Kilka dni temu byłem na Graduation Party u córki kolegi mojej matki. Ot, 18letnia niunia skończyła szkołę średnią, więc robi się wielkie przyjęcie, by wszyscy wiedzieli, że córka nie jest taka głupia, na jaką wygląda i że ma już odpowiednik naszego Świadectwa Udziałowego. Ja pierdolę! Świadectwa MATURALNEGO! Za dużo ekonomii w moim życiu, i po ukończeniu LO rozdawałbym abiturientom Świadectwa Udziałowe (mimo, że od lat nie ma już czego w tym naszym kraju rozdawać…).

O czym to ja…? A… o Party.
Najśmieszniejsze w tym Party było to, że pojawiliśmy się na tej imprezie prawie że przypadkowo. Obecne czasy są tak popierdolone, że więzi międzyludzkie najsilniej wiążą się przez… łącza internetowe. Moja matka dobrze zna jedynie dziadka tejże Graduantki (jest to znajomość „analogowa”, znajomość z dawnych czasów, która od lat nie jest już pielęgnowana, gdyż matka dekady temu wyprowadziła się z Hamtramck, MI). Ojca owej Graduantki (nadajmy mu tu imię Henry), który organizował owo przyjęcie, moja matka kojarzy głównie „cyfrowo” z Facebooka, jako „analogowego” syna tego lepiej jej znanego dziadka. Na tymże Facebooku, Elusia (producentka Danielka – przyp. autora) polubiła kiedyś komentarz Henry’ego, postskomentowała jego wypowiedź, zaprosili się do znajomych, pogadali ze sobą, powspominali dawne czasy w Hamtramck, MI i… Mr. Henry zaprosił wszystkich znajomych z FB na Graduację swojej córki, bo wszystkie Heńki to fajne chłopaki… Tak więc pojechaliśmy przemienić znajomość wirtualną w rzeczywistą, cyfrową w analogową… A tak naprawdę, to pojawiliśmy się tam bardziej po to, by spotkać na tejże imprezie kilkanaście osób z naszego polonijnego środowiska, dobrze nam znanych z realnego świata. Osób, które kliknęły ten debilny klawisz na profilu pana Heńka: „TAK, WEZMĘ UDZIAŁ W WYDARZENIU!”.

Pierwsze, co ujrzałem na party, to catering. Pyszny i cieplutki catering zapewniała Sonia, która z wielkiego i luksusowego samochodu GMC Yukon z tablicą rejestracyjną „Impreza”, wyładowywała właśnie wielkie, termostatyczne kontenery pysznego, polskiego żarcia. 30-35letnia dziewczyna, która lubi gotować, dostarcza żarcie na imprezy (głównie przyjęcia polonijne, gdyż polskimi smakami trudno jest zarazić amerykańskie podniebienia przyzwyczajone do plastikowych smakowitości). W Polsce taki ktoś jak Sonia pewnie ledwie wiązałaby koniec z końcem, taka osoba rozwoziłaby pichcone przez siebie pyszności jakimś rozpadającym się Żukiem czy Nyską. W USA… dziewczyna, która pewnie nie skończyła High School, a na pewno nie skończyła kosztownego College czy Univerku, która sama coś pichci, jeździ autem za 80tys. USD i zatrudnia do pomocy dwie kelnerki. Ot, to taka mała wtrącka odnośnie „american dream”.

To, co mnie urzekło na tym party… to… polskość. Ludzie tutaj są DUMNI z bycia Polakami. Polakami w 100% (urodzonymi z dwójki polskich rodziców). Polakami w 50% (mający tylko jednego polskiego rodzica). Polakami w 25% (mający tylko polskiego dziadka czy babcię). Czy Polakami zaledwie w procencie, w promilu, w homeopatycznej ilości polskości we krwi, ale Polakami!

KURWA, doceńcie to!
Tak, po przeczytaniu mądrej książki Samuela Huntingtona jestem świetnie rozeznany w tym, że swojej tożsamości (narodowej czy religijnej) poszukują głównie potomkowie imigrantów i uchodźców. POTOMKOWIE! Że dumni z bycia Polakami są tylko potomkowie Polaków (jeśli ich rodzice nie wypierają się polskości), albo ktoś, kto wyjechał z Polski jako dziecko i nie ma świadomości, jakim to niby bagnem jest nasz kraj.

Podobnie rzecz się ma z tymi wszystkimi Irakijczykami, Somalijczykami, Syryjczykami, Pakolami, itd. Gdy ich rodzice dekady temu naprawdę spierdalali do Europy czy USA przed prześladowaniami krwawych dyktatorów, przed śmiercią, przed beznadzieją swojego bytu i wyjeżdżali na Zachód głównie za pracą i edukacją, to szczerze docenili swoje nowe ojczyzny. Anglię, Niemcy, USA, itd. Dopiero ich dzieci, które w nowym, cywilizowanym, demokratycznym kraju dostały wszystko podane „na tacy”, bezpieczny dom, darmową edukację, pokaźny socjal, ciepłe żarcie, modne ciuchy, nowego iPhone, to z nudów, nie potrafiąc się innością swojego ryja czy wyznawanej religii odnaleźć w Londynie, Berlinie czy Brukseli, wolą się wysadzić w centrum miasta w imię dziwne rozumianych wartości kraju pochodzenia swoich przodków, niż przyjąć wartości (czasem tak naprawdę chuja warte), kraju ich nowej, europejskiej ojczyzny.

Czy jest na sali jakiś polonista? Czy może sprawdzić powyższe zdanie? Ilokrotnie jest ono złożone i czy nie pogubiłem się w jego rozkładaniu i składaniu go z powrotem z sensem…?

Tak, wiem, wielokrotnie narzekałem tutaj na Polskę. Bo ktokolwiek był gdzieś dalej, ktokolwiek „liznął” świata, normalności, widzi, w jakim kurwa syfie przychodzi żyć milionom Polaków. Ktokolwiek pracował za godziwe pieniądze (pracowałem kiedyś za płacę wynoszącą więcej, niż zarabia prezydent Polski!), ten nigdy nie pójdzie do pracy w Polsce, za tę jałmużnę, za którą są zmuszeni pracować miliony Polaków. Itd. Ale czy to nasza wina, że taki los nam zgotowano? Że będąc gotowani w ten sposób od dekad, od wieków, w tym takim kociołku beznadziei, staliśmy się właśnie TACY, jacy jesteśmy? Przecież przez WIEKI, przez tysiąclecia byliśmy najeżdżani przez wszystkich. Mordowani przez najeźdźców w takich ilościach, że dziwne, że w ogóle przetrwaliśmy jako tak liczny naród. Wykorzystywani jesteśmy do dzisiaj jako tania siła robocza bardziej, niż wieki temu wykorzystywano czarnoskórych mieszkańców zamorskich kolonii Francji czy Hiszpanii…

Powracając do Graduation Party…
Danielek, gdzie nie pójdzie, to zawsze znajdzie sobie znajomych. Gdy moja matka siedziała i zastanawiała się, kiedy przyjadą jej koleżanki, kiedy, KIEDY?! Kiedy zjawią się te głupie pindy, które kliknęły: „TAK, wezmę udział w Graduacji Patrycji”, a teraz ich nie ma, ja, od stolika do stolika, bach, gadka, szmatka i poznawałem nowych ludzi. Jedną z poznanych par była około 45letnia Polka, która do USA wyjechała 20lat temu, która wyszła tutaj za Amerykanina polskiego pochodzenia, który polskiego miał jedynie dziadka (czyli Polak w „kłodrze” czyli w ćwierci). Ona w Polsce mieszkająca zaledwie 80km od mojego polskiego miejsca zamieszkania, on w USA mieszkający od zawsze, w Polsce będący tylko kilka razy. Ale za to jak będący…

Zna każdy piękny zakątek Polski lepiej, niż my (tzn. niż Wy). Wiedząc od swojego dziadka, że Lwów to także było polskie miasto, że to miasto pochodzenia owego dziadka, pojechał także i tam (a dla kogoś z amerykańskim paszportem, wyjazd na Ukrainę to nie jest taka łatwa wyprawa). Baa… nauczył się nawet pić po polsku! Naprawdę miło jest widzieć ten blask w oczach kogoś, kto o Twojej własnej ojczyźnie ma więcej pozytywnego do powiedzenia, niż Ty sam…

 

Szkoda, że docenimy to zapewne wówczas, gdy już nasza ojczyzna nie będzie już naszą. Przecież to, jacy jesteśmy spowodowane jest właśnie tym, skąd jesteśmy. To, że dajemy sobie radę wszędzie tam, gdzie nie dają sobie rady rodowici mieszkańcy. Że wyjeżdżając do Anglii czy USA, potrafimy już po dekadzie czy dwóch mieć spłacony, własny dom, podczas gdy rodowity Amerykanin czy Angol ciągle jeszcze waha się czy ten wynajmowany od 10-20lat dom czy mieszkanie może by wreszcie kupić na własność na 30-40letni kredyt…

To właśnie my, Polacy często pracujący za granicą za śmieszne jak na zagranicę stawki, potrafimy z tych zarobków utrzymać i siebie, i swoje rodziny w Polsce, a zarabiając „cały chuj”, mieć na koncie w chuj pieniędzy, podczas gdy Amerykanin zarabiający 2-3x tyle, ma na swoim bank-account przeważnie wielodziesięciotysięczny debet.
To najczęściej my, Polacy, ratujemy atakowane przez obcocywilizacyjnych imigrantów Szwedki, Niemki, Norweżki. Zlewaczałe, stęczowiałe, ścipiałe społeczeństwa Zachodu są już raczej „pozamiatane”. Są miękkie, jak kostka masła na syryjskiej pustyni, którą dzielny Donald Trump postanowi kiedyś dodatkowo przypiec bombą atomową. My, Polacy… Tzn. większość z nas… A przynajmniej wielu… Jesteśmy twardzielami. Na tle tych wszystkich zachodnich, metroseksualnych „drwali”, którzy swą „drwalskość” wyrażają jedynie brodą, wypachnieni jak lotniskowa drogeria FreeDuty, w swych spodniach rurkach, posileni bezglutenowymi pierożkami, wymęczeni przez 20kg sztangę podniesioną 10x, po której to katordze muszą zażyć kilku godzin biorekultywacji w SPA…

Okazuje się, że za granicami to właśnie my, Polacy jesteśmy tymi twardzielami nie dający sobie napluć w kaszę, w ryż, czy w świninę zarżniętą bez obrządku halal. My i Latynosi. Codziennie podziwiam te dwie nacje.

Świetne uczucie jest stać na imprezie z facetem, który jest dumny z tego, że nosi polskie nazwisko. Że potrafi Ci nalać setkę wódki i wypić ją bez popitki, podczas gdy miękkim Amerykanom wykręca ryj łyk bezalkoholowego piwa Budweiser Light. Serdeczność rozmowy, serdeczność pożegnania po imprezie z kimś, kogo znasz zaledwie od kilkudziesięciu minut. Wiesz, że gdybyś był o kilka lat młodszy, troszkę przystojniejszy, to ten miły facet (niewiele starszy od Ciebie) oddałby Ci swą 15letnią córkę za żonę, bo tak bardzo ceni sobie Polaków i tak bardzo polubił Danielka :)

O polskości będzie jeszcze jedna notka. Gdy zacząłem pracę u pewnych Amerykanów, i gdy po tygodniu ujrzałem, że facet (prawdziwa, męska głowa rodziny) chodzi w koszulce piłkarskiej ze swoim nazwiskiem na plecach. Nazwisko owo brzmiało, jak amerykański zapis nazwiska jednego z polskich króli. Gdy pracowałem u nich także w sobotę i kurtuazyjnie zaprosili mnie na wspólny lunch… Ja kurtuazyjnie odmówiłem, ale oni ponowili zaproszenie, więc zgodziłem się zjeść z nimi tego kurczaka z grilla (zwanego tutaj BBQ). On, żona i ich dwóch synów około 10-12lat… I żadne z nas nie wiedziało, jak rozpocząć jakąś rozsądną konwersację… Gdy Danielek w końcu zaczął, to od 3tygodni nie wiem, jak ją zakończyć… :)

Oj tam, mam czas, więc ta obiecana powyżej przyszła notka, będzie teraz i tutaj:

Królu złoty…
Rozpoczęliśmy nową inwestycję. Po tygodniu pracy, mojemu młodemu szefowi zapragnęło się tygodnia wakacji na Florydzie. Mojemu współpracownikowi zapragnęło się szukania szczęścia w kasynach Las Vegas, tylko durny Danielek pozostał na posterunku i pilnował interesu przez ten tydzień ich wakacji. Nie oglądałem nigdy z bliska „interesu” Rafałka, więc nie wiem, czy jest czego pilnować, ale jako sumienny pracownik, codziennie pojawiałem się na posterunku. Z sobotą włącznie. W sobotę, gdy inwestorzy byli w domu, i o 14:00 postanowili sobie zrobić lunch na świeżym powietrzu (a ja durny mając nadzieję, że zakończę swą pracę przed 12:00, lunchu ze sobą w ogóle nie zabrałem), inwestorzy zaprosili mnie na wspólny posiłek.

Odmówiłem, jak nakazuje dworska etykieta, zasłaniając się tym, że nie chcę im przeszkadzać w ich wspólnym, rodzinnym obiedzie. Oni oczywiście zgodnie z zasadami grzeczności, ponowili swoje zaproszenie do wspólnego stołu, ze słowami, że widząc mnie rano w pracy, byłem przewidziany w ich wspólnym posiłku. Zasiadłem z nimi do stołu i… przeżuwałem z apetytem tego kurczaka z BBQ i zieloną fasolkę.

Przed posiłkiem, domownicy zmówili krótką modlitwę. Po katolicku podziękowali Bogu za te skromne dary, które możemy za chwilę skonsumować. Dawniej bym ich… wyśmiał. No, może nie wyśmiał, ale udając niestrawność, odmówiłbym dalszej biesiady, a przynajmniej czułbym się między nimi, jak między kosmitami. Ale dzisiaj… dobrze wiedząc, że na naszych oczach rozgrywa się najpoważniejsza bitwa, w jakiej nasz kraj, nasz kontynent i nasza cywilizacja bierze udział, ucieszyłem się, że to kurczak w sosie BBQ poświęcony przez ich Boga Ojca Wszechmogącego, a nie jakaś tam wyśmienita wołowina z krowy zabitej zgodnie z wymogami obrządku halal, poświęcona przez imama…

A zatem jemy owe cycki z kurczaka. Nad stołem panuje cisza… Wymowne milczenie, jak to, gdy osiołek zapytał Shreka, czy może pozostać w jego pustelni na bagnach.

- Pracujesz w sobotę, a Twoi koledzy mają wolne?! – zapytał wreszcie Mark.
– Za miesiąc rozpocznę czteromiesięczny urlop, więc mój Boss daje mi nadgodziny, bym miał za co spędzać ten urlop – wyznałem szczerze, jak na spowiedzi przed imamem w meczecie w Kabulu.
– CZTEROMIESIĘCZNY urlop?! – zapytali wszyscy czworo z takim niedowierzaniem, jakby pytali głuchego beduina o drogę do ostatniego wodopoju na pustyni, i od odpowiedzi na to pytanie zależało ich życie.

- A no! Wracam do Polski. Tutaj zarabiam, w Polsce wydaję, więc dobrze jest popracować także w sobotę – kryję głupimi wymówkami bossa, który nie poinformował Marka, że spierdolił na tydzień na Florydę.

Prawdziwi, 100% Amerykanie nienawidzą tego typu stwierdzeń, że Ameryka daje komuś zarobić, daje pracę, a ktoś niewdzięcznie wydaje zarobione tutaj pieniądze za granicą. To w ich mniemaniu jest jak… kradzież. I to podwójna. Kradzież miejsca pracy, za którą jestem wynagradzany, i kradzież miejsc pracy tych wszystkich ludzi, którym nie zapłacę zarobionymi przez siebie pieniędzmi, tylko wydam je w portugalskiej Biedronce, w niemieckim Kauflandzie, w angielskim Tesco, we francuskim Carrefour, itd.
By nie narażać się na irytację moich lunchowych gospodarzy, zmieniam temat na bardziej przyjazny…

– Widziałem na Twojej koszulce nazwisko ********, czy wiesz, że to jest nazwisko polskiego króla? – pytam, by nie słuchać za chwilę zarzutów, dlaczego zarabiam krocie w USA, a wydaję grosze w Polsce.
– Tak, wiem, mój dziadek był z Polski – wyznał Mark, nie wiedząc, że w tej właśnie chwili wpadł w moje sidła.
– Oo…, jak miło. Mam nadzieję, że wiesz, jak sławne i waleczne nosisz nazwisko – pytam potomka króla spod Grunwaldu. I że Twoje książęta też mają tego świadomość – dopytuję, patrząc na jego dwóch synów.
– Tak, wiem, co nie co… – odpowiedział zmieszany Mark, pewnie wiedząc tyle o pochodzeniu swojego nazwiska, co przeciętny użytkownik Instagrama o programowaniu w C++.
– Wasi przodkowie, w piętnastym wieku pokonali Niemców pod Grunwaldem. My, Polacy znajdujemy się w takim położeniu geograficznym, że ZAWSZE walczymy z Niemcami, jako z Krzyżakami, jako z Prusami, jako z Hitlerowcami, jako z Niemcami… – instruuję Marka odnośnie historii jego rodu i historii naszego kraju…

Jeden z markowych synów zrobił marcienkiewiczowski gest: „YES, YES, YES” oznaczający to, że właściwie kojarzył to, że jego pra-pra-pra(…)dziadek wpierdolił Ulrichovi von Jungingenowi pod Grunwaldem.

Lunch z takim gadułą jak ja, minął jak z bicza strzelił.
Gdy mój boss wrócił dwa dni później z Florydy, i gdy witał się o poranku z inwestorką z należną jej uwagą, pełen uległości należnej komuś, kto wystawia Ci cotygodniowe czeki, ja, ku jego przerażeniu byłem już z nią na per ” Your Majesty”.

– No nie pierdol, że ją przeleciałeś, jak nas nie było?! – wydawała się pytać mina mojego bossa widząc i słysząc, jak poufale mówię do żony Marka per: „Wasza Wysokość”.
Od tego czasu jestem Public Relations naszej firmy. Wiem, że dobrą nawijką można lepiej sprzedać naszą pracę, nasze niepowodzenia, nasze poślizgi czasowe, itd., niż milczeniem bossa sprzedać sukces.

Kilka dni później, jadący na trening syna, Mark żegnał się ze mną słowami:
– Do zobaczenia jutro, Dan. Jadę z synem na trening soccera.
– Mark!, nie zapominaj, że jesteś w połowie Polakiem! A my, Polacy, my Europejczycy, nazywamy piłkę nożną per „football”, a nie „soccer”! – instruuję ojca amerykańskiego, młodego soccerzysty.
– Tak, masz rację, od dziś będę mówił Football – poprawił się Mark.
– A znasz, jakiegoś polskiego footballistę? – pytam pełen nadziei, że zaraz usłyszę nazwisko Levandowsky.
– Nie… – odpowiada rozbrajająco Mark. Naucz mnie tego wszystkiego – prosi znawcę polskiego footballu i innych polskości, Mark.

Kilka dni później Mark (pamiętacie jego modlitwę przy lunchowym stole) przyszedł do mnie ze swoim smartfonem, a w nim z filmem odnośnie inwazji muzułmanów na Europę. Amerykanie nie mają o tym pojęcia, co się w Europie dzieje, gdzie w ogóle leży Europa, że prócz Rosji, Anglii, Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii są w Europie jeszcze jakieś inne kraje. Katolik Mark zna nasz rogalikowy problem prawie tak samo dobrze, jak ja. I puszcza mi ten film:




Tak, jak on stał się „mój” podczas owego sobotniego lunchu, ja stałem się „jego” po ujrzeniu jego dumy, którą bez krępacji czuł i okazywał, oglądając powyższy film. Zna go chyba na pamięć, bo czytał mi angielskie napisy do polskojęzycznego monologu tego faceta w kominiarce.

Drodzy moi…
Pamiętajcie, że w życiu nie mamy nic, prócz życia i tożsamości. NIC! Gdy ktoś zapierdoli Wam Waszą tożsamość, przestaniecie istnieć. Nie ma Was w systemach informatycznych, w bazach PESEL i eWUŚ, nie zostaniecie przyjęci do lekarza, znika Wasze konto w banku, nie działają Wasze karty płatnicze, nie możecie nawet złożyć zawiadomienia na policji, bo nie macie tożsamości! Gdy ktoś, jako Wy, weźmie w Waszym imieniu kredyt, zrozumiecie znacznie Waszej tożsamości, gdy przez pozostałą część życia będziecie musieli spłacać zaciągnięty przez kogoś innego kredyt. +

O wiele ważniejszą od tożsamości papierowej, metrykalnej, urzędowej, jest nasza tożsamość narodowa, społeczna, religijna. 10-20lat temu brałbym to, co piszę, za bełkot jakiegoś prawicowego debila. Jednak dziś, potrafiąc na wszystko spojrzeć dookólnie z 360 stopni, patrząc przez 365dni w roku, wiem, że nie ma nic cenniejszego, niż nasza tożsamość.

NIGDY nie będziecie Europejczykami w europejskim tego słowa znaczeniu! NIGDY! Europa, Unia Europejska to twór kogoś, kto od lat, od dekad, od wieków chciał nas zgładzić lub zawłaszczyć. Kogoś, kto po otrzymaniu wpierdolu wieki temu, musiał złożyć naszemu królowi „Hołd pruski” i nigdy tego upokorzenia nie zapomniał.

Unia Europejska to twór kogoś, kto przez 300 lat tłamsił nas i zabijał, jako Krzyżacy.
Kogoś, kto przez wszystkie trzy Rozbiory Polski pod koniec XVIII wieku, rozgrabiał nas jako Prusacy.
Kogoś, kto przez 7 lat II Wojny Światowej, zgładził więcej nas, niż wszyscy pozostali najeźdźcy razem wzięci…

Dla jedynego, prawdziwego dyktatora Europy, dyktatora Unii Europejskiej (nie, nie jest nim ani prawnik Jarosław Kaczyński, ani prawnik Viktor Orban, ani pozaunijny rolnik Aleksander Łukaszenka czy agent GRU Wołodia Putin)… Dla ostatniego dyktatora Europy, kurwiszona okrytego niebieską szmatą z gwiazdkami – Angeli Merkel, jesteśmy tym samym ścierwem, jakim byliśmy dla Ulricha von Jungingena 600lat temu, dla Albrechta Hohenzollera 500lat temu, dla Friedricha von Hertzberga 250 lat temu, czy dla Hitlera 75lat temu. NIKIM WIĘCEJ. Każdy naród ma jakiś naród wybrany, którego nienawidzi… My jesteśmy tego typu narodem dla Niemców.

Jeśli naprawdę wierzycie, że Unia czy Niemcy są naszym przyjacielem… Że jesteśmy równoprawnym i szanowanym partnerem dla niemiecko-francuskiego lewacko-tęczowego tandemu. Że Tusk, Petru czy Schetyna latający na skargę za odstawienie od koryta do Berlina czy Brukseli jest Waszym przedstawicielem, że chcą dobra naszego kraju i naszej Ojczyzny, to… przestańcie zaglądać swoim tępym spojrzeniem na mój blog…

Danielku, to nie jest FB, tutaj nie musisz być poprawny politycznie…
Naprawdę? A zatem, skoro nie musze, to napiszę to wprost: Jeśli nie dbacie o swoją tożsamość, i jesteście wyborcami zdrajców Polski, to WYPIERDALAJCIE z mojego bloga!
I tym smutnym akcentem wyznaję CZEŚĆ i CHWAŁĘ, BOHATEROM.

 https://www.youtube.com/watch?v=f7K3-jUhE9Y  

1. Ojciec Graduantki, wnuk Polaka… a taką czuje dumę z naszej narodowości, że flaga Polski wisi zawsze przed jego domem… ZAWSZE. A Wy, kiedy z irracjonalnym zażenowaniem zawieszacie ją w Polsce na swoim balkonie lub przed swoim domem? Tylko raz w roku, 2 maja? W obawie przed lewacko-tęczową oceną sąsiadów i znajomych?
2. Maszty przed jednym z domów naszych klientów. Dopiero 10 tysięcy kilometrów od domu czujesz radość i dumę, z tych dwóch łopoczących na wietrze pasków materiału…
3. Catering polskich pyszności. Z auta, na w które w Polsce mogliby sobie pozwolić tylko biznesmeni czy różne Amber Goldy.
4. Impreza jednak już bardziej po amerykańsku… Po 3-4 godzinach tego typu spotkania w Polsce, w tych butelkach nie pozostałoby już nic… W USA, gdyby nie ja i nie potomek dziadka ze Lwowa, można by je było zwrócić nienaruszone do sklepu;)