Był piątek. Pierwszy od dwóch tygodni pełny wolnego czasu weekend. Wzięło mnie na Martini. W domu stoi tyle promili, że mógłbym uratować od upadku niejeden Polmos, ale mnie wzięło na Martini właśnie. Czerwone. Zimne. Wstrząśnięte jak Jarosław Kaczyński po decyzji Andrzeja Dudy o Veto, ale nie zmieszane, jak Ryszard Petru po kolejnej wypowiedzianej przez siebie głupocie…

Pewnie bym go nie kupił, ale przechodząc się po Meijer akurat wpadło mi przed oczyska moje piękne (dziś od kolejnej młodej Murzyneczki, usłyszałem, że mam zajebiste oczy). No mam. To dzięki nim wszędzie tam, gdzie inni spuszczają wzrok i patrzą tylko w ziemię udając, że ich nie ma, ja jestem taki odważny. Patrzę w oczy bandzie młodych Murzynów mijających mnie w Hamtramck, w którym czasem przypadkiem się znajdę. Trąbię na textujących kierowców, którzy zamiast jechać na zapalonym właśnie zielonym świetle, piszą wiadomości na swoich smartfonach. A zatem jako jedyny, niecierpliwy, trąbię na nich wszystkich nie zważając czy jest to biały, żółty, czarny, czy piaskowy idiota za kierownicą. To dzięki tym oczyskom, w czarnej dzielnicy czuję się jak rekin w basenie pełnym kobiet mających okres. Albo jak byk na trybunie kibiców Manchester United. A gdy jestem wkurwiony, to mając te moje oczy z brwiami czarnymi i krzaczastymi tak, że Breżniew, gdyby żył, to wyglądałby przy mnie, jak albinos po chemioterapii, korzystam z tego mojego nielicznego uroku, zabijając ludzi spojrzeniem.

Danielku, pisz o Martini! O MARTINI! Prosimy…
A zatem… po ciężkim tygodniu, a nawet dwóch tygodniach obowiązków służbowych, postanowiłem sobie pierdolnąć buteleczkę Martini na dobry sen. A co! Stać mnie. Kto bogatemu zabroni wydać 6,99$ + TAX za 0,75l Martini…?

Murzyn zabroni! Smolisty Manager kasjerów w Meijer Store w Rochester Hills, MI.
W piątkowe popołudnie, po pracy, zapuściłem się kolejno do Kroger, Meijer i Walmart. W Kroger oddałem butelki, puszki, i zacząłem codzienną porcję irytacji, że butelek z napojów zakupionych w Meijer czy Walmart, nie mogę oddać w Kroger. Ot, sklepy mają marki własne, i np. butelkę z toniku Kroger mogę oddać tylko w Kroger. To jasne, ale wkurwiające, gdy masz do oddania 20-30 butelek czy puszek i musisz odwiedzić 2-3 sklepy, by odzyskać te 2-3 USD kaucji… I musisz przypomnieć sobie, w którym sklepie kupiłeś np. polską Nałęczowiankę (sprzedają ją tylko w Meijer).

Prócz Martini, miałem też ochotę na Pepsi. Oczywiście nie stać mnie na 2litrową butelkę za 1,79$, więc by napić się Pepsi, kupuję 32 (słownie: trzydzieści dwie) półlitrowe buteleczki, by w dealu wyszły taniej. To jest właśnie Danielek. Sklep za sklepem ma różne promocje, które najczęściej wyglądają tak, że kup 5 rzeczy, a każdą z nich otrzymasz o dolara taniej (te rzeczy w moim przypadku to 8-miopaki półlitrowych Pepsi, które normalnie są po 4,99$/szt., w promocji były po 3,88$, ale gdy kupię 5sztuk, to cena spada do 2,88$). Oo… no to na wydanie 9,74$ na 32 butelki to mnie już stać:)

MARTINII! Pisz o Martini!

W Meijer kupiłem 5 rzeczy. Przecenioną o 50% (z 80$ na 40$) kamerę myśliwską (robiącą zdjęcia zwierzakom w lesie), przeceniony o 75% (z 30$ na 7,5$) radiobudzik Philips, no i przeceniony o 90% (z 35$ na 3,5$) router Belkin, kawę i to sławne Martini w promocyjnej cenie 6,99$ zamiast 7,49$.

Idę na samoobsługową kasę, skanuję 1szy produkt, drugi,… piąty.
Cena i routera i Martini się nie zgadza. O rzesz kurwa, złodzieje! Przy tych kasach, zawsze stoi jakiś cieć*, który pomaga klientom w samoobsłudze. Sprawdza nasz wiek, gdy kupujemy alkohol, zdejmuje zabezpieczenia gdy kupujemy np. tę kamerę myśliwską, pomaga, gdy ktoś coś źle zeskanuje, gdy ktoś się pomyli, itd. Praca niewdzięczna, bo co chwilę jedna z 6 kas pika, kogucik nad nią zaczyna świecić na czerwono i trzeba podejść i wprowadzić jakiś kod, datę urodzenia alkoholika, anulować coś, itd. U mnie trzeba było cenę za router zmienić z 8,49$, które wybiła kasa, na 3,50$ które było na metce.

Cieć biały, średniego wieku, ale jakiś nierozgarnięty, gdyż 2x źle wbił swój prywatny PIN, którym może zmienić cenę. Oczywiście, by to zrobić, musiał zadzwonić na dział elektroniczny, czy tam są te routery i po ile.

- To jest przedostatni egzemplarz jaki wziąłem. Na półce Clearance przy telewizorach leży jeszcze jeden, i też jest po 3,50$ – instruuję ciecia, bo znając IQ przeciętnego sprzedawcy w USA wiem, że zarówno ten cieć przy kasach, jak i ten który na dziale elektronicznym ma odnaleźć drugi egzemplarz mojego nabytku, nawet nie wie, co to jest router! SERIO! Jeśli spotykacie czasem w sklepach czy w życiu codziennym DEBILI, to w USA spotykacie ich 10x częściej. Albo 10x bardziej debilnych! CODZIENNIE! Setki egzemplarzy. Już przywykłem. Ale tym razem… przegięli.

- Ta obniżka jest zbyt wysoka, bym mógł ją sam skorygować, muszę wezwać managera – powiedział cieć przy kasie, próbując odkleić naklejkę Clearance 90% OFF, by sprawdzić, na jaką cenę przyklejona jest owa naklejka z ceną 3,5$, albo by sprawdzić, czy sam jej sobie nie nakleiłem na produkt warty setki dolarów.
Przyszedł manager, ciemny jak czekolada Wawel extra gorzka 90 % kakao, i co gorsza, jego ciemność umysłowa przebijała ciemność jego skóry! To musiało skończyć się nieszczęściem…

- Co się nie zgadza – spytał menager kasowego ciecia oglądając opakowanie mojego routera.
– No cena jest 90% OFF i nie mogę jej sam zmienić – tłumaczy jasnoskóry cieć. Czekoladowe paluchy managera także próbowały odkleić naklejkę Clearance, by zobaczyć, na co ten białas Danielek ją nakleił. No rzeczywiście, na dole jest cena 35$, więc 90% OFF daje 3,5$.

O Martini… O MARTINI!
No OK, przebili mi jakoś cenę tego routera na 3,5$ i mogłem upomnieć się o to, że cena Martini jest o 50centów wyższa, niż na półce.
– Ceny na alkohol nie mogę Ci zmienić! – stanowczo i twardo jak stolec po zżarciu kilograma czarnej czekolady powiedział menager kasjerów.
– Ale przecież na półce jest cena 6,99$, a kasa wybija 7,49$. – mówię do Afroamerykanina coraz bardziej się wkurwiając. Patrzę na jego nieskalaną głębszym pomyślunkiem twarz i myślę, że on powinien jednak doglądać co najwyżej tego, jak rosną banany w Ugandzie i czy liany nie za luźne w buszu, i kaski bezpieczeństwa robić dzieciakom z łupin kokosów, a nie białego afrykanera wkurwiać w Meijer w Rochester Hills w pięknej Ameryce!

- Na półce jest cena 6,99$. – tłumaczę powtórnie jak debilowi (czyli we właściwy sposób właściwej osobie). Mam tam pójść i zrobić zdjęcie, byś uwierzył?! – pytam doskonale wiedząc, że jak znów zadzwonią z linii kas do kogoś z działu napoi i alkoholu, to stracę kolejny kwadrans, a jak ów czekoladowy manager sam tam pójdzie, to tego Martini nie znajdzie przez najbliższe kilka dni. Wystarczyło mi to, jak dukał czytając: Mar-Ti-Ni end Ros-Si Sweet Ver-mo-uth.

Jednak na złość Danielkowi czarnoskóry manager poszedł sprawdzać tę cenę… Czas mijał, i mijał, wydawało mi się, że w amerykańskim sklepie zaczęła grać polska muzyka… Piosenka „Obudź się” Oddziału Zamkniętego. I że ciągle słyszę ten refren:

„Wyjechał i nie było go

przez tydzień, może dłużej.

Nie zamieniłbym tych paru dni

za żaden skarb, za nic.”

Murzyna nie byłoby chyba w nieskończoność, a nie tylko przez tydzień, bo jak się później okazało, ten potomek Kunta-Kinte poszedł niby na alkohole, sprawdził cenę i wrócił do siebie, nie informując nikogo przy kasie, w tym czekającego na załatwienie jego sprawy Danielka, że cena rzeczywiście jest taka, jaką mówi Danielek (6,99$).

Pytam zatem kasowego ciecia, czy mam pójść i zrobić zdjęcie tej półce i cenie, skoro menager jak widać zabłądził.
– Ale to jest tylko 50 centów… – dziwi się mojej zawziętości cieć.
– TAK?! No to daj mi te 50 centów! – odpowiedziałem w najbardziej rozpierdalających sposób. A dokładnie, daj mi 53centy, bo tyle wyjdzie wraz z podatkiem!

Ciecia zatkało. Mówię, że tu nie chodzi o te 50 centów (chociaż oczywiście chodzi, bo takiemu Danielkowi jak ja, czyli potomkowi Szkota i Poznanianki, chodziłoby nawet o 2 centy). Ale tu chodzi o ZASADY! Skoro na pięciu kupowanych przeze mnie rzeczach, ceny się różnią na dwóch z nich, to to ONI są NIE FAIR, a nie ja! Blokowałem tę kasę ok. 15minut. Ludzie w kolejce oczywiście cierpliwi bardziej, niż cieć, który nie krył swojej irytacji moją zawziętością. Tacy klienci się raczej nie trafiają. Tu mało kto patrzy na cenę, gdyż ludzie kupują tu rzeczy nie na sztuki, jak ja, a na CAŁE wózki. Kilkadziesiąt artykułów i nie masz prawa zauważyć, że coś z ceną gdzieś „nie bangla”.

Zapłaciłem za wszystko prócz tego nieszczęsnego Martini i pędzę do czekoladowego managera stojącego na swoim stanowisku za liniami kas, jak ślepy, jednonogi pirat na orlim gnieździe na statku z banderą z czarną czaszką.

- I jaka, czarny chuju była cena na półce za moje Martini?! – chciałem zapytać, ale pewnie nie zrozumiałby tego „dick” czy „prick”. A przed sąd trafiłbym oczywiście nie za słowo chuju, a „czarny”. Z celi śmierci za tę straszną zbrodnię słowną (tu naprawdę, za nazwanie Murzyna per „Nigger” trafia się przed sąd!) musiałbym pisać do Donka Trumpa o ułaskawienie.
– No była Twoja cena, i już kazałem komuś ją zmienić na właściwą… – powiedział rozpierdalając moją cierpliwość N-word’owiec.
– To nie mogłeś podejść do kasy, przy której czekałem i mi zmienić ceny?! Straciłem przez Ciebie 20minut! W każdym normalnym sklepie dostaje się giftcard na 5$ za takie cyrki, a u Was co dostanę? – pytam wiedząc, że matka ZAWSZE wydębia od tych wszystkich Kroger takie właśnie zadośćuczynienie (w Polsce podobnie robi Tesco i Kaufland).
– Nie mogę Ci dać żadnej karty, bo to jest wbrew prawu. – ściemnia potomek Django.

Z wielką łaską obniżył mi tę cenę do 6,99$, co z podatkiem wyniosło 7,41$. Jako, że zawsze płacę gotówką, to daję mu 100$ i dodaję 41 centów drobniakami…
Jego mina była bezcenna, jakby krzyczała do mnie: „A po chuj mi te 41 centów?!”

Wychodząc ze sklepu, mijają kasowego ciecia, mówię do niego, że jednak MOJA cena jest właściwą.

- Do WI-DZE-NIA! – powiedział mi cieć w taki sposób, że mogłem odpowiedzieć mu tylko jedno, na tyle głośno, by usłyszał to z kilkunastu metrów – FUCK YOU!
* – szanuję każdą pracę i każdego pracownika, ale to był po prostu CIEĆ! Obowiązkiem takiego kogoś, jest pomagać klientom z uśmiechem na ustach i troską, a nie mieć do nich kurwa pretensje, że ceny się nie zgadzają. Dlatego to był CIEĆ, w odróżnieniu do setek czy tysięcy kasjerów, których pracę naprawdę podziwiam, szczególnie w arabskich sklepach z warzywami, w których te biedne kobiety muszą umieć rozpoznać setki, tysiące produktów, kilkaset podobnych do siebie owoców, warzyw, ziaren, pestek, kiełków.

  

1. Cena JAK BYK wynosi 6,99$. Obowiązuje do 29 lipca (a zakupu dokonywałem 28 lipca). Jakim trzeba być debilem, by tego nie rozumieć? CZARNYM debilem!
2 Pepsi na szczęście kupiłem w Kroger ;) 
3. Tak, wiem, to stary Router, ale mi jest potrzebny tylko po to, by zawiadować moją chmurą z dysku WD Cloud łączonego przez LAN, bo kabelek USB nie dodali, więc… taniej mi wyszło kupić router ;) Kamerkę nadrzewną komuś – coś?;)