Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Gdy zjawiamy się w miejscu, w którym wszystko nagle jest zupełnie inne… Inny język urzędowy, inna strefa czasowa, z innej strony naszego wewnętrznego kompasu wschodzi słońce, a z innej niż się tego spodziewaliśmy zachodzi… Gdy widzimy zupełnie innych ludzi, inne kolory ich skóry, inne języki, którymi oni do nas mówią, inne ich zachowania wobec nas… Gdy widzimy zupełnie inny typ budownictwa, drogownictwa, przepisy ruchu drogowego, znaki drogowe, samochody, to wszystko to nagle tworzy taką… magiczną krainę. Dosłowny INNY ŚWIAT! Pierwsza przejażdżka samochodem w takich okolicznościach pozostaje w pamięci tak, jakby była to w ogóle pierwsza przejażdżka w naszym życiu. Znaki drogowe zupełnie inne, w większości pisane, a nie z symboli (więc lepiej znajmy język angielski). Limity prędkości w innych jednostkach, niż te dotychczasowe, do których i tak nigdy się w Polsce nie stosowaliśmy. Tu będziemy musieli, bo wszyscy się stosują. Policja z rozszerzonymi uprawnieniami względem polskich policjantów. Całkowity brak pieszych, rowerzystów, powolnych Fiatów 125p, a pasów ruchów przynajmniej po kilka w jedną stronę. A nad głowami, prócz co chwilę powiewających wielkich amerykańskich flag, powiewające na łańcuchach… sygnalizatory świetlne, a nie jak u nas – sztywno zawieszone na słupach. Auta wielkie, głośne, paliwożerne. Wyrywające ze świateł do przodu, jak sprinterzy olimpijscy w biegu na 100 metrów. Każde większe skrzyżowanie wyglądające prawie tak samo, jak skrzyżowanie mijane chwilę wcześniej. Czasami cztery stacje benzynowe na jednym skrzyżowaniu! Po jednej przy każdym zbiegu ulic. A jak nie cztery, to zawsze przynajmniej jedna stacja. Żadnych wysokich budynków stanowiących punkt odniesienia względem miejsca z którego ruszyliśmy lub do którego zmierzamy. Żadnego warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki, żadnego wrocławskiego Poltegoru czy Katedry, żadnej poznańskiej Akademii Ekonomicznej. Wszystko prawie takie samo. I jeszcze wszystko tak pędzi do przodu, żółte światło, czerwone, a oni dalej jadą. Człowiek nie ma czasu się zapoznać z trasą, bo po prostu nie dadzą nam zwolnić ani na chwilę. Czerwone światło. Zatrzymujemy się, rozglądamy i możemy jechać dalej na czerwonym (w prawo, lub w lewo jeśli jest to ulica jednokierunkowa). Ja wysiadam!

I wreszcie jakaś chwila spokoju. Sklep. Pierwszy mój odwiedzony w USA sklep był oczywiście… sklepem z elektroniką. Odpowiednik naszego Media Markt czy Saturna. I tu… szok! Już od drzwi wszyscy pracownicy sklepu tacy mili, uśmiechnięci, witający mnie słowami: „Dzień dobry. Jak się masz?”. Kolejny pracownik, gdy zobaczył, że przyglądam się jakiejś rzeczy z ich asortymentu, podszedł, zapytał, czy może w czymś pomóc? Przegoniony grzeczną odpowiedzią, że „I’m just looking”, odpowiedział: „OK, no problem, jestem Brian, jakbyś miał jakieś pytania to jestem do Twojej dyspozycji”. Podchodzę do półek i tu jeszcze większy szok! Nie dość, że wszystko można dotknąć, nawet aparat za 3tys.$, czy kamerę za 4tys.$, że wszystko jest podłączone do zasilaczy i możemy to do woli testować, próbować, to jeszcze wszystko jest 1,5-2x tańsze niż w Polsce. Aparat, który kolega w Polsce chciał kupić dostępny był dopiero w Lublinie. W Media Markt. Zamknięty w strzeżonej przez kamery i pracownika ochrony gablocie. Gdy chcieliśmy go obejrzeć i dotknąć to japońskie cudo techniki, to z wielką łaską nam gablotę otworzył i dał chwilę potrzymać Nikona D300 (oczywiście bez baterii w środku, więc naprawdę tylko potrzymać). A tu. Biorę go do ręki, robię fotki, kręcę wszystkimi możliwymi gałkami, zmieniam ustawienia, bawię się do woli, mogę nawet przykręcić stojący obok inny obiektyw i… i nikt się nawet nie zainteresuje, że trzymam w swych dłoniach 2tys.$ i mogę coś uszkodzić. Przecież kolega w Polsce mi w to nie uwierzy! Pojechaliśmy 125km do Lublina, drugie tyle kilometrów z powrotem, by przez chwilę potrzymać ten aparat w dłoni (pod czujnym okiem pracownika Media Markt). A tutaj, w pierwszym sklepie mam w dłoni i ten aparat i stojący obok Canon 5D za 3tys.$. Wyjmuję z kieszeni mój telefon komórkowy (z wbudowaną kamerą) i robię zdjęcia tego, jak bawię się Nikonem D300, robię fotki cenom. W Polsce zostałem kiedyś wyproszony z Saturna, gdy zacząłem fotografować ceny laptopów (bo to o wiele szybsze niż ręczne spisywanie cen). Tak bali się szpiegów konkurencji! Tu robiłem fotki wszystkim rzeczom, które mnie zainteresowały, wszystkim cenom, a gdy zobaczył mnie pracownik sklepu to… zapytał, czy nie chcę cennika tych aparatów, by nie musieć robić tych fotek? To jest pierwszy pozytyw Ameryki. Tu hasło „Nasz Klient – nasz Pan” jest przestrzegane w 100%. Tu o wiele więcej osób jest stać na aparat za 2tys.$, który w Polsce kosztował wtedy ponad 3tys.$. Tu KAŻDY jest potencjalnym klientem. Nawet jak przyjdzie w dziurawych butach i podartej koszuli – ważne jest tylko to, by miał w kieszeni ważną kartę kredytową! Obecnie, jesienią 2009 śledząc ceny cyfrowych lustrzanek przy kursie dolara 2,9zł doszedłem do wniosku, że wszystkie lustrzanki można kupić taniej w Polsce w sklepach internetowych wyszukanych przez Ceneo.pl. Nie mam pojęcia, jakim cudem tak się dzieje, że np. Canon 50D (body) na którego obecnie poluję, w USA w BestBuy kosztuje 1166$, a w PL w internetowym FotoJokerze wychodził o 100zł taniej. Laptopy ciągle się opłada sprowadzać do Polski całymi kontenerami – 17calowy HP nabyty tutaj za 561$ w Polsce na alegro wyceniony jest na 860$ z informacją, że taki model w sklepie kosztuje 1206$.

I jeszcze jedna rzecz zapamiętana z pierwszych spacerów po USA (po sklepach, wśród ludzi, kobiet…). Te od lat wpajane ostrzeżenia, że Amerykanie są przewrażliwieni na punkcie swojej prywatności i swobody seksualnej. Nie możesz się na nich patrzeć (szczególnie na kobiety w jakiś wg. nich „prowokujący” sposób), bo zaraz posądzą cię o molestowanie. Mówiły o tym wiele razy media w Polsce, mówił o tym mój nauczyciel ze szkoły średniej (który posądzenia o molestowanie wzrokowe zaznał w USA na własnej skórze). Tak mi te ostrzeżenia utkwiły w pamięci, że podczas mojej pierwszej wizyty w sklepie czułem się jak… Muzułmanka w czadorze, która zgodnie z nakazami Koranu, nie ma prawa, patrząc na obcego mężczyznę, podnieść wzroku powyżej jego kolan. Oglądanie się za kobietami, zaczepki słowne, nieprzyzwoite gesty, gwizdy, komentarze, gdy trafią na jakąś „stukniętą” kobietę, mogą nas naprawdę zaprowadzić przed oblicze sądu z zarzutem: „Molestowanie seksualne w miejscu publicznym”. Gdy zobaczyłem, że moje pierwsze spojrzenie powyżej kobiecych kolan nie skończyło się aresztowaniem, a moje pierwsze obejrzenie się za kobietą (oczywiście w czysto naukowych celach!) nie skończyło się publicznym linczem, poczułem się… jak w domu;)

Fly the flag GPSowy zawrót głowy Nikon D300 w moich rekach:) Sony HDR-FX1

1. Amerykańskie drogi i flagi powiewające na wietrze co kilkadziesiąt metrów, by zawsze pamiętać, że jest się w USA.
2. W tym miejscu krzyżują się cztery drogi. Włączając w takim miejscu GPSa na pewno zabłądzimy!;)
3. Nikon D300 w moich rękach. W sklepach w USA wszystko, nawet tak drogie rzeczy (2,400$) mamy prawo dotknąć, przetestować, bez żadnego tam pilnowania nas przez obsługę sklepu, jak ma to miejsce w Polsce.
4. Nawet kamerę wartą w Polsce grubo ponad 10,000 PLN, dostępną jedynie na specjalne zamówienie, w USA możemy znaleźć w o wiele niższej cenie i od razu dostępną.

Już samo wejście do mieszkania w USA jest o wiele trudniejsze, niż wejście do niego w Polsce. W większości domów są specjalne drugie drzwi, które najczęściej są ze szkła lub z siatki antyinsektowej (tzw. moskitiery). Tak więc jedną ręką otwieramy i trzymamy jedne drzwi (mają sprężynowy lub pneumatyczny autodomykacz), drugą ręką otwieramy drzwi główne, i… gdy w miarę zwinnym ruchem nie wejdziemy do środka, to te 1-sze drzwi uderzą nas prosto w dupę!;) Najgorzej jest, gdy mamy dwie ręce zajęte zakupami – wtedy takie bezbolesne wejście jest naprawdę trudne. Te szklane lub siatkowe drzwi są po to, byśmy mogli otworzyć drzwi główne, i widzieć przez nasze (ciągle zamknięte) szklane drzwi świat, a w lecie sobie wietrzyć mieszkanie przez nasze drzwi z siatki, oraz by muchy miały utrudniony dostęp do środka. A może jest to z racji tego, że w amerykańskich wizjerach montowanych w drzwiach po prostu… nie widać nikogo, bo oni są tu tacy duzi, że w „Judaszu” po prostu się nie mieszczą;) Dlatego trzeba przyjrzeć się gościowi, pukającemu do nas przez te właśnie szklane drzwi;)

Tuż po wejściu do domu, musiałem się upewnić, że jestem na drugiej półkuli. Jak to zrobić? Najlepiej pójść do łazienki i spuścić wodę w umywalce. To właśnie zrobiłem i… naprawdę ta taka minitrąba wodna kręci się w drugą stronę niż na naszej półkuli. Czyli w lewo (odwrotnie do ruchów wskazówek zegara). Podobnie dzieje się w toalecie. Bo tu spłuczki WC nie działają tak, jak w Polsce, że z siłą wodospadu spłukują to, co znajdą na swojej drodze. Tu spłuczki powodują to takie małe zawirowanie wody i to wciąga zawartość toalety do rury odpływowej.
KOREKTA powyższego tekstu – OK – myliłem się, nigdy nie widziałem wirku w polskiej toalecie, więc coś mi się pokręciło i jednak w polskim i amerykańskim kibelku zawartość wkręca się w tę samą stronę;) Ach, Ameryka tak mnie zamotała, że prawo pomyliło mi się z lewym;)

Inne niuanse amerykańskich domów… Okna. Trzeba się przyzwyczaić do okien przesuwanych, a nie otwieranych czy uchylanych tak, jak w Polsce. Gdy jeszcze otwieramy okno w poziomie, tzn. przesuwamy jedną szybę (skrzydło) z lewa na prawo, to OK. Ale gdy okno otwiera się do góry i musimy przez nie wyjrzeć, to robi się… tak jakoś dziwnie. Przecież może opaść i uciąć nam głowę! A przynajmniej zmiażdżyć kręgi szyjne. Oczywiście dramatyzuję, ale to jest dziwne – w całych stanach ZERO okien otwieranych tak, jak u nas – na oścież! Pewnie chodzi o to, że drewniane domy i drewniane ściany do których nie ma jak przykotwiczyć ościeżnic okiennych nie wytrzymałyby sił działających przy pełnym wychyleniu się okien i po prostu wypadały ze ścian wraz z ościeżnicami. Tu można otworzyć tylko jedną połówkę okna, tzn. zasunąć jedno na drugie. W niektórych domach okna są otwierane na korbkę – naprawdę. Jak w szyba w samochodzie marki Syrena 102:) W starszych domach często jedno okno jest przymocowane na stałe, a otwiera się tylko drugie – ale przez nie nie wyjrzymy na zewnątrz, bo tuż za oknem znajduje się moskitiera. To jest piekło dla klaustrofobików!;)

Cisza… To coś, czego w amerykańskich domach zawsze brakuje. Po 1sze. to w znakomitej większości przypadków, domy są z drewna, a drzewo nie tłumi tak dobrze dźwięków z zewnątrz, jak nasze cegły, pustaki, betony i styropianowe izolacje termiczne. Dodatkowo drewno oczywiście głośno „pracuje” i trzeszczy, gdy wiatr za oknem dmucha w nasz dom, skrzypi, gdy ktoś chodzi piętro wyżej lub za ścianą, itd. Podobnie te nie do końca szczelne akustycznie przesuwne okna. W Polsce domyka się te nasze nowoczesne plastikowe okna i już w domu mamy ponad 30dB ciszej, niż na dworze. A tu okna nie mogą być tak szczelne, bo po prostu nie mielibyśmy sił ich przesunąć do otworzenia.
I jeszcze to centralne ogrzewanie. W Polsce kaloryfer siedzi cicho w kącie i nas w zimie przytulnie grzeje, a tutaj każdy ma w piwnicy wielki gazowy kocioł grzewczy, który niepokojąco huczy spalając gaz, a dodatkowo chodzą w nim wielkie dmuchawy, które przez specjalne kratki wentylacyjne wdmuchują nam w zimie ciepłe powietrze, a w lecie zimne (z równie hałasującego klimatyzatora za oknem). I jeszcze te wielkie amerykańskie lodówki z wentylatorami z tyłu (przynajmniej z dwoma wentylatorami). Lodówki tutaj nie są zbudowane tak, jak w Polsce, że dookoła zamrażarki są rurki rozprowadzające zimno. Tutaj do zamrazalnika dmucha mroźnym powietrzem specjalny wentylator, więc lodówka jest tania jak barsz, ale za to głośna jak kombajn do zbierania buraków na ten barszcz. I jeszcze chodząca za oknem klimatyzacja nasza i sąsiadów. I znów te drewniane ściany, a za nimi czasem głośni sąsiedzi. Albo głośno płynąca w rurach ukrytych w drewnianych ścianach woda bieżąca lub ściekowa. A w gratisie do tego wszystkiego, 100metrów od domu autostrada idąca wysoką estakadą nad osiedlem… Tak więc ciszy naprawdę trudno tu zaznać. Pewnie gdyby wszystko nagle ucichło, samochody na pobliskich drogach stanęły, woda przestała płynąć, zabrakło prądu do hałasujacych lodówek i centralnego ogrzewania, to i tak byłoby głośno od dźwieku żerowania korników, które zajadają sie ścianami naszego domu.

Gaz ziemny. Nawet gaz w kuchenkach jest tutaj inny. Ma bardziej intensywny zapach, niż w PL. W Polsce gaz mamy z Rosji, więc gaz w naszych kuchniach ma delikatną woń… spirytusu?;) W USA mają własny gaz, więc czuć go… Ameryką!;) Bo metan w końcu jest bezwonny i specjalnie się ów gaz czymś nawannia, byśmy mogli wyczuć po zapachu jego ulatnianie się w domu. Amerykańska kuchenka włącza się tak, że od razu jest największy płomień i dopiero po przekręceniu kurka dalej, następuje zmniejszenie płomienia – zupełnie inaczej niż w Polsce. Niby nic takiego, a jednak można przypalić wodę na herbatę. Oczywiście, kuchenki w domach moich znajomych mogą być inne…

Światło. O prądzie elektrycznym, 120 voltowym napięciu i związanych z tym problemach jeszcze tutaj napiszę. Gdy zsumowałem całą moc pobieraną przez nasz dom – to… gdyby włączyć w jednym czasie same tylko światła – spaliłyby się instalacje elektryczne i pewnie cały dom. OK, znów dramatyzuję – są tutaj przecież bezpieczniki. W samej piwnicy mamy 23 źródła światła zużywające w sumie 920Watów. Na parterze, w kuchni dodatkowe 17źródeł światła – 560Watt. W jadalni 10 żarówek – 400Watt. Living room jest „zaciemniony”, bo tylko 3lampki – 180Watt. Łazienka, korytarz, sypialnie to dodatkowe 21żarówek – 1020Watt. Moi drodzy koledzy ze szkoły średniej, podliczcie to (rezystancje, impedancje, prądy błądzące, itd)… Tak, 74żarówki zużywające 3080Watt! Ponad 26Amperów potrzebnych na samo oświetlenie mieszkania! To zamiłowanie Amerykanów do światła jest spowodowane pewnie tym, że… prąd mają tutaj ponad 2x tańszy niż w Polsce. C.D.N.

Zamieściłem poprzednią notkę i zaczęły się dziać jakieś cuda! Cuda na moim albumie internetowym Picasa (fotki mi znikają, zmieniają swoje adresy, dlatego macie problemy z ich wyświetlaniem). Cuda na Picasie, problemy z administrowaniem mojego bloga… Może to przez to, że fotki DHS (Departament Bezpieczeństwa Krajowego Stanów Zjednoczonych) pobrałem wprost z ich strony internetowej (będącej pod specjalnym nadzorem, jak każda strona rządowa USA), a może to, że używam słów kluczowych dla ich maszyn szpiegowskich? Ale przecież na tym blogu nie nawołuję do terroryzmu, nie włamuję się na strony rządowe ani żadne inne, jestem grzeczny i ułożony. Piszę bloga po polsku mając nadzieję, że jego treść nigdy nie zostanie przełożona na angielski i nie znajdę się na liście Most Wanted dla wszystkich jawnych i tajnych służb USA.
Myślałem, że to, że o Ameryce można mówić i pisać albo dobrze, albo wcale jest tylko żartem, a tu się okazuje, że… Z National Security Agency (Agencji Bezpieczeństwa Narodowego USA) otrzymałem taki oto list… Nie wiem, ile mogę zacytować, więc zacytuję to, co jest w nim moje. Oczywiście skrótowo.

Stupidity the American way …
This subject was proceed alone, wyczytany directly or wywnioskowany from reading „between the lines” for my other posts. But since I was „invited to the plate” by one of czytelniczek blog, I wrote – whether Americans really are so stupid, under which shapes their world to say, not wanting to offend them at all that … YES. Although the concept of relative stupidity, and sometimes people who do not understand (it is not a question of language, and their behavior, their wyrastanie in another educational system or cultural norms), it can be called a case of fools. But in the U.S., many such cases can not be found …

Following the examples met me, so I more or less it looks like:
A few days ago kupowałem clothes in a shop with a few things. Kasjerka (her skin colour is probably important here …) served me slowly, because the color of my skin was different. Slowly zdejmowała security antykradzieżowe, scanned price discounts nabijała manually. At the end of the transaction in most shops are asking for our home phone number. With us this number immediately to our personal data and address, and they know where the next time podesłać newspaper advertising. So as not to get in a few days kilogram ciuchowych leaflets, and it’s nice smile zażartowałem: „I’m from Europe, so my number will not be unless you need?” The woman did przestraszoną mine, covered the palms all the clothes lying on the land for which has not yet paid, and I did not steal their case before its nose and true przerażeniem asked: „But you have American money?”.
This is in the U.S. is „thinking”. That someone przejechał the half and came to her store with złotówkami in your pocket. And maybe with bananas and muszelkami, probably because they are being paid in the pages of which have imported before her parents …

(…)

People, do not be afraid to comment on the posts. Americans for anything you do not! On NaszaKlasa and GaduGadu piszecie all that well ująłem lie at the heart of the American „thinking”, and there is silence and emptiness. If you are shut me in Guantanamo. Even I have to dress specially uszyty …

Czyli cały mój blog leży przełożony na angielski i jest śledzony przez urzędasów z NSA (co tu nie znaczy wcale Naczelny Sąd Administracyjny). Czyli wykrakałem… Proszę, wysyłajcie mi paczki, jak sam trafię do „paki”…

stany 2008-07-27  01:00:00
skomentuj (3)

Myślenie po amerykańsku…
Temat ten miał wypłynąć sam, wyczytany wprost lub wywnioskowany z
czytania „między wierszami” innych moich notek. Jednak skoro zostałem
„poproszony do tablicy” przez jedną z czytelniczek, bym napisał -
czy Amerykanie rzeczywiście są tak głupi, na jakich kształtuje ich
świat to powiem, nie chcąc ich wcale obrażać, że… TAK. Chociaż
głupota to pojęcie względne i czasami ludzi, których po prostu nie rozumiemy (nie
chodzi mi tu o nierozumienie ich języka, a o ich odmienne od naszego zachowanie w różnych sytuacjach spowodowane przez ich wyrastanie w innym systemie
rodzinnym, edukacyjnym czy normach kulturowych), też możemy przez przypadek nazwać
głupimi. Jednak w USA takich przykładów jedynie przypadkowej głupoty wiele nie znajdziemy…

Idąc przykładami jakie spotkały mnie osobiście, tak oto to mniej więcej wygląda:
Kilka
dni temu kupowałem w sklepie z ubraniami kilka rzeczy. Kasjerka (jej
kolor skóry pewnie ma tu znaczenie…) powoli mnie obsługiwała, bo
kolor mojej skóry był inny. Powoli zdejmowała zabezpieczenia
antykradzieżowe, skanowała ceny, nabijała ręcznie rabaty. Na koniec
transakcji w większości sklepów kasjerzy proszą o nasz numer telefonu domowego.
Mając od nas ten numer, od razu mają nasze dane osobowe i nasz adres zamieszkania (to jest właśnie prawdziwy CALLER-ID, w odróżnieniu od polskiego NUMER-ID), i
wiedzą, gdzie następnym razem podesłać gazetki reklamowe. Tak więc, by
nie dostać za kilka dni kilograma ciuchowych ulotek, miło i z uśmiechem powiedziałem: „Jestem z Europy, więc mój numer chyba nie będzie Ci
potrzebny?”
Kobieta zrobiła przestraszoną minę, nakryła dłońmi wszystkie ciuchy
leżące na ladzie za które jeszcze nie zapłaciłem, bym ich przypadkiem
nie ukradł jej sprzed nosa i z prawdziwym przerażeniem w oczach zapytała: „Ale
masz amerykańskie pieniądze?!”.
Tak się w USA właśnie „myśli”. Że ktoś przejechał pół Stanów i trafił
do jej sklepu ze złotówkami w kieszeni. A może z bananami i muszelkami,
bo pewnie tym się płaci w stronach z których przywieźli kiedyś jej
rodziców…

Przykład drugi. Kolega wymieniał u Amerykanów w domu okna. Dobrze
wykształceni ludzie, zamożni. Gdy usłyszał ich rozmowę, że jeszcze
muszą wezwać hydraulika, by wymienił im cieknący kran, kolega się
zaoferował, że sam to naprawi zaraz po tym, jak skończy wymieniać okna.

- Ale jak Ty to zrobisz? Przecież nie jesteś hydraulikiem?” – zapytali.
- Don’t worry, dam radę! – powiedział wszystkopotrafiący Greg:)
Spytał, co jeszcze jest tu do naprawy?
- No… gniazdko w kuchni, ale przecież nie jesteś elektrykiem?
Kolega w godzinę naprawił i kran i gniazdko i jeszcze kilka innych
amerykańskich niedoróbek. A właściciel domu w tym samym czasie bawił
się swoim nowym samochodem (Vanem, w którym drzwi i bagażnik otwierają
się z pilota na oścież). Bawił się tak długo, że wyczerpał cały
akumulator. Wsiadł, chciał odpalić silnik, a tu lipa. „Fuck, shit,
zepsuł się dwa dni po zakupie – dzwonię do dilera”. Kolega, już nawet
bez informowania ich, że i to zaraz naprawi, podjechał swoim autem pod
ich 2dniowy samochód, podpiął przewody i odpalił Vana. Amerykanie byli w szoku!
- Kurde, człowieku jesteś genialny! Ile Ty szkół skończyłeś, ile
uniwersytetów?! – nie kryli swojego zaskoczenia umiejętnościami Grega.
- Jestem z Polski proszę Pani, u nas każdy to potrafi. („to” w domyśle
było… „MYŚLENIEM”). W Polsce każdy potrafi myśleć, a w USA nie muszą.
W USA stać ich na wezwanie hydraulika, elektryka, mechanika do byle
błahostki.

W USA jest specjalizacja. Najlepiej widoczna w medycynie. Kuzynka
poszła ze swoją 11letnią córką do ortopedy. Bolała ją (córkę) noga i…
i lekarz ortopeda dziecięcy obejrzał jej kolano i mówi- „Sorry, ale to
nie kolano powoduje ten ból, to coś ze stopą, a ja jestem tylko od
kolan. Musi pójść do dziecięcego specjalisty od stóp”. Oczywiście są
jeszcze ortopedzi dla dorosłych, którzy patrząc na dziecięce nogi nie
potrafiliby nic zdiagnozować. Nie potrafili, a przede wszystkim nie
mieli do tego prawa. Dlatego w USA nikt nie wychyla się ponad to, czego
został nauczony, do czego ma prawo, i co należy do zakresu jego
obowiązków. Gdyby taki naprawiony przez kolegę kran zalał mieszkanie, a
gniazdko poraziło właścicieli domu, to zapewne zostałby on pozwany do
sądu. Dlatego będąc Amerykaninem robisz to, co Cię nauczono, robisz to
w miarę dobrze (a i tak o wiele gorzej od przeciętnego Polaka), a na
reszcie nie musisz się w ogóle znać.

Doskonałym tego przykładem jest pewien znajomy amerykański inżynier z
Forda, który w domu nie potrafi podłączyć kina domowego, ani przełączyć
pilota z trybu obsługiwania telewizora na obsługę magnetowidu. On po
prostu ma obmyślać (nawet w domu) nowe projekty dla Forda, a nie
zajmować się jakimiś instrukcjami obsługi magnetowidów. Stać go wezwać
specjalistę do podłączenia kina domowego do telewizora, a on ma sobie
tym głowy nie zawracać, by nie zorientować się, jak wielu najprostszych
rzeczy nie potrafi. Oczywiście każdy przeciętnie myślący Polak podłączy
wszystko intuicyjnie, a Amerykanin musi być WYBITNY, by zrobił
cokolwiek bez instrukcji. Każda instrukcja obsługi jest tu rozpisana i
rozrysowana tak, by nawet 10latek dał sobie radę. Mam tutaj prosty
telefon komórkowy Samsung. Komórka jest bez aparatu foto, bez odtwarzacza MP3, bez gniazda na karty
pamięci. On tylko dzwoni i można na nim napisać SMSa i odebrać SMSa, a mimo to
instrukcja obsługi do niego liczy… 218 stron (połowa to porady typu:
wyjmij telefon z kieszeni przed praniem odzieży, nie kąp się z
telefonem, itd.) Tutaj naprawdę pewnie kiedyś znajdę w instrukcji obsługi np. telewizora punkt mówiący, że telewizor działa najlepiej wtedy, gdy wtyczka zasilająca jest podłączona do gniazdka elektrycznego.

Albo przykład sprzed kilku m-cy, gdy mnie jeszcze w USA nie było. Mojej
matce przestał działać pilot od kablówki. Wezwała sąsiada, młodego,
rozgarniętego wydawałoby się chłopaka, tzn. Amerykanina… Ten
przyszedł, 15minut pykał pilotem, tunerem kablówki, pewnie gdyby była
antena satelitarna na dachu, to by nią poruszał, a nie zauważył na
pilocie przełącznika – HOLD, oznaczającego, że całego pilota blokuje
się, np. przed tym, by dzieciak się nim nie bawił. Matka sama na to
wpadła, gdy po 15 minutach bezowocnego „naprawiania” pilota przez
sąsiada, poradził on wezwać speca od kablówki. Tu po prostu nie ma
żadnych „złotych rączek”, jak w Polsce, gdzie każdy fachowiec, a nawet
niefachowiec potrafi podłączyć pralkę (nawet ja), ustawić programy w
telewizorze i magnetowidzie, pomalować dom, położyć podłogę z paneli,
czy kafelki. Tu inżynier informatyk nie potrafi zaprogramować
telewizora, a inżynier elektronik wymienić dysku w komputerze. Dlatego
właśnie telewizory programują się same, a kanały nazywane są nie TVN
czy Polsat, a 1, 2, 20, 50. I każdy w domu na tym samym kanale w
telewizorze ma ten sam program.
No i kolejny dowód bezmyślności Amerykanów. Pewnego dnia była wielka
burza. Lało przez ponad godzinę, wszędzie mokro, trawniki podlane
wprost z nieba, a tu na większości posesji tuż po tej burzy włączyły
się automatyczne zraszacze trawy. Co innego, gdyby to był dzień roboczy
i wszyscy byli w pracy nie mogąc tego wyłączyć. Ale to była sobota,
większość z właścicieli domów właśnie siedziała przed domem rozmawiając
z sąsiadami lub sprzątając wokół domu, więc wszyscy byli w domach, a
nikt nie wyłączył zraszaczy.

Albo w banku. Założyłem sobie konto w banku (będzie o tym notka). W
domu przeczytałem dokładnie całą umowę (było tego ok. 20stron) i
następnego dnia poszedłem do Banku, by zapytać o co dokładnie chodzi w
tabeli opłat. Czemu muszę zapłacić 2$ za sprawdzenie stanu konta w
bankomacie mojego macierzystego banku?!
- A co to za tabela – zapytała kobieta, która dzień wcześniej zakładała mi konto i drukowała tę umowę i tabelę.
-
No tabela opłat z umowy prowadzenia mojego rachunku w Waszym banku. Czwarta strona umowy. Czwarta strona to ta z tyłu trzeciej
strony. Po odwróceniu kartki. Vertikalnie, a nie z pionu w poziom…
- Pierwszy raz ją widzę.
Kobieta
drukuje codziennie po kilka takich umów, a nie wie, co drukuje. W Polsce
pracownik musi znać znaczenie każdego punktu umowy, każdego przecinka,
każdego procenta i promila, a tu… Tu musiały się zebrać we trzy
„mądre głowy”, by dojść do wniosku, że te 2$ należą się, gdy chcę w
bankomacie wymusić aktualny stan konta (w tej chwili), a nie ostatni
zaksięgowany. Przeraziło mnie to – ich niekompetencja na każdym kroku!
Podobne cuda będą z prawem jazdy – to będzie majstersztyk ignorancji
wobec zdrowego rozsądku.

Albo zakup alkoholu. Oczywiście przy zakupie, nawet jak wygląda się na 30-40latka trzeba okazać ID albo jakiś inny dokument, który udowodni sprzedawcy, że mamy skończone te ustawowe czy konstytucyjne 21lat. A więc ja, stary prowokator, wszędzie pokazuję… polskie prawo jazdy. I jak szympansom w zoo wszystkim muszę tłumaczyć:
To jest moje prawo jazdy z innego kraju, wiesz? – TAK.
To ja, to moje zdjęcie, podobny? – TAK.
To moje imię i nazwisko. Wy też tu macie imiona i nazwiska, tak? – TAK.
A to moja data urodzenia. Wy też się tu rodzicie, tak? – NIE. U nas nie ma 19-stego miesiąca. My mamy tylko 12-ście miesięcy.
Ale w Europie datę pisze się dzień, miesiąc, rok. Rozumiesz? – NIE.
Przychodzi zatem jej szefowa, i po namyśle, ale i tak czując, że to jakiś podstęp zgadzają się wyjątkowo sprzedać mi piwko Labatt Blue:)

Albo wizyta u dentysty (znajoma była z córką). Ma ubezpieczenie takie, że płaci tylko 10$ za wizytę. To ma wyraźnie napisane w swojej polisie ubezpieczeniowej. Inni mogą płacić różnie, od zęba, od działania przeprowadzonego na tym zębie, itp. Pani stomatolog przecież kształcona w mowie i piśmie, a tego nie rozumie. Każe płacić za każdy ząb osobno. Oczywiście to i tak ryczałt, bo prawdziwy koszt pokrywa ubezpieczenie. – Ale ja na mojej polisie ubezpieczeniowej mam jasno napisane, że płacę za WIZYTĘ, a nie za ZĘBA – tłumaczy znajoma. – Nie wiem, nie znam się na „insurance” tylko na leczeniu zębów. Proszę mi zapłacić za każdego zęba. Zatem zirytowana znajoma płaci, śle rachunek do ubezpieczyciela, ten śle pismo do dentystki, by ta oddała klientce te 10$ za drugiego zęba. Skruszona dentystka (lub jej asystentka) wysyła czek na 10$ do klientki. Oczywiście za miesiąc znów dziecko boli ząb, i… dochtórka oczywiście znów robi to samo – płacić za zęba. Za zęba! Ja tu od zębów jestem, a nie od znania się na „inszurach”! Doświadczenie sprzed miesiąca, że to jednak klientka miała rację nic jej tu nie nauczyło. Amerykanie nie uczą się na błędach. Oni tu mają procedury. Jak karetka przyjeżdża do zwłok, które stygną już od kilku dni, to i tak poddadzą je elektrowstrząsom, a rozkładający się nieboszczyk dostanie zastrzyk, bo tak wyznacza to procedura. Oczywiście razem z wezwaną karetką przyjeżdża zawsze straż pożarna – na wypadek, gdyby od tych elektrowstrząsów nieboszczyk nie ożył, a się np. zapalił!

I jeszcze ta wszechobecna telewizja (o niej jeszcze będzie mowa).
Amerykanie wręcz wychowują się przed telewizorem. W wielu domach od małego dziecko
uspokaja się nie smoczkiem, nie kołysaniem na rękach, nie nuconą kołysanką, a włączonym
telewizorem właśnie (w Polsce zaczyna być podobnie). Jest kanał dla niemowląt, dla 3latków, brakuje jeszcze
kanału prenatalnego, ale pewnie też się go wkrótce doczekają. TV jest
wszędzie – w każdym pokoju, w kuchni, w łazienkach, w toalecie, w  garażach, w
zagłówkach aut, w telefonach komórkowych, w komputerach domowych i przenośnych. To co powie Oprah
Winfrey w swoim show jest prawdą absolutną i ostateczną dla milionów amerykańskich
gospodyń domowych, a także i zniewieściałych gospodarzy. Słońce kręci się dookoła ziemi – bąknie pod nosem
Oprah, i od jutra wszyscy tak będą uważać (większość z nich i tak myślała już wcześniej, że tak właśnie się kręci, tzn. nie wokół Ziemi, a wokół Ameryki, więc Oprah ich tylko utwierdziła w ich przekonaniu). A po garści „mądrości” od Oprah (to jedna z najpotężniejszych kobiet w USA, pierwsza czarnoskóra miliarderka (2,7miliarda rolarów), ma władzę prawie tak samo wielką, jak Condoleezza Rice, a gdyby wystartowała w wyborach prezydenckich, miałaby dużą szansę wygrać), więc po tej całej Oprze, której nikt się nie oprze, czas na chwilę rozrywki przy The Jerry Springer Show. I… kolejne szare komórki umierają z braku intelektualnej pożywki.
To, co wyświetlą serwisy informacyjne TV, to jak TO nazwą i jak każą o TYM myśleć, jest
wykładnią dla 95% Amerykanów. Napadamy na Irak, bo tam jest wąsaty Husajn,
który nas nie lubi, a my nie lubimy jego wąsów. OK, Hurraa… na Husajna i jego wąsy! W TV mówili, że trzeba napaść, to trzeba. Nikt
nie zada sobie pytania, a czemu tak naprawdę to ma służyć, a co ta wojna tak naprawdę ma przysłonić, a ile to będzie nas Amerykanów kosztować pieniędzy, poświęceń, zabitych żołnierzy. Nikt nie rozejrzy się i nie pomyśli, że przez tę wojnę mają obecnie benzynę 4x droższą niż przed wojną, że oni na tym tracą, więc ktoś (szejkowie z Teksasu, przyjaciele Busha) na tym zarabia miliardy dolarów co miesiąc. Nikt sam nie zauważy tego, że tak naprawdę w USA dzieje się coraz gorzej, Stany Zjednoczone tracą pozycję ostatniego na ziemi mocarstwa na rzecz Chin i odbudowującej się Rosji, więc wojna ma być tylko przykrywką, by ludzie patrząc na zburzony Irak nie patrzyli na samoburzącą się Amerykę. Amerykanie po prostu muszą żyć w strachu, musi się im wynajdywać wroga, którego mają się bać i przed którym Prezydent i Rząd ich ochronią. Wtedy już sprawy wewnętrzne przestają być na pierwszym planie. Dawniej takim wygodnym wrogiem był Związek Radziecki, Komuniści, później Kuba, Wietnam, Korea, Irak, teraz pora na Iran, Afganistan, Talibowie. Wróg będzie zawsze – każdy z nich prócz Rosji i Korei był wcześniej finansowany przez CIA. Amerykanie jako naród jest jak ludy starożytnego Egiptu, którym zagroziło się zaćmieniem słońca, gniewem Boga RA i już wiernie, potulnie, bez sprzeciwu pracowali dla Faraona za garnek ryżu. Tu potulnie płaci się podatki i głośno nie narzeka na to, że lwia ich część idzie na wojnę w Iraku.
- Źle Wam się dzieje w Ameryce?! – spójrzcie na Irak, tam to dopiero mają źle!
- Aa… no to my jednak mamy tu dobrze.

Właśnie powiedzieli w wiadomościach, że deficyt Stanów Zjednoczonych na rok
2009 wyniesie ponad 482 miliardy dolarów. 1,528$ na każdego mieszkańca
USA. Co to znaczy dla statystycznego obywatela, wyjaśnili nam to bardzo
prosto: 482miliardy dolarów to tak dużo, że układając dolar przy
dolarze, można opasać nimi równik 1,612razy. Koniec informacji o
krytycznej sytuacji budżetu państwa. Co zapamięta z tej informacji
statystyczny Amerykanin? Że ktoś się nieźle nachodzi po równiku, by
rozkładać te dolary!;)

A skoro już o telewizji mowa, to może coś z teleturniejów? Kilka pytań i kilka odpowiedzi. To nie żadne odpowiedzi „dla jaj”, albo
dla śmiechu dla widowni, bo nagrody są tu zazwyczaj bardzo atrakcyjne,
więc oni naprawdę tak sprężają swoje mózgi;)

Na jaką chorobę zmarła królowa angielska Elżbieta I?
- Na… syfilis!

Po kim Fidel Castro przejął władzę na Kubie?
- Osamie Bin Ladenie!

Pokazują zdjęcie Johna F. Kennedy’ego- i zadają pytanie: „Kto to jest i jaką funkcję pełnił”
- John Kennedy i był… mężem Merylin Monroe.

Albo, w ich Familiadzie, gdy stoi się przed prowadzącym, on czyta
pytanie eliminacyjne i zawodnicy ścigają się, kto pierwszy na nie
odpowie.
Powiedz mi nazwisko… – prowadzący nie skończył pytania, bo kobieta przycisnęła guzik i… powiedziała własne nazwisko.
Powiedz mi nazwisko amerykańskiego polityka, który coś tam dobrego zrobił dla świata – tak brzmiało całe pytanie.
W tym kolejnym odcinku, w finale, zabrakło 7punktów do wygrania nagrody
głównej, bo gracz na pytanie: „Miasto w Europie” odpowiedział – EUROPA! W którymś z kolejnych odcinków grająca wymyśliła miasto Europię – takie oni mają pojęcie o naszym pięknym, starym kontynencie!

Wymień państwo zaczynające swą nazwę na literę „B”
- Bostonia!

Jakie miasto jest stolicą stanu Montana?
- Hannah!

- Jaką sławną, mitologiczną powieść napisał Homer? – zapytał kogoś Joe Leno.
- Homer Simpson? – upewniła się zagadnięta.

- Dokończ tytuł powieści Twaina „The Adventures of Tom…” – zapytał Leno pewną studentkę.
- Tom i Jerry’ego? – nie była pewna swej odpowiedzi studentka, która, po studiach
będzie nauczycielką angielskiego.

- Jakie było pierwsze imię Szekspira
- Billy? Nie, on nie miał pierwszego imienia, bo to było jego pseudo, tak jak Madonna!

- Państwo na A oprócz Ameryki?
- Azja!

- Kraj do którego chciałbyś pojechać?
- Amsterdam

W teleturnieju „Czy jesteś mądrzejszy od 5klasisty”, finałowe pytanie za 150tys. $ brzmiało: „Przez jakie państwo przepływa rzeka Wołga”? Gracz zanim jeszcze odpowiedział już triumfował i skakał z radości, że zna odpowiedź. Wykrzyczał, że właśnie wczoraj się tego uczył do teleturnieju, więc odpowiada, państwem przez które płynie Wołga jest… Germany!

Jesienią 2009 miałem to szczęście, że wszyscy, dosłownie WSZYSCY poznawani przeze mnie Amerykanie byli nauczycielami. Takie fatum jakieś. I czym owi nauczyciele mnie zaskoczyli? Moja matka zrobiła z galonowej butli mleka ser, gdyż białego sera nigdzie tutaj nie uświadczysz, więc jak tu zrobić ulubione pierogi dla syna?! Znajoma nauczycielka przyszła w trakcie odcedzania sera i zapytała:
- To ser robi się z mleka?
- Nie kurwa, z mąki! – zapewne tak chciała odpowiedzieć mamuśka, ale oczywiście jest kulturalna i wszystko przemilczała…;)
Tego samego dnia, gdy opowiadałem o Polsce siostrze pani niezorientowanej serowo (także nauczycielce), i powiedziałem, że w Polsce na południu mamy góry, a na północy mamy morze, ta oczywiście chciała zabłysnąć.
- Atlantic Sea?
- Tak, jeszcze niedawno było to Morze Atlantyckie, ale przez efekt cieplarniany o którym na pewno słyszałaś, Atlantyk trochę przysechł, woda przelała się na drugą półkulę, zrobiła się taka kałuża nazwana Morzem Bałtyckim. Gdybym tak jej to na poważnie powiedział, to bankowo by kobieta w to uwierzyła. Tak łatwo się manipuluje tymi ludźmi i tym narodem. Chociaż patrząc ostatnio na popisy manipulacyjne Donalda Tuska, sam już nie wiem, który z narodów jest bardziej naiwny…
Córka tej „serowej” nauczycielki (także nauczycielka, przedszkolna),
podczas naszej rozmowy o zdrowym odżywaniu nie mogła zrozumieć sensu
chińskiego przysłowia: „Śniadanie zjedź sam, obiadem podziel się z
przyjacielem, kolację oddaj wrogowi”. W ogóle nie łapała idei tych słów. Zapewne myślała, czemu ma się z kimś dzielić swoim porannym
syrio albo tostem z masłem orzechowym?
- Aa… rozumiem, obiad jest duży i wystarczy go dla dwojga! – wreszcie „załapała” sens tego przysłowia.
Kolejnej poznanej nauczycielce nie mogłem wytłumaczyć (tzn. ona nie mogła pojąć) jakim cudem taniec Polka nie jest z Polski, a z Czech? Chociaż tu pewnie zaskoczyłem niemiałą ilośc Polaków, którzy też myśleli, że to nasz taniec ludowy?;)

Koleżanka opowiadała, jak na parkingu zaczepiła ją zszokowana AfroUSA-nka przerażona tym, że nie może znaleźć swojego samochodu. Parkingi są tutaj duże, sam kiedyś zapodziałem auto pod WallMart, więc znam ten strach.
- To naciśnij w pilocie przy kluczykach swojego auta guzik PANIC, by alarm auta zaczął trąbić i wtedy je znajdziesz.
- A który to guzik? – zapytała AfroUSA-nka. 99% pilotów ma 4klawisze. Trzy z jednej strony: zakmnij drzwi, otwórz drzwi, otwórz bagażnik, i jeden z tyłu, czerwony, wyraźnie oznakowany PANIC. Kobieta na pewno setki razy używała wszystkich tych trzech, codziennych klawiszy, wielokrotnie pewnie też przyglądała się temu czwartemu i… i zadała tak głupie pytanie.
Albo inna, której lekarz kazał schudnąć, by poprawić stan swojego zdrowia. Ma więcej się ruszać, chodzić, itp.
- Ale po co? – zapytała grubaska. Ona po prostu nie wiedziała, że ruch i aktywność fizyczna (tzn. w jej przypadku ich brak) są ściśle połączone z wagą, kondycją fizyczną i stanem zdrowia. Jak to możliwe, że gdy pójdę pieszo na spacer zamiast pojechać autem do McDonalds, to schudnę?

Kobieta kupiła sobie za 150tys. $ taki dom na kółkach czyli wielka furgonetkę z powierzchnią mieszkalną z tyłu. Wybrała się nim na przejażdżkę. Włączyła CruiseControl (urządzenie, które utrzymuje zadaną prędkość jazdy) i poszła na tył samochodu zrobić sobie herbatę. Auto wypadło z drogi na pierwszym zakręcie. Kobieta podała producenta samochodu do sądu, że nie było nigdzie informacji, że CruiseControl w tego typu samochodzie to nie jest automatyczny pilot, który prowadzi samochód. Kobieta sprawę… wygrała. Od tego czasu jest już ostrzeżenie – Włączenie CC nie oznacza automatycznego prowadzenia auta.

W sklepie Kroger była promocja mleka. Wielkimi naklejkami ogłaszano na lodówce, że półgalonowe butelki kosztują 1,5$, podczas gdy 2x większe, galonowe opakowania są po 3,29$. (Rok później, czyli jesienią 2009 te same butelki są odpowiednio po 1,99$ za galon i promocyjnie 0,77$ za pół galona). Oznacza to, że biorąc dwie butelki półgalonowe, zapłacimy za galon mleka 3,00$, a dodatkowo będziemy mieli je dłużej, bo druga butelka będzie nieotwarta, przez co mleko dłużej zachowa świeżość. I co? I połowa Amerykanów i tak kupowała te duże. A co! Stać nas na to, by zapłacić więcej oraz na to, by połowa nam się zepsuła;)

W jednym z centrów handlowych (Macy’s) ochroniarz zatrzymał przed wejściem młodą klientkę, ponieważ jej strój był za bardzo wyzywający. Ochroniarze wyglądają tu trochę poważniej, niż w Polsce (gdzie „ochroniarzami” są najczęściej emeryci dorabiający do emerytury;) Dziewczyna narobiła rabanu i wezwała telewizję. Co się okazało? Że strój ów był kupiony w tym właśnie sklepie do którego nie została wpuszczona, a dodatkowo, że są ubrane w niego wszystkie manekiny!;)

Oczywiście Jay Leno (taki ichni Szymon Majewski) ma w swoim programie niezłą polewkę z „intelektu” większości swoich rodaków. Moim ulubionym fragmentem jest „Co się sprzedaje na e-bay.com”. Pokazuje pięć najgłupszych wystawionych przedmiotów, oraz pięć równie głupich, które znalazły swoich nabywców. Ktoś np. kupił za 6,51$ – 10minutową wideorozmowę z kotem wystawiającego tę aukcję, albo ktoś inny nabył pustą paczkę po chipsach Fritos, której zawartość wystawiający opróżnił siedząc na trybunach podczas finału ligi basaballa… za 560$! Nic tylko kupić kilkaset paczek czipsów, zjeść ich zawartość siedząc przed telewizorem oglądając zapewne The Jerry Springer Show, wystawić puste opakowania na e-bay i liczyć tysiące dolarów napływające od aukcjonariuszy:)

To wszystko są autentyczne przypadki, których ciąg dalszy nastąpi… -
Tu będę dopisywał kolejne dowody ociężałości umysłowej w tym kraju. A
może dopisujcie je w komentarzach? Ale żebyście wiedzieli, jak pojmuje się inny kraj oczami przybysza, to macie coś o Polsce oczami Francuza z francuskiej gazety Rohtas, pobrano z www.polskiswiat.com

Polacy! Jak Wy to robicie?
Kraj, w którym co piąty mieszkaniec stracił życie w czasie drugiej wojny światowej, którego 1/5 narodu żyje poza granicami i w którym co 3 mieszkaniec ma 20 lat
Kraj brutalnie oderwany od wiekowych tradycji, który odbudował swoją stolicę wg. obrazów Canaletta, a stare miasto odtworzył jako nowe.
Kraj, który ma dwa razy więcej studentów niż Francja, a inżynier zarabia tu mniej niż przeciętny robotnik.
Kraj, gdzie człowiek wydaje dwa razy więcej niż zarabia, gdzie przeciętna pensja nie przekracza ceny (!) trzech par dobrych butów, gdzie jednocześnie nie ma biedy, a obcy kapitał się pcha drzwiami i oknami.
Kraj, w którym koncesjami rządzą monopoliści.
Kraj, ze stolicą, w której centrum stoją nowoczesne biurowce, oferujące pomieszczenia po 10-35 USD za metr.
Kraj, w którym cena samochodu równa się trzyletnim zarobkom, a mimo to trudno znaleźć miejsce na parkingu.
Państwo, w którym można sobie kupić chodniki, postawić parkomaty i płacić państwu tylko 10% podatku od zysku.
Kraj, w którym rządzą byli socjaliści, w którym święta kościelne są dniami wolnymi od pracy (!!!). Gdzie otrzymanie paszportu do niedawna stanowiło problem, a mimo tego ponad 3,5 mln obywateli rocznie wyjeżdżało na wczasy za granicę.
Jedyny kraj byłego bloku socjalistycznego, w którym obywatelowi wolno było posiadać dolary, choć nie wolno mu ich kupić ani sprzedać poza bankami i kantorami. Cudzoziemiec musi zrezygnować tu z jakiejkolwiek logiki, jeśli nie chce stracić gruntu pod nogami. Dziwny kraj, w którym z kelnerem można porozmawiać po angielsku, z kucharzem po francusku, a ministrem lub jakimkolwiek urzędnikiem państwowym tylko za pośrednictwem tłumacza.

Ludzie, nie bójcie się komentować tej notki. Amerykanie nic Wam za to nie zrobią! Na Naszej-Klasie i Gadu-Gadu wszyscy piszecie, że doskonale ująłem sedno amerykańskiego „myślenia”, a tu cisza i pustki. W razie czego to mnie zamkną w Guantanamo. Już nawet mam strój do tego specjalnie uszyty…

Pomaranczowy

1. Cuda dziejące się z tym zdjęciem są dowodem, że Ameryka oraz ich Internet jest państwem oraz Internetem policyjnym! Gdy zdjęcie miało nazwę więzienia na Kubie, to fotki mi i Wam w ogóle nie wyswietlało. Podobnie było kiedyś z Google.com w Chinach. Jego wyszukiwarka miała tam nie wyszukiwać słów „Demokracja”, „Masakra”, „Tiananmen”, itd. Tu mają jakieś internetowe embargo na inne słowo (słowa). Nie będę ich tu wymieniał, bo znów mi wszystko poznika. Jeszcze nie wiedzą, kim jest ten facet w pomarańczowym, więziennym drelichu, o czym dokładnie tutaj pisze, więc wolą profilaktycznie zablokować jego treści. To zdjęcie jakimś cudem zostało obejrzane 2225 razy podczas, gdy dwa zdjęcia z którymi sąsiaduje tylko 45 i 47 razy. Kto mnie tak namiętnie oglądał…?
2. Wiadomość sprzed chwili (1.08.2008) ze stacji Fox2Detroit. Detroit graniczy przez most (oraz przez tunel) z Kanadą. Od dziś pracownicy DHS mogą zabierać nam na granicy laptopy, telefony komórkowe, karty pamięci z aparatów cyfrowych oraz pamięci pen-drive. Zabierać, kopiować i sprawdzać, co za dane z USA wywozimy! Szczególnie te osoby, które często pokonują tę granicę. Oczywiście ludzie z Nowego Yorku, Florydy czy Los Angeles w ogóle nigdy o tym nie usłyszą i będą się czapiać, że przesadzam… To kliknijcie w link wiadomości.

SSN

13 komentarzy

Social Security Number – to taki amerykański PESEL. Pesel połączony z NIP-em. Chociaż coś NIPopodobnego oni też tutaj mają wydawane przez IRS (ichni Urząd Skarbowy). Bez numeru SSN niczego, dosłownie NICZEGO się w USA nie załatwi. Nie zdobędzie się legalnej pracy, gdyż SSN należy podać tuż po imieniu i nazwisku w każdym podaniu o pracę składanym pracodawcy. Nie zdobędzie się prawa jazdy (chociaż pewien mój Friend przy odrobinie szczęścia i polskiego sprytu jednak takie prawo jazdy zdobył), nie założy konta w banku, nie zapłaci podatków (to akurat mała dla nas uciążliwość i strata;). Dawniej (przed 9/11) było inaczej i SSN nie był niezbędny np. do zdobycia prawa jazdy, itp. niezbędnych dokumentów, ale obecnie, przez „walkę z terroryzmem” bez SSN po prostu obywatel nie istnieje! Dlatego właśnie, by zaistnieć w amerykańskim systemie komputerowym, należy udać się do Social Security Administration, by numer ów uzyskać. Oczywiście trzeba być tu legalnie, na stałe lub na pobyt czasowy (SSN należy się także posiadaczom np. wiz pracowniczych, itp.).
Przy wejściu do biura SSN należy wziąć bilecik z automatu, by było wiadomo, po co przybyliśmy. Na ścianie w 30 językach świata jest napisane, że jeśli nie rozmawiamy po angielsku, należy poinformować o tym urzędnika, oraz powiedzieć mu, jakim językiem się posługujemy, a ten zadzwoni do tłumacza. W Polsce obcokrajowcy nie mają tak dobrze – prawda? W Polsce nawet rodowici, polskojęzyczni petenci mają z urzędnikami ciężką drogę do przebycia. Osobom przybywającym do USA na wizie imigracyjnej – SSN przejdzie pocztą do domu z urzędu imigracyjnego najpóźniej 3tyg. po przybyciu do USA (mi przyszedł po 16 dniach), więc w ogóle do biura SSA nie musiałem się udawać.
Na wszystkich ścianach office’u w którym wydawany jest SSN widnieją wielkie ostrzeżenia – Pilnuj swoich danych osobowych! Nigdy nie wyrzucaj druków i podań ze swoim numerem SSN do kosza, itp. Mając czyjeś dane osobowe można bardzo łatwo zagarnąć jego tożsamość. A gdy dodatkowo ukradnie się takiemu komuś prawo jazdy czy inny dokument ze zdjęciem, to można na taką osobę wziąć na raty pół sklepu, kupić dom lub samochód, bo żaden obsługujący nas Murzyn czy Azjata nie rozpozna różnicy między osobą na zdjęciu, a osobą posługującą się dokumentem. Natura już to tak ukartowała, że genetycznie mamy zaburzone rozpoznawanie osobników rasy odmiennej od naszej.
No może jeszcze rozpoznamy Denzela Washingtona od Morgana Freemana, ale już Johna Grow, od Jonathana Mouse na pewno nie. A „Czarna”, „Żółta” lub „Ciapata” w biurze czy w banku, jak będzie miała dobry dzień, to jeszcze powie: „Ładnie panu w tych nowych włosach, wąsach, z nowym nosem i kolorem oczu”;)

Kilka dni po otrzymaniu swojej karty z numerem SSN (jest to zwykła kartka papieru bez żadnych większych zabezpieczeń) obejrzałem reportaż i reklamę firmy, która wykrywa kradzież numerku SSN oraz tożsamości. W USA średnio co 3sekundy skradana jest komuś tożsamość. Tzn. np. nielegalny imigrant, któremu nie przysługuje numer SSN, składając podanie o przyjęcie do pracy, o prawo jazdy, o cokolwiek, posługuje się nie swoim numerkiem. Raz totalnie zmyślonym, innym razem od kogoś „zapożyczonym”. Jako, że pracodawcy oraz wiele urzędów nie mają dostępu do bazy SSN (a nawet jakby mieli, to tu panuje zasada zaufania do petenta i numerek możemy podać „z głowy”), takie podania przechodzą i ludzie pracują często na lewych, skradzionych lub totalnie wymyślonych numerkach i tożsamościach. Nawet u mnie w pracy kolega dla jednych klientów ma na imię Tak, a dla innych Siak. Przed amerykańskim szefem jest Thomasem, przed nami ma swoje prawdziwe imię:) Baa… nawet ja, legalny rezydent czasami byłem… Igorem;)
Dlatego właśnie powstało wiele firm, które zastrzegają jakoś numerki swoich klientów oraz numerki ubezpieczeń dzieci. W reklamie jednej z nich facet wynajął wielki jeżdżący billboard na ktorym wypisał swój
numer SSN i puścił go ulicami Nowego Yorku. Gwarantuje, że dzięki jego
firmie chroniącej numery SSN nikt nie będzie miał pożytku z jego
ujawnionego numeru.
Nie wiem, jak to działa, ale na stronie LifeBlock.com można wpisać swój numer SSN i oni będą pilnować, by nasz „numerek” nigdzie się nie pojawił. Przez pierwszy miesiąc będą to robić gratis. Później już trzeba płacić co najmniej 10$, za pilnowanie naszych życiowych cyferek. Straszne to wszystko! 4LifeLockNow.com, IDwatchdog.com, protectMyID.com czy SSNwatch.com to podobne strony i serwisy dające w ramach swojej skuteczności gwarancję w wysokości miliona dolarów, gdy nasz SSN jednak się wydostanie pod ich kurateli i zostanie przez kogoś skutecznie używany. Oni po prostu wyłapują, gdzie pojawi się nasz numerek SSN lub inne dane. Działa to mniej więcej tak, że jak ktoś poda nasz SSN na swoim wniosku o pracę, to oni do nas zadzwonią, czy staramy się owo stanowisko, bo ktoś celowo lub przypadkiem aplikuje na nie naszym numerkiem SSN. A może nie tyle aplikuje, co już dostał ową pracę i po pierwszej wypłacie w rejestrze Urzędu Skarbowego pojawił się nasz numerek i nasz nieświadomy dochód? Jak to dokładnie działa nie wiem, ale społeczeństwo jest codziennie kilkadziesiąt razy bombardowane telewizyjnymi reklamami tych firm.

 
A mi się wydaje (co zapewne okaże się za kilka lub kilkadziesiąt lat wielkim skandalem administracji publicznej U.S.A.), że S.S.N. to tak naprawdę jeden wielki system śledzenia obywateli Stanów Zjednoczonych. Wszyscy już są kontrolowani przez to, że wszędzie płacą kartami kredytowymi (płatności gotówkowe w sklepach to tylko kilka procent wszystkich transakcji), że używają dziesiątek kart rabatowych, które przed każdym zakupem trzeba zeskanować w kasie, że abonenci telefonii mobilnej wszędzie mają ze sobą swoje komórki, itp. Wkrótce może się okazać, że jak chcesz kupić CocaColę w automacie i chcesz zapłacić gotówką, to musisz wpisać swój SSN. Doskonała kontrola obywateli, ich trendów zakupowych, przemieszczania się po terenie USA, itd. I do dzisiaj nie mam pewności, czy bardziej zależałoby na tych wszystkich informacjach rządowi USA czy… handlowcom:)

Kartka z moim numerem SSN 

Social Security Association

1. Kartka z numerem SSN.
2. Reklama firmy strzegącej nasze numery SSN.
3. Skromny budynek Social Security Association wydający SSN-nki;)

Po przybyciu do USA zamieszkałem w Sterling Heights. Sztyrlingowe Wzgórza to miasto położone ok. 20kilometrów od Detroit. Dopiero na zajęciach w mojej szkole dowiedziałem się, że ludnościowo to drugie po Detroit miasto w stanie Michigan. A Detroit to obecnie najniebezpieczniejsze miasto w USA. Wszystko to głównie z powodu braku pracy. Dziesiątki tysięcy pracowników zwolnionych z fabryk motoryzacyjnych. Zwolnionych lub pracujących za połowę stawki. Włączam TV, a tu na czerwonym pasku na dole leci informacja – General Motors zwolnił właśnie 3500 pracowników montowni trucków i vanów. Tak z dnia na dzień – cięcie kosztów. 3500 rodzin straciło zapewne jedyne źródło dochodów i ubezpieczenie zdrowotne, więc jedna wizyta w szpitalu lub wezwanie karetki rujnuje ich oszczędności (o ile takowe w ogóle mają) i budżet
domowy. Wezwanie karetki bez żadnych skomplikowanych badań wykonanych w domu pacjenta czy
po przewiezieniu na izbę przyjęć kosztuje ponad 1000$, a wizyta w
szpitalu to wydatek przynajmniej kilku tys. $!).
Brak pracy pociąga ze sobą lawinowy wzrost przestępczości. A najbardziej przestępczość w Detroit kwitnie przez… rządy Afroamerykańskiego burmistrza Kilpatricka. Sam ukradł (tak ukradł) z miejskiej kasy kilka milionów dolarów. Połowę porozdawał „komu trzeba”, drugą połowę wziął sobie. Zatrudnił na wszystkich ważnych stanowiskach swoich kolesi, którzy jedyne, co potrafili powiedzieć o swoim stanowisku pracy i swoich obowiązkach to to, że zarabiają 10tys. $ miesięcznie. To jedyne, co wiedzieli – po co przychodzą do pracy. Kwame podniósł płacę policjantom, zamontował im w radiowozach ekspresy do kawy i dał talony na pączki i… i jest bezkarny! I teoretycznie może zostać wybrany na kolejną kadencję, bo przecież Detroit to czarne miasto, więc nie wybiorą tam białego burmistrza, albo kogoś, kto ukróci ich bezprawie. Kilka tygodni po napisaniu tych słów Kwame spędził swoją pierwszą noc w areszcie. A rok później rozpoczął się jego proces.
Teraz już nawet jak Murzyn wejdzie do naszego domu, by nas okraść to nie mamy prawa go zastrzelić. Musi być uzbrojony, zagrozić nam bronią, najlepiej nabitą, a jeszcze lepiej to powinien do nas kilka razy celnie strzelić, byśmy mieli prawo użyć własnej, legalnie posiadanej broni we własnej obronie. Oczywiście, gdy do Czarnego wszedłby Biały (chociażby listonosz) to zgodnie z zasadą „Mój dom – moją twierdzą”, Czarny ma prawo rozstrzelać intruza z nawet nielegalnie posiadanej broni. (Tu oczywiście przejaskrawiam – przyp. autora). Parafrazując słowa odnośnie hitlerowskich obozów koncentracyjnych, że to „Ludzie ludziom zgotowali ten los”, w Detroit brzmi to: „To Czarni Białym zgotowali to piekło…”. Na szczęście do Sterling Hgts. nie napłynęła jeszcze ta cała detroitska biedota i przestępczość – chociaż z każdym rokiem, mila po mili się do nas zbliża.

Mieszkamy w tzw. Condominium (dla mnie jest to obecnie najpiękniejsze fonetycznie słowo w języku angielskim). Kondominium to  prawnie coś jakby nasza (polska) wspólnota mieszkaniowa. Tutaj jest to osiedle domków wielorodzinnych, tzw. szeregowców. Mieszkania połączone są ze sobą bokami po cztery, oraz cztery takie domki połączone są „plecami” z kolejnymi czterema, więc jeden taki zbitek liczy osiem mieszkań. Na całym osiedlu jest ich (takich zestawów składających się z 8mieszkań) prawie 30. Nic zatem dziwnego, że cholernie można pobłądzić, gdy wszystko takie same i idealnie symetryczne. Ja orientuję się tutaj jedynie dzięki położeniu basenu (który widzę z okna). Ale nie wiem, co byłoby gdybym musiał szukać właściwego domu po kilku piwkach lub czymś
mocniejszym?;) Kondominium nazwiemy też każde mieszkanie w bloku, czy
nawet w nowojorskim apartamentowcu.

Wszyscy mieszkają zatem w takich samych domach, nie mogą niczego z zewnątrz w nich zmienić (przemalować elewacji zewnętrznej, wystawić na ganek nic więcej, niż jakąś figurkę, krzesło lub małego grilla (wszystko jest opisane w regulaminie). Nie można zmienić żaluzji, a nawet anteny satelitarnej zawiesić na domu – można ją wkopać w ogródek ale tak, by nie wystawała powyżej 1,2metra ponad ziemię. Na środku osiedla jest basen z którego każdy z mieszkańców może korzystać, a nawet zaprosić dwoje znajomych. Czynny od początku maja do końca sierpnia – zapraszam. Nasze condominium jest narożne, więc sąsiadów zaściennych mamy tylko jednych. Murzynów:) Oczywiście to ci „lepsi” Murzyni. Żadne tam shootingi przed housem, umpa-umpa do białego rana czy kolejny mały, czarny, nowiutki Afroamerykanin co 9-10miesięcy. Ale już drugi zestaw osiedlowych Murzynów jest… dziki. Codzienne kłótnie do białego rana, krzyki, wrzaski, wzajemne wypędzanie się współmałżonków z wynajętego mieszkania, koledzy z Detroit przywożący im co weekend narkotyki – „Yo, Black Nigga! – „Yo, Black Brother!, murzyński uścisk dłoni i już po „wizycie”. W USA Murzyni dostają dodatek socjalny za to, że są czarni. Jeśli się oczywiście kwalifikują do owego zasiłku. Dostają talony na jedzenie, dopłaty do dzieci, itp. przywileje o których Biali mogą tylko pomarzyć. Tzn. białym też się podobne przywileje należą, ale udowodnij Białasie, że jesteś tak biedny, jak nasi czarni bracia z getta. Państwo nawet płaci za Czarnych za mieszkanie! Najlepiej jest więc wynająć mieszkanie właśnie Afroamerykanom, bo wtedy, zawsze danego dnia miesiąca wpłynie na nasze konto czek wprost od Rządu USA. Teraz mieszkania w USA są bardzo tanie. Dom w biedniejszej dzielnicy Detroit można kupić nawet za 5-10tys.$/szt. Wyremontować go, a później wynająć za 800-1000$/m-c. Oczywiście z duszą na ramieniu z powodu tego, jak może zostać przez ten miesiąc zdewastowane przez dzikusów niewiele różniących się od zwierząt. Uwierzcie mi na słowo, że moje ostatnie zdanie nie jest ani przesadzone, ani rasistowskie. Dzikusi są w każdej rasie i narodowości, ale w Czarnej jest ich i więcej i… są bardziej dzicy. To jest po prostu fakt genetyczno – „kulturowy”.
Na przeciw nas mieszka para amerykańskich 27latków. W sumie mają 54lata i ważą około 540funtów (250kg). Oj, albo i grubo więcej! Dwie toczące się kule, które kilka razy dziennie odwiedza goniec z pizzerii, by dostarczyć im 3największe pizze i jakieś inne zawiniątka do spożycia. Prawdziwy amerykański styl życia.
Raz na tydzień (w piątkowy poranek) przyjeżdża śmieciarka, więc już w czwartek wieczorem wyrzuca się wszystko, co zbędne (śmieci, graty, stare meble, zalane dywany, itd). Tzn. wystawia w punktach zbornych – pod jakimś drzewem lub płotem. Ciekawe, jak to będzie w lecie, gdy tygodniowe odpadki zaczną się psuć? No i czy nocą pieski nie wygrzebią sobie, co lepszych pozostałości? No i nastało lato i już wiem, jak to jest. Psujące się odpadki trzeba trzymać w piwnicy, gdzie jest chłodniej. Albo podrzucać na sąsiednie osiedle, gdzie mają kontenery na tego typu śmieci. A worków ze śmieciami w nocy z czwartku na piątek nie rozrywają psy, a wiewiórki (często w towarzystwie szopów i oposów, które najedzone z pełnym brzuchem nie zdążają później uciec przed jadącym samochodem i giną tuż po kolacji).
Gdy jeszcze byłem w Polsce, to ostatnią głupią rzeczą zarządu mojego osiedla było wprowadzenie zamykania kontenerów na śmieci na klucz. Każdy mieszkaniec ma klucz, by ludzie spoza osiedla nie mogli do naszych kontenerów wrzucać śmieci. Więc co robią? Kładą worki ze śmieciami pod śmietnikami, ku uciesze psów i kotów z całego miasta. A później śmieci i fruwające worki wiatr roznosi po całym mieście. Mądre prawda?

A co jest głupiego w naszym condo? Zauważyłem, że osiedla tego typu są szczelnie ogrodzone od sąsiednich osiedli. Zazwyczaj mają tylko jeden wjazd i by dojechać pod swoje mieszkanie, czasem trzeba się nieźle nakręcić. Przejścia piesze między osiedlami czasami się zdarzają (zazwyczaj, gdy przez dane osiedle prowadzi droga do szkoły), ale są one czynne tylko w dni nauki szkolnej. Na weekendy i w wakacje są szczelnie zamykane. No, ale to jeszcze nic – będę w Nowym Yorku i na Brooklynie zobaczę… osiedla odgradzane od sąsiednich osiedli… drutami kolczastymi i zasiekami!

Nasze osiedle, za sprawą tego, że szefową osiedla jest Albanka zrobiło się ostatnimi czasy albańskie. Uchodźcy z bałkańskiego kraju, który jest ponad 10x mniejszy od Polski (zarówno terytorialnie jak i ludnościowo) stanowią obecnie ok. 80% mieszkańców osiedla, które kiedyś było w połowie polskie. Obecnie polskich rodzin jest około 5-6 i ciągle ich ubywa. Ceny mieszkań z roku na rok spadają, i jeśli komuś uda się teraz sprzedać jego „condo” za jakąś jeszcze dobrą cenę, to to robi i ucieka kolejne kilka mil dalej od Detroit, przed zbliżającą się nieuchronnie „ciemnością”… W końcu to właśnie w Detroit zamieszkuje ponad połowa całej michigańskiej afroamerykańskiej społeczności (ależ ładnie to nazwałem). Na szczęście Albańczycy są rozdartą społecznością, gdyż połowa z nich to katolicy, a druga połowa to muzułmanie. Linią podziału jest… basen. Na lewo od basenu osiedlają się muzułmanie, na prawo od basenu katolicy. To pozwala nam, Polakom nie zginąć w albańskiej fali. A po czym poznasz nieAmerykanina (czy to na osiedlu, czy w sklepie, czy na ulicy, czy gdziekolwiek)? Po tym, że się do Ciebie nie uśmiechnie, nie powie: „Hi”, nie zapyta: „Co u Ciebie?”.

Zalety życia w Kondominiach (za 225dolarów miesięcznie stałej opłaty otrzymujemy):
- darmową wodę
- darmowy gaz
- dostęp do basenu
- dwa miejsca postojowe (które, gdy nie mamy auta, możemy wydzierżawić sąsiadom za 25$/m-c)
- przystrzyżone przez Meksykanów trawniki i żywopłoty
- odśnieżone zimą chodniki
- wywóz śmieci
- brak zainteresowania w ile osób zajmujemy nasze condo – (płaci się od mieszkania, a nie od mieszkańca)
- jakiś tam pilnujący ładu, porządku i bezpieczeństwa zarząd osiedla.

wady życia w kondominiach (naszego typu):
- brak garażu
- brak podjazdu pod domem na którym zmieścimy nasze wszystkie samochody (w kondo należą nam się 2 miejsca parkingowe)
- brak możliwości dowolnego kształtowania wyglądu domu i ogródka przed domem
- niebezpieczeństwo posiadania za ścianą głośnych sąsiadów
- głupota hydrauliczna. Rury ściekowe sąsiadów są u nas w piwnicy, kurki do zakręcania wody na zimę są u sąsiadki. Jak nie zakręci, to zalewa nam piwnicę.
- wiele durnowatych zakazów i nakazów

Nasze kondominium For sale by owner Flaga Albańska Przejście między osiedlami.

1. Jeden z 27 jednakowych budynków ośmiorodzinnych na naszym osiedlu.
2. Condominium z całkiem bliska.
3. Satelitarne zdjęcie osiedla na którym sobie rezyduję (permanentnie).
4. Najczęstszy widok w oknach amerykańskich domów – na sprzedaż.
5. Flaga narodowa większości naszych sąsiadów – Albania.
6. Przejście między osiedlami – gdyby nie młodzież szkolna, w ogóle by go nie było.


  • RSS