Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Po przybyciu do USA zamieszkałem w Sterling Heights. Sztyrlingowe Wzgórza to miasto położone ok. 20kilometrów od Detroit. Dopiero na zajęciach w mojej szkole dowiedziałem się, że ludnościowo to drugie po Detroit miasto w stanie Michigan. A Detroit to obecnie najniebezpieczniejsze miasto w USA. Wszystko to głównie z powodu braku pracy. Dziesiątki tysięcy pracowników zwolnionych z fabryk motoryzacyjnych. Zwolnionych lub pracujących za połowę stawki. Włączam TV, a tu na czerwonym pasku na dole leci informacja – General Motors zwolnił właśnie 3500 pracowników montowni trucków i vanów. Tak z dnia na dzień – cięcie kosztów. 3500 rodzin straciło zapewne jedyne źródło dochodów i ubezpieczenie zdrowotne, więc jedna wizyta w szpitalu lub wezwanie karetki rujnuje ich oszczędności (o ile takowe w ogóle mają) i budżet
domowy. Wezwanie karetki bez żadnych skomplikowanych badań wykonanych w domu pacjenta czy
po przewiezieniu na izbę przyjęć kosztuje ponad 1000$, a wizyta w
szpitalu to wydatek przynajmniej kilku tys. $!).
Brak pracy pociąga ze sobą lawinowy wzrost przestępczości. A najbardziej przestępczość w Detroit kwitnie przez… rządy Afroamerykańskiego burmistrza Kilpatricka. Sam ukradł (tak ukradł) z miejskiej kasy kilka milionów dolarów. Połowę porozdawał „komu trzeba”, drugą połowę wziął sobie. Zatrudnił na wszystkich ważnych stanowiskach swoich kolesi, którzy jedyne, co potrafili powiedzieć o swoim stanowisku pracy i swoich obowiązkach to to, że zarabiają 10tys. $ miesięcznie. To jedyne, co wiedzieli – po co przychodzą do pracy. Kwame podniósł płacę policjantom, zamontował im w radiowozach ekspresy do kawy i dał talony na pączki i… i jest bezkarny! I teoretycznie może zostać wybrany na kolejną kadencję, bo przecież Detroit to czarne miasto, więc nie wybiorą tam białego burmistrza, albo kogoś, kto ukróci ich bezprawie. Kilka tygodni po napisaniu tych słów Kwame spędził swoją pierwszą noc w areszcie. A rok później rozpoczął się jego proces.
Teraz już nawet jak Murzyn wejdzie do naszego domu, by nas okraść to nie mamy prawa go zastrzelić. Musi być uzbrojony, zagrozić nam bronią, najlepiej nabitą, a jeszcze lepiej to powinien do nas kilka razy celnie strzelić, byśmy mieli prawo użyć własnej, legalnie posiadanej broni we własnej obronie. Oczywiście, gdy do Czarnego wszedłby Biały (chociażby listonosz) to zgodnie z zasadą „Mój dom – moją twierdzą”, Czarny ma prawo rozstrzelać intruza z nawet nielegalnie posiadanej broni. (Tu oczywiście przejaskrawiam – przyp. autora). Parafrazując słowa odnośnie hitlerowskich obozów koncentracyjnych, że to „Ludzie ludziom zgotowali ten los”, w Detroit brzmi to: „To Czarni Białym zgotowali to piekło…”. Na szczęście do Sterling Hgts. nie napłynęła jeszcze ta cała detroitska biedota i przestępczość – chociaż z każdym rokiem, mila po mili się do nas zbliża.

Mieszkamy w tzw. Condominium (dla mnie jest to obecnie najpiękniejsze fonetycznie słowo w języku angielskim). Kondominium to  prawnie coś jakby nasza (polska) wspólnota mieszkaniowa. Tutaj jest to osiedle domków wielorodzinnych, tzw. szeregowców. Mieszkania połączone są ze sobą bokami po cztery, oraz cztery takie domki połączone są „plecami” z kolejnymi czterema, więc jeden taki zbitek liczy osiem mieszkań. Na całym osiedlu jest ich (takich zestawów składających się z 8mieszkań) prawie 30. Nic zatem dziwnego, że cholernie można pobłądzić, gdy wszystko takie same i idealnie symetryczne. Ja orientuję się tutaj jedynie dzięki położeniu basenu (który widzę z okna). Ale nie wiem, co byłoby gdybym musiał szukać właściwego domu po kilku piwkach lub czymś
mocniejszym?;) Kondominium nazwiemy też każde mieszkanie w bloku, czy
nawet w nowojorskim apartamentowcu.

Wszyscy mieszkają zatem w takich samych domach, nie mogą niczego z zewnątrz w nich zmienić (przemalować elewacji zewnętrznej, wystawić na ganek nic więcej, niż jakąś figurkę, krzesło lub małego grilla (wszystko jest opisane w regulaminie). Nie można zmienić żaluzji, a nawet anteny satelitarnej zawiesić na domu – można ją wkopać w ogródek ale tak, by nie wystawała powyżej 1,2metra ponad ziemię. Na środku osiedla jest basen z którego każdy z mieszkańców może korzystać, a nawet zaprosić dwoje znajomych. Czynny od początku maja do końca sierpnia – zapraszam. Nasze condominium jest narożne, więc sąsiadów zaściennych mamy tylko jednych. Murzynów:) Oczywiście to ci „lepsi” Murzyni. Żadne tam shootingi przed housem, umpa-umpa do białego rana czy kolejny mały, czarny, nowiutki Afroamerykanin co 9-10miesięcy. Ale już drugi zestaw osiedlowych Murzynów jest… dziki. Codzienne kłótnie do białego rana, krzyki, wrzaski, wzajemne wypędzanie się współmałżonków z wynajętego mieszkania, koledzy z Detroit przywożący im co weekend narkotyki – „Yo, Black Nigga! – „Yo, Black Brother!, murzyński uścisk dłoni i już po „wizycie”. W USA Murzyni dostają dodatek socjalny za to, że są czarni. Jeśli się oczywiście kwalifikują do owego zasiłku. Dostają talony na jedzenie, dopłaty do dzieci, itp. przywileje o których Biali mogą tylko pomarzyć. Tzn. białym też się podobne przywileje należą, ale udowodnij Białasie, że jesteś tak biedny, jak nasi czarni bracia z getta. Państwo nawet płaci za Czarnych za mieszkanie! Najlepiej jest więc wynająć mieszkanie właśnie Afroamerykanom, bo wtedy, zawsze danego dnia miesiąca wpłynie na nasze konto czek wprost od Rządu USA. Teraz mieszkania w USA są bardzo tanie. Dom w biedniejszej dzielnicy Detroit można kupić nawet za 5-10tys.$/szt. Wyremontować go, a później wynająć za 800-1000$/m-c. Oczywiście z duszą na ramieniu z powodu tego, jak może zostać przez ten miesiąc zdewastowane przez dzikusów niewiele różniących się od zwierząt. Uwierzcie mi na słowo, że moje ostatnie zdanie nie jest ani przesadzone, ani rasistowskie. Dzikusi są w każdej rasie i narodowości, ale w Czarnej jest ich i więcej i… są bardziej dzicy. To jest po prostu fakt genetyczno – „kulturowy”.
Na przeciw nas mieszka para amerykańskich 27latków. W sumie mają 54lata i ważą około 540funtów (250kg). Oj, albo i grubo więcej! Dwie toczące się kule, które kilka razy dziennie odwiedza goniec z pizzerii, by dostarczyć im 3największe pizze i jakieś inne zawiniątka do spożycia. Prawdziwy amerykański styl życia.
Raz na tydzień (w piątkowy poranek) przyjeżdża śmieciarka, więc już w czwartek wieczorem wyrzuca się wszystko, co zbędne (śmieci, graty, stare meble, zalane dywany, itd). Tzn. wystawia w punktach zbornych – pod jakimś drzewem lub płotem. Ciekawe, jak to będzie w lecie, gdy tygodniowe odpadki zaczną się psuć? No i czy nocą pieski nie wygrzebią sobie, co lepszych pozostałości? No i nastało lato i już wiem, jak to jest. Psujące się odpadki trzeba trzymać w piwnicy, gdzie jest chłodniej. Albo podrzucać na sąsiednie osiedle, gdzie mają kontenery na tego typu śmieci. A worków ze śmieciami w nocy z czwartku na piątek nie rozrywają psy, a wiewiórki (często w towarzystwie szopów i oposów, które najedzone z pełnym brzuchem nie zdążają później uciec przed jadącym samochodem i giną tuż po kolacji).
Gdy jeszcze byłem w Polsce, to ostatnią głupią rzeczą zarządu mojego osiedla było wprowadzenie zamykania kontenerów na śmieci na klucz. Każdy mieszkaniec ma klucz, by ludzie spoza osiedla nie mogli do naszych kontenerów wrzucać śmieci. Więc co robią? Kładą worki ze śmieciami pod śmietnikami, ku uciesze psów i kotów z całego miasta. A później śmieci i fruwające worki wiatr roznosi po całym mieście. Mądre prawda?

A co jest głupiego w naszym condo? Zauważyłem, że osiedla tego typu są szczelnie ogrodzone od sąsiednich osiedli. Zazwyczaj mają tylko jeden wjazd i by dojechać pod swoje mieszkanie, czasem trzeba się nieźle nakręcić. Przejścia piesze między osiedlami czasami się zdarzają (zazwyczaj, gdy przez dane osiedle prowadzi droga do szkoły), ale są one czynne tylko w dni nauki szkolnej. Na weekendy i w wakacje są szczelnie zamykane. No, ale to jeszcze nic – będę w Nowym Yorku i na Brooklynie zobaczę… osiedla odgradzane od sąsiednich osiedli… drutami kolczastymi i zasiekami!

Nasze osiedle, za sprawą tego, że szefową osiedla jest Albanka zrobiło się ostatnimi czasy albańskie. Uchodźcy z bałkańskiego kraju, który jest ponad 10x mniejszy od Polski (zarówno terytorialnie jak i ludnościowo) stanowią obecnie ok. 80% mieszkańców osiedla, które kiedyś było w połowie polskie. Obecnie polskich rodzin jest około 5-6 i ciągle ich ubywa. Ceny mieszkań z roku na rok spadają, i jeśli komuś uda się teraz sprzedać jego „condo” za jakąś jeszcze dobrą cenę, to to robi i ucieka kolejne kilka mil dalej od Detroit, przed zbliżającą się nieuchronnie „ciemnością”… W końcu to właśnie w Detroit zamieszkuje ponad połowa całej michigańskiej afroamerykańskiej społeczności (ależ ładnie to nazwałem). Na szczęście Albańczycy są rozdartą społecznością, gdyż połowa z nich to katolicy, a druga połowa to muzułmanie. Linią podziału jest… basen. Na lewo od basenu osiedlają się muzułmanie, na prawo od basenu katolicy. To pozwala nam, Polakom nie zginąć w albańskiej fali. A po czym poznasz nieAmerykanina (czy to na osiedlu, czy w sklepie, czy na ulicy, czy gdziekolwiek)? Po tym, że się do Ciebie nie uśmiechnie, nie powie: „Hi”, nie zapyta: „Co u Ciebie?”.

Zalety życia w Kondominiach (za 225dolarów miesięcznie stałej opłaty otrzymujemy):
- darmową wodę
- darmowy gaz
- dostęp do basenu
- dwa miejsca postojowe (które, gdy nie mamy auta, możemy wydzierżawić sąsiadom za 25$/m-c)
- przystrzyżone przez Meksykanów trawniki i żywopłoty
- odśnieżone zimą chodniki
- wywóz śmieci
- brak zainteresowania w ile osób zajmujemy nasze condo – (płaci się od mieszkania, a nie od mieszkańca)
- jakiś tam pilnujący ładu, porządku i bezpieczeństwa zarząd osiedla.

wady życia w kondominiach (naszego typu):
- brak garażu
- brak podjazdu pod domem na którym zmieścimy nasze wszystkie samochody (w kondo należą nam się 2 miejsca parkingowe)
- brak możliwości dowolnego kształtowania wyglądu domu i ogródka przed domem
- niebezpieczeństwo posiadania za ścianą głośnych sąsiadów
- głupota hydrauliczna. Rury ściekowe sąsiadów są u nas w piwnicy, kurki do zakręcania wody na zimę są u sąsiadki. Jak nie zakręci, to zalewa nam piwnicę.
- wiele durnowatych zakazów i nakazów

Nasze kondominium For sale by owner Flaga Albańska Przejście między osiedlami.

1. Jeden z 27 jednakowych budynków ośmiorodzinnych na naszym osiedlu.
2. Condominium z całkiem bliska.
3. Satelitarne zdjęcie osiedla na którym sobie rezyduję (permanentnie).
4. Najczęstszy widok w oknach amerykańskich domów – na sprzedaż.
5. Flaga narodowa większości naszych sąsiadów – Albania.
6. Przejście między osiedlami – gdyby nie młodzież szkolna, w ogóle by go nie było.

Kolejne moje kroki po Ameryce odbyły się w towarzystwie matki, która czekała na mnie po drugiej stronie drzwi, za którymi kryła się Ameryka. Kilka uszczypliwości na powitanie i już mogliśmy zmierzać do samochodu. Wreszcie skończyły się te wszechobecne carpety, więc można było stabilnie stanąć na nogach. Oczywiście nie na długo, bo chwilę później zaczęły się ruchome chodniki. Nie ma się więc czemu dziwić, że statystyczny dorosły mieszkaniec Detroit waży ponad 100kilogramów! I ciągle tyje!
Po 10minutach szukania właściwego poziomu parkingu (chyba jego właściciele wzięli się na sposób i tak mieszają te poziomy i windy, którymi można na dane poziomy dojechać, by jak najdłużej szukać auta, a co za tym idzie – by jak najwięcej zapłacić za parkowanie;), auto zostało znalezione i można było wpakować mój skromny bagaż i ruszyć w drogę do domu.

Jeszcze tylko kolejka przy wyjeździe z parkingu. Dwa auta przed nami, a 5minut czekania aż kasjer weźmie od kierowcy bilet parkingowy, włoży go powolnym ruchem do czytnika, odczyta cenę, kierowca znajdzie w kieszeni dolary albo przypomni sobie kod PIN do karty kredytowej, kasjer je przyjmie, nabije na kasę, wyda resztę, wyda kwitek kasowy… W Polsce nazwalibyśmy go „muchą w smole”. A w USA nazywa się Smoluchem w kasie;)
Ogonek aut stojących za nami robił się coraz dłuższy i tylko matka była na tyle zniecierpliwiona, by trąbić. Trąbić i oglądać się za siebie, kto to trąbi?!;) W Detroit nikt na nikogo nie trąbi, bo to i nieładne, i grożące mandatem, i przede wszystkim NIEBEZPIECZNE, jeśli zatrąbimy na nerwowego Afroamerykanina, który nas za zatrąbienie na niego po prostu… zastrzeli (no może nie na detroickim lotnisku, ale na detroickiej ulicy w czarnej dzielnicy jest to już bardzo prawdopodobne).
Gdy wreszcie nastała nasza kolej rozliczenia się za parking, to w kierunku murzyna siedzącego w okienku parkingowym poleciała zgrzewka słów ogólnie uznanych za obelżywe. Oczywiście w nieurzędowym tutaj języku – czyli po polsku.
- A jak „Smoluch” był na wakacjach w Polsce i rozumie? – zapytałem z przekąsem.
- Gówno rozumie. Spójrz na niego i zobacz, jakie to durne.

Z lotniska do domu są 44mile. Silnik naszej Toyoty chodzi tak cicho, że nawet go nie słychać, gdy auto stoi. A gdy jedzie, słychać tylko hałas z łączeń płyt autostrady (są betonowe). W Michigan autostrady mają szerokie, wielopasmowe, długie, niekończące się, ale… wcale nie takie doskonałe jak np. w Niemczech. Ograniczenie prędkości do 70mil na godzinę (112km/h). W drodze do domu mijamy największą na świecie odlaną oponę samochodową Uniroyal’a. Coś około 25metrów wysokości i 12ton. wagi. Zacząłem sobie wyobrażać, jak wielki musiałby być samochód, do którego pasowałyby takie opony. Aż strach pomyśleć, co jeszcze mają tu NAJWIĘKSZE?!

Skoro już o tej dużej oponie wspomniałem… Na kołach naszej Toyoty
założone są firmowe opony Bridgestone. Po zaledwie 2latach użytkowania
i tylko 15tys. mil przebiegu są tak zużyte, jakby w Polsce przejechały
przynajmniej 2-3razy tyle. Czy zużywają je tak dziurawe michigańskie
drogi? A może niemała moc silnika auta (160KM), które dziarsko wyrywa
do przodu? A może nieekonomiczny styl jazdy amerykańskich kierowców? A
może to, że są uniwersalne, więc w zimie (mróz mają tu czasami do
-20stC) mają nie zamarzać, a w lecie (upały ponad 35stC) nie powinny
się rozpuszczać, więc tym kompromisem są z… gumy do żucia? Komplet
nowych, firmowych opon 15′ kosztuje ok. 300$ (mniej markowych ok.
250$), więc wymieniać można je co miesiąc. Olej zalecają wymieniać co
3tys. mil (w Polsce przynajmniej 2-3razy rzadziej). Tu naprawdę
wszystko jest… na chwilę. Tak właśnie napędzają gospodarkę. Ale co
się dziwić, jeśli 4,75litrowa butla oleju Mobil GTX 10W/40 kosztuje…
25złotych. U nas tyle zapłacimy za litr!
Opony pewnie polecają wymieniać co rok, maksymalnie dwa lata. Auta
wymieniają co 3lata. Samochody najczęściej bierze się w leasing (tu
lizingować mogą osoby prywatne, a nie tylko firmy). Płaci się około 10%
wartości auta lub wcale nie musowo wpłacać 1szej wpłaty. A później
spłaca się co miesiąc około 1% wartości samochodu. A po 2-3latach auto
oddaje się dilerowi i bierze nowe. W tym czasie nie musowo się martwić
ani o to, że auto się popsuje (jest na gwarancji), ani o to, że się
zużywa i traci na wartości (bo po 3latach wraca do dilera, więc nie
musimy się martwić o jego sprzedaż, gdy nam się znudzi). I tak to się
kręci, dzięki czemu większość aut poruszających się michigańskich
drogach nie ma więcej niż 3lata.
Nie rozumiem do końca tego całego leasingu, gdyż to są naprawdę
śmieszne koszty dla leasingobiorcy. Pracuje się około miesiąca na tzw.
Duty (czyli pierwszą wpłatę, wynoszącą około 10% wartości auta), a
później już za jedno lub dwudniową pensję przeznaczaną na spłatę
miesięcznej raty leasingu jeździ się nowiutkim autem klasy średniej
wyższej. W sumie w 2lata spłaca się ok. 30% wartości auta. A po 2 lub
3latach można przedłużyć umowę lizingową dalej spłacając auto, albo je
oddać i wziąć nowe. W Polsce 3letnie auto traci przynajmniej 50% swojej
wartości, a tu diler próbuje później je sprzedać na wolnym rynku za
przynajmniej 70% ceny nowego (skoro leasingobiorca spłaca jedynie 30%).
Zamotane, ale to chyba tajemnica tego, że w USA sprzedaje się co roku
(a przynajmniej jeszcze kilka lat temu sprzedawało) tyle NOWYCH aut,
ile w Polsce jeździło w owym czasie wszystkich samochodów – czyli
12milionów co roku! Ale teraz Polacy się wzbogacili, aut się namnożyło,
a Amerykanie… A Amerykanie mają benzynę po 2,05zł/litr!;) -
kalkulacja na dzień 24lipca 2008). Aktualną cenę benzyny w najbliższej
mi stacji Speedway możecie sprawdzić TUTAJ
A więcej samochodowych ciekawostek z ulic Michigan znajdziecie TUTAJ

Ruchome chodniki - zmora amerykańskich dietetyków;) Amerykański porządek na parkingu;) Największa na świecie odlana opona. Jedna z codziennych zmór Amerykanów... Auta proszące o klienta Amerykańskie drogi

1. Ruchome chodniki na detroickim lotnisku – i jak tu nie być grubym w tym kraju?
2. Amerykańska prowizorka – dziurę najlepiej jest obłożyć pachołkami, niż naprawić. Do naprawy czegokolwiek w USA potrzebna jest cała ekipa z wieloma uprawnieniami, a nie jak w Polsce – „Pan złota rączka”;)
3. Największa na Świecie odlana opona. 25metrów wysokości, 12ton wagi. Idealna do przetaczania przez Mariusza Pudzianowskiego, skoro z oponą ciągnikową zawsze mu idzie tak łatwo;)
4. Jedna z codziennych zmór Amerykanów – ile centrów drożej, niż wczoraj? Przyleciałem tutaj 31marca 2008, było 3,29$, na widocznej fotce z 5maja jest 3,57$, a obecnie (26lipca) jest już 3,77$. A 1,5roku później w październiku 2009 jest 2,56$ czyli 1,92zł za litr).
5. Auta wręcz proszą, by je kupić, wynająć, wylizingować – zabrać od niedobrego dilera, który nimi nie jeździ;)
6. Amerykańskie drogi z bliska… Może i długie, wielopasmowe, betonowe, ale przede wszystkim… dziurawe!

O matko, SEX! Znów ten przeklęty SEX! Sex za benzynę w USA, SEX za mieszkanie w Europie, sex za współlokatorstwo w Polsce. Sex to w wielu kulturach takie bardzo serdeczne DZIĘKUJĘ. Jest zdrowy, przyjemny, niezbędny do zdrowego bytowania. SEX daje radość z życia, leczy z kompleksów, wyzbywa dewiacji seksualnych. Każdy seryjny morderca ma zaburzenia seksualne, boi się kobiet, boi się swojej seksualności, ma kompleksy. Każdy, kto zaburzeń nie ma i w naturalny sposób zaspokaja swoje potrzeby jest po prostu – ZDROWY! Gdy ktoś jest sam (nie ma partnera), nie ma zahamowań wynikających z wychowania w hiperkatolickim kraju, to czemu nie może kochać się z kimś bez zobowiązań lub z zobowiązaniami? A czy wiele żon w małżeństwie nie kocha się ze swoimi mężami „za coś”? I jeszcze jedno. Bardzo ciekawe doświadczenie. Mój przystojny kuzyn podczas 5lat studiów „poznał bliżej” kilkadziesiąt dziewczyn. Oczywiście „poznawał je” jedynie na jedną noc. Co najdziwniejsze w tym wszystkim, to „poznawać się bliżej” pozwalają jedynie te.. które są w stałych związkach. Najczęściej bardzo udanych. Które są zakochane w swoich chłopakach pozostawionych gdzieś w odległych miastach, z których przyjechały na studia. One wyjechały na studia, czują się samotnie i… i zdradzają. Podczas gdy żadna samotna dziewczyna nie daje się „poznać bliżej” jedynie na raz, na jedną noc… Nie demonizować seksu! Dać dopłaty do mieszkań dla studentów!;)

Mój głos w debacie Blog.pl – Czy atak na WTC to spisek?
Pewnie,że to spisek! I tak, jak nigdy nie dowiemy się, kto tak naprawdę zabił Kennedy’ego, tak samo nie dowiemy się, kto stał za zamachami 9/11. Kilka m-cy byłem w pobliżu pentagonu. Dziura jaką zrobił wtedy „samolot” była tak niewielka, że wkurzony Mariusz Pudzianowski w ciągu godziny wybiłby większą dziurę młotem. Kto zyskał miliardy dolarów na tych zamachach? Pewnie ci, którzy dawniej sprzedawali benzynę po 1dolarze za galon, a teraz już po prawie 4dolary… No i ci, którzy nie mieli gdzie wysyłać samolotów i broni… Itd.

Mój głos w debacie Blog.pl – Czy ktoś jeszcze czyta książki?
Swoją pierwszą książkę napisałem przypadkowo. Zima 2001, mróz, długie wieczory i noce, a w głowie pewne, ciągle powracające przeżycia z wiosny i lata owego roku. Siadłem, włączyłem mój stary jak świat komputer i zacząłem pisać… Dwa lata później książka została wydana. Stałem się osobą jakoś tam publiczną, znaną (najbardziej wśród młodego pokolenia płci pięknej). Minęło 5,5roku od wydania książki i ciągle dochodzą do mnie dowody tego, że ludzie czytają i moją książkę sprzed lat, i książki starsze wszystkich pisarzy świata, i książki nowe. I to jest pięknie! I tak pozostanie.
Czytelnictwo książek nigdy nie upadnie. Żaden inny środek przekazu nie wyprze żółkniejących kartek książki. TV, internet, itp. wynalazki nie dadzą rady wielosetletniej tradycji i klasyce. Gdyby tak miało być, to Chińczycy tysiące lat temu nie wynaleźliby papieru, a od razu… komputer!;)
Można kupić obecnie elektroniczne książki. 7 calowe wyświetlacze LCD, które mają naśladować kartkę książki. Wkładamy kartę pamięci do tego urządzenia i już mamy w nim kilkaset książek. Ale to nie TO. Nie czujemy zapachu papieru, farby drukarskiej, zapachu miejsc w których ta książka była czytana przez innych (gdy jest to książka z biblioteki lub z tzw. „przeszłością”), nie widzimy na jej kartkach „pamiątek” ludzi czytających ją przed nami. Ooo… ktoś nad 71 stroną pił kawę, a nad 123 jadł kanapkę z pomidorem. Elektroniczna książka nie ma „duszy”, ma za to procesor, który co chwilę chce… podpięcia do prądu, bo kończą mu się baterie. To jedyne, co w takiej „książce” żyje – diodka krzycząca „Naładuj mnie, naładuj!”.
Coraz więcej mamy podane gotowe „na talerzu”. Wstukujemy w google czy w jakąś inną wyszukiwarkę i mamy zdjęcia i filmy miejsc, które kiedyś musieliśmy sobie wyobrażać z opisów czytanych w książkach czy wynikających z opowieści innych ludzi o tych miejscach. Coraz mniej musimy sobie wyobrażać, czyli, co za tym idzie – myśleć. Gdy przestaniemy umieć tworzyć sobie w głowie własne obrazy świata opisanego (np. w książce) to zaczniemy się po prostu cofać intelektualnie, bo bez kreatywnego myślenia jesteśmy tylko wiernymi kopiami podanych nam wzorców. A wzorce muszą być uniwersalne, a co za tym idzie – przeciętne. A kto chce być „przeciętniakiem”?
Istnieją książki, które zostały napisane tylko dlatego, że wcześniej powstał film. O 180stopni zamieniona kolejność! Jednak to jest właśnie najlepszym dowodem tego, że książki są potrzebne i ZAWSZE będą czytane. Dawniej pisano powieść czy książkę, a później, gdy okazała się sukcesem wydawniczym to ją ekranizowano. Teraz, gdy ktoś napisze dobry scenariusz (bo na scenariuszach, szczególnie hollywoodzkich produkcji filmowych zarabia się więcej niż na książkach – co potwierdzi i Steven King i Katarzyna Grochola i pani Rowling). Tak więc…
Wystarczyło tylko kilka moich opowieści o tym, jak pisałem moją książkę. O tym, jak historia w niej opisana działa się naprawdę, a jak ją później opisałem, by słuchająca mnie i moich opowieści o mojej książce koleżanka Marta nabrała takiego zapału do pisania, że 4lata później napisała i wydała swoją własną książkę. A wydanie książki w Polsce, gdy nie jest się sławną osobą albo WIELKIM nazwiskiem jest naprawdę trudne. Jeszcze raz GRATULACJE, Marto!

Mój głos w debacie Blog.pl – Zostać w Anglii czy wrócić do Polski?
Polak zarabia 1000 zł, a wydaje 2000 zł… tylko my to potrafimy.
Wszystkie inne narodowości oraz matematycy nie mają pojęcia, jak to możliwe. Jak możliwy jest tak wysoki standard życia w Polsce przy tak niskich zarobkach i tak wygórowanych cenach. Od 4m-cy jestem w USA. Zarabia się tu „śmieszne” pieniądze (szczególnie, gdy przelicza się je na złotówki lub metry kwadratowe mieszkania w Warszawie). Jednak tu te pieniądze mają WIELKĄ wartość nabywczą. W Polsce 1złotówka nic nie jest warta, podczas gdy 1dolar w USA ma naprawdę szanowaną wartość…
Każdy, kto wyśmiewa emigrantów, że teraz zarabiają śmieszne grosze. Że może kiedyś, gdy dolar był po ponad 4zł, a funt po prawie 7zł można było jeździć za granicę i tam pracować, ale teraz? I tu każdy tak myślący GRUBO się myli, ponieważ za dzień pracy w USA czy UK stać nas w Stanach czy Anglii na 2-3x więcej, niż w Polsce. Na parę lub dwie pary markowych butów, na 3-4markowe ciuchy, itd. Wracasz do Polski i szlag trafia, że trzeba za wszystko dać 2-3x tyle, ile przed chwilą płaciliśmy za coś w londyńskim czy nowojorskim butiku.
Zapraszam na mój blog – cały jest poświęcony właśnie tej tematyce. Porównaniu życia w USA do życia w Polsce. Kupi ktoś w Polce puszkę Pepsi za 36groszy? Albo 2litrową Colę za 1,4zł? NIE! A w USA się za tyle się je kupuje. Więc czy jest sens wracać do kraju w którym na 2litrową butelkę wody z domieszką syropu trzeba pracować godzinę? A na metr mieszkania w stolicy rok? Odpowiedź każdemu rozumnemu człowiekowi powinna nasunąć się sama…

Mój głos w debacie Blog.pl – o SEXie przedmałżeńskim.
Większość głosów w tej debacie zabierają ci, którzy bloga zakładają tylko po to, by tylko raz się tu wypowiedzieć. Jedna notka, jedna odpowiedź i ucieczka w niebyt Internetu. Takie głosy są gorsze niż anonimowe donosicielstwo! Poprowadźcie bloga dłużej, pokażcie siebie, a nie tylko: „Nie wolno seksu, bo sex jest „be”, bo to grzech, bo od tego dziewczyna dostaje meszku nad górną wargą, itd.”
Temat seksu przedmałżeńskiego nie jest wcale kontrowersyjny. Sex to rzecz tak naturalna, a zarazem wspaniała, jak jedzenie pyszności, oddychanie górskim powietrzem, czy prowadzenie luksusowego samochodu. Wszystko, co robimy może być piękne, ale gdy to źle robimy, to może i musi być okropne. Wystarczy, że jedzenie ugotuje kiepska kucharka z zepsutych produktów, oddychać będziemy wielkomiejskim smogiem, a prowadzonym przez nas samochodem nie będzie Ferrari, a 20letni „Maluszek”. Tak samo jest z seksem. Nie ważne kiedy, nie ważne, czy przed przysięgą małżeńską czy po niej, ważne jedynie to, by z właściwą osobą.
Ludzie (domyślam się, że średnia wieku zabierających tu głos to pewnie mniej niż 18lat) demonizują ten akt, jakby było to coś wymyślonego przez diabła. Jak przed ślubem, to diabeł do SEKSu popycha, by wciągnąć nas później do piekła za tę grzeszną miłość, a jak po ślubie, to Anioł w seksie pomaga – tak?
Mieszanie religii do seksu to najgorsze co może być! Gdyby Bóg nie chciał, by ludzie uprawiali SEX, to by nam czółka wymyślił, zamiast narządów płciowych. I co z tego, że po ślubie Bóg przymyka swoje wszechwidzące oko na nasze łóżkowe wyczyny, a przed ślubem grozi palcem. Bo dla Niego ważny jest papierek z Urzędu Stanu Cywilnego? Przysięga przed kapłanem? NIE! Ważny jest stosunek dwojga ludzi do siebie. To, kim jedno jest dla drugiego.
Ktoś używa argumentu, że SEX niszczy miłość, że jak chłopak dostanie już TO od swojej dziewczyny, to odchodzi. Odchodzi, bo ma ma boisku kolegów, w domu Playstation, na głowie czapeczkę z daszkiem do tyłu, a na dupie spodnie z krokiem w kolanie – czyli jest gówniarzem! Po to dziewczyny dojrzewają kilka lat wcześniej od chłopaków, by sobie szukały partnera o kilka lat starszego. Oczywiście pięknie jest być z kimś z klasy, może nawet młodszym – ale proszę później nie mieć pretensji, że natura 15latka jest niewiele bardziej złożona od zwierzęcej natury koczkodana.
A czymże jest małżeństwo? Możliwością przespacerowania się w białej sukni przed koleżankami? A dla pana młodego napicia się morza wódki z kolegami i już? I już po ślubie? I można?

Mój głos w debacie Blog.pl – Czy Polacy to ponuracy?
Tak nas nauczono w dzieciństwie, byśmy się nie potrafili śmiać… Tylko w Polsce radość i cieszenie się ze wszystkiego, wrodzony optymizm jest objawem głupoty. Tylko w Polsce się usłyszy – „I co się tak szczerzysz?” na radość, którą w innych państwach spontanicznie się okazuje. Jestem obecnie w USA, gdzie…

Mój głos w debacie Blog.pl – Kto jest Twoim autorytetem?
Żyjemy w społeczeństwie, w którym niedługo jedynym autorytetem będzie Internet. Google.com, ewentualnie, w zależności od naszego intelektu i zainteresowań: portale edukacyjne, informacyjne, czy plotkarskie. Gdy czegoś nie znajdziemy na Necie, po prostu nie będzie to istniało.
Kiedyś byśmy zapytali swój Autorytet (zazwyczaj rodziców, dziadków, albo nauczyciela w szkole) o dręczące nas problemy, a teraz otwieramy Google.com i tam znajdujemy odpowiedź. Albo… nabieramy przekonania że… nie potrafimy szukać.
Autorytetów, dla dorosłych osób o neutralnie ukształtowanej i rozbudowanej osobowości po prostu być nie może. To my tworzymy siebie. Miliony niepowtarzalnych wydarzeń w naszym życiu, tysiące poznanych osób, miliardy naszych przemyśleń. Możemy mieć osoby, z których zdaniem w jakiejś dziedzinie się liczymy, ale nie możemy tego, co boskie przypisywać ludziom.
W roku śmierci Jana Pawła II był on Autorytetem 101% Polaków. Kilkanaście procent z nich nie zna w ogóle definicji słowa „autorytet”. Kolejne kilkanaście procent nie potrafiłoby powiedzieć, czy Papież był za antykoncepcją i seksem przedmałżeńskim, czy nie był. Był przeciwny, więc każdy uprawiający seks przedmałżeński, a co gorsza – każdy używający przy tym środków antykoncepcyjnych nie ma prawa twierdzić, że Papież był jego autorytetem. Koniec i kropka. Nie można być trochę w ciąży. Trochę dziewicą. Trochę chorym na HIV. I mieć Autorytet z trochę racjami, a trochę z „nieracjami”. Bo skoro ktoś nie ma racji, to się myli – a autorytet powinien być nieomylny i obdarzony bezgranicznym zaufaniem.
Podobnie Rodzice. Jeśli chociaż raz się Im sprzeciwiliśmy, życzyliśmy im źle, kłócili się z nimi (czasem nie przebierając w słowach) czy patrząc im głęboko w oczy oszukaliśmy ich (np. wychodząc z domu „uczyć do kolegi / koleżanki”, a tak naprawdę poszliśmy na imprezę lub w jeszcze gorsze miejsce) to „zdeAutorytetowaliśmy” ich w tamtej właśnie chwili. Pozostają kochani, mądrzy, dający nam wszystko co nam niezbędne do ukształtowania nas na dobrych ludzi, ale przestają być autorytetem, skoro patrząc im w oczy okłamujemy, że byliśmy tu i z tym, a naprawdę byliśmy tam i z tamtym.
Tak więc zostawmy mylne pojęcie o Autorytetach wszystkim babciom w beretach, które jako jedyne mają swój „autorytet” z radyjka… I mają prawo tak myśleć, że go mają…

Może teraz coś o miejscu, w którym się znalazłem po przybyciu do Stanów Zjednoczonych. To dość ważne, bo wszystkie moje spostrzeżenia odnośnie USA są i będą nacechowane tym, że przyszło mi żyć, mieszkać, uczyć się i pracować w jednym z najgorszych obecnie stanów USA. OK, powiedzmy prawdę – NAJGORSZYM! Dawniej Detroit i wszystkie przyległe do niego miasta były kolebką światowej motoryzacji, a Michigan był stanem, który dzięki kwitnącemu przemysłowi samochodowemu napędzał amerykańską gospodarkę i ciągnął USA w górę na drabinie dobrobytu światowego. Obecnie Michigan jest kulą u nogi tychże Stanów, czarną stroną Ameryki (czarną dosłownie i w przenośni…). Kto tylko może, przenosi się w miejsca, gdzie jest jeszcze praca (do stanów bliższych zachodniemu wybrzeżu USA), gdzie jest jeszcze dawna normalność Ameryki.
A co jest nienormalnego w Michigan? Masowe zwolnienia z fabryk samochodowych. Zamykanie ich wręcz z dnia na dzień! Idziesz rano do pracy, a fabryki nie ma! A wieczorem dowiesz się co najwyżej z telewizyjnych wiadomości, że jesteś tylko jednym z kilku tysięcy zwolnionych tego dnia z fabryki Chryslera, Chevroleta czy Forda. Kolejną straszną dla Michigan rzeczą było odebranie w ciągu ostatnich 2lat ponad miliona praw do ubezpieczenia zdrowotnego (w stanie, w którym jest tylko 10milionów mieszkańców!). Każdy pracownik zwolniony z dobrej firmy lub fabryki (z firmy fundującej ubezpieczenie całej rodzinie swojego pracownika) pozbawiał tym samym ubezpieczenia członków swojej rodziny. Co jeszcze jest nienormalnego? WIELKI exodus mieszkańców do innych stanów lub przynajmniej w głąb stanu, jak najdalej od Detroit. Rządy Czarnych (Afroamerykanów) w całym mieście Detroit, od Burmistrza począwszy, który, jak się z czasem okaże sprzeniewierzył miliony dolarów, a zamiast rządzić – wysyłał porno SMSy do swojej kochanki i który robił jeszcze kilkadziesiąt innych, sprzecznych z prawem rzeczy, a którego żona, jak wkrótce to udowodni prokuratura – zabiła striptizerkę wynajętą przez męża. Czarna jest prawie całą Rada Miasta, czarny jest szef policji, czarny (no to akurat nie dziwne…) jest najpotężniejszy klecha w mieście oraz wszyscy dyrektorzy niższych i najniższych szczebli mianowani przez „miasto”. Nawet kierownik wychodka musi być czarny! Jak wyglądają ich rządy, wkrótce opiszę. Ważne, że gdy już odwołano oskarżanego o kilkanaście przestępstw Kwame Kilpatricka, to dwaj kandydaci, którzy wystartowali w bój o jego fotel też mieli konflikt z prawem – jakieś tam sprawy skarbowe. Ale przez to, że zapewniają sobie nawzajem bezkarność – Biali są tu dyskryminowani w większości urzędów, zarówno jako pracownicy, jak i jako petenci. Czarny z władzą zawsze będzie robił kłopoty Białemu, bo jest to ich cicha zemsta za lata niewolnictwa. Chociaż w Detroit nie musi być ona nawet cicha. Murzyn z elektrowni czy wodociągów nie odetnie prądu ani wody Murzynowi z Detroit za to, że nie płaci on rachunków, więc ceny wszystkich mediów są w Michigan jedne z wyższych w USA, bo uczciwie płacący utrzymują całe „czarne” Detroit i „czarne” przedmieścia tego miasta.
Dlatego właśnie moje pierwsze wrażenie odnośnie USA było… negatywne. Moje drugie wrażenie było… negatywne. Trzecie, czwarte i piąte także było negatywne, póki nie pojechałem do Nowego Yorku. Ale o NY będzie zupełnie inna notka. Będzie cały rozdział. Wiele rozdziałów. Może cała reszta tego bloga…? Chciałbym…

Powracając do Michigan – Każdy stan w USA ma swoją bardzo dużą autonomię. Może wprowadzać odrębne prawo (kodeks karny, drogowy, itd.), przepisy, podatki (np. żywność w stanie Michigan jest zwolniona z opodatkowania, ale już gorąca pizza czy hamburger objęty jest 6% TAX-em). W innych stanach zapłacimy podatek za całą żywność. Podobnie różnie jest z wysokością tego podatku Sales TAX (różne stawki w różnych stanach, od 0% np. na Alasce, przez 4,3% w stanie NY (z wyjątkiem miasta Nowy York, gdzie stawka ta wynosi ponad 8%), po ponad 10% w np. Cook County, IL). W Michigan Sales TAX wynosi 6%. Jest nakładany na wszystko z wyjątkiem jedzenia, alkoholu, paliwa (i pewnie jeszcze kilku rzeczy, których jeszcze nie kupowałem). Amerykanie wiedzą, co dobre i na co nigdy nie powinno im zabraknąć pieniędzy przez jakieś tam głupie podatki – na benzynę i jedzenie i wódkę!:) W Polsce podobny podatek (VAT) wynosi 22%, więc wysokość podatków może się w USA podobać.

Michigan to także stan wielu jezior. Jak wielu? 11tysięcy jezior! Wody zajmują ponad 40% stanu, który w sumie ma 250tys. km2 powierzchni. Dla przypomnienia, Polska ma 312tys. km2, więc same Michigan jest prawie tak samo duże, jak cała nasza Rzeczpospolita. A całe USA są ponad 30x większe od Polski – to taka krótka dygresja dla tych, którzy na lekcjach geografii spali lub grali w karty;) Ludności jest tu niespełna 10milionów, i… ciągle ubywa.
Przez te wszystkie jeziora, lata są tu nieznośne, bo wilgotność panuje tak wielka, jak w lasach tropikalnych. 90% wilgotności i więcej. W lecie nie da się tutaj wysuszyć ubrań po praniu poprzez rozwieszenie ich na świeżym powietrzu. Po prawej stronie bloga znajdziecie aktualną sytuację pogodową w miejscu w którym mieszkam. Upały także subtropikalne. W końcu wszystko w USA musi być duże, większe, NAJWIĘKSZE, więc jeśli są upały, to także takie wręcz roztapiające człowieka.


Większość głównych dróg w Michigan
i w samym mieście Detroit jest dziurawa jak ser szwajcarski – nie obrażając oczywiście sera. Już pierwszego dnia w USA, jadąc przez ponad 40mil z międzynarodowego lotniska w Detroit do domu w Sterling Heights prysnął w mojej świadomości mit o amerykańskich drogach i autostradach. Co prawda są długie, szerokie i jest ich setki tysięcy kilometrów, ale są tak słabej jakości, że… są po prostu darmowe. W innych stanach za przejazd prostymi i pozbawionymi dziur autostradami trzeba płacić, w Michigan podróżuje się po nich za darmo, ale za to na własne ryzyko!;) Chociaż jak się dowiedziałem od znajomych z Chicago, w stanie Illinois drogi są płatne, a jakośc ich jest jeszcze gorsza niż w Michigan!
Gdy pewnego deszczowego dnia zobaczyłem, że naprawa dróg polega tutaj na wlaniu szuflą gorącego asfaltu w dziurę pełną wody deszczowej, a w sklepach ogrodniczych zobaczyłem taki asfalt „instant”, którym każda gospodyni domowa może załatać dziury na podjeździe swojego domu łopatką służącą jej zazwyczaj do sadzenia kwiatów wiedziałem, że będzie śmiesznie i strasznie.
Na jednej z głównych ulic Detroit (Van Dyke), która w sumie ma kilkadziesiąt kilometrów długości, w strefie miejskiej Detroit nie można znaleźć żadnego fragmentu drogi, który byłby płaski. Jest dziura obok dziury, i łata na łacie. Łata z asfaltu, betonu, kamieni, czy gumy do żucia. Dlatego ok. 20% aut jeżdżących po Detroit ma popękane przednie szyby. W Polsce szklarze samochodowi nie nadążyliby z ich wymianą, ale w USA auto póki jedzie, hamuje, ma sprawne światła oraz aktualne tablice rejestracyjne, to spełnia wszystkie niezbędne warunki dopuszczenia do ruchu na drodze. Minął rok od napisania tej notki i… pewnie po przeczytaniu mojego bloga zabrali się za remont Van Dyke! Co lepsze, spadły ceny ropy z której wytwarza się asfalt, więc nawet położyli na Van Dyke śliczny asfaltowy „dywanik” (bo dawniej była na tej ulicy nawierzchnia betonowa, jak na większości amerykańskich ulic, dróg, autostrad i chodników).
Zimą, by amerykańscy kierowcy w ogóle ruszyli spod domów (mało kto tu zmienia opony na zimowe), na drogach sypie się tyle soli, że wkrótce cała ta spływająca z wiosennymi roztopami do wielkich michigańskich jezior sól spowoduje, że jeziora słodkowodne staną się słone i będą mogły zostać uznane za morza. W końcu i jeziora są tu tak wielkie, jak morza w niektórych rejonach świata. Jezioro Górne jest ponad 700 razy większe od naszego, polskiego, największego Śniardwy.

Oczywiście w każdym stanie USA można odnaleźć coś ładnego, pięknego,
niepowtarzalnego, godnego poznania, pokazania innym, pochwalenia się
tym przed światem. Gdzieś tam daleko na północy Michigan można napotkać
nieskalane ludzką ręką dobra naturalne. Daleko od wszelkiego przemysłu,
daleko od miejskiego pędu do przodu. Można tam podróżować po prostych
drogach, po których nie prowadzi ciężarowy ruch tranzytowy ze wschodu
Stanów na zachód, z jednego wybrzeża na drugie. Można pojechać na
wyspę, na której nie ma ani jednego samochodu, a cały ruch odbywa się
na rowerach. Można napotkać miejsca, w których przelicznik Czarnego/km2
jest wielokrotnie mniejszy niż średnia stanowa. Można doszukać się wielu dobrych rzeczy w
samym mieście Detroit, w stanie Michigan oraz w całych USA, ale ja nie chcę się
na siłę czegokolwiek doszukiwać! Chcę opisywać to, co jest codziennością miejsca w którym
jestem. Piszę na bieżąco, świeże odczucia. Za jakiś czas do tego wszystkiego się przyzwyczaję, dziury w drogach nauczę się omijać, bezrobociem nie przejmować, do Czarnych mówić z odpowiednim akcentem „Yoo, Man!” krzyżując przy tym odpowiednio palce dłoni. Nauczę się do wszystkiego mieć dystans. Wtedy wszystko będzie wg. mnie OK, normalne.

Zbieram „baty” od znajomych (głównie od jednej znajomej…), którzy są tutaj od lat i mówią mi, że piszę o USA zbyt źle, zbyt stronniczo, zbyt subiektywnie, zbyt ogólnie, że przejaskrawiam. Że uogólniam, że nie widzę dobrych stron życia tutaj, że nie doceniam tego, co Ameryka może mi dać, co mogę w niej osiągnąć. Że często mijam się z rzeczywistością. Ale to jest moja rzeczywistość! To ja zauważam rzeczy, które Wy przegapiacie z racji tego, że od lat jest to Wasza codzienność, Wasza normalność, Wasz „porządek dzienny”.
A ja nie uciekłem do USA z kraju „trzeciego świata” w którym byłem szykanowany za moje poglądy politycznie lub religijne, by zachwycać się tym, że w USA mogę głosić moje myśli nie bojąc się więzienia lub śmierci. Nie uciekłem z kraju, w którym w sklepie na półkach był tylko chleb i ocet, by zachwycić się tym, że w Ameryce półki się od wszystkiego uginają. Nie jestem Chińczykiem, który uciekł do USA „za chlebem”, bo w mojej ojczyźnie szef wykorzystywał moją ciężką, 16godzinną pracę i płacił mi za nią 1dolara dziennie. Ja nie uciekłem ze wsi, w której jedyne co przez 30lat mojego życia widziałem, to była ubita polna droga i dwa razy dziennie przejeżdżający nią PKS. Ktokolwiek był w Europie Zachodniej, widział Amsterdam, Ateny, Barcelonę, Berlin, Kolonię, Lion, Londyn, Paryż, Pragę, Saloniki, itd. czy nawet w Europie Wschodniej – Lwów, Wilno, Ryga, Tallin, etc. ten się w USA nie zachłyśnie tym tutejszym „wielkim światem”. No, może… póki nie pojedzie do N.Y.
Cierpliwości! Wkrótce odsłonię dobre strony USA. Przecież nie mogę pisać, że jest pięknie, zapraszać tutaj znajomych, a później „świecić oczami” przed nimi, że wpakowali się w takie miejsce. Detroit 50lat temu miało prawie dwa miliony mieszkańców, było piątym pod względem wielkości miastem USA, przyjmowało wszystkie chętne do pracy ręce. 20lat temu miszkańcow Motor Town było jeszcze ponad 1milion, 8lat temu już tylko 951tys., obecnie mniej niż 870tys. Podobnie topnieje ludność stanu. Przecież w takim tempie nie ucieka się z miejsca, gdzie wszystko jest OK. www.census.gov – tu sprawdzicie aktualną populację USA i Świata (dnia 8.10.2009 w USA jest 307,652,510 ludzi, a na świecie 6,789,292,750 człowieków), a tutaj Ghost Cities of 2100 dowiecie się, że Detroit jest na liście miast, które, jeśli dalej tak będzie postępował ich rozpad i exodus ludności to do 2100 roku znikną z mapy. Artykuł jest z 6 listopada 2007, ale kolejny, z 5sierpnia nie brzmi lepiej… Forbes – umierające miasta USA.

Co się zatem w USA jakie do tej pory poznałem może podobać? Ceny! O nich będzie dużo na moim blogu. W niektóre może nawet trudno będzie Wam uwierzyć. Bo Polacy zarabiający ok. 2-3x mniej od Amerykanów muszą płacić 2x drożej za paliwo, 2x więcej za samochody, 2-3x więcej za domy, 2x więcej za prąd, 2x więcej za gaz, 2x więcej za puszkę Coli lub 2litrową butelkę tejże Coli! Godzinę pracy za durnowatą 2litrową butelkę Coli?! Tu na taką butelkę pracuję 4minuty. A na puszkę 54 sekundy…
A może komentatorzy niech pytają o interesujące ich sprawy i tematy, a ja postaram się na bieżąco odpowiadać?

Detroit - Siedziba General Motors Skład Rady Miasta Detroit
Detroit Population Michigan Logo Auto - Prawie nówka;)

1. Detroit (widok z Kanady – Detroit graniczy, przez rzekę z kanadyjskim miastem Windsor).
2. Detroit (siedziba koncernu samochodowego General Motors).
3. Detroit (skład rady miasta w 8/9 składającej się z Afroamerykanów…).
4. Populacja Detroit – w 50lat ubyła połowa mieszkańców tego miasta.
5. Logo uniwersytetu w Michigan – jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Michigan.
6. Auto w takim stanie, w jakim znajduje się większość dróg w okolicach Detroit.

Carpety…

9 komentarzy

W większości miejsc, w których w Polsce i w cywilizowanym świecie są posadzki (sklepy, dworce, lotniska), gdzie pod naszymi nogami znajdują się marmury, gresy, terakota lub przynajmniej lastriko lub panele podłogowe, w USA leżą carpety (czyli dywany, a dokładniej wykładziny podłogowe). Tak więc, gdy tylko wyjdzie się z samolotu, to przez wszystkie korytarze lotniska, bramki, poczekalnie, hale przylotu, aż po parking przechodzi się dywanami! Nic zatem dziwnego, że połowa Amerykanów podróżuje w ni to dresach ni piżamach. Oni po prostu rozkładają się na pierwszej wolnej przestrzeni poziomej i biwakują lub śpią na dywanowej podłodze. Naprawdę! Kto te wszystkie dywany im czyści – tego nie wiem, ale zapach stęchlizny panuje na całym lotnisku. Podobnie w wielu sklepach leżą takie same carpety. Pewnie chodzi o to, że na dywanie trudniej się przewrócić niż na śliskiej marmurowej podłodze. A jak wiadomo – za przewrócenie się z winy sklepu odpowiedzialność ponosi nie łamaga, a właściciel sklepu i musi zapłacić łamadze odszkodowanie. Sam miałem kilka okazji do efektownej przewrotki (np. w Burger Kingu, gdzie carpetów nie ma, a sprzątająca była na tyle nierozważna, że na mokrej podłodze nie rozstawiła ostrzeżenia – WET FLOOR). Ale nie po to przyjechałem do USA, by przewracać się na podłodze, jak jakaś melepeta;)
Wracając do dywanów… Takimi samymi carpetami obita jest większość domów w USA. Wszystkie posadzki i schody. Od piwnicy począwszy, przez living room, po sypialnie na piętrze. Raj dla roztoczy i pluskiew. Jedynie w kuchniach można napotkać kilka metrów wykładziny PCV lub paneli podłogowych, no i w łazience kilka płytek glazury lub terakoty. Na początku dziwnie się człowiek na tym czuje, szczególnie, gdy wchodzi lub schodzi po carpetowych schodach – tak miękko i niestabilnie. Ale z czasem człowiek się przyzwyczaja.
Jak taki domowy carpet jest zbudowany? Dowiedziałem się tego, gdy po wiosennych roztopach zalało nam piwnicę i musiałem wyciąć i wyrzucić ok. 10 metrów kwadratowych (czy po amerykańsku – 107 stóp kwadratowych) dywanu, gdyż inaczej nie da się go osuszyć. W piwnicy do betonowej posadzki przyklejone są płytki PCV. Do płytek podłogowych przyklejona jest dwustronnie klejącymi taśmami samoprzylepnymi około 2centymetrowa gąbka. Do posadzki pokrytej już gąbką tuż przy ścianach przybija się drewniane listwy z tysiącami małych gwoździków, które przytrzymują dywan nie pozwalając mu się poruszyć nawet jak po dywanie ciągamy ciężkie meble. Wszystko ma zatem około 3-4cm grubości i jest naprawdę mięciutkie. Tak miękkie, że spokojnie można spać na podłodze. Ale za to, gdy dostanie się pod taki dywan woda, to… ani administrator osiedla ani ubezpieczyciel nie chcą odpowiadać za straty. Jedyne, co potrafią zrobić, to oglądać zalanie, robić zdjęcia, udawać zrozumienie i współczucie dla zalanego, i… włączyć dmuchawę w celu osuszenia dywanu z wierzchu, podczas gdy prawdziwe zalanie jest głęboko pod dywanem i suszyłoby się ową dmuchawą przez kilkadziesiąt lat.
Kolejna wizyta kogoś z zarządu kondonimium (osiedla) znów wyglądała kuriozalnie. Jako, że ściany piwnicy (jak i cały statystyczny dom w USA) obite są płytami gipsowymi czy sklejką, kazali zburzyć tę ściankę (lub ścianki), by sprawdzić w której ścianie nośnej może być pęknięcie, przez które mogłaby się dostawać woda. Oczywiście wszystko na nasz koszt. Po 3miesiącach poznawania Ameryki już wiem, co przecieka. Ale o tym będzie przy wątku – jak budowana jest Ameryka…
W TV codziennie leci reklama, że jak pęknie nam murowana ściana w piwnicy i mamy przecieki wody gruntowej lub deszczowej, to panowie przyjadą, wykopią metr od domu dziurę w ziemi, z niej przewiercą się do domu i zepną rozpadającą się ścianę i dziurę w ziemi stalowymi długimi na metr śrubami – przez co ściana się wyprostuje (zapewne do pierwszego deszczu.) Tak w USA wyglądają domy, fundamenty, i cała ich stabilność.
Ziemia w Michigan jest polodowcowa. Oznacza to, że jest twarda i długo trzyma wodę. Dodatkowo, trawy w USA się nie sieje, a rozwija się ją z bębna. Jest sadzona na takiej specjalnej foliowej membranie, która dodatkowo utrzymuje wilgoć (w lecie potrafi tu być prawie 40stC). Dlatego na wiosnę całe trawniki są mokre i grząskie, więc skrócenie sobie nimi drogi kończy się totalnym upapraniem obuwia. Albo „wywinięciem orła” – tego ich Orła Bielika z 25centówki;)

Carpet Car

1. W USA z dywanów potrafią zrobić prawie wszystko. Tu ktoś zrobił sobie… samochód;)
2. A tutaj ktoś sprofanował Porsche, carpetując je od środka.
3. To chyba powód tego całego carpetowania – na dywanie trudniej się przewrócić i jeszcze trudniej nabić sobie guza, niż na śliskiej podłodze. Gdy z winy sklepu wywiniecie orła lub sokoła, to zapewne zanim jeszcze Wasze ciało opadnie na posadzkę, a Wy wydacie z siebie pierwszy wulgaryzm, już jakiś prawnik zdąży wciśnąć Wam w dłoń swoją wizytówkę. Ewentualnie pozostanie Wam zadzwonić pod bezpłatne numery 1-800 CALL SAM, 1-800 LEE FREE, 1-800 WIN-WIN1, itp.


  • RSS