Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Wpisy w kategorii: Bez kategorii

Jak to dobrze, że dolar ceni się obecnie około 3,8 PLN za sztukę. Od prawie 10 lat, gdy bywam w USA, gdy Dolar rollercoasterował od około 1,99zł (w czasie kryzysu z 2008 r.) do ponad 4,2zł/$ (całkiem niedawno), dało się zauważyć pewną zależność. Wyliczyć algorytm na ilość wiadomości od znajomych względem kursu dolara…;)

Gdy dolar był tani, to znajomi walili drzwiami i oknami, by im w USA znaleźć, kupić, sprowadzić, przywieźć, wysłać, przemycić, to, pstro czy owo…
Bliskim znajomym robiłem to zawsze po kosztach (często jeszcze dokładając do interesu, gdyż mój czas w USA jest naprawdę cenny, więc i czas wolny jest nienajtańszy, i gdy muszę w tymże czasie jechać specjalnie po jakieś pierdoły do odległego sklepu, później do innego sklepu po odpowiednie pudełko, następnie to wszystko pakować tak, by nie latało w paczce i się nie obijało, zużywać kilometry szarej taśmy 3M, jechać do polskiego biura z którego to nadaję za cenę 12$ opłaty początkowej + 1$ za każde 450gram wagi paczki… Obawiać się przez 5-6 tygodni, czy to dotrze w nienaruszonym stanie, czy nie zaginie, czy celnik tego nie wyniucha, że to jednak nie jest „używana odzież – sztuk 3, używane obuwie – sztuk 2, książki – sztuk 8, zabawki – sztuk 4, itd.” za wartość celną 40$…

Jedni zamawiali u mnie „downrigger fishing” urządzenie do łódki, które robi kuku rybkom. Wielki wysięgnik, który nie mam pojęcia, jak matka zapakowała i wysłała adresatowi przez Ocean (bo przyszło to do mnie do USA, gdy byłem w Polsce, a zaprzyjaźniony rybak łódkowy nie chciał tak długo czekać na mój powrót do USA, bym to ja mu przesłał to dalej do Polski).  – Piotrze, zawsze możesz na mnie liczyć.

Inni zamawiali sprzęt do montażu klimatyzacji samochodowych Mastercoola. Klucze, których w Polsce nie ma, bo mają je tylko serwisy ASO, by kasować Was za byle klimatyzacyjną awarię grube tysiące PLN za serwis Waszej niedmuchającej zimnem klimy. – Arturze, także zawsze możesz na mnie liczyć.

Gdy tylko zamówienie jest rozsądne, czyli ktoś zamawia coś, czego w Polsce po prostu NIE MA, albo co jest wielokrotnie droższe, to zawsze pomogę. O ile mogę.
A nie mogę raczej tylko dla kogoś, kto np. nie odzywa się do mnie od roku czy dwóch. No tak, wyprowadziliśmy się do dwóch różnych miast, ale dla chcącego nic trudnego. Moje numery telefonu pozostały niezmienne, a i na Instagramie odzywałem się do tego kogoś, widząc jego tam aktywność (bo Facebooka Pawełek zlikwidował). I nagle ktoś taki udający, że od 2-3lat nie żyje, wali pytaniem na Instagramie, czy ciągle jestem w USA i czy mogę mu przywieźć z USA zegarek. Moja szczerość i nieowijalność w kokon jedwabnika jest oczywiście rozbrajająca, prawda? (foto nr 1).

Nie mogę też komuś, komu np. kupuję koszulki znanej i cenionej marki, które w USA wychodzą po 200zł, a w Polsce podobno są po 500zł. Zamawiam, kupuję, wysyłam i póki paczka nie dojdzie do Polski, ryzykuję własnymi pieniędzmi koszt całego zamówienia, frachtu i koszt ewentualnych „nieprzyjemności celnych”. Koszulki dochodzą, pasują, podobają się, ale są EXTRA i SUPER… ale tylko przez tydzień. Po tygodniu okazuje się, że w likwidowanym dyskoncie odzieżowym, wyprzedawali podobne koszulki po 50zł… Oczywiście zostaję o tym poinformowany z takim wyrzutem, że czuję się kurwa, jak jakiś oszust, który czterokrotnie „przyciął” na tych szmatach z pedalskim logo po lewej stronie torsu, mimo, że rachunki zawsze dostarczam wraz z towarem!

A zatem… wiedzcie jedno. Z USA przy odpowiednio wysokim kursie dolara nie opłaca się sprowadzać NIC! Co najwyżej dobrze wyrwaną elektronikę, laptopy ze średniej i wyższej półki (np. Dell kupowany na SALE w sklepach firmowych Microsoft czy gamerskie laptopy MSI z najnowszymi kartami GTX 1070 czy 1080). Rzeczy bardziej wyszukane, „elitarne”, rzadziej kupowane przez Amerykanów, takie jak np. wypasione zegarki Garmin po 500-600$ czy jakieś zegarki nurkowe są tu droższe. Po prostu ludzi, którzy się w to bawią, STAĆ JEST zapłacić więcej. Tanie są rzeczy tylko szybkorotujące, czyli to, co można kupić w każdym sklepie, co przeciętny Amerykanin zużywa kilka sztuk rocznie dlatego owe sklepy przebijają się promocjami – tak jest np. jeansami Levis.

Michael Kors dla kuzynki …
Ostatnio kuzynka zamówiła u mnie torebkę Michael Kors. Dokładnie to dwie torebki (miały wyjść ją taniej te dwie, niż w Polsce zapłaciłaby za jedną). Miały…
Na SALE na stronie internetowej Korsa wynalazła jakieś dwa skórzane worki na damskie szpargały. Worki z przegródkami, zameczkami, rączkami i małą kłódeczką z logo MK. Za te dwie torebki zapłaciła/-łem 254$ (czyli 970zł). Odpowiednio było to 156$ za większą, model 30H6GM9T9L (cena normalna to 298$, obecnie staniała do 111$, ale nie mówcie kuzynce, bo się wkurwi, że przepłaciła). Drugą była bankietowa torebunia za 83$, model 32S4GTVC3L (cena nominalna to 148$ i tyleż kosztuje ona dziś). Czyli w sumie dziś zapłaciłaby… 275$ (doliczając 6% podatku). Pisząc tę notkę i sprawdzając owe ceny na dziś, na teraz, i widząc, że cena tej dużej torebki spadła… ot tak spontanicznie zamówiłem jeszcze 4 sztuki. A co! Kto bog… kto głupiemu zabroni!;) $473.83 poszłooo z mojego MasterCarda. O czym to ja chciałem…

Absolutnie nie rozumiem „fenomenu” tejże marki, ale skoro Wam się podobają, to OK. Wg. mnie, mają za mało przegródek. W Polsce nasze kobiety mają w tych torebkach wszystko! Po 2-3 komórki, dokumenty, wypchany portfel, itd. Szczotki do włosów, grzebienie, szczoteczki do zębów, płyn do płukania ust, gumy, gumki, spiralki, wkładki, tampony, zapalniczka, papierosy, latarka, lokówka, zalotka, sokowirówka, granat zaczepny, itd. I to wszystko musi być pozamykane, by jakiś doliniarz nie sięgnął do rozpiętej torebki i nie pozbawił nas portfela czy komórki.

W USA większość torebek to takie jakby worki, w których islamista mógłby spokojnie pomieścić ze 2-3 obcięte głowy. Bez przegródek, lub co najwyżej z jedną, z jedną kieszonką na komóreczkę. Ale model Korsa kuzynki okazał się wypasiony w przegródki, zameczki, kieszonki.

Gdy lata temu zamawiałem przez internet lustrzankę cyfrową Canon (za 1111$), czy kamerę termowizyjną Flir (za 2000$), itp. gadżety, to kurier zostawiał to pod drzwiami. Ot, pukał w drzwi i odchodził, a moje precjoza za grube tysiące dolarów leżały pod drzwiami. Obecnie, gdy nasiliły się kradzieże spod drzwi (na szczęście, ptfu-ptfu nie na naszym osiedlu), gdy ludzie zaczęli montować systemy monitoringu i przynajmniej raz w tygodniu można ujrzeć w TV ryj jakiegoś rabusia kradnącego przesyłki, UPS zamiast torebek kuzynki zostawił mi zaproszenie do swojej placówki. To pierwszy taki przypadek w mojej zamówniczej na necie karierze.

Torebunie przyszły po kilku dniach. Kors jest tak pewny swej zajebistości, że mailowo mnie informował, że coś pięknego jest w drodze do mnie. O jejku!
Owe ojejki doszły, ale kuzynka marząca o wypakowaniu w Polsce tego pachnącego Stanami świata, prosiła, bym nawet nie otwierał owej paczki, tylko wpakował ją w większą pakę i posłał to do niej…

Jako, że paczka morska idzie ok 5-6tygodni, a ona na wakacje wyjeżdża o wiele wcześniej, poprosiła, bym wysłał jej to pocztą lotniczą! To moja pierwsza tego typu przesyłka, więc nie miałem pojęcia, jaki błąd popełniamy… Po pierwsze, to cena – 46$ za ważącą zaledwie 5kg paczuszkę, to chyba przesada, prawda?

W przesyłkach lotniczych bardziej od masy paczki liczy się jej gabaryt, więc poinformowany przez Izunię z biura wysyłkowego paczek, że jak to przepakuję w coś mniejszego, zapłacę mniej…, tak też uczyniłem. Przepakowałem Michała Korsa do czegoś o 1/3 mniejszego i cena przesyłki spadła do 29$.

Wartość celna… oczywiście, dla mnie tego typu torebki nie są nic warte, chujowo z nimi wyglądam gdy przewieszam je sobie przez ramię, no chyba że założę sobie je na głowę (ale wówczas się co chwilę wypierdalam, bo nic w nich nie widzę, a robić dziury na oczy w nowiusiej torebce szkoda)… Tak więc phi… wpiszcie, że to nie jest warte więcej niż 40$…  I paczuszka poszła w pizdu… (czyli do Polski).

Dzień, drugi, trzeci… Kuzynka przebierała nóżkami bardziej i częściej, niż przed nocą poślubną. Zapisała się na lekcje stepowania, nóżki były tak eksajding z powodu lecących do niej dwóch torebusi.
Dzień czwarty, piąty, szósty… Zamiast kuriera z wymarzoną torebką, kuzynka dostała telefon. Tzn. odebrała telefon, bo dostać telefon to mogłaby od operatora, po podpisaniu dwuletniej umowy.

- Dzień dobry. Tu Urząd Celny Warszawa Okęcie. Mamy dla Pani przesyłkę… – powiedziała miłym głosem gestapowca pani celniczka.
- No i chuj korzyści strzelił. – pomyślała kuzynka wdziewając trzewiki i waląc prosto na Okęcie.
- Czy tam, w tej Ameryce jest jakaś wyprzedaż tych Korsów? Tylko dziś zatrzymaliśmy dwanaście torebek – zapytała miła pani celnik, która pewnie żałuje, że pracuje na niewłaściwej granicy, że wszędzie kamery i że nie może brać takich łapówek, by nie tyle Michaela Korsa, ale Louis Vuitton’e kupować sobie codziennie nowego…
- To jest warte więcej niż 40$, wie Pani o tym – zapytała celniczka przyglądając się nowiutkiej, jeszcze zafoliowanej torebusi, z gąbeczkami na łańcuszkach, sprzączkach, i kłódeczce z MK na wierzchu.
- Nie wiem, ale to prezent od wujka, a ceny prezentów nie należy podawać, prawda? – odpowiedziała kuzynka.

- Zajebisty wujek! Poznasz mnie z nim…? – mogłaby zapytać celniczka.
- Tak, dlaczego nie. Proszę, oto jego zdjęcie – mogłaby wyciągnąć moja kuzynka swojego Ajfona i pokazać mój szreczyzm twarzowy nieświadomej celniczce.
- O ku%^wa!, dlaczego wujek się fotografuje bez torebki na głowie?! W takich przypadkach tego typu przykrywka powinna być obowiązkowa! – mogłaby zażartować celniczka…

Jednak celniczka zamiast żartować, musiała dopełnić formalności i po opłaceniu *** domiaru celnego, kuzyneczka mogła śmigać po Warszawie z Korsem.

Czyli już wiecie, że jakby coś, ktoś, to NIGDY pocztą lotniczą! ;)
Obecnie mam zamówienie na 100 (słownie: STO) I-phone 7. Jeśli cena w USA okaże się okazyjna, to mam tylko odebrać przelew, pójść do BestBuy czy Apple Store, wyciągnąć te 50-60tys. USD z kieszeni na ladę, wpakować 100 Ajfonów do bagażnika Toyoty, pojechać do Izki z Amerpolu i wysłać to jako jabłka do Polski…
Szczerze… nie chce mi się.

A zatem, dziś, przez tę notkę okazało się, że do długiej listy sklepów, do których powinni mi zabronić wstępu (m.in. wczoraj kupiłem w Meijer 18 latarek LED, więcej nie mieli), teraz powinni dodać stronę internetową Michaela Korsa ;)

I to jest właśnie Ameryka… Dzień w pracy (i to niepełny) i masz dla siebie lub dla swojej kobiety torebusię, o której większość Polek może tylko pomarzyć, albo na którą musi brać kredyt… :(

*** – kto odgadnie lub będzie najbliższy odgadnięcia wysokości cła, które naliczono kuzynce za te torebunie, ten dostanie ode mnie… Korsa ze zniżką ;)

  Blog - zamówienie Kors 

1-2. Prosto i z mostu. A co! To jest właśnie Danielek. Którego oficjalnie się może nie lubi, nie znosi, którego starsze i teoretycznie mądrzejsze kuzynki uważają za zbyt wyniosłego (a co ja mam być, UPADŁY?), za którego plecami się pierdoli, jaki on jest popierdolony, ale za plecami tychże pleców, wyznaje się mu, że w swojej popierdolowości, jestem normalny.
3. Dzisiejsze Korsy… Czy nie wiecie, co to za choroba, że gdy widzę coś za 1/3 lub 1/4 ceny, to po prostu MUSZĘ to kupić?! I to nigdy nie jedno…;)
4. Wczorajsze latarki, przedczorajsze żarówki LED, przedprzedwczorajsze farby w Sprayu, przed…-sze wskaźniki laserowe, itd.

Jak wiecie, czasem, gdy kumulacja w amerykańskim Lotku rośnie do kilkuset milionów dolarów, proszę Was o liczby z zakresu od 1 do 75. Gdy już zbiorę tych liczb sześć, to nadaję kupon z Waszymi typami, a dodatkowo jeszcze skreślam drugi zakład z minutami nadejścia Waszych propozycji.

Ot, ktoś o 1:23 komentuje, że jego liczba to 72, więc na jednym kuponie skreślam tę jego 72, a na drugim skreślam 23 i tak co sześć Waszych typów, mam dwa kupony… Metoda jest tak genialna, że … wygrałem dzięki niej 6$ (inwestując 63$ w wykup losów;) Stopa zwrotu… jak w Banku Staropolskim tuż po jego upadku w 2000 roku, czy jak w Lehman Brothers w 2008 r….

O czym to ja chciałem? A no… o kumulacji… Weźcie Wy mnie walcie jakąś linijką po łapach, gdy pisząc o czymś, zaczynam wtrącać jakieś wątki poboczne. Zawsze prawdziwe, ale często pasujące jak Ryszard Petru do klubu Mensy… Później taki jeden z drugim (czyli z jego własnym alter ego) piszą mi, że są tak oczytani, że bez problemu zrozumieli bełkot Doroty Masłowskiej w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”, a mnie nie mogą nic a nic, nothing, null, nikagda.

O czym to…
No tak. Danielek gra w Megamillions od kumulacji do kumulacji, a także od tankowania, do tankowania. Zawsze, gdy tankuję samochód od pustego do pełna, przeznaczam dolara na los z wyborem chybił trafił. I ciągle nic… Aż do niedawna…

Jak pewnie nie wiecie, prócz próśb do Was o cyfry, rok temu zażartowałem sobie i przy kumulacji sięgającej ponad 500mln USD, która to forsa wystarczyłaby na zakup niezbędnych mi 4 bomb atomowych, napisałem list do Boga (tego „naszego”). Ot, by mi pomógł wygrać, a wówczas pomogę Mu czterema grzybami atomowymi, przywrócić równowagę sił w naturze… „Bogu” zapewne znał cyfry, ale mi ich nie zdradził, bo w razie czego poradzi on sobie z Rogalikami bez grzybów…
Tydzień później, gdy nikt nie wygrał owych 500mln, napisałem drugi list do Jego największego Konkurenta. List, z racji często pojawiającej się w nim „Hali Banacha”, został przekonwertowany w JPG, by maszyny szpiegowskie mnie nie wyśledziły. Akbar niestety cyferek mi nie podarował, bo zapomniałem, że lichwa i hazard w ich religii są zakazane…

Podczas wizyty w Polsce odwiedziłem mojego wrocławskiego przyjaciela. Zawitałem do niego na kilka dni, i podczas niespodziewanie trzeźwych wieczorów, T., chłopak naprawdę bardzo mądry, któremu m.in. „Krótką historię czasu” Hawkinga rodzice czytali w kołysce zamiast Muminków, minimalnie przegiął mój światopogląd religijny, z linii prostej, jak EKG nieboszczyka, w delikatne piki…

KUMULACJA!, pisz do kur%^y nędzy o tej kumulacji… !
Miesiąc temu, na fanpejdżowy profil FB mojego bloga, napisała jakąś łamaną polszczyzną kobieta z Peru. Ot, niby Polka, która wyszła za Peruwiańczyka, on jest inżynierem, ale mało zarabia, choruje ostatnio. Syn też pracuje, ale tam, w Limie bieda, mieszkają na kupie w rozpadającej się chatce…

Jako, że Danielek jaja ma jak balony (z których uszło powietrze), dla owych jaj odpisałem kobiecince, by wybadać, czy jest komputerowym BOTem czy pisze to prawdziwa persona (może Polka, a może tylko google translator). Po kilku zamienionych zdaniach wyszło mi na to, że albo to był świetny BOT, z idealnym algorytmem genetycznym, albo tam naprawdę siedziała polska baba. I pisała dalej, że ona prócz biednego męża i syna, ma także bogatego znajomego, któremu kiedyś pomogła wygrać w jakiejś peruwiańskiej loterii fortunę i może mi też podobnie pomóc. Oo… to się Danielkowi zaświeciło zielone światełko w tunelu do miliarderowania.

A zatem piszę babie tak:
Łoki, jak tylko dzięki Twoim cyfrom wygram, to wybuduję Ci w Limie taką chatę, jakiej nie ma nikt (no może prócz baronów narkotykowych i polityków i Adriany Limy, jeśli Adri jest z Limy… – LINIJKA i po łapach!)

Dostałem zestaw cyferek, nadałem i… jak to Danielek, nie sprawdzałem wyników przez kilkanaście dni. W USA kupony są ważne chyba rok, lub pół, lub dwa miesiące, więc ja tylko nadaję je, i naprawdę rzadko kiedy sprawdzam. Najczęściej tuż przed odlotem do Polski. Sprawdziłem tym razem i…

i muszę lecieć do Limy, by dotrzymać słowa…

TAK, pamiętam o wszystkich Was, którym obiecałem, że jak wygram, to pomogę…
– G., TAK, dostaniesz te 250tys. USD na stworzenie 10 miejsc pracy dla Amerykanów, by dzięki temu dostać tę wymarzoną Zieloną Kartę.
– M., TAK, kupię Ci nowego Trucka (w Dieslu, Heavy Duty – nie mam pojęcia, ale tu dieslowe Pickupy cenią się bardziej od benzyniaków)
– K., TAK, ściągnę Cię z Hiszpanii, zafunduję prawą, górną trójkę, kupię Ci prawo jazdy i jakąś furę
– Temu, Temu i Temu spłacę hipotekę.
– …
o kimś zapomniałem?

Ta notka będzie miała jeszcze ciąg dalszy i drugie dno…
Zaskakujące tak, że chyba wielu Wam przewartościują się pieniądze… A przynajmniej taką mam nadzieję.
Bienvenido, Peru, hola Lima!

Na początku zadam językowe pytanie – czy odpowiada Wam powyższa odmiana słowa „jeździć”? Mi nie pasuje ona absolutnie, ale niestety po piętnastu latach od wydania mojej pierwszej książki, w której poprawione przez korektorkę słowo „jeźdź” jest jednym z pierwszych z treści owej książki, przypomniałem sobie, że właśnie tak to się pisze po polsku. (To w ramach wyjaśnienia, gdyby ktoś chciał mi zarzucić błąd w tytule notki;)

Oglądając na Youtube film jednego z zachodnich podróżników, który odwiedza po kolei wszystkie kraje świata i opowiada o 10 rzeczach, które go zaskoczyły w danym państwie, w Polsce było to m.in. :

- „polish face” – to nasze nieuśmiechanie się. Nie smutni, nie weseli, ot taki Polish Face:),
– jak bardzo Polska, a szczególnie Warszawa została zniszczona podczas II wojny i jak ją wspaniale odbudowaliśmy,
– Polacy kochają ziemniaki i kapustę,
– jak tanio jest w Polsce dla turystów,
– język polski jest nie do nauczenia się! ;)

O czym to ja chciałem? Aa… o jeździe Danielka po USA.
Zawsze gdy tu przyjeżdżam, to się wyciszam jeżdżeniowo. W Polsce mam zaledwie 116KM auto, do najbliższej autostrady ponad 100km, paliwo drogie, Azorów i Burków pochowanych w swych „kijankach” i „sreberkach” pełno, mandaty relatywnie do zarobków drogie (szczególnie do zarobków polskiego bezrobotnego), a mimo to nie jeżdżę, a zapierdalam! Może nie tyle pirat ze mnie gnający po 200km/h na zabudowanym, ale po prostu uważam, że prędkość bezpieczna to taka 90-110km/h i utrzymuję ją raczej… ciągle, niezależnie od terenu zabudowanego czy nie ;) Jak ktoś ma mi wleźć pod samochód, to trafię go nawet jak będę się toczył te 50km/h, prawda?

Przyjeżdżam do USA i … i z roku na rok zauważam, że amerykańscy kierowcy dziczeją. 9lat temu, gdy przyjechałem tutaj pierwszy raz (zaznaczam, że to okolice Detroit, a nie np. Chicago, gdzie gdy byłem kilka lat temu, zauważyłem diametralną różnicę w sposobie poruszania się Illinoiczyków względem Michigańczyków). A może to okolice, po których się wówczas poruszałem – bogate miasta na zachód od Detroit, miasta koszernych emerytów, itd.?

Czasy się zmieniają i zdziczenie za kierownicą przychodzi już i tutaj. Jedną z oznak tego jest montowanie przez Amerykanów w swych samochodach wideorejestratorów. Przyszło to lata temu do Polski z dzikiej Rosji, na zachód Europy raczej nie poszło, bo w wielu krajach tzw. wolnej i demokratycznej Unii Europejskiej posiadanie takiego urządzenia jest karane mandatem do 25tys. Euro (m.in. w Austrii – za uprawianie monitoringu wizyjnego w miejscach publicznych). Ale w USA możesz za kierownicą raczej wszystko (nawet jechać z 0,79 promila alkoholu w układzie krwionośnym).

A zatem, w tych liberalnych komunikacyjnie Stanach, gdzie zazwyczaj są po 2-3 pasy w jedną stronę, tanie paliwo, mądrze ustalone ograniczenia i wszyscy raczej się ich trzymali… To było lata temu. Obecnie… wszyscy widząc, że można jechać szybciej, że mandat za niewiele wyższą prędkość to w zależności od naszej historii mandatowej, zaledwie ok. 100$ (kilka godzin pracy)… Ryzyko opłaca się, a dreszczyk emocji jest warty więcej, niż tzw. ticket. Specjalnie w tym celu zajrzałem w taryfikator i oto, co następuje:

1-5 mil ponad limit – 0punktów – $90.00 mandatu
6-10 mil ponad limit – 1punkt – $105.00 mandatu
11-15 mil ponad limit – 2punkty – $120.00 mandatu
16-25 mil ponad limit – 3punkty – $140.00 mandatu
26+ mil ponad limit – 3 punkty – $155.00 mandatu
+ $4.00 za każdą milę za dużo.

Hmm… dopiero jak ściągnąłem sobie tę powyższą tabelkę, to widzę, że zarabiam po kilka tysięcy dolarów dziennie (niezłapany na tych wszystkich przekroczeniach ;)

Jak wiecie, są ludzie stworzeni do jazdy samochodem, i tacy, którzy nie powinni jeździć nawet jako pasażerowie. Jakim jestem kierowcą? Of course, najlepszym na świecie, przecież to oczywiste! ;)

W Polsce, dbając o spalanie, ja po prostu… staram się nie hamować. Robię wszystko, by nie zużywać nadaremno ani jednego dżula energii dostarczanej przez kosztowne i dymiące paliwo diesla. A zatem ja zazwyczaj jadę.. nawet jak korek, to ja jadę. Nawet jak ograniczenie czy ostry zakręt, to ja nie zwalniam. Jeżdżę bez użycia środkowego pedału (w aucie z manualną skrzynią biegów), czy lewego pedału w aucie z automatyczną skrzynią biegów, czy bez użycia Biedronia, gdy jadę do ciotki do Słupska… Ktoś wyskoczy mi z bocznej uliczki – nie hamuję, wyprzedzam go nawet po lewej stronie wysepki albo pasem awaryjnym. Płynność jazdy przede wszystkim. I gdy ktoś burzy moją ekonomię lub spokój za kierownicą, to dostaję furii. W Polsce owej furii drogowej doznaję z trzech powodów.

1. Jak ktoś nie umie zająć właściwego pasa ruchu na rondzie i chce mnie taranować przejeżdżając całe rondo zewnętrznym pasem.
2. Jak ktoś swoim mikroskopijnym autem zajmuje dwa-trzy-cztery miejsca parkingowe.
3. Jak ktoś włącza się do ruchu z bocznej uliczki i rozpędza się ekonomicznie.

W USA furii dostaję tylko z jednego powodu – jak ktoś podczas jazdy siedzi na smartfonie. CAŁĄ DROGĘ! Ten temat doczeka się osobnej notki.

Wracam przedwczoraj z pracy. Zmęczony po 11h, czwartek, więc deficyt senny w tym tygodniu to już ok. 8godzin. No ale wracam do domku, więc nastrój pozytywny… Wracam szybką ulicą Mound, na której mogę gonić 50mil/h, ale jest tak dziurawa, jak mózg krowy z gąbczastym zapaleniem mózgu. Baa… dam sobie obciąć … paznokcie, albo kłaki spod pach, że na 15kilometrowym odcinku tej drogi jest więcej dziur, niż ludzi w Michigan! A zatem jadę i zaczynam się irytować, że z każdym wpadnięciem koła w dziurę, wymieniony dwa miesiące temu amortyzator, trzeba będzie znów wymieniać. 10 mila… 11… Jeszcze siedem mil w górę i będę w domu. Pędzę, zielona fala, więc z nudów się rozglądam po sąsiednich pasach. Głowa to w prawo to w lewo, by upewnić się, że ten patafian przede mną (zazwyczaj jest to patafianka) na pewno grzebie w smartfonie, zamiast zapierdalać te dozwolone 80km/h. No tak…
Pierwsza trafiona – macham wkurwiony głową, że świnia zamiast trzymać racice na kierownicy, to dłubie kopytami w telefonie. Drugi samochód jadący o 5-10mil/h wolniej niż dozwolone, ruszający 10sekund później, niż reszta startujących na zielonym, zostawiający 100 metrów wolnego przed sobą – kolejna idiotka za kierownicą – trąbię! Przy kolejnych, trąbiąc, pukam się telefonem w moją piękną główkę, prostuję środkowy palec i myślę – KURWA, nie wyrobię na naboje do Glocka, jak zacznę do nich wszystkich kiedyś strzelać!

Wpadam w moją przydomową 18-stą milę w której dziur mniej, a tu przede mną mamuśka w wielkim pickupie Ford F-150, która zamiast ruszać, gdy widzi zielone, wytresowana jak krowa – zielone jak trawa – JEDŹ, czerwone jak tarcza torreadora – STÓJ krowo i czekaj na byka… Ruszyła z opóźnieniem i zaczęła jechać 30mil/h na dozwolonych 45. Więc Danielek wykonał po raz piąty w swojej amerykańskiej karierze ten najbardziej niesamowity w USA manewr wyprzedzania. Dojeżdżam do kolejnego skrzyżowania już jako pierwszy na światłach, stoję na lewoskręcie i czekam na zielone, patrzę w prawo, na pas do prawoskrętu, a tu swoim pościgowym samochodem stoi policjant. Uchylił szybę i pokazuje mi palcem gest, bym stanął za skrzyżowaniem. To ja mu pokazuję, czy stanąć po lewej, gdzie zamierzam skręcać, czy pojechać za nim na prawo, by mu było łatwiej mnie dopaść i zastrzelić?

Popatrzył na biednego Danielka z oczami wielkimi i błagalnymi, jak te oczyyyska kotka ze Shreka, któremu ktoś właśnie nadepnął na ogon lub jądro i… machnął ręką.
A może po prostu rozpoznał we mnie Araba i… wiedział, że wytłumaczę się zaraz jakimś Ramadanem, modłami, minaretem, halalem, krową, świnią, whateverem? Cokolwiek złagodziło jego psi stosunek do mnie, Akbar zapłać mu za to!

Nie wiem, co na owego sterlingowego policjanta zadziałało, ale udało mi się tym razem. Paragrafu by raczej na mnie nie znalazł. Ona jechała 30, ja mogłem jechać 45. Wyprzedziłem wprawdzie na drodze pełnej skrzyżowań ulicy głównej z uliczkami osiedlowymi, ale nie było napisane No Passing Zone.
Jednak wiem, że gdy już mnie kiedyś jakiś psina trafi, to będę musiał wziąć pożyczkę na hipotekę, by się wypłacić … ;(

Póki co, zero punktów karnych, trzy otrzymane za niezatrzymanie się na STOPie skasowały się 6lat temu, 135$ szkoda do dziś;)



1. Proszę mi nie mówić, pisać, ględzić, że jestem hipokrytą i sam używam komórki za kierownicą. Mój mózg ma cztery półkule i każda odpowiada za inną funkcję życiową. Prawa ręka, gdy trzyma smartfon w trybie Recording, jest niezależna od reszty mojego układu, oczy patrzą przed siebie, na drogę, ręka wie, gdzie się poruszać i jak kadrować (NAPRAWDĘ!).

Gdy przed zeszłorocznymi wyborami na prezydenta USA wpuściłem hurraoptymistyczną notkę o tym, że kandydat Trump gościł w moim mieście, że byłem na tym spotkaniu, że porobiłem zdjęcia i nakręciłem film… Zaczęło się wówczas! Moi masochistyczni znajomi z FB naskoczyli na mnie, że jestem durny, że popieram takiego kandydata.

Gdy ów kandydat dwa dni później wygrał wybory i znów dostał ode mnie Hur-Hur-Hurrapki na moim profilu na FB, znów Robercik (były naczelny polskojęzycznego niemieckiego portalu internetowego), wariował w komentarzowni, że głupi jestem, że się cieszę z takiego wyboru Amerykanów. Na blogu także różni Janusze intelektu zaczęli komentować, że głupki z tych nas, którzy wybrali Trumpa. Że z obiecywanych w kampanii rzeczy i tak Trump nic nie spełni, bo prezydent USA tak naprawdę gówno może, itd.

Co może, czego nie… widać lub nie widać w Waszych kuluriowych tiliwizorach. Gdyby nie tęczowe lewactwo posiadające w swych łapskach media, Trump by triumfował codziennie! Dzięki niemu nie wyemigrowały michigańskie fabryki samochodów do Meksyku, co miały we wcześniejszych planach, by ciąć koszty. Dzięki niemu Ameryka nie podpisała paryskich bredni mafii ekologicznej (w USA mam o wiele zdrowsze powietrze, niż Krakowiacy czy Rybniczanie, obecnie index zasyfienia powietrza w moim mieście wynosi 31, a jest tuż po wieczornym szczycie komunikacyjnym, podczas gdy śpiąca, zapierdziana bigosem ze słoików Warszawa – 51). Dzięki prezydentowi USA przybysze z kilku islamskich krajów świata, są niemile widziani na amerykańskich lotniskach. Itd. DONEK rządzi! A lewackie media, każdy z programów rozrywkowych, każdy talkshow, każdy amerykański Wojewódzki, każdy tutejszy Szymon Majewski, każda hamerycka Dżyzga zaczynają swój program żartami, skeczami, wpadkami Trumpa. KAŻDY! 30 minutowy program, 10 pierwszych minut jaaazdaaa na Trumpa. Rzygać się już chce.

Powracając do jego polityki… Od dwóch dni z Detroit i okolic mają miejsce deportacje Irakijczyków i innych takich, którzy w USA przebywają raczej nielegalnie. Nawet jeśli są tu od 20-30lat, nawet jak mają tutaj dzieci (które są obywatelami USA, bo w Stanach obowiązuje „prawo ziemi”, czyli narodowość nabywa się wraz z miejscem urodzenia). Podobno zabierają nawet ludzi ze szpitali w trakcie leczenia raka! Szok i niedowierzanie, nie?

Pamiętajcie!, każdy nielegalnie przebywający w USA traci większość praw! Czyta się tego typu ostrzeżenia na plakatach na lotniskach, że każdy jest mile widziany w USA, że Welcome in America, ale gdy zostaniesz tutaj chociaż o jeden dzień dłużej niż pozwala Ci na to wiza, możesz zostać aresztowany i trzymany tak długo, jak się ICE (U.S. Immigration and Customs Enforcement) spodoba. Witamy, ale do czasu…

Powracając do deportacji… Wszyscy obecnie deportowani, mieli kiedyś jakiś zatarg z amerykańskim prawem. Za multi-kultowych rządów lewaków, mogłeś będąc tutaj nielegalnie być łapanym z trawką, za jazdę po pijanemu, za przestępstwa seksualne, za porwania, zabójstwa, mieć nakaz deportowania, itd., ale jeśli byłeś z Middle East, nic Ci raczej nie groziło. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze i za Trumpa polecisz za te przewinienia sprzed lat do swojego prawdziwego domciu. Baj, Baj!

Nawet ja, który z przemiłą chęcią, nabojami kupowanymi za własne pieniądze… witałbym pontony na europejskich nabrzeżach, jestem w szoku widząc zakutych w łańcuchy na nogach i rękach Irakijczyków wrzucanych do samolotów wywożących ich wprost do Bagdadu! Co prawda, póki co są pakowani do autobusów i przewożeni do wyjaśnienia ich statusu, ale … pewnie wielu z nich czeka lot na Bliski Wschód.
Wielu z tych wyrzucanych z USA Arabów, to katolicy (iraccy koptyści, czyli ktoś kto wierzy w Jezusa po stokroć bardziej od polskich katolików, i po tysiąckroć bardziej od Katoli). Na miejscu czeka ich zapewne śmierć, bo nie dość, że chrześcijanie, to jeszcze po arabsku często już nie rozmawiający, i jeszcze z tatuażami (znamionami diabła, które w USA ma 90 % Amerykanów).

Wkrótce zamieszczę notkę (a może wystarczy tylko film) o tym, jak bardzo iraccy chrześcijanie wierzą w Boga (tego naszego, z rozrabiającym Jezusem pędzącym wino na pustyni, i Maryją bezburkową i Duchem Świętym gratis). Jeden film, i naprawdę wielu przeciwników arabskiego uchodźctwa do Polski może się szczerze zaskoczyć… ARABSKIEGO, nie muzułmańskiego!

Mój stan w USA w którym mieszkam, Michigan, kojarzony przez większość z Was jest jedynie z murzynami z Detroit. Obecnie jest to stan, w którym Rogaliki dokonały dwóch NAJ lub FIRST. Niegdyś polski Hamtramck, MI, stał się dwa lata temu pierwszym miastem rządzonym przez Muzułmanów. A Dearborn, MI, jest od jeszcze dawniej miastem o największym w USA odsetku Rogalików. To właśnie stamtąd pochodzi Mułła Ahmad Musa Jibril, którego fanami byli kolesie jeżdżący niedawno po Londyńczykach BUSem (chcieli wypożyczyć TIRa, ale jak się okazało, forsy z socjalu na karcie mieli za mało, więc wystarczyło im tylko na busika).

Cytując klasyka – jak tu żyć, panie Prezydencie, jak żyć?
A zatem, PLAY filmu i…

To jest Ameryka, to jest Prawo (może i bez Sprawiedliwości), to jest Prezydent.
Dziękuję za uwagę.






 

1. Bye, BYE. :)
2. A tak amerykańskie lewactwo, komicy, aktorzy, media walczą z legalnie wybranym Prezydentem.
To coś, to Kathy Griffin, ulubienica Sorosa, działaczka LGBT… Nieźle jej się w tej tęczowej główce popierdoliło, nie? 

Z ponad miesięcznym opóźnieniem zaczynamy ciąg dalszy Ameryki :) Tym razem popełniłem straszny błąd taktyczny i przyleciałem tutaj, do Michigan na lato… Zapowiada się ono BARRRDZO gorące. Nie dlatego, że Donald Trump wreszcie zdecyduje się odpalić jakąś atomówkę na swych „przyjaciół” z Arabii Saudyjskiej czy na terrorystów z Kataru. Po prostu lata w Michigan są zazwyczaj GORĄĄĄCE i parne przez obecne w tym stanie 11tysięcy jezior. Dzisiaj, 11 czerwca miałem +34stC, więc jako, że na szczęście była to niedziela, nawet nie wychodziłem ze sklimatyzowanego do poziomu 24stC domu. Co innego, gdyby był to piątek, gdy Minaret wzywa…

Od razu zaznaczam, że mój blog pewnie stanie się prócz newsami z USA, także moim trybunem netowym. Takim Hyde Parkiem, na który będę wrzucał też rzeczy i przemyślenia oderwane od tematyki Stanów Zjednoczonych. Pejsbook pewnie mnie pewnego dnia wykopie na dobreee… i jedynie tu pozostanie to, co mam do powiedzenia… A będzie tego wiele… Ostatni rok zajmowałem się bardzo wyczerpującym intelektualnie i grafomańsko projektem, ale jest już ukończony. Hip-hip-huraapki!

Po kilku moich debatach i sporach na FB, chodzi mi po głowie kilka tematów, które zechcę rozwinąć zarówno na FB, jak i tu. Będzie o zmienieniu nam przez media, polityków i ekonomistów, naszych naturalnych potrzeb na jakieś wyimaginowane pragnienia, będzie o tym, jak jesteśmy w Polsce pozamykani w naszych M-2 jak kury-nioski w klatkach, będzie o moim przejściu na… Oj ta notka o przejściu będzie przekozacka. Próbuję pozyskać ochroniarzy od Salmana Rushdiego, by móc opublikować to, co siedzi mi w głowie, ale Salman mówi, że takiego beletrystycznego samobójcy to jego ochroniarze na pewno nie odważą się ochraniać…
Ale nie uprzedzając faktów, robię małą retrospekcję, do 30 kwietnia 2017, gdy po raz kolejny wybrałem się do USA…

USA podejście któreśnaste – wiosna 2017.
Tym razem kupując bilet w ostatniej chwili, pozwoliłem się przelecieć niemieckiej linii lotniczej, w której biją polskich posłów Rokitów. Lufthansa nie wiem, czy okazała się najtańsza, ale jakoś tak po prostu, podpasowała mi tym razem. Jako, że zazwyczaj startuję o 6:00 do Paryża lub Amsterdamu, by stamtąd około 10:00 lecieć już bezpośrednio do Detroit, tym razem postanowiłem zmienić tę rutynę i polecieć przez Frankfurt grubo po południu. Noc zatem musiałem spędzić w Warszawie, u kuzynów… I tu pierwsza nieamerykańska wtrącka. A może właśnie amerykańska na zasadzie kontrastu…?

Mój 35letni kuzyn 2lata temu poślubił swą wybrankę. Pewnie nigdy by się nie zdecydował na ów krok, ale jedynie małżeństwo dawało im na tyle powiększone zdolności kredytowe, by mogli nabyć to 46 metrowe mieszkanie na Bemowie, które będą spłacać do 2050 r. Piękne mieszkanie, nowe, pachnące, ze świetnym widokiem na balkony dziesiątek mieszkań tak samo zaganianych Warszawiaków (miejscowych lub przyjezdnych). Nie wiem, czy lubię Warszawę, bo bywam w niej sporadycznie. Wiem, że kocham Wrocław (bo oddałem mu pięć najlepszych lat życia), że lubię Poznań (bo chyba ze 3lata tam mieszkałem z moją EX). Ale do Warszawy nie potrafię się ustosunkować…

Od razu zaznaczam, że nie jestem burżujem, a wręcz jestem minimalistą. Nie potrzebuję hektarów mieszkań, salonów większych, niż boiska piłkarskie, czy chociażby tak duże jak tuskowe orliki na których ciupał w gałę z gałoobrabiaczami z PO. Przez 5lat wynajmowaliśmy wraz z moją Fionce 31 metrową kawalerkę i dobrze nam było. Nawet imprezki na 8-10 osób się udawały w takiej ciasnocie. Teraz, mając w Polsce ponad 3x większe mieszkanie od owej kawalerki wiem, że ŻADEN metr nie jest metrem zbytecznym. Przestrzeń to wolność. To nie tylko możliwość imprezowania w 20 osób na raz. To nie możliwość przenocowania 2-3 rodzin. To nie dylemat, którą sypialnię pomalować jakim kolorem…

Dopiero w tym jego wymarzonym warszawskim mieszkaniu mojego kuzyna, w ich naprawdę ładnym i gustownym M-2 zrozumiałem, że tam nie ma nawet miejsca na łóżeczko dla dziecka. Na wąskim korytarzyku ledwie się mieści posłanie dla ich Yorka (a i tak ta bestia woli spać z „rodzicami”, lub z wujkiem Danielkiem, gdy nocował u nich). Przestało mnie wreszcie dziwić, dlaczego Amerykanie mają tak wielkie domy… Po 200-300 metrów kwadratowych, po minimum 3 sypialnie + wielki salon i piwnica niewliczana w metraż mieszkania, w której spokojnie można przenocować trzypokoleniową rodzinę bliskowschodnich uchodźców… Przestało mnie dziwić, że jadąc co roku do zaprzyjaźnionej amerykańskiej rodziny na ich amerykańskie Święto Dziękczynienia, przybywa im tam minimum 1-2 nowych dzieci… tworząc średnią ok. 3,2-3,5 dzieciaka na parę (a „warsztaty” jeszcze niepozamykane).

Dopiero na Bemowie, nocując w kuchnio-salonie kuzyna to pojąłem… Że szczęściem w tym kraju znad Wisły jest dostać 35letni kredyt w jednym z żydowskich banków i znaleźć pracę w „prestiżowej” żydowskiej korporacji (większość z Was w takich pracuje, mając tego świadomość lub nie). Nawet zaczynając dzień od FB, „pracujemy” dla żydowskiego portalu, wchodząc na Insta – to samo, szukając czegoś w Google – podobnie, słuchając w wiadomościach faktów cytowanych za Reutersem, dowiadując się o gospodarce z Bloomberga, jeżdżąc autem marki X i Y, oglądając filmy z Hollywood, a nawet pewnie czytając tego bloga… Nie ma na świecie chyba żadnego dobrze prosperującego przedsięwzięcia, w które nie wtykaliby swojego orlego nosa i koszernych paluchów Pejsbooki.

Nie, że jestem antysemitą. Po prostu po zagłębianiu się przez ostatni rok BARDZO głęboko w sprawy historyczno – społeczno – ekonomiczno – gospodarcze, jestem po prostu świadomy tego, że jeden naród podporządkował sobie świat. Że kilkaset osób rządzi tymże światem, i żaden z nich nie jest politykiem. Że kapitał oczywiście ma narodowość… I nie jest ona bynajmniej naszą narodowością.
Ich pieniądze, ich reguły, ich władza. Opcje dla Was – pracująca właścicielka Yorka z szansami na awans, albo bezrobotna młoda mama bez środków na opłacanie rat kredytowych… – temat rozwinę w jednej z przyszłych notek.

Pełna przemyśleń noc na Bemowie minęła w miarę szybko i cicho, jak na Warszawę. York zbudził mnie rano chwaleniem się, że on może sobie polizać o poranku jajka, a ja do swoich nie sięgam… Wyszczekał jeszcze, (tzn. wymerdał ogonem, bo Yorki nie szczekają) : „wujek, wujek, chodź na spacer, postraszę Twoim szrekowym ryjem wszystkie groźne psy w okolicy…”. I tymże skończyła się moja wizyta u kuzynów.

Pora na Okęcie.
Wyglądam, jak to mawia jeden z moich znajomych, jak pakistański wypasacz owiec (OWIEC, nie kóz!). Może właśnie dlatego, gdy szedłem po Okęciu z moją wielką walizką bagażu głównego + niemałym bagażem podręcznym + torbą na aparat + plecakiem na laptopa i przypadkiem przechodziłem obok bramki, na której odprawiali się Pejsbuki na lot do Izraela, to obstawiająca te bramki jednostka specjalna w sile czterech uzbrojonych po zęby policjantów, zwróciła swą baczną uwagę jedynie na mnie.

Świetnie kurwa! Zginąć za ryj od „bratniego ognia” w centrum Warszawy?! A gdy nie znajdą w mym bagażu bomby ani Kałasznikowa pod pazuchą, to podrzucą mi do bagażu C-4, by uzasadnić owo zabójstwo.

- Chłopaki, nie strzelajcie! Jak mnie zabijecie, to Matka mnie jutro zabije po raz drugi, jak jej nie dowiozę tych 10 pieczonych pierogów z kaszą i kilku z soczewicą!

I gdy tak patrzyłem sobie na tych agentów, zastanawiając się, który z nich nie wytrzyma mojego spojrzenia i sięgnie po broń… zacząłem się zastanawiać, jak to jest w USA… Ze Stanów też oczywiście latają samoloty do Israela. Czasem mijani przeze mnie na lotniskach judaiści mają tak długie pejsy, że przewracają się na nich, gdy sobie je przydepczą tymi wypastowanymi butami, a nikt jakoś specjalnie nie zabezpiecza GATE w których dokonują tej pierwszej odprawy biletowo-bagażowej w otwartej strefie lotniska. W lepszych dzielnicach, po których czasem jeżdżę, jest pełno żydowskich szkół, klubów, sam w kilku bywałem – ZERO ochrony, monitoringu, wieżyczek strażniczych czy zasieków…. W piątki, w wielu sklepach widzę SETKI młodych i starszych Judaistów, którzy w tych swoich myckach dokonują zakupów, często w dzielnicach także o niemałym nasyceniu Arabami.
I nikt tu nigdy nikogo takiego nie zaatakował… Zabawne, nie? Czy może zastanawiające…?

Nierozstrzelany przez polskich SWAT, wsiadłem w samolocik do Frankfurtu i pofruuunąłem w przestworza do kalifatu germańskiego. Tak, wiem, polski MSZ odradza wyprawy do krajów islamskich, ale na szczęście we Frankfurcie nie opuszczałem bezpiecznej strefy lotniska.

Aa.. no jeszcze Chicago.
Lecąc Lufthansą do Chicago, chciałem zrobić zdjęcie kokpitu, by wrzucić na Insta może ostatnią fotkę w życiu… Zapytałem stewardesę, czy mogę zrobić mym zajebistym ajfonem pikczer.
– Nein! Nicht! – odpowiedziała wredna Helga, na moje pytanie, czy mogę cyknąć wolanty, displeje i resztę knefli i guzików na konsoli sterowania samolotem.
– Łaj nejn? – zapytał Danielek.
– Bo od cykania się z pilotem jestem tu ja! – odpowiedziała Helga, a że była tak brzydka, jak tylko może być przeciętna niemiecka Helga, to pomyślałem, że jedyny pilot z którym mogłaby się „cykać”, to automatyczny (zwany wibratorem).

Chicago powitało mnie oberwaniem chmury. Bieg do budek strażników granicznych i szybkie wymyślanie wymówek, dlaczego tak długo byłem w Polsce, dlaczego tak krótko bywam w USA, czym się zajmuję, itd.
Przypadła mi tym razem spowiedź przed jakimś Peresem, czyli Latynos lub syn Latynosów, bo mało meksykański mi się wydał. Myślę sobie – kurwa, trzeba było zgolić tę brodę, bo w czasach Trumpa, pewnie mnie nie wpuszczą, albo zastrzelą profilaktycznie już na granicy.

- Ala Akbar ? – zapytał Peres patrząc podejrzliwie na moją uchodźczą brodę.
– No! Hesus Akbar! – odpowiedział Danielek bez arabskiego akcentu.
– WELCOME Home!

Może rozmowa nie przebiegała dokładnie tak, bo do końca jej nie pamiętam. Od wrednej Helgi, stewardesy luft-francowej na długiej trasie Frankfurt – Chicago wydębiłem kilka piw, i dzięki nim, gdy wychodziłem z samolotu, Helga wyglądała już całkiem znośnie ;) Powracając do granicznych spytek przez Peresa pamiętam, że była to moja najkrótsza rozmowa powitalna ze strażnikiem. Ot chyba powiedziałem, że wracam tak późno, że byłem tyle w Polsce, bo spędzałem tam Easter, ale na Ramadan zaczynający się z końcem maja, zawsze wracam do USA. No nie, kurwa, tego chyba też nie powiedziałem.
Helga, więcej nie dawaj mi piwa…! Chyba, że Karmi. Albo jakieś piwo halal, które tam pewnie już produkujecie w swym kalifacie niemieckim?

Obsługa ostatniego mojego tego dnia lotu na trasie Chicago – Detroit, z American Airlines zapytana, czy mogę zrobić zdjęcie cockpitowi samolotu, odpowiedziała…
JASNE, Danielku! To nie Lufthansa, a ja nie jestem Helga. A może chcesz wpaść w trakcie lotu poprowadzić?
– Nie, dziękuję, prowadziłem kilka lat temu LOTowskiego Dremlinera i do dziś stoi spierdolony na pasie awaryjnym Okęcia…
– You’re so funny, Danielku.

Ostatni akapit notki będzie o uprzejmości… Wiele razy już o niej pisałem odnośnie USA, i o nieuprzejmości, którą się zauważa wracając do Polski. Ów temat też doczeka się osobnej notki, a dzisiejsze wynaturzenie narodziło się już 6tygodni temu na tym chicagowskim lotnisku. Ostatnio do rozwinięcia owej notki natknęła mnie „dyskusja” na profilu Piotra Tymochowicza na FB. Timoore wrócił na chwilę do Polski ze swojej nowej ojczyzny, Kambodży i jest przerażony naszą nieuprzejmością. Naszą zawiścią i tym, jak media się na niego rzuciły z powodu tego, że ma 3x młodszą żonę od siebie, itd. Oczywiście Piotr chwilę po swoim wpisie dostaje kilkadziesiąt komentarzy od klakierów, którzy wyjechawszy na chwilę z Polski, już nie mogą patrzeć na polską mentalność, nieuprzejmość, na ten „Polish Face”. Ja też to zauważam, ale mnie to PIERDOLI, kto jak na mnie patrzy. Dla mnie to jedynie doświadczenie, które gdzieś kiedyś dostanie swoje ujście beletrystyczno-grafomańskie. Kolejnego takiego doświadczenia doznałem w Chicago… Wczujcie się…!

Wśród zmęczonych podróżnych czekających na późnowieczorny lot do Detroit, przechodziła się gruba jak szafa pancerna generała Kiszczaka kobieta. Mało tego, że gruba, to jeszcze prowadziła przed sobą szeroki wózek dla bliźniąt. Bliźnięta oczywiście biegały wokół, a ona tym szerokim wózkiem próbowała przecisnąć się między dwoma rzędami oczekujących. Taki wózek składa się jednym ruchem i można go prowadzić 4x węższy, ale ona nie potrafiła albo jej się nie chciało. W Polsce by usłyszała:

- Gdzie się krowo pchasz?!
– Gdzie się kurwa wciskasz?
– Nie ma miejsca! Napierdalaj naokoło.
– Taka świnia powinna kupować dwa bilety!
– Taka świnia powinna mieć osobny korytarz! (Tak i to prowadzący prosto do rzeźni! – przytaknęłaby reszta pasażerów).
– Kurwa, ja pierdolę, co za locha i jeszcze prosiąt nie pilnuje.
– ….

A jeśli by tego nie usłyszała zwerbalizowanego od naszych rodaków, to by odczytała to w spojrzeniach ludzi. Ale w USA, na tym chicagowskim lotnisku, w paskudną burzę, między kapiącymi z dachu kroplami, wymęczeni całym dniem w Windy City ludzie robili jej miejsce… Uprzejmie, z uśmiechem, zabierali swoje bagaże z jej drogi, podciagali nogi na udach których mieli swoje 17calowe laptopy i kobieta jakoś przeszła. W podzięce za ludzką uprzejmość, między sapnięciami, każdemu z mijanych ludzi mówiła…

- O jakie śliczne buty – starszej murzynce o jej jaskrawożółtych Nike.
– O jaki gustowny cover do Ajfona – młodej dziewczynie z Iphone 7 przy uchu
– O jaki duży, ładny laptop i przystojny informatyk – do Danielka (no nie o przystojności wolała nie skłamać;)

I to jest właśnie Ameryka. Nie zrozumiecie, póki tego nie zobaczycie, nie usłyszycie, nie poczujecie.
No to RUSZAMY. Kto się cieszy z mojego powrotu, łapka w górę.
Wśród ŁapkoGórowców rozlosujemy tego oto psa. Ikar się wabi. Ale wybrakowany jakiś, bo nie lata;)

    

1. Wujek, wujek, skoro nie potrafisz polizać sobie jajek, to chodź na spacer. Postraszę Tobą kolegów ;)
2. Cockpit załogi, która nie jest cockami ;)
3. A jednak chwilę pokierowałem samolotem ;) Wolę jednak Quady ;) I Jet Ski – będą w jednej z przyszłych notek o Memorial Weekendzie z Abdulem;)


  • RSS