Jak to dobrze, że dolar ceni się obecnie około 3,8 PLN za sztukę. Od prawie 10 lat, gdy bywam w USA, gdy Dolar rollercoasterował od około 1,99zł (w czasie kryzysu z 2008 r.) do ponad 4,2zł/$ (całkiem niedawno), dało się zauważyć pewną zależność. Wyliczyć algorytm na ilość wiadomości od znajomych względem kursu dolara…;)

Gdy dolar był tani, to znajomi walili drzwiami i oknami, by im w USA znaleźć, kupić, sprowadzić, przywieźć, wysłać, przemycić, to, pstro czy owo…
Bliskim znajomym robiłem to zawsze po kosztach (często jeszcze dokładając do interesu, gdyż mój czas w USA jest naprawdę cenny, więc i czas wolny jest nienajtańszy, i gdy muszę w tymże czasie jechać specjalnie po jakieś pierdoły do odległego sklepu, później do innego sklepu po odpowiednie pudełko, następnie to wszystko pakować tak, by nie latało w paczce i się nie obijało, zużywać kilometry szarej taśmy 3M, jechać do polskiego biura z którego to nadaję za cenę 12$ opłaty początkowej + 1$ za każde 450gram wagi paczki… Obawiać się przez 5-6 tygodni, czy to dotrze w nienaruszonym stanie, czy nie zaginie, czy celnik tego nie wyniucha, że to jednak nie jest „używana odzież – sztuk 3, używane obuwie – sztuk 2, książki – sztuk 8, zabawki – sztuk 4, itd.” za wartość celną 40$…

Jedni zamawiali u mnie „downrigger fishing” urządzenie do łódki, które robi kuku rybkom. Wielki wysięgnik, który nie mam pojęcia, jak matka zapakowała i wysłała adresatowi przez Ocean (bo przyszło to do mnie do USA, gdy byłem w Polsce, a zaprzyjaźniony rybak łódkowy nie chciał tak długo czekać na mój powrót do USA, bym to ja mu przesłał to dalej do Polski).  – Piotrze, zawsze możesz na mnie liczyć.

Inni zamawiali sprzęt do montażu klimatyzacji samochodowych Mastercoola. Klucze, których w Polsce nie ma, bo mają je tylko serwisy ASO, by kasować Was za byle klimatyzacyjną awarię grube tysiące PLN za serwis Waszej niedmuchającej zimnem klimy. – Arturze, także zawsze możesz na mnie liczyć.

Gdy tylko zamówienie jest rozsądne, czyli ktoś zamawia coś, czego w Polsce po prostu NIE MA, albo co jest wielokrotnie droższe, to zawsze pomogę. O ile mogę.
A nie mogę raczej tylko dla kogoś, kto np. nie odzywa się do mnie od roku czy dwóch. No tak, wyprowadziliśmy się do dwóch różnych miast, ale dla chcącego nic trudnego. Moje numery telefonu pozostały niezmienne, a i na Instagramie odzywałem się do tego kogoś, widząc jego tam aktywność (bo Facebooka Pawełek zlikwidował). I nagle ktoś taki udający, że od 2-3lat nie żyje, wali pytaniem na Instagramie, czy ciągle jestem w USA i czy mogę mu przywieźć z USA zegarek. Moja szczerość i nieowijalność w kokon jedwabnika jest oczywiście rozbrajająca, prawda? (foto nr 1).

Nie mogę też komuś, komu np. kupuję koszulki znanej i cenionej marki, które w USA wychodzą po 200zł, a w Polsce podobno są po 500zł. Zamawiam, kupuję, wysyłam i póki paczka nie dojdzie do Polski, ryzykuję własnymi pieniędzmi koszt całego zamówienia, frachtu i koszt ewentualnych „nieprzyjemności celnych”. Koszulki dochodzą, pasują, podobają się, ale są EXTRA i SUPER… ale tylko przez tydzień. Po tygodniu okazuje się, że w likwidowanym dyskoncie odzieżowym, wyprzedawali podobne koszulki po 50zł… Oczywiście zostaję o tym poinformowany z takim wyrzutem, że czuję się kurwa, jak jakiś oszust, który czterokrotnie „przyciął” na tych szmatach z pedalskim logo po lewej stronie torsu, mimo, że rachunki zawsze dostarczam wraz z towarem!

A zatem… wiedzcie jedno. Z USA przy odpowiednio wysokim kursie dolara nie opłaca się sprowadzać NIC! Co najwyżej dobrze wyrwaną elektronikę, laptopy ze średniej i wyższej półki (np. Dell kupowany na SALE w sklepach firmowych Microsoft czy gamerskie laptopy MSI z najnowszymi kartami GTX 1070 czy 1080). Rzeczy bardziej wyszukane, „elitarne”, rzadziej kupowane przez Amerykanów, takie jak np. wypasione zegarki Garmin po 500-600$ czy jakieś zegarki nurkowe są tu droższe. Po prostu ludzi, którzy się w to bawią, STAĆ JEST zapłacić więcej. Tanie są rzeczy tylko szybkorotujące, czyli to, co można kupić w każdym sklepie, co przeciętny Amerykanin zużywa kilka sztuk rocznie dlatego owe sklepy przebijają się promocjami – tak jest np. jeansami Levis.

Michael Kors dla kuzynki …
Ostatnio kuzynka zamówiła u mnie torebkę Michael Kors. Dokładnie to dwie torebki (miały wyjść ją taniej te dwie, niż w Polsce zapłaciłaby za jedną). Miały…
Na SALE na stronie internetowej Korsa wynalazła jakieś dwa skórzane worki na damskie szpargały. Worki z przegródkami, zameczkami, rączkami i małą kłódeczką z logo MK. Za te dwie torebki zapłaciła/-łem 254$ (czyli 970zł). Odpowiednio było to 156$ za większą, model 30H6GM9T9L (cena normalna to 298$, obecnie staniała do 111$, ale nie mówcie kuzynce, bo się wkurwi, że przepłaciła). Drugą była bankietowa torebunia za 83$, model 32S4GTVC3L (cena nominalna to 148$ i tyleż kosztuje ona dziś). Czyli w sumie dziś zapłaciłaby… 275$ (doliczając 6% podatku). Pisząc tę notkę i sprawdzając owe ceny na dziś, na teraz, i widząc, że cena tej dużej torebki spadła… ot tak spontanicznie zamówiłem jeszcze 4 sztuki. A co! Kto bog… kto głupiemu zabroni!;) $473.83 poszłooo z mojego MasterCarda. O czym to ja chciałem…

Absolutnie nie rozumiem „fenomenu” tejże marki, ale skoro Wam się podobają, to OK. Wg. mnie, mają za mało przegródek. W Polsce nasze kobiety mają w tych torebkach wszystko! Po 2-3 komórki, dokumenty, wypchany portfel, itd. Szczotki do włosów, grzebienie, szczoteczki do zębów, płyn do płukania ust, gumy, gumki, spiralki, wkładki, tampony, zapalniczka, papierosy, latarka, lokówka, zalotka, sokowirówka, granat zaczepny, itd. I to wszystko musi być pozamykane, by jakiś doliniarz nie sięgnął do rozpiętej torebki i nie pozbawił nas portfela czy komórki.

W USA większość torebek to takie jakby worki, w których islamista mógłby spokojnie pomieścić ze 2-3 obcięte głowy. Bez przegródek, lub co najwyżej z jedną, z jedną kieszonką na komóreczkę. Ale model Korsa kuzynki okazał się wypasiony w przegródki, zameczki, kieszonki.

Gdy lata temu zamawiałem przez internet lustrzankę cyfrową Canon (za 1111$), czy kamerę termowizyjną Flir (za 2000$), itp. gadżety, to kurier zostawiał to pod drzwiami. Ot, pukał w drzwi i odchodził, a moje precjoza za grube tysiące dolarów leżały pod drzwiami. Obecnie, gdy nasiliły się kradzieże spod drzwi (na szczęście, ptfu-ptfu nie na naszym osiedlu), gdy ludzie zaczęli montować systemy monitoringu i przynajmniej raz w tygodniu można ujrzeć w TV ryj jakiegoś rabusia kradnącego przesyłki, UPS zamiast torebek kuzynki zostawił mi zaproszenie do swojej placówki. To pierwszy taki przypadek w mojej zamówniczej na necie karierze.

Torebunie przyszły po kilku dniach. Kors jest tak pewny swej zajebistości, że mailowo mnie informował, że coś pięknego jest w drodze do mnie. O jejku!
Owe ojejki doszły, ale kuzynka marząca o wypakowaniu w Polsce tego pachnącego Stanami świata, prosiła, bym nawet nie otwierał owej paczki, tylko wpakował ją w większą pakę i posłał to do niej…

Jako, że paczka morska idzie ok 5-6tygodni, a ona na wakacje wyjeżdża o wiele wcześniej, poprosiła, bym wysłał jej to pocztą lotniczą! To moja pierwsza tego typu przesyłka, więc nie miałem pojęcia, jaki błąd popełniamy… Po pierwsze, to cena – 46$ za ważącą zaledwie 5kg paczuszkę, to chyba przesada, prawda?

W przesyłkach lotniczych bardziej od masy paczki liczy się jej gabaryt, więc poinformowany przez Izunię z biura wysyłkowego paczek, że jak to przepakuję w coś mniejszego, zapłacę mniej…, tak też uczyniłem. Przepakowałem Michała Korsa do czegoś o 1/3 mniejszego i cena przesyłki spadła do 29$.

Wartość celna… oczywiście, dla mnie tego typu torebki nie są nic warte, chujowo z nimi wyglądam gdy przewieszam je sobie przez ramię, no chyba że założę sobie je na głowę (ale wówczas się co chwilę wypierdalam, bo nic w nich nie widzę, a robić dziury na oczy w nowiusiej torebce szkoda)… Tak więc phi… wpiszcie, że to nie jest warte więcej niż 40$…  I paczuszka poszła w pizdu… (czyli do Polski).

Dzień, drugi, trzeci… Kuzynka przebierała nóżkami bardziej i częściej, niż przed nocą poślubną. Zapisała się na lekcje stepowania, nóżki były tak eksajding z powodu lecących do niej dwóch torebusi.
Dzień czwarty, piąty, szósty… Zamiast kuriera z wymarzoną torebką, kuzynka dostała telefon. Tzn. odebrała telefon, bo dostać telefon to mogłaby od operatora, po podpisaniu dwuletniej umowy.

- Dzień dobry. Tu Urząd Celny Warszawa Okęcie. Mamy dla Pani przesyłkę… – powiedziała miłym głosem gestapowca pani celniczka.
- No i chuj korzyści strzelił. – pomyślała kuzynka wdziewając trzewiki i waląc prosto na Okęcie.
- Czy tam, w tej Ameryce jest jakaś wyprzedaż tych Korsów? Tylko dziś zatrzymaliśmy dwanaście torebek – zapytała miła pani celnik, która pewnie żałuje, że pracuje na niewłaściwej granicy, że wszędzie kamery i że nie może brać takich łapówek, by nie tyle Michaela Korsa, ale Louis Vuitton’e kupować sobie codziennie nowego…
- To jest warte więcej niż 40$, wie Pani o tym – zapytała celniczka przyglądając się nowiutkiej, jeszcze zafoliowanej torebusi, z gąbeczkami na łańcuszkach, sprzączkach, i kłódeczce z MK na wierzchu.
- Nie wiem, ale to prezent od wujka, a ceny prezentów nie należy podawać, prawda? – odpowiedziała kuzynka.

- Zajebisty wujek! Poznasz mnie z nim…? – mogłaby zapytać celniczka.
- Tak, dlaczego nie. Proszę, oto jego zdjęcie – mogłaby wyciągnąć moja kuzynka swojego Ajfona i pokazać mój szreczyzm twarzowy nieświadomej celniczce.
- O ku%^wa!, dlaczego wujek się fotografuje bez torebki na głowie?! W takich przypadkach tego typu przykrywka powinna być obowiązkowa! – mogłaby zażartować celniczka…

Jednak celniczka zamiast żartować, musiała dopełnić formalności i po opłaceniu *** domiaru celnego, kuzyneczka mogła śmigać po Warszawie z Korsem.

Czyli już wiecie, że jakby coś, ktoś, to NIGDY pocztą lotniczą! ;)
Obecnie mam zamówienie na 100 (słownie: STO) I-phone 7. Jeśli cena w USA okaże się okazyjna, to mam tylko odebrać przelew, pójść do BestBuy czy Apple Store, wyciągnąć te 50-60tys. USD z kieszeni na ladę, wpakować 100 Ajfonów do bagażnika Toyoty, pojechać do Izki z Amerpolu i wysłać to jako jabłka do Polski…
Szczerze… nie chce mi się.

A zatem, dziś, przez tę notkę okazało się, że do długiej listy sklepów, do których powinni mi zabronić wstępu (m.in. wczoraj kupiłem w Meijer 18 latarek LED, więcej nie mieli), teraz powinni dodać stronę internetową Michaela Korsa ;)

I to jest właśnie Ameryka… Dzień w pracy (i to niepełny) i masz dla siebie lub dla swojej kobiety torebusię, o której większość Polek może tylko pomarzyć, albo na którą musi brać kredyt… :(

*** – kto odgadnie lub będzie najbliższy odgadnięcia wysokości cła, które naliczono kuzynce za te torebunie, ten dostanie ode mnie… Korsa ze zniżką ;)

  Blog - zamówienie Kors 

1-2. Prosto i z mostu. A co! To jest właśnie Danielek. Którego oficjalnie się może nie lubi, nie znosi, którego starsze i teoretycznie mądrzejsze kuzynki uważają za zbyt wyniosłego (a co ja mam być, UPADŁY?), za którego plecami się pierdoli, jaki on jest popierdolony, ale za plecami tychże pleców, wyznaje się mu, że w swojej popierdolowości, jestem normalny.
3. Dzisiejsze Korsy… Czy nie wiecie, co to za choroba, że gdy widzę coś za 1/3 lub 1/4 ceny, to po prostu MUSZĘ to kupić?! I to nigdy nie jedno…;)
4. Wczorajsze latarki, przedczorajsze żarówki LED, przedprzedwczorajsze farby w Sprayu, przed…-sze wskaźniki laserowe, itd.