Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Abstrachując na razie od powodów mojego powrotu do Polski, napiszę moje pierwsze wrażenia po powrocie.
Byłem w USA zaledwie 4m-ce i 23dni. Że wrócę do Polski było pewne, ale, że tak szybko, już nie. Bilet przebukowywałem kilka razy, by odstatecznie zdecydować się na bukowanie biletu na lot, który miał się odbyć za zaledwie kilkanaście godzin. To też nie ważne w tym wszystkim… Podobno tak nie można i się „nie da”, ale ja dałem radę…
Wystarczyło tylko wyjść z samolotu, by zacząć się… bać. By zauważyć absurdy polskiej rzeczywistości. Tak samo, jak w locie do USA, tak samo przy powrocie powitał mnie deszcz. Samolot zaparkował przy kołnierzu łączącym go z terminalem. Oczywiście otwarto także tylne drzwi, i podjechały schodki, by ludzie mieli okazję zmoknąć wychodząc po śliskich schodkach, idąć do autobusu, który dowiezie ich do terminala. Dlatego właśnie owymi drzwiami nikt nie wyszedł.
Od razu dała się też poznać polska „gościnność”. Celnik od razu powiedział, że nie jest informacją, na której taśmie z bagażami wyjadą bagaże z samolotu z Frankfurtu. Oczywiście można to powiedzieć ładnie: „Przepraszam, ale nie wiem, gdzie wyjadą pana pagażę.” Można i po polsku: „Nie wiem, tam jest tablica informacyjna”.
W Polsce także potrafi być coś nielogicznego – pasy numerowane w kolejności nie logicznej (rosnącej czy malejącej), a w takiej, w jakiej zostały dobudowane – a że te priorytetowe i pierwsze są na terminalu nr 2, tego już się nie dowiemy. A jak jesteśmy obcokrajowcami i nie władamy językiem polskim, to możemy od razu zacząć się bać.
Na szczęście celnicy w ogóle nie zainteresowali się lotem z Frankfurtu (ach, dziękujemy Ci Układzie z Schengen!) i przywiezione na polski obszar celny 2laptopy i 2kamery mogły tu wjechać bez cła. Bo kto mi uwierzy, że w USA każdy ma po 2-3 komputery, po przynajmniej jednym samochodzie, itd.
Ledwie tylko rozstąpiły się drzwi za którymi znajdowała się POLSKA, od razu przystąpił do mnie pierwszy „łowca jeleni” zwany tutaj taksówkarzem. Za podwiezienie mnie pod Pałac Kultury i Nauki weźmie „tylko” 70zł. A że szybko się zorientował, że sam jest większym jeleniem ode mnie, znalazł kolegę, który zrobi to za 50zł. Aż strach być w Polsce obcokrajowcem. Ciekawe, gdybym zapytał po angielsku, ile kosztować mnie będzie droga pod PKiN, to ilokrotnie wzrosłaby suma? Ostatecznie pojechałem za 35zł.
Pod PKiN musiałem złapać BUS-a do mojego miasta. Oczywiście kierowca już na dzień dobry powiedział, że mi bagaży na pewno nie weźmie.
- A Pan myśli, że jak się wraca ze Stanów? Z walizką dolarów? – zapytałem coraz bardziej wkurwiony tą całą Polską.
- Mnie to nie interesuje. Jakby każdy miał tyle bagaży, to bym nikogo nie zabrał.
- Jestem bratem Mateusza i kolegą wszystkich Świeciów (właścicieli firmy przewozowej)…
i od razu zmieniła się gadka i bagaże jednak dały się zabrać.

Trzydziestominutowe czekanie na odjazd BUS-a też pokazało „Polskę właśnie”. Dzika walka o miejsca parkingowe. „Uprzejmość” kierowców trzeba sobie po prostu wymusić siłą i rozpędzoną albo trąbiącą na innych toną blachy. Inni kierowcy przyhamują i wpuszczą nas tylko dlatego, by sobie nie rozbić auta. Wjadą z innego pasa w ostatniej chwili pod sam sygnalizator, by nie stać na końcu kolejki. Wyprzedzą innego kierowcę z redukcją biegu, z maksymalnym wykorzystaniem mocy silnika i chwilę później z ostrym hamowaniem, by tylko zyskać jedną pozycję w sznurku samochodów. W USA przejechałem ponad 10tys. kilometrów. Drogami wielopasowymi i jednopasami i… widziałem tylko dwa wyprzedzania. Tam i pasów jest więcej, i nikomu tak się na tamten świat nie śpieszy. Ale i każdy ma pod stopą te 150-300 koni mechanicznych i nie wlecze się 40-stką po mieście. Matko, jak w te 4,5 miesiąca zmieniła się Polska…

Było o paliwie, a teraz będzie o jego „spożywaniu”
przez amerykańskie samochody. W końcu mężczyzna ze mnie, więc samochody, to TO
(prócz kobiet), co nas, facetów kręci najbardziej. Dawniej, gdy paliwa były
tanie, najważniejszą wytyczną dla Amerykanina przy zakupie nowego auta było…
by było ono Made in U.S.A. Amerykańskie w świadomości Amerykanów zawsze
oznaczało: najlepsze, największe, najbardziej proste, więc i niezawodne. Żadne
tam japońskie elektroniczne „bajery” czy minimalizacje. Żadne tam niemieckie wynalazki inżynieryjne. Dlatego silniki
większości rodzinnych samochodów w USA miały przynajmniej po 4-5litrów
pojemności. Mocy z takich silników mocno nie wyciągano, by dłużej mogły służyć
i rzadziej się psuć, więc „skromne” 200-250KM w samochodzie służącym
do wożenia rano dzieci do szkoły było normą. Tak więc dawniej kupowało się
Forda, Chevroleta, Chryslera, Buica, Dodge, czy Pontiaca, a bogatsi nabywali Cadillaca
lub Lincolna i wszystko było jasne – im bardziej prestiżowy znaczek na masce i im więcej koni mechanicznych, tym lepiej.

Jednak, gdy benzyna od tamtego czasu podrożała prawie
czterokrotnie, to teraz ważna jest wysoka wartość innej liczby. Nie
oznaczającej już ilości KM (koni mechanicznych), zwanych tutaj hp (Horse
Power), a coraz ważniejszą „jednostką” jest MPG (czyli miles per
galon). Oni właśnie tak określają spalanie auta, czyli to, ile mil przejedzie
ono na jednym galonie paliwa. W reklamach telewizyjnych większości aut ta
właśnie wartość jest eksponowana bardziej, niż wszystkie inne bajery, w które auto
jest wyposażone. W końcu za bajery płaci się tylko raz, a za benzynę do auta
przez wszystkie lata posiadania samochodu. Nasz samochód przejeżdża na galonie
najwięcej w swojej klasie – aż 30MPG! Nasz pickup przejeżdża aż 20 mil na
galonie, itd. Tu nigdzie w reklamach nie pada ani pojemność silnika, ani tym
bardziej moc auta. U nas wszyscy producenci chwalą swoje turboDiesle, szczycąc
się mocą silnika wydobytą z 2litrów pojemności, oraz ilością litrów niezbędną
do jego zasilenia – zazwyczaj poniżej 5litrów na 100km.

Stosując prostą kalkulację, że skoro jeden galon to
3,8litra, a jedna mila to 1,61km, więc spalając 1galon na jedną milę
otrzymujemy spalanie 273litrów na 100km. Wystarczy zatem podzielić 273 przez
ilość mpg i już mamy normalny przelicznik, czyli ile owo auto pali litrów na
sto przejechanych nim kilometrów.

Bezkonkurencyjna w USA pod tym względem jest Toyota
Yaris. Oczywiście tu Yaris ma silnik przynajmniej 1,6litra, a wyposażenia
dodatkowego tyle, że 40mpg (6,8l/100km, oczywiście jest to minimalne spalanie
przy ekonomicznej jeździe na pustej autostradzie, zapewne na najlepszym
paliwie) ciągle jest o wiele za dużą wartością jak na polskie realia. Ale skoro
większość samochodów nie przejeżdża średnio nawet 25mil na galonie, wartość
40mpg jest wręcz jakby jazdą na oparach:)

Tu tak naprawdę nie tylko pojemność silników oraz moc aut
powodują duże spalanie paliwa. Ważny jest też tutejszy styl jazdy. Tu ze
świateł rusza się bardzo szybko. Nikt tu nie musiał nigdy uczyć się
ekonomicznego ruszania, optymalnej zmiany biegów przy 2tysiącach obrotów na
minutę (bo tu wszyscy mają automatyczne skrzynie biegów), więc gaz wciska się
często „do podłogi”. Tu wyjeżdżanie z bocznej uliczki na główną drogę
nie oznacza czekania na kilkaset metrów pustej jezdni, ale na szybkie i w miarę
płynne włączenie się do ruchu. Tu jest tyle tych idiotycznych STOPów, że zanim
wyjedzie się z osiedla, trzeba, (jeśli jedziemy zgodnie z przepisami) około
5-6razy zatrzymać i ruszyć 2tonową lub jeszcze cięższą masę stali na kołach.

A odnośnie STOPów właśnie. W Polsce panuje zasada, (czyli
przepis kodeksu drogowego), że jeśli znaki nie wskazują inaczej, panuje
„zasada prawej ręki”. Oznacza to, że nadjeżdżający z prawej strony
zawsze ma pierwszeństwo. Jak ktoś chce ładnie i zgodnie z przepisami rozbić
auto, to wystarczy pojechać na dowolny parking przed supermarketem. Wyjechać z
prawej strony z alejki, przy której znajdują się miejsca parkingowe na szerszą
drogę dojazdową do owych alejek i… mamy widowiskowe boom. Bo 99,9% kierowców uważa,
że jeśli jedzie szerszą drogą, to mają pierwszeństwo. A przecież tak nie jest.
Dlatego właśnie, żeby uniknąć takich sytuacji w USA, wszędzie są te nieszczęsne
STOP-y. Ale czasami naprawdę stoją w idiotycznych miejscach. Oczywiście
kolejność ruszania na takich skrzyżowaniach wyznacza to, kto pierwszy się przed
owym stopem zatrzyma i odliczy przepisowe 5sekund zatrzymania auta.

Właśnie pokazują najnowszy trend w sprzedaży aut w USA.
Rok temu małych aut sprzedawało się 1 na 8 sprzedanych. Obecnie już jeden na
pięć sprzedanych nowych samochodów jest pojazdem małym. Małe w USA oznacza np.
Forda Focusa, Hondę Civic, Toyotę Corollę, VW Golfa (nazywanego tu Rabbitem)
czy przebój rynku – Toyotę Yaris. Jak widać, są to w większości auta japońskie
i europejskie. Amerykanie nie nauczyli się jeszcze robić rzeczy małych,
szczególnie samochodów. No, no.. jeszcze kilka lat i się durnie nauczą używać
silników Diesla. Tu na olej napędowy jeżdżą jedynie ciężarówki. I w niektórych
stanach ich kierowcy strajkują przez katastrofalną cenę tego paliwa (ok
4,5$/galon). W kampanii wyborczej na prezydenta USA zarówno Barack Obama jak i
John McCane obiecują obniżyć wszystkie możliwe podatki na paliwo, szczególnie w
dwa dni w roku, gdy cała Ameryka jedzie do swojej rodziny świętować – to
Memorial Day (święto typu naszego Święta zmarłych + dzień wspominania
wszystkich poległych na wojnach) oraz Święto Niepodległości.

Jeszcze kilka słów o salonach samochodowych i komisach
aut. Jest tam jedna dobra rzecz. Wszystkie samochody mają we wszystkich
salonach jednakowe wywieszki. Tzn., że dowiemy się o każdym samochodzie, każdej
marki tego samego na wywieszce o takim samym lub bardzo podobnym wzorze
graficznym. Największymi cyframi wypisana będzie wartość… MPG. Dwie liczby
oznaczające spalanie w mieście oraz na autostradzie. Np. 14 i 19MPG dla Chevy
Suburban. Poniżej mniejszymi, że powyższa wartość może się różnić w zależności
od stylu jazdy kierowcy (11-17MPG w mieście i 15-23MPG na autostradzie). Na
owej wywieszce obliczą nam też roczny koszt paliwa (po przejechaniu średnio
15tys. mil, tankując FlexFuel po 2,8$ za galon). Zobaczymy także bazową cenę tego
modelu, oraz cenę za egzemplarz, na którym jest owa wywieszka naklejona.
Zobaczymy ilość gwiazdek w testach bezpieczeństwa, lata gwarancji, itd. Oraz,
co jest dla Amerykanów bardzo ważne – w ilu procentach auto jest wykonane w
U.S.A./Kanadzie lub przynajmniej z amerykańskich komponentów.

1. Ujednolicona wywieszka sprzedażowa na amerykańskim samochodzie (window sticker). Z największych liczb dowiemy się o spalaniu auta. Z innych m.in. w ilu procentach auto jest Amerykańskie, a w ilu % mieszali w nim swoje paluchy np. w tym przypadku Meksykanie.
2. Grafika doskonale przedstawiająca światowy rynek motoryzacji. W 2006 roku w USA sprzedało się 16,6 miliona aut, przy średniej cenie auta 28,300$, a wartość rynku wyniosła 470miliardów dolarów. To więcej, niż pięć kolejnych państw razem wziętych!
3. Tabelka sprzedawalności aut w 2009 roku. W czerwcu 2008 królowała Toyota, której modele Camry i Corolla/Matrix sprzedały się w 83,752 szt, zostawiając w tyle Hondę Accord/Civic – 79,671 szt. i deklasując Forda Fusion/Pickupy model F – 53,515 szt. Rok później, gdy ceny paliw spadły, a rząd USA dotował koncerny motoryzacyjne tak, że te prawie rozdawały auta za darmo, proporcje się zmieniły. Toyota 46,329 szt., Honda 44,909 szt., Ford 54,476 szt. Tylko te trzy marki x 12 miesięcy = prawie 2 miliony nowych aut rocznie!
skomentuj proszę tę notkę.

Paliwo w USA…
Ropa naftowa to dosłownie TO, co napędza Amerykę, więc paliwo zasługuje na osobną notkę. Ropa napędza amerykańską gospodarkę (cały przemysł motoryzacyjny). Ropa napędza także amerykański przemysł zbrojeniowy (bo przecież o ropę toczy się wojna w Iraku, zacznie się wojna w Iranie, o ropociągi walczy się w Gruzji, Czeczenii, walczyło w byłej Jugosławii, itd.) Co dziwne, zawsze gdy na danych terenach znajdują się złoża roponośne, to religią panującą w tym rejonie jest Islam.

Oczywiście wszyscy chcieliby móc w Polsce tankować benzynę po około 2,2zł/litr (kalkulacja na dzień 4września 2008, a rok później tj. w październiku 2009 jest to 1,75zł/litr). Tutaj macie zawsze aktualną cenę paliw w całych Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Ale, gdy okazuje się, że za te 3,6$/galon (w najtańszych paliwowo stanach około 3,3$, a najdroższych już ponad 4$/galon, a rok później odpowiednio 2,6$ i 3,5$ za galon) nalejemy nie naszą 98-mkę czy 95-tkę, a jedynie 87 oktanów, przestaje dziwić fakt, że jest ona tak tania. Chociaż niby nie, bo w USA określa się liczbę oktanową za pomocą MON (Motor Octane Number), gdzie europejskim odpowiednikiem amerykańskiej LO 87 jest nasza pospolita 95-tka wyznaczana metodą RON (Research Octane Number). Tu jeszcze na wielu stacjach można zatankować (za ok. 3$/galon, a jesienią 2009 za 2$/galon) 85-tkę! Jest to etanol, nazywają go oni tu (FlexFuel), co chyba odpowiada naszym BioPaliwom. Oczywiście tu nie zatajają faktu, że ma ono tak niską wartość energetyczną, chociaż gdy poszukałem na Necie to niby ma przelicznikowo względem zwykłej benzyny 100-105 oktanów! Trudne to wszystko do pojęcia, jak ceny paliw w Polsce!;) W USA jeżdżą na Flexie tylko te… nowocześniejsze auta, zazwyczaj furgonetki o dużych silnikach o wysokim stopniu sprężania. To, że jeżdżą na Flexie jest dobrą kartą przetargową producenta samochodu w walce o klienta – „Naszym autem, na Flexie oszczędzisz 1,500$/rok. (po przejechaniu 75tys.mil rocznie).
Olej napędowy kosztuje dziś około 4,2$/galon, by rok później stanieć na 2,85$/galon. Chyba zmieniono opodatkowanie diesla, a co za tym idzie znacząco obniżono jego cenę, by ludzie powoli przyzwyczajali się do oszczędnych turbodiesli. Na stacjach najczęściej wkłada się w dystrybutor kartę kredytową, naciska się guzik z liczbą oktanową paliwa (od 87, 89, po 92), leje tyle ile się zechce i odjeżdża. W dzień można także zatankować i zapłacić gotówką, ale nocami najczęściej najpierw należy zapłacić, a później można tankować. Prawie codziennie w wiadomościach pokazują kolejnego kierowcę, który zaparkował swoje auto przy dystrybutorze, zatankował, poszedł zapłacić, a tu mu jakiś „czarny” nim odjechał, bo kluczyli zostawił w stacyjce, a czasem i włączony silnik (tu się go nie gasi, gdy się wychodzi na krótko, bo nie trzeba oszczędzać na wypalanym darmo paliwie).
O 75 centów podrożało w USA paliwo w ciągu ostatniego roku (od maja 2007 do maja 2008). 9centów podrożało w ciągu ostatniego tygodnia. A od mojego przylotu, gdy na „mojej” stacji benzynowej Speedway kosztowało odpowiednio: Regular (87oktan) – 3,29$; Plus (89okt) – 3,39$; Premium (92okt) – 3,49$, po miesiącu trzeba było wydać już odpowiednio: 3,57$; 3,67$; 3,77$, a na Diesla – 4,19$. Paliwo jest kolejną z tych rzeczy (prócz żywności), na którą nie nakłada się 6% podatku obrotowego (tzw. TAX). Tzn. podatek jest już wliczony w cenę, a nie, jak ze wszystkimi innymi rzeczami, dopiero przy kasie zapłacimy 6% więcej, niż wynosi cena na metce czy opakowaniu. W końcu paliwo to to, co napędza Amerykę dosłownie i w przenośni.
Na stacji Shell też mają superpaliwo V-Power. U nas ma ono niby 99oktan, a tu tym super extra paliwem jest 92oktanowe:) Ale po co się tu tym martwić, skoro moc auta zaczyna się od 200KM, więc ewentualna strata kilku koni mechanicznych przez zatankowanie gorszego paliwa jest niezauważalna. Ale przez zauważalny wzrost cen paliw zaczęły się oszustwa na stacjach benzynowych. Galon coraz częściej nie ma objętości galona, a np. 3,5litra, a paliwo 87 czy 92 oktanowe ma oktanów o wiele mniej, niż jest napisane na dystrybutorze. Dla Amerykanów obecne ceny są kosmiczne. Codziennie padają te właśnie słowa – price from space. A granicą psychologiczną, którą do wakacji (pisałem tę notkę w maju) może osiągnąć galon paliwa są cztery dolary za galon (zaznaczam, że w Polsce obecna cena wynosi około 7,5$/galon – przeliczając przy cenach w Polsce po 4,5zł/litr, a 1$= 2,3PLN). Jeśli tankować, to najlepiej rano, bo cena jest niższa. Właściciele stacji robią taki myk, że rano obniżają cenę, bo wszyscy pędzą do pracy i nie mają czasu zatankować. Ale w głowie koduje się im, że na owej stacji było tanio. Wracają, cena jest już o 10centów wyższa, więc oszczędzający niestety musi ją zapłacić, by następnego dnia dojechać do pracy (a jeździ się do niej nieraz i po 100mil dziennie, czyli wypala około 3-5galonów, podczas gdy przeciętny zbiornik mieści ich około 16.
W Polsce na każdej stacji benzynowej jest kilkanaście kamer śledzących klientów, czy czasem nie uciekną z bakiem pełnym paliwa. Tu pewnie też uciekają, ale tu strata jest niewielka. Cały 60litrowy zbiornik kosztuje ok. 50$, więc po co się narażać? Że też nikt jeszcze nie odkrył, że można podjechać na stację benzynową z np. „pożyczonymi” od jakiegoś wraku tablicami rejestracyjnymi i spokojnie później odjechać;) Albo podjechać przodem auta, (z przodu w stanie Michigan nie trzeba mieć tablic rejestracyjnych, zatankować i odjechać na wstecznym?;)
No i wykrakałem. Wystarczyło tylko poczekać 3tygodnie od mojego przyjazdu do USA, gdy to w ciągu tygodnia litr paliwa podrożał o 9centów (do około 3,50$/galon), by lawinowo namnożyły się ucieczki z bakiem pełnym paliwa bez płacenia za nie.
Codziennie w wiadomościach jest informacja o „Jump on the pump” czyli o skoku (ceny) na dystrybutorze, albo pojawia się Pump Raport. U nas jest informacja o stanach na giełdzie czy sytuacja pogodowa, a u nich o dzisiejszej cenie paliwa. Przed wojną w Iraku płacili za nie niecałego dolara za galon. Jeszcze kilka lat temu było po niewiele ponad dolar za galon, więc teraz, gdy płacą 3-4x tyle, to naprawdę jest powód do narodowych wywodów i analiz.

W różnych konkursach w radio albo w telewizji dawniej, podobnie jak u nas, można było wygrać np. darmowy weekend w SPA, wycieczkę, kosmetyki, a obecnie… talon na paliwo. Naprawdę! W końcu tu każdy ma samochód, więc i każdy musi wydawać coraz więcej na paliwo. Tanie SPA może sobie tanio wykupić w ofercie LastMinute, wycieczkę podobnie, na dobrą cenę kosmetyków zapolować w jakiejś promocji, albo otrzymać w prezencie, ale paliwo już tańsze nie będzie. Talon na Free Gas za 100- 200 czy 500 dolarów, albo na 100galonów paliwa jest obecnie pragnieniem milionów Amerykanów. Jest idealnym prezentem na Dzień Matki (obchodzą go tutaj 11maja). A Chevrolet, do kilku modeli nowozakupionych samochodów daje kartę upoważniającą do tankowania przez rok lub dwa lata, paliwa po 2,99$/galon. Później taką samą promocję dla swoich klientów wprowadził Chrysler, Dodge i Jeep. Akcja zwie się LetsRefuelAmerica.com. Jeśli jest to oferta bez żadnych ograniczeń (np. maksymalnie 100galonów miesięcznie), to myślę, że można „puścić Chevroleta z torbami”. Oni po prostu nie wiedzą, co potrafią nasze „mrówki”, które jadą na Ukrainę lub Białoruś, tankują pełen zbiornik taniego paliwa, w Polsce je wypompowują, znów jadą na za wschodnią granicę, tankują i tak w koło zarabiając jedynie 1PLN na litrze. Niech tylko paliwo dojdzie do 5$/galon, wtedy taka zabawa z kuponami paliwowymi Chevroleta opłaci się nawet w Ameryce. Do osobówki wchodzi około 16galonów, ale do Pickupa już po 30-40galonów.
A jednak… – gdy poznałem szczegóły promocji wszystko stało się jasne. Paliwo należy się nam po te 2,99$/galon tylko przez pierwsze 12tys. mil w danym roku. Jedynie to najtańsze (87oktan) lub diesel. Tankowane jedynie na wybranych stacjach przy pomocy karty kredytowej, by można to było kontrolować. Oj, muszą mieć jakiegoś Polaka w zarządzie Chevroleta;)

Kolejna rada, by oszczędzić benzynę – jeździć z zamkniętymi oknami, bo otwarte okna powodują większe opory powietrza i spalanie paliwa. Wypakować z samochodu wszystkie zbędne rzeczy, by auto ważyło jak najmniej, przez co będzie szybciej i bardziej ekonomicznie się rozpędzało. A nie ukrywam, że w amerykańskich, wielkich bagażnikach można czasem zmieścić pół garażu zbędnych rzeczy. Teraz tylko pora na poradę typu – należy schudnąć do normalnych, europejskich rozmiarów, przez co średnia statystyczna amerykańska rodzina będzie miała 100-150kg mniej do wożenia w samochodzie.
I kolejna porada w kolejnych wiadomościach, tym razem mechanika samochodowego, by za 400-1200$ wymienić filtr paliwa i pompę paliwa. Wtedy cały układ będzie działał bardziej sprawnie, a co za tym idzie – oszczędnie. Taki spryciarz!

No i wreszcie ktoś (jeden z dziennikarzy TV) normalnie spojrzał na tzw. „oszczędności”. Ja widzę je od razu. Np. jednym rzutem oka na tablicę z cenami paliw, że obecnie nie ma sensu lać paliwa Flex (85oktanowego za 3,10$) tańszego od zwykłego paliwa zaledwie o około 50centów, czyli około 15%, bo silnik musi go spalać o 15-20% więcej, więc nie ma oszczędności finansowej, a strata. Wreszcie zrobili kalkulację, jak daleko może być oddalona tańsza stacja benzynowa, która proponuje paliwo o 10centów tańsze, by nam się opłacała wycieczka do niej. Przy prawie pustym baku, byśmy mogli zatankować do pełna, stacja nie może być dalej niż 3mile. Bo inaczej potencjalny zarobek zeżre nam koszt dojechania do owej stacji. A może po prostu wystarczy przesiąść się do malutkich samochodów, jak robi to większość cywilizowanego świata? Może Amerykanie kiedyś do tego dojrzeją. Bo już naprawdę jest nudne, że przynajmniej 20% wiadomości dziennie to kolejne wydarzenia przy dystrybutorze. Narzekania klientów stacji benzynowych, narzekania właścicieli stacji na coraz częstsze kradzieże paliwa, porady ekspertów, co robić, by auta mniej paliły, itp.

Jest 23maja (notka została napisana w maju, ale obecne ceny przekalkulowałem na wrzesień). Benzyna już wszędzie w stanie Michigan przekroczyła 4dolary za galon. A jeszcze kilka m-cy temu to był najczarniejszy scenariusz, który miał się spełnić (a najlepiej, by nigdy się nie spełnił) co najwyżej dopiero w wakacje, gdy Amerykanie zaczynają masowo podróżować. Za 3dni (26maja) jest w USA święto Memorial Day. Wypada w poniedziałek, więc mają przedłużony weekend. Oczywiście w kraju pracoholików nie mówi się o przedłużonym weekendzie (które w Polsce potrafią mieć nawet 9dni, gdy odpowiednio weźmie się 2-3dni wolne w okolicach 1-3maja). Tu mówi się nie o dłuższym weekendzie, a o krótszym tygodniu pracy. Pytają w TV, co planują w tegoroczny, ostatni majowy, 4dniowy tydzień pracy? Zazwyczaj jechało się całą rodziną w jakiś ciekawy zakątek stanu, którego jeszcze nigdy się nie widziało. Ale przy obecnych cenach benzyny, Amerykanie w te święta przejadą 11miliardów kilometrów mniej, niż rok temu.

I kolejna nowinka. Z racji drogiego paliwa, niektóre firmy wprowadziły… 4dniowy tydzień pracy dla swoich pracowników. 4dni w tygodniu pracują po 10godzin, i jeden dzień mają wolny. To pozwala zaoszczędzić ponad 20% na paliwie. Tu średnio dojeżdża się do pracy około 30mil, a nierzadko nawet i 100mil (czyli 160km, którą to odległość tutejszymi autostradami pokonuje się w 1,5godziny – czyli tyle czasu, ile zajmuje „dobry” korek w Warszawie;)

Właśnie jakiś polityk rozpoczął burzę wypowiedzią, że ceny paliw powinny być wysokie, a nawet jeszcze wyższe, by ludzie musieli kupować mniejsze i oszczędniejsze auta. Ale Ameryka nie dojrzała nie tylko do małych aut, ekologii, ale nawet do oszczędnych silników na ropę. W Polsce już ponad 60% sprzedawanych nowych aut to TurboDiesle, a u nas? No i się stało… po raz pierwszy słowa „u nas” dotyczą Ameryki. Czyli powoli się amerykanizuję?! No way!

A kilka dni później nowy trend na stacjach benzynowych. Cena za paliwo, gdy płacimy kartą kredytową wynosi 3,74$, ale gdy zapłacimy gotówką, to wynosi już tylko 3,65$. Dlaczego? Bo ludzie tankują za coraz mniejsze kwoty (są tak naiwni, że myślą, że jutro będzie taniej!), więc opłata jaką ponosi właściciel stacji benzynowej za obsługę karty kredytowej klienta jest niemałą częścią jego zysku. Więc woli dać 9centową zniżkę na galonie za płatność gotówką, niż tracić centy lub procenty, gdy ktoś zatankuje kartą za np. 15dolarów.
Kolejna nowość. Można sobie wgrać do telefonu komórkowego specjalną aplikację (albo wejść na odpowiednią stronę jak mamy tel. z przeglądarką) i telefon sam pokaże drogę, albo przynajmniej poda adres najbliższej taniej stacji benzynowej. Oni naprawdę dostali fioła na punkcie cen paliwa. Codziennie w każdych wiadomościach jest jakaś nowinka odnośnie tego, jak mniej płacić za benzynę.
Jeden z właścicieli stacji obniżył cenę o 20centów na galonie. Co się wówczas stało? Kolejka ustawiła się tak długa, jak u nas za czasów „komuny”. Jeszcze trochę i wprowadzą kartki na paliwo – wreszcie Ameryka ujrzy zalety socjalizmu paliwowego:) Kolejka liczyła kilkaset metrów, trzeba było czekać około godziny na zatankowanie. Znając głupotę Amerykanów, pewnie połowa z tankujących i tak nie zatankowała do pełna – bo z pustym bakiem nie przyjechali. A nawet gdyby zatankowali cały zbiornik, to zarobiliby na nim około 3$ (16galonów x 0,2$). Tak tu się oszczędza. W ciągu tej godziny ciągłego podjeżdżania w kolejce wypalili… pewnie paliwa za 4$. Może nawet zwolnili się z pracy, tracąc godzinową pensję, by taniej zatankować? Tylko oni tak to potrafią.
A teraz w poważnym programie porównują wszystkie możliwe metody oszczędzania paliwa – od dodatków uszlachetniających do benzyny, przez tankowanie paliwa lepszej jakości (droższego, ale silnik mniej go spala), przez megnetyzery paliwa, jakieś inne cuda i perpetuum mobile, po ogniwa paliwowe, auta hybrydowe i przerabianie diesli na olej z frytek (oleju takiego wszelkie McDonalds’y, Burger Kingi, itp. produkują dziennie setki ton).
Terenowy hybrydowy Lexus RX400h jest jedynym autem, które widziałem, by w mieście paliło mniej, niż na autostradzie (w mieście 10,5l/100km, na HighWay’u – 11,4l/100km). Oczywiście nie podają, co jaki czas trzeba wymienić te kilkanaście akumulatorów w Lexusie, oraz ile taka wymiana kosztuje. I czy takie auto sprawdza się tam, gdzie zimą temperatura spada do -20stC, wtedy sprawność i pojemność akumulatorów BARDZO spada. Ale w Kalifornii i Arizonie, gdzie zima oznacza spadek temperatury z +40stC do +20stC, takie auta na pewno mają rację bytu. Albo i w ogóle auta w pełni elektryczne, gdyż prąd mają tutaj taniutki.

I kolejne wiadomości i kolejne przebłyski amerykanizmu. W wysokiej cenie benzyny oni oczywiście odnajdują też dobre strony. Wiele osób rzuca palenie, bo skoro rośnie ilość pieniędzy przeznaczanych na paliwo, to brakuje ich na różne zbytki. Na jedzenie zawsze wystarczy, ale już papierosy po 4,5-5$ to ponad galon paliwa. Nikt nie rzucał palenia, gdy za jedną paczkę papierosów miał 2-3galony benzyny. Ale teraz, gdy za paczkę fajek ma się jedynie galonik paliwa, wszyscy na potęgę chcą zamienić papierosy na benzynę. Na wielu stacjach na tablicach z ceną paliwa są wywieszane cztery ceny: Cena paliwa najtańszego, najdroższego, Diesla oraz taką samą czcionką… cena paczki Marlboro.
Jedyną osobą naprawdę się cieszącą z ceny paliwa sięgającej 4$ za galon jest… właściciel fabryki cyferek. Całą dobę, pełną parą produkuje te wszystkie czwóreczki, które wkrótce zostaną wystawione na wszystkich przystacjowych tablicach i pylonach z cenami. I ma nadzieję, że za kilka miesięcy takim samym powodzeniem będzie cieszyła się piątka.

I znów coś nowego. Po autostradach w USA jeżdżą takie specjalne samochodu, które pomagają ludziom zepchnąć auto, odholować, zabezpieczyć, by ich jakiś 40kołowy truck nie zmiażdżył na poboczu czy na wolnym pasie. Oczywiście na swoim pokładzie taki samochód ma wiele galonów paliwa dla wszystkich tych, którym go zabrakło. Dostaje się za darmo 1galon benzyny, by dojechać do pierwszej stacji. Za darmo, by wszystko trwało jak najkrócej i nie było niebezpieczeństwa, że jak ktoś będzie za takie paliwo płacił, czy podawał dane, to ich wszystkich za kilka dolarów roztrzaska jakiś pędzący TIR. I co teraz się dzieje? Coraz więcej osób staje na autostradzie i udaje, że brakuje im paliwa. Dzwonią po pomoc, pan przyjeżdża, wlewa galon paliwa i taki delikwent odjeżdża, by chwilę  później powtarzać taki sam numer na innej autostradzie, albo dzień później na tej samej. Zaczynają kombinować… Wkrótce powiedzenie „Polak potrafi” zamieni się, albo przynajmniej dostanie przyrostek „Amerykanin też próbuje”


Sorry, jak komuś notka wyda się nudna, ale wyczerpałem w 101% amerykański temat paliwowy.

1. Najdroższe dostępne w USA paliwo – Shell V-power, 99 oktanów wg. norm europejskich, cena… 1,92zł/litr.
2. Dystrybutor paliwa. Miejsce na kartę kredytową, a na górze monitor LCD na którym lecą reklamy, byśmy w momencie tankowania się nie nudzili;)
3. Wiele skrzyżowań w USA wygląda tak, jak tutaj – cztery stacje benzynowe po jednej w każdym narożniku skrzyżowania. Tutaj Citgo, w tle BP, a po przekątnej Speedway i Marathon.

Myślałem, że w USA wszystko jest łatwe. A przynajmniej łatwiejsze niż w Polsce. Że tu, dokumenty (szczególnie te niezbędne do prawnego funkcjonowania, takie jak Prawo Jazdy lub ID) zdobywa się łatwo i bez zbędnych kłopotów i formalności. Może i kiedyś tak było (przed zamachami 9/11). Może jeszcze przed rokiem było łatwiej (przepisy odnośnie wydawania prawa jazdy w stanie Michigan zaostrzyły się na początku 2008 roku). Może dla rodowitego obywatela USA to wszystko jest prostsze, niż dla napływowego rezydenta, no, ale bez przesady! Dawniej (nawet jeszcze w 2007roku) można było sobie wyrobić (w stanie Michigan) prawo jazdy bez numerku SSN. Czyli każdy odwiedzający USA w celach turystycznych (czyli tak, jak robi to większość naszych Rodaków), komu po 1-3miesiącach przedawniało się prawo do poruszania się samochodem na podstawie polskiego prawa jazdy, mógł sobie wyrobić amerykańskie Driver’s License. Teraz niestety procedura jest bardzo złożona. A dla mnie wydaje się wręcz… DEBILNA!

W USA obowiązują procedury. Gdy przyjeżdża karetka do kogoś, kto nie żyje już od kilku dni, to zgodnie z procedurą sprawdzą jego puls – ZERO! Jego temperaturę? 22stC. I poddają go eletrowstrząsom, pomimo tego, że to trup, który psuje się od kilku dni, i efekty tego psucia się czuć już bardzo wyraźnie. Procedura wymaga właśnie takich zachowań i czynności, i tak też wszyscy ratownicy postępują, by nikt nie zarzucił im zaniedbania swoich obowiązków. Podobnie urzędnicy we wszystkich amerykańskich instytucjach. Ludzie pracujący w urzędach są jedynie przedłużeniem komputera. Takim rozszerzeniem peryferyjnym, jak myszka lub klawiatura. To jedynie urządzenie wejścia – wyjścia informacji. Jeśli w odpowiednią rubrykę taka osoba nie wpisze odpowiednich danych, z jedynie uznanych proceduralnie dokumentów, to dalej nie ruszy nawet, gdyby była ciągnięta przez wielkiego TIRa lub Mariusza Pudzianowskiego. Oznacza to, że jeśli legalności mojego pobytu w USA nie stwierdzę moim numerem SSN wypisanym na oryginalnej karcie SSN, drukiem W-2 lub SSA-1099, albo książeczką wojskową USA, ale przyniosę jakieś pismo urzędowe, w którym ów numer się znajduje czarno na białym to i tak nie przekonam pani z okienka, że mam prawdziwy numer SSN. Bo dla niej wcale nie jest oczywiste, że skoro mam dokument, do otrzymania którego SSN był niezbędny – np. Zieloną Kartę, i muszę mieć SSN, by móc mieć tę Zieloną Kartę – to ona po prostu nie ma o tym pojęcia! Przekładając to na polskie realia, to coś takiego, jakby musiała zaznaczyć w komputerze, czy mam zdaną maturę, a ja zapomniałbym mojego świadectwa maturalnego, ale zamiast tego wylegitymowałbym się dyplomem ukończenia wyższej uczelni, a pani nie wiedziała, czy ma zaznaczyć, że mam maturę. Ja pokazuję Pani, że mam dyplom ukończenia Politechniki, że jestem inżynierem, że przecież nie mogę pójść na studia bez matury – a ona – pokaż świadectwo maturalne, bo tak mi nakazuje komputer, bo ja nie wiem, co to dyplom ukończenia uczelni wyższej, bo sama ukończyłam tylko przedszkole. Koniec kropka.

Tak więc niezbędną kartkę z moim numerem SSN oczywiście miałem. – OK.
Świadectwo legalności mojego pobytu w USA można stwierdzić: aktem urodzenia w USA, amerykańskim paszportem, Zieloną Kartą, świadectwem obywatelstwa, świadectwem naturalizacji, itp. – ja pokazałem moją Zieloną Kartę – OK.
Moją tożsamość można stwierdzić za pomocą przynajmniej dwóch dokumentów: polskim prawem jazdy (najczęściej trzeba je tłumaczyć, albo najlepiej już w Polsce wyrobić sobie międzynarodowe prawo jazdy, na którym można jeździć w USA) kobieta wykazała się dobrą wolą i chciała dostrzec, że na przedniej stronie polskiego prawa jazdy przebiegają różowe napisy we wszystkich unijnych językach, że jest to Prawo Jazdy, Driver License, itd; – OK


No i zaczyna się kuriozum -
dowód mojego zamieszkiwania w stanie Michigan. Najważniejsze są… rachunki wystawione na mnie. Przybyłem zaledwie kilka dni wcześniej, mieszkam za darmo w domu mojej matki, a oni chcą, bym przedstawił jakiś rachunek wystawiony na siebie, np. za wodę, za gaz, za telefon, za internet. Jak nie rachunki, to ratę kredytową za cokolwiek – np. że spłacam samochód. To może chociaż list z banku, że posiadam u nich konto i przynajmniej jeden „wyciąg” wysłany na mój michigański adres. Korespondencja lub cenzurka ze szkoły wysłana na mój adres. Ichni PIT lub inny dowód opłacania tu podatków stanowych lub federalnych. Polisa zdrowotna, polisa na życie lub polisa samochodowa wystawiona na moje nazwisko i adres. Itp.
Pokazuję kobiecie i tłumaczę jak krowie na pastwisku, że otrzymałem już pięć ważnych listów od urzędów imigracyjnych USA wystawionych na moje nazwisko i wysłanych na mój michigański adres. Jest to list z U.S. Citizenship & Immigration Services, w którym przysłali mi moją zieloną kartę, jest to list z Departamentu of Homeland Security z notą powitalną w USA, oraz list z dupy Maryny, w którym otrzymałem moją Social Security Card. Wszędzie widnieje moje imię, nazwisko oraz michigański adres. No, sorry, ale tych urzędów nie ma na liście.

No KURWA MAĆ! To ja kilka dni po przyjeździe do USA mam mieć już wystawione na siebie kilka rachunków za media, kilka wyciągów z konta w banku, w którym nigdy przedtem nie byłem, mam mieć udokumentowane trzy lata nauki w szkole, z której otrzymywałem listy z ocenami?! Chcę zdobyć dokument niezbędny do życia, pracowania, dojazdu do szkoły, a tu muszę mieć jakieś debilne i nieosiągalne dla nowoprzybyłego obywatela świstki papieru. Mam polski paszport, amerykańską wizę, zieloną kartę, SSN, polskie prawo jazdy, polski dowód osobisty, a nie mam rachunku na 10$ za 100kWh zużytego prądu i dupa z tego wszystkiego? Mogłem sam sobie w domu na drukarce wydrukować rachunek za skoszenie trawy przed domem i pewnie by to wystarczyło.
Nie wiem, jakie problemy mają obcokrajowcy z wyrobieniem sobie prawa jazdy w Polsce. Ale myślę, że jeśli mają kartę stałego pobytu, to jak tylko zdadzą jakimś cudem niezbędny test teoretyczny i jeszcze większym cudem egzamin praktyczny, to nikt im nie utrudnia życia. Tu myślę, że z papierami będzie o wiele większy problem, niż z egzaminami.

I na czym stanęliśmy? Na najbardziej kuriozalnej sprawie – miejsce mojego zamieszkania w USA. Tu nie trzeba się meldować, więc jedynym dowodem zamieszkania są… rachunki. Wynajmujemy mieszkanie, następnego dnia możemy, a nawet powinniśmy wszystko przepisać na siebie. Wszystkie czynsze, opłaty za gaz, prąd, telefon – to jest dowodem naszego zamieszkiwania pod adresem, którym się posługujemy. Ewentualnie może być wyciąg z banku. Więc skoro przybyliśmy do USA dopiero co, nic na siebie nie mamy, bo mieszkamy u rodziny, a konta w banku jeszcze nie założyliśmy, a jak nawet, to pierwszy wyciąg przyjdzie dopiero po 20stym, to jesteśmy uziemieni na miesiąc, bo nie udowodnimy, gdzie mieszkamy. I tak oto wygląda wolność i swoboda w USA. Nie musisz się meldować, ale przez to tak naprawdę nie istniejesz dla komputerów Secretary od State.

Gdy przyszedł mi wyciąg z banku, że mam tam konto, oszczędności, kartę kredytową, oraz gdy przedstawiłem list ze szkoły oraz certyfikat z owej szkoły, że ukończyłem „English as a Second Language” – mogłem jechać do Secretary of State, by może wreszcie wyrobić sobie to pieruńskie prawo jazdy. Uff, trafiłem na białą panią, co oznacza, że może zrozumie moje położenie. I zrozumiała. Dostałem test do ręki, dowolną ilość czasu na jego rozwiązanie. Test oczywiście dostępny był po polsku i wszystkich innych językach, więc don’t worry imigranci. Zrobiłem 5błędów, więc oczywiście… zdałem. Mogłem zrobić 10, w 40pytaniach. Skoro w USA prowadzą auta różni Bangla, którzy samochód widzieli w swoich krajach jedynie na obrazkach, a całe życie poruszali się co najwyżej na krowie lub osiołku, więc co dopiero ja. Popłynąłem na pytaniach typu: Kierowca prowadzący auto ocenia sytuację na drodze, na którą może zareagować w 4, 8 czy 12sekund, albo kiedy możemy przy wyprzedzaniu schować się przed wyprzedzany pojazd – gdy zatrąbimy przy jego wyprzedzaniu, gdy wyminiemy go ponad 15metrów, czy gdy zobaczymy obydwa jego światła we wstecznym lusterku?;) Nie chciałem przesadzać i robić zdjęć pytań, ale niektóre naprawdę były kuriozalne.

Po zdanym egzaminie teoretycznym (kosztuje 1cent, czyli zdaje się go za darmo), dostałem listę numerów telefonów szkół jazdy lub prywatnych egzaminatorów, którzy mogą mnie przetestować na Road Teście. Zadzwoniłem i umówiłem się na dzień później. Można jechać swoim autem, albo jej (była to kobieta!;) Jeśli swoim, to trzeba mieć oczywiście dowód rejestracyjny, ubezpieczenie, oraz auto powinno być sprawne, bo sprawdzenie jego sprawności w wyniku wątpliwości kosztowałoby 25$. Test kosztuje 40$. A reszta procedury papierkowej w urzędzie dodatkowe 25$. A jeśli własnego auta nie mamy, to za 35$ wynajmujemy auto egzaminatora (w tym przypadku byłby to 2,5tonowy PickUp Ford F150!)

Na początku „plac”. Podjechać do przodu i stanąć na białej linii na asfalcie możliwie blisko zderzakiem. Wycofać tyłem do garażu – po słupkach, po ścianach bocznych, byle zmieścić się w „światło” garażu;) Zrobić kopertę. Zrobiłem kopertę tak, że pół auta wystawało – w końcu to wielka Toyota, a nie mała Corsa, ale oczywiście… wszystko OK. Później pani poprowadziła mnie 10mil po moich najbliższych okolicach i wszystko zdane.
Dziwnie się człowiek czuje, gdy na egzaminie świeci się czerwone światło na skrzyżowaniu, my oczywiście możemy na nim skręcić. Zapytałem uprzejmie czy mogę, pani uprzejmie odpowiedziała, że tak, i wio.

I ponowna wizyta w secretary i… KURWA! To jest państwo DEBILI! Przegięli na pełnej linii! Są po prostu popierdoleni na MAXA! Nie mam słów na głupotę ich administracji publicznej. Byłem tam dzień wcześniej. Przyjmowała mnie ruda pani. Wszystko było OK, więc wydała mi test teoretyczny, który wypełniłem, zdałem. Dała mi więc zaświadczenie, że mam prawo robić sobie test z jazdy. Zrobiłem test z jazdy. Po jego pozytywnym zaliczeniu dostałem piękny certyfikat, że mogą mi wreszcie wydać to pieprzone prawo jazdy. Wracam z nim szczęśliwy do Secretary of State, a tu mi popieprzona inna baba z okienka mówi, że mi ważność wizy wygasła. JAKA KURWA WIZA? Mam zieloną kartę! Teraz wizę mam w dupie. Małpo durna – czemu tak utrudniacie ludziom życie? Nie utrudniamy, takie są przepisy. Ale zobacz, tu na wizie wydanej w ambasadzie USA w Warszawie, amerykański urzędnik Imigracyjny w dniu w którym przyleciałem do USA przybił pieczątkę, która wydłuża ważność wizy o rok. Do czasu otrzymania zielonej karty. – Ale ja nie wiem, co znaczy ta pieczątka. Przefaksowałam twoje dokumenty do Lansing (stolica stanu). Czekaj na telefon, OK? Tak kurwa, wszystko OK.
Gdyby to była Polska, to żadnej takiej sprawy nie pozostawiałem w takim stanie. Pogoniłbym babę do szefa, niech ten przyjdzie, bo mi się nie chce z nią nawet gadać. Przyszedłby szef, popatrzył, posłuchał, pocmoktał, poudawał mądrego i musiał się zgodzić na moją argumentację. I kazałby swojej podwładnej miło się obejść z panem Danielem. Ale tu… tu wszystko jest GŁUPIE. Jej szef jest równie głupi, z tą różnicą, że zarabia trochę więcej.
Talibowie nie będą potrzebowali prawa jazdy, by wjechać ciężarówką pełną materiałów wybuchowych do jakiegoś innego WTC czy Oklahoma City.

Do ludzi z innych stanów USA. Nie piszcie mi zaraz, że to u Was wygląda inaczej. Wiem, że inaczej! W stanie Nowy York zdobywa się punkty. Za każdy dokument jest inna ilość punktów. Możesz się wylegitymować kartą rowerową za 1punkt albo paszportem za 3punkty. Czymkolwiek, by w sumie zebrać 6punktów określających Twoją tożsamość. Jakie dokumenty potrzeba w stanie Michigan, znajdziecie Tutaj.

Baa.. jeszcze lepsza farsa jest z wiarygodnością kredytową. Jeśli jesteśmy „starej daty” i po prostu boimy się „plastikowego pieniądza”, czyli kart kredytowych, płatniczych, debetowych, czeków, itp. A jeszcze bardziej boimy się kredytów, to… w systemie bankowym USA po prostu nie istniejemy! Jeśli wszystko, co mamy, kupiliśmy za gotówkę, to możemy mieć kłopot z kupieniem telefonu, bo operator nie może sprawdzić, czy nie mamy zadłużenia w jakimś banku ze spłatą rat za dom, samochód, meble czy telewizor. A skoro nie ma nas w komputerze, w którym oni sprawdzają wiarygodność kredytową, to nie ma nas wcale!
Baa II… kilka dni temu matka wykupywała sobie ubezpieczenie zdrowotne. Agent przyszedł do domu, skroił ofertę wprost dla klientki i… gdy przyszło płacić pierwszą składkę okazało się, że musi być czek. Czek lub numer karty kredytowej. Żadna inna forma płatności nie wchodzi w rachubę.
- Jak nie to nie, straciłeś klientkę – powiedziała miło matka do agenta.
Ten zaczął wydzwaniać po swoich kolegach agentach, zwierzchnikach, szefach i wreszcie któryś powiedział, że mogą wysłać pocztą dokumenty i rachunek i będzie go można opłacić, tylko, że ubezpieczenie nie będzie działać od chwili podpisania, a dopiero od otrzymania listu i wpłynięcia pieniędzy na konto.
Dlatego właśnie większość sklepów typu market, itp. prowadzą działalność bankową pod nazwą Money Order. To takie coś, jak w Polsce okienka opłat za gaz, telefon, itp. za 99gr, czy 2,50zł za jeden opłacony u nich rachunek. Idziemy do sklepu, chcemy taki niby czek na odpowiednią sumę (np. 22$, bo tyle mamy zapłacić za wodę), sklep nam taki czek drukuje czasami za darmo (np. Kroger w Dearborn) czy za 19, 25, lub 50centów, płacimy te 22,19$ lub 22,25$, podajemy nasze dane i dane odbiorcy czeku, albo dostajemy go „gołego” i w domu wypisujemy na owym czeku, kto go wystawia, (czyli my) no i z jakiej racji (opłata za wodę za miesiąc maj) – i taki czek wysyłamy pocztą na adres odbiorcy. Tak trudne i skomplikowane jest życie XX wiecznego konsumenta w XXI wieku;)

1. Niezbędnik każdego Amerykanina – prawo jazdy. W okolicach Detroit (czyli w kolebce światowej motoryzacji) prawie nie istnieje komunikacja miejska (autobusy podmiejskie, metro, taksówki, itp), więc człowiek bez prawa jazdy i bez samochodu po prostu… nie ma racji bytu! Nieletni (czyli ci, którzy nie ukończyli 21lat) mają swoje prawo jazdy w orientacji pionowej, by nikt się nie pomylił i nie sprzedał takiemu komuś alkoholu!
2. Tył prawa jazdy w którym zaznaczamy, jakie organy przekazujemy do transplantacji, gdy zginiemy w jakimś wypadku. Wszystkie organy, czy tylko kości, oczy czy inne organy. Ja oddałem potrzebujących tylko mojego członka…;)
3. Tyle papierów trzeba przynieść do Sekretariatu Stanu (czyli tam, gdzie wydają prawa jazdy), by uzyskać ten kawałek plastiku upoważniający do poruszania się po drogach Stanów Zjednoczonych.

Byłem wczoraj w Macy’s, takim dość ekskluzywnym amerykańskim sklepie, gdzie na dużej powierzchni, często rozkładającej się na dwóch piętrach można nabyć kosmetyki, ubrania, artykuły wyposażenia mieszkań, itp. rzecz znanych światowych producentów. Coś typu wielkiej galerii handlowej z perfumami wszystkich znanych marek, ubraniami kreatorów mody, itd. W każdym dużym mieście w Polsce mamy coś „podobnego” – Galeria Dominikańska we Wrocławiu, Stary Browar w Poznaniu, Arkadia albo Złote Tarasy w Warszawie, itd. Ale tu wiele marek i szeroki asortyment znajduje pod jednym dachem Macy’s. Są oczywiście bardziej luksusowe sklepy typu Bloomingdale’s i jeszcze lepsze np. Neiman Marcus, Nordstroms, Saks Fifth Avenue, itd. No, ale snobem, a przede wszystkim milionerem nie jestem, by tam się zaopatrzać.
I co jest w tym wszystkim piękne, gdy wchodzi się do takiej galerii w USA? Że idziesz po takim sklepie, podchodzisz do rzeczy, które Cię interesują, które Ci się podobają i… po prostu stać Cię na nie. Podobają Ci się buty – bierzesz do ręki, wkładasz na nogę i jak pasują możesz spokojnie iść z nimi do kasy nawet nie patrząc, ile kosztują. Bo na pewno nie więcej niż 1dniowa pensja. Ewentualnie 2-3dniowa, w porywach tygodniowa, jak jest to coś z „najwyższej macysowej półki” (ale nigdy nie miesięczna nasza pensja, jak to często ma miejsce w Polsce!). Oczywiście, że są buty za 500$ i 1000$, ale te kupią tylko… Rosjanie (głównie dla możliwości pochwalenia się ceną, a nie wygodą). Kupują takie rzeczy także prawdziwi koneserzy luksusu, do których nigdy nie będę się zaliczał…
Podobnie jest z kosmetykami. Pasuje Ci zapach D&G? Bierzesz do ręki flakonik i wiesz, że nie będzie kosztował więcej, niż 60-80$. A nie to, co w Polsce, że podnosisz flakonik perfum, patrzysz na cenę i ręce zaczynają Ci się trząść, bo trzymasz w rękach dwutygodniową wypłatę! Tu trzyczęściowy zestaw Christiana Diora (Jadore), w pięknym skórzanym pudełku, które może później służyć za kosmetyczkę kosztuje 88$. Oczywiście w chwili, gdy dokonujemy zakupu, pani zapyta, czy mamy kartę rabatową Macy’s? A jak nie mamy, to czy chcemy wyrobić sobie taką kartę (oczywiście za darmo) i na powitanie wśród stałych klientów Macy’s da nam 20% zniżki. Tak więc za trzyczęściowy zestaw kosmetyków (gdzie w Polsce, na allegro, same perfumy kosztują około 250zł) tu zapłacimy 165zł.

Tutaj, jako, że każdy jest potencjalnym klientem, obsługa naprawdę się stara i pytając nas – Czy w czymś pomóc? – naprawdę chcą pomóc. Nie ma opcji, że kogoś, kto przyszedł w butach za 20$ nie stać na buty za 100$. Tu marki nie są tak ważne, jak w Polsce. Tu nie płaci się góry pieniędzy za głupią łyżwę (logo Nike), czy trzy paski Adidasa. Tu płaci się jedynie za… jakość. Ale i tak zawsze 2-3x mniej niż w Polsce. Topowe buty Adidasa kosztują co najwyżej 130-150$. Nie widziałem żadnych seryjnych butów sportowych kosztujących powyżej 150$. Bo jak jakiś sklep by się wyrwał z taką astronomiczną ceną, to inny bankowo użyje tej ceny w reklamie porównawczej – że w Macy’s zapłacisz za te buty ponad 100$, a u nas są za jedyne 90$. Tu 300$ kosztują buty szyte na zamówienie przez koncerny, które szyją je zawodowym sportowcom. Może nasz but być z tego samego kawałka świńskiej skóry z której przed chwilą wytwarzany był but dla Davida Beckhama. A w Polsce trzeba dać 200-250$ za buty, które już dawno zeszły z aktualnych kolekcji w USA czy Europie Zachodniej, a w Polsce płacimy za nie jako za nowość kolosalne pieniądze.
Tu naprawdę każdy Europejczyk, który wymienił swoje Euro lub Funty na Dolary musi czuć się jak na jednej wielkiej wyprzedaży. A Polak to dopiero! Nie dość, że dolar bardzo słabo stoi wobec wszystkich innych walut, to jeszcze tu wszystko jest około 2razy tańsze. Pierwsza reakcja jest taka, że chce się kupować po prostu wszystko! Levisy po 25-40$, buty Reebok, Nike, Adidas po 15-70$, laptopy, kamery, aparaty, telefony. Jednak nie widząc, by ludzie się zabijali o te bardzo tanie rzeczy, powoli nabiera się przekonania, że ci Amerykanie chyba nie potrafią liczyć, bo nie kupują tego wszystkiego na pniu. A tak naprawdę to nie Amerykanie płacą mało, to nie Anglicy płacą mało, to Polacy za wszystko płacą tak dużo. To jest naprawdę przykre. Nawet za leki płacimy w Polsce o wiele więcej, niż ludzie z Zachodu. Nie dlatego, że tam leki są dotowane – tam po prostu na chorych tak strasznie się nie zarabia. Kupi ktoś w Polsce Aspirynę w butelce liczącej 200 tabletek za 99centów? TAK, 1,3grosza za jedną – nic tylko chorować!;)


Ceny w USA.
Myślę, że duży wpływ na ceny wszystkiego w USA mają… reklamy. Oczywiście największy wpływ mają niskie cła i podatki (6% TAX, zamiast 22% VATu), duża siła nabywcza obywateli (sprzedaje się dużo rzeczy, więc można sprzedawać z małą marżą). Dodatkowo na cenę wpływa to, że jest naprawdę przeogromna konkurencja i jak znajdziemy coś taniej w innym sklepie, to ten droższy sprzedawca często obniży swoją cenę jeszcze bardziej, byśmy nie poszli do konkurencji. Nawet w sklepach typu MediaMarkt kasjer ręcznie nam nabije cenę, którą gotowi jesteśmy dać (no, przynajmniej ja mam w CircuitCity takie „chody”).
Reklama czyni cuda, a reklama porównawcza czyni wszystko tańszym. To, że można u nich w telewizji, w prasie, w gazetkach reklamowych reklamować się np. tak: „U nas galon mleka kosztuje 1,99$, podczas gdy w Mejier jest ono po 2,5$!”. Nikt zatem nie odważy się podnieść ceny czegokolwiek ponad to, co ludzie są gotowi zapłacić, ponad kilka procent marży (a nie jak u nas – kilkadziesiąt), bo konkurencja NA PEWNO wykorzysta taką kosmiczną cenę w swojej reklamie. Będzie grzmiała, że w Macy’s najnowsze buty Nike kosztują ponad 100$!, podczas gdy od nas wyjdziesz w nich za jedyne 90$. I, by zaoszczędzić te 10$ naprawdę wiele osób przyjedzie je tam kupić. Nawet przy dzisiejszych cenach benzyny. Bo skoro taniej mają buty, to pewnie wszystko inne też. Tak to właśnie działa w USA i chwała im za to – za prawdziwą konkurencję.
Przychodzą nam wysokie raty za ubezpieczenie? Dzwonimy do naszego ubezpieczyciela, a on mówi, że już niczego nie może obniżyć z naszej składki. Dzwonimy zatem do konkurencji i się skarżymy, że płacimy w naszym takim „PZU” za dużo. Konkurencja zrobi wszystko, by nas przejąć, więc da nam naprawdę dobrą ofertę. Dzwonimy znów do naszego ubezpieczyciela, mówimy, że rezygnujemy z jego drogiej polisy, bo „Warta” daje nam lepszą stawkę, więc oczywiście magicznym sposobem to, co jeszcze rano nie dało się obniżyć (nasz rata), teraz jest już o kilkadziesiąt dolarów niższa.
Tak więc, tu nawet w drogich wydawałoby się sklepach typu Macy’s można nieraz kupić coś o wiele taniej, niż gdzie indziej. Tu nie ma sklepów dla elit i dla mas. Tu „masa” (klasa średnia) ma tak wielką siłę nabywczą, że jest ważniejsza od elit. W Polsce z salonu Ewy Minge nas obsługa delikatnie przegoni wzrokiem, gdy nie zauważy w naszym stroju niczego droższego, niż najtańsza oferowana przez nich rzecz. Tu to my musimy przeganiać obsługę, która chce nam co chwilę w czymś pomóc, coś pokazać, doradzić. Oczywiście, są sklepy do których, by wejść, musimy być celebrity (czyli jakąś znaną osobą lub VIP-em) i mieć umówioną wizytę w takim sklepie – ale takie rzeczy to na szczęście tylko w Californii lub Nowym Yorku.

Wszystkie ceny, które będę tu podawał będą już z wliczonym podatkiem TAX. Podatek ten wynosi w stanie Michigan 6%. Kupując coś np. w Nowym Yorku zapłacimy większy podatek (9%), więc cenę należałoby przekalkulować na nowo. Stan Michigan nie ma podatku TAX na żywność, na napoje, na benzynę (tzn. TAX jest już w liczony w jej cenę). Opodatkowane są ciepłe potrawy (pizza, hamburgery, hot dogi, BurgerKing, KFC, McDonalds, Pizza Hut, TacoBell, jedzenie w restauracjach, itd). Inne stany mają TAX na żywność nieprzetworzoną (jedne stany tak samo wysoki podatek jak na inne produkty, inne stany nakładają niższy podatek na żywność). Ale i tak te wszystkie TAX-y są niczym wobec naszego 22% VAT-u, naszych ceł, akcyz, itd. Tak więc już na „dzień dobry” wszystko jest w Michigan tańsze o 15% przez ten właśnie podatek. 22% w Polsce – 6% w Michigan = 15% oszczędności. 2x tańsza benzyna i energia robi dodatkowe oszczędności w kosztach własnych sklepów. A WIELKI rynek zbytu w USA (305milionów obywateli) oraz WIELKA konsumpcja powoduje, że wszystko jest tańsze, bo sprzedaje się tego wiele razy więcej, niż w biednych krajach, więc można zarabiać nie na marży, a na obrocie.


Podejmę pracę kuriera na trasie USA – Polska. Zainteresowanych proszę o kontakt na podany z boku adres e-mail.

(Śmieszne ogłoszenie? To poczekajcie na notkę o tym, jak Urząd Celny w Warszawie zatrzymał mi paczkę…)


Ktoś (Luke) prosił mnie o adresy internetowe sklepów w USA, które ślą rzeczy do Polski. NIE MA TAKICH SKLEPÓW!;) Oni nie wiedzą, co to jest Polska. Oni często nie honorują naszych kart kredytowych. W końcu z Europy Wschodniej (głównie z Bułgarii i Rumunii) pochodzi większość najlepszych złodziei i fałszerzy kart kredytowych. No, OK, są sklepy, które sprzedają rzeczy i wysyłają je do Polski. Najczęściej płatności dokonuje się przez PayPal. Oczywiście na takiej paczce z USA (tzn. w deklaracji celnej) musiałaby być wpisana prawdziwa wartość rzeczy się w paczce znajdujących, a wtedy, gdy jest to więcej niż 35$… polski Urząd Celny już się tym zajmie, byśmy za bardzo nie oszczędzili na imporcie z USA. A gdy sklep na naszą prośbę zaniży wartość przesyłki, to w razie jak ona zaginie, to Poczta Polska odda nam jedynie tę zaniżoną wartość. Tak Unia Europejska (a Polska to już szczególnie!) walczy z zalewem tanich rzeczy z USA. A czy są tanie? Obecnie zastanawiam się nad zestawem Laptop Toshiba + 32calowy TV LCD HDTV Toshiba za 998$. Czyli, kup laptopa, dostaniesz TV gratis. Albo odwrotnie;) Rok później (w październiku 2009) podobny zestaw kosztował już tylko 650$ (laptop Toshiba Satellite L505D-S5965 + 26calowy TV LCD 26AV502U), ale ja kupiłem inny zestaw – Laptop HP Pavilion DV7 + bezprzewodowe urządzenie wielofunkcyjne HP C4795 za 682$. W Polsce, na Allegro za sam taki laptop jego właściciel chce otrzymać 860$ zaznaczając, że to i tak jest o 1000zł taniej, niż chcą za niego w sklepie, czyli w Polsce wychodzi w sumie 2x drożej, niż w USA.


Kilka przykładowych cen z Macys:
(uwzględniają 6% TAX i zniżkę stałoklientową):

Buty Donna Karan DKNYC „Kira” Mary Jane – 98$
Klapki Ralph Lauren „Tara” Sandal – 56$

Azzaro Chrome Legends Eau de Toilette                  – 125ml – 57$
Burberry Women Eau de Parfum Spray                     – 100ml – 61$
Burberry Brit Eau de Parfum Spray                           – 100ml – 72$
Bvlgari AQVA Pour Homme Marine Eau de Toilette     – 100ml – 61$
Bvlgari Omnia Crystalline Eau de Toilette                 – 65 ml – 62$
Bvlgari Rose Essentielle Eau de Toilette                   – 50 ml – 58$
Bvlgari Omnia Améthyste Eau de Toilette Spray        – 65 ml – 62$
Bvlgari pour Femme Eau de Parfum                         – 50 ml – 72$
Bvlgari Omnia Eau de Parfum Spray                         – 50 ml – 75$
Bvlgari BLV Notte pour Femme Eau de Parfum Spray  – 40 ml – 53$
Bvlgari BLV Eau de Toilette Spray                             – 75 ml – 70$
Bvlgari Black Eau de Toilette Spray                           – 75 ml – 58$

Calvin Klein Secret Obsession Eau de Parfum             – 100ml – 61$
Eternity by Calvin Klein® Eau de Parfum Spray           – 100ml – 57$
ck One Summer Limited Edition Eau de Toilette Spray – 100ml – 35$
Calvin Klein MAN Eau de Toilette Spray                      – 100ml – 58$
Euphoria by Calvin Klein Eau de Parfum                    – 100ml – 64$
Calvin Klein® Escape for Men Eau de Toilette Spray    – 100ml – 51$
cK One Eau de Toilette Spray/Pour                            – 200ml – 49$
cK Be Eau de Toilette Spray/Pour                              – 200ml – 47$
Calvin Klein® Obsession for Her Eau de Parfum Spray – 100ml – 57$
Calvin Klein® Escape for Her Eau de Parfum Spray      – 100ml – 57$
CHANEL N° 5 Eau de Toilette Spray                            – 100ml – 74$
CHANEL N° 19 Eau de Toilette Spray                          – 100ml – 74$
CHANEL COCO Eau de Parfum Classic Bottle               – 100ml – 93$
CHANEL CRISTALLE EAU DE PARFUM SPRAY                – 50 ml – 57$
CHANEL COCO MADEMOISELLE Eau de Parfum Spray   – 100ml – 93$

Diesel Fuel For Life Eau de Toilette for Men               – 75 ml – 52$
DKNY Delicious Night Eau de Toilette                         – 100ml – 58$
DKNY Be Delicious Eau de Parfum Spray                    – 100ml – 58$
Dolce & Gabbana The One Eau de Parfum Spray        – 75 ml – 72$
Dolce & Gabbana The One Purse Spray                     – 45 ml – 58$
Dolce & Gabbana Light Blue Pour Homme Eau de Toilette Spray – 125ml – 59$
Light Blue Eau de Toilette Spray by Dolce & Gabbana  – 100ml – 69$
Dolce & Gabbana Eau de Toilette Spray for Him          – 125ml – 59$
Dolce & Gabbana Eau de Toilette for Her                    – 100ml – 69$

W Ameryce wiele rzeczy jest robionych za nas. Byśmy tylko się nie przemęczyli lub nie marnowali czasu lub kalorii. Zaczyna się już od szkoły podstawowej, do której każdy jest odwożony samochodem przez rodziców wprost z garażu ich domu pod samiutkie drzwi szkoły. Jak rodzice nie mogą odwieźć dzieci, to School Bus (czyli ten taki ichni Gimbus) zabierze dzieci z podjazdu domu i zawiezie pod drzwi szkoły i z powrotem nam je po zajęciach odwiezie pod sam dom. Nie ma w USA takiego zakątku kraju i takiego dziecka, po które nie przyjechałby ten ich SchoolBus. Żaden tam jeden mały, skromny, wiecznie się psujący Gimbus na jedną polską szkołę, gdzie dzieci muszą podejść na jakiś przystanek by zostały przez ów pojazd zabrane – tu każde dziecko jest zabierane spod domu.
Takie rzeczy jak McDrive, gdzie nie wysiadając z auta kupimy jedzenie, napoje, zabawki dla dzieciaków – nikogo nie dziwią, skoro mamy je w Polsce. Podjeżdżasz do okienka, składasz zamówienie i za chwilę do kolejnego okienka pani przynosi nasze ulubione hamburgery. Ale to tylko w USA więcej osób się McDrive’uje, niż wchodzi do środka McDonald’s. Oraz tylko tu są nieraz 2 pasy McDrive! Więcej pasów pod jadłodajnią niż u nas na naszych nieistniejących autostradach! Podobnie działają banki. Podjeżdża się albo do maszyny (ATM – bankomat), albo do okienka, gdzie siedzi pani kasjerka i możemy u niej wszystko załatwić bez wychodzenia z auta. Nawet napaść na bank;) Baa… tak samo podjedziemy autem pod budkę telefoniczną! I mamy wiresowego cellfona w samochodzie (czyli przewodową komórkę;)
W każdym sklepie kasjerka lub zatrudniony tylko do tego celu pracownik zapakuje nam wszystkie zakupy i umieści w wózku. Oczywiście wcześniej możemy sobie usiąść na taki samobieżny wózek na zakupy i jeździć między półkami jak jakiś inwalida. Współczułem pierwszej ujrzanej osobie poruszającej się na takim wózku. Pomyślałem, taka młoda, a inwalidka… A to leniwiec się okazał (gatunek pospolity, gromada leniwiec amerykański), a nie inwalidka! Chodzić między półkami się nie chciało tylko turlać dupę na kółkach! Oczywiście gdy już przepakujemy zakupy z wózka do naszego samochodu, to połowa klientów nie odprowadzi wózka na właściwe miejsce, tylko zostawi pod samochodem. Przeto właśnie parkingi przed amerykańskimi marketami są takie duże – połowę miejsc parkingowych zajmują puste wózki! No i oczywiście wielu klientów, gdy szuka w sklepie z ciuchami czegoś dla siebie, to rzeczy które oglądała nie odłoży, tylko rzuci na ziemię.

W domu też wiele tego typu ułatwień dla lenistwa. Jeden pilot do całego sprzętu Audio Video. Telefony bezprzewodowe najczęściej sprzedawane są z dwoma, trzema, a nawet czterema słuchawkami, by nie było za daleko do którejś z nich, gdy ktoś do nas zadzwoni. Baa… jak nasz numer telefonu domowego jest dostarczany przez operatora telewizji kablowej (np. AT&T, ComCast, czy WOW!), to gdy ktoś do nas dzwoni, to na telewizorze wyświetlają nam się dane osoby dzwoniącej, tzw. Caller ID. Nawet nie musimy podchodzić do jednego z tych bezprzewodowych telefonów, i wytężać wzroku na malutki ekranik identyfikacji numeru w telefonie, by wiedzieć, kto dzwoni! Jeden rzut oka na TV (czyli pewnie tak naprawdę nie odrywanie od niego wzroku) i już wiemy, czy odebrać.
Mydło w płynie wyparło z rynku to tradycyjne. A w McDonald’s, BurgerKing, itp. jadłodajniach mydło w płynie wypierane jest przez piankę myjącą. Już prawie nie trzeba pocierać ręką o rękę!;) Pralka i suszarka (gazowa lub elektryczna) powodują, że nie trzeba rozwieszać prania, bo od razu wyjmuje się je suche, cieplutkie, wyglądające jak wyprasowane. Większość obiadów w amerykańskich domach ugotuje się… w 2-3 minuty w mikrofalówce. OK, lazanię należy piec 20minut. Gdy trzeba otworzyć puszkę dla kota, to kot sam zaturla swoją puszkę do automatycznego otwieracza.
Dla kobiet, które bardziej chcą się namęczyć „gotowaniem” lub pieczeniem, by może tą drogą trafić do serca swojego mężczyzny (w końcu najkrótsza droga do serca mężczyzny wiedzie przez żołądek), ułatwienia idą jeszcze dalej. Kupią gotowe ciasto, gotowe foremki, i nawet gotowy tłuszcz w sprayu! Bo przecież margarynę albo masło trzeba wyjąć z lodówki, roztopić, wymazać tym foremkę albo piekarnik. A tak – psik, psik i wszystko pokryte filmem olejowym. A jak mężowi zabraknie w garażu WD40 albo CX80, to żona z miłą chęcią pożyczy:)
Baa… szczytowym wynalazkiem, które ostatnio widziałem a które służy do umożliwiania lenistwa, jest… podgrzewacz do żelu do golenia dla mężczyzn. Bo przecież trzeba się strasznie namęczyć, by wycisnąć żel z tubki, później robić te takie nieprzyjemne ruchy dłońmi, by żel zamienić w piankę, no i co jest w tym najokropniejsze – nałożyć taką zimną piankę na twarz. Brrr. Bleech! Więc wymyślono podgrzewacz do pianki! Ciekawe, czy ci zniewieścieli faceci, którzy to sobie kupią, nabędą także ultrafioletowy podgrzewacz do jajek… Na zimę jak znalazł;)
Myjnie samochodowe są po 1-2$ od auta osobowego, (2-3$ od VANa, 4$ od Pickupa), więc nie widziałem jeszcze nikogo, kto myłby auto pod domem. A zimą mało kto drapie szyby auta, bo albo mają do tego specjalne płyny, którymi wystarczy spryskać szybę i lód sam się rozpuści, albo wiele aut ma odpalanie silnika i ogrzewania szyb z pilota, więc wsiadamy do cieplutkiego już i rozmrożonego auta. A jak takiego „bajeru” w naszym samochodzie nie mamy, to za jedyne 50$ możemy sobie takie zdalne odpalanie auta i rozmrażacza szyb (a w lecie klimatyzatora) kupić i samemu zamontować. A jadąc autem, nawet nogi na gazie nie musimy trzymać, bo odpowiedni przycisk przy kierownicy (Cruise Control) powoduje utrzymywanie prędkości przy której go wcisnęliśmy. Tą samą dźwignią od CC możemy autem hamować.
Oczywiście naszym autem wjeżdżamy wprost do garażu z którego przechodzimy wprost do salonu. W większości domów wolnostojących po prostu nie używa się drzwi wejściowych – wszyscy wchodzą przez garaż. Gdyby mogli, to zajeżdżaliby wprost przed telewizor!;) Można przeżyć cały dzień wykonując co najwyżej 100kroków (oczywiście wliczając w to poranną toaletę, dojście do garażu do auta, dojazd do pracy, przejście z garażu podziemnego w pracy do windy, przejście do miejsca pracy, zakupy po pracy).

Dobrze, że jest to społeczeństwo w którym przynajmniej w szkole panuje prawdziwy kult sportu i rywalizacji (tu nawet inwalidzie byłoby ciężko uzyskać zwolnienie z WF, a nie to, co w Polsce, że ćwiczą zazwyczaj tylko ci, którzy chcą, a uczennice prawie zawsze w dni w które przypada WF mają TE dni;). Tu samych wypadków na dziewczęcym WF-ie jest ponad 27tysięcy rocznie. Tu dziewczyny na lekcjach wychowania fizycznego grają w piłkę nożną lub hokeja na trawie z taką zaciętością, że polska reprezentacja piłki nożnej mogłaby się od nich uczyć.
Jeszcze odnośnie ułatwień życia w USA… Trawę przed domem przystrzyże zatrudniony przez zarząd osiedla Meksykanin (to nie jest wyśmiewanie narodowości, co zarzuca mi pewien rozkochany w Ameryce Citizen z Polski, nie moja wina, że najczęściej właśnie Meksykanie trudnią się tą pracą), dodatkowo przedmucha liście z naszego trawnika. Naszym ogrodem może zająć się jego żona. Trawniki podleją się same z automatycznych zraszaczy. Tu nawet orzeszki pistacjowe są prawie w 100% pootwierane:) W Polsce w
100gramowym opakowaniu około 10% z nich trzeba rozłupywać dziadkiem do
orzechów, bo się cholery tak pozamykały w skorupkach. Tu właśnie
skończyłem 2kg opakowanie takich orzeszków i zamkniętych w sobie było
dosłownie kilka.

A ostatnio reklamują w TV… rozbite jajka. Kupuje się jajka w kartoniku, w jakim u nas sprzedaje się np. mleko. Jajka są już porozbijane, byśmy nie musieli się męczyć z wydobywaniem ich ze skorupki. Jaką chemię muszą w sobie zawierać, by móc być tak długo przydatne do spożycia – tego producenci nie podają.
I kolejna reklama. Teraz złoto jest w cenie, więc reklamują różnego typu skupy złota i innych kruszców. Nawet wydzwaniają w tym celu do nas do domu. Przyjdź do nas, a za swoje złoto otrzymasz gotówkę od ręki – głosi reklama. A jak nie chcesz przychodzić, wyślij nam pocztą swoją złotą biżuterię, a my wyślemy Ci czek lub wpłacimy pieniądze na konto. Tak robi min Cash4gold.com. Ciekawe, ile złota zebrałby w Polsce ktoś pracujący w rozdzielni na poczcie? Albo listonosz mający w swoim rewirze ów skup metali szlachetnych. Naszych listów też nie musimy wysyłać, ani chodzić do skrzynki pocztowej, bo listonosz odbierze nam je wprost z naszej skrzynki na listy. Leki, gdy jesteśmy leniwi mogą przyjść do nas pocztą, albo przywiezie nam je kurier z apteki, gdy jest to lek ratujący życie (chociażby inhalator dla astmatyka). Wypożyczone książki z biblioteki także mogą nam dowieźć do domu (usługa kosztuje 2$), a w internecie przedłużymy sobie ich wypożyczenie. Wiele rzeczy urzędowych zrobimy w USA przez telefon czy internet. I jak tu nie być DUŻYM?;)
I jeszcze jedno kuriozum, możliwe tylko w Stanach. W USA zrobili badania (oni uwielbiają takie „badania” i statystyki) i z samego tego, że ludzie sobie rano nawet kawy nie chcą zrobić i kanapek na śniadanie i do pracy (wolą dłużej pospać i kupić je w McDrive) codziennie spóźnia się do pracy kilkaset tysięcy ludzi. Wypalają w porannej kolejce do tych wszystkich Drive Thru miliony galonów paliwa rocznie. Oczywiście podobnie pojadą około godziny 12-13tej po lunch, znów się spóźniając i znów powodując tasiemcowe kolejki. Powodują przy tym rocznie kilka tysięcy wypadków drogowych (przez rozlaną na kolana gorącą kawę czy wykapujący ketchup na spodniach). O ponad 1040 dolarach wydawanych rokrocznie przez statystycznego leniwego kawosza na samą kawę kupowaną w okienkach czy na stacjach benzynowych już nawet nie wspominam.

Telefony Lodowóz AutoBank McDrive Budka telefoniczna

 

1. Lenistwo po amerykańsku. By nigdy nie było za daleko do telefonu, słuchawek jest aż pięć! Dodatkowo to, kto dzwoni widzimy na ekranie telewizora, by do słuchawki w ogóle nie podchodzić;)
2. By nasze dziecko nie straciło ani jednej zbędnej kcal idąc do sklepu po kolejne bomby kaloryczne, codziennie przez osiedle przejeżdża taki właśnie lodowóz i gra tę swoją demoniczną melodyjkę.
3. A tutaj, by rodzice nie marnowali kalorii, podjadą do banku pod same okienko i załatwią wszystko – od założenia konta, przez wpłaty i przelewy, po napad na bank;)
4. Kolejka pod McDrive. Widać tylko ogonek kolejki stojący na dwóch pasach dojazdowych do okienek McDrive. Trzeba odstać około 5-8minut, a w środku McDonald’s puściutko, miło, przyjemnie, Coli do syta. Lenistwo sięga w USA zenitu!
5. Nawet pod budkę telefoniczną nie musimy podchodzić, skoro można pod nią podjechać. A by było jasne, że nie jest to budka dla Liliputów, to na górze jest instrukcja Phone From Car.
6. A to szczyt lenistwa – podgrzewacz do żelu czy pianki do golenia, by łatwiej było zostać metroseksualnym;)
7. Parkingi przed marketami są tak duże pewnie dlatego, że połowa klientów nigdy nie odprowadza wózka na miejsce (nie ma w nich kaucji) i dlatego zajmują one co drugie wolne miejsce parkingowe.
8. Olej i masło w sprayu, by żadna gospodyni domowa nie musiała męczyć się z rozgrzewaniem masła, margaryny czy oleju do gotowania czy wypieków. Wkrótce pewnie smarowanie kanapki możliwe będzie masłem w sprayu, jeśli już tego nie robią.


  • RSS