Podnieś prawą rękę i przysięgnij, że wszystko co tutaj jest napisane jest prawdą.
- I promise.
Tak zaczęła się moja rozmowa z konsulem reprezentującym rząd Stanów Zjednoczonych Ameryki w Ambasadzie USA w Warszawie.
Nie wiem, w imię czego miałem przysięgać? Czy na Boga, czy na Biblię, czy na flagę Stanów Zjednoczonych, czy na zdrowie prezydenta Busha juniora czy na tzw. „bum cyk dudu”, ale moja przysięga złożona była prawdziwie. We wszystkich moich dokumentach leżących w grubej teczce tuż przed oczami konsula, napisana była prawda i tylko prawda.

Mimo wrodzonej punktualności stawiłem się tego poranka do Ambasady… spóźniony. Jedna z ważniejszych rozmów w życiu, a ja pojawiłem się na niej z 15minutowym opóźnieniem. Ale tak to jest szukać w Warszawie darmowego miejsca parkingowego… Znajdzie się je zawsze, ale często daleko od miejsca, do którego zmierzamy. Na szczęście rozmowa była nie „na czas”, a godzina widniejąca w zawiadomieniu nie jest „sztywna”.
Jeszcze przed rozmową można było zauważyć, że USA to ciągle ziemia obiecana dla dziesiątek Polaków, którzy każdego dnia starają się o wizę. W sekcji, do której trafiłem ja (wizy imigracyjne) to dopiero jest czołobitność. Cała rodzina podchodzi do pancernej szyby za którą siedzi konsul, składa ręce jak do modlitwy, rozmawia, jakby to była audiencja u papieża. Brakuje tylko pocałowania stuły i wychodzenia z ambasady tyłem, by tylko nie odwrócić się zadkiem do tego wszechmocnego pana w okienku.

Dinggg…! Wybił na wielkim wyświetlaczu mój numerek, który dostałem przy wejściu do poczekalni, i nastała moja kolej na rozmowę.
- Hay. – przywitałem konsula, by wiedział, że nie przyszedłem do niego jak do Boga po łaskę.
- Mister, Taki Siaki, yes?
- Yes – potwierdziłem konsulowi, który właśnie otwierał teczkę z moimi dokumentami. Stał przed nim człowiek, któremu najwidoczniej nie zależało na całej tej wizie. Brudne buty, które przed chwilą przebiegły pół Warszawy, poprzecierane spodnie, bluza pamiętająca XX-wiek, plecak na krzywej sylwetce.

Rozmowa oczywiście odbywała się po angielsku.
- Masz żonę?
- Nie
- Masz dzieci?
- Nie.
- Byłeś karany
- Nie.

- Czy twoja mama w USA mieszka sama?
- Tak.
- Czym się zajmujesz?
- Piszę książki?
- O czym?
- About love of course…

W tej samej chwili zobaczyłem, że konsul wpisuje moje nazwisko do komputera… Pewnie w google.com, bo krótko przyjrzał się wynikom (zapewne okładka mojej książki) i szybko stwierdził…
- OK, więc następną książkę napisz o Ameryce.
- That’s all?
- Yes.

Odszedłem od okienka jakiś smutny. Po 1-wsze, nie wiedziałem, czy dał mi tę durnowatą wizę. A po 2-gie, jednak domyślałem się, że dał. Mam 6miesięcy na wyjazd – może już na stałe, bo to wiza imigracyjna.

Ale by nie było tak smutno i pesymistycznie, opowiem zabawny epizod sprzed okienka konsularnego.
Jako, że w Polsce mogą ubiegać się o wizy obywatele Rosji, jest ich w warszawskiej ambasadzie pół na pół z Polakami. Jedni już ucywilizowani i europejscy, inni, jakby dopiero co zeszli na chwilę ze straganu przy Stadionie X-lecia.
I taka właśnie kobieta, z jutową torbą podróżną zjawiła się w ambasadzie. Podeszła do okienka, podała swój paszport i zaczęła rozmowę z konsulem. Ten oczywiście rozmawia tylko po angielsku, więc kobieta się skrzywiła, że nic nie rozumie.
- Do You need translator? – spytał konsul nieanglojęzyczną Rosjankę?
- Ja nie panimaju. – odpowiedziała kobieta.
- Do You need translator? – powtórzył pytanie konsul.
- Ja nie panimaju Tiebia – dobitniej stwierdziła kobieta.
- Translator pleeeeease! – zakrzyknął konsul, i w tej samej chwili pojawiła się pani tłumacz. Konsul wskazał coś palcem w dokumentach kobieciny i chwilę później tłumaczka zapytała:
- A paciemu Ty napisała, że Ty inglisz ticier, jak ty nie gawarijesz ani słowa po angielsku?
- A bo mi skazali tak napisać.

I tu dla sprytnej Rosjanki rozmowa się zakończyła.
Ona pewnie wróciła na stadion lub do jakiejś podmoskiewskiej wioski, a ja wróciłem do siebie, ze smutną nowiną – mam 183dni na wyjazd.