Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Wpisy, których autorem jest Danielek

No i znów przyleciałem do Polski. 4 miesiące pracy USA, więc można się poobijać trochę (resztę roku) w tym pięknym, nadwiślanym, teoretycznie tylko istniejącym kraju. Dzień przed wylotem wysysłałem paczkę do Polski i opiszę Wam, jak zostałem prześledzony albo przez FB, albo przez mojego ajfona…
Jak wiecie lub nie wiecie, walczę z Mesendżerem FB. KAŻDY mój znajomy, który do mnie zagaduje na FB, wysyła mi „niechcący” zaproszenie do tej aplikacji. Niby palec im się omsknął, niby nie wiedzą, jak to się stało… Wiem, że to nie WY mi to wysyłacie, a ten beznapletkowiec. W moim androidowym telefonie pozycjonowanie mam wyłączone na amen, ale ajfonowi pozwalam rozglądać się po okolicy (w razie, jak ktoś uprowadzi mi mój ukochany telefon chcę móc namierzyć, gdzie jest złoczyńca).

A zatem wysłałem ową paczkę do Polski, a z miłą Izą, która mi zawsze paczuszki nadaje, porozmawiałem sobie o Green Card. Izka pytała mnie, jakie dostaję pytania na granicy, gdy siedzę po te 2-3 miesiące w Polsce, gdyż ona chce wystąpić o Zielone Karty dla swoich rodziców, ale jako, że oni pewnie chcieliby siedzieć pół na pół w PL i w USA, obawia się „przesłuchań” ich na amerykańskich lotniskach… A więc tłumaczę jej, jakie dostaję pytania i jak na nie wymijająco odpowiadam (Izka, FOCH!, że nie przeczytałaś tego na tym blogu!).

Wracam do domu z moim cudownym ajfonem w kieszeni i co widzę na mojej FB-tablicy? Ogłoszenia i posty sponsorowane różnych firm wysyłających paczki do Polski! Skoro nie przez śledzący nasze rozmowy mesendżer, to przez moją lokalizację FB dobrał sie do moich „potrzeb”. Spędziłem 15-20min w biurze wysyłającym paczki, to pewnie korzystam z tego typu usług, więc mi wysłał reklamę ich konkurencji – no zajebiście… Sprzedam Ajfona 7Plus 128gb. W domu w Polsce mam na jego miejsce dwa Siemensy S4, Nokię 3110, Nokię 6310i, dwie nokie N95-8GB i jeszcze kilka innych telefonów, których NIKT nigdy mi nie namierzy, a już na pewno nie FB czy Google ;) GENIALNE jest wsadzić świeżozakupioną kartę SIM dowolnego operatora do takiego 20-letniego Siemensa S4 i po zalogowaniu się na eBOK swojego operatora, widzieć ten rozbrajający komunikat o NIEROZPOZNANIU urządzenia (każde inne urządzenie zostaje automatycznie rozpoznane przez operatora, zostają skonfigurowane ustawienie MMS i transmisja danych, jego IMEI przypisany do Waszego numeru tel. i Waszej lokalizacji, do emaila podanego przy rejestracji konta, do numeru MAC Waszej karty sieciowej, do IP komputera, itd.). NIC się nie ukryje, no chyba, że macie telefon sprzed kilku epok…

O czym to ja chciałem dziś? A, no o dolarach…
Z tą samą Izą z owego biura nadającego moje paczki rozmawialiśmy o naszych przesłuchaniach na lotniskach. Izka pytała mnie, co odpowiadam, gdy pytają mnie, ile dolarów wywożę z USA?
– NIGDY mnie nie pytali! – dostała zaskakującą odpowiedź od biednego jak mysz meczetowa Danielka, eksperta od bumerangowania pomiędzy USA a Polską.

No i dzień później… zapytali.
– Ile dolarów wywozisz z USA – zapytał mnie wielki jak góra kościuszki pracownik graniczny w Detroit.
– W CH%# dużo! – odpowiedział Danielek nic nie mówiącym strażnikowi językiem.
– Łat daz it min „w ch%# duzio”?! – zapytał pan TSA.
– Oh, ju don’t spik polisz? W Chuj znaczy **** tysięcy dolarów and some cents.
– No to szoł mi dys manej – zaczął przetrzepywać mnie pan TSA.

Miałem pokazać mu wszystkie wartości pieniężne we wszystkich walutach, jakie mam. Prócz *****$, miałem także 200zł i 50Euro… Owe ***** dolarków pięknie sklejone po 1000, więc mimo ociężałości umysłowej, Mr TSA policzył je sprawnie. Gdybyście zobaczyli, jak próbował otworzyć moją torbę z aparatem… Chyba nigdy nie chodził do szkoły i nie miał pojęcia, jak działa taki zwykły, plastikowy klick-klack służący do zamykania tornistra. A już majstersztykiem było jego dobranie się do mojego plecaka HP z laptopami… Mój plecak na laptopa liczy 16 kieszeni. Do kilku z nich ciężko zmieścić cokolwiek większego, niż kilka płyt CD, a ten próbował tam wkładać swoje wielkie jak płetwy płetwonurka dłonie.

- Łaj ju masz dwa laptopy – zapytał ciekawski pan TSA.
– A bo trzeci się kurwa mać, nie zmieścił! – chciałem odpowiedzieć, ale znów by nie zrozumiałby tego „kurwa mać”.
– Łat iz it? – zapytał wymacawszy jeden z trzech zewnętrznych dysków SSD, ukryty pod spodnią warstwą ochronną w mojej torbie do aparatu.
– To jest storydż for dejta – odpowiedział Danielek, który po wyjęciu wszystkich swoich gadżetów z wielkiej torby na aparat i ogromnego plecaka na laptop, wygląda jakby był synem Billa Gattesa (2 laptopy, 2 dyski zewnętrzne 2.5cala, 2 dyski wewnętrzne, cyfrowa lustrzanka + battery pack + 3 zapasowe baterie, kamera 4K + 2 zapasowe baterie, ładowarki do laptopów, do telefonów, do aparatu i kamery, kable zasilające, kable USB, Iphone, Sony Xperia Z, Sony Xperia S, Nokia N95, kilka pen-drive, itd.).

Pan TSA kazał mi opróżnić wszyskie kieszenie spodni, kurtki. Do mojego portfela chudego jak nigeryjski maratończyk na szczęście nie zajrzał, tylko go zmacał jak lubieżny ksiądz – ministranta (a było w tym niepozornym portfeliku dodatkowe 550$).
– Wiesz, że możesz wywieźć dowolną ilość wartości dewizowych, ale musisz je zgłosić na specjalnym formularzu.
– No wiem, ale skąd ja mam je wziąć, i tak mam za dużo jak na bezrobotnego, nie? – no tak, srak, owak.

I tym optymistycznym akcentem zakończywszy, wsiadłem do samolotu.
Jeszcze w domu, na Necie, przy samoodprawie przed odlotem wybrałem sobie miejsce na samym ogonie, tuż przy oknie. Przy wejściu do Gate, zmienili mi je na inne miejsce przy oknie. Ciekawe, czy jak samolot spadnie i będę jedynym, który przeżyje, kostucha zrobi mi „Oszukać przeznaczenie v. 7″?

W samolocie… kolejna złota zasada. Nie siadajcie za staruszkami! Pierdolona babka przede mną, tak się spierdziała, że musiałem sobie założyć na twarz całun, by przefiltrować gazowe wydzieliny układu trawiennego. Po kolejnym popuszczeniu przez nią gazów, przesiadłem się na wcześniej zarezerwowane miejsce (z 26 na 40). Babka musiała być z Czadu, a szkoda, że ja nie miałem tego dnia Kataru… ;)

W samolocie też podsłuchałem niechcący ciekawą rozmowę. Starsza babka z Libii mówiła na tyle głosno, że nie dało się jej nie usłyszeć. Mówiła, że wraca do siebie, do Libii, chyba już na stałe, pomimo że posiada amerykańskie obywatelstwo, gdyż żyjąc teraz w USA, z córką u której mieszka, nie widzi jej prawie wcale. Jej córka i jej libijski mąż ciągle pracują, nie ma czasu na życie rodzinne ani towarzyskie. Na kultywowanie tradycji (a wcale nie jest Muzułmanką, a przynajmniej na takową nie wyglądała). W Libii ma swój dom, życie, czas dla bliskich i na to, co ważne. Mówiła na tyle głośno, że słuchali jej ludzie w promienu 3-4 rzędów wokół, kręcac głowami na upadek naszych relacji. Dwie córki zostały w Libii i mimo posiadania green card, wolą swoje tradycje, życie, niż pogoń za chuj wie czym.
Nowszym autem, większym domem i nieznajomością swych dzieci, męża, rodziców, teściów…
Zastanawiające, prawda?

Międzylądowanie tym razem w kalifacie paryskim. To paryskie lotnisko to już tylko syf, kiła i mogiła, jakby przedmieścia Paryża czy dżungla w Calais przeniosła się na jeden z terminali. I już przed bramką lotu do Polski zaczynają się nasi rodacy… Naprawdę jesteśmy KIEPSCY (w znaczeniu dosłownym jak i nazwiskowym, odnośnie Ferdka z polsatowskiego serialu). Dlaczego będąc w USA, na lotnisku, gdziekolwiek, NIGDY nie mam poczucia ani niższości, ani wyższości, a 90% Polaków go ma. Dlaczego w polskim sklepie ktoś stojący w kolejce w kurtce 4F uważa się za lepszego, od kogoś stojącego w kurtce bez tego 4F? Dlaczego tak wyraźnie widać to w spojrzeniu tego „lepszego”? Jestem obserwatorem i zauważam takie rzeczy. I to „więdnięcie” tego bycia zajebistym tego „lepszego” w 4F, gdy do kolejki dołącza Danielek w swojej zimowej kurteczce Noize (za 340$) i kanadyjskich butach Pajar (za 200$). Kupiłem je sobie, bo mi się PODOBAŁY, bo nie wiem nawet, jakim prestiżem jest Noize, a ajfona mam bo robi ZAJEBISTE zdjęcia, a nie, że ma jabłko na kejsie i że Kijowski z KODU wydał na niego 4500zł.

W USA, na lotnisku, w McDonalds siada koło mnie ktoś ze złotym, prawdziwym Rolexem, w ciuchach takich, że widać, że zarabia miesięcznie więcej niż ja w rok, ale nie udając nikogo lepszego, je tego pysznego, toksycznego hamburgera, bez wywyższania się, podczas gdy ktoś w Polsce z „podobnym” Rolexem z bazarowego straganu, siedziałby w najdroższej restauracji na całym lotnisku, zamówiłby wprawdzie w niej tylko wodę i serwetki do tego, ale kurwa, ta możliwość popatrzenia na innych z góry albo z lepszego miejsca…

W USA gdzie Iphone 7 ma obecnie każdy, dosłownie KAŻDY (wszystkie sieci upgradeują za darmo 6-stki do 7-demek), nie mam obaw wyjęcia telefonu, by nie wyjść na jakiegoś snoba, podczas gdy w Polsce chowam się z moim Iphone 7, by nikt nie zobaczył, że trzymam w rękach tutejsze 2-3 pensje i że pewnie wyjąłem go, by się pochwalić, posnobować.
Te polskie dziunie na paryskim lotnisku z torebkami LV, szytymi gdzieś w szanghajskim garażu. Te „górnolotne” rozmowy o tym, jakimi są już Paryżankami (po 2-3dniowej wycieczce), toczone na tyle głośno, by każdy wiedział, że ona tu nie przyjechała zmywać naczyń czy „ciągnąć” fiuta na pigalaku, a na holideje… To samo w Warszawie, ten nos i cały tępy ryj zadarty aż do sufitu, gdy czekają na bagaż, który przyleciał „z Paris’, podczas gdy obok czekają jacyś tanioliniowy biedacy ze zmywaka z Glasgow. ŻENADA!

No to welcome home. Jeszcze tylko na powitanie antyaborcyjna manifa pod szpitalem, i „jestem w domu” ;)

  

1. Pożegnalny, amerykański, fullkaloryczny McDonalds. W Polsce jesz go po kryjomu, jako konsument gorszej kategorii, podczas gdy w USA tuż przy Tobie przysiądzie się milioner, bo jest po prostu SZYBKO i SMACZNIE.
2. Gdy siedzicie za parą staruszków, którzy co chwilę wypuszczają gazy trawienne, to lepiej miejcie tę gorącą chusteczkę, którą obsługa samolotu rozdaje przed kolacją. Nic tak dobrze nie filtruje atmosfery, niż ta mokra, gorąca chusteczka:)
3. Warszawa w 18sekundowym skrócie :)

Od miesiąca jestem w Polsce. Ale spokojnie, spokojnie, wkrótce nowe notki (chociażby z przeliczania na detroitskim lotnisku przez graniczników wywożonej przeze mnie z USA kasy). Teraz będzie dowód na idiotyzm ameryki. To już chyba z dziesiąta wersja mojej dywagacji na ten temat, prawda?

Pisałem o tym, jak durni są pracownicy Biura Obsługi Klienta amerykańskich dostawców internetu, jak nie potrafią prawidłowo zapisać mojego nieskomplikowanego nazwiska, jak durne są pracownice w banku, dla których „Za darmo” oznacza 5dolarową opłatę, które mając mnie tuż przed sobą, moje ID, mając na ekranie swojego komputera moje konto, i tak wpłacą moje 500$ na obce konto, itd. Idioci w urzędach, bankach, itd., a zarabiają tam 5-6x więcej, od biednych kasjerek w polskich bankach, więcej niż ci biedni młodzi ludzie w BOK naszych operatorów, czy biedne starsze panie na polskiej poczcie, które po prostu muszą umieć wszystko, wiedzieć wszystko i NIGDY się nie mogą pomylić, bo wylecą z roboty i jeszcze do końca życia będą spłacać swoją pomyłkę…

Dziś zastrzeliła mnie amerykańska poczta! Zastrzeliła mnie dosłownie! Kolega zamówił przeze mnie jakieś tam uszczelki do spłuczki WC. Przesyłka przyszła do mnie do USA, gdy ja już byłem w Polsce. Matka jedyne, co zrobiła, to wpakowała to coś w większą kopertę, wypisała moje imię i nazwisko, mój polski adres i pojechała to nadać na amerykańskiej poczcie (bąbelkowa koperta A4, 50gram wagi, cena za przesyłkę 13,25$, jakby kogoś interesowało. Pocztą zwykłą idzie tyle samo, albo nawet szybciej, niż pocztą lotniczą, która kosztowałaby ok. 22,5$ – kolejne ich kuriozum).
OCZYWIŚCIE, że idiotka pracująca na poczcie znów źle przepisała moje nazwisko. To jest zaledwie OSIEM pierdolonych liter, których oni nie potrafią przepisać z koperty do komputera! W moim nazwisku są trzy takie same litery „E”, i właśnie jedną z tych trzech liter ci idioci zamienają na A lub U!

No chuj z tym, kto jak napisze moje nazwisko, Danielka znają wszyscy i zawsze do mnie przesyłka dojdzie. W razie czego CBŚ poprawi, dopisze co trzeba w adresie i po przejrzeniu zawartości mojej korespondencji, agent udający nowego postmana na dzielni przytacha mi przesyłkę. Gdy mieszkałem we Wrocławiu, a nie było wówczas jeszcze ani FB, ani Instagrama, ani Snapa, ani ASK, ani nawet e-maili, ANI NAWET Internetu, komórek, smartfonów, i SMSów także nie było, wówczas Danielek udzielał się epistolarnie. Wystarczyło zaadresować kopertę:

Danielek
Wrocław

i… dochodziło. :)

Oczywiście błędnie przez amerykańską Pocztówę zaadresowany list, doszedł do mnie do Polski w zaledwie tydzień. Pewnie gdyby był polecony, to Poczta Polska by mi go nie wydała, bo nazwisko się nie zgadza… I tu zaczyna się najlepsze. Przynoszący mi list listonosz mówi, że NIE SKLEJA SIĘ DWÓCH LISTÓW ze sobą…

What The Fuck? Jakich dwóch listów? – Przecież matka włożyła kopertę z tymi uszczelkami do DRUGIEJ, większej, czystej koperty, zaadresowała ją właściwie i… tyle. Jaki drugi list…? A no… patrzę o moim oczom nie wierzę. Do mojego listu w żółtawej, wielkiej, bąbelkowej kopercie A4 doklejony jest jakiś inny list, w białej, standardowej kopercie amerykańskiej poczty Priority Mail, także A4. Nie wiem, czy skleiły się te dwa listy ze sobą znaczkami (sarkazm), czy ktoś tak dobrze polizał kleje przed zaklejeniem kopert (ironia)… A może biała koperta zakochała się w żółtej kopercie i nie mogły się w sortowni rozstać ze sobą? I Zamiast Donna P. z Fenton, MI otrzymać 26 lutego swoje MEGA WAŻNE dokumenty, to otrzymał je Danielek S. z Polski 6 marca wraz z uszczelką do sracza!

OK, zagłębiam się w dokumenty. Poznam czyjąś historię medyczną, albo zdolność kredytową, albo… zaraz sprawdzę, co to.
To rozliczenie podatkowe. Ot poszła Donna do Dejwa, ze wszystkimi swoimi dokumentami fiskalnymi i tenże miał rozliczyć jej podatki i wszystko odełać. Przez pomyłkę amerykańskiej poczty, mam ORYGINAŁY PITów Donny, oryginały jej wyciągów ze wszystkich jej rachunków bankowych, znam położenie każdej jej nieruchomości, jej wartość, stopień spłacenia, wysokość podatków jakie płaci za te nieruchomości.

WHAT’S NOW? Pozywać amerykańską pocztę? Mogę to zrobić zapewne ja, ale już na pewno Donna. Gdybym nie był tak paskudny, że ludzie widząc mnie w TV regulowaliby odbiorniki, albo oddawali swoje nowiuśkie LCDeki, LEDowce i OLEDowce z porotem do sklepu, jako wadliwie wyświetlające obraz, a szczególnie ludzkie ryje, to już ze 100x byłbym w amerykańskich Newsach z różnego takiego typu spotkającymi mnie w USA „przygodami”.

I pomyśleć, że oni latają w kosmos… I na księżyc. I rządzą światem.
Dlatego tak kurwa ten świat teraz wygląda…

 

1. Matka wysłała mi tę żółtą kopertę. Prawidłowo zaadresowana ręcznie, na naklejce ma już podmienione nazwisko. Jakim cudem dokleiła się do tej zwykłej koperty owa biała po prawej, zawierająca tę teczkę z dokumentami powyżej kopert – NIGDY SIĘ NIE DOWIEMY..
2. Hmm… ciekawe, ciekawe… Hmm… General Motors… – zajrzałem tylko, by stwierdzić, czy to dokumentacja medyczna, czy jaka i czy trzeba to odesłać prawowitemu adresatowi? TRZEBA! Bez tego IRS (Urząd Skarbowy) dobierze im się do dupy! Los Donny w moich rękach i w mojej dobrej woli…

Po kilku latach mojej styczniowej nieobecności w USA (bo targi zawsze odbywają się w styczniu), wybrałem się na tegoroczne, detroitskie targi motoryzacyjne NAIAS (North American International Auto Show).
Grzechem byłoby tam nie pojechać, mając do hal wystawienniczych COBO Center zaledwie 40km. Wiem, że ludzie potrafią tu przylecieć z drugiego końca świata i… szczerze się zawieść tym, co tu zobaczą. Ale po kolei…

Najpierw trzeba dojechać do targów. 2x26mil = 5$ (na paliwo)
Parking 10-30$ (im dalej od hal targów, tym taniej. Można też zaryzykować pozostawienie auta na ulicy. Póki będzie jasno, nic się raczej z nim nie stanie… RACZEJ!).
Wstęp – 13$ za bilet dla doroślaka
Szatnia (nieobowiązkowa) – 3$.

Jeszcze zanim dojedziemy do hal targowych, zobaczymy kawałek Detroit… Ja zjeżdżałem z autostrady nr 375 i przed samym downtown Detroit jechałem samotnie mając do dyspozycji dwa pasy na których kilkaset metrów przede mną i kilkadziesiąt metrów za mną nie było NIKOGO! Zza bezpiecznych szyb auta miasto wygląda całkiem bezpiecznie i miło. Wielkie wieżowce, w tym górująca nad wszystkim kwatera główna General Motors, która oddała jedną z wież hotelowi Marriott. Dymiące parą studzienki kanalizacyjne, spowolnionych ruch w centrum, stare, majestatyczne wieżowce z lat świetności USA… O wiele bardziej wolałbym przejść całe Downtown Detroit pieszo, z kamerą i aparatem na szyi, niż hale targów motoryzacyjnych. No ale wolę z Detroit powrócić żywy i z moim fotosprzętem, niż obawiać się, że 1-szy lepszy lub gorszy tambylca, pozbawi mnie mojego 4K camcordera, cyfrowej lustrzanki, lub życia.

Już na parkingu zauważamy pierwszą ciekawostkę. Są miejsca dla samochodów i dla smallcarów. Wolnych miejsc dla samochodów pełnowymiarowych nie ma, trzeba na piętrowym parkingu pchać się kilka pięter w górę, podczas, gdy dla Small Car wszystkie miejsca wolne. Tu po prostu NIE MA małych samochodów! Po tej pierwszej ciekawostce, docieramy do hal COBO i jeszcze przed kupieniem biletu możemy pooglądać Forda Raptora, jakiś taki dziwny drogowy kajak na kółkach czy zasiąść sobie w gościnnych radiowozach michigańskiej policji.

Na targi wchodzimy jednym z kilku wejść. Znów wszedłem przy stoiskach Mercedesa, co teoretycznie powinno oznaczać, że zaczynam z najwyższego punktu, z motoryzacyjnej elity, z samochodowej extraklasy… Tia… Chyba od lat Niemcy pozostają ze swoimi motoryzacyjnymi wymysłami daleko za… (cholera, jak tu napisać „za kim”, by nie zostać uznanym za rasistę? ;) Są w czarnej d… dziurze. Jeszcze Mercedes „daje radę” i coś tam się różnią te jego klasy E od S, C od A, ale Audi czy BMW? Toż to jeden i ten sam samochód, rozdmuchany tylko przez płuca dymarki w hucie z BMW 3 na BMW 5, z BMW 5 na BMW 7. Te same nerki w każdym modelu BMW, te same grille w każdej Audiczce.
Mesio z tej wielkiej niemieckiej trójki jeszcze jest najbardziej zmienny. Ale dał ciała prezentując dwa auta, które udawały Maybacha. W ogóle dawniej Maybach był klasą samą w sobie, był takim LEXUSEM LS 600 przy Toyocie Aygo, a teraz… S klasa 550 nazywa się Maybach. Bo ma w światłach stopu kryształki Swarovski’ego? Wkrótce kupicie A-klassę z 1 litrowym Dieslem, którego też będą sygnować nazwiskiem Maybacha – BEZNADZIEJA! Oczywiście wszystkie auta od Meśka prezentowane są w wersjach AMG, z o wiele ładniejszymi grillami, lampami, spojlerami, poszerzonymi błotnikami i szerokimi walcami zamiast opon. Cywilne wersje tych samych aut nie są niestety już tak urodziwe. Na stoisku Mesia właśnie podsłuchałem, jak odkrywcze są kobiety. Na matowy lakier (czy też na matową okleinę), która wykańcza blacharkę Mercedesa GT C, jedna z kobiet nazwała ową farbę „primerem” czyli po naszemu podkładem (taką malarską bazą przy malowaniu ścian).

Przyklejony do ściany bolid F1 AMG-Mercedes odciągał uwagę od braku polotu wśród stylistów Mercedesa. Bo zrobienie z dawnego Mercedesa SLS obecnego Mercedesa GT… to raczej żaden wyczyn. A gdzie SLR? Oczywiście wśród aut ogólnie dostępnych dla statystycznego Smitha króluje kolor biały. 100lat temu w fabryce Forda można było kupić Forda T w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny, teraz Mercedes, rasista, wszystko maluje na biało. No nie dziwne, Germania coraz czarniejsza…

Z Mesia poszedłem na amerykańskiego Cadillaca. Prezentowali prototyp, tzn. concept car, model Escala. Kolejna wielka na prawie 5,5 metra koncepcyjna krowa, która nigdy nie zejdzie z linii produkcyjnej. Tak się przyglądałem, czy to auto ma przyklejone szyby do tapicerki… A jeśli nie, to jak będą się otwierały… A może ta cała Escala, to jakaś niedożywiona wersja terenówki Escalade? No piękne, piękne, wielkie, długie, niepraktyczne jak zajęcia ZPT w ośmioklasowej podstawówce w czasach mojej młodości.
Najciekawszym autem Cadillaca jest ich ATS-V z 640 konnym silnikiem. Nawet jeśli masz BMW M-power czy Meśka AMG, to nie zakładajcie się o za dużą kasę, że dacie radę tym potworom. TAK, też nie szanuję amerykańskiego zarządzania pojemnością silników, wyciągania zaledwie po 200-300KM z 5-6 litrowych silników, ale to auto jest wyjątkiem. I to całkiem tanim, w stosunku do europejskich konkurentów (370 tys. PLN za nowiutkie, luksusowe auto z 640KM pod maską, to naprawdę chyba niewiele?). Mam nadzieję, że Audi RS6 daje radę temu potworowi, bo inaczej przestaję zbierać na RS6 od Kamilka ;)

Po Cadillacu kolej na Hondę, która dupy nie urwała niczym. Przytachała jakiegoś bolida nieznanej mi Formuły. Jakiś wielki gokart, jakieś działka do wystrzeliwywania z nich pary wodnej. I jak fronty Hond mają wiele uroku, te skośne, fikuśne oczka, tak dupy im nie wychodzą. Accord jeszcze, jeszcze daje radę, ale Civic?

Później stoisko Chevloleta. On zawsze będzie oblegany i wielbiony, bo to jedna z kultowych marek USA (jak zresztą każda inna from USA!). Po prostu amerykańskie marki są ulubionymi brendami gospodyń domowych (kilka różnych marek), dla majsterklepków (Dodge), dla contractorów (Ford), dla rednecków (Ford F-150 lub jakiś GMG), dla mamusiek bezpiecznie wożących swoje dzieci do szkoły (GMC Yukon lub Cadillac Escalade). A Chevy jest dla wszystkich, bo ma wielbioną tu Corvette. Każdy chciałby mieć tu Corvette, na weekendowe wypady za miasto. Nawet jak stać go na Vipera, to corvette jest jakąś taką zaprogramowaną w kodzie DNA amerykańskich obywateli motoryzacyjną świętością. A kogo nie stać na Corvette (tak naprawdę stać na nią KAŻDEGO pracującego Amerykanina, ale jest nieporęczna, nie ma nawet gdzie włożyć teczki, torebki, nie mówiąc już o zakupach z Sam’s Clubu), ten może się zadowolić Chevy Camaro za cenę połowy Corvette. Cholera, my mamy o wiele bardziej przyziemne marzenia, na które nas za naszą pracę nie stać, a oni… 5000$ pierwszej wpłaty i 500$ miesięcznie i jak chcą, to jeżdżą sobie Corvetką. Ale z takimi samochodami jest, jak z chęcią mieszkania przy Piątej Alei w NY, czy w Sky Tower we Wrocławiu. Gdy patrzysz na taki budynek z daleka, to marzysz, by w nimi zamieszkać, by patrzeć na ludzkie mrówki z 30 piętra. Ale, gdy już Cię stać na zamieszkanie tam, to… dostajesz zamętu, bo na V Alei ciągły hałas, gwar, ruszający z piskiem opon krótkopenisowi faceci, ruszający z rykiem silników redneckowie w swych pickapach, co chwilę jakieś uliczne eventy, manify KODu, czarne Parasolki, Madonna FUCKająca Trumpa, i Ci się odechciewa mieszkania przy prestiżowej ulicy. Podobnie w Sky Tower, wchodzisz do takiego mieszkania i po chwili się orientujesz, że brak tam intymności, przytulności, że przez szyby ktoś może Cię z dołu podglądać, i że pewnego dnia wleci Ci do salonu jak nie Airbus 380, to przynajmniej Tupolew. Tak samo jest z tymi wszystkimi Corvette, Camaro, itd. Piękne z zewnątrz… I plastikowe;) Ale obejrzyjcie na zdjęciach zadek plastikowego, szarego Camaro – naprawdę boski, nie? Jak kloaka kozy w niektórych kręgach kulturowych… Mi naprawdę podoba się linia stylistyczna Chevroleta. Pamiętam jeden dawny model, który miał z tyłu bagażnika (a nie jak u nas, w podłodze) wykute przez kowala miejsce na koło zapasowe – ohyda gorsza, niż Chrysler PT Cruiser czy Chrysler HHR – dwie największe masakry motoryzacyjne USA, przy których Fiat Multipla to cacuszko jakby spod ręki Pininfariny ;)
No zerknijcie na Impalę czy Malibu. Podobają się Wam? A może mi podobają się przez to, że są tak duże? A jak wiadomo, duży znaczy lepszy, ładniejszy, szybciej dający radość, rozkosz, spełnienie :)

No i pora na Forda. Ford podobno gówno wart, ale ci z Forda po prostu budują na tych halach miasto w mieście. Dwupoziomowe stoisko, fiu, bździu, miód i orzeszki. Na piętrze królują redneckowe Fordy F-150, Raptor, Lariat, itd. Wzruszająca jest ściana długości ok 20-30metrów, która CAŁA wypełniona jest tysiącami zdjęć Fordów F-150, 250, 350, wysłanych przez ich właścicieli. Auta te służą do wszystkiego, do jazdy do kościoła, do wiezienia szpitala żony w ciąży, do orania ziemi, do karczowania lasów, a stare, niejeżdżące już modele służą nawet jako kurniki. 40lat historii tego modelu na jednej ścianie – naprawdę wzruszające. A na dolnym piętrze pawilonu Forda, można było zobaczyć prawdziwe cacuszko jakim jest nowy Ford GT. Felgi z włókna węglowego, dyfuzor przypominający kosiarkę do trawy. Oj pokosiłby trawniki czymś takim, pokosił…;)

I tak marka po marce… Lexusy chyba cierpią na jakiś kryzys, i ich grille zrobione są z siatki ogrodzeniowej. I najczęściej wyglądają jak pługi do odśnieżania, albo do przepychania demonstrantów z KODu sprzed maski samochodu Prezesa. Czegoś tak ohydnego nie widziałem już dawno! Ordynarna siatka ogrodzeniowa, chromowana, o mocnych spawach, by w razie jak demonstrant będzie gruby, to by nie zrobił grillowi krzywdy. PASKUDZTWO! Weźcie Wy Japończycy zajmijcie się lepiej ryżem, sake, origami, karate, mangą, ale nie projektujcie już więcej samochodów! Chociażby takich, jak toster na kołach (Scion xB, czyli Toyota bB)

Mnie oczywiście najbardziej interesowały Hyundaie. Jestem tak leniwy, że mając około 10 km do najbliższego salonu tejże marki, nie zebrałem się, by kiedykolwiek tam pojechać. Za to na Autoshow chciałem doznać takiego Hyundaiowego efektu WOW. Szczególnie, przy flagowym ich modelu – GENESIS! Jakież było więc moje zaskoczenie, gdy ani jednego Genesisa na stoisku Hyundaia nie zobaczyłem? WIELKIE! Po prostu odcięto Genesisa od Hyundaia CAŁKOWICIE, wykupując mu osobne stoisko z drugiej strony hali. To naprawdę prześliczne auto. Majestatycznie duże. Oj no po prostu BAJKA(ł). Nie mogę odżałować, że go sobie nie kupiłem za 7.100$ Lekko przetarty prosto z firmy ubezpieczeniowej na https://www.copart.com/ (uważajcie, jest to strona po prostu UZALEŻNIAJĄCA!).

Bieda Panie, bieda. Kryzys. W tym roku na Motoshow nie było ani Porsche, ani Ferrari, ani Bentleya. Moi koledzy w moim biednym przygranicznym mieście mają ładniejsze, mocniejsze i droższe auta, niż pokazano na Autoshow Detroit 2017. Wśród rodzynków w tym motoryzacyjnym zakalcu można wymienić tylko nowego Forda GT, czy prototyp Mustanga Roush z 720KM silnikiem.

Jakim autem wyjechałbym z tych pokazów ja? Toyotą Camry z 2006, bo tylko do niej miałem kluczyki. Gdyby ktoś mi podarował dowolny samochód, to pewnie wybrałbym Hyundaia Genesis G90 lub G80, ewentualnie KIA K900. A co! BMW ma byle polski burak, który weźmie dopłaty za swoje hektary. Audi w Europie ma byle uchodźca, który weźmie socjal na swoje cztery żony i dwadzieściatroje dzieci (340tys. Euro rocznie). Mesia ma byle taksówkarz, ale takiego Hyundaia nie ma nikt! Nie da się kierowcy Hyundaia zakwalifikować do żadnej patologii. Do dresów, dilerów, sutenerów, alfonsów, yuppies. Tylko Danielki jeżdżą takimi samochodami.

A co do bardziej dostępnych aut, oczywiście powala mnie ciągle stylistyka Forda Fusion. Tak samo wygląda obecne, europejskie Mondeo. Zrobili nawet studyjny, eksperymentalny model samosiękierujący. Ot, by już w ogóle nie trzeba było odrywać rąk od smartfona, kierując autem. Bo w USA, przysięgam, minimum 1/3 osób za kierownicą, tak naprawdę, prowadząc auta, ani na chwilę nie przerywa sobie siedzenia na Fejsie, na Insta, na Snapie. Ostatnio facet zatrzymał się mi prawie w dupie (tzn. w bagażniku). Gdyby nie miał gdzie uciekać (miał wolny pas po lewej) i zatrzymał się przede mną – wbiłby mi bagażnik pod komorę silnika. Dlatego połowa aut ma już tu systemy automatycznego hamowania, które… też wcale nie pomagają, bo wielokrotnie awaryjnie i bardzo niebezpiecznie hamują, gdy jakiś Boguś wciśnie się przed nasz samochód.

Jeśli mieliście dylemat, czy marnować czas i wpadać na targi do Detroit – NIE WPADAJCIE! Nie ma po co. Jak już, to walcie prosto na jakieś targi w Kalifornii lub na Florydzie, gdzie mieszkają miliarderzy, i gdzie wystawiają się Bentleye, Ferrarki, Kenigsegi (nie będę się męczył z właściwym napisaniem tej kretyńskiej marki!).


https://goo.gl/photos/mC3ckkS6NPCvnBue6

PS Co za pierdolony* DEBIL wymyślił te pojebane zdjęcia i albumy na Google Photos, zastępując nimi starą, poczciwą, zależną od użytkownika Picassę?! Z tego co wiem, niezależnie od ustawienia prywatności i sposobu udostępniania, to i tak moje zdjęcia Wam się nie wyświetlą z linków do zdjęć pośrednich. Teraz okazało się, że nie da się nawet posortować zdjęć zgodnie z nadaną im nazwą! Męczyłem się ponad 2 godziny, by zgrać chronologicznie i przezwać 541 zdjęć z Targów (300 z lustrzanki i 141 ze smartfona), by uwiecznione na nich auta i cenniki były kolejno obok siebie, a ta pojebana witryna i tak ułożyła je sobie po swojemu! I nie ma opcji ułożenia ich po nazwie! Kolejny portal dla tabletowych idiotów, debili, którzy nawet nie potrafią zmienić nazwy pliku, więc maszyny  i portale muszą wszystko robić za nich! DNO! Pierdolone, internetowe ścierwo!

Cały świat, cały cyberświat jest tworzony obecnie dla DEBILI! Dla kogoś, kto potrafi tylko nacisnąć wirtualny spust migawki smartfona czy tabletu, i chwilę później focia jest już automatycznie wysłana na iCloud, na chmurę w jebanym Google Photos, na Insta czy na Snapa. Umiejętność zmiany nazwy pliku jest dziś jakby umiejętnością programowania w C++. KURWA, co za kretynizm! Co za pojebany świat, systemy, portale dla idiotów! Ja chcę DOSa, Windowsa 3,11, internetu na modem 14,4 kB/s, ale przynajmniej internetu dla ludzi ROZUMNYCH, a nie dla zwierząt, które wytresowane do klikania selfie i dawania serduszek, niczego więcej na komputerze już nie potrafią!

A zatem SORRY za to, że jest taki burdel w zdjęciach, ale po prostu automat Google zrobił ten syf. Sorry też za krzywe wykadrowanie niektórych zdjęć, albo brak ostrości, ale przepchanie się przez 806 tysięcy osób, które odwiedziły w te 2 tygodnie owe Targi i odczekanie na takie odsłonięcie auta z gapiów, by w pełni było widoczne dla obiektywu aparatu, często graniczyło z cudem.

* – TAK, mogę kląć do woli. Należę do tej grupy ludzi, która klnie i się tego nie wstydzi, bo wie, że nie jest to powodowane ubogością językową, ale intelektem, w którym przekleństwa są środkiem ekspresji emocji. Bo jak tu kurwa inaczej napisać o przeszło dwóch godzinach zmarnowanego czasu, bo Głuple Photos są dla idiotów, a nie dla „informatyków”. TAK, to prawda, że klnie zazwyczaj tylko nizina społeczna i elita intelektualna. Średniacy starają się nie kląć, gdyż myślą, że będą utożsamiani z patologią, podczas gdy nie mając dostępu do klasy intelektualnie wyższej i najwyższej, nie mają pojęcia, jak „soczyście” owa klasa rozmawia w swoim gronie. Panie Kieślowski, Pana soczystość lubię najbardziej.

       

1. Parking dla małych aut. Small car park. Po drugiej stronie w pełni zajęty parking dla normalnych aut:)
2. Jeśli samochód policyjny widziany z tak bardzo bliska, to tylko w tego typu, targowych okolicznościach.
3. Maybach…
4. Chevy Camaro SS od dupy strony… – udany, prawda?
5. Ford GT 2017
6. Czy może jednak uśmiechnięta Accura NSX GT3?
7. Ledwie zaczął się 2017, a tu już auta z 2018;) Straszny grill z siatki ogrodzeniowej, co?
8. Taa-daamm. Oto mój przyszły Hyundai Genesis:) A co!

Jedną z przebojowych zabawek na niedawne X-mas było urządzenie rozpoznające głos i reagujące na rozmówcę – amazonowe Echo z przemiłą panią Alexą w środku czy googlowy Home, z inną babą zamkniętą w ciasnej obudowie tejże zabaweczki. Kupujemy takie coś za około 200$ (a jej odpowiednik od Google już za jedyne 130$), stawiamy w miejscu, w którym najczęściej przesiadujemy sami czy wraz z rodziną i… nikt z domowników nie jest nam już do niczego potrzebny…!
W reklamach oczywiście, tatuś czytając córeczce książeczkę, ma wątpliwość, czy słonie żyją w Afryce czy w Azji, więc pytają Alexę, gdzie żyją słonie i wszystkowiedząca Alexa chwilę później odpowiada, że w ZOO;) No nie, Alexa nie ma poczucia humoru i zawsze odpowie „mądrze”, tzn. encyklopedycznie ;) Mądrze to odpowiada Danielek mądrym ludziom, którzy by z nim pogadać muszą wbiegać na poddasze, a później schodzą do piwnicy pogadać z resztą znajomych… (to najmilszy komplement jaki usłyszałem odnośnie mojego IQ).

Tragedią tego typu urządzeń jest to, że dzieciak, który dostał już odcisków od ślizgania się paluchami po ekranie tabletu, teraz będzie leżał do góry brzuchem i Alexa będzie mu zapewniała nianię, Mamę, Tatę, życie… Ale takie same dzieci owa Alexa zrobi z rodziców, tychże dzieci epoki cyberświata. Reklamy tego ustrojstwa pokazują, jak Alexa miło budzi nas rano dźwiękami przyrody, jak wyłącza się ów budzik słowami: „Alexa wstaję”, albo po prostu „Zamknij się!”, bez szukania komórki (bo własnie w komórce jest schowany budzik 99% z nas, prawda?). Alexy nie trzeba ładować, bo jest na stałe podpięta do prądu i Internetu. Alexa włączy nam rano światło, powie nam (gdy przeciągamy się w łóżku), co mamy tego dnia do zrobienia, jaka będzie pogoda, włączy muzykę, połączy się z telefonem jako zestaw głośnomówiący, rozpozna każdy kawałek muzyczny o który ją zapytamy, zanuci, zaśpiewa, zatańczy (no nie, jeszcze nie tańczy, to Alexa żeńska, a nie Alexander Kwaśniewski przed Komisją Rywina). Alexa sama zamówi nam pizzę (automatycznie powtórzy każde z naszych wcześniejszych zamówień). Pary nie będą się już kłócić o to, które z nich w ich związku jest mądrzejsze, bo najmądrzejsza w domu będzie Alexa. Nie będziemy sobie przypominać, jak ma na imię ten zawsze zapominany przeze mnie aktor, grający K-Paxa, bo zanim próba przypomnienia wzruszy pierwszy neuron w naszym mózgu, Alexa już odpowie, że to oczywiście Kevin Spacey. Zaśpiewa Wam STOOO laaat i każdą inną piosenkę, zapisze, że w czwartek macie kupić jajka, zapamięta Wasze hasła do czego tylko chcecie. Alexa wyłączy nam światło przed snem, będzie ostatnią „osobą” tego dnia, z którą wymienimy ostatnie tego dnia słowa… MASAKRA!

Mówię (piszę) Wam to ja, który od dekad okrążony jest elektronicznymi gadżetami najnowszej generacji (obecnie jest to iPhone 7 PLUS, kamera 4K Sony, cyfrowa lustrzanka Canona, kamera termowizyjna Flir, kamera monitoringu Flir FX, itd.). Piszę Wam to ja, który komputer ma od 30lat, który przeżył epokę Atari, Commodore, Amigi, IBM na DOSie, na Windowsie 3.11, na Windowsie 95, 2000, itd… Który ma kilkanaście dysków twardych na których gromadzi około 20TB danych. Który spędził średnio w ciągu ostatnich 4,5 lat przed komputerem 8godzin i 12 minut DZIENNIE (dane z raportu zużycia dysku SSD)… Mówię Wam, że tego typu ALEXY są ZŁEM! I ja takie zło niestety posiadam… Nie, nie Echo od Amazon, a Sirię w Iphone…

Każdy z posiadaczy iPhone ma w nim tego samego typu zabawkę o imieniu Siri (o wiele głupszą od Alexy, musi być stworzona na podobieństwo posłanek z Nowoczesnej, bo udaje, że wie wszystko, jak posłanki tej partii, a tak naprawdę nie wie NIC!). Wystarczy kilka razy powiedzieć: „Hey Siri”. „Hey Siri”. „Jaka jest dzisiaj pogoda, Siri”, by owa Pani nauczyła się naszego głosu NA PAMIĘĆ! By wyrobiła sobie algorytm na rozpoznawanie nawet mnie! Ci, którzy znają mnie na żywo wiedzą, jak strasznie „seplenię”. Połowa znajomych mnie nie rozumie, czytają mi z ruchów ust, a najczęściej, gdy rozmawiamy twarzą w twarz, to każą mi wyciągnąć komórkę i pisać im na czacie na Fejsbooku, o co mi chodzi, bo mnie nie rozumieją (wredne Wy!). Wyobraźcie sobie, że Siri rozpoznaje KAŻDE moje słowo i to wypowiadane w obcym dla mnie języku (angielskim, bo ta genderowa* machina jest na tyle głupia, że jeszcze nie opanowała naszego szczebrzeszyńskiego języka).
* (zobaczcie, jak unika pytań jakiej jest płci) …

Zagrożenia z tego typu zabawek są PRZEOGROMNE! Apple ma już nasze wszystkie dane biometryczne! Odcisk paluchów, którymi odblokowujemy kilkaset razy dziennie naszą komórkę. Ma czystą próbkę głosu dzięki programowaniu nim Siri. Baa… ma zestaw setek wypowiadanych przez nas do Siri słów, co może posłużyć do zestawienia dowolnego dialogu z „naszym” udziałem. Jeśli walniemy sobie samojebkę w dobrej rozdzielczości naszym iPhone, to Apple zdobędzie nawet wzór tęczówki naszego oka – naprawdę! Przecież istniejące urządzenia rozpoznające ową tęczówkę mają o wiele gorszą rozdzielczość! Ciekawe, czy, gdy ktoś ogląda pornola na Iphone, i przypadkiem napaskudzi na ekran, to czy Apple Corp. zdobywa w ten sposób próbkę DNA…? Zaraz, zaraaaaz, zaraaaazzzz sprawdzę… ;)

Alexa oczywiście udając przyjaciółkę, tak naprawdę służy jedynie za przekupkę z wirtualnego straganu. Codziennie media donoszą o setkach przypadków przypadkowych zakupów dokonanych przez dzieci. Ot zapytały Alexę jak na ma imię nowa Barbie, i za kilka dni Barbie przychodzi do domu obciążając kartę kredytową rodziców (zapewne autoryzacja i potwierdzenie dokonania zakupów wygląda tak, jak u nas „podpisanie” zdalnie umowy przez jakiegoś naciągacza z Telekomunikacja „Dzień Dobry” czy z Novum).

Jak teraz wyglądają imprezy w Polsce? Takie domowe spotkania…? Z alkoholem na zakąskę? Włącza się jeszcze TV na jakąś stację muzyczną, czy już nie? Czy każdy ze swojego smartfona odpala Youtube i pokazuje na smarttelewizorze dzięki funkcji Throw pozostałym znajomym, co ogląda, czego słucha, co jest dla niego śmieszne i dlaczego? W USA tego typu imprezki to pytanie Alexy czy Siri…
– Lubisz seks? Pokaż cycki. Jak dużego ma Danielek? Itd…
Aleksa zazwyczaj miga niebieskim światełkiem na główce, ale przy tego typu pytaniach się czerwieni ;) Uważam, że za 2-3 lata wymyślą wersję z wbudowaną waginą lub wibratorem… I nasz gatunek przestanie istnieć! ;) I bardzo dobrze! Zasponsoruję za wszystkie moje oszczędności zrzut takich Iphone z Sirią nad Sirię i Irakię:)

A prócz Alexy z Amazon Echo jest jeszcze jej przyjaciółka Home od Google. Na necie jest pełno powrównań tych dwóch elektronicznych tworów. Zobaczcie, jak różnie odpowiadają na pytania i… jak mądre by były już obecnie, na początku 2017 roku, gdyby połączyły swoje wirtualne siły. Alexa jeszcze nie potrafi prowadzić dialogu w nawiązaniu do poprzednich pytań, ale Home od Google już normalnie konwersuje, łapiąc kontekst naszych kolejnych pytań w powiązaniu z jej wcześniejszymi odpowiedziami. Przecież Alexa ma zaledwie dwa latka, a Goodzia dopiero trzy miesiące! Wiecie, co będą one potrafiły za kilka lat… Co będą o nas wiedziały? Ja wolę nie wiedzieć… Przecież ich mikrofony są włączone CIĄGLE i słuchają WSZYSTKIEGO!
Malutkie Alexy (Echo Dot) kosztujące zaledwie 49$ umieszcza się w każdym pokoju, łazience, kiblu. Dzięki algorytmowi na melodyjność i natężenie naszego pierdzenia programiści Alexy ustalą, czy lubimy zabawy analne i z kim… 

Obejrzyjcie reklamę Alexy, a także testowanie jej przez jednego z użytkowników… Siri jak to Siri, jest póki co taką kabaretową Mariolką (posłanką Joanną Scheuring-Wielgus, albo Kamilą Gasiuk-Pihowicz), ale potencjał Alexy i Goodzi jest PRZEOGROMNY!

A tak na marginesie, ile razy udało Wam się zagnać Siri lub Alexę do takiego położenia, że musiała wydukać, że dostała błędu 404 (to taka elektroniczna migrena lub PMS).
Nie kupujcie tego czegoś. Umiejcie jeszcze nastawić budzik (w telefonie lub mechaniczny jakiś). Umiejcie sprawdzić w kalendarzu, co jest dziś do zrobienia, do zapłacenia, do kupienia. Umiejcie słuchając lokalnych wiadomości określić, z braku wypadku, ile będziecie jechać do pracy. Umiejcie przypomnieć sobie, kto występował w Waszym ulubionym filmie, kto śpiewa Wasz ulubiony kawałek muzyczny. Inaczej… gdy taka Alexa się zepsuje lub straci dostęp do internetu, Wy dopiero zorientujecie się, jak bardzo straciliście kontakt z niewirtualną rzeczywistością…

Myślicie, że nie stracicie? No przecież WSZYSCY straciliśmy ją dekady temu… Nawet bez zaangażowania w to Alexy…












Jako, że zarówno w USA, jak i w Polsce bywam tylko sporadycznie, wszędzie używam kart prepaid. W Polsce mam numer z każdej większej sieci od początku działalności tychże operatorów komórkowych (czyli od ponad 20lat), więc rynek usług znam w miarę dobrze. To, że przez dekady w dziedzinie telekomunikacji byliśmy o 100 lat za Murzynami (tu akurat dosłownie), doprowadziło do tego, że w telefonii komórkowej jesteśmy przed nimi. Pokrycie sygnałem prawie w całym nadwiślańskim kraju, za 30 złotych, nawet w taryfach prepaid dają nam operatorzy wszystko bez limitu (z 10GB internetu włącznie). W USA, jako że na telefony kablowe nie czekało się jak w Polsce, przez ćwierćwiecze, często w domu były po 2-3linie, więc i przeskok do telefonii komórkowej nie był tak gwałtowny, jak u nas. Tu NIKT nie ma po 2-3 telefony (ja mam już w sumie OSIEM), gdyż nasi operatorzy dawniej rozróżniali opłaty w sieci jak i poza sieć, więc opłacało się nieraz trzymać 2-3 numery, by w sieci było za darmo, bo poza sieć czesali po … dużo. Teraz dumpingują te ceny strasznie, co w USA niestety jest od dawna urynkowione i plany taryfowe są… drooogie.

Skupmy się na amerykańskich prepaidach i pewnych mądrościach, jakie mają zastosowanie, jak i pewnej głupocie, która obowiązuje po odpaleniu numeru.
A zatem, prześledziwszy rynek startówek prepaid (zwanych tu Pay As You Go, albo BYOP – Bring Your Own Phone), zdecydowałem się na zestaw Tracfone. Kto mnie zna ten wie, że jak przepłacę za cokolwiek o kilka groszy, o 10%, to choruję później przez miesiąc. Więc wyobraźcie sobie, jak się czułem, gdy w Walmart kupiłem sobie startówkę Tracfone za 9,99$, podczas gdy w Meijer są one po… 99 centów! Przepłacenie 1000% spowodowało, że (no widzieliście w notce z ThanksGiving zdjęcia z Walmart w Warren, MI, to ja rozniosłem wówczas ów market;)

Wybrałem Tracfone, gdyż utrzymanie numeru kosztuje zaledwie 20 dolarów na kwartał. Dostanę w prawdzie za to jedynie 3-4 godziny rozmów (+ 180 SMSów + 180MB danych), ale mi więcej nie potrzeba. Inne sieci w swoich prepaidach za około 30-40-50$ miesięcznie oferują wszystko bez limitu. Ale po co mi telefon bez limitu, skoro nie mam do kogo dzwonić? ;) A zatem wybrałem Tracfone, który zasila się za 20$ co 3miesiące. Zasila się go minutami, a nie jak u nas stanem konta. Doładowanie powoduje dodanie do konta minut, a nie jak u nas, złotówek, za które możemy sobie kupić pakiet tego lub owego. Minut za owe 20 dolarów dają nam tylko 60 (czyli godzinę, wychodzi 1,40zł za minutę połączenia!). Jednak w momencie zakupu startówki wybieramy taką, która ma opakowaniu ma promocję typu podwajanie lub potrajanie każdego doładowania, więc z 60minut robią się 3 godziny (+ godzina gratis dzięki jakiemuś tam kodowi rabatowemu z Netu).

W zestawie startowym dostaniemy.. 5-6 kart SIM. To jest BARDZO zmyślne. Dostaniemy startówkę do telefonów bez Simlocka, do telefonów CDMA, GSM, nanokartę do Iphone, a także dostaniemy SIM do telefonów zaSIMlockowanych w T-Mobile lub AT&T. Bardzo sprytne, prawda? Wielki operator-imperator blokuje swoje telefony, by mogły być używane tylko w ich sieci, a mały operatorek stosuje taki wytrych, jakim jest karta SIM działająca w tak zablokowanym telefonie… Pewnie niestety loguje się tylko w nadajnikach T-Mobile lub ATT i dzielą się jakoś tam zyskami, ale my nie musimy się martwić, że kupiony starter nam nie ruszy (no chyba, że telefon kupimy z blokadą Sprint Mobile, BootsMobile, itd.).

Jaja zaczynają się, gdy chcemy sobie wybrać numer. Tu, w tym strasznym amerykańskim państwie, o którym amerykański obecnie TVN powie Wam, że to najbardziej policyjne państwo świata, numeru oczywiście nie trzeba rejestrować. To nie Polska, to nie Unia, to naprawdę wolny kraj. A zatem wpadamy na Net, na stronę Tracfone i wybieramy sobie numerek. Zakładamy tam sobie konto, by móc adminować naszą kartą lub wieloma kartami, sprawdzać balans, billingi, itd. I później zaczyna się najlepsze. Wybór numeru.
Numery komórkowe w USA mają prefix miasta, a nie operatora. Ot, np. numer komórkowy Warszawiaka zaczyna się nie od naszego 500, 501, 604, a od 0-22, startówka Poznaniaka – od 0-61, itd. W USA wpisuję kod miejscowości, z której najczęściej dzwonię i przyznają mi numer zaczynając się od telefonicznego numeru kierunkowego mojego miasta (w moim przypadku jest to 586). I tu rozpoczyna się cyrk…

Dzwonisz z otrzymanego właśnie numeru na swój numer domowy, i automatyczny CALLER ID wyświetla, do kogo ten nr należał wcześniej. 1szy z numerów, jaki przyznał mi losowo Tracfone należał do jakiejś Alice Evans. – NO WAY, nie będę paradował z numerem jakiejś Alicji! Tak samo będę się wyświetlał, jako Alicja, każdemu znajomemu, do którego zadzwonię! Chyba, że dopisze mnie do swojej listy kontaktów w telefonie z właściwym imieniem. Na szczęście na stronie operatora jest opcja zmiany numeru. Więc siedzisz na stronie Trafcone i klikasz CHANGE NUMBER tak długo, aż przyznany Ci nowy nr będzie Ci odpowiadał, albo będzie po prostu „czysty” czyli, że dzwoniąc na swój nr domowy na wyświetlaczu pojawi się tylko nr, a nie dane jego dawnego właściciela.

Głupie to trochę, prawda? Wiele rzeczy w USA załatwia się… numerem telefonu! Nasz numer telefonu jest tak samo ważny, jak nasz PESEL. W każdym sklepie podczas zakupów pytają nas o nr tel. (z tego numeru ich baza danych ściągnie resztę naszych danych osobowych, imię, nazwisko, adres). Oni dzięki temu będą mieli nasz adres, na który mogą nam wysłać gazetki reklamowe, a nam pozwoli to oddać w ich sklepie daną rzecz nawet bez posiadania paragonu. Odtworzą go z naszego numeru telefonu. Tak samo nie musimy mieć przy sobie kart rabatowych w sklepie, wystarczy nasz numer. Tak im ułatwiają życie! Swój numer telefonu pamięta każdy, a swój nr PESEL pamiętacie? Bo oni swojego SSN na pewno nie… A jaką będą mieli minę ci wszyscy kasjerzy, gdy będę im podawał MÓJ numer, a na wyświetlaczu ich komputera czy kasy będzie wyskakiwała Alicja…

Ale takie rozwiązanie ma też swoje drugie dno. Gdy stary posiadacz naszego obecnego numeru był np. wyłudzaczem, albo masowo oddawał w sklepach zakupione rzeczy, to nasze życie w sklepie tej sieci zostanie utrudnione. A i w sklepie zawsze będziemy brani za nie Danielka, a np. Alicję;)
– Dzień dobry Pani Alicjo,ale Pani zbrzydła … Zmężniała się znaczy.

No i najgłupsza rzecz jaka w USA czeka prepaidy, to płacenie przez posiadacza takiego numeru za każde połączenie odebrane i za każdego odebranego SMSa. Baa… jest rozróżnienie nawet, czy taki SMS jest odczytywany w szczycie czy poza szczytem. Czy jest z USA czy z zagranicy. Głupie, co? Ale nie tak głupie jak… poczta głosowa w PLAY!

KAŻDY posiadacz numeru w PLAY (szczególnie kart prepaid) niech sobie poczyta regulamin poczty głosowej! Tego czegoś najeżonego błędami nawet nie można nazwać regulaminem, ale takiego SKURWYSYŃSTWA nie widziałem jeszcze NIGDY! Jako, że posiadam prepaid w każdej sieci, mam też kartę w PLAY (w celu wykupowania z niej SMSami Premium różnych usług teleinformatycznych). Ja mam takich kart tysiące, bo polscy operatorzy są takimi oszustami, że prześcigając się w ilości niby to posiadanych abonentów i użytkowników, PŁACĄ takim Danielkom jak ja za to, że wezmę od nich tysiąc numerów! Jedyny warunek to odpalić te karty w ciągu miesiąca, i mogę je wyrzucić, a oni po miesiącu mogą się chwalić, że taki oto PLAY, N-ju, Virgin, PLUS, T-Mobile, Orange (wszyscy robią tak samo!), że każdy z nich, w niespełna 35milionowym kraju ma 60 milionów abonentów… Tia… Tysiąc takich Danielków jak ja daje im milion użytkowników… CHORE!

W tejże chorobie PLAY przebił wszystkich! Poczty głosowej w prepaidach PLAY nie da się wyłączyć WCALE! Póki jesteście w Polsce i w Unii… nic Wam nie grozi. Ale wyjedźcie chociaż o stopę poza Unię… KAŻDE połączenie na Wasz numer w PLAY zostanie automatycznie przekierowane na pocztę głosową (kosztuje Was to tak, jakbyście odebrali owo połączenie w roamingu 50gr za każdą rozpoczętą minutę!). Ale mało tego… chwilę później Wasz niby to telefon sam oddzwania na pocztę głosową i jesteście obciążani 2,5zł za każdą rozpoczętą minutę. Czyli w sumie 3zł/min. I… tejże poczty nie da się wyłączyć! Nie da się się jej wyłączyć, a jedynie da się wyłączyć przekierowania na dwóch wykluczających się warunkach – Nie kieruj na pocztę głosową, GDY NIE ODBIERAM albo nie kieruj na pocztę głosową GDY JEST ZAJĘTE. Jeśli macie wyłączony telefon, albo jak znikniecie z zasięgu, dalej poczta Was kasuje 3zł/min. SPRAWDZONE! Właśnie kieruję pismo do Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta.
T-Mobile wkurzył mnie włączając mi na moim oficjalnym numerku granie na żądanie, pomailowałem z nimi, i jako że byli nie do końca uprzejmi i wyrozumiali dla moich słusznych uwag, kosztowało ich to ostatnio 15 mln kary od UOKiK. Piętnaście milionów kary za okradzenie Danielka z 4zł (z VAT, słownie: CZTERECH ZŁOTYCH, 0/100 gr). Z PLAYem też grzecznie koresponduję… Z Panem Markiem Niechciałem puścimy P4 z jutowymi torbami. Nie chciał PLAY po dobroci…

Ptfu!
Happy New Year!
Jeszcze 12 dni blokady mojego FB i zobaczycie, jaką mam laurkę dla Zuckerbegra… ;)

 

   
1 Startówki Tracfone. Sześć kart SIM za 99centów. Jednak bez zakupu doładowującej karty zdrapki za minimum 20$, nie aktywujemy numeru.
2. Gdy już aktywujesz startówkę, dzwonisz na byle jaki telefon z Caller ID by sprawdzić, do kogo należał do tej pory przyznany Wam numer… Mój do Alice Evans. Oj głupi ja głupi… Pamiętacie, jak walczyłem z WOW, by wpisali prawidłowo moje nazwisko do swojej bazy? Po 3 miesiącach i 30 spellowaniach kolejnym pracownikom ich Biura Obsługi Klienta, wreszcie wyświetlam się prawidłowo… Gdy ktoś kiedyś dostanie mój były nr, to będzie mógł udawać Danielka… MASAKRA!
3. Play tak się śpieszyło do okradania swoich abonentów i użytkowników, że dwukrotnie podają ten sam kod na wyłączenie przekierowań na pocztę głosową. SKURWYSYŃSTWO najniższych lotów! Panie Niechciał, walimy z grubej rury 50 nowych Baniek, co? :)


  • RSS