W ciągu ośmioletniej mojej kariery w USA, załapałem się chyba na drugie lub trzecie Thanksgiving w Stanach. W odróżnieniu od Bożego Narodzenia (ichnie X-mas), od Wielkanocy (ichnie Easter), tego typu stricte amerykańskie święta należy spędzać tylko i wyłącznie w gronie Amerykanów. Tak więc będąc w zgodzie z tą zasadą, spędziłem owe Święto u zaprzyjaźnionej od lat amerykańskiej rodziny z Canton, MI. I mimo tego, że mam świadomość faktu, jakże prawdziwym jest przysłowie, że kto ma jednego przyjaciela, jest szczęśliwcem, a kto ma ich wielu, jest głupcem… (nawet Google nie potrafi obecnie odnaleźć autora tych słów), to wiem, że ową amerykańską rodzinę spokojnie mogę uznać za naprawdę szczerze zaprzyjaźnioną (w amerykańskich kryteriach znaczenia tych słów).

Imprezka zaczęła się o 16:00. Dzień ów, jak większość dni w USA, jest oczywiście dniem… pracującym. Pracują sklepy (oj, te to pracują tego dnia NA MAXA, na 200-300% normy, gdyż Black Friday zaczyna się w niektórych z nich już o północy w czwartek, czli w dzień dziękczynienia właśnie). Na ulicach tłok, ale nie taki zwykły, codzienny, powrotny z pracy do domu, a tłok świąteczny, jaki panuje u nas przed Świętem Zmarłych czy przed Bożym Narodzeniem. Auta pędzą, wszyscy głodni, po zjedzonym o poranku śniadaniu (moje składało się tego dnia z obowiązkowej, porannej kawy i 4 mrożonych gofrów odgrzanych w tosterze).

Zajechałem do Canton, MI punktualnie na 16:00. 10-12kg indyk właśnie dogorywał w piekarniku, elektryczny nóż plastrował jego powłoki w nierówne plasterki. Na stole, na którym znajdowały się papierowe talerze i plastikowe sztućce można było poczuć smród dwóch najochydniejszych amerykańskich potraw. Stuffingu i zielonej, duszonej fasolki. Stuffing to wg. naszych norm – nadzienie. To coś, co wpycha się w dupę pieczonej kaczce, pieczonej kurze, pieczonemu indykowi i czego normalny człowiek nie zje, bo owo coś służy jedynie do nadania smaku, do nadania soczystości raczej suchemu mięsu drobiowemu. U nich, ów stuffing to jakaś taka jakby bułka, którą nasze potrafiące jeszcze gotować babcie czy mamy dodają do kotletów mielonych, by te nie były tak mięsiste. Potraficie sobie wyobrazić smak starej wyschniętej bułki namoczonej w wodzie, i powtórnie upieczonej w dupie indyka? Nie? No to GRATULUJĘ, nic nie tracicie! Stuffing wprawdzie piecze się na osobnej blaszce, a nie w odbycie indyka, ale smakuje tak, jakby z tego odbytu właśnie wyszedł, jeszcze za życia indyka.

Wyściółka, nadzienie, farsz, wepchnąć, zapchać, nadziać, faszerować, upchnąć – tak mniej więcej ów stuffing tłumaczy słownik angielsko – polski. Dlatego… unikajcie tego czegoś, udając, że macie zatwardzenie, sraczkę, opryszczkę, rzeżączkę albo rzeżuchę, inaczej, idzie zwymiotować na ten ich specjał. Kolejne danie prowadzące wprost nad muszę klozetową w celu oddania go z powrotem stroną wejścia, a nie wyjścia, to obowiązkowa tego dnia, puszkowana jak gangsterzy z Wołomina lub Pruszkowa, zielona fasolka, duszona w gotowej zupie grzybowej Campbell posypana suszoną cebulą… będzie idealnie pasować do Stuffingu. OBRZYDLISTWO! Bleech. 3 dniowe wymiociny menela to przy tych ich dwóch „specjałach” – czterogwiazdkowe danie z restauracji szefa kuchni Michelin…

A zatem, pożywiony jedynie indykiem z ziemniaczanym pure z torebki, przypomniałem sobie ową niewidzianą od 3-4lat amerykańską rodzinę. Poznane pół dekady temu 9-latki z owej rodziny stały się już 14latkami, które spokojnie można wziąć za 18latki. Biedny Ty Polański, oj biedny… Nieobecne jeszcze wówczas córki i synowie, dziś mają po 2-3-4lata… Rodzina liczy dwie siostry (w wieku około 60lat). Jedna z nich ma jedynie syna (o rok młodszego ode mnie, który dorobił się już dwóch córek). Druga z nich ma dwie córki i dwóch synów. Owe córki mają już odpowiednio po troje dzieci, a synowie po dwoje „latorośli”. Córki pozamykały już „warsztaty” (tu normalnym jest mówić sobie, nawet w gronie osób niespokrewnionych, że podwiązało się sobie jajowody, przycięło nasieniowody, że ma się raka trzustki, raka dwunastnicy, raka jądra czy odbytu), a synowie jeszcze pewnie coś domajstrują. Średnio 2,5 dzieciaka na rodzinę i to nawet bez programu 500+…

Czym żyliśmy podczas tych ich Świąt? Nie… nie wyborami Trump vs. Hilaria. Nie, nie kryzysem lub jego zakończeniem. Nie, nie KODem, Petru, Kijowskim, walczącymi o zagarniętą przez Trumpa „demokrację”. Żyliśmy napadem na sklep, w którym pracuje jedna z młodszych przedstawicielek rodu, 18letnia Bailey. Dzień przed Thanksgiving, do jej sklepu w miarę bezpiecznym Westland, MI wtargnął zamaskowany napastnik i był tak bezczelny, że mimo 4 osób personelu sklepu i 6 klientów, dokonał napadu! Zastraszył ich wszystkich bronią, kazał oddać portfele i uciekł, zgarnąwszy jeszcze 700$ gotówką z kasy. I 18letnia Bailey przeżywała to jeszcze tak bardzo, że cała rodzina przejęła od niej pałeczkę i był to główny temat rozmów. Bailey zwolniła się następnego dnia z pracy, gdyż szef zamiast jej współczuć, zaczął ją pytać, dlaczego nie starała się ukryć przed napastnikiem służbowej gotówki, itd. Dziewczyna obawia się teraz, do czego złodziej może wykorzystać jej skradzione dokumenty, a przede wszystkim jej kartę z numerem SSN. Ów amerykański SSN (czyli nasz Pesel) powinien być bardziej strzeżony, niż nasza karta płatnicza wraz z zapisanym na niej PINem razem wzięte.

Gdy tego samego wieczora, po napadzie, do Bailey przyszedł jej chłopak i zadzwonił do drzwi, przerażona ona i przerażeni rodzice, bojąc się, że to przyszedł ów napastnik, kazali chłopakowi wyrecytować przez zamknięte na cztery spusty drzwi, swoje dane osobowe, datę urodzenia, imiona rodziców, adres zamieszkania, itd., tak bali się, że to przyszedł ów złodziej.

Gdy już wszyscy z rodziny uspokoili ciągle przerażoną 18latkę, zaczęły się beztroskie rozmowy o niczym, o wakacjach, wyprawach ich łódkami na północ stanu Michigan, o wyprawach ich Harleyami w dowolnym kierunku, itd. Opowieści o tym, ile lat które z nich żyje w małżeństwie, ile lat chodziło ze sobą jako narzeczeni, itd. Pograliśmy w jakąś dziwną grę, która polega na popychaniu pionków po stole wysypanym jakąś mączką kukurydzianą (dla tego/-tej, który/-a właściwie nazwie tę grę – nagroda, kilo mączki i dwa pączki). Jako, że moja głowa mało nie eksplodowała od krzyków i pisków dwanaściorga dzieciaków tej familii + szczekań dwóch psów na dokładkę, po zaledwie czterech godzinach postanowiłem się ewakuować. Oczywiście jeszcze przed opuszczeniem gościnnego Canton, widziałem, jak każdy z nich losował imię innego członka rodziny, kóremu dokładnie za miesiąc podaruje prezenty z okazji Bożego Narodzenia. Lista prezentów była już ułożona, należało tylko ruszyć na BlackFridayowe łowy prezentów. Oczywiście ja i moja matka także dostaliśmy zaproszenie na tę imprezkę do nich, ale wolimy już nie narażać się na ich Stuffingi i fasolki, wystarczy nam nasz karp, bigos, barszcz z uszkami, babki, itd.:)

A co do Black Friday… Ameryka znów wystartowała do zakupów. Statystyczny amerykański mężczyzna wyda w tym roku 417$ na owe, czarnopiątkowe zakupy, a kobieta zaledwie 247$. Na takie rozróżnienie w wydawnictwie ma wpływ jedynie… zakup telewizorów, które to należą do męskiej specjalności. Ja sobie ów Black Friday zrobiłem już miesiąc wcześniej, kupując 4K TV za … 422$. Czyli jestem IDEALNIE statystycznym amerykańskim mężczyzną. A nawet o 5 dolarów ponad przeciętną! Bravo me! A jeśli nie liczy się zakup sprzed miesiąca, to obecnie waham się z zakupem Drona DJI 3 Standard (znów owe 422$, bo w Walmart po 391$ były tylko w gazetce), albo laptopa MSI za 1485$ (z 8 gigową kartą GTX1070), albo telefonu Honor 8 za 265$, albo Samsunga Galaxy S6 za tyle samo (265$).
Tak naprawdę mam już WSZYSTKO! Laptop posiadam doskonały, od 4lat służy mi i jest ciągle szybszy niż 90 % laptopów na rynku. Posiadana komórka Sony Xperia też dzielnie mi służy, a Drona póki co nie mam, a kupić go tylko po to, by raz przelecieć się nad osiedlem w USA i drugi raz nad moim osiedlem w Polsce… stupidos. Podobną prawidłowość (że Amerykanie także mają już wszystko) zauważyłem w Black Friday 2016. Skończyło się zabijanie się o telewizory, o konsole, o cokolwiek. Skończyły się kilkudniowe koczowania przed BestBuy, rozbijanie przed nimi namiotów, marznięcia w chłodzie i mrozie. Ktokolwiek w tym kraju ma MÓZG, ten wie, że ŻADEN „deal” z Black Friday nie jest warty poświęceń i że Danielek potrafi wszystko kupić i tak taniej w pozostałe 364 dni roku! Miesiąc temu kupiłem bez żadnej łaski i okazji TV, który dziś jest niby to wielką okazją na Black Friday tyle samo, ile ja dałem wówczas.

O 21:00, kilka godzin po indykowym przyjęciu u zaledwie 2-3godziny po wystartowaniu Black Fridayów, odwiedziłem Walmart (gdzie szukałem owego drona za 369$ + TAX), i Meijer (szukałem butów – dwóch par w cenie jednej), zauważyłem, że nikt się nie zabija za te kosole po czy dyski 2TB po 69$. Rynek jak widzę został napełniony, a owe zakupy są tylko tradycją, jak pasterka po naszej Wigilii… Ów Walmart był przy 12 mili i Van Dyke. Uderzyła mnie ilość ninjów w tymże sklepie. Halloween skończył się miesiąc temu, a tu naprawdę 1/3 klientów, to ninje. Nindżynie, bo faceci wyznający „tę sztuję walki” oczywiście poruszają się bez szat bojowych i bez maczety. I tak oto czarny piątek okazał się naprawdę czarny (bo ninje przebierają się na czarno).

Kto jest ciekaw okazji, jakie były do wzięcia w Black Friday 2016, zapraszam na stronki

https://www.blackfriday.fm/adscan/walmart


https://www.blackfriday.fm/adscan/best-buy


https://www.blackfriday.fm/adscan/target


https://www.blackfriday.fm/adscan/newegg 

       

1. Ścianka ze zdjęciami rodzinnymi zaprzyjaźnionej amerykańskiej rodziny. Oczywiście trudno zgromadzić ich wszystkich, więc nie ma dwóch odnóg jednej z rodzin… KATOLICY, żeby nie było zaraz, że… że u Abdula spędziłem Dziękczynienie ;)
2. Do wigilijnego stołu to im daleko, prawda? A mimo to, ten stół, indyk i podgrzewacz z fasolką i sfuffingiem wykarmił o 25 osób. 
3. A to ichnie pyszności słodkościowe. Ciasto z dyni, papka z truskawek (całkiem dobra), papka z winogron (całkiem dobra), ciasto lodowe, tort z plastiku. Nie przytyję na amerykańskich świętacj, oj nie… ;)
4. Co to jest za gra? Co to jest za stół? Nie chce mi się pytać Googla, bo zaraz zacznie mi podsyłać reklamy stołów do tego, albo mączki do posypywania toru;)
5. Barierki, zasieki, 2 radiowozy przy każdym z wejść do Walmart, ale chyba tym razem nie było oblężenia…
6. Chociaż dział gaci damskich wygląda, jakby tu kogoś zastrzelono… To chyba taki chwyt marketingowy, że pojawia się ta taśma, każdy zajrzy, co tu się dzieje, co było tak tanie, że się ludzie o to zabijali, później taśma znika i setki majtek także ;)