Proszę skupić się nad tą notką. Ściszyć grające w tle radio lub MP3, zMUTE’owić TV, uciszyć dzieciaka czy psa, który chce na spacer… Wczuć się, jeśli jeszcze nie jest to obca dla Was umiejętność… Zrozumcie znaczenie nie tylko słów, ale i tego, co spomiędzy nich chcę przekazać…

Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest, że jedni mają wszystko, a inni niewiele…? Jednym powodzi się w życiu zawodowym i prywatnym, mają pieniądze, urodę, zdrowie, podczas gdy inni nie mają nic z powyższego. Jedni dorabiają się fortuny na wszystkim czego dotkną, każdy interes przynosi im krociowe zyski, a inni, mimo pracowitości, uczciwości, nie zarabiają nawet na rachunki i ZUS… Dzieci tych biednych są paskudne, dotykają je choroby, tragedie, wypadki, gwałty, zabójstwa, podczas gdy dzieciaki bogaczy są piękne, zdrowe, linia życia długa i szczęśliwa… Gdy o tragediach spotykających tych biednych mówią media, to najczęściej jedyne zdjęcie, które zobaczymy, to to z Komunii Świętej… Zdjęcia dzieciaków tych bogatych ujrzymy w tysiącach sztuk, na ich Insta, Snapie, FB z ujęć z Dubaju, Malediwów, itd.

Jedna, biedna polska dziewczyna, podczas swojej pierwszej zagranicznej podróży zostaje wysadzona bombą w Paryżu czy rozjechana TIRem w Nicei, podczas gdy Wasz zblazowany znajomy mający miliony samozarabiających się dolarów na koncie, objeżdża z nudów wszystkie zapalne rejony świata, by zobaczyć „prawdziwe życie” i włos mu z głowy nie spadnie, mimo, że przemierza Somalię, Kongo, Iran, itd., …

Nie myślicie o tym, prawda? Ja czasami myślę. I tak się zastanawiam, jako niezbyt fundamentalny ateista… A jeśli jednak istnieje to COŚ powyżej, jak i poniżej… Istnieją, ale nigdy się nie ujawnią, gdyż nadzieja w istnienie Jednego ma opierać się jedynie na wierze, podczas gdy zadaniem tego drugiego, wcale nie jest to, byśmy w owego drugiego uwierzyli. On ma za zadanie jedynie ułatwić nam niewiarę w tego Pierwszego… Genialnie rozwiązanie, prawda?

 

Powracając do bogactwa, urody czy powodzenia w życiu… A jeśli wystarczy tylko zapragnąć… Poprosić. Wyrazić swoją wolę w sposób werbalny lub zwerbalizować to jedynie impulsami w mózgu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy „słowo ciałem się staje”…

Pamiętacie dwa listy publikowane jeśli nie na tym blogu, to na moim profilu FB, które w celach wygrania w Megamillions ponad pół miliarda dolarów, napisałem do dwóch największych Bogów znanego nam świata…? Bogowie jednak nie lubią dawać dowodów swojego istnienia i wygrałem „cały chuj”. Wbrew ostrzeżeniom mojego wrocławskiego Przyjaciela, skrobnąłem wówczas trzeci list… W nim nie było próśb czy wyliczania, ile dobrych uczynków zrobię za te 500mln USD (wówczas były to ponad dwa miliardy złotych). W nim były warunki.

Przez trzy tygodnie, jak najlepszy prawnik rozwodowy, jak jakiś Advocatus Diaboli wymyślałem wszystkie możliwe opcje, przez zaistnienie których, wygrywając ową sumę – przegrałbym.
Oczywiście, że jako miliarder, chcę żyć minimum 80lat, w zdrowiu fizycznym i psychicznym, by wszyscy moi bliscy także przeżyli tyle, ile było im pierwotnie zapisane. Świat ma pozostać w niezmienionej formie, dolar nie może się zdenominować, ani stać się bezwartościową walutą. Siła nabywcza ma pozostać na poziomie takim, bym mógł nabyć te moje wymarzone 4 „grzyby”. Grzyby te mają mi nie wybuchnąć w garażu! Itd.

Kilkaset wypisanych punktów ze świadomością, że przegapię kilka tysięcy innych… Jeśli Rogaty ma poczucie humoru, to machnie na moje przeoczenia ogonem, bo Danielka lubi się wbrew jego wadom i pomyłkom… List poszedł do adresata. Dobre w takich listach jest to, że nadaje się je za darmo. Znaczkiem jest podpis… Wcale nie musi być krwią…

Później czekasz i czekasz… I boisz się pójść zagrać w te miliony dolarów. Myślisz, a co będzie jak wygrasz?! Czy jak zesrasz się z radości lub ze strachu jako posiadacz pół miliarda dolarów, to czy da się to cofnąć, zerwać podpisany pakt?! Czy może to jednak przypadek, i żaden Bóg czy Szatan nie maczał w Twej wygranej swych paluchów…
Czy wpłacenie wszystkiego na kościół, czy na Rydzyka pomoże…? Może kupienie miliona czarnych kotów ze schronisk i przekazanie ich do zabawy satanistom, da nadzieję na odkupienie? Może wykupienie od zadłużonego Watykanu Kaplicy Sykstyńskiej i przewrócenie na jej kopule krzyża o 180stopni „da radę”…? I ta świadomość, że nic ze znanych ci obecnie i przychodzących do głowy pomysłów raczej nie pomoże…

Świadomym tego wszystkiego, mało kto z Was by się na coś takiego zdecydował, prawda? Chwilowa naziemna doczesność za wieczność…
Jednak dla większości z nas, mogą nastać takie okoliczności, że pakt taki zawrzemy. Postawieni „pod ścianą”, np. chorobą dziecka, jego cierpieniem, dla którego jedyną nadzieją jest jakaś super kosztowna kuracja, operacja, lek, inaczej lada dzień umrze w koszmarnych męczarniach. Porwanie nam bliskiego, i żądanie milionów dolarów okupu, inaczej Al-Jazeera pokaże nam, jak główka naszego męża, córki, syna, żony, potoczy się po syryjskiej plaży czy londyńskim bruku, itd.

Tak, miliony, miliardy tego, co zamieszkuje obecnie ziemię, a kiedyś nosiło dumną nazwę człowieka, sprzeda się za dostatnie życie na ziemi, za powodzenie, za sukcesy, za pieniądze, za dom na Ibizie i drugi przy V-tej Alei w Nowym Yorku, za lśniącego Mercedesa, matowego Lexusa, czy karbonowego Bugatti Chiron. Ja nie… Ja mam wyższe cele i idee.
Wiedząc to wszystko…
Wiedząc, skąd wzięło się moje bogactwo, i że chcąc ode mnie chociaż grosika pomocy… Czy poprosicie o ów grosik, cencik, dolarek, setkę, tysiączek czy milionik dopisując się tym samym do mojego krwawego Paktu…?

Jeśli tak, to podawajcie kwotę i numer konta.
Moja wieczność w czeluściach pomniejszona o połowę, o jedną-trzecią, jedną-dziesiątą czy ilu Was się tam zgłosi… 1/100 wieczności… – mogę się podzielić. Tylko, że nawet 1/500000000 wieczności ciągle pozostaje wiecznością.

Amen.
Akbar.
Ave.

Pamiętacie moją notkę sprzed kilku tygodni? O mojej wyprawie do Limy? Owa osoba z peruwiańskiej Limy okazała się nie komputerowym BOTem, nie jakąś peruwiańską Polką po przejściach… Owa osoba była Johnem Miltonem, a ja zrozumiałem, że jestem tym naiwnym Kevinem Lomaxem…
Nie, nie wygrałem tej sumki 758mln, którą pochwaliła się niedawno pani Mavis Wańczyk z Massachusetts. Mój „promotor” dobrze wiedział, co powiedziałbym mediom przy odbiorze głównej wygranej w MegaMillions i jak bardzo bym Mu tym wyzwaniem zaszkodził…

Gdy Promotor mojej wygranej, kręcąc swoim kosmatym ogonem jak kot na widok karmy Sheba podanej mu przez Evę Longorię, zastanawiał się, w jaki sposób spektakularnie pozbawić mnie życia… Jak rozbić mnie w moim nowozakupionym tuż po wygranej Audi RS6, albo jaką chorobą zarazić mnie w mojej azjatyckiej wyprawie z Jasiem, którego marzeniem po tego typu wygranej było zaćpać się z tajskimi prostytutkami… Gdy Zły zastanawiał się, który kabelek zewrzeć, by pierdolnęła mi w domu jedna z atomówek przeznaczona przeze mnie dla Rijadu, Mekki, ***, i miejsca kolejnego spotkania grupy Bilderberg, Danielek zaskoczył kosmatego…

1. Wystarczyło… nie odebrać wygranej. 53mln USD.