsujemy lub gdy chcemy zwrócić coś, co nie działa, albo po prostu nam nie pasuje. Zauważacie to? Że jest o niebo lepiej niż kiedyś bywało? No więc lądując w USA jest tak, jakby nawet ta nasza uprzejma Biedronka ciągle była tym zamierzchłym, wrednym PRLem, a USA już obecną, miłą Biedronką.

Już obsługa linii Delta witająca nas na lotnisku w Amsterdamie jest milutka i przyjazna (w odróżnieniu od większości obojętnych czy neutralnych emocjonalnie osób z multikulturowego personelu amsterdamskiego lotniska). Tym razem do łańcuszka uprzejmości dołączył także miły detroitski kontroler graniczny. Ów strażnik zapytał mnie tylko, jak długo mnie nie było w Stanach (2miesiące i 3 tygodnie) i nie zadawał już więcej głupich pytań. I to ich szczere, głośne, przyjazne, niesamowite: „WITAJ W DOMU” wypowiedziane przez kolejnego pracownika tychże lotniskowych służb, który spytał mnie, czy lecę gdzieś dalej tranzytem (wówczas pokierowałby mnie na prawo), czy wychodzię już do miasta, co oznacza, że wylądowałem w domu.

A później już na każdym kroku jakieś przejawy uprzejmości, których w Polsce nie doświadczam. Wyjazd z lotniska taki spokojny, każdy każdemu ustępuje, wypuszca, wpuszcza, zero agresji, walki o miejsce, o każdą lukę między samochodami, by być o pół zderzaka przed innymi. Lotniskowa policja nie waruje po to, by wcisnąć komuś mandat, odholować, a jest tu by nikt nikogo nie puknął, nie stuknął, nie pozostawił VANa z bombą w środku. Naprawdę czuję, że nawet COPs są tu DLA MNIE, a nie PRZECIW MNIE.

Nie, że uważam nas wszystkich, Polaków za naród chamów i prostaków, ale po prostu tu tej uprzejmości jest albo na tyle dużo, albo jest ona tak inna, że się to zauważa i traktuje jako jakieś nowum. Tu jest to wręcz zaraźliwe, gdyż tu normalnym jest bycie uprzejmym, ponieważ to powraca, podczas gdy w Polsce uprzejmość często jest uważana za przejaw słabości, miękkości, naiwności, i każdy woli być zasępiony, zamkniętym, wrednym. A w USA…? Wchodzę do budynku stacji benzynowej, i akurat podchodzę do drzwi owej stacji w tym samym momencie w którym dochodzi jakiś młody człowiek. U nas każdy z nas próbowałby jako pierwszy wślizgnąć się do środka, podbiec do kasy, by ten typ obok nie wykupił nam całego paliwa, nie odjechał szybciej ze stacji, itd. A tu, po prostu jak dwóch gentelmenów, jeden traktujący drugiego jako damę, której należy otworzyć drzwi licytujemy się, który któremu otworzy i przepuści w drzwiach. On mi otworzył i przepuścił, za to ja puściłem go przodem do kasy, wszystko przy lawinie uśmiechów i to wcale nie sztucznych! Komuś wyrządzisz jakąś tego typu przysługę, grzeczność, dostajesz miłe słowo, a jeśli jest to kobieta, to zazwyczaj powie serdecznie – dziękuję Skarbie, dziękuję Kochanie. Czy ochroniarz w polskim sklepie mówi Wam „Dzień dobry”, a gdy wychodzicie, to „Miłego dnia”, „Do widzenia”, „Jedź bezpiecznie”, „Zapraszamy ponownie”?
TAK, wiem, zaraz niektórzy mi napiszą, że pierd%^ę smuty, bo gdy Wy wchodzicie do amerykańskiego sklepu, to patrzą na Was jak na bandytę, jak na złodzieja, jak na… Polaka? ;) Tak, też tak na mnie patrzą, ale tylko i wyłącznie, gdy wchodzę do sklepów w Detroit, tak poniżej 10 mili, gdzie personel patrzy na klienta, czy tenże nie przyszedłeś napadać, rabować, przykładać lufy do skroni ich głów…

2. … ? No i k%^wa zapomaniałem co dalej mam za świeże wrażenia. :( A było tego naprawdę sporo, ale nie zapisałem na czas. :( Nie śmiejcie się! To jest właśnie starość! I częste wizyty wujka Alzheimera w mojej głowie.

DEALerka Danielka…
Obiecałem sobie, że już NIC, NIGDY w USA nie kupię! NIC zbędnego! Że już nawet nie zajrzę do tych sklepów, które kuszą mnie tymi wszystkimi okazjami. No ale w tym względzie chyba mam zbyt słabą silną wolę… Pierwszy dzień po wylądowaniu, a ja już dokonałem tradycyjnego objazdu okolicy. Kolejność prawoskrętna, czyli trasa dobrana tak, by nigdy nie skręcać w lewo, a co za tym idzie, nie tracić czasu na przepuszczanie aut jadących z naprzeciwka. Dlatego kolejność trasy nie jest wyznaczona sympatią do danych sklepów, a po prostu ich położeniem. Zaczęło się tak…

- Walgreens (apteka), by sprawdzić, o ile drożej wychodzi obecnie w USA podkład Revlon (14,5$+ drugi za pół ceny, czyli 23,06$ za dwa = 44zł za słoiczek (w Polsce 39,99zł, a w sklepie internetowym nawet 29,99zł z darmową wysyłką!). W tej samej aptece czasem na wyprzedaży kupuję suplementy dla pakerów (białka, kreatynę, itd. – w Polsce mam około 10kg tego typu białek, około 1,5kg pompy dla Burnejków, i z 1000 tabletek kwasów BCAA).

- Walmart (by nabyć kartę startową do telefonu, którą oferuje tylko owa sieć Walmartów. Pół roku temu jej cena wynosiła 20$, ale starter, który chciałem wówczas kupić nie dał się nabić na kasę (oni na kasie go wstępnie aktywują w systemie operatora). W pozostałych sklepach tej sieci ten sam zestaw cenili na 28$! Dziś kupiłem go za 9,88$). Tam też nabyłem żarówki LED, które jak to w USA bywa – jedna kosztowała 6$, a zestaw trzech takich samych jest za jedyne 4$ (czyli dwa dolary taniej za dwie sztuki więcej). Wiecie, że jest tysiące Amerykanów, którzy kupią jedną za 6$, bo dwie pozostałe są im zbędne? ;) REALLY SĄ! :)

- ABC Warehouse x2 (gdzie zawsze robię deale kupując za bezcen radia samochodowe, głośniki, aktywne okulary 3D i inne tego typu gadżety). Tym razem wpadły mi do rąk dwa radia Pioneer (przecenione ze 120$ na… 20$. I głośniki Polk z 120$ na 10$;) TAK, gdyby mieli ich tam tysiąc, to bym kupił ich tysiąc! A później już mój cały dom wyglądał tak, jak te kilka szafek na zdjęciach poniżej.

- Meijer x 4 (by sprawdzić, czy może tam będą tanie białka dla moich bicków, które od poniedziałku będę na nowo odbudowywał. Może jakieś tanie smarfony? Jednak nic w czterech marketach tej sieci nie znalazłem. NIC w rozsądnej cenie. Białka muszę sobie przywieźć z Polski.

- Target (by sprawdzić, po ile mają kawę Tosters Choice brązową – po 9-12$! Kosmicznie drogo, a dodatkowo producent zmienił słoiczki na szklane, przez co są ciężkie, więc nie będzie się już tego czarnego, kawowego dobrodziejstwa opłacało słać do Polski, szczególnie, że jest to smakowy odpowiednik Nescafe Gold, który w Polsce da się wydrzeć poniżej 20zł).

- BestBuy x 2 (gdzie szukałem dla siebie telewizora i chciałem wziąć w swoje delikatne dłonie gamerski laptop MSI. Tam też wyleczyłem się z chęci posiadania laptopa Alienware, gdyż ma on nagumowaną obudowę, która przy moim go używaniu zaraz cała pozłazi. Szanuję sprzęty, jak najbardziej, ale spędzam z komputerem tyle czasu, że nadgarstkami zeszlifowałem nawet polerowane aluminium mojego HP Pavilion, więc jak dopiero starłbym gumę z alienowego kosmity). A zatem, rozczarowany tym, że Alienware nie dla mnie, oszczędziwszy te 2tys. USD, które planowałem na niego wydać, tak na spontanie, by nie zabierać matce telewizora (gdy ta akurat go nie ogląda, to biorę pod pachę jej LCD’ka i niosę do siebie do pokoju)… A zatem, tak na spontanie, kupiłem sobie 50 calowy telewizor 4K (LG 50UH5500, jakby kogoś interesowało. Za 423$, jakby kogoś interesowało, jak jestem rozrzutny). 3-4 dni pracy i cieszysz się telewizorem tak dużym, że teraz nie mam go gdzie postawić, powiesić… Ale to jest właśnie Ameryka. TAK, 3-4dni, nie TYGODNI!

- Microcenter – gdzie znów palcowałem laptopy MSI i wiecie co… cholera… no… Nie stać mnie. Mentalnie. 1600$ za laptopa kupionego tylko po to, by mi przekodować kilka filmów z mojej kamery 4K?! Nie zagram ani razu w żadną grę, co najwyżej ułożę pasjansa w laptopie z kartą grafiki GeForce GTX 1060.

Ot i tak wyglądał mój objazd sklepów. Wnioski? Raczej NIC się już w USA nie opłaca kupować, by słać to do Polski i sprzedać z zyskiem. Naprawdę. Jak widzę ceny w Polsce, na OLX czy Allegro, nawet amerykańskich kosmetyków w polskich sklepach stacjonarnych, to naprawdę, przy kursie dolara 3,85zł, musiałbym w USA te rzeczy kraść, bym mógł je sprzedać w Polsce za cenę taką, jaką niektórzy mają na Allegro, OLX, czy na półce w sklepie! Po raz 1szy nawet laptopa kupię chyba w Polsce właśnie! Ma ktoś dojście do gamerskich zabawek w rosądnej cenie? To poproszę o kontakt. Możemy rozliczyć się w radiach Pioneera, okularach 3D Sharpa, zegarkach, smartwatchach, chronometrach, pulsometrach, kamerach sportowych, stacjach pogodowych, butach sportowych, kijach baseballowych, piłkach do tychże kijów, itd. ;) Bo amerykańskich pieniędzy to ja jeszcze nigdy do Polski nie przywiozłem!

   

1. Inni mają w szafkach rupiecie, pamiątki, zdjęcia, itd. Ja mam DEAL’e. Od góry od lewej: Myszki komputerowe, klawiatury, wiertarka, kamerka JVC, kamerki ION, kamera IP, .. oj znudziło mi się wyliczanie – ktoś COŚ? ;)
2. Idziesz obok takiego zestawu w ABC Warehouse, i jakże się oprzeć, gdy dwa radia JVC tak zachęcająco szepcą Ci – KUP mnie, KUP NAS… ;)
3. Wracasz po 3miesiącach do USA, a to samo KUP MNIE w tym samym sklepie szepcą Ci Pioneerki;)
4. Ten TV niczego do mnie nie szeptał, a może i tak, ale nie rozumiem koreańskiego. Nie chcesz ganiać z telewizorem matki, gdy chcesz sobie leżąc w łóżeczku obejrzeć wieczorem wiadomości – idziesz i kupujesz swój własny TV, który w Polsce wyniósłby mnie ok 3tys. PLN… Miesięczna całkiem niezła polska pensja vs. amerykańska 3-4dniówka… 

Lecieć do USA czas najwyższy. Wracać do ciężkiej pracy, smacznych kołaczy i do kontynuowania Waszego ulubionego Bloga.

Jestem, żyję, i dziękuję tym, którzy dobijali się do mnie i na blogu i w mailach i na FB z pytaniem, czy jeszcze jestem na tym łez padole, czy może ktoś zrobił rachu-ciachu i posłał mnie maczetą do piachu. A no jestem, egzystuję i od 6 godzin siedzę na Okęciu w oczekiwaniu na samolot do Amsterdamu i dalej do Detroit.

Tym razem, by zmylić wszystkie tajne służby, nabyłem bilet zaledwie 39 godziny przed odlotem. Gdybym mieszkał w Warszawie, to zapewne bilet na lot do USA kupowałbym u kapitana samolotu, albo za pół ceny od stewardessy, tuż po odlocie. Ale że jestem Słoikiem, który nie wekuje się w Stolycy, to bilet musiałem kupić w Internetach (cholernie drogi tym razem, KLMem i dalej Deltą za 3.644zł, ok. 800zł drożej, niż zazwyczaj). Bilet nabyłem w niedzielne popołudnie, budzę się w poniedziałkowy poranek, włączam RMF i co słyszę w  pierwszej wiadomości? „Podwyższone środki bezpieczeństwa na polskich statkach morskich!”. Tak ich wszystkich zmyliłem, że myślą, że ja Batorym tym razem płynę do USA. Przez Ołszyn popłynę następnym razem, co pewnie spowoduje to, że tuż po zakupie biletu na przefrachtowanie mnie do USA, polskie służby ogłoszą podwyższone środki w bezpieczeństwa kosmosie…

Siedzę sobie na Okęciu na tych mega niewygodnych krzesłach z blachy z dziurkami, która robi z ud i półdupków sitko. Lotnisko za trylion oktylionów dolarów, a świnie w rzeźni mają przytulniej w stalowych prowadnicach do uboju. No ale nie narzekam, prąd za darmo (gdyby ktoś szukał mnie kiedyś na Okęciu, albo zamiast mnie to darmowego prądu, to proszę szukać przy Check-in nr 210. Siedzę i czekam, który z patroli czy to Służby Celnej, czy Straży Granicznej czy Służby Ochrony Lotniska, czy może chociaż jakiś Burek pospolity z Policji się mną tym razem zainteresuje. Ale nie… Wszyscy mnie już tu znają i wiedzą, że lepiej nie podchodzić. A ja naprawdę wyglądam podejrzanie. Ciemna karnacja, ciemne włosy, akbarowe spojrzenie – sam będąc ochronnikiem naszego portu lotniczego strzelałbym do kogoś takiego jak ja bez pytania, a oni chodzą, patrzą i plują na piękne lastrykowe kafelki hali odlotów…

TAK, plują. Rozmawiam sobie spokojnie przez telefon, patrzę na dwóch SOL (Strażników Ochrony Lotniska), a jeden z nich, jak jakiś pospolity menel w parku nacharkał na podłogę i rozciągnął plwocinę po kafelce. SZOK i niedowierzanie – jak mawiają polityczni klasycy.
Odkładam zatem na chwilę słuchawkę i przez pół lotniska pytam sprawcę: COO TOO BYŁOOO ?!
– Do mnie pan mówi – odkrzykuje plujący SOL.
– NOO, A DOO KOOGOOO?! – mówię odważnie z gestem, by plujek podszedł bliżej, bo nie będę do niego wykrzykiwał przez pół hali odlotów.
– O co chodzi? – pyta ślinotoczny Strażnik z miną, jakby był jakimś przygłupem.
– O GÓWNO! – chciałoby się mu odrzec, ale się na szczęście na te kafelki nie zesrał, tylko napluł, więc grzecznie wyjaśniam, że: „Jest pan w służbowym, państwowym mundurze, a napluł pan na środku lotniska jak jakiś menel w parku!
– Ale.. ale… ale mi mucha wpadła, i w odruchu obronnym musiałem ją wypluć. – tłumaczy się jąkając jakby ze strachu.
– Ja tam podejdę i jak nie znajdę śladów po żadnej musze, to od razu dzwonię po sanepid! W większości krajów świata, za rozsiewanie materiału biologicznego w miejscach publicznych dostaje się mandaty lub trafia do więzienia! Pan nosi MUNDUR, a zachowuje się jak MENEL! – zastrzeliłem Strażnika skuteczniej, niż z bazooki.

Poszli skruszeni i mimo tego, że ja naprawdę wydaję się podejrzany, siedzę z laptopem na kolanach, dwa smartfony podłączone do tegoż komputera, znudzonym wzrokiem błądząc po stalowej konstrukcji dachu lotniska piszę coś bez patrzenia na klawiaturę… to strażnicy już ani razu, robiąc kolejne obchody nawet nie spojrzeli w moim kierunku.

Oj słabo widzę zdolności obronne naszych strażników, skoro wielki mundurowiec o mało nie został zgładzony przez małą muchę (nawet nie hiszpańską, a polską, pospolitą, śniętą już jesiennie).

W miejscu w którym siedzę znajduje się zbliżeniowy czujnik elektronicznych kart pracy. Już 10 minut przed godziną w której kończy się zmiana, wszyscy stoją i machając zniecierpliwieni swoimi przepustkami czekają na najbardziej pośpieszny smartfon, który najwcześniej wybije na swoim wyświetlaczu tę upragnioną 22:00, 23:00, itd. Kadry bardzo młode, średnia wieku tych wszystkich ludzi to na pewno poniżej 30lat. Głupokwate jeszcze wszystko takie. Klną w miejscach publicznych, bawią się wózkami inwalidzkimi, itd. Każda ich głupota nagrywana przynajmniej przez jedną z kamer monitoringu. Owa terrorystyczna mucha i jej dzielne unieszkodliwienie przez strażnika także się nagrało – szkoda, nie na mojej kamerze.. ;)

Amsterdamie, nadlatuję!
A w Amsterdamie czarno, mimo, że lądowałem o 8:00. Większość obsługi technicznej… jak to napisać, by nikogo nie urazić… w nocy każdy z nich jest totalnie niewidoczny nawet w silnych światłach reflektorów. Kobieta w burce chowa jakieś bomby w zaparkowanym przy moim samolocie VANie. Wszyscy wydają się jacyś tacy Lejzi Dejzi… ABSOLUTNIE nie zabraniam nikomu czarnemu, brązowemu, żółtemu, zielonemu, białemu podejmować pracy gdziekolwiek, no ależ kurwa rzesz mać, żeby na lotnisku w białym do niedawna kraju w Europie środkowej trudno było spotkać kogoś o przyjaznym kolorze skóry…? Takie były moje pierwsze spostrzeżenia odnośnie tegorazowego lądowania w Holandii… Tzn. drugie, bo pierwsze wnioski o Niderlandach nasunęły mi się już na Okęciu.

Holandia to jednak kraj dewiantów. Naprawdę! Lata temu jeździłem do tego pięknego kraju 2x w tygodniu i zza kierownicy samochodu wydawał się przepiękny. Autostrady wszesz i wzdłuż. Drogi usypane wzdłuż jezior. Przy każdej drodze malowniczy kanał. Tysiące wiatraków nowoczesnych, stawianych w dziesiątkach sztuk nawet na środku jeziora, i te starodawne wiatraczyska, których tak obawiał się Don Kichot. Stare miasto Amsterdam i jego cudowne mosty i kanały. PIĘKNIE!
Jednak Holandia ma też swoje drugie dno. I jest ono, jak na kraj żyjący w depresji geologicznej dnem dna. To, że Holendrzy wychowywani od lat w jakiejś lewackiej utopii są odklejeni, to wie każde dziecko. Ale owa Holandia „utapia” naszych własnych, polskich, rdzennych obywateli (głównie obywatelki). Dziewczyna siedząca naprzeciw mnie, z polskim paszportem – wytatuowane gwiazdki na kostkach dłoni, zaburzone spojrzenie Popka na twarzy. Lesbijka lub minimum wojująca feministka.
Tuż przede mną w kolejce „dziewczyna” z fryzurą ściętą krócej, niż poborowy za czasów PRLu. W nosie wielki okrągły kolczyk, jakby była krową na którą jej właściciel bierze dopłaty unijne. Obok niej jej dziewczyna. Także Polka… Patrzysz na nich i zastanawiasz się, dlaczego ten durny Hitler nie poszedł w 1939 na Zachod… Nie dość, że w tydzień zaszedłby do Portugalii, to dziś cała Europa władałaby językiem niemieckim…

No to Danke, i przełączamy się na maj inglisz.

1. I tak mniej więcej wygląda 2/3 obsługi amsterdamskiego portu lotniczego… 

Ile razy pisałem Wam o… ociężałości umysłowej Amerykanów? Dużo razy. Bardzo dużo. A to i tak o wiele za… mało razy! Oczywiście opinie o ich IQ są sprzeczne i wielu z Was uważa ich za geniuszy. Bo mają NASA (stworzonego przez syna niemieckich imigrantów), wahadłowce, niewykrywalne samoloty (j. w.), bo latają w kosmos, bo stworzyli Apple’a (to akurat syn syryjskiego imigranta), bo stworzyli Facebooka (to akurat Izraelczyk), itd.

Przykłady ich zarówno geniuszu, jak i „geniuszu” mógłbym mnożyć setkami. Jednak ich „geniusz” mogę podnosić do potęgi n-tej i jeszcze to wszystko SILNIOWAĆ!

To, co zaskoczyło mnie kilka dni temu to… mój ulubiony bank – Huntington. Opisywałem parę notek temu, co dla idiotów tam pracujących znaczą zwroty: „Free”, „Gratis”, „no Fee”. Wczoraj byłem „skeszować” mój ostatni czek i cóż mnie znów zaskoczyło?

- Możemy Ci go skeszować jedynie do wysokości środków, które masz na swoim koncie – powiedziała młoda pani z placówki mojego banku w markecie Meijer.
Jest to takie zabezpieczenie banku, gdybym chciał keszować czek bez pokrycia, wówczas oni pokryją go… moimi pieniędzmi, a ja będę w czarnej dupie, że byłem tak durny i przyjąłem od kogoś czek bez pokrycia*.
– Co Ty mówisz? Jakie limity środków. Przecież to czek z Waszego banku! Dziesiąty czek od tego samego wystawcy, od mojego szefa, który realizuję w przeciągu ostatnich 3miesięcy! – mówię spokojnie, gdyż dżentelmeni o pieniądzach jeśli już rozmawiają, to spokojnie, by dobrze było słyszeć ich szelest…

Niunia pracująca w banku po prostu nie umiała sprawdzić, skąd pochodzi czek. To mówię do niej: Zobacz, spellujmy razem. Ejcz. Ju. En. Ti. Aj. En. Dżi. Ti. Ou. En – Huntington! BINGO!

Nie mam więcej pytań i wątpliwości. To są DEBILE! Chociaż urażam teraz debili, bo większość debili w wydaniu polskim, byłaby menadżerami, albo wręcz prezesami takich banków, biur, itd.

Kolejny dzień i kolejny zabawny przykład. Stoję sobie w kolejce na lotnisku. Kolejka wielka, bo jest sobotnie popołudnie w weekend poprzedzający ich święto 4 lipca. Podchodzi do mnie około 40-45letni facet z około 15-letnim synem i pytają, którą mam godzinę na swoim smartwatchu. Wokół tysiąc tablic odlotów, przylotów, wyświetlacze odpraw, a na każdym z nich oczywiście wyświetlona godzina. Ale oni pytają mnie. Ja po prostu mam jakiś dziwny ściąg do idiotów. Zapewne z racji tego, że przeciwieństwa się przyciągają i geniusze ściągają do siebie takich różnych intelektualnych cudaków.

A mój smarkwatch jak na złość pokazuje godzinę „z dupy”, gdyż nie mając telefonu Samsung, nie mogę tego mojego Gear 2 zsynchronizować i nawet godziny ustawić! Pokazuję im zatem wyświetlacz mojej X-perii, na którym widnieje wielka godzina: 16:22.

- Oo, sir… it’s military time?! But what time is in our? – zapytał ojciec oddając mi w tym samym momencie wojskowe honory, jako żołnierzowi! JARZYCIE?! Przeżyć całe życie bez świadomości, że ich 4:22 PM to dla 97% świata 16:22! Ich wieloosobowa rodzinka, której IQ trzeba by chyba zsumować, by wyszedł z tego jakiś jeden nieupośledzony przedstawiciel z należnym mi szacunkiem patrzyła na mnie przez dalszą część odprawy. Że bronię ich kraju przed ISIS, że narażam życie, bo w telefonie mam „wojskowy czas”.

* – kilka dni temu w pracy odkryłem nową definicję „czeku bez pokrycia”. Gdy po otrzymaniu od szefa czeku, następnego dnia mój współpracownik przyszedł smutny do pracy, zrozumiałem, że tego wieczoru i nocy raczej nie miał „krycia”. I stąd wziął się czek bez pokrycia – dajesz swojej kobiecie czek, a ona nie daje Ci krycia;)

1. Jakim cudem ten naród pomógł nam zwyciężyć wojnę?! Skoro oni nie odróżniliby hitlerowca od polskiego partyzanta. Trupiej czaszki SS z czapki SSmana od polskiego Orła z beretu obrońcy Warszawy. 


  • RSS