Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Oby teraz nie zeszła na sukę, i to głupszą, niż to przewidują wszystkie ustawy Kongresu razem wzięte!

Ktoś pytał mnie, jak Amerykanie reagują na te wybory… Zawsze się wydaje, że to są najgorsze wybory, jakie mieli do tej pory, a później wychodzi na to, że za kolejne 4 lata jest jeszcze gorzej. 8lat temu był wybór między potomkiem parobka z pola bawełny, a McCainem…

Wygrał dobrze wytresowany politycznie Afroamerykanin, gdyż był przyklejony do o wiele lepszego od siebie viceprezydenta Bidena. Jakie miał sukcesy Obama w ciągu tych dwóch kadencji, lepiej nie mówić… Nie pisać. OK, doczekał się mojego nieszczerego listu, na który równie enigmatycznie odpowiedziała jego sekretarka i tyle jego sukcesów. Jako pokojowy noblista, za jego kadencji wybuchło więcej wojen, niż za kilku jego poprzedników razem wziętych. O jego politycznym miernactwie świadczyła chociażby chęć siłowego obalenia prezydenta Syrii – Asada. I inne takie kurwa rzesz trzecia mać pomysły.

Czy i jak Amerykanie przeżywają te wybory…? A no przeżywają. STRASZNIE! Moja ulubiona żydowska babcia jest Trampkarką. Jej córka jest Clintonówką. Babka mimo prawie 90lat na karku, jest tak świeża na umyśle, że wyrzekłaby się własnej córki, oby tylko Trump mógł wygrać. To dowodzi faktu, że podziały się w tym przypadku zarysowały naprawdę duże. Ja jestem z oczywistych względów także Trampkarzem. Moj lewacki były kolega z Anglii straszył mnie, że jak Trump wygra, to wywali mnie z USA, skoro ciągle nie dorobiłem się amerykańskiego obywatelstwa. To samo pierdolenie usłyszałem dziś od innego mojego znajomego z Polski, gdy tenże dowiedział się z mojego Facebooka, że właśnie śmigam na wiec Donalda Trumpa, który dobę przed zakończeniem kampanii przybył do mojego miasta.
Dareczku i Roberciku, Trump mnie nie wywali, chociażby z tego względu, że płacę w tym kraju podatki wyższe, niż sam Donek;)

Tak jak Trump głosił w jednej ze swoich przemów, jego przeciwnicy mają wszystkie media za sobą, przez wieki zasiadają na stołkach politycznych USA i reszty krajów świata, mają nieograniczony kapitał na kampanię wyborczą i na pranie mózgów, więc… więc widzieliście chyba, jak sprali mózg tej biednej Clinton? Zostały w nim już tylko szyszki i piasek i ten tajemniczy implant, który raz na jakiś czas dostaje zwarcia i robi ona te swoje kretyńskie miny, gesty, itd. I taki ktoś ma zostać prezydentem? Dostać na nocną szafkę walizkę z kodami atomowymi?

Kampania jaka była, każdy widział, nawet w Polsce. Trumpa jedyne, za co można winić, to za szczerość. Bo to dzisiaj, szczególnie w politycznych mordach – rzecz bardzo rzadka, wręcz nieobecna. A on mówi, co myśli i dobrze mu i mi z tym. Nienawidzi imigrantów, bo nienawidzi ich większość społeczeństwa KAŻDEGO kraju świata! My nie lubimy Ruskich, Ukraińców, Czeczenów, Żydów, itd. Niemcy, Francuzi, Włosi, Litwini, Ukraińcy, Rosjanie nienawidzą nas (i to wcale nie za naszą niechęć do przyjmowania „uchodźców”, za Karakale, za Fiata 126p, za Wilno, za UPA, za zdobycie Moskwy – jako jedyni najeźdźcy w ich historii). Nie ma żadnego kraju, który lubiłby szarosięgoszczących przedstawicieli innego narodu. Najbardziej wszystkich nienawidzą… Japończycy. Są takimi ksenofobami, że gdyby nie ich wrodzony spokój i kultura, wyżynaliby nas swoimi samurajskimi mieczami już na lotniskach, tuż po naszym wylądowaniu w ich Tokio czy Hokkaido.

A zatem, Trump tylko… mówi prawdę. Skoro jakaś baba wygląda i żre jak świnia, to nie nazywa jej lwem salonowym, który zna zasady stołowego Savoir-vivre. A właśnie to, w spotach wyborczych Clintonowej jest mu zarzucane, że brzydko mówi o jakiejś pani, że jest seksistą, że nabija się z amerykańskich generałów, gdyż lepiej od nich zna ISIS, i że impulsywnie wykrzykuje, że czegoś tam nie pamięta. HIPOKRYZJA Clinton i jej sztabu sięgnęła zenitu. Ta zaimplantowana piczka, która impulsywnie robi z siebie idiotkę, przy której Ewa Kopacz na czerwonym dywanie w Berlinie to nie tyle lew salonowy, co nawet wersalski tygrys, zarzuca innym, że mają impulsywne zachowania?

W uczciwych wyborach Trump wygrałby w przedbiegach. Kraj złożony głównie z imigrantów wybrałby antyimigranckiego przywódce – to jest właśnie demokracja. I to jest dowód na to, co złego dzieje się obecnie na świecie. Pierdolony najazd na Europę bandytów pewnej orientacji religijnej… Niestety, przez te wszystkie cuda nad urną, pewnie wygra o mały promil Clintonowa. Wówczas pozostanie mi czekać na wizytę „smutnych panów w czerni” i wypad na kubańską wycieczkę do Guantanamo.

A co do żywej reakcji Amerykanów na wybory. Byłem dziś w Microcenter. To taki sklep dla maniaków komputerowych. To jedno z tych miejsc w Michigan, gdzie spotkasz najmądrzejszych ludzi tego stanu. Komputerowców, matematyków, informatyków, itd. Wielu z nas ma tych wszystkich geeków (maniaków komputerowych) za… geeków (palantów, dziwaków, nudziarzy). Ale właśnie dziś w owym Microcenter przysłuchałem się ciekawej rozmowie pracowników tego sklepu. Rozmawiał Geek (biały, ok 40latek, z kompetencji informatycznych pewnie nie mniej obeznany niż Bill Gates), z dwoma minigeekami (czarnym i żółtym). Mówił im, że głosuje na Trumpa, gdyż jego kuzyn, po powrocie z Syrii (chyba był zaangażowany w wydarzenia z Bengazi) mówił wszystkim, co tam się stało i jak naprawdę wygląda wojna. Stał się przez swoją szczerość osobą, której nigdzie się nie zatrudnia. On i jego rodzina za rządów Obamy, czyli Demokratów, więc i pani Clinton (która miała głęboko w swojej menopauzalnej piździe bezpieczeństwo amerykańskich placówek dyplomatycznych) jest społeczną czarną owcą. I właśnie dlatego, że Clintonowa nie ma poszanowania dla niczego, dla amerykańskich wartości, dla patriotów, dla żołnierzy, weteranów, dla nikogo, tenże zagłosuje na Trumpa.

Wróciłem do domu i ujrzałem w newsach, że za 2 godziny Trump będzie zaledwie pięć kilometrów ode mnie. Specjalnie dla Was, mimo rozkładającej mnie choroby pogoniłem na spotkanie z nim. Mając nadzieję, że Donald jak wszystkie gwiazdy, spóźni się trochę, zajechałem zaledwie 10mint przed zaplanowanym na 18:00 spotkaniem.. A tenże już przemawiał. Słychać Go było i entuzjazm na Jego słowa już z kilometra. Szczery, prawdziwy, pełny nadziei entuzjazm kilku tysięcy ludzi. Stanąć samochodem było tak ciężko, że do 1-szego wolnego miejsca parkingowego miałem dalej, niż do domu.. Tuż przede mną szukała wolnego miejsca pewna arabska księżniczka w swoim Maserati. Pewnie chciała usłyszeć, czy gdy Trump wygra, to odbierze jej to piękne auto i wygoni z powrotem do Syrii, Iraku, Iranu, Kuwejtu, Arabii, czy skądże ona była..

W drodze na spotkanie, nagabnęło mnie dwóch kolesi. Pytali, czy mam albo czy chcę papierosa. Nie miałem/nie chciałem, więc zapytali mnie w jakimś obcym języku, czy chcę coś, sroś czy owoś. Wyglądali na dwóch arabów, którzy szli na owe spotkanie dla zadymy. Nie tyle burd słownych czy wiecowych czy racowych, a po prostu by być i szerzyć jakiś zamęt. Ot taki KOD na pogrzebie Inki… Niestety, chętnych na spotkanie z Trumpem było tylu, że w kolejce musiałbym przestać całą jego przemowę. Wsłuchiwałem się zatem nie tyle w jego słowa, a w rozmowy ludzi wokół mnie…

- Nie jest ważne, kto jest lepszy, O wiele ważniejsze jest to, kto jest dla nas GORSZY – rozmawiali przybyli na ten wiec Amerykanie. Przypomina Wam to coś?
– Jestem za legalizacją medycznej marihuany. Moja kuzynka zażywała leki za 7tys. dolarów rocznie i niewiele jej pomagały. Od kiedy bierze leczniczą marihuanę, jej ataki zanikły, ale nie może nigdzie wyjechać, gdyś jak pojedzie np. na wakacje do stanu, gdzie owa marihuana jest zakazana, to łamie prawo. Nie wspominając już o Kanadzie (do Kanady mamy z Michigan 20-30km, i wiele ludzi wpada tam po tani alkohol).

Stojąc 100-200metrów od stadionu na którym przemawiał Trump, i tak każdy włączył w swoim telefonie jego przemowę, by lepiej słyszeć. Globalizacja… Ot i tak skończył się jeden z przedostatnich wieców wyborczych Trumpa. Około 100 samochodów i motorów policji dbało o jego bezpieczeństwo, pokazało obywatelom łażącym po drodze jak święte krowy, że są od chronienia nas tu, a nie wystawiania nam mandatów, i pozostało mi trzymać kciuki, by za 2dni okazało się, że Ameryka jest ciągle opadła na psach, a nie na suce…






1. Przejazd oby to 45-tego prezydenta USA… :) Ten film pokazuje, czym jest Ameryka. Idziecie na czerwonym, na oczach kilku policjantów, a oni, zamiast wystawić Wam mandat, naprawdę wstrzymają ruch, by nic Wam się nie stało. W Polsce, pamiętam, był remontowany fragment drogi, gdzie panował zakaz ruchu dla samochodów, a mimo to, milicjanci stali i wlepiali mandaty każdemu, kto miał czelność przejść na czerwonym. Nie dajcie się zmylić,że USA to policyjne państwo. Ja tu nie muszę rejestrować numeru prepaid. Mam go na NIKOGO, a Wy?
2. Niech jej się te dwa zwoje mózgowe zepną kiedyś na tyle skutecznie, by marchewka czy bakłażan przy niej były naprawdę inteligentnym warzywem… ;)

A tak na marginesie. Zamach na kandydata na prezydenta USA przeprowadzić jest banalnie łatwo. Policji jest pełno, w radiowozach i na motorach, ale NIKT nie liczy, ile jest tych pojazdów (motorów czy  aut policji stanowej lub lokalnej). Wystarczy wjechać w 16milę autem chociaż przypominającym pojazd policyjny (Ford Grand Victoria, Dodge Charger, itd.) oklejony lub okogutowany) i można „eskortować” przyszłego prezydenta…  Banaszka… ;)

Jadąc na niedzielny objazd miasta, czyli dla strawy cielesnej od Rite-Aid do Rite-Aid;) Od Walmart do Meijera, od Targetu do Krogera, itd., a dla strawy duchowej od kościoła po meczet, naglę spokojną trasę mojej samochodowej wędrówki przeciął rozpędzony radiowóz. Cop właśnie coś gadał do radiostacji, więc myślałem, że śpieszy się na niedzielny obiad i woła do żony, by ta odpalała mikrofalówkę, bo on już pędzi. Minutę później w podobnym tempie minęły mnie trzy zastępy straży pożarnej i kolejny policyjny radiowóz (ależ to głupia polska nazwa samochodu policyjnego, przecież teraz każde auto wozi w sobie radio;). A zatem, widząc tę pędzącą kawalkadę pojazdów uprzywilejowanych, nie pozostało mi nic innego, niż ich ścigać. Trzymałem się te przepisowe 500 stóp za nimi, i mimo braku sygnałów dźwiękowych, błyskowych i dymnych, dogoniłem ich szybciej, niż oni znaleźli pożar.
Palił się wielki miejski transformator w lokalnej stacji wysokiego napięcia. Oczywiście strażaki nie takie durne, jak ja, więc dobrze wiedzieli, że urządzeń pod napięciem nie gasi się wodą, a czeka aż wszystko się pięknie wypali, olej z trafa wyparuje, wszystko się stopi, zewrze ze sobą, i taką kupkę kopcącej się miedzi i amulinium (którego nie da się pomalować) można spokojnie przykryć pianą gaśniczą, by można było za coś wystawić rachunek.

Transformatorowe palenisko znajdowało się tuż przy torach. Na miejscu 3-4 jednostki straży pożarnej, 5-6 radiowozów i Danielek. Danielek, jak to Danielek, polezie zawsze tam, gdzie nie można. Gdybym był Nowojorczykiem, to 9/11 pewnie byłbym jedynym, który brnąłby pod prąd tysięcy uciekinierów z Ground Zero. Ale w Sterling Heights 10/24 jarał się tylko trafo, a nie dwie wieże. Przelazłem przez tory i podszedłem prawie że pod palenisko. Podszedłbym pod sam ogień i przypiekł sobie kiełbaski, ale bałem się, że albo dostanę jakiś mandat, albo spadnie na mnie jeden z przewodów BARDZO wysokiego napięcia, który wisiały kilka metrów nade mną.

Cała ta sytuacja uzmysłowiła mi po raz kolejny, że w USA jest ze służbami mundurowymi tak, jak zresztą ZAWSZE to czuję, gdy widzę amerykańskiego żołnierza, policjanta, strażaka. Wiem, że ONI są dla MNIE.
Naprawdę! Leci nad Tobą F-16, albo Apache, albo dwuwirnikowy śmigłowiec Chinook i wiesz, że oni są tu dla Ciebie. Że poszli do wojska, policji, staży pożarnej, by naprawdę służyć temu krajowi, więc i Tobie. Nie dlatego, że liczą na emeryturę po 15latach „pracy”, czy na kosmiczne przywileje mundurówki. Oni tu naprawdę wierzą w to, co robią.
Wiesz, że ów F-16, gdybyś był Amerykaninem poleci w każdy zakątek świata, by Cię odbijać z rąk terrorystów. Że lata nad Tobą nie dlatego, że jakiś minister czy premier polskiego rządu wziął łapówkę od jego producenta. A strażacy… W Polsce też mili i uprzejmi, ratują tych wszystkich drogowych roztrzaskańców, ratują nas przed gniazdami os, nawet nasze kotki ratują przed tym, że głupie wdrapać się na drzewo umiały, ale zejść już nie…

A zatem, łażąc tak po zakazanym terenie pożarowym, będąc 2x bliżej paleniska niż strażacy, ci z troską o mnie kazali mi się oddalić. W Polsce, stojący tuż obok nich policjanci wlepiliby mi mandat za łażenie po torach, czy inne paragrafy, a tu… to jest naprawdę wolny kraj! Zobaczycie, że Ameryka zostanie ostatnim wolnym krajem świata. Może nie w pełni wolnym, ale na pewno nie kajdanującym swoich obywateli tak, jak inne kraje poprawnych politycznie tworów typu Unia Europejska. Tu kupuję sobie nr tel. w Walmart i nikt nie każe mi go rejestrować! A niby to nieustannie podsłuchiwani obywatele przez ten straszny amerykański rząd, robią co chcą. Młodzi terroryści przez miesiące wypisują w internecie swoje pełne nienawiści hasła i posty, i nikt im nic nie robi, nie łapie, nie ściga. Ot po fakcie tylko służby ujawniają, co dany delikwent miał na swojej tablicy FB.

Powracając do dzielnych strażaków… Tydzień przed niedzielnym pożarem zrobili przed jednym z marketów w Rochester Hills pokaz, jak niebezpieczne są zabawy i nieostrożne posługiwanie się ogniem. Był pokaz gaszenia gorącego oleju, prezentacja szybkości palenia się świątecznej choinki, itd. Oni, strażacy dumnie stali przy swoich lśniących maszynach, a mieszkańcy miasta byli jeszcze bardziej dumni z tego, że mają takich odważnych Firefightersów. Tak się tu ich nazywa, w ramach poprawności politycznej, by nie używać słowa Fireman, bo zaraz Firewomen się obrażą, że dlaczego MEN, a nie WOMAN? A właśnie jednym z tych wielkich strażackich pojazdów (mija mnie jadąc z naprzeciwka już bez sygnałów) kierowała taka malutka, drobniutka pani strażaczka.

Wypalony transformator zasilał między innymi… światła drogowej sygnalizacji świetlnej. Na szczęście to była niedziela, bo gdyby zdarzyło się to w dzień roboczy, to miasto zostałoby zakorkowane na amen, na akbar i na akysz na dokładkę! U nas, w razie takiej awarii zaraz policjanci pojawiają się na skrzyżowaniach newralgicznych dróg, i machając białymi rękawiczkami udają semafory drogowe. W USA zasada jest prosta. KAŻDE skrzyżowanie, nawet głównej drogi 3-4 pasmowej, z innymi drogami staje się skrzyżowaniem równorzędnym, na którym każdy musi przySTOPować i ruszyć chronoligicznie – kto pierwszy przySTOPował, ten pierwszy rusza. Danielek oczywiście… grzecznie przeprosił chłopaków z trzech wielkich pickupów, że go nie rozjechali w ostatniej sekundzie filmu;)

Nie, że wymusiłem na nich przejazd… Po prostu się nie zrozumieliśmy. Jeden z nich machnął ręką kierowcy auta stojącego przede mną, by ten jechał… Myślałem, że przepuszczają całą naszą dwupojazdową kolumnę… Ale mimo tego, że mieli pierwszeństwo, że mieli chęć ruszyć… żaden nawet nie zatrąbił… – Ameryka! :)


Tam powyżej jest film. Wyświetla się Wam jego miniatura? Jeśli nie, to napiszcie proszę w mailu lub komentarzu, z jakiego systemu i przeglądarki korzystacie, że tego nie widzicie:( Będziemy naprawiać:)

Korzystając z prawie że wolnego dnia (sobota, w którą pracowałem tylko 7 godzin), pojechałem do pobliskiego względem mojego miejsca pracy – Pontiac, Michigan.

Jest to jedno z biedniejszych miast stanu w którym mieszkam. A biedne stało się na swoje własne życzenie, gdyż dało się zaczernić w stopniu bardzo wysokim. Przejrzystość powietrza wynosi w tym mieście zaledwie 48%, co oznacza, że gdybyśmy tak przyciemnili sobie szyby w naszym aucie i miały one 52% ciemności, to żaden polski diagnosta ani żaden burek z drogówki, ani nawet krawężnik z osiedlowej uliczki by nas autem z tak ciemnymi szybami dalej nie puścił… Ale Pontiac puszcza się sam. Najczęściej puszcza się z dymem (dlatego pontiacka straż pożarna NIE ISTNIEJE, bo zbankrutowała). NAPRAWDĘ! Nie wyrabiali na wodę do sikawek!

Ale to jeszcze nic, bo pobliskie Detroit ma 82 % nasycenia dwutlenkiem węgla w powietrzu…! A co najciekawsze, caaały, piękny, czysty, jeziorowy, 10 milionowy stan Michigan ma tylko 14% nasycenie ciemną stroną mocy, więc wyobraźcie sobie, jak cudownie i jasno jest na tego stanu północy…

No i zrobiły się wykłady z chemii i wierszoklectwa, a wiem, że nie po to wchodzicie na ten blog.

A zatem, pojechałem do Pontiac, gdyż mieści się tam jeden ze sklepów ABC Warehouse, którego jeszcze nie odwiedzałem. Miałem nadzieję, że kupię jakieś okazyjne radyjko do auta (piąte z kolei;), głośniki, kolumny, whatever, byleby był GUD DIL:)

Wjechałem do owego miasta o godzinie 15:20. Sobota, bogate miasta USA tętnią wówczas życiem. Ludzie gonią na zakupy, gdyż ich konto bankowe i karta płatnicza wreszcie świecą jakimiś środkami pieniężnymi, z wpłaconego dzień wcześniej czeku. Sklepy, jadłodajnie, knajpy, wszystko pełne ludzi. W miastach typu Birmingham czy Royal Oak, gdzie istnieją chodniki dla pieszych, skwery, a sklepiki i kawiarnie znajdują się przy głównych, kameralnych ulicach miasta, najładniejsze dupeczki ze stanu Michigan wychodzą na polowanie, by wyrwać kogoś bogatego z tamtych okolic, z kim miło spędzą wieczór, noc, resztę życia. A w Pontiac – ZERO życia. Jakby właśnie Obama przez pomyłkę (bo jak wiemy, politycznie to on rozumem za bardzo nie grzeszy) zamiast na syryjskie Aleppo, atomówkę posłał na Pontiac, MI.

A wiecie, że rok temu, gdy michigańskie polityczne lewactwo wyprosiło władze stanowe, by ściągnąć więcej syryjskich uchodźców do Michigan, to sprytne władze się zgodziły pod warunkiem, że zasiedlą oni specjalnie dla nich odnowione pustostany Pontiac. Pierwsza syryjska rodzina przyjechała, rozejrzała się, wrzuciła na fejsa kilka fotek okolicy, kilka fotek czarnych sąsiadów, i… cała reszta Syryjczyków nie była już tak głupia, by tu przyjechać i wszyscy masowo popierdolili do Niemiec.

Zjeżdżając z autostrady prowadzącej do Pontiac, na której gonisz 140km/h (wprawdzie można na niej jechać 112km/h, ale kto by się tak wlókł) i nagle wpadasz do Pontiac, gdzie by nie rozjeżdżać miejscowej ludności, musisz jechać 40km/h, świat nagle staje, zastyga. W dzień roboczy widać tylko dwa oblegane miejsca – sąd (gdzie codziennie sądzi się kilkuset mieszkańców za czyny niezgodne z prawem) i ośrodek pomocy, gdzie pozostała część dostaje środki na przeżycie. W sobotę, z racji tego, że sądy i tutejszy MOPS są zamknięte, ludzi nie ma tam WCALE!

Bez nawigacji pobłądziłem po Pontiac na tyle skutecznie, że chcąc nie chcąc zwiedziłem owo miasto wszerz i wzdłuż. I na ukos i na przeciwprostokątną. Co mnie zszokowało najbardziej? Zamknięte wielkie centrum handlowe Sears. Sears zawsze buduje tak wielkie centra handlowe, bo do niego zazwyczaj dokleja się ekskluzywny Macy’s, biedny JC Penny, a do nich trojga galeria na minimum 100-200 sklepów, restauracji, fast-foodów, itd. W moim Sears w Sterling Hgts. dziwiło mnie kiedyś, że upadł jeden ze sklepów owej galerii. Wszedłem do środka tego pustostanu, popatrzyłem na to zlikwidowane właśnie sklepisko i zrobiło mi się żal, bo wiem, że tak najczęściej zaczynają się początki końca. Na szczęście ów „mój” Mall jest jednym z większych tego rodzaju w Michigan, więc ciągle żyje i całkiem nieźle się miewa. Ale za to podobno Macy’s mają się zamykać. Ów Sears w Pontiac padł i … teraz żałuję, że nie podszedłem bliżej, z kamerą, może nawet do środka i nie pokazałem Wam tego upadku na ryj. Wiem, że póki nie znajdziecie się w takim miejscu… Póki nie poczujecie zapachu pleśni, grzybów, mchów porastających wszystko, póki nie zobaczycie nacieków z przeciekających, nieremontowanych, nieodśnieżanych zimą dachów – to nie poczujecie owego upadku na własnej skórze. Nie dostaniecie tych dreszczy, przerażenia, horroru. Pojęcia nie macie, jak natura szybko odzyskuje to, co człowiek jej zagarnął przed dekadami. Ziemie, przestrzenie, swobodę. Naukowcy kiedyś wyliczyli, jak szybko, gdy zabraknie na ziemi pasożyta w postaci człowieka, natura wszystko pochłonie… Każdy drapacz chmur, chodnik, drogę. BARDZO SZYBKO.

Pontiac zatem powrócił już do natury. Zwierzęta swobodnie mogą biegać po ulicach i nic im nie grozi. Ograniczenia prędkości na tamtejszych ulicach takie, że nie tylko gepard czy gazela, ale nawet żółw czy leniwiec może nas wyprzedzić bez problemu. I gdy tak powoli i możesz wszystkiemu się przyjrzeć… przytłoczył mnie widok małej, białej dziewczynki siedzącej na rozpadającym się pick-upie ojca. Taka jakby owieczka wrzucona przez kogoś na pożarcie stadu wilków… Jakby była tam przez pomyłkę. I od razu przypominają się sceny z amerykańskich filmów, o „zapadłych dziurach” z których nie ma ucieczki… W Polsce, na jakim zadupiu byście nie mieszkali, to zawsze można uciec – stąd się wydaje, że się po prostu nie da. Ale Ty ucieknij stamtąd dziewczynko, UCIEKNIJ!

Podjechałem pod inny jakiś jeszcze istniejący mall (centrum handlowe). Wchodzisz do sklepu i tambylcy patrzą na Ciebie wręcz z wypisanym na czole – „o patrz, BIAŁYYY!”. Ale ów biały jest na tyle niebiały, że szybko wtapiam się w ten przyciemniony tłum. Moja paskudność ma swoje zalety i ja naprawdę wszędzie jestem brany za „swojego”. Cyganki wróżące na kazimierskim rynku, mi nigdy nie chcą wróżyć, bo ja „swój”, Arabowie w Hamtramck machają mi Akbara na powitanie, gdy się zapuszczam do tej arabskiej metropolii, a w takim np. Pontiac murzyni pozdrowieniowo krzyżują paluchy na mój widok. Po prostu potrafię w sprzyjających okolicznościach mieć spojrzenie wariata/furiata/dewianta, które w takich miejscach jest niezbędne do przeżycia. Po prostu nie dajesz po sobie poznać, że jesteś tu obcy, że nie jesteś stąd, że nie masz za paskiem gnata, ot taki home boy ze mnie;)

I taki właśnie swojak przeszedł się po Pontiac. Co zaskakuje. Wiele tambylczyń ma tak kurewskie spojrzenie, że po prostu nie wiesz, czy to zwykła ulica, dzielnica, czy może już rejon czerwonych latarni. Robią to oczywiście z przekory, patrząc tymi swoimi wielkimi, dzikimi, czarnymi oczami w niewinne, niebieskie oczęta białej owieczki (baranka się znaczy). Ale ludzie są uprzejmi. Naprawdę. Starsza murzynka pyta mnie w sklepie odzieżowym, czy ładnie wygląda w białej, zimowej kurtce? Odpowiedziałem że świetnie, mimo, że kurtka była na nią o wiele za duża (ale przewidziałem, że w zimie będzie się grubiej ubierać). W tym też mieście po raz pierwszy ujrzałem tabliczkę na sklepie, że zakazują wchodzić do niego z bronią (zwykły sklep odzieżowy Forman Mills). Oczywiście gdy o tym mówię w pracy, czy wrzuciłem zdjęcie na Insta, to mi wszyscy piszą, że przecież te tabliczki są wszędzie! NIE MA! Jaj sobie nie róbcie! Moje „wszędzie” i Wasze „wszędzie” to są zupełnie inne „wszędzia”! Ja zauważyłem ją pierwszy raz, bo w tego typu miejscach, gdzie na „zakupy” przychodzi się z bronią a nie z portfelem, przebywam naprawdę rzadko. W tym samym sklepie po raz drugi w USA ujrzałem kogoś, bez kompletnego uzębienia. Raz był to młody redneck, który zimą zajechał pod Walmart swoją przeżartą przez rdzę solniczką (pickupem, którym zimą jeździ po drogach i ze specjalnego młynka z tyłu auta rozsypuje sól drogową). Cykałem fotki jego złomka, rdzy, szpar w karoserii takich, że można było przez nie wypaść na zewnątrz auta, a ten podszedł i… – i z niekompletnym uśmiechem na twarzy, szczerym i serdecznym, zapytał, czy może potrzebuję odśnieżania? W Pontiac podobnie niekompletna stomatologicznie była młoda murzynka na kasie. Pojęcia nie macie, jak w kraju idealnych uśmiechów, śnieżnobiałych ząbków, rzuca się w oczy coś takiego.

W ABC Warehouse w Pontiac nie kupiłem NIC! Radio, które wyrwałem w innym sklepie tej sieci za 20$, u nich kosztowało 120$, więc ów mój wyjazd był „w plecy”. By kupić coś naprawdę w dobrej cenie, trzeba się nieźle najeździć, albo przypadkowo wpaść na niespodziewaną wyprzedaż. Odwożąc wczoraj matkę na imprezkę, ot tak przypadkiem zajechałem do Rite-Aid (apteka), by sprawdzić, czy może mają białka dla siłaczy za 25% ceny. Białek od wiosny już nie ma, ale za to patrzę i oczom nie wierzę. 375ml Gin Gordon’s przeceniony z 3,99$ na 2,03$… Wychodzi 22zł za litr…

- Ile ich macie? – zapytał ginolubny Danielek.
- Zostały tylko trzy – odpowiedziała pani sprzedawczyni.
- Dawaj wszystkie!

I tym sposobem, miałem wracać już do domu, ale prosta droga zamieniła się w pajęczynę, która łączyła kolejne Rite-Aidy. Niestety, ten sam deal był tylko w jednym z pięciu odwiedzionych przeze mnie Rite-Aid, więc… by zamortyzować sobie czas i galony paliwa, które spaliłem, nabyłem 7,5 litra trunków za 47$. Przepiękna jest mina sprzedawców, gdy na ich pytanie – „ile podać”? mówisz – „DAJ WSZYSTKO, CO MASZ!”. I gdy tak obładowany wychodzisz ze sklepu, mijasz w drzwiach arabską rodzinę, która patrząc na te grzeszne trunki rozpierzcha się, jakbym miał na sobie bombę, albo jakbym prowadził na spacer dwa prosiaki. I uspokajasz ich, że „zbliża się mroźna zima, Wy też zróbcie zapasy!”.

TAK, wiem, ktoś mnie kiedyś zabije za tego typu odzywki!
No to zdrówko!

  

1. Refugees welcome:) VERY welcome…:)
2. Tego typu „szyby” zobaczysz tylko w Detroit i Pontiac;)
3. Na zakupy do naszego sklepu lepiej przyjdź z portfelem, niż z bronią. Nie wiem, jak Wy, ale ja naprawdę widziałem to po raz pierwszy!

Dostałem kilka informacji, że nie wyświetlają Wam się zdjęcia na blogu. Proszę o info, czy te powyższe trzy zdjęcia widzicie, a te w poprzednich notkach NIE? Wówczas przeedytuję notki. To nie moja wina, po prostu Google wyłączył Picasę, zastąpił ją jakimś gównem dla palcowaczy smartfonów i widzę, że linkowanie miniatur nie działa:( Pisząc, czy widzicie czy nie, zaznaczcie proszę, jakiego komputera z jakim systemem i z jaką przeglądarką używacie (IBM czy Apple, Windows 7,8,10? Chrome, Firefox, Opera, czy co?:) Z góry dziękuję:)

Mając „na rozbieg” i wyregulowanie zegara biologicznego kilka dni wolnego, włóczyłem się kołowo po okolicy, by sprawdzić, co zmieniło się w tzw. międzyczasie mojej nieobecności w USA. Wyremontowano kilka dróg, kilka innych rozkopano, jedne sklepy zamknięto, a inne otwarto. Ot taki coroczny, cokwartalny kalejdoskop zmian.
Zmieniło się też coś w naszym samochodzie, co poczułem już wracając z lotniska do domu. Oczywiście zawsze to ja jestem za kierownicą, mimo 30-godzinnego zmęczenia podróżą i kilku Heinekenów w chmurach (żartuję, Heineken im się skończył, więc był tylko jeden jakiś amerykański sikacz + litr kawy ze Starbucks, a przynajmniej deltowy kubeczek był z tej kawowej stajni). Wracając Toyotą z zaledwie 65tys. milowym przebiegiem zauważyłem, że autem jakoś dziwnie kołysze. Gdy jechałem autostradą te ponad 120km/h to auto zachowywało się tak, jakby wiatr je podrywał i znosił z prostego kursu. Przewrażliwiony na punkcie tego, by nie zginąć w katastrofie lądowej tuż po szczęśliwym wylądowaniu lotniczym, stanąłem i podokręcałem wszystkie śruby kół (które wcale nie były rozkręcone). Postanowiłem, że tym razem bez mechanika się nie obędzie (już wożę w bagażniku flex-pipę, którą „wymieniam” i „montuję” już chyba od marca tego roku;)

O dobrego mechanika ciężko wszędzie, a co dopiero na obczyźnie. Na szczęście pocztą pantoflową, jedna z koleżanek matki poleciła nam Grzesia z 7 mili / Mound road. Amerykańskie Grześki to naprawdę fajne chłopaki. Jednego takiego znam od samego początku mojego przylatywania tutaj, drugiego poznałem dopiero dziś. Ten pierwszy powinien dostać wpier#%@l, że tak oziębiły się nasze stosunki, ale jest o 30kg cięższy ode mnie, i łamie w rękach tubajfory, więc wpierdolu tym razem nie będzie. Chyba, że spuści go sobie sam ;)

Drugi z Grześków to pewnie młodszy ode mnie chłopak, który przy 7 mili ma całkiem pokaźny warsztat na kilkanaście samochodów, w którym naprawia różnego typu rozbitki i sprzedaje je później z zyskiem (ale w na tyle rozsądnej cenie, że prócz koleżanek matki, także jak się później okazało, mój kolega z pracy też jeździ Chryslerem z grześkowej stajni). Grzesiek naprawia auta na tyle dobrze, że żadna z osób które znam, a które zakupiły od niego auto, nie narzeka, pokonawszy już tymi pojazdami dziesiątki tysięcy mil.
Postanowiłem zatem nie narzekać i ja, więc udałem o 8:00 do Grześka, na wizytę umówioną na „cito” (zarezerwowana dzień wcześniej popołudniową porą). Cała ok. 15o-sobowa ekipa warsztatu Grześka składa się z Polaków i Ukraińców, więc czułem się jak w domu. Chłopaki wrzucili Toyotę na podnośnik, popatrzyli co i jak, i okazało się, że niczego niepokojącego nie widać. Ot, flex pipę trzeba wymienić (ale nie na tego gotowca skręcanego na śruby, jakiego kupiłem za 50$, ale wspawaną, która z robocizną wyniesie mnie 100$), no i klocki i tarcze hamulcowe się z przodu „skończyły”, więc trzeba wymienić za kolejne 200$. Przy rozrzutności budżetowej można by jeszcze wymienić amortyzatory, ale to koszt ok 1200$ za komplet 4szt. wraz z wymianą, więc Grzesiek odradził takie wydatki na auto warte obecnie 5-6tys. USD.
Na koniec jeszcze zrobiliśmy rundkę po okolicy, by sprawdzić to kołysanie i wizyta u autolekarza została zakończona. Nie znamy się z Grześkiem, widzieliśmy się dziś 1-szy raz, możliwe, że go odwiedzę z tymi hamulcami, a może nigdy już nie pokażę mu się na oczy. Ile zatem kosztowała taka diagnoza, zajęcie na kwadrans podnośnika, na tyle samo czasu zagonienie do pracy jednego z mechaników, i kilka cennych minut Grześka na rundkę ze mną po okolicy? Zapłaciłem ZERO dolarów i ZERO centów. A w Polsce, gdy zaczęło mi coś kołatać w zawieszeniu mojego polskiego auta, to za samo odpowiedzenie dzień dobry każdy z mechaników żądał zapłaty, robiąc łaskę, że kazał mi przyjechać „już popopojutrze”, a nie jak lekarz, pacjentowi z zaćmą (za 5lat).

W tymże warsztacie po raz kolejny zakochałem się w niesamowitym tworze techniki motoryzacyjnej. 2-3lata temu wzięło mnie na Forda Fusion (czyli obecny, europejski Ford Mondeo). Wcześniej pałałem uczuciem do Astona Martina (póki w nim nie zasiadłem i nie stwierdziłem, że „pedalski” taki). Po Fusionie przepięknił mi się Hyundai Genesis (wielka skośnooka limuzyna). A dziś patrzę w czarny ryj kolejnego nieznanego mi auta (z delikatnie rozbitym przodem, bez grilla, trudno jest rozpoznać markę, a co dopiero model!). Patrzę, obchodzę auto dookoła i moje LOVki do niego narastają. Byłem pewny, że oglądam mojego Hyundaia Genesis, ale okazało się, że jest to KIA! Jeśli będzie Wam kiedyś dane ujrzeć na żywo Kia K900 (NA ŻYWO, a nie w TV, nie w Necie, nie w katalogu), to zobaczcie, gdzie obecnie motoryzacyjnie znajdują się Koreańczycy… Japońce mogą im origami składać, bonsai przycinać, sake polewać do sushi i japonki czyścić. Skoro Koreańczycy z KIA mają odwagę żądać za swój pojazd od 50tys. USD wzwyż (o 2tys. USD więcej, niż Audi chce za swoją limuzynę A6), a Hyundaiowcy za Genesis G90 od 68tys. USD wzwyż, to te ich „skośne” auta naprawdę są z kosmosu! OK, OK, wiem, nie interesuje Was mój wypaczony gust (no dobra, grill jest nieco dyskusyjny, ale z wyrwanym przez wypadek grillem, ta KIA 9000 jest naprawdę świetna). OK, skoro nie chcecie czytać o KIAnkach, to napiszę o mojej wizycie w Hardkorowym Lombardzie w Detroit…

American Jewelry and Loan – czyli znany Wam z telewizji hardkorowy Lombard (Burnejki?).
Będąc u mechanika i dowiedziawszy się, że raczej wszystko z autem jest OK, a zarazem zaoszczędziwszy minimum ze 20$, które spodziewałem się zapłacić za diagnozę, postanowiłem przepuścić całe te pieniądze w Detroit. Może te 1/5 Bendżamina wystarczy na ujrzenie tego, jak wygląda czerwona fuga pomiędzy czarnymi kafelkami…? * A zatem z 7mili Grześka wspiąłem się w 8 milę i powłóczyłem się nią kolejne 8mil na Zachód do sławnego z polskiej TiVi – American Jewelry and Loan.

Po czym biały człowiek poznaje, że znalazł się w złym miejscu o złej porze? Po tym, że co drugi dom przypomina, jakby był chatką z syryjskiego Aleppo tuż po bombardowaniach przez rosyjskie lotnictwo. Po tym, że przez 4 pasmową ulicę na której możesz jechać 80km/h co chwilę przechodzi jakaś czarna, święta krowa. Po tym, że na każdym skrzyżowaniu, co dosłownie rzut pustą butelką po piwie znajduje się sklep z alkoholem. Po tym, że na skrzyżowaniach stoją bezdomni, i jedna z takich osób patrząc mi w oczy, trzymając w rękach tabliczkę że jest bezdomna, udająca biedną i głodną, drugą zaciąga papierosa (na którego, gdybym w ogóle palił, to by mnie w USA nie było stać – 25zł za paczkę). Na kolejnym skrzyżowaniu młodziutka czerwona fuga, która pewnie wszystko co miała w domu cennego wyniosła już do sprzedania w jednym z kilkunastu znajdujących się w pobliżu lombardów, a teraz wyniosła to, co ma w sobie najcenniejszego (prócz zarodników pleśni, kultur bakterii i kolonii wirusów).

Co chwilę autokomis, który sprzedaje auta, których w Polsce nie przyjęliby nawet na złomowisku, bo rdzy na nich więcej niż zdrowej stali. Dziesiątki warsztatów samochodowych, w których naprawiają rozbitki (zniżki dla Azjatów i seniorów). Wielkie szyldy i reklamy – CASH for Gold. CASH for junk cars. Ogłoszenia i plakaty: „Miałeś wypadek – zadzwoń, pomożemy”, „Jezus loves You”. Akbar tym bardziej love. No ale jesteś odważnym białym więc jedziesz jeszcze głębiej w to wszystko. A godzina jest dopiero 9:00 rano, więc bardzo bezpieczna pora. Złoczyńcy po nocnych występach jeszcze śpią. O 21:00 bym się tam posrał nawet jadąc opancerzonym Hummerem!
Żartuję! Ja nigdzie się nie posyram. Wiem, że każdy z takich złoczyńców, łobuzów, jest jak pies, który tym chętniej atakuje, im większą obawę w Twoich oczach widzi. Więc ja się po prostu NIE BOJĘ!

Wchodzisz do Rite-Aid w tamtych okolicach (taka apteka) i nie wita Cię już od drzwi uśmiechnięta kasjerka ze słowami: „Welcome to Rite-Aid”, ale „wita” Cię już przed drzwiami zdjęcie napastnika, który napadł na ową aptekę i za znalezienie którego policja wyznaczyła do 5tys. USD nagrody. I jeszcze nie wszedłeś, a wiesz, że pracownicy będą mieli dla Ciebie raczej gnata pod ladą, niż dobre słowo na wejściu. Dlatego jak piszę, że jednak w USA jest MIŁO, to w miastach w których przebywam, mieszkam, pracuję, w dobrych i bezpiecznych dzielnicach jest MIŁO! I nie negować mi tego proszę, bo zaraz mi napiszecie, że Wasz znajomy ma kolegę w USA, który mieszka np. w muslimskim obecnie Hamtramck, w czarnym Detroit, w czarnym Pontiac, w latynoskich czy bangladeskich dzielnicach USA i tam wcale nie jest miło. Ja wiem, że tam ludzie naprawdę boją się wyjść z domu, wejść do sklepu, mieć w portfelu 5 dolarów, które w takiej dzielnicy są MAJĄTKIEM, który zrabowany można natychmiast zamienić na działkę narkotyku!

W tym właśnie Rite-Aid poczułem po raz pierwszy smród człowieka. W USA, jak to pisałem wiele razy – ludzie nie śmierdzą. Woda tania (u nas w kondominium darmowa), antypespiranty także tanie, kosmetyki, markowe perfumy też. Klimatyzacja w domu, klimatyzacja w samochodzie, w sklepie, ludzie się nie pocą, więc i nie śmierdzą. Tak wiem, kolega Wam mówił, że amerykańscy bezdomni śmierdzą. Nie wiem, nie wąchałem. I nie czułem smrodku ludzkiego, aż zajechałem do owego Rite-Aid. Wśród dostępnych w Rite-Aid lodówek, z których w białych dzielnicach w porannych godzinach wykupuje się tylko mleko, jajka, mrożoną kawę, lody, w detroitskich rejonach otwierają się co chwilę tylko drzwi z piwem i innymi promilowymi napojami. Twarze połowy z klientów wyglądają jak ta patologiczna Baśka z Youtube będzie wyglądać za kolejne 50lat. Jeśli można mieć patologię wypisaną na twarzy, to tam ujrzałem kilka chodzących encyklopedii tego medycznego zagadnienia…

A mimo to ludzie są tam uprzejmi. Na parkingu nikt się nie piekli jak u nas. Każdy wpuści nas przed siebie na drodze. W Polsce ludzie dostają w samochodzie furii, a w USA jakby samochód łagodził obyczaje. Naprawdę. Dużo podróżuję po Polsce, Europie i USA (jestem tu 10 dni, pokonałem już ponad 800 km i nie widzę tu tej przemocy drogowej, którą widzę i niestety sam generuję w Polsce. W USA, po 2-3 dniach po wylądowaniu z dzikiej drogowo Polski, NIGDY nie przyjdzie mi do głowy, by robić numery, bez których w Polsce po prostu nie potrafię pokonać trasy. I tym sposobem, i tymi przeżyciami, obserwacjami dotarłem do Lombardu. Wy pewnie nie dotarliście tutaj, tak zanudzam, prawda?

Przed lombardem Mercedes SL (jednego z właścicieli) i BMW X6 drugiego. Mówię, że mam Toyotę z małym przebiegiem, więc mogę się zamienić na SL’a, ale nie poszli na taki układ ;) W środku gwarnie jak przed MOPSem w 1-szym dniu wypłacania 500+, albo jak Urzędem Skarbowym w ostatni dzień składania zeznań podatkowych. Drzwi się nie zamykają, ludzie przynoszą telewizory, kolumny, narzędzia, laptopy i ustawiają się w kolejkę do jednego z kilku okienek w których zamienią to na gotówkę. Piątek, pewnie potrzebują kasę na weekendową zabawę. Uwielbiam takie miejsca, gdzie tygiel rasowo kulturowy ściera w drobny pył mity o równości… Czarni stoją w kolejce i coś tam sprzedają za bezcen lub trochę więcej, biali przechodzą się pomiędzy tymi wszystkim komisowanymi rzeczami, jak na targu niewolników i kupują, co zechcą…

Owego programu w TV o tymże właśnie komisie nie oglądam. Ot wiem tylko, że istnieje zarówno taki program jak i taki komis, gdyż mieści się w znanych mi okolicach. Prowadzących ów komis też nie znam (nawet z TV). Pytam zatem pierwszego lepszego białego kolesia z obsługi, czy mogę robić zdjęcia lombardowanych rzeczy i cen?
- Ależ oczywiście. Take Your time (nie śpiesz się) i rób co chcesz. A tak z ciekawości, skąd jesteś? – zapytał miły pan.
- Z Polski. Oglądałem Was w TV i postanowiłem przyjechać i zobaczyć to na żywo – mówię uradowany, że nikt nie skasuje mi ryja za wyciągnięcie komórki i cykanie fotek.
- Oo, tak. Od kiedy wystąpiliśmy w TV staliśmy się popularni i mamy tu wielu turystów. – zażartował pan, który okazał się jednym z właścicieli, który występuje w tym programie.
Pocykałem zatem zdjęcia m.in. mojej lampy do Canona (600EX-RT, jakby ktoś pytał). 2 lata temu dałem za nią 550$, obecnie kosztuje ok 430$, u nich 225$)
Netbooka HP 13”, (kosztującego w sklepie ok. 200$, którego ja wydarłem na necie za 165$, u nich miałbym za 125$).
Smartwatch Samsung Gear2 (- oj za długo by wyliczać, ile za to wszystko przepłaciłem…)

Zastanawiałem się, jak owo miejsce jest zabezpieczone, skoro w jednej tylko gablocie znajdują się pierścionki z brylantami warte z pół miliona USD, a takich gablot jest kilka… Kamery są, ale co tam kamery mogą zrobić uzbrojonym napastnikom. We wcześniej przeze mnie odwiedzonym tego dnia lombardzie były elektrozamki nie pozwalające wyjść bez otwarcia nam drogi przez obsługę. Ale tu, u „hardkorów” respekt budzi jeden z pracowników. Afroamerykanin (bo nie mam odwagi napisać o nim per Murzyn). Nie wiem, czy miał 2metry, czy wystarczyło, że ma 190cm, a może nawet tylko 180. Nie wiem, czy ważył 150kg, czy może zaledwie 100kg. Jego postura… Dłonie, na których mógłby kłaść 32 calowe telewizory, a wyglądałyby one w jego czarnych rękach jak siedmiocalowe tablety w naszych rąsiuniach… Bez żadnej ściemy, Burnejka ten od stejków, czy Pudzian… Jedno kłapnięcie przez tego kolesia z lombardu, i lecicie za darmo przez ocean! Obydwaj! Szybciej niż Concordem! Nie mam pojęcia, czego musiałby się kto naćpać, albo w jak czarnej finansowo dupie być, by szarpnąć się na napaść na miejsce, gdzie pracuje ten człowiek (wiecie, jak bardzo niepoprawnie politycznie używam słów, a mimo to, z automatu pojawił się tu ten rzeczownik opisujący gatunek).

Co można było kupić w tym lombardzie?
Macie to uwiecznione na zdjęciach. To, co ewentualnie interesowałoby mnie, to np. słuchawki Bose Noice Canceling QuietComfort 15 za 100$ (w sklepie ok 250-300$), ale że dostałem podobne od Fionce, to w całym lombardziej nie znalazłem już nic wartego uwagi. Obawiam się, że owe słuchawki były fejkowe, podobnie jak Rolexy, których było tam kilkanaście. A jeśli naprawdę tak wygląda Rolex, to ja już wolę mój chronometr Casio (do sprzedania za 299zł). Albo mój pulsometr Beurer PM 62 (także do sprzedania, za 200zł). Pokazałem kolesiom z lombardu zdjęcia z moich szaf i gadżety, które mam na sprzedaż. Ich mina mówiła jakby: POJEBAŁO CIĘ? My mamy tylko trzy hektary magazynu! Specjalnie dla Ciebie nie będziemy budować kolejnej hali!

   

1. Z tego rozbitka wkrótce będzie piękny, nowy, błyszczący samochód. Toyota Highlander. Sam Grzesiek jeździ BMW X6 którą chce mi sprzedać za ok 35tys. USD. – BRAĆ? Skoro wydaje mi się ona za duża już tutaj, w USA gdzie paliwa tanie i miejsca parkingowe wielkie, to w Polsce dopiero będzie wydawała mi się owa Bawara wielka…
2. Tego typu cacuszka można kupić w setkach autokomisów w czarnych dzielnicach w Detroit. I wiecie co… tam po prostu strach mieć lepsze auto. No chyba, że jak już, to przyciemnione tak, by nie było widać, że jesteście biali. Z wielkimi chromowanymi felgami, i łańcuchem ciągnącym się po drodze, gdy przytrzaśniecie go sobie drzwiami…
3. Wejście do Hardkorowego Lombardu. Jak ja uwielbiam tego typu miejsca, dzielnice, ryzykowanie zdrowia i życia (bo ja zawsze w portfelu mam więcej gotówki, niż większość z takich dzielnic w ogóle w życiu widziała na żywo).
4. Co, Danielku masz do sprzedania – spytał ten po lewej. Pokazałem im fotki moich DEALi i skarbów i ten po prawej rozłożył ręce – nie mamy takich powierzchni magazynowych ani tyle gotówki, by to od Ciebie odkupić… ;)

Więcej zdjęć szukajcie w Picasie, czy w tym GÓWNIE, na które Google zamieniło Picasę, by pokolenie idiotów palcujących smartfony miało łatwiej, ale żebym ja musiał się pierd%^#ć z każdym zdjęciem przez godzinę, by wydobyć link do miniaturki, do zdjęcia – MASAKRA!

* – skoro większość moich kolegów nie zna dowcipu o „różowej fudze”, to go Wam tutaj przytoczę. Kawały i dowcipy opowiadało się kiedyś ustnie, jak legendy ludowe. Dziś wystarczy MEM i brechtacie, macie bekę, i popychacie jednym ruchem kciuka owego MEMa, czy demota dalej do znajomych. W moich czasach kawał trzeba było usłyszeć, zapamiętać i opowiedzieć dalej (najlepiej w odpowiedni sposób). Ten brzmi tak:

Mężczyzna przychodzi do domu publicznego i mówi, że chce Murzynkę. Czeka w pokoju, wkrótce wchodzi Murzynka, a klient do niej:
- Rozbierz się, odwróć i głęboko pochyl do przodu.
Murzynka tak też zrobiła, a mężczyzna do niej:
- To wszystko, dziękuję, możesz się ubrać.
- No a co z seksem –  pyta Murzynka.
- Nic. Planuję remont łazienki i chciałem zobaczyć, jak będzie wyglądać różowa fuga przy czarnych kafelkach.

Znów muszę to napisać na szybko, bo owe 1-sze wrażenia po moim ponownym, trzymiesięcznym niepobycie w USA, za 2-3dni przestaną być zauważalne i dziwić swoją odmiennością względem Polski.

1. Uprzejmość. Wiem, że się z tym powtarzam, ale to mnie po prostu zawsze tu uderza. Większość z Was jest na tyle młoda, że pewnie mało kto pamięta czasy PRLu i opryskliwość sprzedawczyń, kasjerek, urzędniczek, kucharek, kelnerek, no po prostu każdego w owym szarym kraju z epoki kartek na mięso i octu na pustych półkach. Polecam komedie Barei ku przypomnieniu i pokrzepeniu serc. Czasy się zmieniły i nie wiem jak owe zmiany odczuwacie Wy, ale dla mnie w np. Biedronce wszyscy są wzorcowo milutcy, uprzejmi, a z Panem Witkiem jestem nawet „po imieniu”, czyli per Panie Witku. Nie robią problemów, gdy np. coś stłuczemy, zepsujemy lub gdy chcemy zwrócić coś, co nie działa, albo po prostu nam nie pasuje. Zauważacie to? Że jest o niebo lepiej niż kiedyś bywało? No więc lądując w USA jest tak, jakby nawet ta nasza uprzejma Biedronka ciągle była tym zamierzchłym, wrednym PRLem, a USA już obecną, miłą Biedronką.

Już obsługa linii Delta witająca nas na lotnisku w Amsterdamie jest milutka i przyjazna (w odróżnieniu od większości obojętnych czy neutralnych emocjonalnie osób z multikulturowego personelu amsterdamskiego lotniska). Tym razem do łańcuszka uprzejmości dołączył także miły detroitski kontroler graniczny. Ów strażnik zapytał mnie tylko, jak długo mnie nie było w Stanach (2miesiące i 3 tygodnie) i nie zadawał już więcej głupich pytań. I to ich szczere, głośne, przyjazne, niesamowite: „WITAJ W DOMU” wypowiedziane przez kolejnego pracownika tychże lotniskowych służb, który spytał mnie, czy lecę gdzieś dalej tranzytem (wówczas pokierowałby mnie na prawo), czy wychodzię już do miasta, co oznacza, że wylądowałem w domu.

A później już na każdym kroku jakieś przejawy uprzejmości, których w Polsce nie doświadczam. Wyjazd z lotniska taki spokojny, każdy każdemu ustępuje, wypuszca, wpuszcza, zero agresji, walki o miejsce, o każdą lukę między samochodami, by być o pół zderzaka przed innymi. Lotniskowa policja nie waruje po to, by wcisnąć komuś mandat, odholować, a jest tu by nikt nikogo nie puknął, nie stuknął, nie pozostawił VANa z bombą w środku. Naprawdę czuję, że nawet COPs są tu DLA MNIE, a nie PRZECIW MNIE.

Nie, że uważam nas wszystkich, Polaków za naród chamów i prostaków, ale po prostu tu tej uprzejmości jest albo na tyle dużo, albo jest ona tak inna, że się to zauważa i traktuje jako jakieś nowum. Tu jest to wręcz zaraźliwe, gdyż tu normalnym jest bycie uprzejmym, ponieważ to powraca, podczas gdy w Polsce uprzejmość często jest uważana za przejaw słabości, miękkości, naiwności, i każdy woli być zasępiony, zamkniętym, wrednym. A w USA…? Wchodzę do budynku stacji benzynowej, i akurat podchodzę do drzwi owej stacji w tym samym momencie w którym dochodzi jakiś młody człowiek. U nas każdy z nas próbowałby jako pierwszy wślizgnąć się do środka, podbiec do kasy, by ten typ obok nie wykupił nam całego paliwa, nie odjechał szybciej ze stacji, itd. A tu, po prostu jak dwóch gentelmenów, jeden traktujący drugiego jako damę, której należy otworzyć drzwi licytujemy się, który któremu otworzy i przepuści w drzwiach. On mi otworzył i przepuścił, za to ja puściłem go przodem do kasy, wszystko przy lawinie uśmiechów i to wcale nie sztucznych! Komuś wyrządzisz jakąś tego typu przysługę, grzeczność, dostajesz miłe słowo, a jeśli jest to kobieta, to zazwyczaj powie serdecznie – dziękuję Skarbie, dziękuję Kochanie. Czy ochroniarz w polskim sklepie mówi Wam „Dzień dobry”, a gdy wychodzicie, to „Miłego dnia”, „Do widzenia”, „Jedź bezpiecznie”, „Zapraszamy ponownie”?
TAK, wiem, zaraz niektórzy mi napiszą, że pierd%^ę smuty, bo gdy Wy wchodzicie do amerykańskiego sklepu, to patrzą na Was jak na bandytę, jak na złodzieja, jak na… Polaka? ;) Tak, też tak na mnie patrzą, ale tylko i wyłącznie, gdy wchodzę do sklepów w Detroit, tak poniżej 10 mili, gdzie personel patrzy na klienta, czy tenże nie przyszedłeś napadać, rabować, przykładać lufy do skroni ich głów…

2. … ? No i k%^wa zapomaniałem co dalej mam za świeże wrażenia. :( A było tego naprawdę sporo, ale nie zapisałem na czas. :( Nie śmiejcie się! To jest właśnie starość! I częste wizyty wujka Alzheimera w mojej głowie.

DEALerka Danielka…
Obiecałem sobie, że już NIC, NIGDY w USA nie kupię! NIC zbędnego! Że już nawet nie zajrzę do tych sklepów, które kuszą mnie tymi wszystkimi okazjami. No ale w tym względzie chyba mam zbyt słabą silną wolę… Pierwszy dzień po wylądowaniu, a ja już dokonałem tradycyjnego objazdu okolicy. Kolejność prawoskrętna, czyli trasa dobrana tak, by nigdy nie skręcać w lewo, a co za tym idzie, nie tracić czasu na przepuszczanie aut jadących z naprzeciwka. Dlatego kolejność trasy nie jest wyznaczona sympatią do danych sklepów, a po prostu ich położeniem. Zaczęło się tak…

- Walgreens (apteka), by sprawdzić, o ile drożej wychodzi obecnie w USA podkład Revlon (14,5$+ drugi za pół ceny, czyli 23,06$ za dwa = 44zł za słoiczek (w Polsce 39,99zł, a w sklepie internetowym nawet 29,99zł z darmową wysyłką!). W tej samej aptece czasem na wyprzedaży kupuję suplementy dla pakerów (białka, kreatynę, itd. – w Polsce mam około 10kg tego typu białek, około 1,5kg pompy dla Burnejków, i z 1000 tabletek kwasów BCAA).

- Walmart (by nabyć kartę startową do telefonu, którą oferuje tylko owa sieć Walmartów. Pół roku temu jej cena wynosiła 20$, ale starter, który chciałem wówczas kupić nie dał się nabić na kasę (oni na kasie go wstępnie aktywują w systemie operatora). W pozostałych sklepach tej sieci ten sam zestaw cenili na 28$! Dziś kupiłem go za 9,88$). Tam też nabyłem żarówki LED, które jak to w USA bywa – jedna kosztowała 6$, a zestaw trzech takich samych jest za jedyne 4$ (czyli dwa dolary taniej za dwie sztuki więcej). Wiecie, że jest tysiące Amerykanów, którzy kupią jedną za 6$, bo dwie pozostałe są im zbędne? ;) REALLY SĄ! :)

- ABC Warehouse x2 (gdzie zawsze robię deale kupując za bezcen radia samochodowe, głośniki, aktywne okulary 3D i inne tego typu gadżety). Tym razem wpadły mi do rąk dwa radia Pioneer (przecenione ze 120$ na… 20$. I głośniki Polk z 120$ na 10$;) TAK, gdyby mieli ich tam tysiąc, to bym kupił ich tysiąc! A później już mój cały dom wyglądał tak, jak te kilka szafek na zdjęciach poniżej.

- Meijer x 4 (by sprawdzić, czy może tam będą tanie białka dla moich bicków, które od poniedziałku będę na nowo odbudowywał. Może jakieś tanie smarfony? Jednak nic w czterech marketach tej sieci nie znalazłem. NIC w rozsądnej cenie. Białka muszę sobie przywieźć z Polski.

- Target (by sprawdzić, po ile mają kawę Tosters Choice brązową – po 9-12$! Kosmicznie drogo, a dodatkowo producent zmienił słoiczki na szklane, przez co są ciężkie, więc nie będzie się już tego czarnego, kawowego dobrodziejstwa opłacało słać do Polski, szczególnie, że jest to smakowy odpowiednik Nescafe Gold, który w Polsce da się wydrzeć poniżej 20zł).

- BestBuy x 2 (gdzie szukałem dla siebie telewizora i chciałem wziąć w swoje delikatne dłonie gamerski laptop MSI. Tam też wyleczyłem się z chęci posiadania laptopa Alienware, gdyż ma on nagumowaną obudowę, która przy moim go używaniu zaraz cała pozłazi. Szanuję sprzęty, jak najbardziej, ale spędzam z komputerem tyle czasu, że nadgarstkami zeszlifowałem nawet polerowane aluminium mojego HP Pavilion, więc jak dopiero starłbym gumę z alienowego kosmity). A zatem, rozczarowany tym, że Alienware nie dla mnie, oszczędziwszy te 2tys. USD, które planowałem na niego wydać, tak na spontanie, by nie zabierać matce telewizora (gdy ta akurat go nie ogląda, to biorę pod pachę jej LCD’ka i niosę do siebie do pokoju)… A zatem, tak na spontanie, kupiłem sobie 50 calowy telewizor 4K (LG 50UH5500, jakby kogoś interesowało. Za 423$, jakby kogoś interesowało, jak jestem rozrzutny). 3-4 dni pracy i cieszysz się telewizorem tak dużym, że teraz nie mam go gdzie postawić, powiesić… Ale to jest właśnie Ameryka. TAK, 3-4dni, nie TYGODNI!

- Microcenter – gdzie znów palcowałem laptopy MSI i wiecie co… cholera… no… Nie stać mnie. Mentalnie. 1600$ za laptopa kupionego tylko po to, by mi przekodować kilka filmów z mojej kamery 4K?! Nie zagram ani razu w żadną grę, co najwyżej ułożę pasjansa w laptopie z kartą grafiki GeForce GTX 1060.

Ot i tak wyglądał mój objazd sklepów. Wnioski? Raczej NIC się już w USA nie opłaca kupować, by słać to do Polski i sprzedać z zyskiem. Naprawdę. Jak widzę ceny w Polsce, na OLX czy Allegro, nawet amerykańskich kosmetyków w polskich sklepach stacjonarnych, to naprawdę, przy kursie dolara 3,85zł, musiałbym w USA te rzeczy kraść, bym mógł je sprzedać w Polsce za cenę taką, jaką niektórzy mają na Allegro, OLX, czy na półce w sklepie! Po raz 1szy nawet laptopa kupię chyba w Polsce właśnie! Ma ktoś dojście do gamerskich zabawek w rosądnej cenie? To poproszę o kontakt. Możemy rozliczyć się w radiach Pioneera, okularach 3D Sharpa, zegarkach, smartwatchach, chronometrach, pulsometrach, kamerach sportowych, stacjach pogodowych, butach sportowych, kijach baseballowych, piłkach do tychże kijów, itd. ;) Bo amerykańskich pieniędzy to ja jeszcze nigdy do Polski nie przywiozłem!

   

1. Inni mają w szafkach rupiecie, pamiątki, zdjęcia, itd. Ja mam DEAL’e. Od góry od lewej: Myszki komputerowe, klawiatury, wiertarka, kamerka JVC, kamerki ION, kamera IP, .. oj znudziło mi się wyliczanie – ktoś COŚ? ;)
2. Idziesz obok takiego zestawu w ABC Warehouse, i jakże się oprzeć, gdy dwa radia JVC tak zachęcająco szepcą Ci – KUP mnie, KUP NAS… ;)
3. Wracasz po 3miesiącach do USA, a to samo KUP MNIE w tym samym sklepie szepcą Ci Pioneerki;)
4. Ten TV niczego do mnie nie szeptał, a może i tak, ale nie rozumiem koreańskiego. Nie chcesz ganiać z telewizorem matki, gdy chcesz sobie leżąc w łóżeczku obejrzeć wieczorem wiadomości – idziesz i kupujesz swój własny TV, który w Polsce wyniósłby mnie ok 3tys. PLN… Miesięczna całkiem niezła polska pensja vs. amerykańska 3-4dniówka… 


  • RSS