Będzie to very prajvyd notka, ale od dwóch miesięcy czuję dziwną potrzebę napisania jej Jej. Przypomina mi o konieczności jej stworzenia wiele różnych rzeczy pojawiających się przed moimi oczami podczas mojego pobytu w Polsce. Tymi rzeczami są np. moje częste wizyty w niemieckim Kauflandzie, w portugalskiej Biedronce, moje spojrzenie na półkę na której stoi pewne portugalskie wino, przechodzenie obok regału z brytyjskimi prezerwatywami, patrzenie na afrykańskie małpki w telewizji lub w pobliskim ZOO, itd. Zakodowały mi się we wszystkich tych miejscach tak miłe stany emocjonalne, że do każdego z tych miejsc uśmiecham się jak głupek, lewitując przy tym kilka centymetrów nad ziemią…

Nie chcę się w tej notce niczym chwalić, a jedynie chcę się podzielić swoimi przemyśleniami i radością, chociażby tylko chwilową. A dobrze wiem, jak czyjaś radość i szczęście potrafi przysporzyć temu komuś wrogów powstałych jedynie z czystej zazdrości… Wiem, że lepiej pisać, jak jest mi źle, wówczas większość ma pożywkę i nie mając czego zazdrościć, nie ma gdzie wrzucić łyżki czy wręcz wiaderka dziegciu do beczki czyjegoś miodu… Chociaż znając „uprzejmość” moich rodaków, wiem, że znajdzie się wielu sadystów chcących dokopać nawet leżącemu. Ale bez obaw! Według kompetentnej opinii pewnej biegłej sądowej z dziedziny psychologii i psychiatrii, będącej jednocześnie konsultantem krajowym w jednej z psychospecjalności, jestem po prostu mistrzem samodokopywnia sobie. Tak więc darujcie sobie wszelkie uszczypliwości, bo nikt mi nigdy tak nie dopierdoli, jak zrobię to sobie ja sam! Brawo, kurwa ja!

Na początku września wróciłem do Polski. Na 4 miesięczne wakacje, urlop, ferie, holideje – jak zwał, tak zwał. Większość znajomych zazdrości mi tego, że mogę spędzać pół roku w USA na w miarę lekkiej i dochodowej pracy, a drugie pół w Polsce, na totalnym opierdalaniu się. Leniwiec leżący cały dzień na gałęzi figowca, to przy mnie w polskim wydaniu – mega pracuś. „Flash, Flash, mówisz i masz” ze zwierzogrodowego Urzędu Komunikacji to przy mnie wówczas taki Mateusz Birkut (PRL-owski przodownik pracy z wajdowskiego „Człowieka z Żelaza”).

Ten mój ostatni, jesienny powrót do Polski był jednak inny, od moich poprzednich 15 powrotów… Wróciłem i poddałem się separacji ze wspaniałą kobietą, z którą spędziłem ostatnie 10 lat mojej wątłej egzystencji. Nie łączą nas ze sobą dzieci, nie łączy nas 20-30letni kredyt na 40-50metrową lepiankę z wielkiej płyty, więc w odróżnieniu od milionów małżeństw, które gdyby nie wspólne bachory czy comiesięczne raty, już dawno powiedziałyby sobie: „a weź Ty kurwa spierdalaj w pizdu!”, My powiedzieliśmy sobie to w bardziej kulturalny i przyjazny sposób.

Doskonale wiem, że nie zasłużyłem na żadną z kobiet, które znalazły się na drodze mojego życia. Że dostawałem od nich zbyt wiele, za tak naprawdę nic, co dawałem im w zamian. W emocjonalno-uczuciowych relacjach z nimi szedłem w taki debet, że by wyrównać rachunki, musiałbym przez najbliższe stulecie być … BEST chłopakiem, BEST mężczyzną, BEST narzeczonym czy BEST mężem XXI wieku czy wręcz BESTEVER’em!

A może to po prostu przekleństwo? Kto mnie zna, ten dobrze wie, że przy mnie nie sprawdza się przysłowie, że mężczyzna powinien być tylko trochę ładniejszy od diabła. Ja jestem od niego brzydszy i to dużo. Rogaty lubi pojawiać się w moim towarzystwie, bo przy mnie nawet on wygląda zajebiście. On, stary, czarny, pomarszczony jak fiut po nocy z nimfomanką, a ja, Danielek robiący przy Lucyferze jedynie za szare tło… Wówczas nawet ten szkaradny diabeł wygląda tak super, jak białoruski kandydat na Mister Supranational 2017. Wprawdzie ma przy mnie kompleks krótkiego ogonka, ale… nie można mieć wszystkiego (nawet jako Lucyfer).
I przez to wszystko, przez bycie tylko szarym tłem dla Złego i dla moich ziemskich przystojnych kolegów pewnie całe życie byłbym samotny, jak Leszek Pękalski z Bytowa, gdyby dwie dekady temu nie wpadła mi w łapska pewna tajemna księga. Chwila namysłu, odpowiednia faza tego i owego (księżyca, a nie nawalenia się, żeby nie było!), rachu, ciachu i…

I zaczynają się rzeczy niewiarygodne. Oczywiście, że mam w tym swój aktywny udział, i to niemały, bo jestem bardziej rubaszny, niż rubaszny był Pigmej ze wszystkich odcinków „Lalamido” razem wziętych. No ale bez przesady! OK, rozumiem to, że gdy dawno, dawno temu wydałem książkę o miłości, to dziesiątki dziewczyn zapragnęło, by zostać bohaterką kolejnej mojej powieści, albo przynajmniej, by poczuć się ową Nadią w łapkach tamtego Misia. Chciały wpadać do mnie jak gimnazjalistki na backstage koncertu Justina Bibera, albo jak Marta Linkiewicz na backstage po występie Rae Sremmurd… i niektóre wpadały. Jednak minęły lata, a wręcz dekady od wydania tamtej książki, mało kto z obecnego pokolenia młodych kobiet potrafi czytać cokolwiek, prócz „dni” ze Snapchata, a tu znów zaczyna się to samo!

Nawet nie zmieniam swojego statusu związku na FB, na WOLNY, w separacji, w dziwnej relacji, w dziwnym związku , na „to skomplikowane” czy na wdowiec lub rozwodnik… Publikuję jedynie jakiś post na Facebooku, komentuję gdzieś, coś, piszę notkę na blogu czy wystawiam cokolwiek na OLX, i dostaję niemoralne propozycje od spragnionych swojego wyobrażenia o mojej zajebistości kobiet. Najbardziej spragnione są mojego wyleniałego już przez ten jebany Internet – intelektu. Tak, mózg to to, co je we mnie kręci (no prócz mojego penisa, ale przecież Jego nikomu publicznie nie pokazuję! Nie publikuję Go na Fejsie ani nie dołączam Jego zdjęcia do ogłoszeń na OLX!) A szkoda, może ruch w moim OLXowym interesie byłby większy… ;)

Kto mnie zna, ten wie, z jak pięknymi kobietami tworzyłem związki – PRAWDA? To irracjonalne, nie? Piękne, mądre, wykształcone, pracowite i… bestia!
Tuż po wrześniowej separacji postanowiłem sobie dwie rzeczy. Moja kolejna kobieta, jeśli takowa się pojawi powinna być:
po 1-sze – artystką, by nie przeszkadzało Jej moje popierdolenie „artystyczne”,
po 2-gie – z wielkiego miasta, by była tak wyzwolona, jak bywają wielkomiejskie dziewczyny.

Mówisz i masz. Tzn. jedynie myślisz Danielku i masz. Wedle zamówienia. Jak z katalogu wysyłkowego Bonprix. Nawet kolor oczu się zgadza z preferowanymi przez Ciebie, i kolor czuprynki także. Po prostu magia (ciągle naiwnie mam nadzieję, że to biała magia).
Na całą resztę, która później miała miejsce należałoby spuścić zasłonę milczenia, ale że ze mnie jest straszny gaduła, to…

Szczerze proszę… Ile każdy z nas by oddał, by po latach związku wszystko było tak samo piękne, jak na jego początku. Wizyta w sklepie nie po to, by po raz 100-tny kupić najmniej zgniłe ziemniaki, najmniej wygniecioną sałatę i jakieś nieżylaste mięso na schabowe, a jedynie wino, chipsy i prezerwatywy.

By zauroczony patrzeć tym pierwotnym spojrzeniem, jak Ona bezradnie przebiera coś w koszach z promocyjnymi artykułami, by znaleźć sobie jakąś przydatną na co dzień pamiątkę z Twojego miasta, która w przeciwieństwie od magnesu na lodówkę, codziennie będzie jej o Tobie przypominać, towarzysząc prozie Jej życia. To napięcie splątane z podnieceniem, gdy żadne z Was nie wie, jak potoczy się Wasz pierwszy wspólny wieczór i o której godzinie zakończy się noc… Te kompromisy dotyczące tego, co wypada kilka chwil po poznaniu się. Czy dotknąć, przytulić, pocałować w szyję, gdy Ona wygląda przez okno dachowe, gdy poznaje rozmieszczenie pomieszczeń w mieszkaniu, czy poczekać na bardziej sprzyjające temu okoliczności i miejsce (kilka kwadransów później w pozycji horyzontalnej).

To zdziwienie na fakt, jak szybko wpływa na Ciebie wspólnie wypijane z Nią wino. Na Ciebie, który w normalnych okolicznościach może paliwo lotnicze popijać spirytusem. Zastanawiasz się, czy jak Jej już nie będzie, i gdy kupisz sobie to samo wino… i wypijesz je sam, bez tego szybszego bicia serca, bez szybszego wpędzania alkoholu przez układ krwionośny w Twój organizm i mózg, to tak samo szybko, samotnie zaszumi Ci w głowie.

To Jej, ciche, szczere i namiętne: „Lubię Cię…” szeptane w sposób znaczący o wiele więcej, niż miliony, niż miliardy nic nie wartych, wymuszonych „kocham” i warte o wiele więcej, niż kolejne Jej słowa: „Ty się chyba z murzynem za chuje zamieniłeś!!!” …

I pomyśleć, że ja przeżywałem coś tak samo cudownego z każdą z Nich. Wiele razy. A później, po tygodniach, miesiącach, latach następowała ta pierdolona proza… Ma ktoś jakiś patent na to, by proza życia nie zamieniała się w dramat…? No prócz narkotyków…

Mój kolega jest ekspertem od NLP. Od programowania neurolingwistycznego. Tyle razy opowiadał mi o tym, jak jego wrocławski guru tej sztuki, który za ciężkie pieniądze naucza brzydali sztuki skutecznego uwodzenia kobiet, a który jednocześnie wygląda jak nikt, jest niski, przygrubawy, szary jak mój negatyw, a mimo to, gdy wpada na dowolną imprezę w stolicy Dolnego Śląska, to tworzy wokół siebie taką aurę zajebistości, że zazwyczaj nie ma laski, której by nie wyrwał…
BULL SHIT ! (gówno prawda !) – powie każdy z Was, prawda? Ja też tak bym mówił i pisał aż do teraz. Każdy z nas myśli, że jak ktoś taki nie ma na sobie ciuchów za kilka tysięcy Euro, a w rękach kluczyków od Ferrari Enzo lub Tesli S P100D, ewentualnie tylko do Audi RS6, albo portfela grubego jak poseł Ryszard Kalisz, to raczej „nie porucha…”.

I tu dostajecie namacalny dowód ode mnie! W tego typu kwestiach Danielek nie pierdoli smutów, i jak na spowiedzi przed agentami chełmskiego oddziału CBŚ, mówi prawdę i tylko prawdę. W miejscach, w których przeżywałem chwile mojej niedawnej radości, gdzie wspólnie z Nią wybieraliśmy wino na najbliższy wieczór, gdzie takie beztalencie kulinarne jak ja próbowało wynaleźć coś do upichcenia, by Ją nakarmić… W ZOO, w którym karmiliśmy małpki albo w pobliskim Kauflandzie, w którym przebieraliśmy półkę z prezerwatywami, z nadzieją, że może gdzieś znajdziemy gumki o Fi większym niż europejskie 53mm, a najbardziej to przed kasjerką, przed którą według Jej rady miałem wyłożyć na kasową taśmę mój Instrument i zapytać, gdzie znajdę na niego etui… W tych wszystkich miejscach od dwóch miesięcy lewituję. Uśmiecham się jak debil, w tajemniczy, dżiokondowski sposób do półki z winem… Do regału z prezerwatywami. Do kasjerki.

I właśnie wówczas roztaczam wokół siebie tę magiczną aurę o której tyle razy mówił mi kolega Konrad z Wrocławia. Czuję tę Aurę. Nie stąpam wówczas po ziemi. Toczę się po podłodze jak te wszystkie zjawy z Horrorów o duchach, jak te wszystkie długowłose upiory z tych wszystkich „Ringów”, które to postacie przemieszczają się bez ruszania stopami. +100 do zajebistości, +1000 do pewności siebie. Stąpam po biedronkowej podłodze jak Jezus po Jeziorze Galilejskim. I czuję się wówczas jak kogut, który wyszedł z kurnika po zaliczeniu najlepszej z kur o najbardziej zgrabnym kuprze. Baa… po zaliczeniu całego kurnika! Baa… całej fermy kurzej plus dodatkowo kilka zalotnie kręcących się na grillu w Carrefour mulatek. To naprawdę działa! I patrzysz na te samice wokół, które widzą tę Twoją lewitację, tę Twoją pewność siebie i które czują, że mimo tego, że jesteś paskudny, to jesteś zajebisty. Po prostu widzisz to w ich oczach. To ich zastanawianie się, że skoro taki paskud jest tak pewny siebie, że skoro po posadzce Kauflanda porusza się ślizgami Jezusa, to musi kurwa coś w sobie mieć. Zajebiście wypchany portfel, albo zajebiście wypchane sleepki. To naprawdę tak działa! One wręcz żebrzą o to, byś jeszcze raz na nie przypadkiem spojrzał. Same chcą podejść i podać Ci swój numer!

Ta ich ciekawość, co jest „nie halo” w ich postrzeganiu Ciebie, co „nie bangla” w szablonie, że taki paskud, który powinien poruszać się ze spuszczoną głową, a najlepiej to przemykać się kanałami, a w sklepie pojawiać się po jego zamknięciu, by nie wystraszać innych klientów, zapierdala tak pewny siebie, jak Ryszard Petru jest pewny odnośnie ilości króli ze święta przypadającego na 6 stycznia. Nie mam na sobie tych zajebistych ciuchów z USA, kurtki przy której te wszystkie 4F mogą co najwyżej służyć za ścierki. Nie wdziałem swych pięknych, kanadyjskich śniegowców Pajar, przy których Timberlandy to cuchnące kierpce. Nawet nie wyciągam swojego Iphone 7 PLUS (tak, wiem, teraz jest już 8 Plus i X). Szarak Danielek stoi 5cm nad ziemią i wystarczy…

W 2018 roku życzę Wam… takiego właśnie oderwania się od ziemi.
A Tobie dziękuję, że się pojawiłaś. Też Cię polubiłem, wiesz? :*


1. Danielek w miejscach pozytywnie zaprogramowanych neurolingwistycznie :)

Lada chwila pora kupować bilet powrotny do USA i na początku stycznia zaczynać 10-ty rok przebywania w Stanach.
A za cztery miesiące kończy mi się Zielona Karta – myślicie, że wydadzą mi nową?