Od miesiąca jestem w Polsce. Ale spokojnie, spokojnie, wkrótce nowe notki (chociażby z przeliczania na detroitskim lotnisku przez graniczników wywożonej przeze mnie z USA kasy). Teraz będzie dowód na idiotyzm ameryki. To już chyba z dziesiąta wersja mojej dywagacji na ten temat, prawda?

Pisałem o tym, jak durni są pracownicy Biura Obsługi Klienta amerykańskich dostawców internetu, jak nie potrafią prawidłowo zapisać mojego nieskomplikowanego nazwiska, jak durne są pracownice w banku, dla których „Za darmo” oznacza 5dolarową opłatę, które mając mnie tuż przed sobą, moje ID, mając na ekranie swojego komputera moje konto, i tak wpłacą moje 500$ na obce konto, itd. Idioci w urzędach, bankach, itd., a zarabiają tam 5-6x więcej, od biednych kasjerek w polskich bankach, więcej niż ci biedni młodzi ludzie w BOK naszych operatorów, czy biedne starsze panie na polskiej poczcie, które po prostu muszą umieć wszystko, wiedzieć wszystko i NIGDY się nie mogą pomylić, bo wylecą z roboty i jeszcze do końca życia będą spłacać swoją pomyłkę…

Dziś zastrzeliła mnie amerykańska poczta! Zastrzeliła mnie dosłownie! Kolega zamówił przeze mnie jakieś tam uszczelki do spłuczki WC. Przesyłka przyszła do mnie do USA, gdy ja już byłem w Polsce. Matka jedyne, co zrobiła, to wpakowała to coś w większą kopertę, wypisała moje imię i nazwisko, mój polski adres i pojechała to nadać na amerykańskiej poczcie (bąbelkowa koperta A4, 50gram wagi, cena za przesyłkę 13,25$, jakby kogoś interesowało. Pocztą zwykłą idzie tyle samo, albo nawet szybciej, niż pocztą lotniczą, która kosztowałaby ok. 22,5$ – kolejne ich kuriozum).
OCZYWIŚCIE, że idiotka pracująca na poczcie znów źle przepisała moje nazwisko. To jest zaledwie OSIEM pierdolonych liter, których oni nie potrafią przepisać z koperty do komputera! W moim nazwisku są trzy takie same litery „E”, i właśnie jedną z tych trzech liter ci idioci zamienają na A lub U!

No chuj z tym, kto jak napisze moje nazwisko, Danielka znają wszyscy i zawsze do mnie przesyłka dojdzie. W razie czego CBŚ poprawi, dopisze co trzeba w adresie i po przejrzeniu zawartości mojej korespondencji, agent udający nowego postmana na dzielni przytacha mi przesyłkę. Gdy mieszkałem we Wrocławiu, a nie było wówczas jeszcze ani FB, ani Instagrama, ani Snapa, ani ASK, ani nawet e-maili, ANI NAWET Internetu, komórek, smartfonów, i SMSów także nie było, wówczas Danielek udzielał się epistolarnie. Wystarczyło zaadresować kopertę:

Danielek
Wrocław

i… dochodziło. :)

Oczywiście błędnie przez amerykańską Pocztówę zaadresowany list, doszedł do mnie do Polski w zaledwie tydzień. Pewnie gdyby był polecony, to Poczta Polska by mi go nie wydała, bo nazwisko się nie zgadza… I tu zaczyna się najlepsze. Przynoszący mi list listonosz mówi, że NIE SKLEJA SIĘ DWÓCH LISTÓW ze sobą…

What The Fuck? Jakich dwóch listów? – Przecież matka włożyła kopertę z tymi uszczelkami do DRUGIEJ, większej, czystej koperty, zaadresowała ją właściwie i… tyle. Jaki drugi list…? A no… patrzę o moim oczom nie wierzę. Do mojego listu w żółtawej, wielkiej, bąbelkowej kopercie A4 doklejony jest jakiś inny list, w białej, standardowej kopercie amerykańskiej poczty Priority Mail, także A4. Nie wiem, czy skleiły się te dwa listy ze sobą znaczkami (sarkazm), czy ktoś tak dobrze polizał kleje przed zaklejeniem kopert (ironia)… A może biała koperta zakochała się w żółtej kopercie i nie mogły się w sortowni rozstać ze sobą? I Zamiast Donna P. z Fenton, MI otrzymać 26 lutego swoje MEGA WAŻNE dokumenty, to otrzymał je Danielek S. z Polski 6 marca wraz z uszczelką do sracza!

OK, zagłębiam się w dokumenty. Poznam czyjąś historię medyczną, albo zdolność kredytową, albo… zaraz sprawdzę, co to.
To rozliczenie podatkowe. Ot poszła Donna do Dejwa, ze wszystkimi swoimi dokumentami fiskalnymi i tenże miał rozliczyć jej podatki i wszystko odełać. Przez pomyłkę amerykańskiej poczty, mam ORYGINAŁY PITów Donny, oryginały jej wyciągów ze wszystkich jej rachunków bankowych, znam położenie każdej jej nieruchomości, jej wartość, stopień spłacenia, wysokość podatków jakie płaci za te nieruchomości.

WHAT’S NOW? Pozywać amerykańską pocztę? Mogę to zrobić zapewne ja, ale już na pewno Donna. Gdybym nie był tak paskudny, że ludzie widząc mnie w TV regulowaliby odbiorniki, albo oddawali swoje nowiuśkie LCDeki, LEDowce i OLEDowce z porotem do sklepu, jako wadliwie wyświetlające obraz, a szczególnie ludzkie ryje, to już ze 100x byłbym w amerykańskich Newsach z różnego takiego typu spotkającymi mnie w USA „przygodami”.

I pomyśleć, że oni latają w kosmos… I na księżyc. I rządzą światem.
Dlatego tak kurwa ten świat teraz wygląda…

 

1. Matka wysłała mi tę żółtą kopertę. Prawidłowo zaadresowana ręcznie, na naklejce ma już podmienione nazwisko. Jakim cudem dokleiła się do tej zwykłej koperty owa biała po prawej, zawierająca tę teczkę z dokumentami powyżej kopert – NIGDY SIĘ NIE DOWIEMY..
2. Hmm… ciekawe, ciekawe… Hmm… General Motors… – zajrzałem tylko, by stwierdzić, czy to dokumentacja medyczna, czy jaka i czy trzeba to odesłać prawowitemu adresatowi? TRZEBA! Bez tego IRS (Urząd Skarbowy) dobierze im się do dupy! Los Donny w moich rękach i w mojej dobrej woli…