No i znów przyleciałem do Polski. 4 miesiące pracy USA, więc można się poobijać trochę (resztę roku) w tym pięknym, nadwiślanym, teoretycznie tylko istniejącym kraju. Dzień przed wylotem wysysłałem paczkę do Polski i opiszę Wam, jak zostałem prześledzony albo przez FB, albo przez mojego ajfona…
Jak wiecie lub nie wiecie, walczę z Mesendżerem FB. KAŻDY mój znajomy, który do mnie zagaduje na FB, wysyła mi „niechcący” zaproszenie do tej aplikacji. Niby palec im się omsknął, niby nie wiedzą, jak to się stało… Wiem, że to nie WY mi to wysyłacie, a ten beznapletkowiec. W moim androidowym telefonie pozycjonowanie mam wyłączone na amen, ale ajfonowi pozwalam rozglądać się po okolicy (w razie, jak ktoś uprowadzi mi mój ukochany telefon chcę móc namierzyć, gdzie jest złoczyńca).

A zatem wysłałem ową paczkę do Polski, a z miłą Izą, która mi zawsze paczuszki nadaje, porozmawiałem sobie o Green Card. Izka pytała mnie, jakie dostaję pytania na granicy, gdy siedzę po te 2-3 miesiące w Polsce, gdyż ona chce wystąpić o Zielone Karty dla swoich rodziców, ale jako, że oni pewnie chcieliby siedzieć pół na pół w PL i w USA, obawia się „przesłuchań” ich na amerykańskich lotniskach… A więc tłumaczę jej, jakie dostaję pytania i jak na nie wymijająco odpowiadam (Izka, FOCH!, że nie przeczytałaś tego na tym blogu!).

Wracam do domu z moim cudownym ajfonem w kieszeni i co widzę na mojej FB-tablicy? Ogłoszenia i posty sponsorowane różnych firm wysyłających paczki do Polski! Skoro nie przez śledzący nasze rozmowy mesendżer, to przez moją lokalizację FB dobrał sie do moich „potrzeb”. Spędziłem 15-20min w biurze wysyłającym paczki, to pewnie korzystam z tego typu usług, więc mi wysłał reklamę ich konkurencji – no zajebiście… Sprzedam Ajfona 7Plus 128gb. W domu w Polsce mam na jego miejsce dwa Siemensy S4, Nokię 3110, Nokię 6310i, dwie nokie N95-8GB i jeszcze kilka innych telefonów, których NIKT nigdy mi nie namierzy, a już na pewno nie FB czy Google ;) GENIALNE jest wsadzić świeżozakupioną kartę SIM dowolnego operatora do takiego 20-letniego Siemensa S4 i po zalogowaniu się na eBOK swojego operatora, widzieć ten rozbrajający komunikat o NIEROZPOZNANIU urządzenia (każde inne urządzenie zostaje automatycznie rozpoznane przez operatora, zostają skonfigurowane ustawienie MMS i transmisja danych, jego IMEI przypisany do Waszego numeru tel. i Waszej lokalizacji, do emaila podanego przy rejestracji konta, do numeru MAC Waszej karty sieciowej, do IP komputera, itd.). NIC się nie ukryje, no chyba, że macie telefon sprzed kilku epok…

O czym to ja chciałem dziś? A, no o dolarach…
Z tą samą Izą z owego biura nadającego moje paczki rozmawialiśmy o naszych przesłuchaniach na lotniskach. Izka pytała mnie, co odpowiadam, gdy pytają mnie, ile dolarów wywożę z USA?
– NIGDY mnie nie pytali! – dostała zaskakującą odpowiedź od biednego jak mysz meczetowa Danielka, eksperta od bumerangowania pomiędzy USA a Polską.

No i dzień później… zapytali.
– Ile dolarów wywozisz z USA – zapytał mnie wielki jak góra kościuszki pracownik graniczny w Detroit.
– W CH%# dużo! – odpowiedział Danielek nic nie mówiącym strażnikowi językiem.
– Łat daz it min „w ch%# duzio”?! – zapytał pan TSA.
– Oh, ju don’t spik polisz? W Chuj znaczy **** tysięcy dolarów and some cents.
– No to szoł mi dys manej – zaczął przetrzepywać mnie pan TSA.

Miałem pokazać mu wszystkie wartości pieniężne we wszystkich walutach, jakie mam. Prócz *****$, miałem także 200zł i 50Euro… Owe ***** dolarków pięknie sklejone po 1000, więc mimo ociężałości umysłowej, Mr TSA policzył je sprawnie. Gdybyście zobaczyli, jak próbował otworzyć moją torbę z aparatem… Chyba nigdy nie chodził do szkoły i nie miał pojęcia, jak działa taki zwykły, plastikowy klick-klack służący do zamykania tornistra. A już majstersztykiem było jego dobranie się do mojego plecaka HP z laptopami… Mój plecak na laptopa liczy 16 kieszeni. Do kilku z nich ciężko zmieścić cokolwiek większego, niż kilka płyt CD, a ten próbował tam wkładać swoje wielkie jak płetwy płetwonurka dłonie.

- Łaj ju masz dwa laptopy – zapytał ciekawski pan TSA.
– A bo trzeci się kurwa mać, nie zmieścił! – chciałem odpowiedzieć, ale znów by nie zrozumiałby tego „kurwa mać”.
– Łat iz it? – zapytał wymacawszy jeden z trzech zewnętrznych dysków SSD, ukryty pod spodnią warstwą ochronną w mojej torbie do aparatu.
– To jest storydż for dejta – odpowiedział Danielek, który po wyjęciu wszystkich swoich gadżetów z wielkiej torby na aparat i ogromnego plecaka na laptop, wygląda jakby był synem Billa Gattesa (2 laptopy, 2 dyski zewnętrzne 2.5cala, 2 dyski wewnętrzne, cyfrowa lustrzanka + battery pack + 3 zapasowe baterie, kamera 4K + 2 zapasowe baterie, ładowarki do laptopów, do telefonów, do aparatu i kamery, kable zasilające, kable USB, Iphone, Sony Xperia Z, Sony Xperia S, Nokia N95, kilka pen-drive, itd.).

Pan TSA kazał mi opróżnić wszyskie kieszenie spodni, kurtki. Do mojego portfela chudego jak nigeryjski maratończyk na szczęście nie zajrzał, tylko go zmacał jak lubieżny ksiądz – ministranta (a było w tym niepozornym portfeliku dodatkowe 550$).
– Wiesz, że możesz wywieźć dowolną ilość wartości dewizowych, ale musisz je zgłosić na specjalnym formularzu.
– No wiem, ale skąd ja mam je wziąć, i tak mam za dużo jak na bezrobotnego, nie? – no tak, srak, owak.

I tym optymistycznym akcentem zakończywszy, wsiadłem do samolotu.
Jeszcze w domu, na Necie, przy samoodprawie przed odlotem wybrałem sobie miejsce na samym ogonie, tuż przy oknie. Przy wejściu do Gate, zmienili mi je na inne miejsce przy oknie. Ciekawe, czy jak samolot spadnie i będę jedynym, który przeżyje, kostucha zrobi mi „Oszukać przeznaczenie v. 7″?

W samolocie… kolejna złota zasada. Nie siadajcie za staruszkami! Pierdolona babka przede mną, tak się spierdziała, że musiałem sobie założyć na twarz całun, by przefiltrować gazowe wydzieliny układu trawiennego. Po kolejnym popuszczeniu przez nią gazów, przesiadłem się na wcześniej zarezerwowane miejsce (z 26 na 40). Babka musiała być z Czadu, a szkoda, że ja nie miałem tego dnia Kataru… ;)

W samolocie też podsłuchałem niechcący ciekawą rozmowę. Starsza babka z Libii mówiła na tyle głosno, że nie dało się jej nie usłyszeć. Mówiła, że wraca do siebie, do Libii, chyba już na stałe, pomimo że posiada amerykańskie obywatelstwo, gdyż żyjąc teraz w USA, z córką u której mieszka, nie widzi jej prawie wcale. Jej córka i jej libijski mąż ciągle pracują, nie ma czasu na życie rodzinne ani towarzyskie. Na kultywowanie tradycji (a wcale nie jest Muzułmanką, a przynajmniej na takową nie wyglądała). W Libii ma swój dom, życie, czas dla bliskich i na to, co ważne. Mówiła na tyle głośno, że słuchali jej ludzie w promienu 3-4 rzędów wokół, kręcac głowami na upadek naszych relacji. Dwie córki zostały w Libii i mimo posiadania green card, wolą swoje tradycje, życie, niż pogoń za chuj wie czym.
Nowszym autem, większym domem i nieznajomością swych dzieci, męża, rodziców, teściów…
Zastanawiające, prawda?

Międzylądowanie tym razem w kalifacie paryskim. To paryskie lotnisko to już tylko syf, kiła i mogiła, jakby przedmieścia Paryża czy dżungla w Calais przeniosła się na jeden z terminali. I już przed bramką lotu do Polski zaczynają się nasi rodacy… Naprawdę jesteśmy KIEPSCY (w znaczeniu dosłownym jak i nazwiskowym, odnośnie Ferdka z polsatowskiego serialu). Dlaczego będąc w USA, na lotnisku, gdziekolwiek, NIGDY nie mam poczucia ani niższości, ani wyższości, a 90% Polaków go ma. Dlaczego w polskim sklepie ktoś stojący w kolejce w kurtce 4F uważa się za lepszego, od kogoś stojącego w kurtce bez tego 4F? Dlaczego tak wyraźnie widać to w spojrzeniu tego „lepszego”? Jestem obserwatorem i zauważam takie rzeczy. I to „więdnięcie” tego bycia zajebistym tego „lepszego” w 4F, gdy do kolejki dołącza Danielek w swojej zimowej kurteczce Noize (za 340$) i kanadyjskich butach Pajar (za 200$). Kupiłem je sobie, bo mi się PODOBAŁY, bo nie wiem nawet, jakim prestiżem jest Noize, a ajfona mam bo robi ZAJEBISTE zdjęcia, a nie, że ma jabłko na kejsie i że Kijowski z KODU wydał na niego 4500zł.

W USA, na lotnisku, w McDonalds siada koło mnie ktoś ze złotym, prawdziwym Rolexem, w ciuchach takich, że widać, że zarabia miesięcznie więcej niż ja w rok, ale nie udając nikogo lepszego, je tego pysznego, toksycznego hamburgera, bez wywyższania się, podczas gdy ktoś w Polsce z „podobnym” Rolexem z bazarowego straganu, siedziałby w najdroższej restauracji na całym lotnisku, zamówiłby wprawdzie w niej tylko wodę i serwetki do tego, ale kurwa, ta możliwość popatrzenia na innych z góry albo z lepszego miejsca…

W USA gdzie Iphone 7 ma obecnie każdy, dosłownie KAŻDY (wszystkie sieci upgradeują za darmo 6-stki do 7-demek), nie mam obaw wyjęcia telefonu, by nie wyjść na jakiegoś snoba, podczas gdy w Polsce chowam się z moim Iphone 7, by nikt nie zobaczył, że trzymam w rękach tutejsze 2-3 pensje i że pewnie wyjąłem go, by się pochwalić, posnobować.
Te polskie dziunie na paryskim lotnisku z torebkami LV, szytymi gdzieś w szanghajskim garażu. Te „górnolotne” rozmowy o tym, jakimi są już Paryżankami (po 2-3dniowej wycieczce), toczone na tyle głośno, by każdy wiedział, że ona tu nie przyjechała zmywać naczyń czy „ciągnąć” fiuta na pigalaku, a na holideje… To samo w Warszawie, ten nos i cały tępy ryj zadarty aż do sufitu, gdy czekają na bagaż, który przyleciał „z Paris’, podczas gdy obok czekają jacyś tanioliniowy biedacy ze zmywaka z Glasgow. ŻENADA!

No to welcome home. Jeszcze tylko na powitanie antyaborcyjna manifa pod szpitalem, i „jestem w domu” ;)

  

1. Pożegnalny, amerykański, fullkaloryczny McDonalds. W Polsce jesz go po kryjomu, jako konsument gorszej kategorii, podczas gdy w USA tuż przy Tobie przysiądzie się milioner, bo jest po prostu SZYBKO i SMACZNIE.
2. Gdy siedzicie za parą staruszków, którzy co chwilę wypuszczają gazy trawienne, to lepiej miejcie tę gorącą chusteczkę, którą obsługa samolotu rozdaje przed kolacją. Nic tak dobrze nie filtruje atmosfery, niż ta mokra, gorąca chusteczka:)
3. Warszawa w 18sekundowym skrócie :)