Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Obecnie dla tych, którzy naprawdę chcą pracować da się zarobić prawie wszędzie. Nawet w Polsce. By zarobić w USA, trzeba po prostu… pracować. By zarobić cokolwiek, z czym można wracać do Polski, trzeba pracować bardzo, BARDZO ciężko! Dolar coraz słabszy wobec polskiej waluty, w Polsce wszystko 2-3x droższe niż w USA: (benzyna 2x, prąd ponad 2x, żywność 1,5-2x, mieszkania 2-3x droższe, itd.) By zatem zarobić na życie w USA, wystarczy tylko normalnie tu pracować. Najlepiej, gdy pracuje para (ona i on) przynajmniej te ustawowe 40godzin w tygodniu i tyle. Płaca spokojnie wystarczy, by się utrzymać. Siebie, dom, samochód (najczęściej dwa samochody). Wyżywić się, ubrać, a w weekend odstresować się od ciężkiego tygodnia pracy w jakimś kinie, klubie, teatrze, dyskotece, kręgielni czy sali gimnastycznej. Oczywiście powyższe wyliczenia dotyczą tylko ludzi młodych, którzy wkraczają w dorosłość, w samodzielność. Którzy nie mają jeszcze dzieci, nie muszą się martwić o wykształcenie tych dzieci czy fundusze emerytalne na starość.
Gdy mamy dobrego pracodawcę, który opłaca nam ubezpieczenie zdrowotne, nie musimy wydawać niemałych pieniędzy na prywatne ubezpieczenie (około 200-300$ miesięcznie!). Ale wizyta u lekarza zawsze kosztuje, nawet osoby ubezpieczone, w zależności od ubezpieczenia i zakresu badań od 10-150$. Płaci się zapewne tylko po to, by nie nabijać kolejek urojonymi bólami.

Aby się jednak czegoś w Stanach dorobić, trzeba robić i ROBIĆ! Abstrahując od wolnych zawodów, lekarzy (ale jedynie specjalistów o dobrej renomie), prawników (ale jedynie tych pracujących dla milionerów), inżynierów (pracę w USA z polskimi dyplomami i kwalifikacjami jest zdobyć coraz trudniej. Za dużo tu różnych innych wykształconych narodowości (Chińczycy, Hindusi, itd.), często przyjeżdżających do Stanów Zjednoczonych bez potrzeby posiadania wiz, pracujących albo legalnie, albo zdalnie (przez internet w swoim kraju), albo za „półdarmo”). Najlepiej zatem (jeśli ma to być praca fizyczna) znaleźć pracę w fabryce lub firmie, która ma duże zamówienia (tylko, gdzie taką firmę teraz, w dobie obecnej recesji, masowych zwolnień, cięcia kosztów oraz obniżek płac znaleźć?!). Gdy się jednak coś takiego uda, że znajdziemy firmę, która pozwala pracownikom brać nadgodziny, wtedy możemy pracować po 10-12 godzin dziennie (co w USA jest normalne), zamiast ustawowych 8godzin. Pracując zatem te pół doby, także w soboty, za każdą nadgodzinę dostając dodatkowo 1,5-3$ więcej (najlepiej, co jest możliwe w „polskich” fabrykach pracować za gotówkę, a nie za czek z którego potrącane są składki i podatki w taki sposób, że im więcej zarobimy, tym więcej nam zabiorą!), można zarobić miesięcznie dodatkowy tysiąc dolarów lub nawet więcej. 1000$ więcej zarobi on, 1000$ więcej zarobi ona, i po roku stać ich na kolejne nowe auto kupione za nadgodzinowy dochód. Albo po 10latach na nowy dom (z samych nadgodzin!). Jak się przez te 10lat człowiek wyeksploatuje fizycznie i psychicznie, pracując po 10godzin dziennie i mając tylko 4dni wolne w miesiącu – to wiedzą tylko oni. Tu siedzieć dłużej w pracy niż w domu lub mieć dwie prace jest normalnością. Dlatego właśnie USA jest krajem pracoholików, gdzie w kalendarzu znajdziemy tylko 7 wolnych dni (prócz świąt Bożego Narodzenia, w które oczywiście jest wolny tylko jeden dzień, a nie jak u nas: Wigilie, wigilie Wigilii, Lane Poniedziałki, Suszone Wtorki, Środy Popielcowe, Czwartki Zakalcowe, Piątki Wielkie, Piątki Mniejsze; 1sze i 3cie maje, 2gie i 4te maje, gdy wypadają w piątek lub poniedziałek, Dni Papieskie, Dni Kobiet, Dni Pracy, Dni ludzi bez pracy, Dni Koziołka Matołka). Naukowcy dowiedli, że każdy dzień wolny od pracy zamienia się tak naprawdę w dwa dni wolne. Bo już od południa w dniu poprzedzającym dzień wolny każdy się rozpręża, planuje nadchodzący wolny dzień, patrzy ciągle na zegarek, ile to jeszcze zostało czasu do końca pracy. A dzień po dniu wolnym, powoli trzeźwiejemy, spóźniamy się do roboty, wdrażamy się do pracy tak powoli, leniwie, ospale, żałując, że to był tylko jeden wolny dzień. W USA nie ma takiego problemu. Ten jeden z siedmiu wolnych dni przeżywa się tak aktywnie, że nikt nie zwalnia obrotów i od razu wpada nazajutrz w wir pracy i obowiązków. Myślałem, że w te nieliczne wolne dni w USA miasta będą po prostu puste. Wszyscy albo udadzą się na zasłużony relaks, albo jakiś wyjazd – nic bardziej mylnego! W kraju pracoholików ma się… pieniądze! Pieniądze najlepiej wydawać jest na… zakupy! Tak więc dzień wolny przeznacza się na zakupy właśnie. To wykorzystują handlowcy i w te dni są najlepsze wyprzedaże. W Memorial Day kupiłem laptopa przecenionego z 800$ na 600$. Dzień później cena wróciła do 800$ i utrzymuje się do dziś.

W USA panuje niesamowity szacunek dla pracy. Wpajany jest już od dziecka. Dziecko dostaje kieszonkowe, by nauczyło się gospodarować pieniędzmi. Dostaje je na tyle niskie, by musiało na swoje własne, wygórowane potrzeby dorobić (takie zbytki jak nowy telefon co kilka m-cy, itp). Nawet dzieci milionerów dorabiają roznosząc gazety czy strzygąc trawę sąsiadom lub babci. A prezydentówna Clintonówna smażyła kotlety w McDonalds. Nic za darmo. Dlatego każdy tu potrafi pracować, oraz dzięki temu docenia wartość pieniądza. Jego wartość nie jest szacowana na giełdzie, bo gdyby tak liczyć, to Dolar jest najsłabszy od ponad 15lat. Wartość dolara jest w pracy, jaką trzeba włożyć w jego zarobienie, oraz w tym, co można za niego w Ameryce kupić. W Polsce nikt, dosłownie NIKT nie założyłby np. myjni samochodowej w której myłby RĘCZNIE! samochody po 1$ za sztukę! Nikt by w takiej myjni nie pracował, bo by się po prostu „nie opłacało”! W Polsce umycie auta to ponad 10zł na myjniach automatycznych, i ponad 20zł na myjniach ręcznych. W USA za takie pieniądze można by się myć codziennie przez tydzień. W Polsce wiele osób by odeszło od przyszłego pracodawcy po usłyszeniu stawki, jaką on mu zaproponuje. Oczywiście jeśli nie są podstawieni „pod ścianą”, gdy muszą zarobić cokolwiek, by wyżywić rodzinę. Tu każdy podejmie pracę z nadzieją, że zostanie doceniony, że dostanie podwyżkę, że przynajmniej nabędzie nowych doświadczeń albo kontaktów. Za 5$ za godzinę ludzie chodzą w tablicach reklamowych, przenoszą wokół sklepu tzw. potykacze, które w Polsce są wbite w ziemię i nie rzucają się w oczy tak, ja te którymi w USA wymachuje ktoś do tego zatrudniony.
Kto by w USA zmieniał dziecku co kilka miesięcy komórkę? Bo wszyscy w klasie mają nowe, to dzieciak też chce. Chcesz – idź wyprowadzaj pani Shmith jej trzy buldogi, zarobisz 30dolarów na tydzień, to zobaczymy, czy kupisz sobie iPhone’a za 300$, czyli za swoje 2,5miesięczne psie zarobki. Dziecko oczywiście będzie ryczeć, złorzeczyć na rodziców, ale kiedyś im podziękuje, że dzięki temu potrafi gospodarować pieniędzmi lepiej, niż Michael Jackson czy Mike Tyson (zarabiał po kilkadziesiąt milionów dolarów rocznie (po ponad 30mln za jedną walkę!), a dziś nie mają ani centa).

Ostatnie notowanie Forbs odnośnie najlepiej i najgorzej płatnych
zawodów w USA było dla mnie nielada ciekawostką. Nie spodziewałem się,
że płace w USA mogą być tak niskie! Chociaż w porównaniu do polskiej
płacy minimalnej wynoszącej w 2009 roku 954,96 zł czyli 330$, to nawet
najgorsza średnia płaca w USA jest ponad 4x wyższa od minimalnej
polskiej. W USA płacę podaje się w wynagrodzeniu za godzinę albo w
zarobkach rocznych, ale by było bardziej „po polsku”, przeliczyłem ją na
miesięczne pobory. I tak oto to w USA wygląda:

1. Przygotowywacze fastfoodów :            1,391$
2. Kucharze fastfoodowi :                      1,405$
3. Pomywacze :                                    1,421$
4. Restauracyjny personel pomocniczy :  1,448$
5. Myjący włosy w salonach fryzjerskich : 1,457$
6. Hostessy restauracyjne :                   1,475$
7. Kasjerzy restauracyjni :                     1,485$
8. Recepcjoniści i bileterzy :                   1,490$
9. Krupierzy w kasynach :                      1,510$
10. Animatorzy zabawy i rekreacji :         1,518$

Dlatego właśnie nie należy się dziwić, że przedstawiciele tych zawodów żyją z nadgodzin, z drugich prac lub z napiwków. A gdy mieliśmy to szczęście, że urodziliśmy się w zamożnej rodzinie, która wydała grubo ponad 100tys. dolarów na samą naszą wyższą edukację, mamy szansę znaleźć się na z strony drabinki zarobkowej jako:

1. Anestezjolog :                                16,065$
2. Chirurg :                                        15,950$
3. Ortodonta :                                    15,445$
4. Położnik lub ginekolog :                  15,300$
5. Chirurg stomatologiczny :                14,870$
6. Protetyk stomatologiczny :               14,113$
7. Internista ogólny :                          13,939$
8. Lekarz chirurg i pokrewny:               12,929$
9. Lekarz rodzinny :                            12,803$
10. Dyrektor naczelny :                       12,614$
11. i więcej… w Forbes

Zawsze myślałem, że polscy anestezjolodzy strajkują, gdyż nigdy nie mogą się doczekać łapówki. Po prostu zawsze, gdy powinni ją dostać od pacjenta, ten bezczelnie zasypia;) A gdy już się budzi, to w dupie ma anestezjologa, skoro operacja się udała:) A tu się jednak okazuje, że anestezjolodzy oraz pielęgniarki i położne strajkują dlatego, by zarabiać tyle, co ich koleżanki w USA. To są oczywiście zarobki ludzi zatrudnionych w szpitalach i firmach. Mający prywatne kliniki, domowe praktyki oraz wszyscy pozostali samozatrudniający się „wyciągają” wielokrotność tych sum. Są przecież prawnicy, którzy tutaj nie znaleźli się nawet w pierwszej dziesiątce, a przecież niektórzy z nich zarabiają po kilka milionów dolarów za jeden dobrze przeprowadzony rozwód. Jednego z nich znam prawie że osobiście…

Wracając do Polski i porównania życia w USA i PL. Myślę, że gdyby nie szalone ceny mieszkań w Polsce, to dwie pracujące w dużym polskim mieście osoby, wynagradzane za swoją pracę w miarę uczciwie, mogą, przy odrobinie szczęścia być w podobnej sytuacji jak zwykła para młodych Amerykanów albo legalnych imigrantów bez żadnego niezbędnego im tu szczęścia. Mogą dostać kredyt na mieszkanie (w Polsce trzeba zabezpieczenia i zaświadczenia o zarobkach, a w USA przede wszystkim pozytywną historię kredytową), kredyt na samochód. Mogą te kredyty spłacać i coś im jeszcze zostanie na życie. Ale… ale w Polsce bank da im kredyt na co najwyżej 30-40metrowe mieszkanie (i to pod warunkiem, że rodzice im dadzą na pierwszą wpłatę). Będą spłacać małe, ekonomiczne auto. Na szalone wakacje w jakimś pięknym zakątku świata nie będą mogli sobie pozwolić, bo każdą wolną złotówkę będą woleli zainwestować w szybsze spłacenie kredytów. W USA spłacane mieszkanie będzie miało przynajmniej 100-150metrów kwadratowych. Spłacany rodzinny samochód (lub samochody) wyposażony będzie we wszystko, co posiadają auta klasy średniej wyższej i będzie to 2x większy samochód niż ten spłacany w Polsce. Auto Amerykanina będzie w ciągłym biegu, a Polaka mimo swojej ekonomiczności będzie częściej stało niż jeździło. W USA zakupowy koszyk w sklepie zawsze będzie 2-3x bardziej pełny niż koszyk Polaków. Weekendowy wypad do restauracji nie będzie żadnym atakiem na rodzinny budżet, ale na wakacje, podobnie jak Polacy nie pojadą – nie ze względów finansowych, a dlatego, że urlopu mieć za wiele nie będą. Więc są podobieństwa, są rozbieżności. Są zalety życia tu i tu. Są zalety spłacania mieszkania w USA (jest to wielkie wygodne mieszkanie, ale nie wiadomo ile będzie warte za rok, a ile za 30lat – możliwe że 2-3x mniej, niż za nie zapłaciliśmy). Są zalety spłacania małego mieszkania w Polsce (prawie na pewno za 30lat to mieszkanie będzie warte więcej, niż dziś!). Jak ktoś pracuje w Polsce i zarabia na tyle, że go stać na życie, to… wybór należy do niego.
Ze wszystkich Polaków jakich tu poznałem… Starego pokolenia i młodego… Będących tu od lat lub tylko od kilku miesięcy… Będących tu legalnie lub nielegalnie… Nikt dzisiaj nie wróciłby do Polski. Do Europy tak. Do Anglii, Irlandii, Szkocji, Szwecji, Belgii, Holandii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, ale nie do Polski! A dlaczego nie chcą wracać, to będzie w następnej notce… Albo jeszcze w tej…

Lemoniadka Automyjnia

1. Szacunku do pracy uczą już od najmłodszych lat. Tu 8-10ciolatki zrobiły lemoniadę, którą sprzedają po 50centów.
2. Szacunku do pieniądza uczy… jego siła nabywcza. Co w Polsce dostaniecie za 1PLN? W USA za 1USD umyją Wam auto.
3. Lista 25 najgorzej płatnych zawodów USA wg. amerykańskiego miesięcznika Forbes.

W ciągu mojego 122 dniowego pobytu w Ameryce…
Nauczyłem się… patriotyzmu. Oczywiście wobec mojej jedynej Ojczyzny. Nie nauczyła mnie tego Polonia amerykańska, bo z tą nie mam za wiele styczności. Mam sąsiadów Polaków, wielu znajomych, ale o Polsce za dużo się nie rozmawia. To jest odległy kilometrowo i świadomościowo ląd, i tak chyba jest lepiej. Patriotyzmu nauczył mnie pewien 35latek. Człowiek, który po wyjeździe z Polski przed kilkunastoma laty, stał się kilka lat temu obywatelem USA, mówiącym… „My, Amerykanie lubimy TO…”, „My, Amerykanie myślimy TAK…”. Nie jest to głupi mężczyzna, ale przechodząc na amerykański paszport, odciął polskie korzenie, by nie wystawały spomiędzy kartek jego nowego Passportu United States of America. Jest już po amerykańsku miły i życzliwy, uprzejmy i pomocny, ale niestety po słowach: „Pożyczę Ci książkę o historii USA”, i moje: „Nie chcę, nie znam dobrze historii Polski, więc po co mam poznawać historię USA”?, odpowiedział: „Phi, teraz jesteś w Ameryce, więc historii Polski znać już nie musisz”. Jeśli mam być TAKIM „Amerykaninem” to ja dziękuję – nigdy nie przestanę być Polakiem.
Za Polską się… nie tęskni. Tęskni się za pozostawionymi tam bliskimi, przyjaciółmi, znajomymi, zwykłymi ludźmi na ulicach, za językiem, za pozytywami krainy znad Wisły. Bo Polska w porównaniu do USA wygląda „blado” w większości porównań. Ale to Polska. To tam przychodziliśmy na świat, dostawali szczepionki, co miesiąc baraszkowali na wadze dla niemowląt. Tam odebraliśmy darmową edukację. To kraj w którym każdy człowiek potrafi prawie wszystko. To tam zarabiając 1000 złotych miesięcznie wydaje się 2000 zł, i jeszcze zostaje!;) Kraj cudów! To tam, nie trzeba się bać o to, że za jakiś nieprzemyślany ruch zastrzeli nas policjant, bo w Polsce musi wystrzelać cały magazynek w powietrze krzycząc: „Stać, policja! Stać! Stać proszę! Bardzo ładnie proszę, panie bandyto o zatrzymanie się!”. Później dopiero po kilku zdrowaśkach i przeżegnaniu się może odważy się strzelać do napastnika, który MUSI zagrażać jego życiu lub życiu i mieniu obywatela. Z takich małych „smaczków” Polski składa się ten nostalgiczny jej obraz. Kto się go wypiera, jest dla mnie… poniżej zera (to tak tylko dla rymu;). Jak ktoś naprawdę chce się całkowicie odciąć od polskości, to niech to zrobi tak, że gdy spotkam taką osobę na swojej drodze, to nie będę nawet wiedział, że kiedyś był Polakiem/Polką. Niech mówi po angielsku tak samo dobrze lub nawet lepiej niż mówią Amerykanie. Niech nie przekonuje mnie na siłę, że Ameryka we wszystkim ma rację, że jest największa i najpotężniejsza, itp. Wtedy daję takiej osobie moralne prawo do wybrania sobie tej lepszej dla niego ojczyzny. Ale gdy ktoś będący w USA od 12lat, jest na tym samym poziomie w szkole językowej, co ja po miesiącu tutaj przebywania, w domu ze swoją polską żoną rozmawia po polsku, chodzi do polskiego kościoła, to po prostu nie ma prawa mówić „MY Amerykanie!”.
Jedną z rzeczy, która najbardziej denerwuje mnie w Polsce to całkowity brak szacunku do prawa. Nie szanują go gówniarze w szkole, gdy znęcają się nad nauczycielem, nie szanują go starsi gówniarze w sklepach, gdy mimo swojej nieletności kupują alkohol dobrze wiedząc, że sprzedawca się nie odważy się zapytać ich o dowód osobisty. Denerwuje brak szacunku wobec prawa przez osoby, które te prawo stanowią i powinni stać na straży jego przestrzegania – politycy, policjanci. Ale to już zupełnie inna historia. W USA prawo jest święte, a prawnicy dzięki temu… miliarderami.

Pierwsze, co zapamiętam z USA, to to, że zobaczyłem prawdziwy upadek miasta. Detroit jest jak organizm zaatakowany przez raka. Wszystko niby jest OK, organizm działa, krew w nim krąży, funkcje życiowe są pełnione, wszystko jakoś „trzyma się kupy”. Działanie Detroit to taki właśnie organizm. Tysiące pędzących codziennie samochodów setkami dróg to krew. Zaatakowane przez raka organy, to padające fabryki, restauracje, sklepy. Jedne już wycięte (zamknięte) inne jeszcze działają, ale na „pół gwizdka” z niechybnym końcem za jakiś czas. Nawet straż pożarna w Pontiac city chyba wkrótce mocno zredukuje zatrudnienie, o ile w ogóle nie zbankrutuje. Straż pożarna to taka np. tabletka na zbijanie temperatury. Ale już nie narzekajmy na Detroit.

Zobaczyłem także kawałek pięknej Ameryki. Nowy York. Tam, miliony ludzi, którzy jak mrówki, w doskonale zorganizowanym mrowisku, potrafią przeżyć wszystko. I zamachy CIA na budynki WTC – 9/11, i codzienne zaciąganie się smogiem, i przejażdżki z nieanglojęzycznymi taksówkarzami Yellow Cabs, i ogólnoamerykański i ogólnoświatowy kryzys. Stoisz na Times Square i… czujesz się jak w bajce. Zamykasz oczy na dosłownie sekundę i… jesteś w innym miejscu. Bo wszystko się przez ten ułamek chwili zmieniło. Setki ścian z reklamami wyświetla już co innego, dziesiątki ludzi przeszło z przed naszych oczu i zastąpili ich inni ludzie. W NY zrozumiałem, że Ameryka zawsze da sobie radę. Mają tu wszystko, co jest niezbędne do egzystencji państwa i obywateli, więc oni naprawdę mogą żyć jak na innej planecie – odcięci od ogólnoświatowych problemów. Ale prawdziwe problemy jeszcze przed Ameryką – inflacja.
W USA zrozumiałem wartość pieniądza. Wartość pieniądza to nie jest kurs wobec innych walut (szczególnie tak przewartościowanych, jak nasza złotówka). To praca jaką należy włożyć w ich zdobycie, oraz to, co można za nie kupić. Coś jak w reklamie jakiegoś banku. O pracy, płacach, zakupach będą BARDZO rozbudowane notki.

W USA poznałem odmienność natury. Tu wiewiórka wchodzi do domu po orzechy, a jak nie dostanie, to wyciąga z lodówki masło orzechowe, a przelatujące tuż nad naszymi głowami gęsi wesoło sobie gęgają. Po prostu jakby plotkowały w locie – niesamowite! W Polsce wszystko takie „zahukane”, wiewiórki, gęsi, psy, koty, a przede wszystkim… ludzie. Tu pewnie nawet ryby mają głos. Tu życie, chociaż coraz cięższe, to po prostu… jakoś tak samo w sobie cieszy.

Ludzie. Tzn. rodowici Amerykanie. Ich uprzejmość. Nie tylko to „Jak się masz” na każdym kroku. Tu każdy jest uśmiechnięty, więc nawet jak masz zły dzień, to widząc kogoś szczerze się do Ciebie śmiejącego, po prostu nie możesz tego nie odwzajemnić. Tego my, Polacy się nigdy nie nauczymy, bo mamy gen samoumartwienia. Ten ich życiowy optymizm, minimalizm. Tu marzenia są bardziej przyziemne, a przez to łatwiej je spełnić. Więc robisz wszystko, by je spełnić, a nie leżysz do góry brzuchem w poczuciu beznadziei, że są niespełnialne. Tu milioner często wygląda jak żebrak, a u nas żebrak lansuje się na milionera. I uprzejmość ludzi (zaznaczam, Amerykanów!) Jedziesz na rowerze (tu rowerzysta jest rzadkością!) i większość kierowców, którzy zajadą Ci drogę (bo jedziesz chodnikiem), z uśmiechem się wycofa, pomacha, zatrzyma. Kierowczynie już nie zawsze – co widać na załączonym filmie w moim Youtube;)
Pierwsze moje kroki po USA z racji nieposiadania prawa jazdy i samochodu odbywały się pieszo. Po tzw. dobrej, bezpiecznej dzielnicy. Ludzie widząc mnie idącego w zimny wiosenny dzień (chodzenie po ulicach to tu też rzadkość) zatrzymywali się z pytaniem, czy coś się stało, czy zabłądziłem, czy może skończyła mi się benzyna w samochodzie?
Matka jechała objazdem przez sąsiednie osiedle i zabłądziła (a osiedla tu są BARDZO zakręcone i zazwyczaj z jednym wyjazdem!) Zapytała 1szego napotkanego człowieka (oczywiście ten był w samochodzie, który właśnie parkował pod domem), a ten…: „Wyjechać stąd jest trudno, wyprowadzę Cię”. I przejechał bezinteresownie ze 2-3mile swoim samochodem, każąc matce jechać za nim.

Ludzie są tu otwarci. Dziś spotkało mnie coś takiego: Robię zakupy w markecie, a tu miły Murzyn ze swoją panią (klasa średnia, ok. 35latkowie) pyta mnie – „Człowieku, czy myślisz, że kobieta w ciąży nie powinna przytyć bardziej niż tylko o kilka kg? Bo moja żona jest w ciąży i kupuje, jak widzisz wszystko dietetyczne. A przecież kocham ją nie za większy czy mniejszy brzuch czy pupę…” Szczerze się roześmiałem i powiedziałem: „Wiesz.. jestem z Polski i…”, „Och, I’m sorry…”. Pewnie gdybym władał angielskim tak dobrze, jak władam językiem polskim to facet już za miesiąc miałby kobietę tak grubą, że żałowałby, że ją namówiłem na odstawienie tych wszystkich lightów;)
Ludzie tu są ufni. Domy i samochody otwarte. Portfele leżą w samochodach (wiadomo, że gotówki w nich tyle, co kot napłakał, bo wszyscy płacą kartami płatniczymi).

Zrobiło się jakoś patetycznie. Więc wracając do mnie – zaskoczył mnie… mój zegar biologiczny. Jest tak stabilny i dokładny, że po 4rech miesiącach pobytu w USA jeszcze się nie przedstawił. Wstaję w środku nocy, 2:00, czy nad ranem 8:00 i… nie wiem, gdzie jestem, która jest godzina, co robię, gdzie słońce, czy dopiero zaszło czy za chwilę wschodzi. Po prostu ciągle pół mnie jest gdzie indziej.

Przejechałem 9tysięcy kilometrów po USA. Nakręciłem swój „film drogi”. Byłem w stolicy Stanów Zjednoczonych, Washingtonie, gdzie większość mieszkańców i obywateli USA nigdy nie było. Stałem na dachu Empire State Building i patrzyłem na cuda Nowego Yorku. Poczułem się… malutką mróweczką. Malutkim robaczkiem w środku Wielkiego Jabłka (może właśnie dlatego NY nazywa się Big Apple?;) Kupiłem koszulkę „I Love NY”, pod treścią której mogę się szczerze podpisać, ale w NY jej nie założyłem. Wszystkie miasta USA odwiedzałem w koszulce… TERAZ Polska!
Zarobiłem… niewiele. Stać mnie za to „niewiele” na bardzo dużo.
Reszta moich ZA i PRZECIW Ameryce będzie w następnych notkach.

Wiewiora Car Wash 1$ Upadek Burlington Statua Wolnosci United States Capitol Empire State Building

1. Gdzie są moje orzeszki – zapytała wiewiórka. Tu nawet zwierzęta mają zaufanie do ludzi.
2. Automyjnia za 1dolara! (tak, za trzy złote) – to jest właśnie wartość pieniądza, której doceniania USA doskonale uczą.
3. Otwarte zaledwie kilka lat temu centra handlowe dzisiaj upadają. Wszystko wolne, do kupienia, wynajęcia…
4. Ale wolna jest także… Statua Wolności. Nowy York, miasto, które od 1-szego wejrzenia się kocha lub nienawidzi!
5. Washington – George Bush przeleciał 15metrów nade mną (film będzie na mojej Youtubie)
6. Nowy York widok z Empire State Building – dosłownie pulsujące życiem miasto. Broadway i 5-ta aleja.

Więcej zdjęć z Washingtonu znajdziesz TUTAJ, a z Nowego Yorku TUTAJ

Coś o autorze tego bloga.
Wokół mnie narastają domysły i przypuszczenia. Domniemania i niedomówienia. Opinie, że się nie znam na prawdziwej Ameryce. Prawdziwa Ameryka jest w indiańskich rezerwatach, reszta to fasady z plywoodu i gupsu! Mówicie, że się czepiam, że jestem uprzedzony do USA, do AfroAmerykanów. Że pewnie płaczę po nocach za Polską i w ogóle. Że się tu po prostu nie odnajduję, że jest mi tu ciężko, dlatego tak narzekam. To nie jest narzekanie. To jest obraz, który widzę, a który trzeba czasem delikatnie przejaskrawić, by był bardziej widoczny. To jest prawo autora w które nikt nie ma prawa ingerować. Najlepiej jest zrobić 1000 zdjęć, wkleić je tutaj i zgodnie z zasadą, że „Jedno zdjęcie przemawia lepiej, niż 1000słów”, dać Wam samym wyciągać wnioski. Ale nie jestem fotoreporterem z National Geographics, a autorem książek. Po to potrafię dobierać słowa, by potrafić nimi przelać myśli na ekran komputera i rozlać je przed Waszymi oczami. Jak o czymś piszę, to jest to prawdziwe lub bardzo prawdopodobne (gdy opowiada mi o tym wiarygodna osoba). Gdy koloryzuję, robię to na tyle zauważalnie, że już nie chcę musieć pisać, że oczywiście przesadzam, dramatyzuję, czy tylko przejaskrawiam. A nie jestem dzieciakiem, by co chwilę wklejać GG-owe minki ;)   :>   ^^   :D

Tak więc gwoli wyjaśnienia: Mam prawie 31lat. W swoim życiu widziałem i przeżyłem już wiele. Moim talentem jest zauważanie rzeczy, które inni przegapiają (ale równocześnie przegapianie rzeczy, które inni widzą). Potrafię słuchać, oglądać i wyciągać wnioski. Potrafię patrzeć wstecz i wybiegać w przyszłość. Potrafię zobrazować sytuację, która dzieje się obecnie, odnaleźć jej przyczyny w przeszłości oraz rozpisywać scenariusz na przyszłość. Raz trafny, innym razem mylny, ale zawsze kreatywny i twórczy, a nie odtwórczy. A jak już mi ktoś pisze, że w jego oczach USA wygląda inaczej, to proszę, na koniec swojej wypowiedzi o zaznaczenie, że pisze z Nowego Yorku, NY, czy z Los Angeles, CA, ewentualnie Tampa, FL, itd. Bo, gdybym napisał coś, pisząc np. o Katowicach (w których kiedyś mieszkałem), że są okropne, bo wszędzie jest brud, smród, smog i sadza, to mi Góral z Tatr zaraz napisze: „Panocku, coś ci się brymuchy za dużo napiło. Ja tu, w mym piknym Zakopanem smogu żem nie widział nigdy! Hejjj!” Przecież wystarczy tylko być z Nowego Yorku i na moje słowa o Detroit (że tu nikt nie chodzi pieszo) popukać się w głowę!
Albo być spoza Detroit, nigdy nie przekraczać tunelowej lub mostowej granicy z kanadyjskim Windsorem i nie uwierzyć, że pracownicy graniczni od 1sierpnia tego roku mają prawo zabrać nam laptopa, komórkę, aparat cyfrowy, pen drive i skopiować i przejrzeć w biurze ich zawartość. Więc nie będąc stąd (Detroit) nie uwierzycie tak łatwo w moje słowa o tym, że USA to jednak jest policyjne państwo. Nie czuję na razie, by nadużywali swoich uprawnień wobec mnie, ale mają je tak nieograniczone, że gdyby chcieli… Ameryka jest większa, niż nam się wydaje i różnice są tu NIESAMOWITE. A ja ciągle zaznaczam, że piszę o Detroit, Michigan!

Chodnik w NY Detroit
1. Nowy York – chodnik o każdej porze dnia i nocy.   2. Detroit – chodnik, piątek godzina 16:48.             3. Burmistrz Detroit.

Samochod policyjny NY Samochod policyjny Troy
4. Samochody nowojorskiej policji.                          5. Samochody michigańskiej policji.                       6. Burmistrz Nowego Yorku.
Ta sama Ameryka, a jednak jakże inna.

Gdy zjawiamy się w miejscu, w którym wszystko nagle jest zupełnie inne… Inny język urzędowy, inna strefa czasowa, z innej strony naszego wewnętrznego kompasu wschodzi słońce, a z innej niż się tego spodziewaliśmy zachodzi… Gdy widzimy zupełnie innych ludzi, inne kolory ich skóry, inne języki, którymi oni do nas mówią, inne ich zachowania wobec nas… Gdy widzimy zupełnie inny typ budownictwa, drogownictwa, przepisy ruchu drogowego, znaki drogowe, samochody, to wszystko to nagle tworzy taką… magiczną krainę. Dosłowny INNY ŚWIAT! Pierwsza przejażdżka samochodem w takich okolicznościach pozostaje w pamięci tak, jakby była to w ogóle pierwsza przejażdżka w naszym życiu. Znaki drogowe zupełnie inne, w większości pisane, a nie z symboli (więc lepiej znajmy język angielski). Limity prędkości w innych jednostkach, niż te dotychczasowe, do których i tak nigdy się w Polsce nie stosowaliśmy. Tu będziemy musieli, bo wszyscy się stosują. Policja z rozszerzonymi uprawnieniami względem polskich policjantów. Całkowity brak pieszych, rowerzystów, powolnych Fiatów 125p, a pasów ruchów przynajmniej po kilka w jedną stronę. A nad głowami, prócz co chwilę powiewających wielkich amerykańskich flag, powiewające na łańcuchach… sygnalizatory świetlne, a nie jak u nas – sztywno zawieszone na słupach. Auta wielkie, głośne, paliwożerne. Wyrywające ze świateł do przodu, jak sprinterzy olimpijscy w biegu na 100 metrów. Każde większe skrzyżowanie wyglądające prawie tak samo, jak skrzyżowanie mijane chwilę wcześniej. Czasami cztery stacje benzynowe na jednym skrzyżowaniu! Po jednej przy każdym zbiegu ulic. A jak nie cztery, to zawsze przynajmniej jedna stacja. Żadnych wysokich budynków stanowiących punkt odniesienia względem miejsca z którego ruszyliśmy lub do którego zmierzamy. Żadnego warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki, żadnego wrocławskiego Poltegoru czy Katedry, żadnej poznańskiej Akademii Ekonomicznej. Wszystko prawie takie samo. I jeszcze wszystko tak pędzi do przodu, żółte światło, czerwone, a oni dalej jadą. Człowiek nie ma czasu się zapoznać z trasą, bo po prostu nie dadzą nam zwolnić ani na chwilę. Czerwone światło. Zatrzymujemy się, rozglądamy i możemy jechać dalej na czerwonym (w prawo, lub w lewo jeśli jest to ulica jednokierunkowa). Ja wysiadam!

I wreszcie jakaś chwila spokoju. Sklep. Pierwszy mój odwiedzony w USA sklep był oczywiście… sklepem z elektroniką. Odpowiednik naszego Media Markt czy Saturna. I tu… szok! Już od drzwi wszyscy pracownicy sklepu tacy mili, uśmiechnięci, witający mnie słowami: „Dzień dobry. Jak się masz?”. Kolejny pracownik, gdy zobaczył, że przyglądam się jakiejś rzeczy z ich asortymentu, podszedł, zapytał, czy może w czymś pomóc? Przegoniony grzeczną odpowiedzią, że „I’m just looking”, odpowiedział: „OK, no problem, jestem Brian, jakbyś miał jakieś pytania to jestem do Twojej dyspozycji”. Podchodzę do półek i tu jeszcze większy szok! Nie dość, że wszystko można dotknąć, nawet aparat za 3tys.$, czy kamerę za 4tys.$, że wszystko jest podłączone do zasilaczy i możemy to do woli testować, próbować, to jeszcze wszystko jest 1,5-2x tańsze niż w Polsce. Aparat, który kolega w Polsce chciał kupić dostępny był dopiero w Lublinie. W Media Markt. Zamknięty w strzeżonej przez kamery i pracownika ochrony gablocie. Gdy chcieliśmy go obejrzeć i dotknąć to japońskie cudo techniki, to z wielką łaską nam gablotę otworzył i dał chwilę potrzymać Nikona D300 (oczywiście bez baterii w środku, więc naprawdę tylko potrzymać). A tu. Biorę go do ręki, robię fotki, kręcę wszystkimi możliwymi gałkami, zmieniam ustawienia, bawię się do woli, mogę nawet przykręcić stojący obok inny obiektyw i… i nikt się nawet nie zainteresuje, że trzymam w swych dłoniach 2tys.$ i mogę coś uszkodzić. Przecież kolega w Polsce mi w to nie uwierzy! Pojechaliśmy 125km do Lublina, drugie tyle kilometrów z powrotem, by przez chwilę potrzymać ten aparat w dłoni (pod czujnym okiem pracownika Media Markt). A tutaj, w pierwszym sklepie mam w dłoni i ten aparat i stojący obok Canon 5D za 3tys.$. Wyjmuję z kieszeni mój telefon komórkowy (z wbudowaną kamerą) i robię zdjęcia tego, jak bawię się Nikonem D300, robię fotki cenom. W Polsce zostałem kiedyś wyproszony z Saturna, gdy zacząłem fotografować ceny laptopów (bo to o wiele szybsze niż ręczne spisywanie cen). Tak bali się szpiegów konkurencji! Tu robiłem fotki wszystkim rzeczom, które mnie zainteresowały, wszystkim cenom, a gdy zobaczył mnie pracownik sklepu to… zapytał, czy nie chcę cennika tych aparatów, by nie musieć robić tych fotek? To jest pierwszy pozytyw Ameryki. Tu hasło „Nasz Klient – nasz Pan” jest przestrzegane w 100%. Tu o wiele więcej osób jest stać na aparat za 2tys.$, który w Polsce kosztował wtedy ponad 3tys.$. Tu KAŻDY jest potencjalnym klientem. Nawet jak przyjdzie w dziurawych butach i podartej koszuli – ważne jest tylko to, by miał w kieszeni ważną kartę kredytową! Obecnie, jesienią 2009 śledząc ceny cyfrowych lustrzanek przy kursie dolara 2,9zł doszedłem do wniosku, że wszystkie lustrzanki można kupić taniej w Polsce w sklepach internetowych wyszukanych przez Ceneo.pl. Nie mam pojęcia, jakim cudem tak się dzieje, że np. Canon 50D (body) na którego obecnie poluję, w USA w BestBuy kosztuje 1166$, a w PL w internetowym FotoJokerze wychodził o 100zł taniej. Laptopy ciągle się opłada sprowadzać do Polski całymi kontenerami – 17calowy HP nabyty tutaj za 561$ w Polsce na alegro wyceniony jest na 860$ z informacją, że taki model w sklepie kosztuje 1206$.

I jeszcze jedna rzecz zapamiętana z pierwszych spacerów po USA (po sklepach, wśród ludzi, kobiet…). Te od lat wpajane ostrzeżenia, że Amerykanie są przewrażliwieni na punkcie swojej prywatności i swobody seksualnej. Nie możesz się na nich patrzeć (szczególnie na kobiety w jakiś wg. nich „prowokujący” sposób), bo zaraz posądzą cię o molestowanie. Mówiły o tym wiele razy media w Polsce, mówił o tym mój nauczyciel ze szkoły średniej (który posądzenia o molestowanie wzrokowe zaznał w USA na własnej skórze). Tak mi te ostrzeżenia utkwiły w pamięci, że podczas mojej pierwszej wizyty w sklepie czułem się jak… Muzułmanka w czadorze, która zgodnie z nakazami Koranu, nie ma prawa, patrząc na obcego mężczyznę, podnieść wzroku powyżej jego kolan. Oglądanie się za kobietami, zaczepki słowne, nieprzyzwoite gesty, gwizdy, komentarze, gdy trafią na jakąś „stukniętą” kobietę, mogą nas naprawdę zaprowadzić przed oblicze sądu z zarzutem: „Molestowanie seksualne w miejscu publicznym”. Gdy zobaczyłem, że moje pierwsze spojrzenie powyżej kobiecych kolan nie skończyło się aresztowaniem, a moje pierwsze obejrzenie się za kobietą (oczywiście w czysto naukowych celach!) nie skończyło się publicznym linczem, poczułem się… jak w domu;)

Fly the flag GPSowy zawrót głowy Nikon D300 w moich rekach:) Sony HDR-FX1

1. Amerykańskie drogi i flagi powiewające na wietrze co kilkadziesiąt metrów, by zawsze pamiętać, że jest się w USA.
2. W tym miejscu krzyżują się cztery drogi. Włączając w takim miejscu GPSa na pewno zabłądzimy!;)
3. Nikon D300 w moich rękach. W sklepach w USA wszystko, nawet tak drogie rzeczy (2,400$) mamy prawo dotknąć, przetestować, bez żadnego tam pilnowania nas przez obsługę sklepu, jak ma to miejsce w Polsce.
4. Nawet kamerę wartą w Polsce grubo ponad 10,000 PLN, dostępną jedynie na specjalne zamówienie, w USA możemy znaleźć w o wiele niższej cenie i od razu dostępną.

Już samo wejście do mieszkania w USA jest o wiele trudniejsze, niż wejście do niego w Polsce. W większości domów są specjalne drugie drzwi, które najczęściej są ze szkła lub z siatki antyinsektowej (tzw. moskitiery). Tak więc jedną ręką otwieramy i trzymamy jedne drzwi (mają sprężynowy lub pneumatyczny autodomykacz), drugą ręką otwieramy drzwi główne, i… gdy w miarę zwinnym ruchem nie wejdziemy do środka, to te 1-sze drzwi uderzą nas prosto w dupę!;) Najgorzej jest, gdy mamy dwie ręce zajęte zakupami – wtedy takie bezbolesne wejście jest naprawdę trudne. Te szklane lub siatkowe drzwi są po to, byśmy mogli otworzyć drzwi główne, i widzieć przez nasze (ciągle zamknięte) szklane drzwi świat, a w lecie sobie wietrzyć mieszkanie przez nasze drzwi z siatki, oraz by muchy miały utrudniony dostęp do środka. A może jest to z racji tego, że w amerykańskich wizjerach montowanych w drzwiach po prostu… nie widać nikogo, bo oni są tu tacy duzi, że w „Judaszu” po prostu się nie mieszczą;) Dlatego trzeba przyjrzeć się gościowi, pukającemu do nas przez te właśnie szklane drzwi;)

Tuż po wejściu do domu, musiałem się upewnić, że jestem na drugiej półkuli. Jak to zrobić? Najlepiej pójść do łazienki i spuścić wodę w umywalce. To właśnie zrobiłem i… naprawdę ta taka minitrąba wodna kręci się w drugą stronę niż na naszej półkuli. Czyli w lewo (odwrotnie do ruchów wskazówek zegara). Podobnie dzieje się w toalecie. Bo tu spłuczki WC nie działają tak, jak w Polsce, że z siłą wodospadu spłukują to, co znajdą na swojej drodze. Tu spłuczki powodują to takie małe zawirowanie wody i to wciąga zawartość toalety do rury odpływowej.
KOREKTA powyższego tekstu – OK – myliłem się, nigdy nie widziałem wirku w polskiej toalecie, więc coś mi się pokręciło i jednak w polskim i amerykańskim kibelku zawartość wkręca się w tę samą stronę;) Ach, Ameryka tak mnie zamotała, że prawo pomyliło mi się z lewym;)

Inne niuanse amerykańskich domów… Okna. Trzeba się przyzwyczaić do okien przesuwanych, a nie otwieranych czy uchylanych tak, jak w Polsce. Gdy jeszcze otwieramy okno w poziomie, tzn. przesuwamy jedną szybę (skrzydło) z lewa na prawo, to OK. Ale gdy okno otwiera się do góry i musimy przez nie wyjrzeć, to robi się… tak jakoś dziwnie. Przecież może opaść i uciąć nam głowę! A przynajmniej zmiażdżyć kręgi szyjne. Oczywiście dramatyzuję, ale to jest dziwne – w całych stanach ZERO okien otwieranych tak, jak u nas – na oścież! Pewnie chodzi o to, że drewniane domy i drewniane ściany do których nie ma jak przykotwiczyć ościeżnic okiennych nie wytrzymałyby sił działających przy pełnym wychyleniu się okien i po prostu wypadały ze ścian wraz z ościeżnicami. Tu można otworzyć tylko jedną połówkę okna, tzn. zasunąć jedno na drugie. W niektórych domach okna są otwierane na korbkę – naprawdę. Jak w szyba w samochodzie marki Syrena 102:) W starszych domach często jedno okno jest przymocowane na stałe, a otwiera się tylko drugie – ale przez nie nie wyjrzymy na zewnątrz, bo tuż za oknem znajduje się moskitiera. To jest piekło dla klaustrofobików!;)

Cisza… To coś, czego w amerykańskich domach zawsze brakuje. Po 1sze. to w znakomitej większości przypadków, domy są z drewna, a drzewo nie tłumi tak dobrze dźwięków z zewnątrz, jak nasze cegły, pustaki, betony i styropianowe izolacje termiczne. Dodatkowo drewno oczywiście głośno „pracuje” i trzeszczy, gdy wiatr za oknem dmucha w nasz dom, skrzypi, gdy ktoś chodzi piętro wyżej lub za ścianą, itd. Podobnie te nie do końca szczelne akustycznie przesuwne okna. W Polsce domyka się te nasze nowoczesne plastikowe okna i już w domu mamy ponad 30dB ciszej, niż na dworze. A tu okna nie mogą być tak szczelne, bo po prostu nie mielibyśmy sił ich przesunąć do otworzenia.
I jeszcze to centralne ogrzewanie. W Polsce kaloryfer siedzi cicho w kącie i nas w zimie przytulnie grzeje, a tutaj każdy ma w piwnicy wielki gazowy kocioł grzewczy, który niepokojąco huczy spalając gaz, a dodatkowo chodzą w nim wielkie dmuchawy, które przez specjalne kratki wentylacyjne wdmuchują nam w zimie ciepłe powietrze, a w lecie zimne (z równie hałasującego klimatyzatora za oknem). I jeszcze te wielkie amerykańskie lodówki z wentylatorami z tyłu (przynajmniej z dwoma wentylatorami). Lodówki tutaj nie są zbudowane tak, jak w Polsce, że dookoła zamrażarki są rurki rozprowadzające zimno. Tutaj do zamrazalnika dmucha mroźnym powietrzem specjalny wentylator, więc lodówka jest tania jak barsz, ale za to głośna jak kombajn do zbierania buraków na ten barszcz. I jeszcze chodząca za oknem klimatyzacja nasza i sąsiadów. I znów te drewniane ściany, a za nimi czasem głośni sąsiedzi. Albo głośno płynąca w rurach ukrytych w drewnianych ścianach woda bieżąca lub ściekowa. A w gratisie do tego wszystkiego, 100metrów od domu autostrada idąca wysoką estakadą nad osiedlem… Tak więc ciszy naprawdę trudno tu zaznać. Pewnie gdyby wszystko nagle ucichło, samochody na pobliskich drogach stanęły, woda przestała płynąć, zabrakło prądu do hałasujacych lodówek i centralnego ogrzewania, to i tak byłoby głośno od dźwieku żerowania korników, które zajadają sie ścianami naszego domu.

Gaz ziemny. Nawet gaz w kuchenkach jest tutaj inny. Ma bardziej intensywny zapach, niż w PL. W Polsce gaz mamy z Rosji, więc gaz w naszych kuchniach ma delikatną woń… spirytusu?;) W USA mają własny gaz, więc czuć go… Ameryką!;) Bo metan w końcu jest bezwonny i specjalnie się ów gaz czymś nawannia, byśmy mogli wyczuć po zapachu jego ulatnianie się w domu. Amerykańska kuchenka włącza się tak, że od razu jest największy płomień i dopiero po przekręceniu kurka dalej, następuje zmniejszenie płomienia – zupełnie inaczej niż w Polsce. Niby nic takiego, a jednak można przypalić wodę na herbatę. Oczywiście, kuchenki w domach moich znajomych mogą być inne…

Światło. O prądzie elektrycznym, 120 voltowym napięciu i związanych z tym problemach jeszcze tutaj napiszę. Gdy zsumowałem całą moc pobieraną przez nasz dom – to… gdyby włączyć w jednym czasie same tylko światła – spaliłyby się instalacje elektryczne i pewnie cały dom. OK, znów dramatyzuję – są tutaj przecież bezpieczniki. W samej piwnicy mamy 23 źródła światła zużywające w sumie 920Watów. Na parterze, w kuchni dodatkowe 17źródeł światła – 560Watt. W jadalni 10 żarówek – 400Watt. Living room jest „zaciemniony”, bo tylko 3lampki – 180Watt. Łazienka, korytarz, sypialnie to dodatkowe 21żarówek – 1020Watt. Moi drodzy koledzy ze szkoły średniej, podliczcie to (rezystancje, impedancje, prądy błądzące, itd)… Tak, 74żarówki zużywające 3080Watt! Ponad 26Amperów potrzebnych na samo oświetlenie mieszkania! To zamiłowanie Amerykanów do światła jest spowodowane pewnie tym, że… prąd mają tutaj ponad 2x tańszy niż w Polsce. C.D.N.

Zamieściłem poprzednią notkę i zaczęły się dziać jakieś cuda! Cuda na moim albumie internetowym Picasa (fotki mi znikają, zmieniają swoje adresy, dlatego macie problemy z ich wyświetlaniem). Cuda na Picasie, problemy z administrowaniem mojego bloga… Może to przez to, że fotki DHS (Departament Bezpieczeństwa Krajowego Stanów Zjednoczonych) pobrałem wprost z ich strony internetowej (będącej pod specjalnym nadzorem, jak każda strona rządowa USA), a może to, że używam słów kluczowych dla ich maszyn szpiegowskich? Ale przecież na tym blogu nie nawołuję do terroryzmu, nie włamuję się na strony rządowe ani żadne inne, jestem grzeczny i ułożony. Piszę bloga po polsku mając nadzieję, że jego treść nigdy nie zostanie przełożona na angielski i nie znajdę się na liście Most Wanted dla wszystkich jawnych i tajnych służb USA.
Myślałem, że to, że o Ameryce można mówić i pisać albo dobrze, albo wcale jest tylko żartem, a tu się okazuje, że… Z National Security Agency (Agencji Bezpieczeństwa Narodowego USA) otrzymałem taki oto list… Nie wiem, ile mogę zacytować, więc zacytuję to, co jest w nim moje. Oczywiście skrótowo.

Stupidity the American way …
This subject was proceed alone, wyczytany directly or wywnioskowany from reading „between the lines” for my other posts. But since I was „invited to the plate” by one of czytelniczek blog, I wrote – whether Americans really are so stupid, under which shapes their world to say, not wanting to offend them at all that … YES. Although the concept of relative stupidity, and sometimes people who do not understand (it is not a question of language, and their behavior, their wyrastanie in another educational system or cultural norms), it can be called a case of fools. But in the U.S., many such cases can not be found …

Following the examples met me, so I more or less it looks like:
A few days ago kupowałem clothes in a shop with a few things. Kasjerka (her skin colour is probably important here …) served me slowly, because the color of my skin was different. Slowly zdejmowała security antykradzieżowe, scanned price discounts nabijała manually. At the end of the transaction in most shops are asking for our home phone number. With us this number immediately to our personal data and address, and they know where the next time podesłać newspaper advertising. So as not to get in a few days kilogram ciuchowych leaflets, and it’s nice smile zażartowałem: „I’m from Europe, so my number will not be unless you need?” The woman did przestraszoną mine, covered the palms all the clothes lying on the land for which has not yet paid, and I did not steal their case before its nose and true przerażeniem asked: „But you have American money?”.
This is in the U.S. is „thinking”. That someone przejechał the half and came to her store with złotówkami in your pocket. And maybe with bananas and muszelkami, probably because they are being paid in the pages of which have imported before her parents …

(…)

People, do not be afraid to comment on the posts. Americans for anything you do not! On NaszaKlasa and GaduGadu piszecie all that well ująłem lie at the heart of the American „thinking”, and there is silence and emptiness. If you are shut me in Guantanamo. Even I have to dress specially uszyty …

Czyli cały mój blog leży przełożony na angielski i jest śledzony przez urzędasów z NSA (co tu nie znaczy wcale Naczelny Sąd Administracyjny). Czyli wykrakałem… Proszę, wysyłajcie mi paczki, jak sam trafię do „paki”…

stany 2008-07-27  01:00:00
skomentuj (3)

Myślenie po amerykańsku…
Temat ten miał wypłynąć sam, wyczytany wprost lub wywnioskowany z
czytania „między wierszami” innych moich notek. Jednak skoro zostałem
„poproszony do tablicy” przez jedną z czytelniczek, bym napisał -
czy Amerykanie rzeczywiście są tak głupi, na jakich kształtuje ich
świat to powiem, nie chcąc ich wcale obrażać, że… TAK. Chociaż
głupota to pojęcie względne i czasami ludzi, których po prostu nie rozumiemy (nie
chodzi mi tu o nierozumienie ich języka, a o ich odmienne od naszego zachowanie w różnych sytuacjach spowodowane przez ich wyrastanie w innym systemie
rodzinnym, edukacyjnym czy normach kulturowych), też możemy przez przypadek nazwać
głupimi. Jednak w USA takich przykładów jedynie przypadkowej głupoty wiele nie znajdziemy…

Idąc przykładami jakie spotkały mnie osobiście, tak oto to mniej więcej wygląda:
Kilka
dni temu kupowałem w sklepie z ubraniami kilka rzeczy. Kasjerka (jej
kolor skóry pewnie ma tu znaczenie…) powoli mnie obsługiwała, bo
kolor mojej skóry był inny. Powoli zdejmowała zabezpieczenia
antykradzieżowe, skanowała ceny, nabijała ręcznie rabaty. Na koniec
transakcji w większości sklepów kasjerzy proszą o nasz numer telefonu domowego.
Mając od nas ten numer, od razu mają nasze dane osobowe i nasz adres zamieszkania (to jest właśnie prawdziwy CALLER-ID, w odróżnieniu od polskiego NUMER-ID), i
wiedzą, gdzie następnym razem podesłać gazetki reklamowe. Tak więc, by
nie dostać za kilka dni kilograma ciuchowych ulotek, miło i z uśmiechem powiedziałem: „Jestem z Europy, więc mój numer chyba nie będzie Ci
potrzebny?”
Kobieta zrobiła przestraszoną minę, nakryła dłońmi wszystkie ciuchy
leżące na ladzie za które jeszcze nie zapłaciłem, bym ich przypadkiem
nie ukradł jej sprzed nosa i z prawdziwym przerażeniem w oczach zapytała: „Ale
masz amerykańskie pieniądze?!”.
Tak się w USA właśnie „myśli”. Że ktoś przejechał pół Stanów i trafił
do jej sklepu ze złotówkami w kieszeni. A może z bananami i muszelkami,
bo pewnie tym się płaci w stronach z których przywieźli kiedyś jej
rodziców…

Przykład drugi. Kolega wymieniał u Amerykanów w domu okna. Dobrze
wykształceni ludzie, zamożni. Gdy usłyszał ich rozmowę, że jeszcze
muszą wezwać hydraulika, by wymienił im cieknący kran, kolega się
zaoferował, że sam to naprawi zaraz po tym, jak skończy wymieniać okna.

- Ale jak Ty to zrobisz? Przecież nie jesteś hydraulikiem?” – zapytali.
- Don’t worry, dam radę! – powiedział wszystkopotrafiący Greg:)
Spytał, co jeszcze jest tu do naprawy?
- No… gniazdko w kuchni, ale przecież nie jesteś elektrykiem?
Kolega w godzinę naprawił i kran i gniazdko i jeszcze kilka innych
amerykańskich niedoróbek. A właściciel domu w tym samym czasie bawił
się swoim nowym samochodem (Vanem, w którym drzwi i bagażnik otwierają
się z pilota na oścież). Bawił się tak długo, że wyczerpał cały
akumulator. Wsiadł, chciał odpalić silnik, a tu lipa. „Fuck, shit,
zepsuł się dwa dni po zakupie – dzwonię do dilera”. Kolega, już nawet
bez informowania ich, że i to zaraz naprawi, podjechał swoim autem pod
ich 2dniowy samochód, podpiął przewody i odpalił Vana. Amerykanie byli w szoku!
- Kurde, człowieku jesteś genialny! Ile Ty szkół skończyłeś, ile
uniwersytetów?! – nie kryli swojego zaskoczenia umiejętnościami Grega.
- Jestem z Polski proszę Pani, u nas każdy to potrafi. („to” w domyśle
było… „MYŚLENIEM”). W Polsce każdy potrafi myśleć, a w USA nie muszą.
W USA stać ich na wezwanie hydraulika, elektryka, mechanika do byle
błahostki.

W USA jest specjalizacja. Najlepiej widoczna w medycynie. Kuzynka
poszła ze swoją 11letnią córką do ortopedy. Bolała ją (córkę) noga i…
i lekarz ortopeda dziecięcy obejrzał jej kolano i mówi- „Sorry, ale to
nie kolano powoduje ten ból, to coś ze stopą, a ja jestem tylko od
kolan. Musi pójść do dziecięcego specjalisty od stóp”. Oczywiście są
jeszcze ortopedzi dla dorosłych, którzy patrząc na dziecięce nogi nie
potrafiliby nic zdiagnozować. Nie potrafili, a przede wszystkim nie
mieli do tego prawa. Dlatego w USA nikt nie wychyla się ponad to, czego
został nauczony, do czego ma prawo, i co należy do zakresu jego
obowiązków. Gdyby taki naprawiony przez kolegę kran zalał mieszkanie, a
gniazdko poraziło właścicieli domu, to zapewne zostałby on pozwany do
sądu. Dlatego będąc Amerykaninem robisz to, co Cię nauczono, robisz to
w miarę dobrze (a i tak o wiele gorzej od przeciętnego Polaka), a na
reszcie nie musisz się w ogóle znać.

Doskonałym tego przykładem jest pewien znajomy amerykański inżynier z
Forda, który w domu nie potrafi podłączyć kina domowego, ani przełączyć
pilota z trybu obsługiwania telewizora na obsługę magnetowidu. On po
prostu ma obmyślać (nawet w domu) nowe projekty dla Forda, a nie
zajmować się jakimiś instrukcjami obsługi magnetowidów. Stać go wezwać
specjalistę do podłączenia kina domowego do telewizora, a on ma sobie
tym głowy nie zawracać, by nie zorientować się, jak wielu najprostszych
rzeczy nie potrafi. Oczywiście każdy przeciętnie myślący Polak podłączy
wszystko intuicyjnie, a Amerykanin musi być WYBITNY, by zrobił
cokolwiek bez instrukcji. Każda instrukcja obsługi jest tu rozpisana i
rozrysowana tak, by nawet 10latek dał sobie radę. Mam tutaj prosty
telefon komórkowy Samsung. Komórka jest bez aparatu foto, bez odtwarzacza MP3, bez gniazda na karty
pamięci. On tylko dzwoni i można na nim napisać SMSa i odebrać SMSa, a mimo to
instrukcja obsługi do niego liczy… 218 stron (połowa to porady typu:
wyjmij telefon z kieszeni przed praniem odzieży, nie kąp się z
telefonem, itd.) Tutaj naprawdę pewnie kiedyś znajdę w instrukcji obsługi np. telewizora punkt mówiący, że telewizor działa najlepiej wtedy, gdy wtyczka zasilająca jest podłączona do gniazdka elektrycznego.

Albo przykład sprzed kilku m-cy, gdy mnie jeszcze w USA nie było. Mojej
matce przestał działać pilot od kablówki. Wezwała sąsiada, młodego,
rozgarniętego wydawałoby się chłopaka, tzn. Amerykanina… Ten
przyszedł, 15minut pykał pilotem, tunerem kablówki, pewnie gdyby była
antena satelitarna na dachu, to by nią poruszał, a nie zauważył na
pilocie przełącznika – HOLD, oznaczającego, że całego pilota blokuje
się, np. przed tym, by dzieciak się nim nie bawił. Matka sama na to
wpadła, gdy po 15 minutach bezowocnego „naprawiania” pilota przez
sąsiada, poradził on wezwać speca od kablówki. Tu po prostu nie ma
żadnych „złotych rączek”, jak w Polsce, gdzie każdy fachowiec, a nawet
niefachowiec potrafi podłączyć pralkę (nawet ja), ustawić programy w
telewizorze i magnetowidzie, pomalować dom, położyć podłogę z paneli,
czy kafelki. Tu inżynier informatyk nie potrafi zaprogramować
telewizora, a inżynier elektronik wymienić dysku w komputerze. Dlatego
właśnie telewizory programują się same, a kanały nazywane są nie TVN
czy Polsat, a 1, 2, 20, 50. I każdy w domu na tym samym kanale w
telewizorze ma ten sam program.
No i kolejny dowód bezmyślności Amerykanów. Pewnego dnia była wielka
burza. Lało przez ponad godzinę, wszędzie mokro, trawniki podlane
wprost z nieba, a tu na większości posesji tuż po tej burzy włączyły
się automatyczne zraszacze trawy. Co innego, gdyby to był dzień roboczy
i wszyscy byli w pracy nie mogąc tego wyłączyć. Ale to była sobota,
większość z właścicieli domów właśnie siedziała przed domem rozmawiając
z sąsiadami lub sprzątając wokół domu, więc wszyscy byli w domach, a
nikt nie wyłączył zraszaczy.

Albo w banku. Założyłem sobie konto w banku (będzie o tym notka). W
domu przeczytałem dokładnie całą umowę (było tego ok. 20stron) i
następnego dnia poszedłem do Banku, by zapytać o co dokładnie chodzi w
tabeli opłat. Czemu muszę zapłacić 2$ za sprawdzenie stanu konta w
bankomacie mojego macierzystego banku?!
- A co to za tabela – zapytała kobieta, która dzień wcześniej zakładała mi konto i drukowała tę umowę i tabelę.
-
No tabela opłat z umowy prowadzenia mojego rachunku w Waszym banku. Czwarta strona umowy. Czwarta strona to ta z tyłu trzeciej
strony. Po odwróceniu kartki. Vertikalnie, a nie z pionu w poziom…
- Pierwszy raz ją widzę.
Kobieta
drukuje codziennie po kilka takich umów, a nie wie, co drukuje. W Polsce
pracownik musi znać znaczenie każdego punktu umowy, każdego przecinka,
każdego procenta i promila, a tu… Tu musiały się zebrać we trzy
„mądre głowy”, by dojść do wniosku, że te 2$ należą się, gdy chcę w
bankomacie wymusić aktualny stan konta (w tej chwili), a nie ostatni
zaksięgowany. Przeraziło mnie to – ich niekompetencja na każdym kroku!
Podobne cuda będą z prawem jazdy – to będzie majstersztyk ignorancji
wobec zdrowego rozsądku.

Albo zakup alkoholu. Oczywiście przy zakupie, nawet jak wygląda się na 30-40latka trzeba okazać ID albo jakiś inny dokument, który udowodni sprzedawcy, że mamy skończone te ustawowe czy konstytucyjne 21lat. A więc ja, stary prowokator, wszędzie pokazuję… polskie prawo jazdy. I jak szympansom w zoo wszystkim muszę tłumaczyć:
To jest moje prawo jazdy z innego kraju, wiesz? – TAK.
To ja, to moje zdjęcie, podobny? – TAK.
To moje imię i nazwisko. Wy też tu macie imiona i nazwiska, tak? – TAK.
A to moja data urodzenia. Wy też się tu rodzicie, tak? – NIE. U nas nie ma 19-stego miesiąca. My mamy tylko 12-ście miesięcy.
Ale w Europie datę pisze się dzień, miesiąc, rok. Rozumiesz? – NIE.
Przychodzi zatem jej szefowa, i po namyśle, ale i tak czując, że to jakiś podstęp zgadzają się wyjątkowo sprzedać mi piwko Labatt Blue:)

Albo wizyta u dentysty (znajoma była z córką). Ma ubezpieczenie takie, że płaci tylko 10$ za wizytę. To ma wyraźnie napisane w swojej polisie ubezpieczeniowej. Inni mogą płacić różnie, od zęba, od działania przeprowadzonego na tym zębie, itp. Pani stomatolog przecież kształcona w mowie i piśmie, a tego nie rozumie. Każe płacić za każdy ząb osobno. Oczywiście to i tak ryczałt, bo prawdziwy koszt pokrywa ubezpieczenie. – Ale ja na mojej polisie ubezpieczeniowej mam jasno napisane, że płacę za WIZYTĘ, a nie za ZĘBA – tłumaczy znajoma. – Nie wiem, nie znam się na „insurance” tylko na leczeniu zębów. Proszę mi zapłacić za każdego zęba. Zatem zirytowana znajoma płaci, śle rachunek do ubezpieczyciela, ten śle pismo do dentystki, by ta oddała klientce te 10$ za drugiego zęba. Skruszona dentystka (lub jej asystentka) wysyła czek na 10$ do klientki. Oczywiście za miesiąc znów dziecko boli ząb, i… dochtórka oczywiście znów robi to samo – płacić za zęba. Za zęba! Ja tu od zębów jestem, a nie od znania się na „inszurach”! Doświadczenie sprzed miesiąca, że to jednak klientka miała rację nic jej tu nie nauczyło. Amerykanie nie uczą się na błędach. Oni tu mają procedury. Jak karetka przyjeżdża do zwłok, które stygną już od kilku dni, to i tak poddadzą je elektrowstrząsom, a rozkładający się nieboszczyk dostanie zastrzyk, bo tak wyznacza to procedura. Oczywiście razem z wezwaną karetką przyjeżdża zawsze straż pożarna – na wypadek, gdyby od tych elektrowstrząsów nieboszczyk nie ożył, a się np. zapalił!

I jeszcze ta wszechobecna telewizja (o niej jeszcze będzie mowa).
Amerykanie wręcz wychowują się przed telewizorem. W wielu domach od małego dziecko
uspokaja się nie smoczkiem, nie kołysaniem na rękach, nie nuconą kołysanką, a włączonym
telewizorem właśnie (w Polsce zaczyna być podobnie). Jest kanał dla niemowląt, dla 3latków, brakuje jeszcze
kanału prenatalnego, ale pewnie też się go wkrótce doczekają. TV jest
wszędzie – w każdym pokoju, w kuchni, w łazienkach, w toalecie, w  garażach, w
zagłówkach aut, w telefonach komórkowych, w komputerach domowych i przenośnych. To co powie Oprah
Winfrey w swoim show jest prawdą absolutną i ostateczną dla milionów amerykańskich
gospodyń domowych, a także i zniewieściałych gospodarzy. Słońce kręci się dookoła ziemi – bąknie pod nosem
Oprah, i od jutra wszyscy tak będą uważać (większość z nich i tak myślała już wcześniej, że tak właśnie się kręci, tzn. nie wokół Ziemi, a wokół Ameryki, więc Oprah ich tylko utwierdziła w ich przekonaniu). A po garści „mądrości” od Oprah (to jedna z najpotężniejszych kobiet w USA, pierwsza czarnoskóra miliarderka (2,7miliarda rolarów), ma władzę prawie tak samo wielką, jak Condoleezza Rice, a gdyby wystartowała w wyborach prezydenckich, miałaby dużą szansę wygrać), więc po tej całej Oprze, której nikt się nie oprze, czas na chwilę rozrywki przy The Jerry Springer Show. I… kolejne szare komórki umierają z braku intelektualnej pożywki.
To, co wyświetlą serwisy informacyjne TV, to jak TO nazwą i jak każą o TYM myśleć, jest
wykładnią dla 95% Amerykanów. Napadamy na Irak, bo tam jest wąsaty Husajn,
który nas nie lubi, a my nie lubimy jego wąsów. OK, Hurraa… na Husajna i jego wąsy! W TV mówili, że trzeba napaść, to trzeba. Nikt
nie zada sobie pytania, a czemu tak naprawdę to ma służyć, a co ta wojna tak naprawdę ma przysłonić, a ile to będzie nas Amerykanów kosztować pieniędzy, poświęceń, zabitych żołnierzy. Nikt nie rozejrzy się i nie pomyśli, że przez tę wojnę mają obecnie benzynę 4x droższą niż przed wojną, że oni na tym tracą, więc ktoś (szejkowie z Teksasu, przyjaciele Busha) na tym zarabia miliardy dolarów co miesiąc. Nikt sam nie zauważy tego, że tak naprawdę w USA dzieje się coraz gorzej, Stany Zjednoczone tracą pozycję ostatniego na ziemi mocarstwa na rzecz Chin i odbudowującej się Rosji, więc wojna ma być tylko przykrywką, by ludzie patrząc na zburzony Irak nie patrzyli na samoburzącą się Amerykę. Amerykanie po prostu muszą żyć w strachu, musi się im wynajdywać wroga, którego mają się bać i przed którym Prezydent i Rząd ich ochronią. Wtedy już sprawy wewnętrzne przestają być na pierwszym planie. Dawniej takim wygodnym wrogiem był Związek Radziecki, Komuniści, później Kuba, Wietnam, Korea, Irak, teraz pora na Iran, Afganistan, Talibowie. Wróg będzie zawsze – każdy z nich prócz Rosji i Korei był wcześniej finansowany przez CIA. Amerykanie jako naród jest jak ludy starożytnego Egiptu, którym zagroziło się zaćmieniem słońca, gniewem Boga RA i już wiernie, potulnie, bez sprzeciwu pracowali dla Faraona za garnek ryżu. Tu potulnie płaci się podatki i głośno nie narzeka na to, że lwia ich część idzie na wojnę w Iraku.
- Źle Wam się dzieje w Ameryce?! – spójrzcie na Irak, tam to dopiero mają źle!
- Aa… no to my jednak mamy tu dobrze.

Właśnie powiedzieli w wiadomościach, że deficyt Stanów Zjednoczonych na rok
2009 wyniesie ponad 482 miliardy dolarów. 1,528$ na każdego mieszkańca
USA. Co to znaczy dla statystycznego obywatela, wyjaśnili nam to bardzo
prosto: 482miliardy dolarów to tak dużo, że układając dolar przy
dolarze, można opasać nimi równik 1,612razy. Koniec informacji o
krytycznej sytuacji budżetu państwa. Co zapamięta z tej informacji
statystyczny Amerykanin? Że ktoś się nieźle nachodzi po równiku, by
rozkładać te dolary!;)

A skoro już o telewizji mowa, to może coś z teleturniejów? Kilka pytań i kilka odpowiedzi. To nie żadne odpowiedzi „dla jaj”, albo
dla śmiechu dla widowni, bo nagrody są tu zazwyczaj bardzo atrakcyjne,
więc oni naprawdę tak sprężają swoje mózgi;)

Na jaką chorobę zmarła królowa angielska Elżbieta I?
- Na… syfilis!

Po kim Fidel Castro przejął władzę na Kubie?
- Osamie Bin Ladenie!

Pokazują zdjęcie Johna F. Kennedy’ego- i zadają pytanie: „Kto to jest i jaką funkcję pełnił”
- John Kennedy i był… mężem Merylin Monroe.

Albo, w ich Familiadzie, gdy stoi się przed prowadzącym, on czyta
pytanie eliminacyjne i zawodnicy ścigają się, kto pierwszy na nie
odpowie.
Powiedz mi nazwisko… – prowadzący nie skończył pytania, bo kobieta przycisnęła guzik i… powiedziała własne nazwisko.
Powiedz mi nazwisko amerykańskiego polityka, który coś tam dobrego zrobił dla świata – tak brzmiało całe pytanie.
W tym kolejnym odcinku, w finale, zabrakło 7punktów do wygrania nagrody
głównej, bo gracz na pytanie: „Miasto w Europie” odpowiedział – EUROPA! W którymś z kolejnych odcinków grająca wymyśliła miasto Europię – takie oni mają pojęcie o naszym pięknym, starym kontynencie!

Wymień państwo zaczynające swą nazwę na literę „B”
- Bostonia!

Jakie miasto jest stolicą stanu Montana?
- Hannah!

- Jaką sławną, mitologiczną powieść napisał Homer? – zapytał kogoś Joe Leno.
- Homer Simpson? – upewniła się zagadnięta.

- Dokończ tytuł powieści Twaina „The Adventures of Tom…” – zapytał Leno pewną studentkę.
- Tom i Jerry’ego? – nie była pewna swej odpowiedzi studentka, która, po studiach
będzie nauczycielką angielskiego.

- Jakie było pierwsze imię Szekspira
- Billy? Nie, on nie miał pierwszego imienia, bo to było jego pseudo, tak jak Madonna!

- Państwo na A oprócz Ameryki?
- Azja!

- Kraj do którego chciałbyś pojechać?
- Amsterdam

W teleturnieju „Czy jesteś mądrzejszy od 5klasisty”, finałowe pytanie za 150tys. $ brzmiało: „Przez jakie państwo przepływa rzeka Wołga”? Gracz zanim jeszcze odpowiedział już triumfował i skakał z radości, że zna odpowiedź. Wykrzyczał, że właśnie wczoraj się tego uczył do teleturnieju, więc odpowiada, państwem przez które płynie Wołga jest… Germany!

Jesienią 2009 miałem to szczęście, że wszyscy, dosłownie WSZYSCY poznawani przeze mnie Amerykanie byli nauczycielami. Takie fatum jakieś. I czym owi nauczyciele mnie zaskoczyli? Moja matka zrobiła z galonowej butli mleka ser, gdyż białego sera nigdzie tutaj nie uświadczysz, więc jak tu zrobić ulubione pierogi dla syna?! Znajoma nauczycielka przyszła w trakcie odcedzania sera i zapytała:
- To ser robi się z mleka?
- Nie kurwa, z mąki! – zapewne tak chciała odpowiedzieć mamuśka, ale oczywiście jest kulturalna i wszystko przemilczała…;)
Tego samego dnia, gdy opowiadałem o Polsce siostrze pani niezorientowanej serowo (także nauczycielce), i powiedziałem, że w Polsce na południu mamy góry, a na północy mamy morze, ta oczywiście chciała zabłysnąć.
- Atlantic Sea?
- Tak, jeszcze niedawno było to Morze Atlantyckie, ale przez efekt cieplarniany o którym na pewno słyszałaś, Atlantyk trochę przysechł, woda przelała się na drugą półkulę, zrobiła się taka kałuża nazwana Morzem Bałtyckim. Gdybym tak jej to na poważnie powiedział, to bankowo by kobieta w to uwierzyła. Tak łatwo się manipuluje tymi ludźmi i tym narodem. Chociaż patrząc ostatnio na popisy manipulacyjne Donalda Tuska, sam już nie wiem, który z narodów jest bardziej naiwny…
Córka tej „serowej” nauczycielki (także nauczycielka, przedszkolna),
podczas naszej rozmowy o zdrowym odżywaniu nie mogła zrozumieć sensu
chińskiego przysłowia: „Śniadanie zjedź sam, obiadem podziel się z
przyjacielem, kolację oddaj wrogowi”. W ogóle nie łapała idei tych słów. Zapewne myślała, czemu ma się z kimś dzielić swoim porannym
syrio albo tostem z masłem orzechowym?
- Aa… rozumiem, obiad jest duży i wystarczy go dla dwojga! – wreszcie „załapała” sens tego przysłowia.
Kolejnej poznanej nauczycielce nie mogłem wytłumaczyć (tzn. ona nie mogła pojąć) jakim cudem taniec Polka nie jest z Polski, a z Czech? Chociaż tu pewnie zaskoczyłem niemiałą ilośc Polaków, którzy też myśleli, że to nasz taniec ludowy?;)

Koleżanka opowiadała, jak na parkingu zaczepiła ją zszokowana AfroUSA-nka przerażona tym, że nie może znaleźć swojego samochodu. Parkingi są tutaj duże, sam kiedyś zapodziałem auto pod WallMart, więc znam ten strach.
- To naciśnij w pilocie przy kluczykach swojego auta guzik PANIC, by alarm auta zaczął trąbić i wtedy je znajdziesz.
- A który to guzik? – zapytała AfroUSA-nka. 99% pilotów ma 4klawisze. Trzy z jednej strony: zakmnij drzwi, otwórz drzwi, otwórz bagażnik, i jeden z tyłu, czerwony, wyraźnie oznakowany PANIC. Kobieta na pewno setki razy używała wszystkich tych trzech, codziennych klawiszy, wielokrotnie pewnie też przyglądała się temu czwartemu i… i zadała tak głupie pytanie.
Albo inna, której lekarz kazał schudnąć, by poprawić stan swojego zdrowia. Ma więcej się ruszać, chodzić, itp.
- Ale po co? – zapytała grubaska. Ona po prostu nie wiedziała, że ruch i aktywność fizyczna (tzn. w jej przypadku ich brak) są ściśle połączone z wagą, kondycją fizyczną i stanem zdrowia. Jak to możliwe, że gdy pójdę pieszo na spacer zamiast pojechać autem do McDonalds, to schudnę?

Kobieta kupiła sobie za 150tys. $ taki dom na kółkach czyli wielka furgonetkę z powierzchnią mieszkalną z tyłu. Wybrała się nim na przejażdżkę. Włączyła CruiseControl (urządzenie, które utrzymuje zadaną prędkość jazdy) i poszła na tył samochodu zrobić sobie herbatę. Auto wypadło z drogi na pierwszym zakręcie. Kobieta podała producenta samochodu do sądu, że nie było nigdzie informacji, że CruiseControl w tego typu samochodzie to nie jest automatyczny pilot, który prowadzi samochód. Kobieta sprawę… wygrała. Od tego czasu jest już ostrzeżenie – Włączenie CC nie oznacza automatycznego prowadzenia auta.

W sklepie Kroger była promocja mleka. Wielkimi naklejkami ogłaszano na lodówce, że półgalonowe butelki kosztują 1,5$, podczas gdy 2x większe, galonowe opakowania są po 3,29$. (Rok później, czyli jesienią 2009 te same butelki są odpowiednio po 1,99$ za galon i promocyjnie 0,77$ za pół galona). Oznacza to, że biorąc dwie butelki półgalonowe, zapłacimy za galon mleka 3,00$, a dodatkowo będziemy mieli je dłużej, bo druga butelka będzie nieotwarta, przez co mleko dłużej zachowa świeżość. I co? I połowa Amerykanów i tak kupowała te duże. A co! Stać nas na to, by zapłacić więcej oraz na to, by połowa nam się zepsuła;)

W jednym z centrów handlowych (Macy’s) ochroniarz zatrzymał przed wejściem młodą klientkę, ponieważ jej strój był za bardzo wyzywający. Ochroniarze wyglądają tu trochę poważniej, niż w Polsce (gdzie „ochroniarzami” są najczęściej emeryci dorabiający do emerytury;) Dziewczyna narobiła rabanu i wezwała telewizję. Co się okazało? Że strój ów był kupiony w tym właśnie sklepie do którego nie została wpuszczona, a dodatkowo, że są ubrane w niego wszystkie manekiny!;)

Oczywiście Jay Leno (taki ichni Szymon Majewski) ma w swoim programie niezłą polewkę z „intelektu” większości swoich rodaków. Moim ulubionym fragmentem jest „Co się sprzedaje na e-bay.com”. Pokazuje pięć najgłupszych wystawionych przedmiotów, oraz pięć równie głupich, które znalazły swoich nabywców. Ktoś np. kupił za 6,51$ – 10minutową wideorozmowę z kotem wystawiającego tę aukcję, albo ktoś inny nabył pustą paczkę po chipsach Fritos, której zawartość wystawiający opróżnił siedząc na trybunach podczas finału ligi basaballa… za 560$! Nic tylko kupić kilkaset paczek czipsów, zjeść ich zawartość siedząc przed telewizorem oglądając zapewne The Jerry Springer Show, wystawić puste opakowania na e-bay i liczyć tysiące dolarów napływające od aukcjonariuszy:)

To wszystko są autentyczne przypadki, których ciąg dalszy nastąpi… -
Tu będę dopisywał kolejne dowody ociężałości umysłowej w tym kraju. A
może dopisujcie je w komentarzach? Ale żebyście wiedzieli, jak pojmuje się inny kraj oczami przybysza, to macie coś o Polsce oczami Francuza z francuskiej gazety Rohtas, pobrano z www.polskiswiat.com

Polacy! Jak Wy to robicie?
Kraj, w którym co piąty mieszkaniec stracił życie w czasie drugiej wojny światowej, którego 1/5 narodu żyje poza granicami i w którym co 3 mieszkaniec ma 20 lat
Kraj brutalnie oderwany od wiekowych tradycji, który odbudował swoją stolicę wg. obrazów Canaletta, a stare miasto odtworzył jako nowe.
Kraj, który ma dwa razy więcej studentów niż Francja, a inżynier zarabia tu mniej niż przeciętny robotnik.
Kraj, gdzie człowiek wydaje dwa razy więcej niż zarabia, gdzie przeciętna pensja nie przekracza ceny (!) trzech par dobrych butów, gdzie jednocześnie nie ma biedy, a obcy kapitał się pcha drzwiami i oknami.
Kraj, w którym koncesjami rządzą monopoliści.
Kraj, ze stolicą, w której centrum stoją nowoczesne biurowce, oferujące pomieszczenia po 10-35 USD za metr.
Kraj, w którym cena samochodu równa się trzyletnim zarobkom, a mimo to trudno znaleźć miejsce na parkingu.
Państwo, w którym można sobie kupić chodniki, postawić parkomaty i płacić państwu tylko 10% podatku od zysku.
Kraj, w którym rządzą byli socjaliści, w którym święta kościelne są dniami wolnymi od pracy (!!!). Gdzie otrzymanie paszportu do niedawna stanowiło problem, a mimo tego ponad 3,5 mln obywateli rocznie wyjeżdżało na wczasy za granicę.
Jedyny kraj byłego bloku socjalistycznego, w którym obywatelowi wolno było posiadać dolary, choć nie wolno mu ich kupić ani sprzedać poza bankami i kantorami. Cudzoziemiec musi zrezygnować tu z jakiejkolwiek logiki, jeśli nie chce stracić gruntu pod nogami. Dziwny kraj, w którym z kelnerem można porozmawiać po angielsku, z kucharzem po francusku, a ministrem lub jakimkolwiek urzędnikiem państwowym tylko za pośrednictwem tłumacza.

Ludzie, nie bójcie się komentować tej notki. Amerykanie nic Wam za to nie zrobią! Na Naszej-Klasie i Gadu-Gadu wszyscy piszecie, że doskonale ująłem sedno amerykańskiego „myślenia”, a tu cisza i pustki. W razie czego to mnie zamkną w Guantanamo. Już nawet mam strój do tego specjalnie uszyty…

Pomaranczowy

1. Cuda dziejące się z tym zdjęciem są dowodem, że Ameryka oraz ich Internet jest państwem oraz Internetem policyjnym! Gdy zdjęcie miało nazwę więzienia na Kubie, to fotki mi i Wam w ogóle nie wyswietlało. Podobnie było kiedyś z Google.com w Chinach. Jego wyszukiwarka miała tam nie wyszukiwać słów „Demokracja”, „Masakra”, „Tiananmen”, itd. Tu mają jakieś internetowe embargo na inne słowo (słowa). Nie będę ich tu wymieniał, bo znów mi wszystko poznika. Jeszcze nie wiedzą, kim jest ten facet w pomarańczowym, więziennym drelichu, o czym dokładnie tutaj pisze, więc wolą profilaktycznie zablokować jego treści. To zdjęcie jakimś cudem zostało obejrzane 2225 razy podczas, gdy dwa zdjęcia z którymi sąsiaduje tylko 45 i 47 razy. Kto mnie tak namiętnie oglądał…?
2. Wiadomość sprzed chwili (1.08.2008) ze stacji Fox2Detroit. Detroit graniczy przez most (oraz przez tunel) z Kanadą. Od dziś pracownicy DHS mogą zabierać nam na granicy laptopy, telefony komórkowe, karty pamięci z aparatów cyfrowych oraz pamięci pen-drive. Zabierać, kopiować i sprawdzać, co za dane z USA wywozimy! Szczególnie te osoby, które często pokonują tę granicę. Oczywiście ludzie z Nowego Yorku, Florydy czy Los Angeles w ogóle nigdy o tym nie usłyszą i będą się czapiać, że przesadzam… To kliknijcie w link wiadomości.


  • RSS