Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Już na pokładzie samolotu otrzymuje się od samego Kapitana albo od stewardes amerykańskie formularze imigracyjne I-94 (Polacy muszą wybrać egzemplarz w kolorze białym, bo zielony I-94W jest dla pasażerów z państw objętych ruchem bezwizowym). Drugim otrzymanym kwestionariuszem będzie deklaracja celna (OMB NO. 1651-0009 lub 1515-0041) w której przyznajemy się bez bicia i tortur do tego, co wwozimy na teren USA. Czy przywozimy do Stanów owoce, warzywa, rośliny, nasiona, żywność, owady, mięso, zwierzęta, kultury bakterii (tak, ja trochę w brzuchu z porannej porcji Actimela), ślimaki, zarazki chorobotwórcze, glebę, przyznajemy się do tego, czy byliśmy w pobliżu farm dziwnie zachowujących się krów czy kichających świń z czerwonymi od smarkania ryjkami? Czy przywozi się do USA wartości pieniężne w wysokości wyższej niż 10tys. dolarów, itp. Dziwią Was takie pytania i nadzieja urzędników, że ktoś odpowie na któreś z nich – TAK? Mnie bardziej dziwiły pytania które można znaleźć we wniosku o wizę turystyczną:

- Czy kiedykolwiek rozprowadzał lub sprzedawał Pan nielegalnie substancje objęte kontrolą (narkotyki), albo trudnił się Pan prostytucją bądź stręczycielstwem?
- Czy kiedykolwiek ubiegał się Pan o wizę albo wjazd do Stanów Zjednoczonych lub o inne korzyści związane z imigracją do USA posługując się fałszywymi dokumentami, świadomie przedstawiając nieprawdziwe informacje lub w inny nielegalny sposób, bądź pomagał Pan w tym innym osobom?
- Czy ubiega się Pan o wjazd do Stanów Zjednoczonych, aby zajmować się działalnością wywrotową, terrorystyczną lub naruszającą przepisy kontroli eksportu, bądź jakąkolwiek inną działalnością sprzeczną z prawem?
- Czy jest Pan członkiem lub przedstawicielem organizacji uznawanej obecnie przez Sekretarza Stanu USA za terrorystyczną?
- Czy kiedykolwiek uczestniczył Pan w prześladowaniach prowadzonych przez nazistowski rząd Niemiec; lub czy kiedykolwiek uczestniczył Pan w ludobójstwie?
- Czy cierpi lub cierpiał Pan na chorobę zakaźną stanowiącą zagrożenie dla zdrowia publicznego lub na niebezpieczne zaburzenia fizyczne lub umysłowe; czy kiedykolwiek był Pan uzależniony od narkotyków i/lub nadużywał Pan jakichkolwiek środków uzależniających?

Powracając do formularzy otrzymanych w samolocie… Należy je wypełnić najlepiej jeszcze podczas lotu. Polecam zapoznać się z tymi papierkami jeszcze tu w Polsce, na moim
blogu, gdzie deklarację celną macie przetłumaczoną na język polski tutaj, by w samolocie, wśród międzynarodowego tłumu lecącego do USA nie
wychodzić na głupków i w miarę rozumieć, o co w tych wnioskach nas pytają i co należy wpisać lub zaznaczyć. I przede
wszystkim, by w rubryce „sex” nie wpisać: „SEX – dwa razy w tygodniu”.

Dla takich przybyszów jak ja (posiadacze wiz imigracyjnych) formularz I94 nie jest tak ważnym dokumentem, jak dla przybyszów turystycznych. To właśnie na drugiej części formularza I-94 urzędnik graniczny przybija wizę przyjazdową określając w niej czas na który nas wpuszcza na teren Stanów Zjednoczonych (zazwyczaj jest to okres od 3 do 6 miesięcy). Ta część formularza jest przypinana turystom do paszportu i należy ją zwrócić kolejnemu urzędnikowi w dniu wylotu, gdyż jest to jedyny dowód na to, że turysta opuścił Amerykę. Co należy zrobić, gdy zgubicie swój odcinek I-94 ostęplowany wizą wjazdową możecie dowiedzieć się tutaj.
To, że wypełniam takiego typu formularze ja – rozumiem. Po raz pierwszy przylatuję na teren Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, więc wpisuję moje dane osobowe, nr paszportu, nr lotu, miejsce gdzie dostałem wizę i do kiedy jest ona ważna, itd. To, że wpisuję, czy przywożę jedzenie, itp. rzeczy też można zrozumieć w czasach epidemii prionów, pryszczycy, wściekłych krów, jurnych byków, zagrypionych świń i ptaków, itd. Ale tego, że takie same formularze wypełniają rodowici Amerykanie pojąć nie mogłem. Siedzący obok mnie Amisz, z jak na Amisza przystało liczną rodziną przez ponad godzinę kaligrafował dane swoje, swojej żony i gromadki dzieci. A przecież mamy XXI wiek – jedno skanowanie paszportu i wszystkie dane same wskakują do komputera.

Miesiąc wcześniej byłem na wycieczce we Lwowie pokonując lądową granicę z Ukrainą. Każdego irytowały te „karteczki”, które musieliśmy wypełnić na granicy, a których i tak nikt później ani nie zbiera, ani nie czyta, bo ważniejsze od tego, co jest wpisane na tych karteczkach jest łapówka, którą należy między te karteczki włożyć, by szybciej pokonać przejście graniczne. A tutaj, w USA dokładnie taka sama „karteczka”. A nawet jeszcze bardziej rozbudowana. To nie jest kraj „wuja Sama”, to jednak naprawdę kraj „Wielkiego Brata”…

Największy nacisk w filmowej instrukcji wypełniania tych papierów kładziono na… cyfrę jeden. W USA nie ma jedynki w naszym, ogólnoludzkim, ogólnoświatowym, komputerowym wyglądzie „1″ (czyli pionowa długa kreska i krótka kreseczka dostawiona do szczytu tej pierwszej, pionowej kreski pod kątem 45stopni). U nich jeden to tylko i wyłącznie „I” – pionowa kreska. Jeśli napiszemy cyfrę jeden inaczej niż robią to Amerykanie, to najprawdopodobniej nasza jedynka będzie brana za siódemkę. Podobnie rzecz się ma z cyfrą siedem. Ma mieć poziomy daszek i najlepiej pionową podpórkę (jak na wyświetlaczu zegara elektronicznego). Nie dopuszczalne są żadne inne ozdobniki cyfry 7, bo wtedy pewnie będzie ona brana np. za krzyż prawosławny…

Detroit przywitało nas taką ulewą, że samolot kilka razy okrążał lotnisko, by znaleźć jakąś bezdeszczową lukę w której mógłby wylądować. Pogoda odzwierciedlała nastrój, w którym byłem. W Polsce zostawiłem więcej, niż spodziewam się zastać Tutaj. Pilot samolotu wylądował, zaparkował i „zaciągnął ręczny” tuż przy kołnierzu łączącym samolot z terminalem i… I nastała Ameryka!

I tu pierwsza niespodzianka i pierwsze wnioski: Dobrze, że Polska jest na tyle zapóźnionym cywilizacyjnie krajem, że wszystko musimy budować od nowa. Nowe porty lotnicze, nowe korytarze, nowe schody, nowe automatyczne szklane drzwi, nowe windy, nowe drogi, nowe autostrady… W USA wszystko to jest już od dziesiątek lat i… pozostaje niezmieniane i nienaprawiane w takim stanie, jak zostało przed latami zbudowane. Wiedziałem, że Amerykanie szanują każdego dolara (w czasach obecnej recesji szczególnie!), ale żeby ich okno na świat, czyli pierwsze, co widzi turysta było tak nieefektowne? A może mają rację, że jak coś działa, to nawet, jak jest stare, zniszczone, na lotnisku szyby są porysowane, potłuczone, listwy zabezpieczające przed uderzaniem wózkami powyrywane lub zmiażdżone, to niech tak będzie? Bo jak zacznie się wymiana tego wszystkiego, ulepszanie, poprawianie, to skończy się tak, jak… w Polsce na Terminalu 2, który do dziś dnia (pisałem to na początku kwietnia 2008), mimo swojej wielkości, nowoczesności, przestronności, itd. nie odprawił żadnego pasażera. A tu wszystko stare, ale jare:) Prawdopodobnie lądowałem na starym terminalu, bo nowy jest kilkuletni, ale pewnie oszczędzają go na gości z „lepszych” stron świata;)
Tak jest z wieloma rzeczami w USA. Jak coś działa, to się tego nie poprawia, nie ulepsza. Tu żaden producent np. gazomierzy czy skrzynek na listy nie da łapówki komuś w spółdzielni mieszkaniowej czy w rządzie, by co kilka lat wprowadzać jakieś nowe kretyńskie przepisy – a to, żeby 20 milionów skrzynek na listy miało format A4, a to, żeby liczniki zużytej wody były co kilka lat nowe, albo tablice rejestracyjne miały raz unijne gwiazdki, a innym razem polską flagę.

Kolejny wniosek o USA: Już na pokładzie samolotu, gdy usiadła obok mnie około 13-14letnia Amerykanka zrozumiałem, że ludzie z USA są jacyś tacy… inni. Polska 13latka w takich okolicznościach (dookoła sami obcy ludzie, różne narodowości, różne kolory skóry, języki) pewnie przestraszonym wzrokiem szukałaby mamy, która siedziała w innym rzędzie. Z nieufnością patrzyłaby na siedzącego obok niej jakiegoś 30letniego faceta (przecież nie jestem jeszcze tak sławny, by i w USA być już znanym…;) A ta, z uśmiechem na ustach zagadała do mnie tym ameRRRykańskim językiem: „Jej, ale jestem podekscytowana! To dopiero mój drugi w życiu lot. A Ty ile razy już latałeś?”. Podobnie będzie z większością poznanych w USA ludzi. Otwarci, przyjaźni, a dzieci nawet te z polskich rodzin, śmiałe w stosunku do nowych znajomych. Każdy w Polsce odwiedzał kiedyś dom w którym był jakiś małolatek. Dziecko często przestraszone, chowa się za mamę, jak poda rękę do powitania to już sukces i powód do braw od domowników. A tu, chwila po poznaniu dziecko przynosi album ze szkoły, pokazuje i dumnie prezentuje swoją dziewczynę – a dzieciak ma 5lat. W Polsce zapytany, czy ma w przedszkolu dziewczynę, byłby śmiertelnie zawstydzony i pewnie uciekł z płaczem do swojego pokoju.

Wiem, wiem… W USA dziecko jest szczególnie strzeżonym skarbem. Za jakiekolwiek skrzywdzenie dziecka grozi tu większa kara niż w Polsce za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Pedofil nie jest osadzany w specjalnej celi, by przypadkiem nie dokuczali mu współwięźniowie, a od razu trafia do WIELKIEGO Murzyna. A gdy tylko uda mu się odsiedzieć wyrok, to o jego wyjściu z więzienia informują lokalne media, a sąsiedzi dostają od policji zdjęcie pana pedofila. Dziecko często jest wychowywane bezstresowo. W kilku stanach za uderzenie dziecka można trafić do więzienia. Nie można mu zrobić krzywdy ani w domu, ani w szkole – nigdzie, nawet jak zasłuży. W wielu stanach „dzieckiem” się jest do 21roku życia. Do tego właśnie wieku „dziecko” nie może legalnie kupić i napić się piwa, wejść do lokalu w którym podawany jest alkohol, uprawiać seksu… TAK, do 21roku życia! Wytrzymalibyście tyle?;) Bez tego alkoholu oczywiście…;) Z tymi zakupami alkoholu przez „nieletnich” opowiem kilka śmiesznych epizodów.

W USA najgorszą wymówką przed policjantem, który złapał nas za nadmierną prędkość jest: „Jadę tak szybko, bo dziecko w domu samo zostało.”
- A ile lat ma dziecko? – zazwyczaj wówczas zapyta policjant…
- No, prawie 12lat… – odpowie skruszony rodzic.
Można być prawie pewnym, że zanim wrócimy do domu z wielkim mandatem, będzie już tam na nas czekała opiekunka z jakiejś instytucji strzegącej praw dziecka z wnioskiem o zawieszenie nam praw rodzicielskich. A przynajmniej z pierwszym ostrzeżeniem, że tak się dzieci nie zostawia! A jak nie, to listownie dostaniemy jakieś pouczenie.
Ale dziecko to także WIELKI powód do dumy. Na wielu samochodach widuję naklejki: „Moja córka służy w Marines”. „Mój syn walczy w Iraku”. „Jestem dumna z mojego syna i mojego samochodu”, itd.

Pierwsze hektary Carpetów;) Karteluszka imigracyjna 35letni gazomierz

1. Pierwsze zdjęcia na amerykańskiej ziemi. A pod nogami… hektary carpetów;)
2. Każdy przybywający do USA już na pokładzie samolotu wypełnia takie deklaracje. Najważniejsze w nich jest to, by… jedynka wyglądała tak „I”, a nie tak „1″, a siódemka miała pionową podpórkę, a nie koślawą jak tu „7″.
3. 35letni gazomierz przy domu. Gdy w USA coś działa, to się tego nie zmienia.
4. Taką deklarację celną otrzymuje każdy pasażer samolotu lecącego do USA.
5. A tutaj jest ta sama deklaracja przetłumaczona dla nieanglojęzycznych Polaków.
6. Kolejny formularz wypełniany w samolocie I-94. Polacy i wszyscy inni, którzy by lecieć do USA potrzebują wiz wypełniają białe formularze, pozostali zielone – tak powstaje rasizm wizowy).

Polska pożegnała mnie piękną wiosenną pogodą, a Ameryka…
Po krótkiej nieprzespanej nocy (pobudka o 4:30) organizm, ani tym bardziej umysł nie wie, co go czeka w ciągu najbliższych godzin i dni. Śniadanie „nie wchodzi” do żołądka, bo ani na nie pora, ani ochota. Kawa już lepiej, jako codzienna niezbędna dawka kofeiny.
Okolice przesuwające się przed oczami przez pierwsze kilometry drogi do Warszawy są tak znajome i tyle razy przemierzane, że w ogóle nie kojarzy się faktu, że te mijane właśnie miejsca, znane jak własna kieszeń będzie się znów oglądać dopiero za kilka miesięcy, lat, lub nawet już nigdy. Dlatego pożegnanie z bliskimi często wygląda mniej okazale, niż to powinno mieć miejsce.
Zapewne dla wielu tych, którzy wcale nie chcą wylatywać z coraz piękniejszej Polski (piękniejszej pogodowo (wylatywałem na początku wiosny), ale i piękniejącej społeczno- ekonomicznie) ciągle gdzieś tam świeci nadzieja, że można się jakoś „spóźnić na samolot”? Może na przesiadkę? Może nie spodobamy się Border Gouard’owi i odeśle nas z powrotem pierwszym samolotem? W końcu „Pracownik graniczny to pierwsza linia obrony przed terroryzmem!”- tak głosi wielki plakat przed jego okienkiem. Więc jak mamy za długie jak na mężczyznę włosy (pewnie Mudżahedin?!), wąsy i brodę (pewnie Talib!), dziurawe spodnie lub buty (pewnie konstruował ładunki wybuchowe i mu wypaliło?), itd. to by ustrzec swoją ojczyznę przed zamachem powie nam – won! Włosy miałem krótkie, brodę również, spodnie całe, a w dokumentach wszystko w porządku, więc…
Ale zanim znalazłem się na amerykańskiej ziemi, musiałem się najpierw dostać z centrum Warszawy na lotnisko Okęcie.

Warszawa przywitała mnie piękną pogodą, a Stadion Tysiąclecia, a dokładniej przystadionowy bazar dał namiastkę tego, co czeka mnie za Oceanem. Dziesiątki narodowości świata w jednym miejscu: Białorusini, Chińczycy, Rosjanie, Wietkongi, Rwanda i Uganda. Azjaci, Murzyni, Arabowie – do wyboru do koloru. Zobaczyłem w jednym miejscu twarze białe, żółte, czarne, czerwone (nie, nie Indianie, a alkoholicy;).
Taksówkarz z cudownym praskim akcentem (to ich zabójcze „Paaanie…”) za 28,80 dowiózł spod Pałacu Kultury i Nauki na samo lotnisko Okęcie. W międzyczasie wymieniliśmy poglądy o upadającym kursie Dolara USA, o biedniejących Stanach, itd.
Port Lotniczy w Warszawie imienia Fryderyka Chopina powitał mnie policyjną blokadą terminala numer 2, oraz jego ewakuacją (chyba jakąś próbną ewakuacją, bo gdy odlatywałem, terminal ten ciągle nie był w pełni otwarty i gotowy do odprawy pasażerów, a nie tylko ich przyjmowania). Ja na szczęście odlatywałem z terminala pierwszego.


Pierwsze primo.
Dane lotu widniejące na naszym bilecie kupionym drogą elektroniczną nie muszą odpowiadać temu, co widnieje na tablicach informacyjnych odlotów. Może nie zgadzać się godzina odlotu (z jakąś 5-10minutową różnicą) oraz numer lotu (zarówno litery jak i cyfry). Ale pani z Lufthansy wszystko wyjaśniła, więc pozostało tylko przepakować nadbagaż, w którym było 27kg zamiast dozwolonych 2x23kg + nadbagaż, i już można było przechodzić do strefy zagranicznej. Ale ja pozostałem jeszcze po nieodprawionej stronie, by nacieszyć się polskością. Cieszyłem się nią tak długo, że na odprawę osobistą się spóźniłem i musiałem prosić uprzejmych rodaków o przepuszczenie w kolejce do prześwietlenia mnie i bagażu. Otworzyć laptopa- zamknąć laptopa i już.
No i jeszcze tylko krótka utarczka słowna z obsługą lotniska, która nie chciała mi „rzucić okiem” na bagaż, gdy na dosłownie minutę wskoczę do toalety. Takie są uroki podróżowania samotnie. Prędzej nam pęcherz pęknie niż zgodnie z prawem i przepisami lotniskowymi skorzystamy z toalety. Bagażu pozostawić bez opieki nie można, bo jak ktoś go nie ukradnie, to zaraz go Straż Graniczna wysadzi w powietrze (wcześniej ewakuując lotnisko, a później obarczając mnie kosztami ewakuacji i detonacji). Kazali zabrać mi go ze sobą do toalety, bo tam jest dużo miejsca i na pewno się zmieszczę. No… tak… Bardzo sympatycznie i higienicznie jeździć po czyimś moczu bagażem na kółkach. Ciekawe, jak swoje biologiczne ślady zostawiłby tam np. nosiciel żółtej febry. Ja moją walizeczką rozwiozę to po terenie całego lotniska, później przeciągnę do samolotu, do luku bagażowego, itd. Bagaż przed chwilą prześwietlany, w pełni bezpieczny lepiej niech wybuchnie ewentualnie w samolocie, niż przy pani z obsługi lotniska – bzdurne przepisy!
Jeszcze bzdurniejsze wydaje mi się to, że zabierają nam z bagażu wszystkie ostre przedmioty (np. każą wyłamać malutki metalowy pilniczek z obcinacza do paznokci, by przypadkiem nie zaatakować nim załogi samolotu), podczas gdy do obiadu dostaniemy od Lufthansy metalowe sztućce:) Przy odrobinie cierpliwości możemy je podczas wielogodzinnego lotu odpowiednio zaostrzyć i… Niczego nikomu nie podpowiadam!
Albo przewożenie płynów. Gdy zabierzemy do bagażu podręcznego flakonik naszych ulubionych perfum, a będzie on miał więcej niż 100ml, to oczywiście nam go przy odprawie bagażowej zabiorą. Gdy już przejdziemy odprawę, to możemy w sklepie wolnocłowym kupić i wziąć na pokład samolotu np. 10 butelek spirytusu. Kilku terrorystów x 10 butelek 96% C2H5OH = … tak, zgadliście, udany, samobójczy, terrorystyczny zamach na samolot. Na szczęście prawdziwi Muzułmanie nie używają alkoholu i Al Qaida musi kombinować inaczej…


Samolot.
Miejsce przy oknie. Ostatnia chwila na tanie (nieroamingowe) rozmowy przez telefon komórkowy i czas na pożegnalne SMSy do najbliższych. Podczas międzylądowania we Frankfurcie stawki roamingowe wyniosą odpowiednio (w Era Tak-Tak i Simplusie):
2,35 zł za minutę połączenia wykonywanego  (w Simplusie 1,79zł/min.)
1,04 zł za minutę połączenia odebranego      (w Simplusie 0,85zł/min.)
0,57 zł za SMS-a).                                      (w Simplusie 0,57 za SMS)
W USA stawki roamingowe TakTak będą zabójcze!:
12 zł za minutę połączenia wykonywanego (ale już tylko 9,90zł/min za wykonywaną wideorozmowę;)
 6  zł za minutę połączenia odebranego,
1,95zł za wysłanego SMSa (odbiera się je na szczęście za darmo, ale UWAGA – zapłacimy także 4zł za każdego odebranego MMSa!, więc na czas sobie tę usługę (przyjmowanie MMSów) wyłączcie jeszcze w Polsce – robi się to w menu telefonu lub przez biuro obsługi klienta).

Powracając do samolotu… Niespełna 2godzinny lot do Frankfurtu to rzecz bardzo prosta. Kołowanie. Krótka instrukcja zachowań ewakuacyjnych. Start. 100minut lotu, przyziemienie, lądowanie. Frankfurt.
Lotnisko we Frankfurcie to takie małe miasto. A może nawet nie małe, a ogromne? Kilka terminali. Kilkaset metrów dzielących każdy z nich. Ruchome chodniki, by wszystko mogło odbywać się szybciej. A w tunelach, którymi prowadzą chodniki nastrojowe świergotanie ptaków płynące z głośników i zmieniające się oświetlenie mające na celu wyciszenie emocji. By dostać się do właściwej bramki, (ciągle na jednym i tym samym terminalu!) trzeba pokonać kilkaset metrów chodników stałych, chodników ruchomych oraz dwie międzypoziomowe windy.

Ostatni rzut oka na Warszawę Wnętrze AirbusaLufthansowe pyszności;) Ruchome chodniki we Frankfurcie. 9godzinny lot Frankfurt - Detroit Drzwi do Ameryki...

1. Ostatni rzut oka na Warszawę jeszcze z ziemi.
2. Wnętrze Airbusa A319, którym na trasie Warszawa – Frankfurt przelatuje się 557mil (897km), spędzając w powietrzu 1h45′.
3. Lufthansowe pyszności (piwo na szczęście prawie do woli:).
4. Śpiewający ptasimi głosami samobieżny chodnik na lotnisku we Frankfurcie.
5. Wnętrze Airbusa A330-300, którym na trasie Frankfurt – Detroit przelatuje się 4140mil (6662km), spędzając w powietrzu 9godzin. 200 telewizorów – raj dla Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji – do ściągnięcia 200 abonamentów telewizyjnych;)
6. Za tymi skromnymi drzwiami znajduje się ta WIELKA, sławna Ameryka… Całe lotnisko Ameryki jeszcze (a może już?) nie przypomina…

Więcej zdjęć z lotu dostępne jest tutaj In the Air…

Wiza…

9 komentarzy

Amerykańskich wiz wydawanych w Ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Warszawie lub w konsulacie w Krakowie jest tyle typów, ile gwiazdek na amerykańskiej fladze. A może jeszcze więcej! Wizy turystyczne, tranzytowe, pracownicze, studenckie, aupairowe, biznesowe, dziennikarskie, naukowe, dla sportowców, dla inwestorów, dla stażystów, dla uczestników wymiany kulturalnej, rodzinne, małżeńskie, narzeczeńskie, wizy na leczenie, wizy na pielgrzymkę w celach kultu religijnego, wizy wygrane w loterii wizowej, itd. Do każdej wizy dołączone po kilka wniosków, a przede wszystkim blankiecik wpłaty 100$ (obecnie już 131$ lub 380$ – gdy jest to wiza imigracyjna). To chyba w tym wszystkim jest dla Amerykanów najważniejsze – te miliony dolarów wpływające co roku do skarbonki Wuja Sama od Polaków, którzy po kilku minutach rozmowy usłyszą od konsula – „Sorry, not this time”.

Wiza na której wjechałem do USA jest wizą imigracyjną. Oznacza to, że mam prawo pozostać w USA do końca życia. Ten status prawny (tudzież ten kawałek plastiku) warty jest obecnie w USA ponad 20 tysięcy dolarów. Tyle pieniędzy ludzie są gotowi zapłacić za otrzymanie tego kawałeczka plastiku. Ja otrzymałem go po kilkunastu latach oczekiwania, dlatego właśnie nie obawiam się tak, jak większość przebywających tutaj naszych „turystycznych” Rodaków, że pewnego dnia wpadną do mnie do domu przedstawiciele amerykańskiego urzędu imigracyjnego i deportują mnie do Polski pierwszym samolotem. Dlatego także nie boję się spotkania ze stróżem prawa, który stwierdzi mój nielegalny pobyt, brak pozwolenia na pracę czy moje przeterminowane prawo jazdy, którego od początku 2008 roku nielegalny imigrant nie może już sobie wyrobić (ani przedłużyć ważności posiadanego już dokumentu – wydawanego zazwyczaj jedynie na 4lata). Chociaż, jak się w 2009 roku okazało „Polak potrafi” i przy odrobinie cierpliwości i szczęścia można będąc „zasiedziałym turystą” wyrobić lub przedłużyć sobie prawo jazdy. Należy jedynie wystąpić do urzędu (Social Security Administration) wydającego niezbędny do egzystencji w USA numer SSN o wydanie zaświadczenia, że ów numer się petentowi nie należy, a po otrzymaniu takiego papierka należy znaleźć takiego głąba w jednym z Sekretariatów Stanu (urzędzie wydającym prawa jazdy), który nam na podstawie tego dokumentu wyda lub przedłuży nasze prawo jazdy.
Turyści, którzy są tutaj legalnie także nie muszą się niczego obawiać (prócz zapuszczania się w zakazane dzielnice – nazwijmy je łagodnie Afroamerykańskimi…). Ale, gdy zostaną o jeden dzień dłużej, niż pozwala im na to wiza wjazdowa wbita na amerykańskim lotnisku, wtedy łamią prawo USA, a dla łamiących prawo w tym kraju wielkiej pobłażliwości nie ma. Jesteś tu dłużej niż Ci na to pozwoliliśmy – możesz spędzić resztę życia w więzieniu! Bo udowodnij nielegalny imigrancie, że nie jesteś terrorystą! Takie, po zamachach 9/11 weszło prawo, że każdego imigranta, który przebywa w USA nielegalnie (zazwyczaj, gdy wjechał na teren USA nielegalnie np. przemycony przez granicę wodną z Kanadą lub lądową z Meksykiem) rząd Stanów Zjednoczonych ma prawo więzić bezterminowo bez postawienia jakichkolwiek zarzutów – ale to oczywiście skrajność, bo nikt za przedłużone wakacje w USA jeszcze siedzieć chyba nie poszedł. Takie samo więzienie może czekać każdego, kto wjedzie tu na podrobionej wizie, lub fałszywym paszporcie – tego dowiemy się z wielkich plakatów widniejących w Ambasadzie USA w Polsce oraz z takich samych plakatów wywieszonych na każdym amerykańskim lotnisku. Chociaż, gdy lądowałem tutaj rok później (we wrześniu 2009), to te plakaty  chyba z lotnisk zniknęły. Wolą ewentualnych terrorystów łapać, niż ostrzegać, by nie dali się złapać;)
Wszyscy moi znajomi, którzy są w USA jako zasiedziali od kilku lat turyści mówią mi, że nie doceniam tego, co mam. Tego kawałka plastiku dającego mi prawo pobytu i pracy w USA. To marzenie milionów nielegalnych imigrantów z całego świata. Warte dzisiaj około 20tys. dolarów (tyle musi zapłacić ktoś, gdy żeni się lub wychodzi za mąż w celu uzyskania stałego pobytu). Albo nawet 250tys. dolarów, jeśli taką sumą dysponujemy, chcemy ją legalnie w USA zainwestować tworząc nowe miejsca pracy dla Amerykanów – wtedy rząd USA da nam Zieloną Kartę (oczywiście z wieloma obwarowaniami). Ja prawo do tego kawałka plastiku otrzymałem po „zaledwie” 10latach starań, oczekiwań, i po ponad tysiącu dolarów, które należało wpłacać za rozpatrzenie każdego wniosku, podania i papierka.

To wszystko w ramach wyjaśnienia pytań – czym jest wiza imigracyjna?! Należy się ona tym, którzy posiadają najbliższego członka rodziny w USA (Matkę, Ojca, współmałżonka). Bliski ów musi być obywatelem USA, i wystarać się dla swojego bliskiego z Polski (czyli mnie) o połączenie rodziny. Taka wiza to już prawie tzw. zielona karta, która posiadaczowi wizy imigracyjnej przychodzi do domu kilka tygodni po wjechaniu na teren Stanów Zjednoczonych. A Zielona Karta to nic innego jak prawo stałego pobytu oraz pozwolenie na pracę. Gdy będę w USA przebywał dłużej niż 5lat (tzn. gdy w ciągu 5lat będę przebywał na terytorium Stanów dłużej, niż poza jego terenem) mam prawo ubiegać się o obywatelstwo. Oczywiście muszę spełnić jeszcze kilka innych warunków. Trzeba znać język angielski, historię USA, umieć zaśpiewać hymn, zdać egzamin ze znajomości Stanów Zjednoczonych (historii i Konstytucji USA) złożyć ślubowanie i już się jest Citizenem of the United States of America. Mi na razie wystarczy bycie Permanent Residentem tychże Stanów.

Wiza jest wklejana do paszportu i dostarczana
nam do domu w Polsce
przez kuriera DHL. Płatne przy odbiorze (23zł). Zajmuje to Ambasadzie i
kurierowi co
najwyżej 3-5dni od naszej wizyty w Ambasadzie. Wiza jest pierwszym
dokumentem z którego w USA mogą ustalić naszą tożsamość. W Stanach nie
jest tak ważny nasz polski paszport, co wbita w niego amerykańska wiza.
Naprawdę! O tym, że wszystko co nam mówią w Polsce (nawet oficjalne
informacje otrzymane w punkcie informacyjnym Ambasady USA w Warszawie) 
jest w USA mniej ważne niż słowa urzędnika granicznego na amerykańskim
lotnisku boleśnie przekonam się gdy po raz drugi będę wjeżdżał do USA
po ponad 11miesięcznym pobycie w Polsce… Ale o tym dowiem się i
napiszę dopiero za rok.

Wiza jest dość dobrze zabezpieczona przed podrobieniem, ale majstersztykiem antypodrobieniowym jest Zielona Karta.
Zielona Karta przychodzi do naszego domu w USA pocztą w okresie
do 9-ciu miesięcy od przylotu do Stanów. Kiedy przyszła moja – o tym
jeszcze będzie. Gdy mi przyszła, rzuciłem ją gdzieś w kąt z resztą
korespondencji, nawet nie wiedząc, że ten kawałek wcale nie zielonego
plastiku jest tą właśnie kartą. Na przedzie ma kilka warstw folii,
która utrudnia fałszerstwo (w ogóle nie da się jej zeskanować!) Ale
cuda kryptologiczne znajdują się z tyłu. To czarne coś jest chyba
jednym, wielkim paskiem magnetycznym. Na samej górze tego paska,
widoczne na skanie są małe kropki. To są… głowy wszystkich
amerykańskich prezydentów! Było ich wówczas, gdy wytwarzano dla mnie tę
kartę 43. Przy odpowiednim powiększeniu da się nawet dostrzec… cygaro
w ustach Billa Clintona! Albo precelka w gardle Busha juniora… Albo
banana w… A na dole 49 mikroflag wszystkich stanów USA. Majstersztyk
techniki mikrograficznej.

Immigrant VisaPermanent Resident Card Zielona Karta (tył)

1. Skan wizy imigracyjnej wydawanej w ambasadzie USA w Warszawie.
2. Skan Zielonej Karty, która przychodzi nam do amerykańskiego domu w kilka tygodni po wjechaniu na teren Stanów Zjednoczonych.
3. Tył Zielonej Karty. Kliknijcie na nią i przyjrzycie się głowom amerykańskich prezydentów:)

Podnieś prawą rękę i przysięgnij, że wszystko co tutaj jest napisane jest prawdą.
- I promise.
Tak zaczęła się moja rozmowa z konsulem reprezentującym rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki w Ambasadzie USA w Warszawie.
Nie wiem, w imię czego miałem przysięgać? Czy na Boga, czy na Biblię, czy na flagę Stanów Zjednoczonych, czy na zdrowie prezydenta Busha juniora czy na tzw. „bum cyk dudu”, ale moja przysięga złożona była prawdziwie. We wszystkich moich dokumentach leżących w grubej teczce tuż przed oczami konsula, napisana była prawda i tylko prawda.

Mimo wrodzonej punktualności stawiłem się tego poranka do Ambasady… spóźniony. Jedna z ważniejszych rozmów w życiu, a ja pojawiłem się na niej z 15minutowym opóźnieniem. Ale tak to jest szukać w Warszawie darmowego miejsca parkingowego… Znajdzie się je zawsze, ale często daleko od miejsca, do którego zmierzamy. Na szczęście rozmowa była nie „na czas”, a godzina widniejąca w zawiadomieniu nie jest „sztywna”.
Jeszcze przed rozmową można było zauważyć, że USA to ciągle ziemia obiecana dla dziesiątek Polaków, którzy każdego dnia starają się o wizę. W sekcji, do której trafiłem ja (wizy imigracyjne) to dopiero jest czołobitność. Cała rodzina podchodzi do pancernej szyby za którą siedzi konsul, składa ręce jak do modlitwy, rozmawia, jakby to była audiencja u papieża. Brakuje tylko pocałowania stuły i wychodzenia z ambasady tyłem, by tylko nie odwrócić się zadkiem do tego wszechmocnego pana w okienku.

Dinggg…! Wybił na wielkim wyświetlaczu mój numerek, który dostałem przy wejściu do poczekalni, i nastała moja kolej na rozmowę.
- Hay. – przywitałem konsula, by wiedział, że nie przyszedłem do niego jak do Boga po łaskę.
- Mister, Taki Siaki, yes?
- Yes – potwierdziłem konsulowi, który właśnie otwierał teczkę z moimi dokumentami. Stał przed nim człowiek, któremu najwidoczniej nie zależało na całej tej wizie. Brudne buty, które przed chwilą przebiegły pół Warszawy, poprzecierane spodnie, bluza pamiętająca XX-wiek, plecak na krzywej sylwetce.

Rozmowa oczywiście odbywała się po angielsku.
- Masz żonę?
- Nie
- Masz dzieci?
- Nie.
- Byłeś karany
- Nie.

- Czy twoja mama w USA mieszka sama?
- Tak.
- Czym się zajmujesz?
- Piszę książki?
- O czym?
- About love of course…

W tej samej chwili zobaczyłem, że konsul wpisuje moje nazwisko do komputera… Pewnie w google.com, bo krótko przyjrzał się wynikom (zapewne okładka mojej książki) i szybko stwierdził…
- OK, więc następną książkę napisz o Ameryce.
- That’s all?
- Yes.

Odszedłem od okienka jakiś smutny. Po 1-wsze, nie wiedziałem, czy dał mi tę durnowatą wizę. A po 2-gie, jednak domyślałem się, że dał. Mam 6miesięcy na wyjazd – może już na stałe, bo to wiza imigracyjna.

Ale by nie było tak smutno i pesymistycznie, opowiem zabawny epizod sprzed okienka konsularnego.
Jako, że w Polsce mogą ubiegać się o wizy obywatele Rosji, jest ich w warszawskiej ambasadzie pół na pół z Polakami. Jedni już ucywilizowani i europejscy, inni, jakby dopiero co zeszli na chwilę ze straganu przy Stadionie X-lecia.
I taka właśnie kobieta, z jutową torbą podróżną zjawiła się w ambasadzie. Podeszła do okienka, podała swój paszport i zaczęła rozmowę z konsulem. Ten oczywiście rozmawia tylko po angielsku, więc kobieta się skrzywiła, że nic nie rozumie.
- Do You need translator? – spytał konsul nieanglojęzyczną Rosjankę?
- Ja nie panimaju. – odpowiedziała kobieta.
- Do You need translator? – powtórzył pytanie konsul.
- Ja nie panimaju Tiebia – dobitniej stwierdziła kobieta.
- Translator pleeeeease! – zakrzyknął konsul, i w tej samej chwili pojawiła się pani tłumacz. Konsul wskazał coś palcem w dokumentach kobieciny i chwilę później tłumaczka zapytała:
- A paciemu Ty napisała, że Ty inglisz ticier, jak ty nie gawarijesz ani słowa po angielsku?
- A bo mi skazali tak napisać.

I tu dla sprytnej Rosjanki rozmowa się zakończyła.
Ona pewnie wróciła na stadion lub do jakiejś podmoskiewskiej wioski, a ja wróciłem do siebie, ze smutną nowiną – mam 183dni na wyjazd.

Dziś największe amerykańskie święto (4 lipca – Dzień Niepodległości). Trzeba zatem z tej okazji podarować Ameryce jakiś prezent. Jestem tutaj (w U.S.A.) już trzy miesiące, więc Stany Zjednoczone dostaną ode mnie blog, z którego polskojęzyczni mieszkańcy U.S.A., ale i wszyscy inni zainteresowani tym, jak w USA obecnie jest, będą dowiadywać się, dzień po dniu, notka po notce, jak tu jest. Czy ciągle można wyśnić swój „sen o Ameryce”. Czy ciągle jest to piękny sen, czy może już nocny koszmar? Codziennie będę pisał o jakimś zagadnieniu lub problemie, który nurtuje Amerykę, Amerykanów albo mnie osobiście. Niepewność jutra, drożejące paliwo, taniejące domy, bezrobocie, przestępczość, itd. Ale będzie to także poradnik dla tych, którzy zamierzają tu przybyć turystycznie lub na stałe. Sam jeszcze kilka miesięcy temu pytałem ludzi poznanych na Nasza-Klasa.pl czy przez Gadu-Gadu, którzy w miejscu zamieszkania wpisali Detroit, jak tu jest. Teraz, bez pytania obcych osób z Netu każdy z mojego bloga będzie mógł się dowiedzieć, jak tu jest, jak tu żyć. Kiedy tanio tu przylecieć, a kiedy i dokąd stąd uciekać… Jak pokonać przeogromne zawiłości amerykańskiej biurokracji i zdobyć rzecz tak tu niezbędną jak prawo jazdy? Jak i gdzie tanio kupić sprzęt elektroniczny, samochód, ubrania.
Będzie o cenach. O pracy. O płacy. O kulturze i jej braku. O rzeczach miłych i niemiłych. Będzie śmiesznie, będzie strasznie…
Chcę, by było to coś w rodzaju książki – almanachu wiedzy o USA. W końcu Konsul przyznający mi wizę powiedział – napisz książkę o Ameryce… Ale o mojej rozmowie z konsulem będzie zupełnie inna notka… Tak więc, Panie i Panowie – ZACZYNAMY.

Proszę o dodanie mnie do zakładek, by jeszcze kiedyś tu zajrzeć.


Dzień niepodległościSztuczne ognie nad Detroit
1. Obchody święta Niepodległości w jednym z amerykańskich kilka lat temu…
2. Sztuczne ognie nad Detroit (zdjęcie archiwalne z czasów świetności Detroit).

Co mnie zadziwiło wieczorem dnia 4lipca? Przygotowałem się do wielkiego fireworkowego widowiska nad Detroit. Milionów dolarów wystrzelonych w powietrze, tak, jak co roku w Polsce milionami złotówek wita się Nowy Rok i celebruje wiele innych państwowych świąt. Nic z tych rzeczy – Ameryka jest coraz biedniejsza, więc nikt nie będzie tak, jak w Polsce, stosując zasadę „Zastaw się, a postaw się” wystrzeliwał w powietrze niemałej części budżetu miasta. Chcesz sobie popatrzyć na sztuczne ognie – to włącz TV i popatrz, jak mieszkańcy Washingtonu, a wraz z nimi cała Ameryka celebruje to święto.
Na blogu tym będzie wiele przykładów na to, jak Amerykanie cenią każdego dolara. Oczywiście tylko ci, którzy na niego ciężko pracują. Burmistrz Detroit (Kwame Kilpatrick) na swoją pensję ciężko nie pracuje – ale ma wielomilionowe wydatki w postaci… kochanki. O Mayorze Detroit też tu jeszcze nieraz będzie…


  • RSS