Jak wiecie, czasem, gdy kumulacja w amerykańskim Lotku rośnie do kilkuset milionów dolarów, proszę Was o liczby z zakresu od 1 do 75. Gdy już zbiorę tych liczb sześć, to nadaję kupon z Waszymi typami, a dodatkowo jeszcze skreślam drugi zakład z minutami nadejścia Waszych propozycji.

Ot, ktoś o 1:23 komentuje, że jego liczba to 72, więc na jednym kuponie skreślam tę jego 72, a na drugim skreślam 23 i tak co sześć Waszych typów, mam dwa kupony… Metoda jest tak genialna, że … wygrałem dzięki niej 6$ (inwestując 63$ w wykup losów;) Stopa zwrotu… jak w Banku Staropolskim tuż po jego upadku w 2000 roku, czy jak w Lehman Brothers w 2008 r….

O czym to ja chciałem? A no… o kumulacji… Weźcie Wy mnie walcie jakąś linijką po łapach, gdy pisząc o czymś, zaczynam wtrącać jakieś wątki poboczne. Zawsze prawdziwe, ale często pasujące jak Ryszard Petru do klubu Mensy… Później taki jeden z drugim (czyli z jego własnym alter ego) piszą mi, że są tak oczytani, że bez problemu zrozumieli bełkot Doroty Masłowskiej w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”, a mnie nie mogą nic a nic, nothing, null, nikagda.

O czym to…
No tak. Danielek gra w Megamillions od kumulacji do kumulacji, a także od tankowania, do tankowania. Zawsze, gdy tankuję samochód od pustego do pełna, przeznaczam dolara na los z wyborem chybił trafił. I ciągle nic… Aż do niedawna…

Jak pewnie nie wiecie, prócz próśb do Was o cyfry, rok temu zażartowałem sobie i przy kumulacji sięgającej ponad 500mln USD, która to forsa wystarczyłaby na zakup niezbędnych mi 4 bomb atomowych, napisałem list do Boga (tego „naszego”). Ot, by mi pomógł wygrać, a wówczas pomogę Mu czterema grzybami atomowymi, przywrócić równowagę sił w naturze… „Bogu” zapewne znał cyfry, ale mi ich nie zdradził, bo w razie czego poradzi on sobie z Rogalikami bez grzybów…
Tydzień później, gdy nikt nie wygrał owych 500mln, napisałem drugi list do Jego największego Konkurenta. List, z racji często pojawiającej się w nim „Hali Banacha”, został przekonwertowany w JPG, by maszyny szpiegowskie mnie nie wyśledziły. Akbar niestety cyferek mi nie podarował, bo zapomniałem, że lichwa i hazard w ich religii są zakazane…

Podczas wizyty w Polsce odwiedziłem mojego wrocławskiego przyjaciela. Zawitałem do niego na kilka dni, i podczas niespodziewanie trzeźwych wieczorów, T., chłopak naprawdę bardzo mądry, któremu m.in. „Krótką historię czasu” Hawkinga rodzice czytali w kołysce zamiast Muminków, minimalnie przegiął mój światopogląd religijny, z linii prostej, jak EKG nieboszczyka, w delikatne piki…

KUMULACJA!, pisz do kur%^y nędzy o tej kumulacji… !
Miesiąc temu, na fanpejdżowy profil FB mojego bloga, napisała jakąś łamaną polszczyzną kobieta z Peru. Ot, niby Polka, która wyszła za Peruwiańczyka, on jest inżynierem, ale mało zarabia, choruje ostatnio. Syn też pracuje, ale tam, w Limie bieda, mieszkają na kupie w rozpadającej się chatce…

Jako, że Danielek jaja ma jak balony (z których uszło powietrze), dla owych jaj odpisałem kobiecince, by wybadać, czy jest komputerowym BOTem czy pisze to prawdziwa persona (może Polka, a może tylko google translator). Po kilku zamienionych zdaniach wyszło mi na to, że albo to był świetny BOT, z idealnym algorytmem genetycznym, albo tam naprawdę siedziała polska baba. I pisała dalej, że ona prócz biednego męża i syna, ma także bogatego znajomego, któremu kiedyś pomogła wygrać w jakiejś peruwiańskiej loterii fortunę i może mi też podobnie pomóc. Oo… to się Danielkowi zaświeciło zielone światełko w tunelu do miliarderowania.

A zatem piszę babie tak:
Łoki, jak tylko dzięki Twoim cyfrom wygram, to wybuduję Ci w Limie taką chatę, jakiej nie ma nikt (no może prócz baronów narkotykowych i polityków i Adriany Limy, jeśli Adri jest z Limy… – LINIJKA i po łapach!)

Dostałem zestaw cyferek, nadałem i… jak to Danielek, nie sprawdzałem wyników przez kilkanaście dni. W USA kupony są ważne chyba rok, lub pół, lub dwa miesiące, więc ja tylko nadaję je, i naprawdę rzadko kiedy sprawdzam. Najczęściej tuż przed odlotem do Polski. Sprawdziłem tym razem i…

i muszę lecieć do Limy, by dotrzymać słowa…

TAK, pamiętam o wszystkich Was, którym obiecałem, że jak wygram, to pomogę…
– G., TAK, dostaniesz te 250tys. USD na stworzenie 10 miejsc pracy dla Amerykanów, by dzięki temu dostać tę wymarzoną Zieloną Kartę.
– M., TAK, kupię Ci nowego Trucka (w Dieslu, Heavy Duty – nie mam pojęcia, ale tu dieslowe Pickupy cenią się bardziej od benzyniaków)
– K., TAK, ściągnę Cię z Hiszpanii, zafunduję prawą, górną trójkę, kupię Ci prawo jazdy i jakąś furę
– Temu, Temu i Temu spłacę hipotekę.
– …
o kimś zapomniałem?

Ta notka będzie miała jeszcze ciąg dalszy i drugie dno…
Zaskakujące tak, że chyba wielu Wam przewartościują się pieniądze… A przynajmniej taką mam nadzieję.
Bienvenido, Peru, hola Lima!