Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Pakt…

Brak komentarzy

Proszę skupić się nad tą notką. Ściszyć grające w tle radio lub MP3, zMUTE’owić TV, uciszyć dzieciaka czy psa, który chce na spacer… Wczuć się, jeśli jeszcze nie jest to obca dla Was umiejętność… Zrozumcie znaczenie nie tylko słów, ale i tego, co spomiędzy nich chcę przekazać…

Zastanawialiście się kiedyś, jak to jest, że jedni mają wszystko, a inni niewiele…? Jednym powodzi się w życiu zawodowym i prywatnym, mają pieniądze, urodę, zdrowie, podczas gdy inni nie mają nic z powyższego. Jedni dorabiają się fortuny na wszystkim czego dotkną, każdy interes przynosi im krociowe zyski, a inni, mimo pracowitości, uczciwości, nie zarabiają nawet na rachunki i ZUS… Dzieci tych biednych są paskudne, dotykają je choroby, tragedie, wypadki, gwałty, zabójstwa, podczas gdy dzieciaki bogaczy są piękne, zdrowe, linia życia długa i szczęśliwa… Gdy o tragediach spotykających tych biednych mówią media, to najczęściej jedyne zdjęcie, które zobaczymy, to to z Komunii Świętej… Zdjęcia dzieciaków tych bogatych ujrzymy w tysiącach sztuk, na ich Insta, Snapie, FB z ujęć z Dubaju, Malediwów, itd.

Jedna, biedna polska dziewczyna, podczas swojej pierwszej zagranicznej podróży zostaje wysadzona bombą w Paryżu czy rozjechana TIRem w Nicei, podczas gdy Wasz zblazowany znajomy mający miliony samozarabiających się dolarów na koncie, objeżdża z nudów wszystkie zapalne rejony świata, by zobaczyć „prawdziwe życie” i włos mu z głowy nie spadnie, mimo, że przemierza Somalię, Kongo, Iran, itd., …

Nie myślicie o tym, prawda? Ja czasami myślę. I tak się zastanawiam, jako niezbyt fundamentalny ateista… A jeśli jednak istnieje to COŚ powyżej, jak i poniżej… Istnieją, ale nigdy się nie ujawnią, gdyż nadzieja w istnienie Jednego ma opierać się jedynie na wierze, podczas gdy zadaniem tego drugiego, wcale nie jest to, byśmy w owego drugiego uwierzyli. On ma za zadanie jedynie ułatwić nam niewiarę w tego Pierwszego… Genialnie rozwiązanie, prawda?

 

Powracając do bogactwa, urody czy powodzenia w życiu… A jeśli wystarczy tylko zapragnąć… Poprosić. Wyrazić swoją wolę w sposób werbalny lub zwerbalizować to jedynie impulsami w mózgu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy „słowo ciałem się staje”…

Pamiętacie dwa listy publikowane jeśli nie na tym blogu, to na moim profilu FB, które w celach wygrania w Megamillions ponad pół miliarda dolarów, napisałem do dwóch największych Bogów znanego nam świata…? Bogowie jednak nie lubią dawać dowodów swojego istnienia i wygrałem „cały chuj”. Wbrew ostrzeżeniom mojego wrocławskiego Przyjaciela, skrobnąłem wówczas trzeci list… W nim nie było próśb czy wyliczania, ile dobrych uczynków zrobię za te 500mln USD (wówczas były to ponad dwa miliardy złotych). W nim były warunki.

Przez trzy tygodnie, jak najlepszy prawnik rozwodowy, jak jakiś Advocatus Diaboli wymyślałem wszystkie możliwe opcje, przez zaistnienie których, wygrywając ową sumę – przegrałbym.
Oczywiście, że jako miliarder, chcę żyć minimum 80lat, w zdrowiu fizycznym i psychicznym, by wszyscy moi bliscy także przeżyli tyle, ile było im pierwotnie zapisane. Świat ma pozostać w niezmienionej formie, dolar nie może się zdenominować, ani stać się bezwartościową walutą. Siła nabywcza ma pozostać na poziomie takim, bym mógł nabyć te moje wymarzone 4 „grzyby”. Grzyby te mają mi nie wybuchnąć w garażu! Itd.

Kilkaset wypisanych punktów ze świadomością, że przegapię kilka tysięcy innych… Jeśli Rogaty ma poczucie humoru, to machnie na moje przeoczenia ogonem, bo Danielka lubi się wbrew jego wadom i pomyłkom… List poszedł do adresata. Dobre w takich listach jest to, że nadaje się je za darmo. Znaczkiem jest podpis… Wcale nie musi być krwią…

Później czekasz i czekasz… I boisz się pójść zagrać w te miliony dolarów. Myślisz, a co będzie jak wygrasz?! Czy jak zesrasz się z radości lub ze strachu jako posiadacz pół miliarda dolarów, to czy da się to cofnąć, zerwać podpisany pakt?! Czy może to jednak przypadek, i żaden Bóg czy Szatan nie maczał w Twej wygranej swych paluchów…
Czy wpłacenie wszystkiego na kościół, czy na Rydzyka pomoże…? Może kupienie miliona czarnych kotów ze schronisk i przekazanie ich do zabawy satanistom, da nadzieję na odkupienie? Może wykupienie od zadłużonego Watykanu Kaplicy Sykstyńskiej i przewrócenie na jej kopule krzyża o 180stopni „da radę”…? I ta świadomość, że nic ze znanych ci obecnie i przychodzących do głowy pomysłów raczej nie pomoże…

Świadomym tego wszystkiego, mało kto z Was by się na coś takiego zdecydował, prawda? Chwilowa naziemna doczesność za wieczność…
Jednak dla większości z nas, mogą nastać takie okoliczności, że pakt taki zawrzemy. Postawieni „pod ścianą”, np. chorobą dziecka, jego cierpieniem, dla którego jedyną nadzieją jest jakaś super kosztowna kuracja, operacja, lek, inaczej lada dzień umrze w koszmarnych męczarniach. Porwanie nam bliskiego, i żądanie milionów dolarów okupu, inaczej Al-Jazeera pokaże nam, jak główka naszego męża, córki, syna, żony, potoczy się po syryjskiej plaży czy londyńskim bruku, itd.

Tak, miliony, miliardy tego, co zamieszkuje obecnie ziemię, a kiedyś nosiło dumną nazwę człowieka, sprzeda się za dostatnie życie na ziemi, za powodzenie, za sukcesy, za pieniądze, za dom na Ibizie i drugi przy V-tej Alei w Nowym Yorku, za lśniącego Mercedesa, matowego Lexusa, czy karbonowego Bugatti Chiron. Ja nie… Ja mam wyższe cele i idee.
Wiedząc to wszystko…
Wiedząc, skąd wzięło się moje bogactwo, i że chcąc ode mnie chociaż grosika pomocy… Czy poprosicie o ów grosik, cencik, dolarek, setkę, tysiączek czy milionik dopisując się tym samym do mojego krwawego Paktu…?

Jeśli tak, to podawajcie kwotę i numer konta.
Moja wieczność w czeluściach pomniejszona o połowę, o jedną-trzecią, jedną-dziesiątą czy ilu Was się tam zgłosi… 1/100 wieczności… – mogę się podzielić. Tylko, że nawet 1/500000000 wieczności ciągle pozostaje wiecznością.

Amen.
Akbar.
Ave.

Pamiętacie moją notkę sprzed kilku tygodni? O mojej wyprawie do Limy? Owa osoba z peruwiańskiej Limy okazała się nie komputerowym BOTem, nie jakąś peruwiańską Polką po przejściach… Owa osoba była Johnem Miltonem, a ja zrozumiałem, że jestem tym naiwnym Kevinem Lomaxem…
Nie, nie wygrałem tej sumki 758mln, którą pochwaliła się niedawno pani Mavis Wańczyk z Massachusetts. Mój „promotor” dobrze wiedział, co powiedziałbym mediom przy odbiorze głównej wygranej w MegaMillions i jak bardzo bym Mu tym wyzwaniem zaszkodził…

Gdy Promotor mojej wygranej, kręcąc swoim kosmatym ogonem jak kot na widok karmy Sheba podanej mu przez Evę Longorię, zastanawiał się, w jaki sposób spektakularnie pozbawić mnie życia… Jak rozbić mnie w moim nowozakupionym tuż po wygranej Audi RS6, albo jaką chorobą zarazić mnie w mojej azjatyckiej wyprawie z Jasiem, którego marzeniem po tego typu wygranej było zaćpać się z tajskimi prostytutkami… Gdy Zły zastanawiał się, który kabelek zewrzeć, by pierdolnęła mi w domu jedna z atomówek przeznaczona przeze mnie dla Rijadu, Mekki, ***, i miejsca kolejnego spotkania grupy Bilderberg, Danielek zaskoczył kosmatego…

1. Wystarczyło… nie odebrać wygranej. 53mln USD. 

Kilka dni temu byłem na Graduation Party u córki kolegi mojej matki. Ot, 18letnia niunia skończyła szkołę średnią, więc robi się wielkie przyjęcie, by wszyscy wiedzieli, że córka nie jest taka głupia, na jaką wygląda i że ma już odpowiednik naszego Świadectwa Udziałowego. Ja pierdolę! Świadectwa MATURALNEGO! Za dużo ekonomii w moim życiu, i po ukończeniu LO rozdawałbym abiturientom Świadectwa Udziałowe (mimo, że od lat nie ma już czego w tym naszym kraju rozdawać…).

O czym to ja…? A… o Party.
Najśmieszniejsze w tym Party było to, że pojawiliśmy się na tej imprezie prawie że przypadkowo. Obecne czasy są tak popierdolone, że więzi międzyludzkie najsilniej wiążą się przez… łącza internetowe. Moja matka dobrze zna jedynie dziadka tejże Graduantki (jest to znajomość „analogowa”, znajomość z dawnych czasów, która od lat nie jest już pielęgnowana, gdyż matka dekady temu wyprowadziła się z Hamtramck, MI). Ojca owej Graduantki (nadajmy mu tu imię Henry), który organizował owo przyjęcie, moja matka kojarzy głównie „cyfrowo” z Facebooka, jako „analogowego” syna tego lepiej jej znanego dziadka. Na tymże Facebooku, Elusia (producentka Danielka – przyp. autora) polubiła kiedyś komentarz Henry’ego, postskomentowała jego wypowiedź, zaprosili się do znajomych, pogadali ze sobą, powspominali dawne czasy w Hamtramck, MI i… Mr. Henry zaprosił wszystkich znajomych z FB na Graduację swojej córki, bo wszystkie Heńki to fajne chłopaki… Tak więc pojechaliśmy przemienić znajomość wirtualną w rzeczywistą, cyfrową w analogową… A tak naprawdę, to pojawiliśmy się tam bardziej po to, by spotkać na tejże imprezie kilkanaście osób z naszego polonijnego środowiska, dobrze nam znanych z realnego świata. Osób, które kliknęły ten debilny klawisz na profilu pana Heńka: „TAK, WEZMĘ UDZIAŁ W WYDARZENIU!”.

Pierwsze, co ujrzałem na party, to catering. Pyszny i cieplutki catering zapewniała Sonia, która z wielkiego i luksusowego samochodu GMC Yukon z tablicą rejestracyjną „Impreza”, wyładowywała właśnie wielkie, termostatyczne kontenery pysznego, polskiego żarcia. 30-35letnia dziewczyna, która lubi gotować, dostarcza żarcie na imprezy (głównie przyjęcia polonijne, gdyż polskimi smakami trudno jest zarazić amerykańskie podniebienia przyzwyczajone do plastikowych smakowitości). W Polsce taki ktoś jak Sonia pewnie ledwie wiązałaby koniec z końcem, taka osoba rozwoziłaby pichcone przez siebie pyszności jakimś rozpadającym się Żukiem czy Nyską. W USA… dziewczyna, która pewnie nie skończyła High School, a na pewno nie skończyła kosztownego College czy Univerku, która sama coś pichci, jeździ autem za 80tys. USD i zatrudnia do pomocy dwie kelnerki. Ot, to taka mała wtrącka odnośnie „american dream”.

To, co mnie urzekło na tym party… to… polskość. Ludzie tutaj są DUMNI z bycia Polakami. Polakami w 100% (urodzonymi z dwójki polskich rodziców). Polakami w 50% (mający tylko jednego polskiego rodzica). Polakami w 25% (mający tylko polskiego dziadka czy babcię). Czy Polakami zaledwie w procencie, w promilu, w homeopatycznej ilości polskości we krwi, ale Polakami!

KURWA, doceńcie to!
Tak, po przeczytaniu mądrej książki Samuela Huntingtona jestem świetnie rozeznany w tym, że swojej tożsamości (narodowej czy religijnej) poszukują głównie potomkowie imigrantów i uchodźców. POTOMKOWIE! Że dumni z bycia Polakami są tylko potomkowie Polaków (jeśli ich rodzice nie wypierają się polskości), albo ktoś, kto wyjechał z Polski jako dziecko i nie ma świadomości, jakim to niby bagnem jest nasz kraj.

Podobnie rzecz się ma z tymi wszystkimi Irakijczykami, Somalijczykami, Syryjczykami, Pakolami, itd. Gdy ich rodzice dekady temu naprawdę spierdalali do Europy czy USA przed prześladowaniami krwawych dyktatorów, przed śmiercią, przed beznadzieją swojego bytu i wyjeżdżali na Zachód głównie za pracą i edukacją, to szczerze docenili swoje nowe ojczyzny. Anglię, Niemcy, USA, itd. Dopiero ich dzieci, które w nowym, cywilizowanym, demokratycznym kraju dostały wszystko podane „na tacy”, bezpieczny dom, darmową edukację, pokaźny socjal, ciepłe żarcie, modne ciuchy, nowego iPhone, to z nudów, nie potrafiąc się innością swojego ryja czy wyznawanej religii odnaleźć w Londynie, Berlinie czy Brukseli, wolą się wysadzić w centrum miasta w imię dziwne rozumianych wartości kraju pochodzenia swoich przodków, niż przyjąć wartości (czasem tak naprawdę chuja warte), kraju ich nowej, europejskiej ojczyzny.

Czy jest na sali jakiś polonista? Czy może sprawdzić powyższe zdanie? Ilokrotnie jest ono złożone i czy nie pogubiłem się w jego rozkładaniu i składaniu go z powrotem z sensem…?

Tak, wiem, wielokrotnie narzekałem tutaj na Polskę. Bo ktokolwiek był gdzieś dalej, ktokolwiek „liznął” świata, normalności, widzi, w jakim kurwa syfie przychodzi żyć milionom Polaków. Ktokolwiek pracował za godziwe pieniądze (pracowałem kiedyś za płacę wynoszącą więcej, niż zarabia prezydent Polski!), ten nigdy nie pójdzie do pracy w Polsce, za tę jałmużnę, za którą są zmuszeni pracować miliony Polaków. Itd. Ale czy to nasza wina, że taki los nam zgotowano? Że będąc gotowani w ten sposób od dekad, od wieków, w tym takim kociołku beznadziei, staliśmy się właśnie TACY, jacy jesteśmy? Przecież przez WIEKI, przez tysiąclecia byliśmy najeżdżani przez wszystkich. Mordowani przez najeźdźców w takich ilościach, że dziwne, że w ogóle przetrwaliśmy jako tak liczny naród. Wykorzystywani jesteśmy do dzisiaj jako tania siła robocza bardziej, niż wieki temu wykorzystywano czarnoskórych mieszkańców zamorskich kolonii Francji czy Hiszpanii…

Powracając do Graduation Party…
Danielek, gdzie nie pójdzie, to zawsze znajdzie sobie znajomych. Gdy moja matka siedziała i zastanawiała się, kiedy przyjadą jej koleżanki, kiedy, KIEDY?! Kiedy zjawią się te głupie pindy, które kliknęły: „TAK, wezmę udział w Graduacji Patrycji”, a teraz ich nie ma, ja, od stolika do stolika, bach, gadka, szmatka i poznawałem nowych ludzi. Jedną z poznanych par była około 45letnia Polka, która do USA wyjechała 20lat temu, która wyszła tutaj za Amerykanina polskiego pochodzenia, który polskiego miał jedynie dziadka (czyli Polak w „kłodrze” czyli w ćwierci). Ona w Polsce mieszkająca zaledwie 80km od mojego polskiego miejsca zamieszkania, on w USA mieszkający od zawsze, w Polsce będący tylko kilka razy. Ale za to jak będący…

Zna każdy piękny zakątek Polski lepiej, niż my (tzn. niż Wy). Wiedząc od swojego dziadka, że Lwów to także było polskie miasto, że to miasto pochodzenia owego dziadka, pojechał także i tam (a dla kogoś z amerykańskim paszportem, wyjazd na Ukrainę to nie jest taka łatwa wyprawa). Baa… nauczył się nawet pić po polsku! Naprawdę miło jest widzieć ten blask w oczach kogoś, kto o Twojej własnej ojczyźnie ma więcej pozytywnego do powiedzenia, niż Ty sam…

 

Szkoda, że docenimy to zapewne wówczas, gdy już nasza ojczyzna nie będzie już naszą. Przecież to, jacy jesteśmy spowodowane jest właśnie tym, skąd jesteśmy. To, że dajemy sobie radę wszędzie tam, gdzie nie dają sobie rady rodowici mieszkańcy. Że wyjeżdżając do Anglii czy USA, potrafimy już po dekadzie czy dwóch mieć spłacony, własny dom, podczas gdy rodowity Amerykanin czy Angol ciągle jeszcze waha się czy ten wynajmowany od 10-20lat dom czy mieszkanie może by wreszcie kupić na własność na 30-40letni kredyt…

To właśnie my, Polacy często pracujący za granicą za śmieszne jak na zagranicę stawki, potrafimy z tych zarobków utrzymać i siebie, i swoje rodziny w Polsce, a zarabiając „cały chuj”, mieć na koncie w chuj pieniędzy, podczas gdy Amerykanin zarabiający 2-3x tyle, ma na swoim bank-account przeważnie wielodziesięciotysięczny debet.
To najczęściej my, Polacy, ratujemy atakowane przez obcocywilizacyjnych imigrantów Szwedki, Niemki, Norweżki. Zlewaczałe, stęczowiałe, ścipiałe społeczeństwa Zachodu są już raczej „pozamiatane”. Są miękkie, jak kostka masła na syryjskiej pustyni, którą dzielny Donald Trump postanowi kiedyś dodatkowo przypiec bombą atomową. My, Polacy… Tzn. większość z nas… A przynajmniej wielu… Jesteśmy twardzielami. Na tle tych wszystkich zachodnich, metroseksualnych „drwali”, którzy swą „drwalskość” wyrażają jedynie brodą, wypachnieni jak lotniskowa drogeria FreeDuty, w swych spodniach rurkach, posileni bezglutenowymi pierożkami, wymęczeni przez 20kg sztangę podniesioną 10x, po której to katordze muszą zażyć kilku godzin biorekultywacji w SPA…

Okazuje się, że za granicami to właśnie my, Polacy jesteśmy tymi twardzielami nie dający sobie napluć w kaszę, w ryż, czy w świninę zarżniętą bez obrządku halal. My i Latynosi. Codziennie podziwiam te dwie nacje.

Świetne uczucie jest stać na imprezie z facetem, który jest dumny z tego, że nosi polskie nazwisko. Że potrafi Ci nalać setkę wódki i wypić ją bez popitki, podczas gdy miękkim Amerykanom wykręca ryj łyk bezalkoholowego piwa Budweiser Light. Serdeczność rozmowy, serdeczność pożegnania po imprezie z kimś, kogo znasz zaledwie od kilkudziesięciu minut. Wiesz, że gdybyś był o kilka lat młodszy, troszkę przystojniejszy, to ten miły facet (niewiele starszy od Ciebie) oddałby Ci swą 15letnią córkę za żonę, bo tak bardzo ceni sobie Polaków i tak bardzo polubił Danielka :)

O polskości będzie jeszcze jedna notka. Gdy zacząłem pracę u pewnych Amerykanów, i gdy po tygodniu ujrzałem, że facet (prawdziwa, męska głowa rodziny) chodzi w koszulce piłkarskiej ze swoim nazwiskiem na plecach. Nazwisko owo brzmiało, jak amerykański zapis nazwiska jednego z polskich króli. Gdy pracowałem u nich także w sobotę i kurtuazyjnie zaprosili mnie na wspólny lunch… Ja kurtuazyjnie odmówiłem, ale oni ponowili zaproszenie, więc zgodziłem się zjeść z nimi tego kurczaka z grilla (zwanego tutaj BBQ). On, żona i ich dwóch synów około 10-12lat… I żadne z nas nie wiedziało, jak rozpocząć jakąś rozsądną konwersację… Gdy Danielek w końcu zaczął, to od 3tygodni nie wiem, jak ją zakończyć… :)

Oj tam, mam czas, więc ta obiecana powyżej przyszła notka, będzie teraz i tutaj:

Królu złoty…
Rozpoczęliśmy nową inwestycję. Po tygodniu pracy, mojemu młodemu szefowi zapragnęło się tygodnia wakacji na Florydzie. Mojemu współpracownikowi zapragnęło się szukania szczęścia w kasynach Las Vegas, tylko durny Danielek pozostał na posterunku i pilnował interesu przez ten tydzień ich wakacji. Nie oglądałem nigdy z bliska „interesu” Rafałka, więc nie wiem, czy jest czego pilnować, ale jako sumienny pracownik, codziennie pojawiałem się na posterunku. Z sobotą włącznie. W sobotę, gdy inwestorzy byli w domu, i o 14:00 postanowili sobie zrobić lunch na świeżym powietrzu (a ja durny mając nadzieję, że zakończę swą pracę przed 12:00, lunchu ze sobą w ogóle nie zabrałem), inwestorzy zaprosili mnie na wspólny posiłek.

Odmówiłem, jak nakazuje dworska etykieta, zasłaniając się tym, że nie chcę im przeszkadzać w ich wspólnym, rodzinnym obiedzie. Oni oczywiście zgodnie z zasadami grzeczności, ponowili swoje zaproszenie do wspólnego stołu, ze słowami, że widząc mnie rano w pracy, byłem przewidziany w ich wspólnym posiłku. Zasiadłem z nimi do stołu i… przeżuwałem z apetytem tego kurczaka z BBQ i zieloną fasolkę.

Przed posiłkiem, domownicy zmówili krótką modlitwę. Po katolicku podziękowali Bogu za te skromne dary, które możemy za chwilę skonsumować. Dawniej bym ich… wyśmiał. No, może nie wyśmiał, ale udając niestrawność, odmówiłbym dalszej biesiady, a przynajmniej czułbym się między nimi, jak między kosmitami. Ale dzisiaj… dobrze wiedząc, że na naszych oczach rozgrywa się najpoważniejsza bitwa, w jakiej nasz kraj, nasz kontynent i nasza cywilizacja bierze udział, ucieszyłem się, że to kurczak w sosie BBQ poświęcony przez ich Boga Ojca Wszechmogącego, a nie jakaś tam wyśmienita wołowina z krowy zabitej zgodnie z wymogami obrządku halal, poświęcona przez imama…

A zatem jemy owe cycki z kurczaka. Nad stołem panuje cisza… Wymowne milczenie, jak to, gdy osiołek zapytał Shreka, czy może pozostać w jego pustelni na bagnach.

- Pracujesz w sobotę, a Twoi koledzy mają wolne?! – zapytał wreszcie Mark.
– Za miesiąc rozpocznę czteromiesięczny urlop, więc mój Boss daje mi nadgodziny, bym miał za co spędzać ten urlop – wyznałem szczerze, jak na spowiedzi przed imamem w meczecie w Kabulu.
– CZTEROMIESIĘCZNY urlop?! – zapytali wszyscy czworo z takim niedowierzaniem, jakby pytali głuchego beduina o drogę do ostatniego wodopoju na pustyni, i od odpowiedzi na to pytanie zależało ich życie.

- A no! Wracam do Polski. Tutaj zarabiam, w Polsce wydaję, więc dobrze jest popracować także w sobotę – kryję głupimi wymówkami bossa, który nie poinformował Marka, że spierdolił na tydzień na Florydę.

Prawdziwi, 100% Amerykanie nienawidzą tego typu stwierdzeń, że Ameryka daje komuś zarobić, daje pracę, a ktoś niewdzięcznie wydaje zarobione tutaj pieniądze za granicą. To w ich mniemaniu jest jak… kradzież. I to podwójna. Kradzież miejsca pracy, za którą jestem wynagradzany, i kradzież miejsc pracy tych wszystkich ludzi, którym nie zapłacę zarobionymi przez siebie pieniędzmi, tylko wydam je w portugalskiej Biedronce, w niemieckim Kauflandzie, w angielskim Tesco, we francuskim Carrefour, itd.
By nie narażać się na irytację moich lunchowych gospodarzy, zmieniam temat na bardziej przyjazny…

– Widziałem na Twojej koszulce nazwisko ********, czy wiesz, że to jest nazwisko polskiego króla? – pytam, by nie słuchać za chwilę zarzutów, dlaczego zarabiam krocie w USA, a wydaję grosze w Polsce.
– Tak, wiem, mój dziadek był z Polski – wyznał Mark, nie wiedząc, że w tej właśnie chwili wpadł w moje sidła.
– Oo…, jak miło. Mam nadzieję, że wiesz, jak sławne i waleczne nosisz nazwisko – pytam potomka króla spod Grunwaldu. I że Twoje książęta też mają tego świadomość – dopytuję, patrząc na jego dwóch synów.
– Tak, wiem, co nie co… – odpowiedział zmieszany Mark, pewnie wiedząc tyle o pochodzeniu swojego nazwiska, co przeciętny użytkownik Instagrama o programowaniu w C++.
– Wasi przodkowie, w piętnastym wieku pokonali Niemców pod Grunwaldem. My, Polacy znajdujemy się w takim położeniu geograficznym, że ZAWSZE walczymy z Niemcami, jako z Krzyżakami, jako z Prusami, jako z Hitlerowcami, jako z Niemcami… – instruuję Marka odnośnie historii jego rodu i historii naszego kraju…

Jeden z markowych synów zrobił marcienkiewiczowski gest: „YES, YES, YES” oznaczający to, że właściwie kojarzył to, że jego pra-pra-pra(…)dziadek wpierdolił Ulrichovi von Jungingenowi pod Grunwaldem.

Lunch z takim gadułą jak ja, minął jak z bicza strzelił.
Gdy mój boss wrócił dwa dni później z Florydy, i gdy witał się o poranku z inwestorką z należną jej uwagą, pełen uległości należnej komuś, kto wystawia Ci cotygodniowe czeki, ja, ku jego przerażeniu byłem już z nią na per ” Your Majesty”.

– No nie pierdol, że ją przeleciałeś, jak nas nie było?! – wydawała się pytać mina mojego bossa widząc i słysząc, jak poufale mówię do żony Marka per: „Wasza Wysokość”.
Od tego czasu jestem Public Relations naszej firmy. Wiem, że dobrą nawijką można lepiej sprzedać naszą pracę, nasze niepowodzenia, nasze poślizgi czasowe, itd., niż milczeniem bossa sprzedać sukces.

Kilka dni później, jadący na trening syna, Mark żegnał się ze mną słowami:
– Do zobaczenia jutro, Dan. Jadę z synem na trening soccera.
– Mark!, nie zapominaj, że jesteś w połowie Polakiem! A my, Polacy, my Europejczycy, nazywamy piłkę nożną per „football”, a nie „soccer”! – instruuję ojca amerykańskiego, młodego soccerzysty.
– Tak, masz rację, od dziś będę mówił Football – poprawił się Mark.
– A znasz, jakiegoś polskiego footballistę? – pytam pełen nadziei, że zaraz usłyszę nazwisko Levandowsky.
– Nie… – odpowiada rozbrajająco Mark. Naucz mnie tego wszystkiego – prosi znawcę polskiego footballu i innych polskości, Mark.

Kilka dni później Mark (pamiętacie jego modlitwę przy lunchowym stole) przyszedł do mnie ze swoim smartfonem, a w nim z filmem odnośnie inwazji muzułmanów na Europę. Amerykanie nie mają o tym pojęcia, co się w Europie dzieje, gdzie w ogóle leży Europa, że prócz Rosji, Anglii, Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii są w Europie jeszcze jakieś inne kraje. Katolik Mark zna nasz rogalikowy problem prawie tak samo dobrze, jak ja. I puszcza mi ten film:




Tak, jak on stał się „mój” podczas owego sobotniego lunchu, ja stałem się „jego” po ujrzeniu jego dumy, którą bez krępacji czuł i okazywał, oglądając powyższy film. Zna go chyba na pamięć, bo czytał mi angielskie napisy do polskojęzycznego monologu tego faceta w kominiarce.

Drodzy moi…
Pamiętajcie, że w życiu nie mamy nic, prócz życia i tożsamości. NIC! Gdy ktoś zapierdoli Wam Waszą tożsamość, przestaniecie istnieć. Nie ma Was w systemach informatycznych, w bazach PESEL i eWUŚ, nie zostaniecie przyjęci do lekarza, znika Wasze konto w banku, nie działają Wasze karty płatnicze, nie możecie nawet złożyć zawiadomienia na policji, bo nie macie tożsamości! Gdy ktoś, jako Wy, weźmie w Waszym imieniu kredyt, zrozumiecie znacznie Waszej tożsamości, gdy przez pozostałą część życia będziecie musieli spłacać zaciągnięty przez kogoś innego kredyt. +

O wiele ważniejszą od tożsamości papierowej, metrykalnej, urzędowej, jest nasza tożsamość narodowa, społeczna, religijna. 10-20lat temu brałbym to, co piszę, za bełkot jakiegoś prawicowego debila. Jednak dziś, potrafiąc na wszystko spojrzeć dookólnie z 360 stopni, patrząc przez 365dni w roku, wiem, że nie ma nic cenniejszego, niż nasza tożsamość.

NIGDY nie będziecie Europejczykami w europejskim tego słowa znaczeniu! NIGDY! Europa, Unia Europejska to twór kogoś, kto od lat, od dekad, od wieków chciał nas zgładzić lub zawłaszczyć. Kogoś, kto po otrzymaniu wpierdolu wieki temu, musiał złożyć naszemu królowi „Hołd pruski” i nigdy tego upokorzenia nie zapomniał.

Unia Europejska to twór kogoś, kto przez 300 lat tłamsił nas i zabijał, jako Krzyżacy.
Kogoś, kto przez wszystkie trzy Rozbiory Polski pod koniec XVIII wieku, rozgrabiał nas jako Prusacy.
Kogoś, kto przez 7 lat II Wojny Światowej, zgładził więcej nas, niż wszyscy pozostali najeźdźcy razem wzięci…

Dla jedynego, prawdziwego dyktatora Europy, dyktatora Unii Europejskiej (nie, nie jest nim ani prawnik Jarosław Kaczyński, ani prawnik Viktor Orban, ani pozaunijny rolnik Aleksander Łukaszenka czy agent GRU Wołodia Putin)… Dla ostatniego dyktatora Europy, kurwiszona okrytego niebieską szmatą z gwiazdkami – Angeli Merkel, jesteśmy tym samym ścierwem, jakim byliśmy dla Ulricha von Jungingena 600lat temu, dla Albrechta Hohenzollera 500lat temu, dla Friedricha von Hertzberga 250 lat temu, czy dla Hitlera 75lat temu. NIKIM WIĘCEJ. Każdy naród ma jakiś naród wybrany, którego nienawidzi… My jesteśmy tego typu narodem dla Niemców.

Jeśli naprawdę wierzycie, że Unia czy Niemcy są naszym przyjacielem… Że jesteśmy równoprawnym i szanowanym partnerem dla niemiecko-francuskiego lewacko-tęczowego tandemu. Że Tusk, Petru czy Schetyna latający na skargę za odstawienie od koryta do Berlina czy Brukseli jest Waszym przedstawicielem, że chcą dobra naszego kraju i naszej Ojczyzny, to… przestańcie zaglądać swoim tępym spojrzeniem na mój blog…

Danielku, to nie jest FB, tutaj nie musisz być poprawny politycznie…
Naprawdę? A zatem, skoro nie musze, to napiszę to wprost: Jeśli nie dbacie o swoją tożsamość, i jesteście wyborcami zdrajców Polski, to WYPIERDALAJCIE z mojego bloga!
I tym smutnym akcentem wyznaję CZEŚĆ i CHWAŁĘ, BOHATEROM.

 https://www.youtube.com/watch?v=f7K3-jUhE9Y  

1. Ojciec Graduantki, wnuk Polaka… a taką czuje dumę z naszej narodowości, że flaga Polski wisi zawsze przed jego domem… ZAWSZE. A Wy, kiedy z irracjonalnym zażenowaniem zawieszacie ją w Polsce na swoim balkonie lub przed swoim domem? Tylko raz w roku, 2 maja? W obawie przed lewacko-tęczową oceną sąsiadów i znajomych?
2. Maszty przed jednym z domów naszych klientów. Dopiero 10 tysięcy kilometrów od domu czujesz radość i dumę, z tych dwóch łopoczących na wietrze pasków materiału…
3. Catering polskich pyszności. Z auta, na w które w Polsce mogliby sobie pozwolić tylko biznesmeni czy różne Amber Goldy.
4. Impreza jednak już bardziej po amerykańsku… Po 3-4 godzinach tego typu spotkania w Polsce, w tych butelkach nie pozostałoby już nic… W USA, gdyby nie ja i nie potomek dziadka ze Lwowa, można by je było zwrócić nienaruszone do sklepu;)

Był piątek. Pierwszy od dwóch tygodni pełny wolnego czasu weekend. Wzięło mnie na Martini. W domu stoi tyle promili, że mógłbym uratować od upadku niejeden Polmos, ale mnie wzięło na Martini właśnie. Czerwone. Zimne. Wstrząśnięte jak Jarosław Kaczyński po decyzji Andrzeja Dudy o Veto, ale nie zmieszane, jak Ryszard Petru po kolejnej wypowiedzianej przez siebie głupocie…

Pewnie bym go nie kupił, ale przechodząc się po Meijer akurat wpadło mi przed oczyska moje piękne (dziś od kolejnej młodej Murzyneczki, usłyszałem, że mam zajebiste oczy). No mam. To dzięki nim wszędzie tam, gdzie inni spuszczają wzrok i patrzą tylko w ziemię udając, że ich nie ma, ja jestem taki odważny. Patrzę w oczy bandzie młodych Murzynów mijających mnie w Hamtramck, w którym czasem przypadkiem się znajdę. Trąbię na textujących kierowców, którzy zamiast jechać na zapalonym właśnie zielonym świetle, piszą wiadomości na swoich smartfonach. A zatem jako jedyny, niecierpliwy, trąbię na nich wszystkich nie zważając czy jest to biały, żółty, czarny, czy piaskowy idiota za kierownicą. To dzięki tym oczyskom, w czarnej dzielnicy czuję się jak rekin w basenie pełnym kobiet mających okres. Albo jak byk na trybunie kibiców Manchester United. A gdy jestem wkurwiony, to mając te moje oczy z brwiami czarnymi i krzaczastymi tak, że Breżniew, gdyby żył, to wyglądałby przy mnie, jak albinos po chemioterapii, korzystam z tego mojego nielicznego uroku, zabijając ludzi spojrzeniem.

Danielku, pisz o Martini! O MARTINI! Prosimy…
A zatem… po ciężkim tygodniu, a nawet dwóch tygodniach obowiązków służbowych, postanowiłem sobie pierdolnąć buteleczkę Martini na dobry sen. A co! Stać mnie. Kto bogatemu zabroni wydać 6,99$ + TAX za 0,75l Martini…?

Murzyn zabroni! Smolisty Manager kasjerów w Meijer Store w Rochester Hills, MI.
W piątkowe popołudnie, po pracy, zapuściłem się kolejno do Kroger, Meijer i Walmart. W Kroger oddałem butelki, puszki, i zacząłem codzienną porcję irytacji, że butelek z napojów zakupionych w Meijer czy Walmart, nie mogę oddać w Kroger. Ot, sklepy mają marki własne, i np. butelkę z toniku Kroger mogę oddać tylko w Kroger. To jasne, ale wkurwiające, gdy masz do oddania 20-30 butelek czy puszek i musisz odwiedzić 2-3 sklepy, by odzyskać te 2-3 USD kaucji… I musisz przypomnieć sobie, w którym sklepie kupiłeś np. polską Nałęczowiankę (sprzedają ją tylko w Meijer).

Prócz Martini, miałem też ochotę na Pepsi. Oczywiście nie stać mnie na 2litrową butelkę za 1,79$, więc by napić się Pepsi, kupuję 32 (słownie: trzydzieści dwie) półlitrowe buteleczki, by w dealu wyszły taniej. To jest właśnie Danielek. Sklep za sklepem ma różne promocje, które najczęściej wyglądają tak, że kup 5 rzeczy, a każdą z nich otrzymasz o dolara taniej (te rzeczy w moim przypadku to 8-miopaki półlitrowych Pepsi, które normalnie są po 4,99$/szt., w promocji były po 3,88$, ale gdy kupię 5sztuk, to cena spada do 2,88$). Oo… no to na wydanie 9,74$ na 32 butelki to mnie już stać:)

MARTINII! Pisz o Martini!

W Meijer kupiłem 5 rzeczy. Przecenioną o 50% (z 80$ na 40$) kamerę myśliwską (robiącą zdjęcia zwierzakom w lesie), przeceniony o 75% (z 30$ na 7,5$) radiobudzik Philips, no i przeceniony o 90% (z 35$ na 3,5$) router Belkin, kawę i to sławne Martini w promocyjnej cenie 6,99$ zamiast 7,49$.

Idę na samoobsługową kasę, skanuję 1szy produkt, drugi,… piąty.
Cena i routera i Martini się nie zgadza. O rzesz kurwa, złodzieje! Przy tych kasach, zawsze stoi jakiś cieć*, który pomaga klientom w samoobsłudze. Sprawdza nasz wiek, gdy kupujemy alkohol, zdejmuje zabezpieczenia gdy kupujemy np. tę kamerę myśliwską, pomaga, gdy ktoś coś źle zeskanuje, gdy ktoś się pomyli, itd. Praca niewdzięczna, bo co chwilę jedna z 6 kas pika, kogucik nad nią zaczyna świecić na czerwono i trzeba podejść i wprowadzić jakiś kod, datę urodzenia alkoholika, anulować coś, itd. U mnie trzeba było cenę za router zmienić z 8,49$, które wybiła kasa, na 3,50$ które było na metce.

Cieć biały, średniego wieku, ale jakiś nierozgarnięty, gdyż 2x źle wbił swój prywatny PIN, którym może zmienić cenę. Oczywiście, by to zrobić, musiał zadzwonić na dział elektroniczny, czy tam są te routery i po ile.

- To jest przedostatni egzemplarz jaki wziąłem. Na półce Clearance przy telewizorach leży jeszcze jeden, i też jest po 3,50$ – instruuję ciecia, bo znając IQ przeciętnego sprzedawcy w USA wiem, że zarówno ten cieć przy kasach, jak i ten który na dziale elektronicznym ma odnaleźć drugi egzemplarz mojego nabytku, nawet nie wie, co to jest router! SERIO! Jeśli spotykacie czasem w sklepach czy w życiu codziennym DEBILI, to w USA spotykacie ich 10x częściej. Albo 10x bardziej debilnych! CODZIENNIE! Setki egzemplarzy. Już przywykłem. Ale tym razem… przegięli.

- Ta obniżka jest zbyt wysoka, bym mógł ją sam skorygować, muszę wezwać managera – powiedział cieć przy kasie, próbując odkleić naklejkę Clearance 90% OFF, by sprawdzić, na jaką cenę przyklejona jest owa naklejka z ceną 3,5$, albo by sprawdzić, czy sam jej sobie nie nakleiłem na produkt warty setki dolarów.
Przyszedł manager, ciemny jak czekolada Wawel extra gorzka 90 % kakao, i co gorsza, jego ciemność umysłowa przebijała ciemność jego skóry! To musiało skończyć się nieszczęściem…

- Co się nie zgadza – spytał menager kasowego ciecia oglądając opakowanie mojego routera.
– No cena jest 90% OFF i nie mogę jej sam zmienić – tłumaczy jasnoskóry cieć. Czekoladowe paluchy managera także próbowały odkleić naklejkę Clearance, by zobaczyć, na co ten białas Danielek ją nakleił. No rzeczywiście, na dole jest cena 35$, więc 90% OFF daje 3,5$.

O Martini… O MARTINI!
No OK, przebili mi jakoś cenę tego routera na 3,5$ i mogłem upomnieć się o to, że cena Martini jest o 50centów wyższa, niż na półce.
– Ceny na alkohol nie mogę Ci zmienić! – stanowczo i twardo jak stolec po zżarciu kilograma czarnej czekolady powiedział menager kasjerów.
– Ale przecież na półce jest cena 6,99$, a kasa wybija 7,49$. – mówię do Afroamerykanina coraz bardziej się wkurwiając. Patrzę na jego nieskalaną głębszym pomyślunkiem twarz i myślę, że on powinien jednak doglądać co najwyżej tego, jak rosną banany w Ugandzie i czy liany nie za luźne w buszu, i kaski bezpieczeństwa robić dzieciakom z łupin kokosów, a nie białego afrykanera wkurwiać w Meijer w Rochester Hills w pięknej Ameryce!

- Na półce jest cena 6,99$. – tłumaczę powtórnie jak debilowi (czyli we właściwy sposób właściwej osobie). Mam tam pójść i zrobić zdjęcie, byś uwierzył?! – pytam doskonale wiedząc, że jak znów zadzwonią z linii kas do kogoś z działu napoi i alkoholu, to stracę kolejny kwadrans, a jak ów czekoladowy manager sam tam pójdzie, to tego Martini nie znajdzie przez najbliższe kilka dni. Wystarczyło mi to, jak dukał czytając: Mar-Ti-Ni end Ros-Si Sweet Ver-mo-uth.

Jednak na złość Danielkowi czarnoskóry manager poszedł sprawdzać tę cenę… Czas mijał, i mijał, wydawało mi się, że w amerykańskim sklepie zaczęła grać polska muzyka… Piosenka „Obudź się” Oddziału Zamkniętego. I że ciągle słyszę ten refren:

„Wyjechał i nie było go

przez tydzień, może dłużej.

Nie zamieniłbym tych paru dni

za żaden skarb, za nic.”

Murzyna nie byłoby chyba w nieskończoność, a nie tylko przez tydzień, bo jak się później okazało, ten potomek Kunta-Kinte poszedł niby na alkohole, sprawdził cenę i wrócił do siebie, nie informując nikogo przy kasie, w tym czekającego na załatwienie jego sprawy Danielka, że cena rzeczywiście jest taka, jaką mówi Danielek (6,99$).

Pytam zatem kasowego ciecia, czy mam pójść i zrobić zdjęcie tej półce i cenie, skoro menager jak widać zabłądził.
– Ale to jest tylko 50 centów… – dziwi się mojej zawziętości cieć.
– TAK?! No to daj mi te 50 centów! – odpowiedziałem w najbardziej rozpierdalających sposób. A dokładnie, daj mi 53centy, bo tyle wyjdzie wraz z podatkiem!

Ciecia zatkało. Mówię, że tu nie chodzi o te 50 centów (chociaż oczywiście chodzi, bo takiemu Danielkowi jak ja, czyli potomkowi Szkota i Poznanianki, chodziłoby nawet o 2 centy). Ale tu chodzi o ZASADY! Skoro na pięciu kupowanych przeze mnie rzeczach, ceny się różnią na dwóch z nich, to to ONI są NIE FAIR, a nie ja! Blokowałem tę kasę ok. 15minut. Ludzie w kolejce oczywiście cierpliwi bardziej, niż cieć, który nie krył swojej irytacji moją zawziętością. Tacy klienci się raczej nie trafiają. Tu mało kto patrzy na cenę, gdyż ludzie kupują tu rzeczy nie na sztuki, jak ja, a na CAŁE wózki. Kilkadziesiąt artykułów i nie masz prawa zauważyć, że coś z ceną gdzieś „nie bangla”.

Zapłaciłem za wszystko prócz tego nieszczęsnego Martini i pędzę do czekoladowego managera stojącego na swoim stanowisku za liniami kas, jak ślepy, jednonogi pirat na orlim gnieździe na statku z banderą z czarną czaszką.

- I jaka, czarny chuju była cena na półce za moje Martini?! – chciałem zapytać, ale pewnie nie zrozumiałby tego „dick” czy „prick”. A przed sąd trafiłbym oczywiście nie za słowo chuju, a „czarny”. Z celi śmierci za tę straszną zbrodnię słowną (tu naprawdę, za nazwanie Murzyna per „Nigger” trafia się przed sąd!) musiałbym pisać do Donka Trumpa o ułaskawienie.
– No była Twoja cena, i już kazałem komuś ją zmienić na właściwą… – powiedział rozpierdalając moją cierpliwość N-word’owiec.
– To nie mogłeś podejść do kasy, przy której czekałem i mi zmienić ceny?! Straciłem przez Ciebie 20minut! W każdym normalnym sklepie dostaje się giftcard na 5$ za takie cyrki, a u Was co dostanę? – pytam wiedząc, że matka ZAWSZE wydębia od tych wszystkich Kroger takie właśnie zadośćuczynienie (w Polsce podobnie robi Tesco i Kaufland).
– Nie mogę Ci dać żadnej karty, bo to jest wbrew prawu. – ściemnia potomek Django.

Z wielką łaską obniżył mi tę cenę do 6,99$, co z podatkiem wyniosło 7,41$. Jako, że zawsze płacę gotówką, to daję mu 100$ i dodaję 41 centów drobniakami…
Jego mina była bezcenna, jakby krzyczała do mnie: „A po chuj mi te 41 centów?!”

Wychodząc ze sklepu, mijają kasowego ciecia, mówię do niego, że jednak MOJA cena jest właściwą.

- Do WI-DZE-NIA! – powiedział mi cieć w taki sposób, że mogłem odpowiedzieć mu tylko jedno, na tyle głośno, by usłyszał to z kilkunastu metrów – FUCK YOU!
* – szanuję każdą pracę i każdego pracownika, ale to był po prostu CIEĆ! Obowiązkiem takiego kogoś, jest pomagać klientom z uśmiechem na ustach i troską, a nie mieć do nich kurwa pretensje, że ceny się nie zgadzają. Dlatego to był CIEĆ, w odróżnieniu do setek czy tysięcy kasjerów, których pracę naprawdę podziwiam, szczególnie w arabskich sklepach z warzywami, w których te biedne kobiety muszą umieć rozpoznać setki, tysiące produktów, kilkaset podobnych do siebie owoców, warzyw, ziaren, pestek, kiełków.

  

1. Cena JAK BYK wynosi 6,99$. Obowiązuje do 29 lipca (a zakupu dokonywałem 28 lipca). Jakim trzeba być debilem, by tego nie rozumieć? CZARNYM debilem!
2 Pepsi na szczęście kupiłem w Kroger ;) 
3. Tak, wiem, to stary Router, ale mi jest potrzebny tylko po to, by zawiadować moją chmurą z dysku WD Cloud łączonego przez LAN, bo kabelek USB nie dodali, więc… taniej mi wyszło kupić router ;) Kamerkę nadrzewną komuś – coś?;) 

Specjalnie dla jednego z moich Czytelników, zaczerpnąłem temat tejże notki, od Doroty Masłowskiej. A co! Niech ma. Niech, skoro ja tu bełkoczę dla niego niezrozumiale, chociaż tytuł notki będzie dlań zrozumiały i swojski…
Tak, wiem, złośliwy skurwiel ze mnie. Pamiętliwy. Prawie tak złośliwy, jak Rumuni z Rochester Hills, MI…

Mój amerykański best BOSS ever, młodszy ode mnie o kilka lat Rafałek ma piękny, kilkuset m2 dom w świetnej dzielnicy bogatego, białego miasta. O dom swój dba tak samo, jeśli nie lepiej, niż Angela Merkel o syryjskich „uchodźców”. Rafał co roku myje myjką ciśnieniową cały dom z zewnątrz, czyści rynny z zalegających tam liści i śmieci, lakieruje kamienną elewację swojej hacjendy by kurz i mchy nie wnikały w strukturę kamienia, lakieruje cedrowe klepki, które corocznie blakną w michigańskim słońcu, itd. Dom ciągle wygląda tak świetnie, jakby wczoraj został wybudowany i oddany do użytku.
Przed swym wielkim, pięknym, zadbanym domem Rafał ma coś, co ma tylko promil Amerykanów. Jednocześnie jest to coś, co w Polsce ma większość naszych rodaków przed swoimi polskimi domkami…
Wiecie, w czym przebijamy Amerykanów tysiąckrotnie? W ilości podjazdów przed domem zbudowanych z kostki brukowej! Rafał sam, co tydzień ścina trawkę przed swoim domem. Tzn. trawę! Trawkę nie wiem, czy podcina, ale kwitnie mu ona na poddaszu pięknie… – żarcik! Bo hoduje ją w piwnicy! – znów żarcik. W garażu! ;)

O czym to ja…? Aa… za swoim pięknym, rozłożystym domem Rafał ma piękny, wielki TreeHouse dla trójki swoich dzieci, który to domeczek rozłożony na trzech wielkich drzewach ma większą powierzchnię, niż wiele polskich kawalerek. Za domem ma także wybrukowane palenisko, przy którym odbywa się większość rodzinnych spotkań przy ognisku. Z boku działki ma zamykany grill (czyli tutejsze BBQ) przerobiony z gazowego na opalany drewnem. Ma też w tym samym miejscu małą wędzarnię, by przed Wielkanocą i Bożym Narodzeniem uwędzić kilkadziesiąt funtów świniaka w postaci szyneczek, schabików i kiełbaski – pyyycha! Oczywiście o dwubramowym garażu wbudowanym w dom, a mieszczącym trzy wielkie samochody (obecnie dwa samochody i łódkę) nie muszę wspominać. No po prostu chata FULL Serwis. Pół „baniaka” Washingtonów trzeba przynieść, by Rafał w ogóle zaczął się zastanawiać, czy zechce oddać komuś swój house, czy trzeba donieść jeszcze ze dwa wiadra innych amerykańskich prezydentów.

Coś, co Amerykę odróżnia od Polski, to prócz braku kostki brukowej przed domem, to także brak płotów pomiędzy posiadłościami. Pisałem o tym już kilkaset notek temu, że Amerykanie się nie grodzą od swoich sąsiadów! W Polsce, każdy musi mieć płot (chociażby z siatki plecionej), bramę, furtki, jak w więzieniu. Ameryka jest krajem wolnym i tu płotów się raczej nie stawia. Co najwyżej, gdy ma się psa czy dzieciaki, grodzi się backyard, by pies nie poszedł gdzieś „w długą”, albo dzieciaki nie poszły za psem.
W żadnej rozsądnej dzielnicy bogatych miast nie ma płotów, tak jak w skandynawskich domach nie ma firanek w oknach (to ich odwieczna tradycja, bo w kraju, w którym mąż był najczęściej rybakiem wypływającym na kilka tygodni w morze, żona miała być transparentna, nie zasłaniać się firankami, by sąsiedzi i teściowa mogli podejrzeć, czy nie doprawia swojemu dalekobałtyckiemu mężowi rogów).

TAK, wiem, zaraz mi napiszecie, że pierdolę głupoty, bo przecież np. całe Hamtramck, MI jest ogrodzone od tyłu domu sąsiad od sąsiada, zasieki, pola minowe i wilcze doły. I że podobnie jest w tysiącach innych miast. I że na oglądanych przez Was filmach, gdy Gliniarz z Beverly Hills chce dopaść jakiegoś gangstera, to musi przeskoczyć przez wielki płot, albo pokonać solidną jak obietnice wyborcze polskich polityków, zwodzoną bramę (to nie bełkot, to zdanie złożone).

Powracając do płotowania się w USA. Mój best Boss Ever, jak na młodego Polaka przystało, postanowił się odgrodzić od swoich sąsiadów. Ale tylko od jednych, z jednej ze stron (tam, gdzie ma to ognisko, przy którym często mają miejsce ich rodzinne spotkania). Rok temu na spółkę z tymi sąsiadami, Rafał posadził 20 tui, by się nawzajem sąsiedzi nie podglądali. Teraz postanowił dostawić około 20metrów płotu. No i się zaczęło…

Tak naprawdę może by tego nie robił, może by tego płotu nie stawiał, ale jego sąsiadami są Rumuni. Rumuńskie małżeństwo około 50latków + trójka dzieciaków (około 18-letni syn, ok. 10-letnia córka (jak na Rumunkę, paskudna) i z 7-letni Rumunescu junior na dokładkę). Rodzina ta żyje z flippowania domów. Ot kupują jakiś zaniedbany dom lub totalną ruderę, remontują ją lub burzą i budują od nowa i sprzedają z ok. 100-200tys. $ zyskiem. Dlatego w domu jest u nich… dziwnie. Nie mają żadnego telewizora (podczas gdy średnia amerykańska to minimum z 1,5 telewizora na członka rodziny). A z domu liczącego 5 sypialni, zajmują tylko dwie – rodzice jedną, a dzieciaki po spartańsku urządzoną drugą (żona Rafała była kiedyś u nich w domu, więc zdała relację, a i z ogłoszeń wystawionych przez Rumunów na necie, widać, że ten dom jest jakby goły, gotowy do wyprowadzki w przeciągu kilku godzin, mimo, że oni tam normalnie mieszkają od 2-3lat).

Rafał przedłużył linię owych wspólnie z rumuńskim sąsiadem sadzonych i finansowanych tui drewnianym płotem i poznał moc europejskich spięć granicznych. Wydelegowany przez rumuńską żonę jej miękki jak parówka z MOMu (mięsa oddzielonego mechanicznie) mąż, przyszedł i oznajmił Rafałowi, że ów płot stoi na ich, rumuńskiej działce. Ów płot wtargnął na ich własność ziemską o całą stopę (30cm)! Że tak być nie może, itd.
Działka Rafała jest pięknie obsiana trawą, co tydzień koszona, działka Rumunów wygląda jak Bukareszt po rewolucji obalającej krwawe rządy Nicolae Ceausescu w 1989 roku. Syf, kiła, rzeżączka i mogiła, i psy szczekające dupami na dokładkę! Rumunia to kraj, gdzie psy w liczbie przekraczającej ludzką populację, szczekają dupami. Jest ich tam setki tysięcy (w samym Bukareszcie 65tys. bezdomnych psów terroryzuje ich stolicę, co kilka dni zagryzając jakieś dziecko lub nieświadomego zagrożenia turystę – byłem i widziałem na własne oczy). I taki też sam syf, jaki panuje w Bukareszcie ma na linii granicznej ów Rumun. Z przodu, przed wystawionym na sprzedaż domem mają ładnie, schludnie, ale za domem, chaszcze, chwasty, pozwalane drzewa, i szarogęszące się na tej zaniedbanej działce racoony (czyli szopy).

Oglądaliście Pawlaków? Tam, za dwa palce miedzy, ojciec Pawlaka, przez negocjacje z Kargulem za pomocą siekiery czy kosy, musiał uciekać do Ameryki. Podobnie spór graniczny eskalował pomiędzy Rafałem a Rumunescu. Rafał naprawdę nieświadomie wszedł na działkę Rumuna. Skoro linia wspólnie sadzonych tiu miała być linią graniczną, to przedłużenie jej wydawało się rozsądnym położeniem granicy, prawda? Rumun już na wstępie sporu orzekł, że im, a szczególnie jego żonie ten płot się nie podoba, więc niezależnie, gdzie by ów płot był, na czyjej działce, to ma go w ogóle nie być i tyle…

To już kolejny zestaw z poznanych przeze mnie amerykańskich małżeństw, w których żona jest „biczi” (sukowata), a mąż ma tylko pójść i załatwić jej sucze nastroje. Fajnie Wam, babeczki. Możecie wszystko zgonić na hormony i pogonić tego Waszego miękkiego parówka, by załatwił za Was przykre sprawy. Ale z Rafałkiem nie poszło Rumunescu tak łatwo. Nie po to pracuje z Danielkiem, który jest wyszczekany bardziej, niż jakakolwiek rumuńska suka, by dać sobie krzywdę zrobić. Rozmowa zakończyła się spokojnym i pełnym pokory stwierdzeniem Rafała (35latka) wobec Rumuna (50latka), że mieszkają w miłym, czystym, zadbanym, AMERYKAŃSKIM mieście. Że tu się dba o swoje domy, o swoje front- i backyardy, o swoje trawniki, o swoje obejścia. Że to nie jest Rumunia, gdzie jest tylko syf, kiła i… i co jeszcze Danielku…?

– I MOGIŁA! I gdzie psy dupami szczekają! – podpowiedział Danielek Rafałkowi i Rumunów w połączonej sile ojciec + rumuński syn o religijnie brzmiącym imieniu, Nathaniel zatkało na dobre. Poszli ze spuszczonymi głowami do suczej jamy, z której to suka jeszcze tego samego dnia nasłała na Rafała policję. Policja przyjechała, zapytała o co kaman, i tak „na boku”, „nieoficjalnie” powiedział miły police officer, że Rafał wydaje się „najs gajem”, i że cała ta sprawa to tylko marnowanie pieniędzy podatników. Ale skoro dostali wezwanie, to muszą przyjechać. Jednak takie sprawy należy wyjaśniać między sobą, bo oni mają ważniejsze sprawy na głowie, niż tysiące sporów sąsiedzkich.

Jako, że stalowy słupek wyznaczający przebieg granic działek został przekrzywiony przez korzenie rosnącego tuż obok drzewa, Rafał chciał zamówić geodetę ponownie wyznaczającego działki. Niestety najbliższy termin każdy z geodetów miał dopiero za 3 miesiące. Ot taka ich pewnie polityka, że wiedząc, że skoro Ci zależy na inwestycji, na możliwości rozpoczęcia kopania fundamentów czy czego to tam, to zapłacisz za usługę CITO. Ale Rafałowi na cito nie zależało, więc… owego geodetę „na już” zamówiła Rumunka i tenże wyznaczył nową linię podziału działek. Rzeczywiście, płot wtargnął na działkę Rumunów tak po skosie, zaczynając od ZERA, na początku przy tych nieszczęsnych tujach, kończąc na 30cm wgargnięcia na końcu płotu.
Następnego dnia Rafał pojechał do Urzędu Miasta, na policję i nawet do jednostki Straży Pożarnej. W City Hall pytał, co i jak może na swojej działce mieć. Jakie są wymagania co do płotów, ich usytuowania, kolorów, wzorów, itd. Czy są jakieś wytyczne co drzewnych domków dla dzieci i do innych rzeczy, których może się przypierdolić sukowata Rumunka (płot, domek na drzewie dla dzieci, palenisko, wędzarnia, itd.). Na straży pożarnej ponowił pytania odnośnie pożarowych zakazów dotyczących palenisk, a także tego, czy musi zgłaszać chęć zapalenia ogniska? Dostał odpowiedź, że jeśli ognisko jest zbudowane zgodnie z wymogami, gdy ma specjalny ring wyglądający jak wielki, chiński wok, i gdy są urządzenia pożarnicze przy ognisku, to można jarać bez powiadamiania Rochester Hills Fire Department. Na posterunku policji zgłosił groźby sąsiadki, odnośnie odstrzelenia psa. Policjant odpowiedział, że póki pies nie atakuje, to sąsiadka nie ma prawa do niego strzelać. Gdy zaatakuje, to i owszem – uspokoił Rafała oficer z Rochester Hills Police Department.
Ja nie czułbym się taki uspokojony, gdyż w razie rozstrzelania rafałowej suni, nikt nie udowodni rumuńskiej zbrodniarce, że pies jej nie atakował.
Najbardziej ucieszyła Rafała informacja dotycząca tego, czy są jakieś wymagania odnośnie położenia płotu, jego koloru, itd…

NIE MA!

No to skoro nie ma, to poszliśmy „po bandzie”. Rafałek zainwestował kolejne setki USD w przestawienie płotu o te sporne 30cm. W ponowne wypożyczenie maszyny wywiercającej dziury pod słupy do płotu (150$), w dwa lewary wyciągające zacementowane słupy starego płotu (130$), w nowy cement (ok. 60$), w dwa nowe słupy (ok. 20$), i przestawiliśmy ów płot o tę sporną stopę. Suka tym razem przyszła szczekać sama, skoro wysłany przez nią mąż wrócił z podkulonym ogonem. Suka stała i szczekała przez godzinę. Po angielsku oczywiście, bo ona w Stanach żyje od 40lat. Szczekała, że mimo, że płot jest już u Rafała, to i tak na jej ziemi (na tym zachwaszczonym pierdolniku na krańcu działki, na który oni nigdy nie zaglądają – przyp. autora) pozostały ślady po starych dziurach po słupach. Że gdy rafałowy pies znów wbiegnie na rumuńską działkę, to ona go zastrzeli, itd. Rafałowi od tego szczekania już pękała głowa, więc poszedł do domu zostawiając mnie na placu boju. Do Danielka się nie szczeka, bo każdy jakoś tak podświadomie wie, że to niebezpieczne. Suka zaczęła coś delikatnie skomleć w moim kierunku, więc zbyłem ją niezawodnym takich przypadkach:

– Aj don’t spik romanian lengłydż, gipsy woman… – odpowiedziałem z kazachstańskim akcentem na jej angielskie szczekanie i sukę skutecznie zatkało.

Gdy płot stał już w całości na rafałowej działce, oddalony zaledwie o cal od linii granicznej, pozostała ostatnia kwestia… Na jaki kolor pomalować ów płot od strony sąsiadów. Skoro nie ma miejskich wytycznych co do kolorowania płotów, Rafał wpadł na pomysł – różowy albo fluorescencyjny. Od naszej, rafałowej strony jest on oczywiście ciemnozielony, wtapiający się w otoczenie. Od strony Rumunesców płot …

– Pierdonijmy na tęczowo! – podpowiedział rozkochany w barwach LGBT Danielek. Taki płot będzie nie do ruszenia! Właśnie się zaczął miesiąc Gay Pride (miesiąc dumy z bycia gejami i lesbijkami!). W razie jak suka dotknie tak wymalowanego płotu lub chociaż szczeknie w jego kierunku, wzywamy wszystkie lewackie media, które od lat tak reklamują telewidzom kolory tęczy i bycie homo.

Jak Danielek wymyślił, tak też się stało. Mamy piękny, tęczowy płot, a do moich codziennych obowiązków zawodowych dołączyło przebieranie się za Biedronia. Rafał ma żonę i trójkę dzieci, więc nie wypada mu udawać geja czy robić spóźnionego coming-out. Danielek wszystko udaje doskonale, więc co rano ganiam wokół płotu jak Jacyków po Złotych Tarasach za nową kiecką.

Powyższa sprawa mogłaby dotyczyć dowolnej narodowości. W przeświadczeniu o uprzejmości Amerykanów należy pamiętać, że prawdziwymi Amerykanami są jedynie Indianie (głupi Kolumb ich przez pomyłkę tak nazwał, myśląc, że jest w Indiach). GPSa nie umiał obsługiwać, czy co?!
Myślę, że Indianie są naprawdę uprzejmi, tak pierwotnie i szczerze. Reszta jest … tylko ludźmi. Pamiętam syna mojej żydowskiej babci, który musiał sprzedać dom warty ponad 2mln USD, bo nie mógł znieść swojego sąsiada. Sąsiad nie wiem, jakiej był narodowości, ale w dzielnicy chat za 2mln USD, raczej nie był to ktoś przypadkowy, ktoś biedny, jakiś młody polski best Boss czy rumuński starszy flipper domów. Możliwe, że Arab, bo jedynie ich i Żydów stać na tego typu domy. A zatem syn „mojej” babci miał dwa psy szczekające podczas porannych zabaw ze sobą, drugi z sąsiadów nie życzył sobie ich szczekania. Mosze H. nie mógł zakazać swoim psom szczekania, więc sąsiad specjalnie, co sobotę i każdy inny dzień wolny, o godzinie 6:01 siadał na swoją kosiarkę i kosił trawę w najbardziej hałaśliwy sposób (a po linii granicznej między domami przejeżdżając po kilkadziesiąt razy). Mosze H. dał za wygraną i przeprowadził się ze swoimi psami wkurwiać jakiegoś mniej nerwowego sąsiada.

A my czekamy na dalszy rozwój wydarzeń międzysąsiedzkich. Rafał ostatnio, gdy wiatry odpowiednio wiały na rumuńską stronę, postanowił zapalić ognisko sprawdzając, czy Rumunka naśle na niego Straż Pożarną. Oczywiście jest kupę zakazów dotyczących palenia ognisk przy domu. Rafał ma owe ognisko wybrukowane 2 metry dokookoła paleniska, a dodatkowo ma liczący ok. 40cm murek wokół. Ale to nic, bo trzeba w środku tegoż murku mieć atestowany ring. Ring wygląda jak chiński wok, a woka ogień lubi uciekać bardziej, niż pokonywać 40 cm murek. No ale przepis to przepis. Trzeba mieć także urządzenia przeciwpożarowe w postaci… wiadra piasku z łopatką lub wiadra wody i już można spokojnie jarać i jarać i jarać.

Myślicie, że jak zakończy się ten spór. Rafał był tak

  https://youtu.be/pAbgc41pksE



FILM

 

1. Zwykła rumuńska ulica i jej panowie. Pies to zwierzę nieczyste, tak? Może by tak jeszcze wypuścić tysiące świń i… Rumunia będzie bezpieczna w pewnym względzie… ;) Zdjęcie zapożyczone z http://porumunsku.blogspot.com/
2. Zdjęcie płotu dorzucę, gdy je zrobię, albo gdy je odnajdę wśród 520 tys. zdjęć, które mam na dysku. Już od czterech lat się w nich gubię :(

3. I jak go nie lubić, prawda? Ciekawe, komu pan Afroamerykanin podpierd… od kogo pożyczył za dużą kaszkietówkę? Pawlak z „Niemamocnych” miał na czym czapkę nosić, a Pan Murzyn niestety nie…

PS Dziś (niedziela 9 lipca 2017) po raz chyba dopiero szósty czy siódmy moje lokalne, michigańskie media TV powiedziały coś o Polsce.
Przypomnę, że z tego co pamiętam, w zadupowej, lokalnej telewizji detroitskiej mówiono o Polsce, gdy…

1. Ktoś podpierdolił napis z oświęcimskiej bramy, że Praca Czyni Wolnym.
2. Kaczyński zakazał parady gejów w Warszawie.
3. Pewnie o naszym 9/11 czyli 4/10 mówili, ale gdy Tupolew lądował w Smoleńsku, byłem w Polsce i nie oglądałem tutejszych mediów.
4.
5.
6-7 – nie pamiętam;)

Ktoś zgadnie, o czym powiedzieli dziś?

Jak to dobrze, że dolar ceni się obecnie około 3,8 PLN za sztukę. Od prawie 10 lat, gdy bywam w USA, gdy Dolar rollercoasterował od około 1,99zł (w czasie kryzysu z 2008 r.) do ponad 4,2zł/$ (całkiem niedawno), dało się zauważyć pewną zależność. Wyliczyć algorytm na ilość wiadomości od znajomych względem kursu dolara…;)

Gdy dolar był tani, to znajomi walili drzwiami i oknami, by im w USA znaleźć, kupić, sprowadzić, przywieźć, wysłać, przemycić, to, pstro czy owo…
Bliskim znajomym robiłem to zawsze po kosztach (często jeszcze dokładając do interesu, gdyż mój czas w USA jest naprawdę cenny, więc i czas wolny jest nienajtańszy, i gdy muszę w tymże czasie jechać specjalnie po jakieś pierdoły do odległego sklepu, później do innego sklepu po odpowiednie pudełko, następnie to wszystko pakować tak, by nie latało w paczce i się nie obijało, zużywać kilometry szarej taśmy 3M, jechać do polskiego biura z którego to nadaję za cenę 12$ opłaty początkowej + 1$ za każde 450gram wagi paczki… Obawiać się przez 5-6 tygodni, czy to dotrze w nienaruszonym stanie, czy nie zaginie, czy celnik tego nie wyniucha, że to jednak nie jest „używana odzież – sztuk 3, używane obuwie – sztuk 2, książki – sztuk 8, zabawki – sztuk 4, itd.” za wartość celną 40$…

Jedni zamawiali u mnie „downrigger fishing” urządzenie do łódki, które robi kuku rybkom. Wielki wysięgnik, który nie mam pojęcia, jak matka zapakowała i wysłała adresatowi przez Ocean (bo przyszło to do mnie do USA, gdy byłem w Polsce, a zaprzyjaźniony rybak łódkowy nie chciał tak długo czekać na mój powrót do USA, bym to ja mu przesłał to dalej do Polski).  – Piotrze, zawsze możesz na mnie liczyć.

Inni zamawiali sprzęt do montażu klimatyzacji samochodowych Mastercoola. Klucze, których w Polsce nie ma, bo mają je tylko serwisy ASO, by kasować Was za byle klimatyzacyjną awarię grube tysiące PLN za serwis Waszej niedmuchającej zimnem klimy. – Arturze, także zawsze możesz na mnie liczyć.

Gdy tylko zamówienie jest rozsądne, czyli ktoś zamawia coś, czego w Polsce po prostu NIE MA, albo co jest wielokrotnie droższe, to zawsze pomogę. O ile mogę.
A nie mogę raczej tylko dla kogoś, kto np. nie odzywa się do mnie od roku czy dwóch. No tak, wyprowadziliśmy się do dwóch różnych miast, ale dla chcącego nic trudnego. Moje numery telefonu pozostały niezmienne, a i na Instagramie odzywałem się do tego kogoś, widząc jego tam aktywność (bo Facebooka Pawełek zlikwidował). I nagle ktoś taki udający, że od 2-3lat nie żyje, wali pytaniem na Instagramie, czy ciągle jestem w USA i czy mogę mu przywieźć z USA zegarek. Moja szczerość i nieowijalność w kokon jedwabnika jest oczywiście rozbrajająca, prawda? (foto nr 1).

Nie mogę też komuś, komu np. kupuję koszulki znanej i cenionej marki, które w USA wychodzą po 200zł, a w Polsce podobno są po 500zł. Zamawiam, kupuję, wysyłam i póki paczka nie dojdzie do Polski, ryzykuję własnymi pieniędzmi koszt całego zamówienia, frachtu i koszt ewentualnych „nieprzyjemności celnych”. Koszulki dochodzą, pasują, podobają się, ale są EXTRA i SUPER… ale tylko przez tydzień. Po tygodniu okazuje się, że w likwidowanym dyskoncie odzieżowym, wyprzedawali podobne koszulki po 50zł… Oczywiście zostaję o tym poinformowany z takim wyrzutem, że czuję się kurwa, jak jakiś oszust, który czterokrotnie „przyciął” na tych szmatach z pedalskim logo po lewej stronie torsu, mimo, że rachunki zawsze dostarczam wraz z towarem!

A zatem… wiedzcie jedno. Z USA przy odpowiednio wysokim kursie dolara nie opłaca się sprowadzać NIC! Co najwyżej dobrze wyrwaną elektronikę, laptopy ze średniej i wyższej półki (np. Dell kupowany na SALE w sklepach firmowych Microsoft czy gamerskie laptopy MSI z najnowszymi kartami GTX 1070 czy 1080). Rzeczy bardziej wyszukane, „elitarne”, rzadziej kupowane przez Amerykanów, takie jak np. wypasione zegarki Garmin po 500-600$ czy jakieś zegarki nurkowe są tu droższe. Po prostu ludzi, którzy się w to bawią, STAĆ JEST zapłacić więcej. Tanie są rzeczy tylko szybkorotujące, czyli to, co można kupić w każdym sklepie, co przeciętny Amerykanin zużywa kilka sztuk rocznie dlatego owe sklepy przebijają się promocjami – tak jest np. jeansami Levis.

Michael Kors dla kuzynki …
Ostatnio kuzynka zamówiła u mnie torebkę Michael Kors. Dokładnie to dwie torebki (miały wyjść ją taniej te dwie, niż w Polsce zapłaciłaby za jedną). Miały…
Na SALE na stronie internetowej Korsa wynalazła jakieś dwa skórzane worki na damskie szpargały. Worki z przegródkami, zameczkami, rączkami i małą kłódeczką z logo MK. Za te dwie torebki zapłaciła/-łem 254$ (czyli 970zł). Odpowiednio było to 156$ za większą, model 30H6GM9T9L (cena normalna to 298$, obecnie staniała do 111$, ale nie mówcie kuzynce, bo się wkurwi, że przepłaciła). Drugą była bankietowa torebunia za 83$, model 32S4GTVC3L (cena nominalna to 148$ i tyleż kosztuje ona dziś). Czyli w sumie dziś zapłaciłaby… 275$ (doliczając 6% podatku). Pisząc tę notkę i sprawdzając owe ceny na dziś, na teraz, i widząc, że cena tej dużej torebki spadła… ot tak spontanicznie zamówiłem jeszcze 4 sztuki. A co! Kto bog… kto głupiemu zabroni!;) $473.83 poszłooo z mojego MasterCarda. O czym to ja chciałem…

Absolutnie nie rozumiem „fenomenu” tejże marki, ale skoro Wam się podobają, to OK. Wg. mnie, mają za mało przegródek. W Polsce nasze kobiety mają w tych torebkach wszystko! Po 2-3 komórki, dokumenty, wypchany portfel, itd. Szczotki do włosów, grzebienie, szczoteczki do zębów, płyn do płukania ust, gumy, gumki, spiralki, wkładki, tampony, zapalniczka, papierosy, latarka, lokówka, zalotka, sokowirówka, granat zaczepny, itd. I to wszystko musi być pozamykane, by jakiś doliniarz nie sięgnął do rozpiętej torebki i nie pozbawił nas portfela czy komórki.

W USA większość torebek to takie jakby worki, w których islamista mógłby spokojnie pomieścić ze 2-3 obcięte głowy. Bez przegródek, lub co najwyżej z jedną, z jedną kieszonką na komóreczkę. Ale model Korsa kuzynki okazał się wypasiony w przegródki, zameczki, kieszonki.

Gdy lata temu zamawiałem przez internet lustrzankę cyfrową Canon (za 1111$), czy kamerę termowizyjną Flir (za 2000$), itp. gadżety, to kurier zostawiał to pod drzwiami. Ot, pukał w drzwi i odchodził, a moje precjoza za grube tysiące dolarów leżały pod drzwiami. Obecnie, gdy nasiliły się kradzieże spod drzwi (na szczęście, ptfu-ptfu nie na naszym osiedlu), gdy ludzie zaczęli montować systemy monitoringu i przynajmniej raz w tygodniu można ujrzeć w TV ryj jakiegoś rabusia kradnącego przesyłki, UPS zamiast torebek kuzynki zostawił mi zaproszenie do swojej placówki. To pierwszy taki przypadek w mojej zamówniczej na necie karierze.

Torebunie przyszły po kilku dniach. Kors jest tak pewny swej zajebistości, że mailowo mnie informował, że coś pięknego jest w drodze do mnie. O jejku!
Owe ojejki doszły, ale kuzynka marząca o wypakowaniu w Polsce tego pachnącego Stanami świata, prosiła, bym nawet nie otwierał owej paczki, tylko wpakował ją w większą pakę i posłał to do niej…

Jako, że paczka morska idzie ok 5-6tygodni, a ona na wakacje wyjeżdża o wiele wcześniej, poprosiła, bym wysłał jej to pocztą lotniczą! To moja pierwsza tego typu przesyłka, więc nie miałem pojęcia, jaki błąd popełniamy… Po pierwsze, to cena – 46$ za ważącą zaledwie 5kg paczuszkę, to chyba przesada, prawda?

W przesyłkach lotniczych bardziej od masy paczki liczy się jej gabaryt, więc poinformowany przez Izunię z biura wysyłkowego paczek, że jak to przepakuję w coś mniejszego, zapłacę mniej…, tak też uczyniłem. Przepakowałem Michała Korsa do czegoś o 1/3 mniejszego i cena przesyłki spadła do 29$.

Wartość celna… oczywiście, dla mnie tego typu torebki nie są nic warte, chujowo z nimi wyglądam gdy przewieszam je sobie przez ramię, no chyba że założę sobie je na głowę (ale wówczas się co chwilę wypierdalam, bo nic w nich nie widzę, a robić dziury na oczy w nowiusiej torebce szkoda)… Tak więc phi… wpiszcie, że to nie jest warte więcej niż 40$…  I paczuszka poszła w pizdu… (czyli do Polski).

Dzień, drugi, trzeci… Kuzynka przebierała nóżkami bardziej i częściej, niż przed nocą poślubną. Zapisała się na lekcje stepowania, nóżki były tak eksajding z powodu lecących do niej dwóch torebusi.
Dzień czwarty, piąty, szósty… Zamiast kuriera z wymarzoną torebką, kuzynka dostała telefon. Tzn. odebrała telefon, bo dostać telefon to mogłaby od operatora, po podpisaniu dwuletniej umowy.

- Dzień dobry. Tu Urząd Celny Warszawa Okęcie. Mamy dla Pani przesyłkę… – powiedziała miłym głosem gestapowca pani celniczka.
- No i chuj korzyści strzelił. – pomyślała kuzynka wdziewając trzewiki i waląc prosto na Okęcie.
- Czy tam, w tej Ameryce jest jakaś wyprzedaż tych Korsów? Tylko dziś zatrzymaliśmy dwanaście torebek – zapytała miła pani celnik, która pewnie żałuje, że pracuje na niewłaściwej granicy, że wszędzie kamery i że nie może brać takich łapówek, by nie tyle Michaela Korsa, ale Louis Vuitton’e kupować sobie codziennie nowego…
- To jest warte więcej niż 40$, wie Pani o tym – zapytała celniczka przyglądając się nowiutkiej, jeszcze zafoliowanej torebusi, z gąbeczkami na łańcuszkach, sprzączkach, i kłódeczce z MK na wierzchu.
- Nie wiem, ale to prezent od wujka, a ceny prezentów nie należy podawać, prawda? – odpowiedziała kuzynka.

- Zajebisty wujek! Poznasz mnie z nim…? – mogłaby zapytać celniczka.
- Tak, dlaczego nie. Proszę, oto jego zdjęcie – mogłaby wyciągnąć moja kuzynka swojego Ajfona i pokazać mój szreczyzm twarzowy nieświadomej celniczce.
- O ku%^wa!, dlaczego wujek się fotografuje bez torebki na głowie?! W takich przypadkach tego typu przykrywka powinna być obowiązkowa! – mogłaby zażartować celniczka…

Jednak celniczka zamiast żartować, musiała dopełnić formalności i po opłaceniu *** domiaru celnego, kuzyneczka mogła śmigać po Warszawie z Korsem.

Czyli już wiecie, że jakby coś, ktoś, to NIGDY pocztą lotniczą! ;)
Obecnie mam zamówienie na 100 (słownie: STO) I-phone 7. Jeśli cena w USA okaże się okazyjna, to mam tylko odebrać przelew, pójść do BestBuy czy Apple Store, wyciągnąć te 50-60tys. USD z kieszeni na ladę, wpakować 100 Ajfonów do bagażnika Toyoty, pojechać do Izki z Amerpolu i wysłać to jako jabłka do Polski…
Szczerze… nie chce mi się.

A zatem, dziś, przez tę notkę okazało się, że do długiej listy sklepów, do których powinni mi zabronić wstępu (m.in. wczoraj kupiłem w Meijer 18 latarek LED, więcej nie mieli), teraz powinni dodać stronę internetową Michaela Korsa ;)

I to jest właśnie Ameryka… Dzień w pracy (i to niepełny) i masz dla siebie lub dla swojej kobiety torebusię, o której większość Polek może tylko pomarzyć, albo na którą musi brać kredyt… :(

*** – kto odgadnie lub będzie najbliższy odgadnięcia wysokości cła, które naliczono kuzynce za te torebunie, ten dostanie ode mnie… Korsa ze zniżką ;)

  Blog - zamówienie Kors 

1-2. Prosto i z mostu. A co! To jest właśnie Danielek. Którego oficjalnie się może nie lubi, nie znosi, którego starsze i teoretycznie mądrzejsze kuzynki uważają za zbyt wyniosłego (a co ja mam być, UPADŁY?), za którego plecami się pierdoli, jaki on jest popierdolony, ale za plecami tychże pleców, wyznaje się mu, że w swojej popierdolowości, jestem normalny.
3. Dzisiejsze Korsy… Czy nie wiecie, co to za choroba, że gdy widzę coś za 1/3 lub 1/4 ceny, to po prostu MUSZĘ to kupić?! I to nigdy nie jedno…;)
4. Wczorajsze latarki, przedczorajsze żarówki LED, przedprzedwczorajsze farby w Sprayu, przed…-sze wskaźniki laserowe, itd.


  • RSS