Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Chociaż dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają, to jednak widząc, o co pytają czytelnicy tego bloga mnie osobiście (przez e-mail, komentarze do bloga lub przez Naszą-Klasę) oraz co wstukują w wyszukiwarki internetowe, by trafić na mój blog (ceny życia w różnych stanach USA, co można kupić taniej w Stanach, ile potrzeba pieniędzy na 1 miesięczny pobyt w USA, jak wyglada życie w Stanach, zakupowy weekend w USA, itd.) napiszę coś o pracy i zarobkach. Oczywiście jest tu opisana sytuacja widziana z mojego punktu widzenia. Nie szukam na siłę żadnej poważnej pracy, skoro w kieszeni mam bilet powrotny do Polski…
Moja pierwsza wypłata nastąpiła po dwóch dniach pracy. Jak to zawsze się w USA dzieje w piątek – by w weekend wszystko przepuścić i w poniedziałek znów ochoczo przystąpić do pracy:) Byłem powiedzmy na okresie próbnym, więc za 15godzin pracy dostałem 135$. To niby niewiele. Ledwie ponad 300zł (gdy wyjeżdżałem z Polski 31marca 2008, dolar był po 2,2PLN). Z coraz niższym kursem dolara, coraz mniejszy jest sens przeliczania zarobków w USA na zarobki w Polsce. W Polsce 150 zł to żadna poważna stawka dzienna dla pracownika, chociaż mam świadomość tego, że setki tysięcy Polaków pracuje za 1/2 tej stawki, a miliony za 1/3 lub nawet za 1/4 tych 150złotych dziennie. Ale tutaj, w USA? Tu średnia pensja prostego pracownika wynosi ok. 25,000$/rok, a miliony ludzi pracuje za mniej niż 20tys.$ rocznie (bo tak to się u nich przelicza). Czyli około 2000$ miesięcznie za 40godzinny tydzień pracy. Niby niewiele, a jednak. Oczywiście na umowie o pracę czy w ogłoszeniu o poszukiwaniu pracownika zobaczymy grubo ponad 30,000$/year, ale na rękę dostaniemy właśnie około 2,000$. W końcu oni tutaj też mają podatki;)
W drugiej pracy jaką tu podjąłem miałem już (za 2dni pracy) – 176$ . A teraz jest 13 sierpnia 2009 i dolar po niedawnym spadku poniżej 2zł, znów jest po 2,2zł. 10% w 2tygodnie – widzę, że ktoś spekulacyjnie bawi się w Polsce złotówką…
<Dodano jesienią 2009> Minęły kolejne 2m-ce i złotówka podrożała o ponad 90%. Moje skromne przypuszczenia odnośnie kursu złotówki, a zauważone z dalekiej Ameryki znalazły potwierdzenie wśród ekonomistów. Kazik Marcinkiewicz zarobił kilkaset milionów funtów dla angielskiego banku dla którego pracuje i dla którego zgnoił i później sztucznie napompował kurs złotówki. I pomyśleć, że gdy wróci z Anglii ze swoją Isabel, to ten głupi polski naród jeszcze jest gotów wybrać go na prezydenta. Wracając do zarobków w USA…

Za moją dwudniową płacę (czyli około 390zł) mogę kupić (ceny z dnia 13 sierpnia 2008)… Przeliczyłem wszystko na nowo, bo niektórzy nie rozumieli, jak to mogę za dwudniową płacę kupić 1/3 laptopa czy pół kamery;) Oczywiście nie pracowałem pilnie przez cały miesiąc i jest to płaca niestety czysto TEORETYCZNA!
Tak więc za moją MIESIĘCZNĄ płacę (czyli około 4,200 zł) mógłbym (ceny z dnia 13 sierpnia 2008) :

Zatankować 516 galonów benzyny (1962litry) w Polsce wartej ponad 9,000 zł! Oszczędnym autem przejedziemy na tym około 25tys.km.
Zapłacić elektrowni za 16,428 kWh zużytej energii elektrycznej (w Polsce wartej około 8,500 zł).
Zapłacić 11 miesięcznych rat lizingowych za samochód (np. Ford Focus lub Jeep Liberty – przy 1szej wpłacie 2,000$). W Polsce takie 11rat to około… 15-20tys zł!
Zapłacić 2-3 miesięczne raty za mieszkanie, albo 2-4 miesięczny koszt najmu mieszkania.
Kupić 5 laptopów Acer, 3 dobre laptopy HP, albo półtora najnowszego laptopa HP wyposażonego w 17calową matrycę, 4GB RAMu, 320GB dysku, tuner TV, pilot, czytnik płyt BlueRay, kartę łączności bezprzewodowej na wszystkie możliwe pasma, wyjście HDMI, itd. najnowocześniejsze dodatki. W Polsce taki model warty jest około 5-6tys.
Kupić 6 kamer cyfrowych JVC z 30GB dyskiem (w Polsce każda warta jest ok 1200zł).
Kupić 39 urządzeń biurowych HP C4280 (drukarka, skaner, kopiarka) (w Polsce każde z nich warte 245zł, więc w sumie 9,555zł).

Kupić 364 kanapki w SubWay’u, (tzw. Footlong- czyli 30cm), która spokojnie zaspokoi półdniowy głód.
Kupić 228 wielkie wiaderka kurczaka KFC (jedzenia do rozpuku na 2dni). W Polsce… zabrakłoby kur!
Kupić 364 sztuki 16calowych pizz Hot ‚n Ready (skromnej, ale zawsze gotowej, gdy tylko wejdziemy do pizzerii).
Pójść na 150-240 obiadów do Chińczyka, Mongoła, Araba lub Włocha, gdzie za 8-13$ (w zależności od pory dnia) można jeść cały dzień specjały ich kuchni.
Kupić 11609 puszek Pepsi! Zapas na 31lat, albo 15lat dla dwojga:) – w Polsce warte co najmniej 11,609zł! Cena puszki napoju jest najbardziej wygórowaną polską ceną!
Kupić 3088 puszek kanadyjskiego piwa Labatt – smak jak polski Żywiec.
Kupić 193 litry (514butelek x 0,375l) najlepszego Ginu na świecie – Gordon’s – w Polsce warty około 15,000zł.
Kupić 2933 litry mleka – po ile teraz jest mleko w Polsce?
Kupić 132-176kg szynki lub żółtego sera;)

Kupić 193 telefony komórkowe na kartę (zestaw zawierający telefon z kolorowym wyświetlaczem, ładowarkę i 60min do przegadania!).
Kupić 55 lepszych modeli telefonu Motorola 370 (w Polsce warte przynajmniej 200-300zł/szt.).
Kupić 19 atlasów do ćwiczeń – wyposażonych w 100kg obciążników i urządzenia do ćwiczeń wszystkich partii mięśni.
Kupić 6 karabinów Kałasznikowa (w sklepie sportowym! Z zablokowaną możliwością strzelania serią, bo w stanie Michigan tak akurat strzelać nie można).
Kupić 19-40 par nowych markowych butów (Adidas, Nike, Reebok) z bieżącej kolekcji (w Polsce warte 6,000 – 9,000zł).
Kupić 52 pary spodni Levis 501 (w Polsce warte ponad 15,000zł!).
Kupić 9 stołów do bilarda (8stopowych z całym osprzętem) na wyprzedaży w Sears.
Kupić 3 bilety powrotne do Polski… (w Polsce nic nie warte;)

Oczywiście, że każde pieniądze można wydać, i każde zarobki mogą być niewystarczające na nasze potrzeby. Póki nie ma się jednak dzieci (na których edukację trzeba odkładać już od dnia ich narodzin), oraz póki nie myśli się o dostatniej emeryturze (tzw. naszym drugim filarze, czyli funduszach powierniczych lub emerytalnych na które trzeba co miesiąc wpłacać pieniądze) to pensja spokojnie wystarczy na utrzymanie się. Mieszkanie (jego utrzymanie lub wynajem) wiele nie kosztuje (tyle co w Polsce lub mniej). Auto także prawie nic (w lizingu raty za zwykłe rodzinne auto to koszt około 150-200$, + 50$ ubezpieczenie + 120-150$ benzyna na około 1000mil czyli 50km dziennie = ok. 300$ miesięcznie, czyli 3-4dni pracuje się na całkowite utrzymanie auta). A jako, że jest ono narzędziem pracy, to każdy wlany w niego galon paliwa przynosi korzyść finansową.
Tak więc teraz już wiecie, na ile stać człowieka przeciętnie w USA pracującego. Będziesz miał 2 prace – stać Cię na 2x tyle. Będziecie tu we dwoje, stać Was na 4x tyle. Oczywiście pewnie nie kupicie sobie 12stu kałasznikowów miesięcznie – bo to taka ciekawostka tylko;)

Laptop Acer Kałasznikow Atlas do ćwiczeń Buty

1. Za czterodniową płacę stać człowieka w USA na Laptopa (Acer AS 5315-2122).
2. Za trzydniową pracę stać człowieka w USA na karabin Kałasznikowa, który kupi w prawie każdym sklepie sportowym (w stanie Michigan). Teraz już wiecie, czemu w USA wszystko jest „DON’T WORRY”? Bo każdy ma taki karabin w domu, i jak ktoś robi nam jakieś „WORRY”, to robi mu się robi… QQ. Więc nikt nikomu WORRY nie robi;)
3. Za jedniodniową pensję, na wyprzedaży w Wall-Mart możemy kupić sobie taki atlas do ćwiczeń.
4. Za pół dnia pracy mogę sobie (lub komuś:) kupić trzy pary butów. Reebok, New Balance i sandałki bardzo ładne:

W Internecie aktywnie działam od około 10lat, więc doskonale znam historię powstania większości polskich portali, oraz śledzę zmiany jakie się dokonują w sposobie korzystania z Internetu. Już nie chodzi o to, że „Internet trafił pod strzechy”, że dostęp do niego mają coraz młodsi (najczęściej bez świadomości nieskomputeryzowanych rodziców, co dziecko robi w sieci). To wszystko mogłoby być pozytywne, gdyby nie fakt, że ludzie w internecie przestają być twórczy. Dla wielu internautów dzień w sieci zaczyna się:

- odczytaniem opisów Gadu-Gadu
- obejrzeniem nowych fotek naszych znajomych z Naszej Klasy i na Fotka.pl
- odczytaniem listów z portali społecznościowych oraz ze skrzynek e-mail.

To czyni z nas samych takie jakby skrzynki pocztowe. Takie ludzkie mailboxy. Gdy mamy czas, to odpisujemy znajomym, ale najczęściej czasu nie mamy, więc albo pozostawiamy listy bez odpowiedzi, albo nasze odpowiedzi są tak krótkie, zdawkowe, że naprawdę nie wkładamy w nie ani serca, ani tym bardziej rozumu. Dawniej dostawało się jeden tradycyjny list na tydzień, więc było sporo czasu, by na niego szczerze i długo odpisać, teraz dostaje się kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt maili dziennie. Ale to też jeszcze nic złego…

Największy problem zaczyna się w operacji „Zaznacz- kopiuj- wklej„. Gdy na GG u wielu znajomych widzę ten sam opis, gdy na N-K widzę codziennie setki takich samych „komentarzy” (najczęściej składających się z różnych graficzek robionych z @, # lub *), i gdzieś między gwiazdkowego (*) kwiatka wklejone słowa „Miłego Dnia”, to czasem nie mogę uwierzyć własnym oczom, bo okazuje się, że robią to nie tylko 10latki, ale i osoby w wieku moich rodziców! Każdy ich znajomy otrzyma takiego kwiatka na dzień dobry, wieczorem krzyżykowego (#) Misia na Dobranoc i kończy się „rozmowa”. Bo oblecieć wszystkich z takim „komentarzem” zajmuje tyle czasu, że już na normalną wymianę słów i zdań go braknie. Miliony takich „graficzek”, miliony „łańcuszków szczęścia, to powoli opanowuje wymianę myśli i uczuć. Graficzka na każdą okazję. Jesteś smutny – dostaniesz od przyjaciela graficzkę, a nie słowa otuchy. Dostaniesz pieska z kością, kotka z pieskiem, ale nie słowa – „Przyjacielu, nie łam się. Wiem, jak to jest, sam to przechodziłem, i jak widzisz żyję i trwam w najlepsze. Teraz jest Ci ciężko, ale dasz radę, wytrzymasz. Jutro też jest dzień, jutro też się do Ciebie odezwę…”


Moje pytanie do tej debaty brzmiało: „Czy myślisz, że internet podnosi czy obniża Twój intelekt?”
TAK – dzięki Internetowi wiele się uczę
NIE – Internetem bezproduktywnie zabijam wolny czas.

Kto szczerze by sobie odpowiedział na to pytanie, ten… tak właśnie, zaraz po kliknięciu odpowiedzi NIE powinien wypowiedzieć umowę swojemu dostawcy Internetu…
A tak poważnie, jeśli zauważysz, że rośnie Ci procentowe zużycie Internetu na rzeczy błahe, zabijające czas, a nie poznawcze i twórcze, jeśli zamykamy przeglądarkę na stronie, na której spędziliśmy godzinę lub dłużej, a okazuje się, że nic z niej pozytywnego nie wynieśliśmy, to Internet naprawdę może być zagrożeniem dla naszych szarych komórek!

Nikt z nich (ze znanych mi Polaków mieszkających w USA od lat lub zaledwie od miesięcy) nie chce wracać do kraju, gdzie na metr kwadratowy mieszkania trzeba pracować kilka miesięcy, a nawet ponad rok! Tutaj mogliby sprzedać swoje spłacone domy za 100-200tys.$. Mogliby za to pojechać do dowolnego miasta w USA i spokojnie znaleźć w nim dla siebie dom lub mieszkanie. Może kilkanaście mil od centrum, może do małego remontu, może w mniej prestiżowej dzielnicy, albo w podmiejskiej miejscowości, ale będzie ich stać na zamieszkanie w KAŻDYM mieście USA i to na pewno nie w ciasnej kawalerce! O rynku mieszkań w USA jeszcze napiszę. A na co by ich było stać w Polsce za te 100tys.$? Na 20-30 metrów mieszkania w Warszawie w stanie deweloperskim, kupionego, gdy jeszcze nawet nie wbito łopaty pod jego fundamenty. Na 40-50 metrów pustego mieszkania w innym dużym mieście Polski. To ich przeraża! Szczególnie tych, którzy od lat rezydują w USA jako „turyści” (turysta oczywiście może tu mieć na siebie dom, samochód, kredyt, firmę – dosłownie prawie wszystko) i pewnego dnia mogą dostać od służb imigracyjnych wezwanie i zaledwie kilka dni na spakowanie się i wyjazd z terytorium Stanów Zjednoczonych. Wtedy to (jak Immigration się zlituje i da im na to czas) pozostanie im kilka dni na załatwienie wszelkich formalności (zwolnienie się z pracy, pospłacanie rat lub zlikwidowanie kredytów, pozamykanie rachunków bankowych, sprzedaż samochodów, zapłacenie rachunków, itp.) Na sprzedaż domu, za który pewnie nie wezmą nawet 1/3 tego, co za niego zapłacili. Gdy dostaną od razu na rękę te 40-50tys.$ to w Polsce nie kupią za to nawet kawalerki w małym mieście.

Nie chcą wracać do kraju, gdzie za godzinę pracy ma się niewiele ponad jeden, słownie: JEDEN litr benzyny (w USA ma się ponad 11litrów, a gdy w 2009 roku spadły ceny paliw, to nawet 18litrów), albo dwa litry Coca-Coli (w USA przy zakupie w odpowiedniej promocji ma się od 22-28litrów Coli za godzinę pracy)! Gdzie na utrzymanie jednego auta w rodzinie trzeba często przeznaczyć pensję jednego z członków tej rodziny. Tu aut najczęściej jest tyle, ilu dorosłych domowników, a ich utrzymanie jest skromną częścią rodzinnego budżetu. Zatankowanie auta do pełna to niespełna 40dolarów, 3,5godziny pracy i cały tydzień jeżdżenia.

Nie chcą wracać do kraju, gdzie ciężko pracującego człowieka, po opłaceniu wszystkich rachunków, nie stać już prawie na nic. Gdzie młody człowiek na marzenie życia musi odkładać latami – a marzenia te często są skromne – wycieczka do ciepłych krajów, czy dobrej klasy aparat fotograficzny (np. Nikon D300).
Nie chcą wracać do kraju, gdzie w sklepie traktowanym się jest jak intruz, bo sprzedawcy woleliby sobie pogadać o samochodach albo o „dupach”, a sprzedawczynie spokojnie dokończyć kawę, ciasteczko i plotki, a ktoś się zjawia i mąci ich święty spokój. Tu klient musi się wręcz oganiać od ciągle chcących mu pomóc sprzedawców. Często już w drzwiach wejściowych (a nie jest to żaden londyński Harrods, a np. komputerowo – elektroniczny BestBuy) stoi odźwierny, który powita nas z uśmiechem, zapyta, czy może pomóc, czego potrzebujemy. Skieruje nas na wybrany przez nas dział, albo przywoła kogoś z personelu, by nas tam doprowadził. A gdy będziemy wychodzić z zakupami, to zapyta, czy obsługa była miła i pomocna? A nawet jak nic nie kupimy to nas pozdrowi i zaprosi ponownie. Gdy ktoś zostawiał Polskę te kilkanaście lat temu, w czasach, kiedy to sprzedawczyni w mięsnym była najważniejszą osobą w mieście, a kasjerki z supersamów marki „Społem” miały aparycję i uprzejmość rodem z filmów Stanisława Barei, to naprawdę strach wracać. Moi znajomi, którzy 2-3 lata temu wyjechali do Anglii, a którzy przyjeżdżają na święta z Anglii do Polski nie mogą znieść nieuprzejmości polskiej obsługi. Wystarczy o coś poprosić i tego nie kupić i robi się grobowa atmosfera, marudna nieuprzejmość. I pomyśleć, co taki sprzedawca by nam zrobił, gdybyśmy kilka dni po zakupie rozmyślili się i chcieli zwrócić zakupiony towar…

Nie chcą wracać do kraju, gdzie wszystko jest „WORRY!”. Moją znajomą, młodą matkę, sprzedawczyni w Polsce wygoniła ze swojego sklepu, bo jej 3letnie dziecko miało loda w ręku i mogło wybrudzić ubrania!
- To co, mam dziecko zostawić w wózku przed sklepem, żeby się zgubiło?! – zapytała zdenerwowana koleżanka.
- Ja Pani nie każę nikogo zostawiać…! – odpowiedziała sprzedawczyni z miną mówiącą: Jest pani tu bardzo niemile widziana.
Koleżanka wróciła do USA, gdzie, gdy dziecko wymaże czymś cokolwiek w sklepie, to jest „DON’T WORRY”. A jak „WORRY”, to tylko dlatego, że dziecko lodem się już nie naje, bo rozbazgrany o brudne ubrania lód trzeba wyrzucić.

Nie chcą wracać do kraju, gdzie przeciętny człowiek wchodząc do luksusowego salonu samochodowego czuje się jak złodziej, bo ma za skromny ubiór, za robotnicze ręce jak na standard samochodów, które są tam sprzedawane. Tu wejdziemy do salonu BMW, Lexusa czy Mercedesa w skromnym, ale czystym stroju i jesteśmy miło i poważnie traktowani. A po chwili możemy czuć się jak milioner testując BMW, Lexia czy Mesia dowolnej klasy. Bo na kupienie tych aut w USA na raty lub na wylizingowanie ich stać tu prawie każdego normalnie pracującego. Oczywiście z wyrzeczeniami w innych dziedzinach zakupowych, ale takie BMW czy Mercedes nie jest rzeczą tak nieosiągalną, jak w Polsce, gdzie dodatkowo jest 2x droższy. Wystarczy 8-10tys.$ wpłaty i 800-1000$ miesięcznie rat i mamy na podjeździe naszego domu najnowszą S-Klasę Mercedesa czy 750iL BMW.

Nie chcą wracać do kraju, w którym najwięcej o seksie, antykoncepcji, ciążach, aborcjach, itp. mają do powiedzenia księża oraz moherowe babcie, które często nigdy penisa na oczy nie widziały, bo wszystko zawsze odbywało się po ciemku. A niektóre z nich to nawet siebie nago nie oglądały, bo się wstydziły same siebie;)
Do kraju, gdzie państwo jest przeciw obywatelowi. Gdzie trzeba, by cokolwiek załatwić, przezwyciężyć tabun urzędników, trafić na ich dobry dzień, odczekać kilka tygodni na rozpatrzenie każdego wniosku, podania i papierka, a prawo można interpretować na wiele wykluczających się sposobów. Kraju, gdzie urzędnik skarbowy dostaje nagrodę za wlepienie nam dowolnej kary, nawet wyssanej z palca. Dobroduszny właściciel piekarni oddaje głodnym chleb, a później plajtuje, gdy Urząd Skarbowy każe mu za rozdany chleb zapłacić 200tys.PLN podatku + karnych odsetek. I nikt od ponad 5lat nie zmienił tego debilnego przepisu, oraz nie anulował piekarzowi tej kary, bo wszyscy zajmują się nienarodzonymi, niepoczętymi albo niekończącą się przeszłością…
Do kraju, gdzie bardziej żyje się przeszłością (komunizm, dekomunizacja, agenci, SB, UB, WSI, UFO, Klewki, Klepki, chlewki) zamiast przyszłością – nadążające za zmianami i potrzebami obywateli prawo, przepisy, udogodnienia.

A przede wszystkim nie chcą wracać do kraju, gdzie tak nie szanuje się pieniędzy, tak się nimi szasta i nie docenia się ich prawdziwej wartości. Szasta się w budżecie państwa, szasta w budżecie domowym zgodnie z zasadą: „Zastaw się, a postaw się”. Wszystkich tu zarabiających przeraża wizja powrotu do kraju, gdzie zawsze panowała legenda „amerykańskiego cudu”, „amerykańskiego snu”. Gdzie, gdy kiedyś „dobra, bogata ciocia z Ameryki” wysłała 100$, to obdarowany myślał, że stał się milionerem. Mógł za to żyć dostatnio przez cały miesiąc. Obecnie te 100$ w Polsce są warte 2-3 razy mniej, niż w USA. Wystarczą na zatankowanie niepełnego zbiornika paliwa (w USA, auto osobowe zatankujemy za 100$ do pełna 2-3 razy), czy skromny koszyk zakupów w markecie. Na jakiś lepszy ciuch z jednego z butików w Arcadii lub Złotych Tarasów nie wystarczy, a tu na wyprzedaży można za te 100$ kupić coś od samego Hugo Bossa, Armaniego czy YSL. Tak więc przeraża już samo to, jak ubogim by się wracało do Ojczyzny. Bo przecież większość z nich wyjechała tu w celach zarobkowych.
Wielu przyjechało tu przed latami jedynie zapracować na życie w Polsce. Kilka lat pracy w USA i można było wracać z pieniędzmi na dom, na samochód i kilka lat dostatniego życia w Ojczyźnie. A teraz jest tak, że im dłużej się tutaj pracuje, tym mniej pieniędzy się przywiezie do Polski! Bo co z tego, że w ciągu roku zarobi się kolejne tysiące dolarów, skoro w tym samym czasie dolar potanieje o tyle, że strata jego wartości zje nam cały roczny dochód, a wszystko w Polsce podrożeje o tyle, że to co w trakcie tego roku zarobimy tak naprawdę utopi się w inflacji i spadku wartości dolara. Więc… nikt naprawdę nie chce wracać.

No i ta polska rozrzutność! W USA np. wesele to też nie lada wydatek. Trzeba mieć odłożone przynajmniej 10tys. USD. Dobre polonijne restauracje, „drogie” (bo od osoby biorą od 50 do 75$) organizują coraz więcej wesel, bo ludzie przestali latać do Polski się żenić. Teraz tutaj wesele wychodzi taniej. Nawet przy takiej samej ilości przybyłych gości, zapłacą w tutejszych domach weselnych taniej, niż zapłaciliby w Polsce. No i bez kolejek! Organizuje się je tutaj też przez to, że wielu gości dzięki temu się uniknie, bo nawet nie będą starali się o wizę… Więc… zaproszenie się wysyła, traci tego dolara na kartkę i 94centy za znaczek i 48,06$ zaoszczędzone na gościu, który pewnie i tak ledwie by się „zwrócił”. Bo tu zazwyczaj nikt nie daje droższego prezentu niż „cena talerza” +20$.
W Polsce, jako gość przyjęcia wstyd byłoby się pokazać z 90% prezentów, które wręcza się tutaj z okazji wesela, urodzin, imienin, czy komunii. Bo w Polsce daje się komputery, gry video, telewizory, kina domowe, wymyślne telefony komórkowe, laptopy, itd. A tu na wesele albo te 150$-200$ od pary, albo wyposażenie mieszkania z dołączonej do zaproszenia listy: dobra mikrofalówka za 100$, odkurzacz za podobną kwotę, komplet markowych garnków z Wall-Martu. Na komunię odtwarzacz MP3 za 20$, aparat cyfrowy za 100$- gdy przychodzi cała bardzo bliska rodzina. Tu za 300$ firma kateringowa nakarmi całą 40 osobową rodzinę, która urządza w domu przyjęcie komunijne.
W majową niedzielę, w czasie pierwszych komunii odwiedzałem akurat polską rodzinę, która wróciła z uroczystości komunijnych w Hamtramck. Tu daje się prezenty za maksymalnie 30-50dolarów. Nigdy więcej! Jak dziecku potrzeba jest np. komputer, to rodzice w zaproszeniu piszą, że mile widziana gotówka, za którą rodzice nabędą komputer dla Komunisty. I łatwo jest przeliczyć, że jak jest 20zaproszonych gości, to wystarczy dać po 30-40$, by wystarczyło na bardzo dobry komputer. I nie rozpieszcza się nikogo nadmiarem gotówki, bo na nią każdy musi ciężko zapracować, by zrozumieć jej wartość.
Gdy zaczęły się wspomnienia, co w Polsce dostawało się na komunie w latach mojej młodości (rower „składak” i zegarek elektroniczny), w latach młodości moich rodziców, a co daje się teraz (aparaty cyfrowe, komputery, laptopy, konsole do gier, skutery, quady, telefony komórkowe za kilkaset złotych, bo tańsze byłoby komuniście wstyd przy kolegach wyciągnąć, a w ostateczności gotówkę stanowiącą nieraz połowę pensji), wszystkim przekręcały się dolary kieszeni. Przekręciły się z irytacji, że teraz te wszystkie „bogate ciocie z USA”, przy obecnym kursie dolara i rozbestwieniu prezentowym w Polsce naprawdę czują się biedne.
Dla kuzynki z Anglii podarowanie 1000zł dla chrześniaka jest mniejszym wydatkiem, niż dla amerykańskiej cioci. Nie dlatego, że jej nie stać, a dlatego, że w USA tym tysiącem złotych (czyli 500dolarami czy 350$ przeliczając po kursie z jesieni 2009) obdarowaliby kilku komunistów, którzy naprawdę byliby szczęśliwi krzycząc – WOW! Fifty BUGS! Thank You!

Tu prawie każdy wycina kupony z gazet, by kupić mleko taniej o 20centów. Traci godzinę w kolejce do stacji benzynowej, bo jej właściciel obniżył cenę o 9centów. Tu inżynier projektu (taki ma identyfikator, gdy widuję go w Subway fast-food) wpieprza kanapkę za 5dolarów siadając w swoim drogim garniturku obok zmęczonego i spoconego contractora z Polski. Może lubi, a może szanuje pieniądze i wie, że 700kcal z kanapki za 5$ i 700kcal z wykwintnego dania z restauracji za 50 czy 100$ to jedna i ta sama energia. W Polsce oczywiście lunchowałby się w Marriotcie pośród setki innych snobów, nie dlatego, że tam jest smaczniej, a tylko dlatego, że go na to stać.
Póki Polska nie nauczy się szanować i nie tracić żadnej złotówki, która nam się należy (którą dostajemy od Unii Europejskiej na drogi, na edukację, na sadzenie drzew, badania, itd.), póki leniwy Polak nie przestanie zazdrościć pracowitemu Polakowi tego, że tamten coś ma, a ten nic nie robi i nic nie ma (głośna sprawa drzewek i dopłat unijnych Europosła Pawła Piskorskiego – każdemu się należą, ale nikt drzewek sadzić nie chce!), póki nie zatka się dziur bez dna (polskiej służby zdrowia, dotowanych nierentownych przedsiębiorstw, itp), złotówka będzie silną walutą światową, ale gówno wartą w świadomości Polaków. Skoro można wyjść na ulicę, pogrozić strajkiem i dostać to, czego się żądało – (patrz celnicy i lekarze, oraz ich 100% podwyżki. Czy docenią oni prawdziwą wartość tak szybko i łatwo uzyskanych pieniędzy?).

W Stanach każdy schyli się po 5centów. Naprawdę! W Polsce się taką 5groszówkę najczęściej kopnie lub rozdepcze. Tutaj co kilka dni pokazują w wieczornych wiadomościach program poradnikowy, jak nakarmić 4osoby za 100$ tygodniowo. Uczą statystyczną amerykańską rodzinę (mąż, żona, 13latka i 10latka), co i jak kupować, by wydawać jak najmniej. Wybieraj specjalne promocje, które porównaj z promocjami z innych sklepów (po to codziennie dostajesz do skrzynki pocztowej po kilka gazetek reklamowych). Weź np. dwie sałaty do których dostaniesz za darmo dressing (sos), niż dwie do których dostaniesz za darmo kolejne dwie sałaty (które się oczywiście zepsują). Weź jedne truskawki, gdy drugie dostaniesz za darmo. Nie kupuj rzeczy z linii wzroku, bo najczęściej są o wiele droższe, niż te leżące na półkach poniżej. Wybieraj rzeczy z niższych półek, bo producenci za półki z linii wzroku muszą płacić sklepom, więc to odbija się na cenie. Idź na zakupy zawsze z gazetką reklamową owego sklepu. Unikaj małych opakowań, bo kupując wielkie opakowania możesz zapłacić nawet dwa razy taniej. Nie kupuj gotowych napoi (szczególnie gazowanych), lepiej napoje w proszku, których zużywa się mniej, są zdrowsze i tańsze. Rób listę zakupów nie spontanicznie w domu, ale w sklepie, patrząc na to, co możesz kupić na promocjach, na wyprzedażach, co dostaniesz w gratisach. Itd. Udowodnili że tak dokonane zakupy, wszystkiego w promocjach kosztowały 43,78$, podczas gdy ten sam pakiet produktów kupowanych normalnie kosztował… – ponad 113$. Oczywiście takie zakupy wymagają trochę zachodu i straconego czasu (na przeglądanie gazetek, promocji, odwiedzenia kilku sklepów, itp), ale dla każdego Amerykanina zysk 69dolarów na prostych zakupach jest rzeczą nie do przeoczenia. Dlatego właśnie Amerykanie mają więcej, niż ich na to naprawdę stać.

Codziennie lecą poradniki dla podatników, jak odzyskać maksymalnie dużo podatku od państwa. Prawie każdy konsument ma w portfelu karty rabatowe wielu sklepów, podobne proporczyki z kodem kreskowym przy kluczach od auta, które skanowane przy kasie dają nam rabaty. W Polsce nikt by się w takie rzeczy nie bawił, bo to dla Polaków nie warte zachodu. A przecież każde np. 3-5% zniżki to co 30-20ste zakupy za darmo! Czyli raz w miesiącu pakujemy cały wózek zakupów GRATIS.
Kolejny program i kolejne porady: „Kto jest lepszym klientem – kobieta czy mężczyzna?” Tzn. kto potrafi lepiej oszczędzać pieniądze i na czym. Co powinna kupować kobieta do naszego gospodarstwa domowego, a co mężczyzna, by było lepiej, a co, żeby wyszło taniej. Oraz jakich zakupów unikać, by… nie doprowadzić do rozwodu. Bo faceci najbardziej wkurzają się, jak ich partnerki kupują „magiczne pigułki” na schudnięcie za dziesiątki lub nawet setki dolarów, a kobiety, gdy faceci wydają majątek na wg.nich nic nie przydatne gadżety do samochodu. Takie zakupy naprawdę często kończą się rozwodem.
A teraz pokazują sklep odzieżowy „Steve & Barry’s”, gdzie wszystko kosztuje 8,98$. Jest tańszy niż Old Navy, tańszy od Wall Martu. Wszystko jest dobrej jakości i modne, ale że nie projektowane przez drogich projektantów, to może być sprzedawane po takich cenach. Koszulki, jeansy, buty, torebki, kurtki, okulary, dosłownie można się u nich ubrać od stóp do głowy. Na wszystkim zarabiają co najwyżej 60centów. Żaden Polak pewnie by się nie pokazał w takim stroju, skoro może go sobie kupić każdy za niespełna godzinę swojej pracy. A ostatnio nawet Jessica Parker (ta z filmu „Sex w wielkim mieście”) wybrała się na jakąś poważną galę filmową w sukience od Steva za 8,99$. Minęło kilka miesięcy i jesienią 2008 zamknięto te sklepy. Nie wiem, czy były za drogie czy rzeczy w nich sprzedawane za kiepskie?
A na moim osiedlu każdy, kto ma wolne miejsce parkingowe (bo ma tylko jedno auto, a do każdego mieszkania należą się dwa miejsca postojowe) odsprzedaje je sąsiadowi. Nawet jak jest to ktoś zaprzyjaźniony, nawet jak jest to Rodak, to i tak bierze się od niego 25$ za miesiąc, bo taka jest rynkowa cena miejsca parkingowego na naszym osiedlu. W Polsce by oczywiście tak „nie wypadało”…

Steve & Barry's Dom Detroit Domek za 7,300,00$ Lexus LS 460 Karty stalego klienta 10letni kurs Dolara

1. Sklep Steve & Barry’s, gdzie wszystko kosztuje zaledwie 8,98$ (niespełna godzinę pracy). Od koszulek, przez bluzy, buty, okulary, po kurtki (nawet zimowe!). Sklepy tej sieci… zbankrutowały jesienią 2008.
2. Jeden z detroickich domów na sprzedaż. Cena… 28,800$. Sprzedając go, co możemy kupić za 80,000 PLN w Polsce? 8metrów mieszkania w Warszawie? TUTAJ i TUTAJ możecie pogrzebać sobie w amerykańskich nieruchomościach.
3. Inny, najdroższy w całym stanie Michigan dom do sprzedania za 7,300,000$. Najlepiej w nim wygląda… kuchnia:) Za 21,000,000 PLN chyba już możemy coś ładnego w Polsce kupić?;) A gówno! – patrz punkt 7.
4. Lexus LS 460. Cena 68,000$. W Polsce, w promocji 330,000PLN. W Polsce zapewne by mnie z salonu Lexusa „wyproszono wzrokiem”, a w USA pan salonowy zaproponował mi przejażdżkę.
5. Karty rabatowe sklepu Kroger i CVS. Większość Amerykanów ma w portfelu lub przy kluczach karty stałego klienta wszystkich sklepów w których robi zakupy. Wycina kupony z gazet, by kupić coś kilka centów taniej. To jest właśnie poszanowanie pieniądza.
6. Dziesięcioletni wykres kursu dolara. 4,64zł/$ płacono za amerykańską walutę 8maja 2000. Wtedy można było wracać z USA do Polski. Dolar drogi, mieszkania tanie, życie w Polsce jeszcze nie tak kosztowne, jak obecnie (min. benzyna poniżej 3zł).

7. Najdroższy dom w Polsce. 105 milionów złotych za rezydencję pod Warszawą (w Piasecznie). Nie myślę, że jakiegokolwiek emigranta, który wyjechał kiedykolwiek, gdziekolwiek w świat i pracował nie wiem, jak ciężko, stać by było po powrocie do Polski na ów dom. Jak zarobili na niego jego właściciele – wolę nie pytać… Pomyślcie, czy lepiej mieć taki dom czy pięć takich, jak na zdjęciu nr 3.
8. Zwrot puszek do sklepu. Za 12stopak Pepsi zapłacimy 2,5$ + 1,2$ kaucji. Nikogo nie dziwi widok elegancko ubranej pani wysiadającej z nowiutkiego mercedesa i wyciągającej z bagażnika dwie reklamówki pustych puszek. Dorabia w ten sposób? NIE! 6 pustych puszek to litr paliwa, a 362miliony takich puszek to… ten dom pod Piasecznem;)

Obecnie dla tych, którzy naprawdę chcą pracować da się zarobić prawie wszędzie. Nawet w Polsce. By zarobić w USA, trzeba po prostu… pracować. By zarobić cokolwiek, z czym można wracać do Polski, trzeba pracować bardzo, BARDZO ciężko! Dolar coraz słabszy wobec polskiej waluty, w Polsce wszystko 2-3x droższe niż w USA: (benzyna 2x, prąd ponad 2x, żywność 1,5-2x, mieszkania 2-3x droższe, itd.) By zatem zarobić na życie w USA, wystarczy tylko normalnie tu pracować. Najlepiej, gdy pracuje para (ona i on) przynajmniej te ustawowe 40godzin w tygodniu i tyle. Płaca spokojnie wystarczy, by się utrzymać. Siebie, dom, samochód (najczęściej dwa samochody). Wyżywić się, ubrać, a w weekend odstresować się od ciężkiego tygodnia pracy w jakimś kinie, klubie, teatrze, dyskotece, kręgielni czy sali gimnastycznej. Oczywiście powyższe wyliczenia dotyczą tylko ludzi młodych, którzy wkraczają w dorosłość, w samodzielność. Którzy nie mają jeszcze dzieci, nie muszą się martwić o wykształcenie tych dzieci czy fundusze emerytalne na starość.
Gdy mamy dobrego pracodawcę, który opłaca nam ubezpieczenie zdrowotne, nie musimy wydawać niemałych pieniędzy na prywatne ubezpieczenie (około 200-300$ miesięcznie!). Ale wizyta u lekarza zawsze kosztuje, nawet osoby ubezpieczone, w zależności od ubezpieczenia i zakresu badań od 10-150$. Płaci się zapewne tylko po to, by nie nabijać kolejek urojonymi bólami.

Aby się jednak czegoś w Stanach dorobić, trzeba robić i ROBIĆ! Abstrahując od wolnych zawodów, lekarzy (ale jedynie specjalistów o dobrej renomie), prawników (ale jedynie tych pracujących dla milionerów), inżynierów (pracę w USA z polskimi dyplomami i kwalifikacjami jest zdobyć coraz trudniej. Za dużo tu różnych innych wykształconych narodowości (Chińczycy, Hindusi, itd.), często przyjeżdżających do Stanów Zjednoczonych bez potrzeby posiadania wiz, pracujących albo legalnie, albo zdalnie (przez internet w swoim kraju), albo za „półdarmo”). Najlepiej zatem (jeśli ma to być praca fizyczna) znaleźć pracę w fabryce lub firmie, która ma duże zamówienia (tylko, gdzie taką firmę teraz, w dobie obecnej recesji, masowych zwolnień, cięcia kosztów oraz obniżek płac znaleźć?!). Gdy się jednak coś takiego uda, że znajdziemy firmę, która pozwala pracownikom brać nadgodziny, wtedy możemy pracować po 10-12 godzin dziennie (co w USA jest normalne), zamiast ustawowych 8godzin. Pracując zatem te pół doby, także w soboty, za każdą nadgodzinę dostając dodatkowo 1,5-3$ więcej (najlepiej, co jest możliwe w „polskich” fabrykach pracować za gotówkę, a nie za czek z którego potrącane są składki i podatki w taki sposób, że im więcej zarobimy, tym więcej nam zabiorą!), można zarobić miesięcznie dodatkowy tysiąc dolarów lub nawet więcej. 1000$ więcej zarobi on, 1000$ więcej zarobi ona, i po roku stać ich na kolejne nowe auto kupione za nadgodzinowy dochód. Albo po 10latach na nowy dom (z samych nadgodzin!). Jak się przez te 10lat człowiek wyeksploatuje fizycznie i psychicznie, pracując po 10godzin dziennie i mając tylko 4dni wolne w miesiącu – to wiedzą tylko oni. Tu siedzieć dłużej w pracy niż w domu lub mieć dwie prace jest normalnością. Dlatego właśnie USA jest krajem pracoholików, gdzie w kalendarzu znajdziemy tylko 7 wolnych dni (prócz świąt Bożego Narodzenia, w które oczywiście jest wolny tylko jeden dzień, a nie jak u nas: Wigilie, wigilie Wigilii, Lane Poniedziałki, Suszone Wtorki, Środy Popielcowe, Czwartki Zakalcowe, Piątki Wielkie, Piątki Mniejsze; 1sze i 3cie maje, 2gie i 4te maje, gdy wypadają w piątek lub poniedziałek, Dni Papieskie, Dni Kobiet, Dni Pracy, Dni ludzi bez pracy, Dni Koziołka Matołka). Naukowcy dowiedli, że każdy dzień wolny od pracy zamienia się tak naprawdę w dwa dni wolne. Bo już od południa w dniu poprzedzającym dzień wolny każdy się rozpręża, planuje nadchodzący wolny dzień, patrzy ciągle na zegarek, ile to jeszcze zostało czasu do końca pracy. A dzień po dniu wolnym, powoli trzeźwiejemy, spóźniamy się do roboty, wdrażamy się do pracy tak powoli, leniwie, ospale, żałując, że to był tylko jeden wolny dzień. W USA nie ma takiego problemu. Ten jeden z siedmiu wolnych dni przeżywa się tak aktywnie, że nikt nie zwalnia obrotów i od razu wpada nazajutrz w wir pracy i obowiązków. Myślałem, że w te nieliczne wolne dni w USA miasta będą po prostu puste. Wszyscy albo udadzą się na zasłużony relaks, albo jakiś wyjazd – nic bardziej mylnego! W kraju pracoholików ma się… pieniądze! Pieniądze najlepiej wydawać jest na… zakupy! Tak więc dzień wolny przeznacza się na zakupy właśnie. To wykorzystują handlowcy i w te dni są najlepsze wyprzedaże. W Memorial Day kupiłem laptopa przecenionego z 800$ na 600$. Dzień później cena wróciła do 800$ i utrzymuje się do dziś.

W USA panuje niesamowity szacunek dla pracy. Wpajany jest już od dziecka. Dziecko dostaje kieszonkowe, by nauczyło się gospodarować pieniędzmi. Dostaje je na tyle niskie, by musiało na swoje własne, wygórowane potrzeby dorobić (takie zbytki jak nowy telefon co kilka m-cy, itp). Nawet dzieci milionerów dorabiają roznosząc gazety czy strzygąc trawę sąsiadom lub babci. A prezydentówna Clintonówna smażyła kotlety w McDonalds. Nic za darmo. Dlatego każdy tu potrafi pracować, oraz dzięki temu docenia wartość pieniądza. Jego wartość nie jest szacowana na giełdzie, bo gdyby tak liczyć, to Dolar jest najsłabszy od ponad 15lat. Wartość dolara jest w pracy, jaką trzeba włożyć w jego zarobienie, oraz w tym, co można za niego w Ameryce kupić. W Polsce nikt, dosłownie NIKT nie założyłby np. myjni samochodowej w której myłby RĘCZNIE! samochody po 1$ za sztukę! Nikt by w takiej myjni nie pracował, bo by się po prostu „nie opłacało”! W Polsce umycie auta to ponad 10zł na myjniach automatycznych, i ponad 20zł na myjniach ręcznych. W USA za takie pieniądze można by się myć codziennie przez tydzień. W Polsce wiele osób by odeszło od przyszłego pracodawcy po usłyszeniu stawki, jaką on mu zaproponuje. Oczywiście jeśli nie są podstawieni „pod ścianą”, gdy muszą zarobić cokolwiek, by wyżywić rodzinę. Tu każdy podejmie pracę z nadzieją, że zostanie doceniony, że dostanie podwyżkę, że przynajmniej nabędzie nowych doświadczeń albo kontaktów. Za 5$ za godzinę ludzie chodzą w tablicach reklamowych, przenoszą wokół sklepu tzw. potykacze, które w Polsce są wbite w ziemię i nie rzucają się w oczy tak, ja te którymi w USA wymachuje ktoś do tego zatrudniony.
Kto by w USA zmieniał dziecku co kilka miesięcy komórkę? Bo wszyscy w klasie mają nowe, to dzieciak też chce. Chcesz – idź wyprowadzaj pani Shmith jej trzy buldogi, zarobisz 30dolarów na tydzień, to zobaczymy, czy kupisz sobie iPhone’a za 300$, czyli za swoje 2,5miesięczne psie zarobki. Dziecko oczywiście będzie ryczeć, złorzeczyć na rodziców, ale kiedyś im podziękuje, że dzięki temu potrafi gospodarować pieniędzmi lepiej, niż Michael Jackson czy Mike Tyson (zarabiał po kilkadziesiąt milionów dolarów rocznie (po ponad 30mln za jedną walkę!), a dziś nie mają ani centa).

Ostatnie notowanie Forbs odnośnie najlepiej i najgorzej płatnych
zawodów w USA było dla mnie nielada ciekawostką. Nie spodziewałem się,
że płace w USA mogą być tak niskie! Chociaż w porównaniu do polskiej
płacy minimalnej wynoszącej w 2009 roku 954,96 zł czyli 330$, to nawet
najgorsza średnia płaca w USA jest ponad 4x wyższa od minimalnej
polskiej. W USA płacę podaje się w wynagrodzeniu za godzinę albo w
zarobkach rocznych, ale by było bardziej „po polsku”, przeliczyłem ją na
miesięczne pobory. I tak oto to w USA wygląda:

1. Przygotowywacze fastfoodów :            1,391$
2. Kucharze fastfoodowi :                      1,405$
3. Pomywacze :                                    1,421$
4. Restauracyjny personel pomocniczy :  1,448$
5. Myjący włosy w salonach fryzjerskich : 1,457$
6. Hostessy restauracyjne :                   1,475$
7. Kasjerzy restauracyjni :                     1,485$
8. Recepcjoniści i bileterzy :                   1,490$
9. Krupierzy w kasynach :                      1,510$
10. Animatorzy zabawy i rekreacji :         1,518$

Dlatego właśnie nie należy się dziwić, że przedstawiciele tych zawodów żyją z nadgodzin, z drugich prac lub z napiwków. A gdy mieliśmy to szczęście, że urodziliśmy się w zamożnej rodzinie, która wydała grubo ponad 100tys. dolarów na samą naszą wyższą edukację, mamy szansę znaleźć się na z strony drabinki zarobkowej jako:

1. Anestezjolog :                                16,065$
2. Chirurg :                                        15,950$
3. Ortodonta :                                    15,445$
4. Położnik lub ginekolog :                  15,300$
5. Chirurg stomatologiczny :                14,870$
6. Protetyk stomatologiczny :               14,113$
7. Internista ogólny :                          13,939$
8. Lekarz chirurg i pokrewny:               12,929$
9. Lekarz rodzinny :                            12,803$
10. Dyrektor naczelny :                       12,614$
11. i więcej… w Forbes

Zawsze myślałem, że polscy anestezjolodzy strajkują, gdyż nigdy nie mogą się doczekać łapówki. Po prostu zawsze, gdy powinni ją dostać od pacjenta, ten bezczelnie zasypia;) A gdy już się budzi, to w dupie ma anestezjologa, skoro operacja się udała:) A tu się jednak okazuje, że anestezjolodzy oraz pielęgniarki i położne strajkują dlatego, by zarabiać tyle, co ich koleżanki w USA. To są oczywiście zarobki ludzi zatrudnionych w szpitalach i firmach. Mający prywatne kliniki, domowe praktyki oraz wszyscy pozostali samozatrudniający się „wyciągają” wielokrotność tych sum. Są przecież prawnicy, którzy tutaj nie znaleźli się nawet w pierwszej dziesiątce, a przecież niektórzy z nich zarabiają po kilka milionów dolarów za jeden dobrze przeprowadzony rozwód. Jednego z nich znam prawie że osobiście…

Wracając do Polski i porównania życia w USA i PL. Myślę, że gdyby nie szalone ceny mieszkań w Polsce, to dwie pracujące w dużym polskim mieście osoby, wynagradzane za swoją pracę w miarę uczciwie, mogą, przy odrobinie szczęścia być w podobnej sytuacji jak zwykła para młodych Amerykanów albo legalnych imigrantów bez żadnego niezbędnego im tu szczęścia. Mogą dostać kredyt na mieszkanie (w Polsce trzeba zabezpieczenia i zaświadczenia o zarobkach, a w USA przede wszystkim pozytywną historię kredytową), kredyt na samochód. Mogą te kredyty spłacać i coś im jeszcze zostanie na życie. Ale… ale w Polsce bank da im kredyt na co najwyżej 30-40metrowe mieszkanie (i to pod warunkiem, że rodzice im dadzą na pierwszą wpłatę). Będą spłacać małe, ekonomiczne auto. Na szalone wakacje w jakimś pięknym zakątku świata nie będą mogli sobie pozwolić, bo każdą wolną złotówkę będą woleli zainwestować w szybsze spłacenie kredytów. W USA spłacane mieszkanie będzie miało przynajmniej 100-150metrów kwadratowych. Spłacany rodzinny samochód (lub samochody) wyposażony będzie we wszystko, co posiadają auta klasy średniej wyższej i będzie to 2x większy samochód niż ten spłacany w Polsce. Auto Amerykanina będzie w ciągłym biegu, a Polaka mimo swojej ekonomiczności będzie częściej stało niż jeździło. W USA zakupowy koszyk w sklepie zawsze będzie 2-3x bardziej pełny niż koszyk Polaków. Weekendowy wypad do restauracji nie będzie żadnym atakiem na rodzinny budżet, ale na wakacje, podobnie jak Polacy nie pojadą – nie ze względów finansowych, a dlatego, że urlopu mieć za wiele nie będą. Więc są podobieństwa, są rozbieżności. Są zalety życia tu i tu. Są zalety spłacania mieszkania w USA (jest to wielkie wygodne mieszkanie, ale nie wiadomo ile będzie warte za rok, a ile za 30lat – możliwe że 2-3x mniej, niż za nie zapłaciliśmy). Są zalety spłacania małego mieszkania w Polsce (prawie na pewno za 30lat to mieszkanie będzie warte więcej, niż dziś!). Jak ktoś pracuje w Polsce i zarabia na tyle, że go stać na życie, to… wybór należy do niego.
Ze wszystkich Polaków jakich tu poznałem… Starego pokolenia i młodego… Będących tu od lat lub tylko od kilku miesięcy… Będących tu legalnie lub nielegalnie… Nikt dzisiaj nie wróciłby do Polski. Do Europy tak. Do Anglii, Irlandii, Szkocji, Szwecji, Belgii, Holandii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, ale nie do Polski! A dlaczego nie chcą wracać, to będzie w następnej notce… Albo jeszcze w tej…

Lemoniadka Automyjnia

1. Szacunku do pracy uczą już od najmłodszych lat. Tu 8-10ciolatki zrobiły lemoniadę, którą sprzedają po 50centów.
2. Szacunku do pieniądza uczy… jego siła nabywcza. Co w Polsce dostaniecie za 1PLN? W USA za 1USD umyją Wam auto.
3. Lista 25 najgorzej płatnych zawodów USA wg. amerykańskiego miesięcznika Forbes.

W ciągu mojego 122 dniowego pobytu w Ameryce…
Nauczyłem się… patriotyzmu. Oczywiście wobec mojej jedynej Ojczyzny. Nie nauczyła mnie tego Polonia amerykańska, bo z tą nie mam za wiele styczności. Mam sąsiadów Polaków, wielu znajomych, ale o Polsce za dużo się nie rozmawia. To jest odległy kilometrowo i świadomościowo ląd, i tak chyba jest lepiej. Patriotyzmu nauczył mnie pewien 35latek. Człowiek, który po wyjeździe z Polski przed kilkunastoma laty, stał się kilka lat temu obywatelem USA, mówiącym… „My, Amerykanie lubimy TO…”, „My, Amerykanie myślimy TAK…”. Nie jest to głupi mężczyzna, ale przechodząc na amerykański paszport, odciął polskie korzenie, by nie wystawały spomiędzy kartek jego nowego Passportu United States of America. Jest już po amerykańsku miły i życzliwy, uprzejmy i pomocny, ale niestety po słowach: „Pożyczę Ci książkę o historii USA”, i moje: „Nie chcę, nie znam dobrze historii Polski, więc po co mam poznawać historię USA”?, odpowiedział: „Phi, teraz jesteś w Ameryce, więc historii Polski znać już nie musisz”. Jeśli mam być TAKIM „Amerykaninem” to ja dziękuję – nigdy nie przestanę być Polakiem.
Za Polską się… nie tęskni. Tęskni się za pozostawionymi tam bliskimi, przyjaciółmi, znajomymi, zwykłymi ludźmi na ulicach, za językiem, za pozytywami krainy znad Wisły. Bo Polska w porównaniu do USA wygląda „blado” w większości porównań. Ale to Polska. To tam przychodziliśmy na świat, dostawali szczepionki, co miesiąc baraszkowali na wadze dla niemowląt. Tam odebraliśmy darmową edukację. To kraj w którym każdy człowiek potrafi prawie wszystko. To tam zarabiając 1000 złotych miesięcznie wydaje się 2000 zł, i jeszcze zostaje!;) Kraj cudów! To tam, nie trzeba się bać o to, że za jakiś nieprzemyślany ruch zastrzeli nas policjant, bo w Polsce musi wystrzelać cały magazynek w powietrze krzycząc: „Stać, policja! Stać! Stać proszę! Bardzo ładnie proszę, panie bandyto o zatrzymanie się!”. Później dopiero po kilku zdrowaśkach i przeżegnaniu się może odważy się strzelać do napastnika, który MUSI zagrażać jego życiu lub życiu i mieniu obywatela. Z takich małych „smaczków” Polski składa się ten nostalgiczny jej obraz. Kto się go wypiera, jest dla mnie… poniżej zera (to tak tylko dla rymu;). Jak ktoś naprawdę chce się całkowicie odciąć od polskości, to niech to zrobi tak, że gdy spotkam taką osobę na swojej drodze, to nie będę nawet wiedział, że kiedyś był Polakiem/Polką. Niech mówi po angielsku tak samo dobrze lub nawet lepiej niż mówią Amerykanie. Niech nie przekonuje mnie na siłę, że Ameryka we wszystkim ma rację, że jest największa i najpotężniejsza, itp. Wtedy daję takiej osobie moralne prawo do wybrania sobie tej lepszej dla niego ojczyzny. Ale gdy ktoś będący w USA od 12lat, jest na tym samym poziomie w szkole językowej, co ja po miesiącu tutaj przebywania, w domu ze swoją polską żoną rozmawia po polsku, chodzi do polskiego kościoła, to po prostu nie ma prawa mówić „MY Amerykanie!”.
Jedną z rzeczy, która najbardziej denerwuje mnie w Polsce to całkowity brak szacunku do prawa. Nie szanują go gówniarze w szkole, gdy znęcają się nad nauczycielem, nie szanują go starsi gówniarze w sklepach, gdy mimo swojej nieletności kupują alkohol dobrze wiedząc, że sprzedawca się nie odważy się zapytać ich o dowód osobisty. Denerwuje brak szacunku wobec prawa przez osoby, które te prawo stanowią i powinni stać na straży jego przestrzegania – politycy, policjanci. Ale to już zupełnie inna historia. W USA prawo jest święte, a prawnicy dzięki temu… miliarderami.

Pierwsze, co zapamiętam z USA, to to, że zobaczyłem prawdziwy upadek miasta. Detroit jest jak organizm zaatakowany przez raka. Wszystko niby jest OK, organizm działa, krew w nim krąży, funkcje życiowe są pełnione, wszystko jakoś „trzyma się kupy”. Działanie Detroit to taki właśnie organizm. Tysiące pędzących codziennie samochodów setkami dróg to krew. Zaatakowane przez raka organy, to padające fabryki, restauracje, sklepy. Jedne już wycięte (zamknięte) inne jeszcze działają, ale na „pół gwizdka” z niechybnym końcem za jakiś czas. Nawet straż pożarna w Pontiac city chyba wkrótce mocno zredukuje zatrudnienie, o ile w ogóle nie zbankrutuje. Straż pożarna to taka np. tabletka na zbijanie temperatury. Ale już nie narzekajmy na Detroit.

Zobaczyłem także kawałek pięknej Ameryki. Nowy York. Tam, miliony ludzi, którzy jak mrówki, w doskonale zorganizowanym mrowisku, potrafią przeżyć wszystko. I zamachy CIA na budynki WTC – 9/11, i codzienne zaciąganie się smogiem, i przejażdżki z nieanglojęzycznymi taksówkarzami Yellow Cabs, i ogólnoamerykański i ogólnoświatowy kryzys. Stoisz na Times Square i… czujesz się jak w bajce. Zamykasz oczy na dosłownie sekundę i… jesteś w innym miejscu. Bo wszystko się przez ten ułamek chwili zmieniło. Setki ścian z reklamami wyświetla już co innego, dziesiątki ludzi przeszło z przed naszych oczu i zastąpili ich inni ludzie. W NY zrozumiałem, że Ameryka zawsze da sobie radę. Mają tu wszystko, co jest niezbędne do egzystencji państwa i obywateli, więc oni naprawdę mogą żyć jak na innej planecie – odcięci od ogólnoświatowych problemów. Ale prawdziwe problemy jeszcze przed Ameryką – inflacja.
W USA zrozumiałem wartość pieniądza. Wartość pieniądza to nie jest kurs wobec innych walut (szczególnie tak przewartościowanych, jak nasza złotówka). To praca jaką należy włożyć w ich zdobycie, oraz to, co można za nie kupić. Coś jak w reklamie jakiegoś banku. O pracy, płacach, zakupach będą BARDZO rozbudowane notki.

W USA poznałem odmienność natury. Tu wiewiórka wchodzi do domu po orzechy, a jak nie dostanie, to wyciąga z lodówki masło orzechowe, a przelatujące tuż nad naszymi głowami gęsi wesoło sobie gęgają. Po prostu jakby plotkowały w locie – niesamowite! W Polsce wszystko takie „zahukane”, wiewiórki, gęsi, psy, koty, a przede wszystkim… ludzie. Tu pewnie nawet ryby mają głos. Tu życie, chociaż coraz cięższe, to po prostu… jakoś tak samo w sobie cieszy.

Ludzie. Tzn. rodowici Amerykanie. Ich uprzejmość. Nie tylko to „Jak się masz” na każdym kroku. Tu każdy jest uśmiechnięty, więc nawet jak masz zły dzień, to widząc kogoś szczerze się do Ciebie śmiejącego, po prostu nie możesz tego nie odwzajemnić. Tego my, Polacy się nigdy nie nauczymy, bo mamy gen samoumartwienia. Ten ich życiowy optymizm, minimalizm. Tu marzenia są bardziej przyziemne, a przez to łatwiej je spełnić. Więc robisz wszystko, by je spełnić, a nie leżysz do góry brzuchem w poczuciu beznadziei, że są niespełnialne. Tu milioner często wygląda jak żebrak, a u nas żebrak lansuje się na milionera. I uprzejmość ludzi (zaznaczam, Amerykanów!) Jedziesz na rowerze (tu rowerzysta jest rzadkością!) i większość kierowców, którzy zajadą Ci drogę (bo jedziesz chodnikiem), z uśmiechem się wycofa, pomacha, zatrzyma. Kierowczynie już nie zawsze – co widać na załączonym filmie w moim Youtube;)
Pierwsze moje kroki po USA z racji nieposiadania prawa jazdy i samochodu odbywały się pieszo. Po tzw. dobrej, bezpiecznej dzielnicy. Ludzie widząc mnie idącego w zimny wiosenny dzień (chodzenie po ulicach to tu też rzadkość) zatrzymywali się z pytaniem, czy coś się stało, czy zabłądziłem, czy może skończyła mi się benzyna w samochodzie?
Matka jechała objazdem przez sąsiednie osiedle i zabłądziła (a osiedla tu są BARDZO zakręcone i zazwyczaj z jednym wyjazdem!) Zapytała 1szego napotkanego człowieka (oczywiście ten był w samochodzie, który właśnie parkował pod domem), a ten…: „Wyjechać stąd jest trudno, wyprowadzę Cię”. I przejechał bezinteresownie ze 2-3mile swoim samochodem, każąc matce jechać za nim.

Ludzie są tu otwarci. Dziś spotkało mnie coś takiego: Robię zakupy w markecie, a tu miły Murzyn ze swoją panią (klasa średnia, ok. 35latkowie) pyta mnie – „Człowieku, czy myślisz, że kobieta w ciąży nie powinna przytyć bardziej niż tylko o kilka kg? Bo moja żona jest w ciąży i kupuje, jak widzisz wszystko dietetyczne. A przecież kocham ją nie za większy czy mniejszy brzuch czy pupę…” Szczerze się roześmiałem i powiedziałem: „Wiesz.. jestem z Polski i…”, „Och, I’m sorry…”. Pewnie gdybym władał angielskim tak dobrze, jak władam językiem polskim to facet już za miesiąc miałby kobietę tak grubą, że żałowałby, że ją namówiłem na odstawienie tych wszystkich lightów;)
Ludzie tu są ufni. Domy i samochody otwarte. Portfele leżą w samochodach (wiadomo, że gotówki w nich tyle, co kot napłakał, bo wszyscy płacą kartami płatniczymi).

Zrobiło się jakoś patetycznie. Więc wracając do mnie – zaskoczył mnie… mój zegar biologiczny. Jest tak stabilny i dokładny, że po 4rech miesiącach pobytu w USA jeszcze się nie przedstawił. Wstaję w środku nocy, 2:00, czy nad ranem 8:00 i… nie wiem, gdzie jestem, która jest godzina, co robię, gdzie słońce, czy dopiero zaszło czy za chwilę wschodzi. Po prostu ciągle pół mnie jest gdzie indziej.

Przejechałem 9tysięcy kilometrów po USA. Nakręciłem swój „film drogi”. Byłem w stolicy Stanów Zjednoczonych, Washingtonie, gdzie większość mieszkańców i obywateli USA nigdy nie było. Stałem na dachu Empire State Building i patrzyłem na cuda Nowego Yorku. Poczułem się… malutką mróweczką. Malutkim robaczkiem w środku Wielkiego Jabłka (może właśnie dlatego NY nazywa się Big Apple?;) Kupiłem koszulkę „I Love NY”, pod treścią której mogę się szczerze podpisać, ale w NY jej nie założyłem. Wszystkie miasta USA odwiedzałem w koszulce… TERAZ Polska!
Zarobiłem… niewiele. Stać mnie za to „niewiele” na bardzo dużo.
Reszta moich ZA i PRZECIW Ameryce będzie w następnych notkach.

Wiewiora Car Wash 1$ Upadek Burlington Statua Wolnosci United States Capitol Empire State Building

1. Gdzie są moje orzeszki – zapytała wiewiórka. Tu nawet zwierzęta mają zaufanie do ludzi.
2. Automyjnia za 1dolara! (tak, za trzy złote) – to jest właśnie wartość pieniądza, której doceniania USA doskonale uczą.
3. Otwarte zaledwie kilka lat temu centra handlowe dzisiaj upadają. Wszystko wolne, do kupienia, wynajęcia…
4. Ale wolna jest także… Statua Wolności. Nowy York, miasto, które od 1-szego wejrzenia się kocha lub nienawidzi!
5. Washington – George Bush przeleciał 15metrów nade mną (film będzie na mojej Youtubie)
6. Nowy York widok z Empire State Building – dosłownie pulsujące życiem miasto. Broadway i 5-ta aleja.

Więcej zdjęć z Washingtonu znajdziesz TUTAJ, a z Nowego Yorku TUTAJ

Coś o autorze tego bloga.
Wokół mnie narastają domysły i przypuszczenia. Domniemania i niedomówienia. Opinie, że się nie znam na prawdziwej Ameryce. Prawdziwa Ameryka jest w indiańskich rezerwatach, reszta to fasady z plywoodu i gupsu! Mówicie, że się czepiam, że jestem uprzedzony do USA, do AfroAmerykanów. Że pewnie płaczę po nocach za Polską i w ogóle. Że się tu po prostu nie odnajduję, że jest mi tu ciężko, dlatego tak narzekam. To nie jest narzekanie. To jest obraz, który widzę, a który trzeba czasem delikatnie przejaskrawić, by był bardziej widoczny. To jest prawo autora w które nikt nie ma prawa ingerować. Najlepiej jest zrobić 1000 zdjęć, wkleić je tutaj i zgodnie z zasadą, że „Jedno zdjęcie przemawia lepiej, niż 1000słów”, dać Wam samym wyciągać wnioski. Ale nie jestem fotoreporterem z National Geographics, a autorem książek. Po to potrafię dobierać słowa, by potrafić nimi przelać myśli na ekran komputera i rozlać je przed Waszymi oczami. Jak o czymś piszę, to jest to prawdziwe lub bardzo prawdopodobne (gdy opowiada mi o tym wiarygodna osoba). Gdy koloryzuję, robię to na tyle zauważalnie, że już nie chcę musieć pisać, że oczywiście przesadzam, dramatyzuję, czy tylko przejaskrawiam. A nie jestem dzieciakiem, by co chwilę wklejać GG-owe minki ;)   :>   ^^   :D

Tak więc gwoli wyjaśnienia: Mam prawie 31lat. W swoim życiu widziałem i przeżyłem już wiele. Moim talentem jest zauważanie rzeczy, które inni przegapiają (ale równocześnie przegapianie rzeczy, które inni widzą). Potrafię słuchać, oglądać i wyciągać wnioski. Potrafię patrzeć wstecz i wybiegać w przyszłość. Potrafię zobrazować sytuację, która dzieje się obecnie, odnaleźć jej przyczyny w przeszłości oraz rozpisywać scenariusz na przyszłość. Raz trafny, innym razem mylny, ale zawsze kreatywny i twórczy, a nie odtwórczy. A jak już mi ktoś pisze, że w jego oczach USA wygląda inaczej, to proszę, na koniec swojej wypowiedzi o zaznaczenie, że pisze z Nowego Yorku, NY, czy z Los Angeles, CA, ewentualnie Tampa, FL, itd. Bo, gdybym napisał coś, pisząc np. o Katowicach (w których kiedyś mieszkałem), że są okropne, bo wszędzie jest brud, smród, smog i sadza, to mi Góral z Tatr zaraz napisze: „Panocku, coś ci się brymuchy za dużo napiło. Ja tu, w mym piknym Zakopanem smogu żem nie widział nigdy! Hejjj!” Przecież wystarczy tylko być z Nowego Yorku i na moje słowa o Detroit (że tu nikt nie chodzi pieszo) popukać się w głowę!
Albo być spoza Detroit, nigdy nie przekraczać tunelowej lub mostowej granicy z kanadyjskim Windsorem i nie uwierzyć, że pracownicy graniczni od 1sierpnia tego roku mają prawo zabrać nam laptopa, komórkę, aparat cyfrowy, pen drive i skopiować i przejrzeć w biurze ich zawartość. Więc nie będąc stąd (Detroit) nie uwierzycie tak łatwo w moje słowa o tym, że USA to jednak jest policyjne państwo. Nie czuję na razie, by nadużywali swoich uprawnień wobec mnie, ale mają je tak nieograniczone, że gdyby chcieli… Ameryka jest większa, niż nam się wydaje i różnice są tu NIESAMOWITE. A ja ciągle zaznaczam, że piszę o Detroit, Michigan!

Chodnik w NY Detroit
1. Nowy York – chodnik o każdej porze dnia i nocy.   2. Detroit – chodnik, piątek godzina 16:48.             3. Burmistrz Detroit.

Samochod policyjny NY Samochod policyjny Troy
4. Samochody nowojorskiej policji.                          5. Samochody michigańskiej policji.                       6. Burmistrz Nowego Yorku.
Ta sama Ameryka, a jednak jakże inna.


  • RSS