Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Wpisy, których autorem jest Danielek

Jak wiecie, czasem, gdy kumulacja w amerykańskim Lotku rośnie do kilkuset milionów dolarów, proszę Was o liczby z zakresu od 1 do 75. Gdy już zbiorę tych liczb sześć, to nadaję kupon z Waszymi typami, a dodatkowo jeszcze skreślam drugi zakład z minutami nadejścia Waszych propozycji.

Ot, ktoś o 1:23 komentuje, że jego liczba to 72, więc na jednym kuponie skreślam tę jego 72, a na drugim skreślam 23 i tak co sześć Waszych typów, mam dwa kupony… Metoda jest tak genialna, że … wygrałem dzięki niej 6$ (inwestując 63$ w wykup losów;) Stopa zwrotu… jak w Banku Staropolskim tuż po jego upadku w 2000 roku, czy jak w Lehman Brothers w 2008 r….

O czym to ja chciałem? A no… o kumulacji… Weźcie Wy mnie walcie jakąś linijką po łapach, gdy pisząc o czymś, zaczynam wtrącać jakieś wątki poboczne. Zawsze prawdziwe, ale często pasujące jak Ryszard Petru do klubu Mensy… Później taki jeden z drugim (czyli z jego własnym alter ego) piszą mi, że są tak oczytani, że bez problemu zrozumieli bełkot Doroty Masłowskiej w „Wojnie polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”, a mnie nie mogą nic a nic, nothing, null, nikagda.

O czym to…
No tak. Danielek gra w Megamillions od kumulacji do kumulacji, a także od tankowania, do tankowania. Zawsze, gdy tankuję samochód od pustego do pełna, przeznaczam dolara na los z wyborem chybił trafił. I ciągle nic… Aż do niedawna…

Jak pewnie nie wiecie, prócz próśb do Was o cyfry, rok temu zażartowałem sobie i przy kumulacji sięgającej ponad 500mln USD, która to forsa wystarczyłaby na zakup niezbędnych mi 4 bomb atomowych, napisałem list do Boga (tego „naszego”). Ot, by mi pomógł wygrać, a wówczas pomogę Mu czterema grzybami atomowymi, przywrócić równowagę sił w naturze… „Bogu” zapewne znał cyfry, ale mi ich nie zdradził, bo w razie czego poradzi on sobie z Rogalikami bez grzybów…
Tydzień później, gdy nikt nie wygrał owych 500mln, napisałem drugi list do Jego największego Konkurenta. List, z racji często pojawiającej się w nim „Hali Banacha”, został przekonwertowany w JPG, by maszyny szpiegowskie mnie nie wyśledziły. Akbar niestety cyferek mi nie podarował, bo zapomniałem, że lichwa i hazard w ich religii są zakazane…

Podczas wizyty w Polsce odwiedziłem mojego wrocławskiego przyjaciela. Zawitałem do niego na kilka dni, i podczas niespodziewanie trzeźwych wieczorów, T., chłopak naprawdę bardzo mądry, któremu m.in. „Krótką historię czasu” Hawkinga rodzice czytali w kołysce zamiast Muminków, minimalnie przegiął mój światopogląd religijny, z linii prostej, jak EKG nieboszczyka, w delikatne piki…

KUMULACJA!, pisz do kur%^y nędzy o tej kumulacji… !
Miesiąc temu, na fanpejdżowy profil FB mojego bloga, napisała jakąś łamaną polszczyzną kobieta z Peru. Ot, niby Polka, która wyszła za Peruwiańczyka, on jest inżynierem, ale mało zarabia, choruje ostatnio. Syn też pracuje, ale tam, w Limie bieda, mieszkają na kupie w rozpadającej się chatce…

Jako, że Danielek jaja ma jak balony (z których uszło powietrze), dla owych jaj odpisałem kobiecince, by wybadać, czy jest komputerowym BOTem czy pisze to prawdziwa persona (może Polka, a może tylko google translator). Po kilku zamienionych zdaniach wyszło mi na to, że albo to był świetny BOT, z idealnym algorytmem genetycznym, albo tam naprawdę siedziała polska baba. I pisała dalej, że ona prócz biednego męża i syna, ma także bogatego znajomego, któremu kiedyś pomogła wygrać w jakiejś peruwiańskiej loterii fortunę i może mi też podobnie pomóc. Oo… to się Danielkowi zaświeciło zielone światełko w tunelu do miliarderowania.

A zatem piszę babie tak:
Łoki, jak tylko dzięki Twoim cyfrom wygram, to wybuduję Ci w Limie taką chatę, jakiej nie ma nikt (no może prócz baronów narkotykowych i polityków i Adriany Limy, jeśli Adri jest z Limy… – LINIJKA i po łapach!)

Dostałem zestaw cyferek, nadałem i… jak to Danielek, nie sprawdzałem wyników przez kilkanaście dni. W USA kupony są ważne chyba rok, lub pół, lub dwa miesiące, więc ja tylko nadaję je, i naprawdę rzadko kiedy sprawdzam. Najczęściej tuż przed odlotem do Polski. Sprawdziłem tym razem i…

i muszę lecieć do Limy, by dotrzymać słowa…

TAK, pamiętam o wszystkich Was, którym obiecałem, że jak wygram, to pomogę…
– G., TAK, dostaniesz te 250tys. USD na stworzenie 10 miejsc pracy dla Amerykanów, by dzięki temu dostać tę wymarzoną Zieloną Kartę.
– M., TAK, kupię Ci nowego Trucka (w Dieslu, Heavy Duty – nie mam pojęcia, ale tu dieslowe Pickupy cenią się bardziej od benzyniaków)
– K., TAK, ściągnę Cię z Hiszpanii, zafunduję prawą, górną trójkę, kupię Ci prawo jazdy i jakąś furę
– Temu, Temu i Temu spłacę hipotekę.
– …
o kimś zapomniałem?

Ta notka będzie miała jeszcze ciąg dalszy i drugie dno…
Zaskakujące tak, że chyba wielu Wam przewartościują się pieniądze… A przynajmniej taką mam nadzieję.
Bienvenido, Peru, hola Lima!

Na początku zadam językowe pytanie – czy odpowiada Wam powyższa odmiana słowa „jeździć”? Mi nie pasuje ona absolutnie, ale niestety po piętnastu latach od wydania mojej pierwszej książki, w której poprawione przez korektorkę słowo „jeźdź” jest jednym z pierwszych z treści owej książki, przypomniałem sobie, że właśnie tak to się pisze po polsku. (To w ramach wyjaśnienia, gdyby ktoś chciał mi zarzucić błąd w tytule notki;)

Oglądając na Youtube film jednego z zachodnich podróżników, który odwiedza po kolei wszystkie kraje świata i opowiada o 10 rzeczach, które go zaskoczyły w danym państwie, w Polsce było to m.in. :

- „polish face” – to nasze nieuśmiechanie się. Nie smutni, nie weseli, ot taki Polish Face:),
– jak bardzo Polska, a szczególnie Warszawa została zniszczona podczas II wojny i jak ją wspaniale odbudowaliśmy,
– Polacy kochają ziemniaki i kapustę,
– jak tanio jest w Polsce dla turystów,
– język polski jest nie do nauczenia się! ;)

O czym to ja chciałem? Aa… o jeździe Danielka po USA.
Zawsze gdy tu przyjeżdżam, to się wyciszam jeżdżeniowo. W Polsce mam zaledwie 116KM auto, do najbliższej autostrady ponad 100km, paliwo drogie, Azorów i Burków pochowanych w swych „kijankach” i „sreberkach” pełno, mandaty relatywnie do zarobków drogie (szczególnie do zarobków polskiego bezrobotnego), a mimo to nie jeżdżę, a zapierdalam! Może nie tyle pirat ze mnie gnający po 200km/h na zabudowanym, ale po prostu uważam, że prędkość bezpieczna to taka 90-110km/h i utrzymuję ją raczej… ciągle, niezależnie od terenu zabudowanego czy nie ;) Jak ktoś ma mi wleźć pod samochód, to trafię go nawet jak będę się toczył te 50km/h, prawda?

Przyjeżdżam do USA i … i z roku na rok zauważam, że amerykańscy kierowcy dziczeją. 9lat temu, gdy przyjechałem tutaj pierwszy raz (zaznaczam, że to okolice Detroit, a nie np. Chicago, gdzie gdy byłem kilka lat temu, zauważyłem diametralną różnicę w sposobie poruszania się Illinoiczyków względem Michigańczyków). A może to okolice, po których się wówczas poruszałem – bogate miasta na zachód od Detroit, miasta koszernych emerytów, itd.?

Czasy się zmieniają i zdziczenie za kierownicą przychodzi już i tutaj. Jedną z oznak tego jest montowanie przez Amerykanów w swych samochodach wideorejestratorów. Przyszło to lata temu do Polski z dzikiej Rosji, na zachód Europy raczej nie poszło, bo w wielu krajach tzw. wolnej i demokratycznej Unii Europejskiej posiadanie takiego urządzenia jest karane mandatem do 25tys. Euro (m.in. w Austrii – za uprawianie monitoringu wizyjnego w miejscach publicznych). Ale w USA możesz za kierownicą raczej wszystko (nawet jechać z 0,79 promila alkoholu w układzie krwionośnym).

A zatem, w tych liberalnych komunikacyjnie Stanach, gdzie zazwyczaj są po 2-3 pasy w jedną stronę, tanie paliwo, mądrze ustalone ograniczenia i wszyscy raczej się ich trzymali… To było lata temu. Obecnie… wszyscy widząc, że można jechać szybciej, że mandat za niewiele wyższą prędkość to w zależności od naszej historii mandatowej, zaledwie ok. 100$ (kilka godzin pracy)… Ryzyko opłaca się, a dreszczyk emocji jest warty więcej, niż tzw. ticket. Specjalnie w tym celu zajrzałem w taryfikator i oto, co następuje:

1-5 mil ponad limit – 0punktów – $90.00 mandatu
6-10 mil ponad limit – 1punkt – $105.00 mandatu
11-15 mil ponad limit – 2punkty – $120.00 mandatu
16-25 mil ponad limit – 3punkty – $140.00 mandatu
26+ mil ponad limit – 3 punkty – $155.00 mandatu
+ $4.00 za każdą milę za dużo.

Hmm… dopiero jak ściągnąłem sobie tę powyższą tabelkę, to widzę, że zarabiam po kilka tysięcy dolarów dziennie (niezłapany na tych wszystkich przekroczeniach ;)

Jak wiecie, są ludzie stworzeni do jazdy samochodem, i tacy, którzy nie powinni jeździć nawet jako pasażerowie. Jakim jestem kierowcą? Of course, najlepszym na świecie, przecież to oczywiste! ;)

W Polsce, dbając o spalanie, ja po prostu… staram się nie hamować. Robię wszystko, by nie zużywać nadaremno ani jednego dżula energii dostarczanej przez kosztowne i dymiące paliwo diesla. A zatem ja zazwyczaj jadę.. nawet jak korek, to ja jadę. Nawet jak ograniczenie czy ostry zakręt, to ja nie zwalniam. Jeżdżę bez użycia środkowego pedału (w aucie z manualną skrzynią biegów), czy lewego pedału w aucie z automatyczną skrzynią biegów, czy bez użycia Biedronia, gdy jadę do ciotki do Słupska… Ktoś wyskoczy mi z bocznej uliczki – nie hamuję, wyprzedzam go nawet po lewej stronie wysepki albo pasem awaryjnym. Płynność jazdy przede wszystkim. I gdy ktoś burzy moją ekonomię lub spokój za kierownicą, to dostaję furii. W Polsce owej furii drogowej doznaję z trzech powodów.

1. Jak ktoś nie umie zająć właściwego pasa ruchu na rondzie i chce mnie taranować przejeżdżając całe rondo zewnętrznym pasem.
2. Jak ktoś swoim mikroskopijnym autem zajmuje dwa-trzy-cztery miejsca parkingowe.
3. Jak ktoś włącza się do ruchu z bocznej uliczki i rozpędza się ekonomicznie.

W USA furii dostaję tylko z jednego powodu – jak ktoś podczas jazdy siedzi na smartfonie. CAŁĄ DROGĘ! Ten temat doczeka się osobnej notki.

Wracam przedwczoraj z pracy. Zmęczony po 11h, czwartek, więc deficyt senny w tym tygodniu to już ok. 8godzin. No ale wracam do domku, więc nastrój pozytywny… Wracam szybką ulicą Mound, na której mogę gonić 50mil/h, ale jest tak dziurawa, jak mózg krowy z gąbczastym zapaleniem mózgu. Baa… dam sobie obciąć … paznokcie, albo kłaki spod pach, że na 15kilometrowym odcinku tej drogi jest więcej dziur, niż ludzi w Michigan! A zatem jadę i zaczynam się irytować, że z każdym wpadnięciem koła w dziurę, wymieniony dwa miesiące temu amortyzator, trzeba będzie znów wymieniać. 10 mila… 11… Jeszcze siedem mil w górę i będę w domu. Pędzę, zielona fala, więc z nudów się rozglądam po sąsiednich pasach. Głowa to w prawo to w lewo, by upewnić się, że ten patafian przede mną (zazwyczaj jest to patafianka) na pewno grzebie w smartfonie, zamiast zapierdalać te dozwolone 80km/h. No tak…
Pierwsza trafiona – macham wkurwiony głową, że świnia zamiast trzymać racice na kierownicy, to dłubie kopytami w telefonie. Drugi samochód jadący o 5-10mil/h wolniej niż dozwolone, ruszający 10sekund później, niż reszta startujących na zielonym, zostawiający 100 metrów wolnego przed sobą – kolejna idiotka za kierownicą – trąbię! Przy kolejnych, trąbiąc, pukam się telefonem w moją piękną główkę, prostuję środkowy palec i myślę – KURWA, nie wyrobię na naboje do Glocka, jak zacznę do nich wszystkich kiedyś strzelać!

Wpadam w moją przydomową 18-stą milę w której dziur mniej, a tu przede mną mamuśka w wielkim pickupie Ford F-150, która zamiast ruszać, gdy widzi zielone, wytresowana jak krowa – zielone jak trawa – JEDŹ, czerwone jak tarcza torreadora – STÓJ krowo i czekaj na byka… Ruszyła z opóźnieniem i zaczęła jechać 30mil/h na dozwolonych 45. Więc Danielek wykonał po raz piąty w swojej amerykańskiej karierze ten najbardziej niesamowity w USA manewr wyprzedzania. Dojeżdżam do kolejnego skrzyżowania już jako pierwszy na światłach, stoję na lewoskręcie i czekam na zielone, patrzę w prawo, na pas do prawoskrętu, a tu swoim pościgowym samochodem stoi policjant. Uchylił szybę i pokazuje mi palcem gest, bym stanął za skrzyżowaniem. To ja mu pokazuję, czy stanąć po lewej, gdzie zamierzam skręcać, czy pojechać za nim na prawo, by mu było łatwiej mnie dopaść i zastrzelić?

Popatrzył na biednego Danielka z oczami wielkimi i błagalnymi, jak te oczyyyska kotka ze Shreka, któremu ktoś właśnie nadepnął na ogon lub jądro i… machnął ręką.
A może po prostu rozpoznał we mnie Araba i… wiedział, że wytłumaczę się zaraz jakimś Ramadanem, modłami, minaretem, halalem, krową, świnią, whateverem? Cokolwiek złagodziło jego psi stosunek do mnie, Akbar zapłać mu za to!

Nie wiem, co na owego sterlingowego policjanta zadziałało, ale udało mi się tym razem. Paragrafu by raczej na mnie nie znalazł. Ona jechała 30, ja mogłem jechać 45. Wyprzedziłem wprawdzie na drodze pełnej skrzyżowań ulicy głównej z uliczkami osiedlowymi, ale nie było napisane No Passing Zone.
Jednak wiem, że gdy już mnie kiedyś jakiś psina trafi, to będę musiał wziąć pożyczkę na hipotekę, by się wypłacić … ;(

Póki co, zero punktów karnych, trzy otrzymane za niezatrzymanie się na STOPie skasowały się 6lat temu, 135$ szkoda do dziś;)



1. Proszę mi nie mówić, pisać, ględzić, że jestem hipokrytą i sam używam komórki za kierownicą. Mój mózg ma cztery półkule i każda odpowiada za inną funkcję życiową. Prawa ręka, gdy trzyma smartfon w trybie Recording, jest niezależna od reszty mojego układu, oczy patrzą przed siebie, na drogę, ręka wie, gdzie się poruszać i jak kadrować (NAPRAWDĘ!).

Gdy przed zeszłorocznymi wyborami na prezydenta USA wpuściłem hurraoptymistyczną notkę o tym, że kandydat Trump gościł w moim mieście, że byłem na tym spotkaniu, że porobiłem zdjęcia i nakręciłem film… Zaczęło się wówczas! Moi masochistyczni znajomi z FB naskoczyli na mnie, że jestem durny, że popieram takiego kandydata.

Gdy ów kandydat dwa dni później wygrał wybory i znów dostał ode mnie Hur-Hur-Hurrapki na moim profilu na FB, znów Robercik (były naczelny polskojęzycznego niemieckiego portalu internetowego), wariował w komentarzowni, że głupi jestem, że się cieszę z takiego wyboru Amerykanów. Na blogu także różni Janusze intelektu zaczęli komentować, że głupki z tych nas, którzy wybrali Trumpa. Że z obiecywanych w kampanii rzeczy i tak Trump nic nie spełni, bo prezydent USA tak naprawdę gówno może, itd.

Co może, czego nie… widać lub nie widać w Waszych kuluriowych tiliwizorach. Gdyby nie tęczowe lewactwo posiadające w swych łapskach media, Trump by triumfował codziennie! Dzięki niemu nie wyemigrowały michigańskie fabryki samochodów do Meksyku, co miały we wcześniejszych planach, by ciąć koszty. Dzięki niemu Ameryka nie podpisała paryskich bredni mafii ekologicznej (w USA mam o wiele zdrowsze powietrze, niż Krakowiacy czy Rybniczanie, obecnie index zasyfienia powietrza w moim mieście wynosi 31, a jest tuż po wieczornym szczycie komunikacyjnym, podczas gdy śpiąca, zapierdziana bigosem ze słoików Warszawa – 51). Dzięki prezydentowi USA przybysze z kilku islamskich krajów świata, są niemile widziani na amerykańskich lotniskach. Itd. DONEK rządzi! A lewackie media, każdy z programów rozrywkowych, każdy talkshow, każdy amerykański Wojewódzki, każdy tutejszy Szymon Majewski, każda hamerycka Dżyzga zaczynają swój program żartami, skeczami, wpadkami Trumpa. KAŻDY! 30 minutowy program, 10 pierwszych minut jaaazdaaa na Trumpa. Rzygać się już chce.

Powracając do jego polityki… Od dwóch dni z Detroit i okolic mają miejsce deportacje Irakijczyków i innych takich, którzy w USA przebywają raczej nielegalnie. Nawet jeśli są tu od 20-30lat, nawet jak mają tutaj dzieci (które są obywatelami USA, bo w Stanach obowiązuje „prawo ziemi”, czyli narodowość nabywa się wraz z miejscem urodzenia). Podobno zabierają nawet ludzi ze szpitali w trakcie leczenia raka! Szok i niedowierzanie, nie?

Pamiętajcie!, każdy nielegalnie przebywający w USA traci większość praw! Czyta się tego typu ostrzeżenia na plakatach na lotniskach, że każdy jest mile widziany w USA, że Welcome in America, ale gdy zostaniesz tutaj chociaż o jeden dzień dłużej niż pozwala Ci na to wiza, możesz zostać aresztowany i trzymany tak długo, jak się ICE (U.S. Immigration and Customs Enforcement) spodoba. Witamy, ale do czasu…

Powracając do deportacji… Wszyscy obecnie deportowani, mieli kiedyś jakiś zatarg z amerykańskim prawem. Za multi-kultowych rządów lewaków, mogłeś będąc tutaj nielegalnie być łapanym z trawką, za jazdę po pijanemu, za przestępstwa seksualne, za porwania, zabójstwa, mieć nakaz deportowania, itd., ale jeśli byłeś z Middle East, nic Ci raczej nie groziło. Jednak co się odwlecze, to nie uciecze i za Trumpa polecisz za te przewinienia sprzed lat do swojego prawdziwego domciu. Baj, Baj!

Nawet ja, który z przemiłą chęcią, nabojami kupowanymi za własne pieniądze… witałbym pontony na europejskich nabrzeżach, jestem w szoku widząc zakutych w łańcuchy na nogach i rękach Irakijczyków wrzucanych do samolotów wywożących ich wprost do Bagdadu! Co prawda, póki co są pakowani do autobusów i przewożeni do wyjaśnienia ich statusu, ale … pewnie wielu z nich czeka lot na Bliski Wschód.
Wielu z tych wyrzucanych z USA Arabów, to katolicy (iraccy koptyści, czyli ktoś kto wierzy w Jezusa po stokroć bardziej od polskich katolików, i po tysiąckroć bardziej od Katoli). Na miejscu czeka ich zapewne śmierć, bo nie dość, że chrześcijanie, to jeszcze po arabsku często już nie rozmawiający, i jeszcze z tatuażami (znamionami diabła, które w USA ma 90 % Amerykanów).

Wkrótce zamieszczę notkę (a może wystarczy tylko film) o tym, jak bardzo iraccy chrześcijanie wierzą w Boga (tego naszego, z rozrabiającym Jezusem pędzącym wino na pustyni, i Maryją bezburkową i Duchem Świętym gratis). Jeden film, i naprawdę wielu przeciwników arabskiego uchodźctwa do Polski może się szczerze zaskoczyć… ARABSKIEGO, nie muzułmańskiego!

Mój stan w USA w którym mieszkam, Michigan, kojarzony przez większość z Was jest jedynie z murzynami z Detroit. Obecnie jest to stan, w którym Rogaliki dokonały dwóch NAJ lub FIRST. Niegdyś polski Hamtramck, MI, stał się dwa lata temu pierwszym miastem rządzonym przez Muzułmanów. A Dearborn, MI, jest od jeszcze dawniej miastem o największym w USA odsetku Rogalików. To właśnie stamtąd pochodzi Mułła Ahmad Musa Jibril, którego fanami byli kolesie jeżdżący niedawno po Londyńczykach BUSem (chcieli wypożyczyć TIRa, ale jak się okazało, forsy z socjalu na karcie mieli za mało, więc wystarczyło im tylko na busika).

Cytując klasyka – jak tu żyć, panie Prezydencie, jak żyć?
A zatem, PLAY filmu i…

To jest Ameryka, to jest Prawo (może i bez Sprawiedliwości), to jest Prezydent.
Dziękuję za uwagę.






 

1. Bye, BYE. :)
2. A tak amerykańskie lewactwo, komicy, aktorzy, media walczą z legalnie wybranym Prezydentem.
To coś, to Kathy Griffin, ulubienica Sorosa, działaczka LGBT… Nieźle jej się w tej tęczowej główce popierdoliło, nie? 

Z ponad miesięcznym opóźnieniem zaczynamy ciąg dalszy Ameryki :) Tym razem popełniłem straszny błąd taktyczny i przyleciałem tutaj, do Michigan na lato… Zapowiada się ono BARRRDZO gorące. Nie dlatego, że Donald Trump wreszcie zdecyduje się odpalić jakąś atomówkę na swych „przyjaciół” z Arabii Saudyjskiej czy na terrorystów z Kataru. Po prostu lata w Michigan są zazwyczaj GORĄĄĄCE i parne przez obecne w tym stanie 11tysięcy jezior. Dzisiaj, 11 czerwca miałem +34stC, więc jako, że na szczęście była to niedziela, nawet nie wychodziłem ze sklimatyzowanego do poziomu 24stC domu. Co innego, gdyby był to piątek, gdy Minaret wzywa…

Od razu zaznaczam, że mój blog pewnie stanie się prócz newsami z USA, także moim trybunem netowym. Takim Hyde Parkiem, na który będę wrzucał też rzeczy i przemyślenia oderwane od tematyki Stanów Zjednoczonych. Pejsbook pewnie mnie pewnego dnia wykopie na dobreee… i jedynie tu pozostanie to, co mam do powiedzenia… A będzie tego wiele… Ostatni rok zajmowałem się bardzo wyczerpującym intelektualnie i grafomańsko projektem, ale jest już ukończony. Hip-hip-huraapki!

Po kilku moich debatach i sporach na FB, chodzi mi po głowie kilka tematów, które zechcę rozwinąć zarówno na FB, jak i tu. Będzie o zmienieniu nam przez media, polityków i ekonomistów, naszych naturalnych potrzeb na jakieś wyimaginowane pragnienia, będzie o tym, jak jesteśmy w Polsce pozamykani w naszych M-2 jak kury-nioski w klatkach, będzie o moim przejściu na… Oj ta notka o przejściu będzie przekozacka. Próbuję pozyskać ochroniarzy od Salmana Rushdiego, by móc opublikować to, co siedzi mi w głowie, ale Salman mówi, że takiego beletrystycznego samobójcy to jego ochroniarze na pewno nie odważą się ochraniać…
Ale nie uprzedzając faktów, robię małą retrospekcję, do 30 kwietnia 2017, gdy po raz kolejny wybrałem się do USA…

USA podejście któreśnaste – wiosna 2017.
Tym razem kupując bilet w ostatniej chwili, pozwoliłem się przelecieć niemieckiej linii lotniczej, w której biją polskich posłów Rokitów. Lufthansa nie wiem, czy okazała się najtańsza, ale jakoś tak po prostu, podpasowała mi tym razem. Jako, że zazwyczaj startuję o 6:00 do Paryża lub Amsterdamu, by stamtąd około 10:00 lecieć już bezpośrednio do Detroit, tym razem postanowiłem zmienić tę rutynę i polecieć przez Frankfurt grubo po południu. Noc zatem musiałem spędzić w Warszawie, u kuzynów… I tu pierwsza nieamerykańska wtrącka. A może właśnie amerykańska na zasadzie kontrastu…?

Mój 35letni kuzyn 2lata temu poślubił swą wybrankę. Pewnie nigdy by się nie zdecydował na ów krok, ale jedynie małżeństwo dawało im na tyle powiększone zdolności kredytowe, by mogli nabyć to 46 metrowe mieszkanie na Bemowie, które będą spłacać do 2050 r. Piękne mieszkanie, nowe, pachnące, ze świetnym widokiem na balkony dziesiątek mieszkań tak samo zaganianych Warszawiaków (miejscowych lub przyjezdnych). Nie wiem, czy lubię Warszawę, bo bywam w niej sporadycznie. Wiem, że kocham Wrocław (bo oddałem mu pięć najlepszych lat życia), że lubię Poznań (bo chyba ze 3lata tam mieszkałem z moją EX). Ale do Warszawy nie potrafię się ustosunkować…

Od razu zaznaczam, że nie jestem burżujem, a wręcz jestem minimalistą. Nie potrzebuję hektarów mieszkań, salonów większych, niż boiska piłkarskie, czy chociażby tak duże jak tuskowe orliki na których ciupał w gałę z gałoobrabiaczami z PO. Przez 5lat wynajmowaliśmy wraz z moją Fionce 31 metrową kawalerkę i dobrze nam było. Nawet imprezki na 8-10 osób się udawały w takiej ciasnocie. Teraz, mając w Polsce ponad 3x większe mieszkanie od owej kawalerki wiem, że ŻADEN metr nie jest metrem zbytecznym. Przestrzeń to wolność. To nie tylko możliwość imprezowania w 20 osób na raz. To nie możliwość przenocowania 2-3 rodzin. To nie dylemat, którą sypialnię pomalować jakim kolorem…

Dopiero w tym jego wymarzonym warszawskim mieszkaniu mojego kuzyna, w ich naprawdę ładnym i gustownym M-2 zrozumiałem, że tam nie ma nawet miejsca na łóżeczko dla dziecka. Na wąskim korytarzyku ledwie się mieści posłanie dla ich Yorka (a i tak ta bestia woli spać z „rodzicami”, lub z wujkiem Danielkiem, gdy nocował u nich). Przestało mnie wreszcie dziwić, dlaczego Amerykanie mają tak wielkie domy… Po 200-300 metrów kwadratowych, po minimum 3 sypialnie + wielki salon i piwnica niewliczana w metraż mieszkania, w której spokojnie można przenocować trzypokoleniową rodzinę bliskowschodnich uchodźców… Przestało mnie dziwić, że jadąc co roku do zaprzyjaźnionej amerykańskiej rodziny na ich amerykańskie Święto Dziękczynienia, przybywa im tam minimum 1-2 nowych dzieci… tworząc średnią ok. 3,2-3,5 dzieciaka na parę (a „warsztaty” jeszcze niepozamykane).

Dopiero na Bemowie, nocując w kuchnio-salonie kuzyna to pojąłem… Że szczęściem w tym kraju znad Wisły jest dostać 35letni kredyt w jednym z żydowskich banków i znaleźć pracę w „prestiżowej” żydowskiej korporacji (większość z Was w takich pracuje, mając tego świadomość lub nie). Nawet zaczynając dzień od FB, „pracujemy” dla żydowskiego portalu, wchodząc na Insta – to samo, szukając czegoś w Google – podobnie, słuchając w wiadomościach faktów cytowanych za Reutersem, dowiadując się o gospodarce z Bloomberga, jeżdżąc autem marki X i Y, oglądając filmy z Hollywood, a nawet pewnie czytając tego bloga… Nie ma na świecie chyba żadnego dobrze prosperującego przedsięwzięcia, w które nie wtykaliby swojego orlego nosa i koszernych paluchów Pejsbooki.

Nie, że jestem antysemitą. Po prostu po zagłębianiu się przez ostatni rok BARDZO głęboko w sprawy historyczno – społeczno – ekonomiczno – gospodarcze, jestem po prostu świadomy tego, że jeden naród podporządkował sobie świat. Że kilkaset osób rządzi tymże światem, i żaden z nich nie jest politykiem. Że kapitał oczywiście ma narodowość… I nie jest ona bynajmniej naszą narodowością.
Ich pieniądze, ich reguły, ich władza. Opcje dla Was – pracująca właścicielka Yorka z szansami na awans, albo bezrobotna młoda mama bez środków na opłacanie rat kredytowych… – temat rozwinę w jednej z przyszłych notek.

Pełna przemyśleń noc na Bemowie minęła w miarę szybko i cicho, jak na Warszawę. York zbudził mnie rano chwaleniem się, że on może sobie polizać o poranku jajka, a ja do swoich nie sięgam… Wyszczekał jeszcze, (tzn. wymerdał ogonem, bo Yorki nie szczekają) : „wujek, wujek, chodź na spacer, postraszę Twoim szrekowym ryjem wszystkie groźne psy w okolicy…”. I tymże skończyła się moja wizyta u kuzynów.

Pora na Okęcie.
Wyglądam, jak to mawia jeden z moich znajomych, jak pakistański wypasacz owiec (OWIEC, nie kóz!). Może właśnie dlatego, gdy szedłem po Okęciu z moją wielką walizką bagażu głównego + niemałym bagażem podręcznym + torbą na aparat + plecakiem na laptopa i przypadkiem przechodziłem obok bramki, na której odprawiali się Pejsbuki na lot do Izraela, to obstawiająca te bramki jednostka specjalna w sile czterech uzbrojonych po zęby policjantów, zwróciła swą baczną uwagę jedynie na mnie.

Świetnie kurwa! Zginąć za ryj od „bratniego ognia” w centrum Warszawy?! A gdy nie znajdą w mym bagażu bomby ani Kałasznikowa pod pazuchą, to podrzucą mi do bagażu C-4, by uzasadnić owo zabójstwo.

- Chłopaki, nie strzelajcie! Jak mnie zabijecie, to Matka mnie jutro zabije po raz drugi, jak jej nie dowiozę tych 10 pieczonych pierogów z kaszą i kilku z soczewicą!

I gdy tak patrzyłem sobie na tych agentów, zastanawiając się, który z nich nie wytrzyma mojego spojrzenia i sięgnie po broń… zacząłem się zastanawiać, jak to jest w USA… Ze Stanów też oczywiście latają samoloty do Israela. Czasem mijani przeze mnie na lotniskach judaiści mają tak długie pejsy, że przewracają się na nich, gdy sobie je przydepczą tymi wypastowanymi butami, a nikt jakoś specjalnie nie zabezpiecza GATE w których dokonują tej pierwszej odprawy biletowo-bagażowej w otwartej strefie lotniska. W lepszych dzielnicach, po których czasem jeżdżę, jest pełno żydowskich szkół, klubów, sam w kilku bywałem – ZERO ochrony, monitoringu, wieżyczek strażniczych czy zasieków…. W piątki, w wielu sklepach widzę SETKI młodych i starszych Judaistów, którzy w tych swoich myckach dokonują zakupów, często w dzielnicach także o niemałym nasyceniu Arabami.
I nikt tu nigdy nikogo takiego nie zaatakował… Zabawne, nie? Czy może zastanawiające…?

Nierozstrzelany przez polskich SWAT, wsiadłem w samolocik do Frankfurtu i pofruuunąłem w przestworza do kalifatu germańskiego. Tak, wiem, polski MSZ odradza wyprawy do krajów islamskich, ale na szczęście we Frankfurcie nie opuszczałem bezpiecznej strefy lotniska.

Aa.. no jeszcze Chicago.
Lecąc Lufthansą do Chicago, chciałem zrobić zdjęcie kokpitu, by wrzucić na Insta może ostatnią fotkę w życiu… Zapytałem stewardesę, czy mogę zrobić mym zajebistym ajfonem pikczer.
– Nein! Nicht! – odpowiedziała wredna Helga, na moje pytanie, czy mogę cyknąć wolanty, displeje i resztę knefli i guzików na konsoli sterowania samolotem.
– Łaj nejn? – zapytał Danielek.
– Bo od cykania się z pilotem jestem tu ja! – odpowiedziała Helga, a że była tak brzydka, jak tylko może być przeciętna niemiecka Helga, to pomyślałem, że jedyny pilot z którym mogłaby się „cykać”, to automatyczny (zwany wibratorem).

Chicago powitało mnie oberwaniem chmury. Bieg do budek strażników granicznych i szybkie wymyślanie wymówek, dlaczego tak długo byłem w Polsce, dlaczego tak krótko bywam w USA, czym się zajmuję, itd.
Przypadła mi tym razem spowiedź przed jakimś Peresem, czyli Latynos lub syn Latynosów, bo mało meksykański mi się wydał. Myślę sobie – kurwa, trzeba było zgolić tę brodę, bo w czasach Trumpa, pewnie mnie nie wpuszczą, albo zastrzelą profilaktycznie już na granicy.

- Ala Akbar ? – zapytał Peres patrząc podejrzliwie na moją uchodźczą brodę.
– No! Hesus Akbar! – odpowiedział Danielek bez arabskiego akcentu.
– WELCOME Home!

Może rozmowa nie przebiegała dokładnie tak, bo do końca jej nie pamiętam. Od wrednej Helgi, stewardesy luft-francowej na długiej trasie Frankfurt – Chicago wydębiłem kilka piw, i dzięki nim, gdy wychodziłem z samolotu, Helga wyglądała już całkiem znośnie ;) Powracając do granicznych spytek przez Peresa pamiętam, że była to moja najkrótsza rozmowa powitalna ze strażnikiem. Ot chyba powiedziałem, że wracam tak późno, że byłem tyle w Polsce, bo spędzałem tam Easter, ale na Ramadan zaczynający się z końcem maja, zawsze wracam do USA. No nie, kurwa, tego chyba też nie powiedziałem.
Helga, więcej nie dawaj mi piwa…! Chyba, że Karmi. Albo jakieś piwo halal, które tam pewnie już produkujecie w swym kalifacie niemieckim?

Obsługa ostatniego mojego tego dnia lotu na trasie Chicago – Detroit, z American Airlines zapytana, czy mogę zrobić zdjęcie cockpitowi samolotu, odpowiedziała…
JASNE, Danielku! To nie Lufthansa, a ja nie jestem Helga. A może chcesz wpaść w trakcie lotu poprowadzić?
– Nie, dziękuję, prowadziłem kilka lat temu LOTowskiego Dremlinera i do dziś stoi spierdolony na pasie awaryjnym Okęcia…
– You’re so funny, Danielku.

Ostatni akapit notki będzie o uprzejmości… Wiele razy już o niej pisałem odnośnie USA, i o nieuprzejmości, którą się zauważa wracając do Polski. Ów temat też doczeka się osobnej notki, a dzisiejsze wynaturzenie narodziło się już 6tygodni temu na tym chicagowskim lotnisku. Ostatnio do rozwinięcia owej notki natknęła mnie „dyskusja” na profilu Piotra Tymochowicza na FB. Timoore wrócił na chwilę do Polski ze swojej nowej ojczyzny, Kambodży i jest przerażony naszą nieuprzejmością. Naszą zawiścią i tym, jak media się na niego rzuciły z powodu tego, że ma 3x młodszą żonę od siebie, itd. Oczywiście Piotr chwilę po swoim wpisie dostaje kilkadziesiąt komentarzy od klakierów, którzy wyjechawszy na chwilę z Polski, już nie mogą patrzeć na polską mentalność, nieuprzejmość, na ten „Polish Face”. Ja też to zauważam, ale mnie to PIERDOLI, kto jak na mnie patrzy. Dla mnie to jedynie doświadczenie, które gdzieś kiedyś dostanie swoje ujście beletrystyczno-grafomańskie. Kolejnego takiego doświadczenia doznałem w Chicago… Wczujcie się…!

Wśród zmęczonych podróżnych czekających na późnowieczorny lot do Detroit, przechodziła się gruba jak szafa pancerna generała Kiszczaka kobieta. Mało tego, że gruba, to jeszcze prowadziła przed sobą szeroki wózek dla bliźniąt. Bliźnięta oczywiście biegały wokół, a ona tym szerokim wózkiem próbowała przecisnąć się między dwoma rzędami oczekujących. Taki wózek składa się jednym ruchem i można go prowadzić 4x węższy, ale ona nie potrafiła albo jej się nie chciało. W Polsce by usłyszała:

- Gdzie się krowo pchasz?!
– Gdzie się kurwa wciskasz?
– Nie ma miejsca! Napierdalaj naokoło.
– Taka świnia powinna kupować dwa bilety!
– Taka świnia powinna mieć osobny korytarz! (Tak i to prowadzący prosto do rzeźni! – przytaknęłaby reszta pasażerów).
– Kurwa, ja pierdolę, co za locha i jeszcze prosiąt nie pilnuje.
– ….

A jeśli by tego nie usłyszała zwerbalizowanego od naszych rodaków, to by odczytała to w spojrzeniach ludzi. Ale w USA, na tym chicagowskim lotnisku, w paskudną burzę, między kapiącymi z dachu kroplami, wymęczeni całym dniem w Windy City ludzie robili jej miejsce… Uprzejmie, z uśmiechem, zabierali swoje bagaże z jej drogi, podciagali nogi na udach których mieli swoje 17calowe laptopy i kobieta jakoś przeszła. W podzięce za ludzką uprzejmość, między sapnięciami, każdemu z mijanych ludzi mówiła…

- O jakie śliczne buty – starszej murzynce o jej jaskrawożółtych Nike.
– O jaki gustowny cover do Ajfona – młodej dziewczynie z Iphone 7 przy uchu
– O jaki duży, ładny laptop i przystojny informatyk – do Danielka (no nie o przystojności wolała nie skłamać;)

I to jest właśnie Ameryka. Nie zrozumiecie, póki tego nie zobaczycie, nie usłyszycie, nie poczujecie.
No to RUSZAMY. Kto się cieszy z mojego powrotu, łapka w górę.
Wśród ŁapkoGórowców rozlosujemy tego oto psa. Ikar się wabi. Ale wybrakowany jakiś, bo nie lata;)

    

1. Wujek, wujek, skoro nie potrafisz polizać sobie jajek, to chodź na spacer. Postraszę Tobą kolegów ;)
2. Cockpit załogi, która nie jest cockami ;)
3. A jednak chwilę pokierowałem samolotem ;) Wolę jednak Quady ;) I Jet Ski – będą w jednej z przyszłych notek o Memorial Weekendzie z Abdulem;)

No i znów przyleciałem do Polski. 4 miesiące pracy USA, więc można się poobijać trochę (resztę roku) w tym pięknym, nadwiślanym, teoretycznie tylko istniejącym kraju. Dzień przed wylotem wysysłałem paczkę do Polski i opiszę Wam, jak zostałem prześledzony albo przez FB, albo przez mojego ajfona…
Jak wiecie lub nie wiecie, walczę z Mesendżerem FB. KAŻDY mój znajomy, który do mnie zagaduje na FB, wysyła mi „niechcący” zaproszenie do tej aplikacji. Niby palec im się omsknął, niby nie wiedzą, jak to się stało… Wiem, że to nie WY mi to wysyłacie, a ten beznapletkowiec. W moim androidowym telefonie pozycjonowanie mam wyłączone na amen, ale ajfonowi pozwalam rozglądać się po okolicy (w razie, jak ktoś uprowadzi mi mój ukochany telefon chcę móc namierzyć, gdzie jest złoczyńca).

A zatem wysłałem ową paczkę do Polski, a z miłą Izą, która mi zawsze paczuszki nadaje, porozmawiałem sobie o Green Card. Izka pytała mnie, jakie dostaję pytania na granicy, gdy siedzę po te 2-3 miesiące w Polsce, gdyż ona chce wystąpić o Zielone Karty dla swoich rodziców, ale jako, że oni pewnie chcieliby siedzieć pół na pół w PL i w USA, obawia się „przesłuchań” ich na amerykańskich lotniskach… A więc tłumaczę jej, jakie dostaję pytania i jak na nie wymijająco odpowiadam (Izka, FOCH!, że nie przeczytałaś tego na tym blogu!).

Wracam do domu z moim cudownym ajfonem w kieszeni i co widzę na mojej FB-tablicy? Ogłoszenia i posty sponsorowane różnych firm wysyłających paczki do Polski! Skoro nie przez śledzący nasze rozmowy mesendżer, to przez moją lokalizację FB dobrał sie do moich „potrzeb”. Spędziłem 15-20min w biurze wysyłającym paczki, to pewnie korzystam z tego typu usług, więc mi wysłał reklamę ich konkurencji – no zajebiście… Sprzedam Ajfona 7Plus 128gb. W domu w Polsce mam na jego miejsce dwa Siemensy S4, Nokię 3110, Nokię 6310i, dwie nokie N95-8GB i jeszcze kilka innych telefonów, których NIKT nigdy mi nie namierzy, a już na pewno nie FB czy Google ;) GENIALNE jest wsadzić świeżozakupioną kartę SIM dowolnego operatora do takiego 20-letniego Siemensa S4 i po zalogowaniu się na eBOK swojego operatora, widzieć ten rozbrajający komunikat o NIEROZPOZNANIU urządzenia (każde inne urządzenie zostaje automatycznie rozpoznane przez operatora, zostają skonfigurowane ustawienie MMS i transmisja danych, jego IMEI przypisany do Waszego numeru tel. i Waszej lokalizacji, do emaila podanego przy rejestracji konta, do numeru MAC Waszej karty sieciowej, do IP komputera, itd.). NIC się nie ukryje, no chyba, że macie telefon sprzed kilku epok…

O czym to ja chciałem dziś? A, no o dolarach…
Z tą samą Izą z owego biura nadającego moje paczki rozmawialiśmy o naszych przesłuchaniach na lotniskach. Izka pytała mnie, co odpowiadam, gdy pytają mnie, ile dolarów wywożę z USA?
– NIGDY mnie nie pytali! – dostała zaskakującą odpowiedź od biednego jak mysz meczetowa Danielka, eksperta od bumerangowania pomiędzy USA a Polską.

No i dzień później… zapytali.
– Ile dolarów wywozisz z USA – zapytał mnie wielki jak góra kościuszki pracownik graniczny w Detroit.
– W CH%# dużo! – odpowiedział Danielek nic nie mówiącym strażnikowi językiem.
– Łat daz it min „w ch%# duzio”?! – zapytał pan TSA.
– Oh, ju don’t spik polisz? W Chuj znaczy **** tysięcy dolarów and some cents.
– No to szoł mi dys manej – zaczął przetrzepywać mnie pan TSA.

Miałem pokazać mu wszystkie wartości pieniężne we wszystkich walutach, jakie mam. Prócz *****$, miałem także 200zł i 50Euro… Owe ***** dolarków pięknie sklejone po 1000, więc mimo ociężałości umysłowej, Mr TSA policzył je sprawnie. Gdybyście zobaczyli, jak próbował otworzyć moją torbę z aparatem… Chyba nigdy nie chodził do szkoły i nie miał pojęcia, jak działa taki zwykły, plastikowy klick-klack służący do zamykania tornistra. A już majstersztykiem było jego dobranie się do mojego plecaka HP z laptopami… Mój plecak na laptopa liczy 16 kieszeni. Do kilku z nich ciężko zmieścić cokolwiek większego, niż kilka płyt CD, a ten próbował tam wkładać swoje wielkie jak płetwy płetwonurka dłonie.

- Łaj ju masz dwa laptopy – zapytał ciekawski pan TSA.
– A bo trzeci się kurwa mać, nie zmieścił! – chciałem odpowiedzieć, ale znów by nie zrozumiałby tego „kurwa mać”.
– Łat iz it? – zapytał wymacawszy jeden z trzech zewnętrznych dysków SSD, ukryty pod spodnią warstwą ochronną w mojej torbie do aparatu.
– To jest storydż for dejta – odpowiedział Danielek, który po wyjęciu wszystkich swoich gadżetów z wielkiej torby na aparat i ogromnego plecaka na laptop, wygląda jakby był synem Billa Gattesa (2 laptopy, 2 dyski zewnętrzne 2.5cala, 2 dyski wewnętrzne, cyfrowa lustrzanka + battery pack + 3 zapasowe baterie, kamera 4K + 2 zapasowe baterie, ładowarki do laptopów, do telefonów, do aparatu i kamery, kable zasilające, kable USB, Iphone, Sony Xperia Z, Sony Xperia S, Nokia N95, kilka pen-drive, itd.).

Pan TSA kazał mi opróżnić wszyskie kieszenie spodni, kurtki. Do mojego portfela chudego jak nigeryjski maratończyk na szczęście nie zajrzał, tylko go zmacał jak lubieżny ksiądz – ministranta (a było w tym niepozornym portfeliku dodatkowe 550$).
– Wiesz, że możesz wywieźć dowolną ilość wartości dewizowych, ale musisz je zgłosić na specjalnym formularzu.
– No wiem, ale skąd ja mam je wziąć, i tak mam za dużo jak na bezrobotnego, nie? – no tak, srak, owak.

I tym optymistycznym akcentem zakończywszy, wsiadłem do samolotu.
Jeszcze w domu, na Necie, przy samoodprawie przed odlotem wybrałem sobie miejsce na samym ogonie, tuż przy oknie. Przy wejściu do Gate, zmienili mi je na inne miejsce przy oknie. Ciekawe, czy jak samolot spadnie i będę jedynym, który przeżyje, kostucha zrobi mi „Oszukać przeznaczenie v. 7″?

W samolocie… kolejna złota zasada. Nie siadajcie za staruszkami! Pierdolona babka przede mną, tak się spierdziała, że musiałem sobie założyć na twarz całun, by przefiltrować gazowe wydzieliny układu trawiennego. Po kolejnym popuszczeniu przez nią gazów, przesiadłem się na wcześniej zarezerwowane miejsce (z 26 na 40). Babka musiała być z Czadu, a szkoda, że ja nie miałem tego dnia Kataru… ;)

W samolocie też podsłuchałem niechcący ciekawą rozmowę. Starsza babka z Libii mówiła na tyle głosno, że nie dało się jej nie usłyszeć. Mówiła, że wraca do siebie, do Libii, chyba już na stałe, pomimo że posiada amerykańskie obywatelstwo, gdyż żyjąc teraz w USA, z córką u której mieszka, nie widzi jej prawie wcale. Jej córka i jej libijski mąż ciągle pracują, nie ma czasu na życie rodzinne ani towarzyskie. Na kultywowanie tradycji (a wcale nie jest Muzułmanką, a przynajmniej na takową nie wyglądała). W Libii ma swój dom, życie, czas dla bliskich i na to, co ważne. Mówiła na tyle głośno, że słuchali jej ludzie w promienu 3-4 rzędów wokół, kręcac głowami na upadek naszych relacji. Dwie córki zostały w Libii i mimo posiadania green card, wolą swoje tradycje, życie, niż pogoń za chuj wie czym.
Nowszym autem, większym domem i nieznajomością swych dzieci, męża, rodziców, teściów…
Zastanawiające, prawda?

Międzylądowanie tym razem w kalifacie paryskim. To paryskie lotnisko to już tylko syf, kiła i mogiła, jakby przedmieścia Paryża czy dżungla w Calais przeniosła się na jeden z terminali. I już przed bramką lotu do Polski zaczynają się nasi rodacy… Naprawdę jesteśmy KIEPSCY (w znaczeniu dosłownym jak i nazwiskowym, odnośnie Ferdka z polsatowskiego serialu). Dlaczego będąc w USA, na lotnisku, gdziekolwiek, NIGDY nie mam poczucia ani niższości, ani wyższości, a 90% Polaków go ma. Dlaczego w polskim sklepie ktoś stojący w kolejce w kurtce 4F uważa się za lepszego, od kogoś stojącego w kurtce bez tego 4F? Dlaczego tak wyraźnie widać to w spojrzeniu tego „lepszego”? Jestem obserwatorem i zauważam takie rzeczy. I to „więdnięcie” tego bycia zajebistym tego „lepszego” w 4F, gdy do kolejki dołącza Danielek w swojej zimowej kurteczce Noize (za 340$) i kanadyjskich butach Pajar (za 200$). Kupiłem je sobie, bo mi się PODOBAŁY, bo nie wiem nawet, jakim prestiżem jest Noize, a ajfona mam bo robi ZAJEBISTE zdjęcia, a nie, że ma jabłko na kejsie i że Kijowski z KODU wydał na niego 4500zł.

W USA, na lotnisku, w McDonalds siada koło mnie ktoś ze złotym, prawdziwym Rolexem, w ciuchach takich, że widać, że zarabia miesięcznie więcej niż ja w rok, ale nie udając nikogo lepszego, je tego pysznego, toksycznego hamburgera, bez wywyższania się, podczas gdy ktoś w Polsce z „podobnym” Rolexem z bazarowego straganu, siedziałby w najdroższej restauracji na całym lotnisku, zamówiłby wprawdzie w niej tylko wodę i serwetki do tego, ale kurwa, ta możliwość popatrzenia na innych z góry albo z lepszego miejsca…

W USA gdzie Iphone 7 ma obecnie każdy, dosłownie KAŻDY (wszystkie sieci upgradeują za darmo 6-stki do 7-demek), nie mam obaw wyjęcia telefonu, by nie wyjść na jakiegoś snoba, podczas gdy w Polsce chowam się z moim Iphone 7, by nikt nie zobaczył, że trzymam w rękach tutejsze 2-3 pensje i że pewnie wyjąłem go, by się pochwalić, posnobować.
Te polskie dziunie na paryskim lotnisku z torebkami LV, szytymi gdzieś w szanghajskim garażu. Te „górnolotne” rozmowy o tym, jakimi są już Paryżankami (po 2-3dniowej wycieczce), toczone na tyle głośno, by każdy wiedział, że ona tu nie przyjechała zmywać naczyń czy „ciągnąć” fiuta na pigalaku, a na holideje… To samo w Warszawie, ten nos i cały tępy ryj zadarty aż do sufitu, gdy czekają na bagaż, który przyleciał „z Paris’, podczas gdy obok czekają jacyś tanioliniowy biedacy ze zmywaka z Glasgow. ŻENADA!

No to welcome home. Jeszcze tylko na powitanie antyaborcyjna manifa pod szpitalem, i „jestem w domu” ;)

  

1. Pożegnalny, amerykański, fullkaloryczny McDonalds. W Polsce jesz go po kryjomu, jako konsument gorszej kategorii, podczas gdy w USA tuż przy Tobie przysiądzie się milioner, bo jest po prostu SZYBKO i SMACZNIE.
2. Gdy siedzicie za parą staruszków, którzy co chwilę wypuszczają gazy trawienne, to lepiej miejcie tę gorącą chusteczkę, którą obsługa samolotu rozdaje przed kolacją. Nic tak dobrze nie filtruje atmosfery, niż ta mokra, gorąca chusteczka:)
3. Warszawa w 18sekundowym skrócie :)


  • RSS