Skuteczna reklama na blogach sprzedawana za pomocą AdTaily(PLALLADTAILY0002)


Poniższy Blog powstaje po to, by bliskie mi osoby (ale także wszyscy inni) zainteresowani moimi losami w USA (a może tylko samymi Stanami Zjednoczonymi) informować na bieżąco, jak tu jest. Będzie to krótki (a jak się z czasem okazało - DŁUUUGI i obszerny) przewodnik po Ameryce widzianej moimi oczami. W końcu kiedyś USA zniosą wizy dla Polaków, dolar będzie już tak tani, że wakacje w Nowym Yorku będą tańsze od wczasów nad Bałtykiem, więc każdy będzie mógł tu przyjechać i napawać się Ameryką. Jednak zanim tu przyjedziecie, dowiedzcie się, chociaż trochę, jak tutaj NAPRAWDĘ jest. TUTAJ, czyli w okolicach Detroit w stanie Michigan (jednym z najgorszych obecnie stanów). Od razu uprzedzam, że nie cała Ameryka musi być taka, jak jest tutaj...

Jeżeli tylko potrafisz wczuć się w to, co czytasz, to po zapoznaniu się z treścią CAŁEGO tego bloga, a dodatkowo z 2850 ZDJĘCIAMI (przeczytaj komentarze pod zdjęciami obejrzanymi już ponad 2,5 miliona razy!) oraz 49 FILMAMI mojego autorstwa poczujesz się, jakbyś tutaj (w USA) po prostu kiedyś był!

* Polecam czytać wszystkie notki od dołu, tzn. chronologicznie ...
* Proszę dodać mnie do zakładek lub linków, by do mnie wrócić
* Bardzo proszę o rozreklamowanie tego bloga wśród znajomych:)
* Proszę o komentarze i pytania odnośnie bloga lub samych Stanów


Księga Gości


2012
styczeń
2011
listopad
wrzesień
kwiecień
styczeń
2010
kwiecień
styczeń
2009
październik
wrzesień
styczeń
2008
grudzień
listopad
wrzesień
sierpień
lipiec

denis777s@gmail.com

01. Start bloga - 4 july 2008

02. W US Embassy w Warszawie

03. Wiza imigracyjna

04. Ostatni dzień w PL

05. 1sze wnioski o USA

06. 1sze kroki w USA

07. Carpety

08. Detroit, MI

09. Kolejne kroki w USA

10. Dom i sąsiedzi

11. SSN

12. FBI śledzi

13. Myślenie po amerykańsku

14. 1sze kroki w nowym domu

15. 1sza przejażdżka

16. Półmetek pobytu w USA

17. Czy w USA da się zarobić

18. Trudny powrót do Polski

19. Praca i zarobki w USA

20. Ułatwienia życia w USA

21. Zakupy i ceny

22. Prawo jazdy

23. Paliwo i MPG

24. Wróciłem do Polski

25. Kryzys w USA

26. Alkohol i kierowcy

27. Ósma mila

28. Wróciłem do USA

29. Zwroty

30. Broń

31. Wiadomości z Polski

32. Nadwaga

33. Amerykańska policja vs. Polak

34. Sex in the USA

35. Thanksgiving vs. Black Friday

36. USA nie potrafi przegrywać

37. Jazda samochodem po USA

38. Darmowe zakupy

39. Halloween

40. Świńska grypa - "wałek" stulecia

41. Za co kochać USA

42. Sylwester 2009/2010

43. Kryzys w USA część II

44. Detroit Autoshow 2010

45. Wódka za darmo;)

46. Ponownie w Polsce

47. Hamtramck

48. Czarme Muchy...

49. Polska 2010

50. Terror katolicki

51. Parafia w Sterling Hgts.

52. 30 i 13 po angielsku

53. W USA po raz 3ci

54. Problemy na granicy

55. Business Class

56. W parku z Eminemem

57. Amerykańska uprzejmość

58. Ameryka i wojny

59. Wyprzedaże

60. SuperBowl 2011

61. IQ Amerykanów

62. Mój pierwszy raz

63. Big Brother na FB

64. Tania Ameryka

65. Nowy York 2008

66. Zima na drogach USA

67. Reklamy w USA

68. Amerykańskie podatki

69. Oskary 2011

70. Detroit 2011

71. CPD vs. CHWDP

72. Schoolbusy

73. Kult zabijania

74. Fucking AA

75. NY-Washington trip

76. Washington

77. Biały Dom

78. Na sprzedaż

79. Capitol

80. Muzeum lotnictwa

81. New York

82. Brooklyn by night

83. W USA po raz n-ty

84. Lot z Bronkiem

85. Zablokowana TVP

86. Nieużywane narządy;)

87. Prawość czy lewość USA

88. Hero in da house

89. Newsy z dupy

90. Śledzenie domów

91. Reklamacje

92. Czarnoochy...

93. Północ Michigan

94. Stowarzyszenie powrotów

95. Podatek klimatyczny

96. Chamstwo Europy

97. Głupie pytania

98. Mandat za batonik

99. Coraz droższa Ameryka

100. Stiefan, szto on chocie..

101. Amerykańska rozrzutność

102. Lądowanie bez podwozia

103. Loteria wizowa DV-2013

104. Polacy, co Wy tacy?!

105. ???

106. ???

107. ???

free counters
18 U.S.C , 18 USC 2257 , 18.*2257 , 2257.*information , 2257.*notice , 2257.*statement , adult material , adult movie , adult only , adult web , adults movie , adults only , amateur photos , amateur videos , anime.*xxx , at least 18 years , be 18 , beastiality , blow job , blowjob , cock suck , cumming , cumshot , erotic , explicit photos , free adult , free sex , fuck , girlsgonewild , hard porn , hardcore , hard-core , hardporn , hard-porn , hentai , mature audience , milf , must be 18 , must be 21 , over 18 , over 21 , playboy , porn , porndirectory , preggo , pussy , redtube , sexually explicit material , showing ass , showing breast , showing tit , soft porn , softcore , soft-core , softporn , soft-porn , under 21 years , usc2257 , whore , xhamster , xvideo , xxx , xxx video , xxx-rated
Abigail Clayton , Adajja , Adriana Sage , Adrianna Nicole , Ai Iijima , Ai Kurosawa , Aiden Ashley , Aiden Starr , Aika Miura , Aimee Sweet , Air Force Amy , Aja , Aki Tomosaki , Akiho Yoshizawa , Akira Watase , Alana Evans , Alaura Eden , Alektra Blue , Aletta Ocean , Alex Jordan , Alex Taylor , Alexa Rae , Alexandra Nice , Alexandra Quinn , Alexandra Silk , Alexis Amore , Alexis Love , Alexis Texas , Alicia Alighatti , Alicia Rhodes , Alicia Rio , Alina Plugaru , Alisha Klass , Ally Mac Tyana , Allysin Chaynes , Alyssa Love , Alyssa Reece , Amber Lynn , Amber Michaels , Amber Rayne , Ami Ayukawa , Amy Ried , An Nanba , Anais Alexander , Anastasia Blue , Andie Valentino , Andrea True , Ange Venus , Angel Dark , Angel Kelly , Angel Long , Angela Devi , Angela Stone , Angela Summers , Angelica Bella , Angelica Costello , Angelina Valentine , Angie Savage , Anita Blond , Anita Dark , Anja Juliette Laval , Ann Marie Rios , Anna Malle , Anna Ohura , Annabel Chong , Annabelle Lee , Annette Haven , Annette Schwarz , Annie Cruz , Annie Sprinkle , April Flowers , April West , Arcadia Lake , Aria Giovanni , Ariana Jollee , Ariel Rebel , Asa Akira , Asami Jo , Ashley Blue , Ashley Long , Ashley Renee , Ashlyn Gere , Ashlynn Brooke , Ashton Moore , Asia Carrera , Asuka Sakamaki , Asuka Yuki , Aubrey Addams , Audrey Bitoni , Audrey Hollander , August , Aurora Snow , Austin Kincaid , Austyn Moore , Autumn Haze , Ava Devine , Ava Rose , Ava Vincent , Avy Scott , Ayano Murasaki , Aylar Lie , Azlea Antistia , Azumi Kawashima , Bambi Woods , Barbara Dare , Barbara Summer , Belladonna , Bella-Marie Wolf , Beverly Lynne , Bianca Beauchamp , Bibian Norai , Bionca , Black Angelika , Bobbi Bliss , Bobbi Eden , Bobbi Starr , Bodil Joensen , Bolivia Samsonite , Bonny Bon , Boo D. Licious , Brandi Love , Brandi Lyons , Brandon Lee , Brandy Alexandre , Brandy Talore , Brandy Talore , Brea Bennett , Breanne Benson , Bree Olson , Briana Banks , Briana Blair , Brianna Love , Bridget Powers , Bridgette Kerkove , Bridgette Monet , Brigitta Bulgari , Brigitte Lahaie , Britney Stevens , Britt Morgan , Brittany Andrews , Brittney Skye , Brooke Ashley , Brooke Ballentyne , Brooke Banner , Brooke Haven , Brooke Hunter , Brooke Skye , Bunko Kanazawa , Bunny Bleu , Bunny Luv , C. J. Laing , Calli Cox , Candida Royalle , Candy Apples , Candy Manson , Cara Fawn , Cara Lott , Careena Collins , Caressa Savage , Carmel Moore , Carmella Bing , Carmen Hart , Carmen Luvana , Carol Connors , Caroline Pierce , Casey Parker , Cassidey , Catalina Cruz , Cate Harrington , Catherine Count , Cathy Barry , Celeste , Celeste Star , Celia Blanco , Chanel Preston , Charley Chase , Charlie , Charlie Laine , Charlotte Stokely , Charmaine Sinclair , Charmane Star , Chasey Lain , Chayse Evans , Chelsea Blue , Chelsea Charms , Chelsie Rae , Cherry Jul , Cherry Mirage , Chihiro Hasegawa , Chloe , Chloe des Lysses , Chloe Dior , Chloe Jones , Chloe Vevrier , Christi Lake , Christie Lee , Christina Angel , Christy Canyon , Cindy Crawford , Cindy Hope , Claire Dames , Clara G , Clara Morgane , Claudia Rossi , Claudine Beccarie , Colleen Brennan , Constance Money , Courtney Cummz , Courtney Simpson , Crissy Moran , Cristina Bella , Crystal Knight , Crystal Ray , Crystal Wilder , Cyndee Summers , Cytherea , Dahlia Grey , Daisy Marie , Daisy Rock , Dana DeArmond , Dani Woodward , Daniella Rush , Danni Ashe , Darby Lloyd Rains , Darryl Hanah , Dasha , Debi Diamond , Dee , Deidre Holland , Delilah Strong , Demi Delia , Denisa Balážová Balazova , Desireé Cousteau , Desiree West , Devinn Lane , Devon , Devon Lee , Devon Michaels , Diana Doll , Dillan Lauren , Dina Jewel , Divinity Love , Dolly Buster , Dominica Leoni , Domonique Simone , Donna Marie , Dora Venter , Dorothy LeMay , Dru Berrymore , Dunia Montenegro , Dyanna Lauren , Ebony Ayes , Ellen Saint , Envy , Eri Kikuchi , Erica Boyer , Erica Campbell , Erika Bella , Erin Brown , Estelle Desanges , Eva Angelina , Eve Angel , Evelyn Lin , Faith Leon , Fallon , Faye Reagan , Felecia , Felicia Fox , Felix Vicious , Flick Shagwell , Flower Tucci , Francesca Le , Fuko , Gabriella Fox , Gail Force , Gauge , Gen Padova , Georgia Jones , Georgia Southe , Georgina Spelvin , Gia Jordan , Gia Paloma , Gianna Lynn , Gianna Michaels , Gina Lynn , Gina Ryder , Ginger Lynn , Gloria Leonard , Gracie Glam , Gwen Summers , Haley Paige , Halli Aston , Hanna Hilton , Hannah Harper , Harmony Rose , Haruki Mizuno , Heather Gables , Heather Hunter , Heather Lynn , Heidi Mayne , Helen Duval , Hikari Hino , Hikaru Koto , Hillary Scott , Hiromi Matsuura , Hitomi Kobayashi , Hitomi Tanaka , Hollie Stevens , Holly McCall , Holly Ryder , Holly Sampson , Holly Wellin , Holly West , Honey Wilder , Honoka , Hotaru Akane , Houston , Hyapatia Lee , Ice La Fox , Ilona Staller , Ilona Staller , Inari Vachs , India Summer , Isabel Ice , Jacklyn Lick , Jada Fire , Jade Hsu , Jade-Blue Eclipse , Jaelyn Fox , Jaimee Foxworth , Jamie Brooks , Jamie Elle , Jamie Summers , Jana Cova , Jana Jordan , Jandi Lin , Jane Darling , Janet Jacme , Janey Robbins , Janine , Janine Lindemulder , Jasmin St. Claire , Jasmine Byrne , Jassie , Jassie James , Jayden Jaymes , Jayme Langford , Jayna Oso , Jazmine Cashmere , Jeanna Fine , Jeannie Pepper , Jenaveve Jolie , Jenna Haze , Jenna Jameson , Jenna Presley , Jennifer Luv , Jennifer Stewart , Jennifer Welles , Jenny Hendrix , Jenteal , Jesse Capelli , Jesse Jane , Jessica Bangkok , Jessica Darlin , Jessica Drake , Jessica Jaymes , Jessica May , Jessica Sweet , Jessie Andrews , Jessie St. James , Jewel De'Nyle , Jezebelle Bond , Jill Kelly , Joanna Angel , Joanna Storm , Jodie Moore , Johnni Black , Juli Ashton , Julia Alexandratou , Julia Ann , Julia Bond , Julia Parton , Julie K. Smith , Julie Meadows , Julie Night , Julie Robbins , Juliet Anderson , Jun Kusanagi , Junko Miyashita , Justine Joli , Justine Romee , Kagney Linn Karter , Kaitlyn Ashley , Kandi Barbour , Kaoru Kuroki , Kapri Styles , Karen Lancaume , Karlie Montana , Kascha Papillon , Kat , Katalin Vad , Kate Asabuki , Katie Gold , Katie Morgan , Katja K , Katja Kassin , Katsuni , Kay Parker , Kayden Kross , Kayla Carrera , Kayla Kleevage , Kaylani Lei , Kaylynn , Kazuko Shirakawa , Keeani Lei , Kei Mizutani , Keiko Nakazawa , Keisha , Kelly Stafford , Kelly Wells , Keni Styles , Keri Sable , Keri Windsor , Kesarin Chaichalermpol , Kianna Bradley , Kiki Daire , Kiko Wu , Kim Chambers , Kimberly Carson , Kimberly Kane , Kimiko Matsuzaka , Kinzie Kenner , Kira Kener , Kitty Yung , Kobe Tai , Kokoro Amano , Krista Lane , Kristal Summers , Kristara Barrington , Kristina Rose , Krystal Steal , Kylie Ireland , Kyōko Aizome , Kyoko Ayana , Kyoko Nakajima , Lacey Duvalle , Lacie Heart , Lana Violat , Lanny Barby , Laura Angel , Laure Sainclair , Lauren Brice , Lauren Phoenix , Lea De Mae , Lela Star , Lanny Barby , Leslie Bovee , Leslie Glass , Letha Weapons , Lexi Belle , Lexie Marie , Lexxi Tyler , Lezley Zen , Liliane , Liliane Tiger , Lilli Carati , Lily Labeau , Lily Thai , Linda Friday , Linda Lovelace , Linda Wong , Lindsey Meadows , Linsey Dawn McKenzie , Lisa Ann , Lisa De Leeuw , Lisa Lipps , Lisa Sparks , Little Oral Annie , Lois Ayres , Lolly Badcock , Lolo Ferrari , London Keyes , Loni Sanders , Lorelei Lee , Lorena Sanchez , Love twins , Lucía Lapiedra , Lucy Lee , Lucy Thai , Luscious Lopez , Lux Kassidy , Lysa Thatcher , Madison Parker , Madison Stone , Madison Young , Madoka Ozawa , Mai Haruna , Mai Lin , Maiko Yūki Yuki , Maki Tomoda , Manami Yoshii , Mandy Bright , Maria Bellucci , Maria Ozawa , Marie Luv , Marie McCray , Mariko Morikawa , Marilyn Chambers , Mary Carey , Mary Millington , Marylin Star , Mason Marconi , Mason Moore , Maui Taylor , Maxi Mounds , McKayla Matthews , McKenzie Lee , Megan Leigh , Meggan Mallone , Meisa Hanai , Melissa Lauren , Melissa Monet , Melissa-Ashley , Memphis Monroe , Mia Rose , Michaela Schaffrath , Michelle Barrett , Michelle Maylene , Michelle Thorne , Micky Yanai , Miho Maeshima , Mika Tan , Miki Sawaguchi , Mimi Miyagi , Minka , Minori Aoi , Missy , Missy Monroe , Missy Stone , Misty Dawn , Moana Pozzi , Monica Mattos , Monica Sweetheart , Monique Alexander , Nadia Styles , Naho Ozawa , Nana Natsume , Nao Saejima , Naomi , Naomi Tani , Natalia Zeta , Natasha Nice , Natt Chanapa , Nautica Thorn , Nici Sterling , Nicki Hunter , Nicole Oring , Nicole Ray , Nicole Sheridan , Niki Belucci , Nikita Denise , Nikki Anderson , Nikki Benz , Nikki Charm , Nikki Dial , Nikki Nova , Nikki Randall , Nikki Tyler , Nikky Blond , Nina Hartley , Nina Mercedez , Noname Jane , Noriko Tatsumi , Nozomi Momoi , Obsession , Olivia Del Rio , Olivia O'Lovely , Olivia Saint , Ona Zee , P. J. Sparxx , Pandora Peaks , Patricia Ford , Paulina James , Peaches , Penny Flame , Petra Verkaik , Phoenix Marie , Poppy Morgan , Porsche Lynn , Priscila Sol , Priya Rai , Puma Swede , Rachel Ashley , Rachel Rotten , Rachel Roxxx , Rachel Ryan , Racquel Darrian , Randi Wright , Raven Alexis , Raven Riley , Raylene , Rebeca Linares , Rebecca Bardoux , Rebecca Lord , Reiko Ike , Reina Leone , Renae Cruz , Rene Bond , Renee Perez , Renee Pornero , Rico Yamaguchi , Rikki Anderson , Riko Tachibana , Riley Shy , Riley Steele , Rin Aoki , Riria Yoshikawa , Rita Faltoyano , Robin Byrd , Roxanne Blaze , Roxy Jezel , Roxy Reynolds , Ruby Day , Runa Akasaka , Ryan Conner , Ryder Skye , Sabrina Johnson , Sabrine Maui , Sadie West , Sakura Sakurada , Sakura Sena , Sally Yoshino , Salma De Nora , Samantha Ryan , Samantha Sterlyng , Samantha Strong , Sammie Rhodes , Sandra Romain , Sara Jay , Sarah Blake , Sarah Twain , SaRenna Lee , Sasha Grey , Sativa Rose , Savanna Samson , Savannah , Savannah Gold , Saya Misaki , Seka , Selen , Selena Steele , Serena , Shakeela , Sharka Blue , Sharon Kane , Sharon Mitchell , Shauna Grant , Shawna Leneé , Shay Jordan , Shay Laren , Shay Sights , Shay Sweet , Shayla LaVeaux , Shoko Goto , Shy Love , Shyla Foxxx , Shyla Stylez , Sierra Sinn , Silvia Saint , Sindee Coxx , Sindee Jennings , Sinn Sage , Sinnamon Love , Sky Lopez , Sonia Baby , Sophia Rossi , Sophie Dee , Sophie Evans , Sophie Moone , Sora Aoi , Stacey Donovan , Stacy Silver , Stacy Valentine , Stefani Morgan , Stephanie Swift , Stormy Daniels , Stoya , Summer Haze , Sunny Lane , Sunny Leone , Sunrise Adams , Sunset Thomas , Suzie Diamond , Sydnee Steele , T. J. Hart , Tabatha Cash , Tabitha Stevens , Taija Rae , Tamaki Katori , Tami Monroe , Tania Russof , Tanya Hansen , Tara Lynn Foxx , Tarra White , Taryn Thomas , Tawny Roberts , Taylor Hayes , Taylor Rain , Taylor St. Claire , Teagan Presley , Teanna Kai , Tera Patrick , Tera Wray , Teri Weigel , Tia Kenic , Tia Ling , Tia Tanaka , Tiana Lynn , Tianna , Tiffany Hopkins , Tiffany Mynx , Tiffany Taylor , Tigerr Benson , Tina Cheri , Tina Russell , Tina Yuzuki , Tish Ambrose , Tori Black , Tori Welles , Tory Lane , Tracey Adams , Traci Lords , Trina Michaels , Trinity Loren , Trinity Post , Tyla Wynn , Tylene Buck , Tyler Faith , Tyra Banxxx , Ursula Moore , Uschi Digard , Van Darkholme , Vanessa Blue , Vanessa del Rio , Vanessa Lane , Velicity Von , Veronica Hart , Veronica Rayne , Vicca , Vicki Chase , Vicky Vette , Victoria Paris , Victoria Sin , Wanda Curtis , Wendy Whoppers , Whitney Stevens , Yasmine Lafitte , Yua Aida , Yuki Asuka , Yuma Asami , Yuri Komuro , Yuria Kato , Zara Whites , Zdenka Podkapová Podkapova , Zsanett Égerházi Egerhazi
Amerykańskie osobliwości...
Wiele razy widziałem (w filmach), że w amerykańskich sklepach i sklepikach można kupić dosłownie wszystko. W sklepie Araba słabo mówiącego po angielsku, w sklepie Chińczyka równie niewiele rozmawiającego w języku Shakespeare'a, czy wprost z bagażnika jakiegoś złoczyńcy (mimo, że w USA urodzonego, to równie niezrozumiale po angielsku gadającego) można kupić wszystko. U Araba specjalności ich kultury, alkohol (nie będąc pełnoletnim), papierosy (podobnie), tytoń, arabską Viagrę bez recepty, polskie słodycze, itd. U Chińczyka ichnie kulinarne specjały z kota, ciasteczka z psa, sok lub galaretę z "owoców morza", afrodyzjaki z zagrożonych gatunków zwierząt, purpurowe skrzypce czy nawet wesołego stworka Gizmo z Gremlinów. Z bagażnika różnego typu złodziei możemy kupić WSZYSTKO - narkotyki, broń, bazookę, bombę atomową czy jedynie podrobione torebki Louis Vitton czy zegarki Rolex. Mi ani torebka, ani Kałasznikow nie był potrzebny, ale wiem, że tu można kupić wszystko...

Tyle razy przejeżdżałem obok niczym się nie rzucającego w oczy sklepu z modelami kolejek i pociągów. Sklep jakich dziesiątki położonych w mojej dzielnicy. Jednakże, gdy wybrałem się na pieszą wycieczkę po okolicy - wszedłem do środka i... I taki stary facet jak ja w jednej chwili zrzucił z barków 20-30lat życia. Gdy zobaczyłem te setki modeli pociągów, samochodów, te kilometry torów, te wszystkie gadżety służące do budowania miast dla tych pociągów, czy całych domów dla swojego infantylnego ego, poczułem się jak dzieciak. Chodzisz od wagonika do wagonika, patrzysz na te malutkie dzieła sztuki, z trochę mniejszym zachwytem patrzysz na ceny tego wszystkiego i... i możesz tak chodzić i oglądać to wszystko godzinami (mimo, że to totalnie nie moja branża, nie moje hobby, nie mój "konik").

Polecam, gdy traficie do Nowego Yorku, gdy już nacieszycie się tą całą cudownością tego miasta, tym rozmachem setek 100 piętrowych budynków, skupić się na tych malutkich sklepach położonych wzdłuż wszystkich alei i przecznic, a sprzedających wszystkie te dziwactwa. Oczywiście w sklepach, gdzie jedyne, co jest do kupienia to koszulki, kubki i magnesy z logo I Love NY niewiele ujrzycie, ale już przecznica lub dwie od turystycznych traktów można ujrzeć i kupić wszystko...

A czego nie ma w USA (bo takie pytanie często jest wpisywane do Google, by do mnie trafić). W Stanach nie ma m.in.:
- serka homogenizowanego (no chyba, że w polskich sklepach - importowane prosto z Polski Danone Danio po ok. 80 centów)
- batoników Kinder Bueno (mimo, że są wszystkie pozostałe słodkości rodziny Ferrero - Kinder Bueno kupisz u Araba lub w polskim sklepie za ok 1,3$)
- pasty do zębów Blend-a-Med (amerykański jej odpowiednik to Crest, również produkcji Procter & Gamble ale do Blendamedki się nie umywa!)
- twardych szczoteczek do zębów
- niesolonej margaryny (98% dostępnej jest solona, a nawet ta Unsalted nie nadaje się do pieczenia tak, jak nasze polskie, np. Bielska:)
- ... - tu, w komentarzach przypomnijcie mi proszę, czego jeszcze w USA nie ma?



1. U Araba, prócz shishy (fajki wodnej), tytoniu do niej, tytoniu do skrętów, cygar, papierosów z różnych zakątków świata, kadzidełek, zapalniczek Zippo, itd. na zapleczu kupimy pewnie o wiele, WIELE więcej... Młody Arab miło i ochoczo ze mną rozmawiał, póki nie nabrał podejrzeń, że jestem z ATF (Bureau of Alcohol, Tobacco, Firearms and Explosives) czyli z Biura ds. Alkoholu, Tytoniu, Broni palnej oraz Materiałów wybuchowych. W odróżnieniu od nowojorskiego Araba, Sterlingowy Muslim ze swojego sklepu mnie nie wygonił, ale cierpliwie czekał, aż sam wyjdę;)
2. Sklep z modelami kolejek, pociągów, wagoników, samochodów, samolotów, domów, ludzi, zwierząt - WSZYSTKIEGO!
3. Model Pagani Zonda R za 400$. Prawie że czuć zapach skóry tego mikroskopijnego fotelika kierowcy i zapach węgla z karbonowego nadwozia;)

stany 2012-01-25
skomentuj proszę tę notkę


Fajną dupeczkę... zatrudnię.
Przechodząc dzisiaj obok pewnego biurowca w moim mieście (w Polsce) i widząc ogłoszenie odnośnie szukania asystentki dla zarządu, oraz szczególne wytłuszczenie tekstu dotyczącego dołączenia do swojego CV - zdjęcia (najlepiej pewnie w bieliźnie) zrobiło mi się jakoś tak... źle.
Wszyscy w moim mieście dobrze wiedzą, jak bardzo Prezes Zarządu lubi młode asystentki... Baaa... nie musi to być wcale asystentka, a wystarczy, by była to atrakcyjna pani wynajmująca jedno z dziesiątek biur w owym budynku, by usłyszeć od Prezesa, jak bardzo mu się ona podoba... A często nie tylko to usłyszeć, ale i odczuć "wyrażone" to jego rękoma na jej pośladkach czy na biuście. Ot, taki małomiasteczkowy Berlusconi bez władzy politycznej w postaci Bunga-Bunga, ale za to z władzą społeczno - ekonomiczną, która wystarczy, by molestować połowę żeńskiego personelu swojej "spółki". Gdzie słowo "spółka" ma wysoce pejoratywne znaczenie...;)

W USA, żaden pracodawca nie ma prawa poprosić o zdjęcie kandydata na stanowisko, do którego aparycja nie jest kryterium oceny. ŻADEN! Nawet nie wiedzieliby, że mogą o coś takiego poprosić i na tej podstawie dobierać sobie pracowników! Oczywiście, że ubiegając się o posadę modelki, portfolio jest ważniejsze od tego, co modelka ma w CV i w głowie, ale by głównym wymogiem dla asystentki było ZDJĘCIE?! Wstydź się Pan, Panie K.!
W Stanach, gdy jest to obojętne dla stanowiska na które jest nabór, nie pyta się ani o płeć, ani nawet o wiek, by nie dyskryminować kandydatów zarówno z racji płci jak i rocznika, a u nas? W amerykańskim podaniu o pracę należy jedynie zaznaczyć kratkę, czy jest się pełnoletnim (tzn. czy skończyło się 18lat) i tyle! Wieku kandydata nie da się odczytać z numeru SSN (tak jak w Polsce z PESEL-u) i może właśnie dlatego w USA widzi się 60letnich pracowników, 70letnie hostessy promujące różnego typu produkty spożywcze w marketach, itd. Nie ma tu miejsca na codzienny mobbing: Pracuj, PRACUJ, PRA-CUJ!, wypruwaj żyły, bo na Twoje miejsce jest 1000 chętnych.

A w Polsce pracodawca może przebierać jak tylko chce. Zdjęcie w mini, zdjęcie w bikini, zdjęcie topless lub nawet downless i podanie ląduje na szczycie listy, by później przeprowadzić niezobowiązujące szczytowanie z kandydatką? Dziki kraj, dzikie zasady...
Oczywiście, że nepotyzm jest wszędzie. W USA także (szczególnie w taki "osmolonych" miastach, jak Detroit). Gdy w Detroit rządził czarnoskóry burmistrz Kwame K. zatrudnił on wszystkich swoich kolegów z całej swojej ulicy, osiedla, dzielnicy, znajomych z Facebooka i Twittera. Sam wyglądał jak bandyta, albo przynajmniej jak bokser, i o podobnej aparycji byli wszyscy jego "współpracownicy". Obsadzał ich jednak nie na stanowiskach swoich "goryli", ale na posadach szefów różnych działów w Ratuszu, doradców, ekspertów, itd. Gdy pewnego razu dziennikarz zapytał jednego z takich pracowników z nadania pana burmistrza, jakie stanowisko zajmuje, czym się zajmuje, za co odpowiada, ten nie miał o tym wszystkim zielonego pojęcia. Wiedział jedynie, że bierze co miesiąc 20tys. dolarów, ale co ma za to robić - prócz przychodzenia co piątek po czek na sumę 5tys. USD - nie wiedział. Obecny burmistrz Detroit pracuje za darmo, bierze 1dolara miesięcznie wynagrodzenia, ale musiałby za darmo pracować przez kilka tysięcy lat, by zwróciło się to, co Kwame roztrwonił. A zatem w USA nie jest z tym zatrudnianiem kolorowo (chociaż akurat w Detroit było bardzo kolorowo;), ale to i tak chyba malutkie niedociągnięcia względem tego, co może dzieje się w Polsce. Nie dziwne, że z tym światem zrobiła się równia pochyła...



1. 90-60-90. Wiek do 25lat, w tym 15lat doświadczenia na podobnym stanowisku...
2. Gdy ktoś już wylosuje Zieloną Kartę i zechce podjąć legalną pracę w USA, dostanie do wypełnienia jakiś taki druczek. Czy widzicie gdzieś tu miejsce na wklejenie swojego zdjęcia? Nawet daty urodzenia nie mają prawa żądać!

stany 2012-01-20
skomentuj proszę tę notkę


Black Friday every day...
Pisałem już o tym, jak w wieczór i w noc po Święcie Dziękczynienia 2/3 Amerykanów wstaje od swoich zaindyczoncyh stołów i rusza do sklepów w poszukiwaniu okazji? Tak robią Amerykanie, bo taka jest u nich tradycja. Polak, który ich "tradycji" często nie rozumie, takie Black Friday'e potrafi zrobić sobie każdego dnia! Trzeba po prostu albo śledzić przysyłane gazetki reklamowe, albo samemu zapisać się do ich internetowych gazetek (newsletter), w których raz na jakiś czas zaoferują nam oni jakąś okazję. Można wycinać kupony, czekać na OFFy, SALE'e, CLEARANCE, itd. I tak, jak w tym roku za 188$ można było kupić netbooka Acer w Target, to ja go kupiłem w zeszłe wakacje w tej samej sieci sklepów za 199$ (dostając za to gustowną do niego torbę wartości 20$). Nie musiałem okupować dzwi sklepu, gonić do półek z netbookami, czekać 2-3godziny w kolejce. Ale i nie mogłem przez to poczuć tej atmosfery triumfu, że coś się udało kupić taniej. A jak kupuje się taniej w pozostałe 361dni roku? Tzn. może nie kupuje taniej, ale dostaje tyle rzeczy gratis, że okazje blackfridayowe wysiadają! Przykładem niech będzie zakup kosmetyku rozjaśniającego skórę Estee Lauder Idealist Even Skintone Illuminator.

Marka Estee Lauder (ciekawe, jak wymawiają to w Polsce?;) jest marką średnio wyższą. Kosmetyki tej firmy dostępne są w centrach handlowych o jakiejś tam renomie (minimum Macy's). Jakimś cudem cena tego typu kosmetyków jest w każdym ze sklepów różnych sieci handlowych taka sama, więc albo możemy czekać na obniżkę typu -30% z okazji Black Friday'a, albo -20% przy założeniu sobie karty kredytowej danego sklepu, albo nie chcieć żadnej zniżki, ale za to dostać coś gratis. W zdobywaniu gratisów jestem mistrzem, więc tak oto kupowałem Estee dla mojej W:

Wchodzimy do sklepu Nordstrom. Jest to podobnie jak kosmetyki, ciuchy, buty, biżuteria i inne rzeczy tam sprzedawane, sklep z wyższej półki. Prosty, solidny oddalony od innych sklepów budynek, przez swoją prostotę, cholernie monumentalny gmach jest dostępny dla każdego. Ciężkie, solidne drzwi oddzielają codzienną zewnętrzność od majestatycznego wnętrza. Nawet napis NORDSTROM wiszący nad wejściem wydaje się być z innego, lepszego, pozbawionego plastiku i zbytków świata. W Polsce w każdym z tego typu sklepów, statystyczny "szary Kowalski" może czuć się jak sługa w pałacu sułtana. Wszystko takie wielkie, drogie, portfel chowa się głęboko w kiszeni, bo wie, że za byle rzecz w tego typu sklepie musi się wypróżnić do zera. A w USA? TAK, auta przed takim sklepem statystycznie są o te kilka tysięcy dolarów droższe, niż przed byle marketem, ale są to ciągle zwykłe auta statystycznych amerykanów, a nie, jak to często ma miejsce w Polsce BMW 650 stojące na miejscu dla inwalidy. Do rzeczy!;)

Idziemy na stoisko Estee Lauder i pierwsze, co zaskakuje to... próbki! W Macy's o próbkę owego rozświetlacza skóry musimy się upomnieć. Raz pani się zlituje i da nam 1,5ml sample, a innym razem powie, że niestety nie ma. W Nordstrom w Clinton Township, MI próbki wszystkiego leżą w wielkich słojach. Można brać garściami i.. nikt nie bierze. Zachowując kompromis pomiędzy tym, ile wypada wziąć (jedną szt.) a tym, ile wziąłby każdy rozsądny Polak (wszystko!;) - wziąłem 2szt. Podeszła do mnie młoda pani z obsługi i zapytała, czego poszukuję... - Oj wiesz, facet w tego typu sklepie czuje się tak, jak kobiety w sklepie z częściami samochodowymi... - zacząłem jak to ja, bo proste odpowiedzi są dla prostych ludzi. Po kilku zamienionych zdaniach atmosfera była już na tyle otwarta i rozbawiona, że mogłem przystąpić do właściwych zakupów. Jako, że kosmetyk w 30ml opakowaniu jakoś tak biednie jest zapakować jako prezent, zapytałem, co ciekawego może mi do tego Illuminatora dodać w gratisie. Miła dziewczyna powiedziała, że gdy kupię tę większą buteleczkę, to da mi saszetkę z dwoma kremami, i z wartym 20$ balsamem, a gdy kupię mniejszą buteleczkę, to może mi dać trzy ładnie zapakowane próbki perfum Estee + gustowne lusterko. Po krótkim kursie z geografii odnośnie tego, gdzie jest Polska, ile się w niej zarabia, i ile wszystko kosztuje, otrzymałem zarówno saszetkę z kosmetykami, jak i próbki perfum, a to wszystko przy zakupie tego mniejszego opakowania...;) W Black Friday stojąc w długich kolejkach dostałbym 15$ zniżki, w każdy inny dzień roku dostanę samych gratisów za 30$ lub więcej (w Polsce wartych grubo ponad 100$!)

Dla zainteresowanych kobiet poszukujących informacji o tym, czy Estee Lauder Idealist Even Skintone Illuminator działa: Illuminator Estee, mimo, że jest o wiele lepszy od podobnego produktu Clinique, jakoś nie daje rady tak spektakularnie (jak ma to miejsce w reklamach) odbarwić plam słonecznych zafundowanych przez chorwackie słońce. Jednak powoli zaczyna działać, więc zdam relację po ukończeniu kuracji mojej Chowartki:)
A w gratisie dodano: Re-Nutriv Ultimate Lift Age-Correcting Creme 7ml (w Polsce, w drogeriach Douglas 15ml... 503zł, 50ml... 990zł!) Reszty wolę nie sprawdzać, bo okaże się, że najcenniejsze miejsce w naszym mieszkaniu, to półka z kosmetykami mojej kobiety! Kryzys...? TAK, życzę Wam takiego kryzysu, gdzie m.in. rozdaje się za darmo kremy warte w Polsce majątek!



1. Nordstrom - w Polsce z tego typu sklepu obsługa najczęściej "wyprasza wzrokiem" każdego niegodnego przebywania w tychże murach, a w USA? A w Londynie w Harrodsie?
2. I jak tu nie być piękny, zdrowym i bogatym, skoro luksusowe kosmetyki nie dość, że przynajmniej o połowę tańsze niż w Polsce, to jeszcze drugie tyle dostaniemy w gratisie? Gdy sprawdziłem polską wartość tych kosmetyków, wstawiłem je do sejfu!;)

stany 2012-01-12
skomentuj proszę tę notkę

Pęknięta opona część druga - i amerykańska uprzejmość część n-ta...
Pamiętacie notkę o tym, jak mojej matce wciśnięto przy wymianie opon kit, że wymienić należy tylko trzy opony, bo czwarta opona jest jeszcze w miarę OK? I tym oto sposobem po 2-3latach od owej wymiany ta 4-ta opona była już łysa jak głowa Stanisława Tyma w "Misiu" Barei;) Tak długo zbierałem się z wymianą jej na nową, tak długo czekałem, by zrobić to wraz z jesienną wymianą oleju przed zimą, że oponka sama odmówiła posłuszeństwa i pękła. Pękła oczywiście nie mi, a wówczas, gdy moja matka ze swoją siostrą jechały na zakupy.
Dwie panie w średnim wieku stanęły zatem na przysklepowym parkingu i próbowały naprawić owe złośliwe koło. Miały mały kompresor, nauczyłem je wcześniej, jak go używać, więc zaczęły pompować owego flaka. Jednak, że dziura w oponie była większa, niż po przestrzeleniu jej przez policjantów dubeltówką, takie pompowanie na nic się zdało. Dziewczyny przystąpiły zatem do szukania kogoś, kto im pomoże wymienić koło na zapasowe.

- Może ci dwaj? - zaproponowała ciotka widząca dwóch młodych chłopaków wysiadających z samochodu.
- A może jeden z tych trzech? - zastanawiała się moja matka.
- Ooo... ten! - padł wspólny wybór na jakoś w miarę inteligentnie wyglądającego mężczyznę.

W Polsce, pewnie gdyby dwóm przedstawicielkom płci pięknej zepsuło się auto, musiałyby mieć maksymalnie 25lat (każda), miniówki, dekolty, by jakiemuś wiecznie zabieganemu mężczyźnie chciało się babrać z tym wszystkim. Zagadnięty w USA przedstawiciel amerykańskich mężczyzn, gdy zobaczył, jak dwie pięćdziesięciolatki dzielnie pompują kompresorem oponę był w totalnym szoku, że kobieta może mieć pojęcie, jak to zrobić. Gdzie włożyć wężyk z powietrzem, jak go zapiąć, no i że wtyczkę urządzenia trzeba włożyć w gniazdko zapalniczki, by to wszystko działało. Postali wszyscy razem przez kilka minut przy kompresorze nie dającym rady napompować totalnie dziurawej opony i Amerykanin zabrał się do męskiej roboty. Oczywiście nie potrafił odnaleźć w cudzym aucie niezbędnych do odkręcenia koła kluczy, więc poszedł po swoje narzędzia. Toyotowego podnośnika też nie za bardzo potrafił użyć, więc znów poszedł po swój. W bialutkich spodniach klękał na brudnym parkingu, by znaleźć miejsce podparcia auta przy lewarowaniu go. Oczywiście, że jak na Amerykanina przystało najpierw auto podniósł, a dopiero później próbował odkręcać oponę. Gdy po 10minutach wreszcie udało mu się starą oponę odkręcić, nową założyć i zakręcić śruby, był totalnie szczęśliwy, że mógł pomóc. To nic, że pobrudził sobie całe spodnie. To nic, że kobieta z Polski co chwilę musiała dawać mu wskazówki - że oponę odkręca się na ziemi (tzn. luzuje śruby), a dopiero później podnosi się auto do góry. Że po zakręceniu nowej opony, gdy auto jest w powietrzu, trzeba je jeszcze mocno docisnąć po spuszczeniu auta na dół (bo Amerykanin o tym zapomniał).
- Pomoc Wam była dla mnie najprawdziwszą przyjemnością. Mam trzy siostry i chciałbym, by kiedyś, ktoś im tak samo pomógł, jak ja pomogłem Wam... - odpowiedział naprawdę szczęśliwy, że mógł się wykazać Amerykanin. I w atmosferze serdecznych podziękowań zarówno dwóch Polek jemu, jak i przede wszystkim jego podziękowań owym Polkom, że mógł im pomóc - opona została zmieniona.

Uwielbiam tę amerykańską uprzejmość. To coś, czego się nie da kupić. Tak zaprogramowano to społeczeństwo. Oczywiście, że będąc na jego miejscu pomógłbym tak samo zarówno komuś w Ameryce, jak i w Polsce. Nieraz już tak pomagałem. Jednak jestem pewien, że w Polsce 2-3x częściej dwie, wiekowe sierotki z unieruchomionym autem usłyszą od kogoś poproszonego o pomoc, że niestety ale ten ktoś BARDZO się śpieszy. Że ma uszkodzony kręgosłup i mimo, że chciałby, to nie może się schylać, dźwigać, itd! Że może wezwać pomoc drogową, ale sam niestety nie potrafi pomóc. W USA, prawie że KAŻDY próbowałby pomóc jak tylko może. Oczywiście, że akcja musi dziać się przynajmniej w Canton, MI, bo tak samo złapana "guma" w Detroit skończyłaby się zapewne kradzieżą auta (nawet i bez koła), albo przynajmniej obrabowaniem kierowcy i pasażerów owego auta.



1. Pęknięta opona, która była zarówno dowodem tego, że w USA też potrafią kombinować (jak właściciel warsztatu wymiany opon), jak i być BARDZO uprzejmi (jak mężczyzna, który pomógł tę oponę wymienić)
2. A ten 100 letni dziadek wymieniał olej w swoim samochodzie... U nas zapewne od lat już nie miałby nawet na leki, a w USA ma nawet na utrzymanie samochodu (za kierownicą którego zapewne przysypia tak samo, jak i tutaj;)
3. A to jeszcze retrospekcja do Frankenmuth, MI. Czteroosobowa rodzina tak właśnie spędza czas oczekiwania na obiad. Każde ze swoją komórką, pewnie Twitują właśnie, co ciekawego tu widzieli, albo jak nudną mają rodzinę, że lepiej pogadać z kumplami z netu, niż z żoną, mężem, matką, ojcem, córką synem, bratem i siostrą...

stany 2012-01-09
skomentuj proszę tę notkę


Wolność słowa w USA czyli FEMA = koniec świata?!
Widzę, że Amerykę najlepiej znają ci, którzy nigdy w niej nie byli. Drżą nad losem 300mln Amerykanów, bo Obama podpisał ustawę zabraniającą tego lub pstrego. Dającą prawo do więzienia obcych (zarówno z innych krajów, jak i z innych planet;), a nawet do zabijania swoich obywateli bez sądu na terenie całego świata. No naprawdę straszne! Widzę, że wiedzą zdobywaną na necie można tak łatwo manipulować. Przecież od wielu już lat można w USA aresztować chociażby każdego nielegalnego imigranta i więzić go bez przedstawienia zarzutów przez całe życie. Jednak mimo przebywania tutaj MILIONÓW tego typu "turystów", więzienia nie są przeładowane tak, jak polskie zakłady karne pijanymi rowerzystami czy alimenciarzami, więc nie widzę penitencjarnego problemu z Ameryką! A Wy naprawdę widzicie?

Teraz pewnie każdy Amerykanin ma chodzić w kamizelce kuloodpornej i w hełmie na głowie, bo za każdym rogiem może się czaić jakiś przedstawiciel CIA, FBI, policji, wojska, żandarmerii wojskowej, itp. chcący zgodnie z prawem postrzelać sobie do Amerykanów. Śmieszne, czy straszne? Śmiać się, czy płakać? No niby straszne, że byle amerykański żołnierz może w każdym zakątku świata zabić swojego obywatela podejrzewanego o terroryzm, itp. I że wcale nie potrzebuje już do tego licencji na zabijanie jaką miał agent 007. Ale chyba większe prawdopodobieństwo jest zginąć na polskiej drodze jako Polak w wypadku drogowym, niż gdziekolwiek na świecie jako Amerykanin zabity przez swoje tajne lub jawne służby - więc nie dajcie się zwariować! Bo internet zablokują? Tia...

Skoro USA i wolności w nich panujących nie zakneblował oszołom John Edgar Hoover (twórca FBI), który wszędzie i w każdym widział komunistę, to nie boję się obecnych praw. W USA możesz być nielegalnym emigrantem, a zatrzymujący Cię za pospolite wykroczenie drogowe policjant nie ma prawa sprawdzić Twojego statusu imigracyjnego. Przerabia to dziesiątki tysięcy polskich obywateli, którzy w USA zasiedzieli się dłużej niż dozwolone im przez wizę 3-6 miesięcy. Podejrzewający mnie o robienie zdjęć w sklepie Target policjant nie ma prawa zażądać ode mnie pokazania zawartości aparatu, a w Polsce co? Byle ochroniarz byle sklepiny chciałby za taki występek mnie aresztować, przeszukiwać, rekwirować aparat lub przynajmniej kartę pamięci. Byle strażniczyna miejski może teraz wlepiać mandaty za wykroczenia drogowe, zatrzymywać kierowców już nie tylko za pomocą znaków dawanych stojąc przy oznakowanym pojeździe, ale i w biegu. Wkrótce podobnie jak ma to miejsce np. w Rosji czy na Ukrainie, każdy mający jakąś tam urzędową polską czapkę z daszkiem, od listonosza począwszy po gajowego, będzie mógł zatrzymywać w tym kraju każdego obywatela i nakładać na niego mandaty. Za wszystko! No, ale Wy się przejmujcie wolnością Amerykanów...

Miłe, że zwracacie mi na to uwagę, że wysyłacie linki do artykułów i filmów na Youtube, jak knebluje się wojaka, który skarży się na to, co dzieje się w Iraku. Ale to jest totalna przesada! Mnie bardziej zasmucił polski żołnierz, którego filmowano w bazie wojskowej w Ghazni tuż przed Nowym Rokiem i zapytano, czego sobie życzy na zaczynający się właśnie 2012r.? Powiedział ze strachem w oczach, że życzy sobie, nie musieć już nigdy tutaj wracać! I by mieć do kogo wrócić w Polsce... I teraz zagadka - czy bardziej przerąbane będzie miał ten żołnierz z USA, którego na czas zakneblowało CNN udając awarię na łączach, czy żołnierz z RP, którego TVP puściła w całości? Tym się proszę martwcie, a nie wolnością słowa czy swobodami obywatelskimi w USA.

Tu, w Stanach ludzie żyją jak na wyspie. Nie muszą wiedzieć wszystkiego, bo nic spoza tej "wyspy" nie jest im potrzebne ani dla nich ważne! Ruskich bać się nie muszą, że im cenę gazu podniosą, czy że ich zaatakują z obwodu Kaliningradzkiego. Niemców bać się nie muszą, że do nich przyjadą i odbiorą co swoje (jak Agnes Trawny domeczek Moskalików w Nartach), albo że wykupią Polskę za te ich Euro. Żydów się nie boją, że wraz z masonami rozkradną Polskę. Amerykanie w przeciwieństwie do katolickich, polskich emerytów nie słuchają hochsztaplerom w typu Tadeusz Rydzyk, nie napędzając tym samym swoich najbardziej prymitywnych obaw. Są głupi, ale na swój naiwny, amerykański sposób, a my jesteśmy głupi na nasz - polski. Amerykanie naprawdę nie chcgfą nic wiedzieć. Są ja te trzy małpki, które nic nie widzą, nic nie słyszą i nic nie mówią i... jak coraz częściej się przekonuję, że bardzo dobrze im z tym! Higiena psychiczna i dzięki temu dłuższe o kilka lat życie, niż tych wszystkich innych, "świadomych" wszystkiego obywateli świata.
Przez wiele lat, póki nie było Youtube, wideoblogów, itp. wojny w Iraku były relacjonowane tak, jak jakieś gry komputerowe. Ot, strzelamy rakietą Tomahawk z lotniskowca stacjonującego kilkudziesięciu kilometrów do kryjówki terrorystów, mamy podgląd na żywo do ostatniej chwili lotu bomby i... BINGO - kilkudziesięciu terrorystów mniej na świecie. Myślicie, że oni mają pojęcie, że istnieje jakaś amerykańska baza w Guantanamo, gdzie torturuje się "terrorystów"? Że w Europie był jakiś holokaust? Że ludzie jedli z głodu ludzi? Że bomby równały z ziemią całe europejskie miasta, stolice. Nie mają o tym pojęcia, tak samo jak nie mają pojęcia, że Azja to kontynent a nie państwo, że ser robi się z mleka, a nie z mąki, a by mieć mleko - doi się krowę, a nie rozpuszcza mleko w proszku w wodzie!;)

To są Stany! W wielu kwestiach wolę amerykańskie podejście do życia i amerykańskie prawo, niż to, co ma miejsce w Polsce. Twarde prawo, ale PRAWO! Jeśli nie zamierzasz go złamać, nie powinno Cię obchodzić. Jeśli zamierzasz coś knuć, to bój się, że gdy wyjedziesz do bazy szkoleniowej terrorystów gdzieś za granicę, to dostaniesz prosto w łeb kulkę, bo wyjdzie to taniej, niż deportacja do USA, proces i lata odsiadki. A zatem - nawet ja wiem, że używając zbyt wielu słów uznanych przez antyterrorystyczne algorytmy CIA za podejrzane, jestem na jakimś cenzusie. Szczególnie moje zdjęcie na mojej Picasie w kostiumie aresztanta z kubańskiej bazy... A jeden z moich kolegów dzwoniący do mnie do USA, zawsze wplata w rozmowę Allah Akbar, itp. zagwostki dla Eszelona... i jakoś się nie boję, że zanim zdążę odłożyć słuchawkę, dostanę "ołowiany poczęstunek" od snajpera!

Tylko w Polsce prawo dotyka każdego, i zgodnie z polskim powiedzeniem: "Nieznajomość prawa szkodzi", trzeba wszystko wiedzieć, wszelkie zmiany śledzić, bo prawnik drogi, bo sprawy w sądach ciągną się latami. W USA prawo jest dla prawników, ustawy dla polityków i lobbystów, a Amerykanom pozostaje tylko... spokojnie przeżyć swoje życie.

stany 2012-01-08
skomentuj proszę tę notkę


Zielonokartowiec + turystka = przesłuchanie?;)
Gdy jechałem do USA po raz drugi, wziąłem ze sobą swoje drugie, lepsze "Pół";)
Po wylądowaniu w Detroit, pasażerowie o statusie: "Obywatele USA" oraz "Posiadacze Zielonych Kart" - odprawiani są na jednych stanowiskach, a turyści i pozostali migranci na innych stanowiskach. A zatem ja i moja kobieta przechodziliśmy odprawę paszportową osobno. Ja, jako zielonokartowiec zgodnie z przepisami, mogłem być w Polsce przez maksymalnie sześć miesięcy. Zasiedziałem się jednak w kraju nad Wisłą przez całe 11miesięcy i 3tygodnie, więc musiałem się zmagać z pytaniami, odnośnie tego, czemu byłem tak długo poza USA, czy nie wiem, że mogę wyjechać ze Stanów na maksymalnie 6m-cy, itd. Oczywiście mój urok osobisty i poczucie humoru pomogło mi przejść tę odprawę bez problemu, ale mój pogranicznik dobrze sobie mnie zapamiętał, bo rzadko kto, rzadko kiedy wyjeżdża z USA na dłużej niż może...

Na sąsiedniej bramce w tym samym momencie odprawiała się moja Kobieta. Pilot czy też steward w naszym samolocie, rozdający karty migracyjne, na których wypisuje się swoje dane, dał jej zielony formularz (czyli ten przeznaczony dla pasażerów z krajów nie wymagających wiz do USA), a Polacy i inni "wizowcy" powinni wypełnić biały formularz CBP I-94. Na lotnisku w Detroit, amerykański urzędnik graniczny, gdy spostrzegł pomyłkę, poprosił, by moja kobieta poszła po formularze stojące przed stanowiskami i by wzięła biały I-94. I niech absolutnie nie martwi się kolejką, nikt jej nie zajmie miejsca, a on sam jej pomoże wszystko wypełnić, by poszło szybciej.
- Don't worry pani Wiolu, nic się nie stało! - poznała pierwszą amerykańską uprzejmość moja towarzyszka podróży.
Po chwili Miss Wioleta była już odprawiona i... spotkaliśmy się tuż za budkami urzędników, oczekując przy taśmie z bagażami na nasze tobołki. Przypadkowo lub zupełnie nieprzypadkowo urzędnik odprawiający mnie obejrzał się za moją Kocicą i gdy ujrzał, że ta podchodzi do mnie - zapaliła mu się czerwona lampka w głowie!;) Poprosił innego urzędnika o zajęcie jego miejsca w budce i ruszył w naszym kierunku. Baa... ze swojej budki wyszedł też ten urzędnik odprawiający moją kobietę i... zaczęło robić się ciekawie.

- Wy się znacie?! - zapytał nas "mój" pogranicznik.
- A no znamy się - odpowiedziałem odważnie i pewnie, więc ci dwaj zaczęli rozmowę między sobą.
- Ej, Johny, on ma Zieloną Kartę, a ona przyjechała na wizie turystycznej. Oni pewnie chcą się tu pobrać! - głośno uzewnętrzniał swoje podejrzenia mój pogranicznik.
- NIE! Nie przyjechaliśmy się tu pobierać! Jesteśmy z jednego miasta, Ona jest nieśmiała, boi się lecieć sama na drugi koniec świata, więc jej towarzyszę - wyjaśniałem podejrzliwym granicznikom.
- Taaak? - Wyrażał swoje zwątpienie "mój" pogranicznik. I zaczął pytania do W.

- Masz w Polsce pracę?
- Mam.
- A gdzie pracujesz?
- Jestem kierownikiem w firmie XYZ.
- A to pokaż nam wizytówkę.
Moja kobieta nie miała ze sobą wizytówek (po co komu polskie wizytówki w USA?). Jednak miała identyfikator ze swoim imieniem i nazwiskiem, i z wielkim logo firmy, która w Polsce jest znana każdemu, ale żadnemu Amerykaninowi te cztery charakterystyczne litery i tak nic nie mówią.
W międzyczasie, widząc zamieszanie w postaci dwoje nas i dwóch strażników po odprawionej już stronie sali, podeszło do nas kolejnych dwóch graniczników. Krótkie zapoznanie nowoprzybyłych z dziejącą się tutaj akcją, i dalsze pytania. Jednak wszystko to w atmosferze nie tyle przesłuchania, co przekomarzania się.

- A do kogo tutaj przyjechałaś?
- Do wujka.
- A na jak długo?
- Na 3 tygodnie - odpowiadała moja dzielna W.
- Kto Ci dał 3 tygodnie urlopu?! - ździwili się wszyscy czterej na raz!
- Phi, my mamy 11dniowe weekendy, więc co się dziwicie 3 tygodniami urlopu - rozwaliłem i rozbawiłem wszystkich prawdą o Polsce.

- A chłopaka albo męża w Polsce masz?
- Mam - odpowiedziała moja podróżniczka.
- A ten pierścionek na palcu od kogo jest?
- Od mamy - skłamała po raz pierwszy moja W.
- Taaaa, mama daje takie pierścionki... - zażartowali panowie już w sile sześciu amerykańskich chłopa w mundurach United States Customs and Border Protection (bo w międzyczasie doszło jeszcze dwóch).

A wystarczyło tylko zapytać, czy poprosić, byśmy otworzyli nasze portfele i pokazali zdjęcia swoich partnerów. Ona pozostawionego w Polsce chłopaka, a ja czekającej na mnie w Poland dziewczyny. W Jej portfelu dwa moje zdjęcia, w moim jedno Jej... - myślicie, że uwierzyliby, gdybym im powiedział, że ja spotykam się z jej siostrą bliźniaczką, a ona jest w związku z trzecim z moich braci trojaczków?;)

Po kilku moich zapewnieniach, że na pewno nie zamierzam się z nią tutaj pobrać. Że jedynie z racji tego, że mieszkamy w tym samym mieście, lecimy tym samym samolotem, itd. zostaliśmy wpuszczeni na gościnną amerykańską ziemię;) I tu nasza przygoda mogłaby się zakończyć, ale gdzież tam... Tam, gdzie kończą się moje przygody, zaczynają się przygody kobiet;)

Wioząc z Polski dla chicagowskiego wujka spirytus i przechodząc ponowną kontrolę bezpieczeństwa (tzn. prześwietlenie tego, co wwozimy na teren USA) skaner wykrył coś groźnego. Byliśmy pewni, że chodzi o spirytus. Że 96% spiryt (w wielu stanach zakazany), wyświetla się na ekranie skanera inaczej niż 40% wódka. Młody strażnik ze stanowiska Roentgena pracujący w białych, gumowych rękawiczkach zapytał, czy mamy w bagażu coś ostrego, czym może się skaleczyć, a gdy usłyszał że nic takiego nie mamy, zaczął powoli otwierać nasz bagaż i bardzo delikatnie przeglądać nasze rzeczy. Może robił to tak delikatnie, bo jeszcze młody i nie znudzony tą pracą, a może to Ameryka i... po co komuś rozpieprzyć bagaż i powodować już tak "na dzień dobry", na Welcome to America pierwsze stresy i nieprzyjemności? To nie spirytus opatulony w sweterek okazał się podejrzany.. To dziwne małe coś, czego młody chłopaczek nie rozpoznał na skanerze. Bagaż oczywiście był nie mój, a mojej kobiety. One mają w tych swoich torebkach, kosmetyczkach i... bieliźnie wszystko! Także i silikonowe wkładki, które nie dość, że dodają +1 do rozmiaru, to cholernie terrorystycznie wyglądają na prześwietleniu;) Młody, niedoświadczony chłopaczek pokazał stanik swojemu starszemu koledze, tamten się uśmiechnął, młody się zarumienił i... WITAJCIE W AMERYCE;)

stany 2012-01-04 17:35:50
skomentuj (24)




Frankenmuth, MI czyli zemsta handlarzy za wygnanie kupców ze świątyni;)
Jezus wygonił kiedyś kupców ze świątyni, bo ci urządzili sobie tam targ. Teraz kupcy się mszczą za ów wymuszony eksodus z jerozolimskiego kościoła, robiąc ze wszystkich świąt (głównie katolickich) jedną wielką KOMERCJĘ! Wszyscy przekonujemy się o tym, gdy w Polsce niedługo po Święcie Zmarłych z półek marketów znikają znicze, i ich miejsce zastępują choinki i ozdoby, a ze sklepowych głośników zaczynają rozpływać się kolędy. W USA w tym roku przeszli samych siebie i X-masowe niezbędności w wielu sklepach można było kupić już przed Halloween (czyli 2miesiące przed Świętami)! W opisywany już przeze mnie Black Friday wypadający około miesiąc przed Bożym Narodzeniem Amerykanie wydają około 50mld dolarów. Wiele z tych miliardów wydano na rzeczy, które zostaną wręczone pod choinką jako prezenty od Świętego Mikołaja. Zapewne drugie tyle wydają w cały poprzedzający święta miesiąc, i niewiele mniej na pobożonarodzeniowych wyprzedażach. Oj, gdyby oni (Amerykanie, Anglicy, Niemcy, itd.) przy christmasowym stole spędzali tyle czasu, co w kolejkach do wyprzedaży... Ale tak niestety nigdy nie będzie i bilans zawsze będzie niekorzystny na rzecz świąt i z roku na rok będzie coraz gorzej! W końcu to tylko my, Polacy mamy 3dni świąt - Wigilia i dwa dni Bożego Narodzenia. Wszędzie na świecie wszyscy zadowalają się jednym dniem świętowania.

A czy wiecie, że nawet to, że Mikołaj wygląda w naszych wyobrażeniach tak, a nie inaczej wymyśliła i wypromowała... Coca-Cola?! Tak więc, ile w świętach jest świętości, a ile sprytnych pomysłów handlowców? Jestem prawie pewny, że za koszt samych okołoświątecznych pierdół, które kupujemy można by wyciągnąć z zapaści finansowej wszystkie kraje trzeciego świata. A żywnością, którą spożyją na siłę wszyscy ci obficie "świętujący" obywatele zachodniego świata, i która się po świętach wyrzuci można by wyżywić całą Afrykę pewnie przez okrągły rok - więc niech mi nikt nie powie, że są to święta religijne!
W Polsce wcale nie gorzej - według wyliczeń GUS Polacy wydali na święta (jadło, poidło, choinki, kropidło, ozdoby, prezenty, na tacę i macę) 20mld zł, czyli średnio 2tys. PLN na jedną, statystyczną, polską rodzinę! To wynik o wiele wyższy niż to, co wydadzą na Weihnachtsfest nasi niemieccy sąsiedzi. Ach to nasze postaw się, a posraj się... Gdyby chociaż 1% tego, co ludzie zostawili w kasach sklepów, wylądowało na kościelnej tacy - przez same święta kościoły byłyby bogatsze, niż szejkowie dubajscy! Jednak nie po to kupcy się mszczą za to wygnanie ich ze świątyni, by kościół dostał z tych świąt cokolwiek zarówno w formie finansowej, czy chociażby duchowej! Boga w tych świętach jest odwrotnie proporcjonalnie do tego, ile dana rodzina na święta wydała...

A może Boże Narodzenie przez cały rok?
Najgorszym, co można zrobić ze wszelkimi świętami to... obchodzić je przez cały rok! To ma miejsce w Frankenmuth, Michigan. Jest to miejscowość położona ok. 150km na północ od Detroit. Można pojechać tam w każdy dzień roku, nawet w upalne lato i... i przeżyć Boże Narodzenie 24/7, 365/year! W totalnie skomercjalizowanym christmasowo mieście możemy każdego dnia roku kupić choinki, ozdoby na nasze żywe czy sztuczne drzewka świąteczne, i wszystkie pozostałe christmasowe niezbędności. Oczywiście nie brakuje też bombek z Polski po 10-20$ za sztukę. W Frankenmuth możemy spotkać Mikołaja, rozdeptać niechcący szwędające się po okolicy elfy, czy wdepnąć w odchody reniferów. Tak to jest zaczynać wojnę ze sprytnymi handlarzami - Jezus pogonił ich ze swojej hacjendy, to przebiegli kupcy zbudowali własne świątynie (handlu) zawłaszczając dla siebie religijną tradycję.

Rozumiem, gdy tego typu miejscami zachwycają się dzieci (najlepiej jednak zimą, gdy chociaż pogoda zgadza się z okolicznościami). Ale gdy widzę dorosłych Amerykanów, którzy dają się nabrać na te plastikowe choinki, na te bombki grające kolędy, i tę całą cholernie sztuczną "świąteczną atmosferę" trwającą tam przez 365dni roku, to robi mi się totalnie niedobrze. Tak samo niedobrze zrobiło mi się po osławionym kurczaku na wiele sposobów, który można zjeść w frankenmuth'skiej restauracji. Mają wszystkich przybyłych do tego zakątka Michigan w tak głębokim poważaniu, że nawet nie chciało im się chcieć zrobić z tym kurczakiem czegoś więcej, niż KFC robi ze swoim drobiem. Nawet głupi amerykańscy restauratorzy wiedzą, że 99% klientów jest tutaj, w tej wichurze tylko jeden raz w życiu i o renomę ich kurczaka nie muszą już dbać. Baa... nawet pieprzony kelner był jak na amerykańskie realia cholernie plastikowy i nawet mu się uśmiechać nie chciało, bo jak tłumaczył - bolały go ząb. Totalnej sztuczności tego miejsca nie osłodziła nawet możliwość ujrzenia w jednej z kilku cukierni tego, jak robi się tradycyjne fludge (ot taka podróbka polskich krówek - ciągutek).

Bombki - bombkami, fudge - fudgami, a największe kolejki i tak ciągną się przed... restauracjami!;) Trzeba odstać nawet godzinę, by w tłoku zinfantylniałych Amerykanów zjeść przereklamowanego kurczaka. Zatrudniony przez restaurację Mikołaj da się ze sobą sfotografować każdemu chętnemu, a solenizantom zaśpiewa głośne Happy Birthday (przy udziale wszystkich czekających w kolejce). Zapraszam do obejrzenia filmu, gdzie zobaczycie i tego Mikołaja, i odśpiewywanie przez niego 100lat, i kobiety w restauracji z migającymi pierścionkami na palcach - wiocha made in USA;) A może tylko infantylność na maxa? Osobiście tym, którzy jeszcze są normalni polecam wizytę w pobliskim browarze, gdzie można ujrzeć cały cykl produkcyjny złocistego napoju i przede wszystkim... napić się do syta, by przeżyć dalszą wędrówkę po tej krainie kiczu;)




1. Tutaj "Bóg się rodziii, moc truchlejeee..." przez 361dni w roku!
2. Wśród zyliona bombek jest oczywiście reprezentacja ozdób z Polski.
3. A i tak największa kolejka ciągnie się do... restauracji! TAK, trzeba w niej stać nawet i godzinę!
4. Tak wytwarza się specjał Frankenmouh - Fudge.
5. Kobiety i dzieci niech patrzą, jak robi się fudge, niech wybierają choinki i ozdoby do nich - dla mężczyzn jest browar, a w nim - piwko!;)
6. A oto w teleexpressowym skrócie, jak wygląda Frankenmuth zimą. Podobna atmosfera panuje tam cały rok. Można zobaczyć tysiące bąbek, choinki z wszczepionymi w nie światełkami (5200sztuk), możemy zobaczyć to, ile trzeba się nastać w kolejce, by coś zjeść, jak Mikołaj śpiewa 100lat, itd...

stany 2011-12-29
skomentuj proszę tę notkę


Święta za pasem, więc znów w Polsce naszej;)
Łooo Matko Bosko! Mi wystarczy być w USA 2-3miesiące, by musieć przyzwyczajać się na nowo do Polski. Zastanawiam się zatem, jak cholernie obco muszą się tutaj czuć wszyscy ci, których w Polsce nie było od lat? O tych, którzy wspominają Polskę jako PRL z szarymi blokami, pustymi sklepami Społem, Warsem, Sawą, z górującym nad Warszawą jedynie Pałacem Kultury i Nauki, i z blaszakiem udającym międzynarodowy port lotniczy nawet już nie mówię... Dzisiaj byle jaki osiedlowy, polski sklepik jest większy, port lotnisko z którego przed 20latami opuszczało się Polskę...

Przejechałem kilka kilometrów po Warszawie i znów nasuwają się te same pytania - skąd ci ludzie mają pieniądze na to wszystko?! Na te samochody po 300-500tys. PLN, na benzynę po ponad 5,5zł za litr. PKiN zasłonięty strzelającymi wielodzisięcioma piętrami biurowcami, apartamentowcami (o SkyTower we Wrocławiu nawet już nie wspominam...). Wizyta w Złotych Tarasach i odwieczna walka z ochroniarzami o to, że nie wiem, że nie można tutaj robić zdjęć! Wystartowałem kilka godzin temu z kraju, który walczy z terroryzmem jak żaden inny. Obfotografowałem całe lotnisko w Chicago. Nie zainteresował się mną żaden pies z kulawą nogą (tzn. policjant z wielką giwerą przy pasie czy taserem z drugiej strony). A tutaj podchodzi mrukowaty ochroniarz o nieświeżym oddechu i mówi, że bez pisemnego pozwolenia dyrekcji zdjęć w Złotych Tarasach robić nie można... To po cholerę buduje się jedną z ozdób tego miasta, by nikt nie mógł sobie jej uwiecznić na zdjęciach. Bo to Polska właśnie - uwielbiam tak właśnie sobie tłumaczyć wszystko to, co w tym kraju głupie...
Oczywiście, że mając chwilę wolnego czasu poszedłem do dyrekcji Tarasów zapytać, co to za głupota z tym zakazem? Bywam w Poznaniu, uwieczniam nagradzane w konkursach architektonicznych centrum handlowe Stary Browar Kulczyka i nikomu to nie przeszkadza, a tu mi za fotografowanie złotości tarasów ktoś robi problem. No nic - trzeba się przyzwyczaić. W USA problemem w tego typu zakazach, pytaniach przez obsługę, ochronę czy policję - czy robię zdjęcia jest jedynie dbanie o... prawo klientów do prywatności. Nie boją się, że robię zdjęcia, bo jestem szpiegiem nasłanym przez konkurencyjne sklepy. Że jestem terrorystą planującym tu zamach. Na zdjęciach po prostu nie może być osób, by nie naruszać ich prywatności - koniec innych zakazów.

Ale zanim wylądowałem w PL spędziłem 4godziny na lotnisku w Chicago czekając na lot do Warszawy. Kontrola bezpieczeństwa jak zawsze - wszystko z uśmiechem, nawet skanowanie ciała Roentgenem i dłoni jakimś papierkiem lakmusowym odbywa się na takim luzie, że aż miło to wszystko przechodzić. Uwielbiam czuć się jak terrorysta i... jednak zawodzić tę całą ochronę, że niczego u mnie nie znaleźli. Wszędzie jest się uprzejmie zapraszanym (na kolejne stanowisko kontroli) i miło jest nam podziękowane za kooperację. Na koniec jeszcze życzenie - miłego lotu - i można frunąć w świat.

Polska państwem kolejek?!
Stanowisko LOT-u znajduje się w najbardziej odległym punkcie terminalu 5-tego chicagowskiego lotniska. Wystarczy usiąść na chwilę przez stanowiskami odprawy bagażowej LOT-u i można zaciągnąć się polskością. W ogóle lotnisko w Chicago to jakby 18naste polskie województwo (po 17tym - londyńskim;) Jednak siedząc na terminalu 5tym... zaczyna się rozumieć stereotypy dotyczące Polaków. Co trzeci pasażer lotu LO 002 - w dresie. Odlot 17:25, odprawa zaczyna się o 14:30, a już o 13:00 nasi rodacy ustawiają się w kolejkę, by wcześniej podejść i odprawić bagaż. Stoją ponad godzinę, by być dosłowną chwilę przed innymi - my chyba mamy jakiś gen kolejek! Przecież bilety zostały kupione już dawno temu, miejsce pasażera zostało dawno określone i wpisane w bilecie. Czy podejdzie się do odprawy jako 1szy, czy jako ostatni, to i tak niczego nie zmieni! Jednak ludzie przez godzinę stoją w kolejce, jakby od tego zależało ich życie. Jak w PRL-u! Kolejka stoi, więc trzeba w niej stać, by nie być gorszym.
Co do kolejek to w każdym sklepie w Polsce można przekonać się, czym różni się USA i PL. Kraj uprzejmości i kraj kolejkowych spryciarzy. Gdy w Polsce stoją 4 osoby w kolejce i gdy otwiera się kolejna kasa - kasjer zaprasza oczekujących, a ci pędzą na złamanie karku - oczywiście ci ostatni stojący na końcu zawsze chcą być pierwszymi. Gonią, taranują innych rozpędzonym wózkiem, albo przewracają przykasowe stojaki koszykiem niesionym na ramieniu. W USA.. w USA ludzie najczęściej się licytują, komu się mniej śpieszy i kto może dłużej poczekać - a dwie osoby startujące z dłuższej kolejki do pustej kasy zjawiają się tam w kolejności jaką zajmowały w pierwotnej kolejce, a nie z zasadą - ostatni będą pierwszymi. Dziwne, ale to właśnie rzuca mi się w oczy gdy widzę ten owczy pęd do pustych kas.

Biznes loża - czyli polskie zastaw się w postaw się...
Jakież było moje zdziwienie, gdy wszedłem do chicagowskiej loży dla posiadaczy biletów biznesklasy. W Warszawie, w LOT Business Lounge Polonez panujący przepych zachwyca. Człowiek czuje się jak w pięciogwiazdkowym hotelu! Kilka wielkich lodówek z napojami, sokami, piwami. Kilka półek z alkoholami. Kilka telewizorów, kilkanaście stanowisk z komputerami z darmowym internetem. Dwa wielkie skomplikowane ekspresy do kawy wydające każdy rodzaj kawowej rozkoszy, zimny bufet, kilkanaście tytułów prasy codziennej, tygodników. Wodospad na ścianie i nawet prysznic do dyspozycji. A w Chicago... w tego samego typu loży zobaczyłem... malutki, wręcz taki domowy expres do kawy w którym brakowało wody. W szufladzie z zasobnikami do expresu połowa smaków niedostępna. Jeden telewizor, i co najlepsze... ZERO komputerów (co najwyżej kilka biurek na których możemy ustawić własny laptop), a hasło do dostępnego w loży WiFi tak długie i skomplikowane, że wpisywanie go do komputera niektórym zajęło więcej czasu, niż czas spędzony w tymże ląkajlu;) Precelki i chipsy, malutka lodóweczka na piwo - dopełniły wrażenia;) Piękna ta Ameryka! Taka minimalistyczna, taka uboga, więc jakim cudem nabili sobie 15trylionów deficytu?!;)

Polska technologia i myśl techniczna...
To moje drugie ulubione podsumowanie Polski. Gdy coś jest tak toporne, jak samochód osobowy Polonez, to jak można to coś usprawiedliwić? Właśnie takim stwierdzeniem. Za to dzięki temu potrafimy wszystko to, czego nie potrafią inni. Naprawić każde auto, czy nawet uruchomić zepsuty prom kosmicznym kluczem francuskim i młotkiem, więc co dopiero niedziałający expres do kawy na chicagowskim lotnisku;) Gdy w biednej biznesloży zobaczyłem, że amerykański pasażer odszedł od expresu z "kwitkiem" zamiast z kawą, postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Podchodzę i widzę wyświetlający się komunikat - brak wody. Wziąłem zatem kubek do kawy, napełniłem go wodą ze stojącego tuż obok dystrybutora, otworzyłem expres, nalałem kubek wody do środka i chwilę później cieszyłem się kawą. Amerykanin też się ucieszył, że expres już wydaje kawę. Podszedł i... znów zobaczył komunikat - brak wody (bo całą nalaną przeze mnie wodę expres zamienił w moją kawę). I tak oto Polak uczy się na błędach, a nawet błędy innych potrafi rozwiązać,a Amerykanin musiał pójść po kogoś z obsługi, by mu expres naprawił;)

Amerykańska zajebistość...
Zanim doleciałem do Chicago, musiałem przelecieć z Detroit liniami American Airlines. To takie powietrzne autobusy, więc lata się nimi tanio, ale najczęściej bez bagaży. Zawsze budzę niezłe zainteresowanie, gdy sunę z dwoma wielkimi walizami do stanowisk odprawy pasażerów AA. I tym razem o mało się nie przeliczyłem z odlotem. Przybyłem oczywiście 2godziny wcześniej. Podchodzę jedynie z paszportem i... ZONK! Nie ma mnie na liście pasażerów!
- No jak to nie ma? - pytam z niedowierzaniem?!
- No na lot 12:25 nie ma Ciebie na liście - odpowiada młodziutki, miły chłopaczek odprawiający pasażerów.
- No ale ja jestem pewien, że to mój samolot. - odpowiadam spokojny, że to jakieś nieporozumienie.
- A masz jakiś wydruk biletu albo coś? - pyta chłopaczek i nagle uśmiecha się do ekranu jakby ujrzał na nim swoje szczęśliwe numerki Lotto. Kto to zrobił?! - pyta zdziwiony?

Nie, nie znalazł w tym komputerze mojego biletu ani nie gapnął się, kim jestem. On po prostu miał tego dnia urodziny i wyskoczyła mu na systemowym komputerze jakaś tam wirtualna kartka z życzeniami. Podziękował koleżance, że o nim pamiętała. Dostał życzenia od wszystkich przechodzących obok ludzi z obsługi AA, ode mnie też. Uśmiechy, klepanie po tyłku. W międzyczasie przez lotniskowe głośniki rozszedł się komunikat: Hallo, tu kapitan. Pasażer John Smith proszony jest do stanowiska odprawy.
- Heh, to kapitan Quagmire się wygłupia - powiedział rozbawiony sposobem poszukiwania zagubionego pasażera solenizant. Glenn Quagmire to ten zboczony pilot z kreskówek Family Guy. Tak właśnie wygląda w USA obawa przed terroryzmem, pełna powaga na lotniskach. Życie w tym kraju to jedna wielka zabawa. Oczywiście jest czas na pracę (i wtedy jest ona ciężka), ale po pracy, nie ma już miejsca na stres, smutek, narzekanie. Każdy do każdego się uśmiechnie, zagada tym ichnim jak się masz, nawet sztampowy głos na lotnisku i standardowe komunikaty czasem są zwariowane.

W międzyczasie mój bilet się odnalazł, ale każdemu radzę mieć wydrukowane wszystko i to w dwóch kopiach. Bilety, numery rezerwacji, a nawet czas zakupu biletu albo końcówkę numeru karty kredytowej.
Witaj Polsko. Witaj kryzysie. Witaj Donaldzie Tusku, który oszukałeś nas z "zieloną wyspą" bardziej niż Bush Junior z bronią masowego rażenia w Iraku...
W Nowym Roku życzę wszystkim moim Rodakom takiego kryzysu, jaki mają Amerykanie...
I zapraszam na bloga, gdzie może wreszcie znajdę czas wrzucić kilka notek o New Yorku. Oj działo się działo...

A co do układu notek i komentarzy. Ja w panelu administracyjnym widzę komentarze tak, jak chcę je widzieć. Czytam i jak widzicie odpowiadam. Ten Portal blogowy daje tylko taką opcję ustawień bloga, no ale OK, od nowego roku będę zamieszczał notki oszczędniej w RAM;)




1. Tuż za plecami uzbrojonych policjantów ja, cykający fotki całemu lotnisku O'Hare Airport i... i tylko w Polsce stwarzam tym wielkie zagrożenie terrorystyczne na Okęciu, w każdym centrum handlowym czy nawet w publicznym wychodku! Nie tylko pies z kulawą nogą, ale nawet terrorysta z oderwaną ręką by się takm krajem jak Polska nie zainteresował, więc skąd ta panika?!
2. Biznes loża na chicagowskim lotnisku. W stosunku do tego, co oferuje Okęcie, jest to biedny hostel w porównaniu do dubajskiego, 7gwiazdkowego hotelu;)
3. Zadupie wita. W Chicago, we Frankfurcie i w innych poważnych portach lotniczych świata, ruch samolotów przed terminalem jest większy, niż w Polsce ruch samochodów przed terminalem. My naprawdę jesteśmy pryszczem na mapie świata! Pryszczem ekonomicznym, politycznym, komunikacyjnym...
4. Ale za to pryszczaty ochroniarz, z nieświeżym oddechem będzie nas przeganiał z każdego miejsca w którym wyciągniemy nasz aparat fotograficzny i zechcemy upamiętnić dane miejsce lub chwilę. To wolna Polska czy Korea Północna?
5. Dziki kraj, dzikie zasady. Jedno życie zabitego na drodze polskiego obywatela to 2,6miliony złotych. Mnożone przez 4tys. zabitych = 10,5mld rocznie! Że też drożsi jesteśmy dla państwa jako zwłoki, niż jako żyjący...
6. To, że jeszcze jest się nad normalną częścią Europy widać nawet z 10 kilometrów nad ziemią. Tutaj Niemcy i farmy wiatraków - 45 wiatraków w jednym miejscu. Unia od lat dawała Polsce setki milionów PLN na budowanie wiatraków, a my co? A u nas rolnicy się sprzeciwiają, bo kury przestają przez te wiatraki nieść jajka, krowom kręci się w głowach i produkują maślankę zamiast mleka. Ekolodzy podobnie pieprzyli, bo śmigło raz na jakiś czas telepnie jakiegoś ptaszka i zaburza bocianom korytarze powietrzne prowadzące do Afryki. I tak oto dowody na głupotę dziejącą się w Polsce mamy i zarówno na ziemi, jak i widzimy je z powietrza...

stany 2011-12-18
skomentuj proszę tę notkę


Bank of America - czyli ile w USA znaczy sprzeciw obywatelski...
Kilka miesięcy temu jeden z największych amerykańskich banków (Bank of America) zapowiedział, że wprowadzi 5dolarową opłatę za prowadzenie konta oraz opłaty za używanie karty kredytowej czy nawet debetowej! Ta wiadomość spadła na Amerykanów jak grom z jasnego nieba. Budziłeś się rano, a na większości programów informacyjnych czerwony pasek z informacją: Bank of America będzie pobierał 5$ miesięcznie! Zbrodnia! Masakra! Złodziejstwo w biały dzień - krzyczeli zarówno klienci owego banku, jak i ekonomiści, dziennikarze - no po prostu wszyscy!
No bo jak tak może być, by bank za to, że trzymamy w nim pieniądze kazał nam jeszcze za to płacić?! - wydaje się to (nawet prostolinijnym, dobrodusznym Amerykanom) tak oczywistym nieporozumieniem, że trzeba protestować! Nie wiedzą, że wszyscy Polacy i to od wielu już lat płacą taki właśnie haracz wszystkim swoim bankom. Za prowadzenie konta opłata. Za wydanie karty płatniczej - opłata. Za płatność nimi opłata (no chyba, że płatności narobimy pewną ilość miesięcznie, lub na pewną sumę, wówczas koszt używania naszej karty spadnie na właścicieli terminali płatniczych w których naszej karty użyliśmy).
W Polsce nikt by się tym tematem nie zainteresował, bo przecież wszystkie banki każą sobie za to wszystko płacić od zawsze, ale w USA? Bank of America strzelił sobie w kolano, czy może od razu w łeb! Gdy podczas jednego z programów informacyjnych dziennikarka wyjęła swoją kartę kredytową z logiem BofA, i przecinając ją na wizji na pół powiedziała, że właśnie rozwiązała umowę z tym bankiem, i każdemu radzi zrobić podobnie, bank w ciągu kilku dni stracił kilkadziesiąt tysięcy klientów. Kilkanaście dni później wycofał się z wprowadzania odpłatności za prowadzenie konta i za używanie karty, przepraszając wszystkich klientów, za tak idiotyczny zamiar. Dzięki temu uratowano coś więcej, niż bezpłatność prowadzenia amerykańskich kont. Uratowano amerykańską normalność...

Gdy okazało się, że skoro trzeba będzie ponosić opłaty za używanie karty, ale wypłaty z bankomatów ciągle będą bezpłatne, Amerykanie przygotowali się na dobrze nam znane... KOMBINOWANIE! Chcieli przypomnieć sobie stare czasy, kiedy to chodziło się z portfelami w których były papierowe pieniądze, a nie plastikowe karty. Byli gotowi zacząć wypłacać pieniądze w bankomatach i nosić je ze sobą, by unikać opłat. Nie robili tego od lat, ale by oszczędzić, a może by sprzeciwić się bankowi naprawdę byli gotowi w taki właśnie sposób obejść owe opłaty. A skoro nauczyliby się tak unikać absurdalnych opłat, to szybko nauczyliby się obchodzić wiele innych spraw. Kryzys zepsuł wiele społeczeństw (bezrobotni gówniarze w wakacje tego roku mało nie spalili całego Londynu, młody Norweg wystrzelał kilkadziesiąt osób na wyspie, a facet wczoraj strzelał z Kałasznikowa do Belgów jak do kaczek). Zepsucie amerykańskiego społeczeństwa byłoby największym problemem tego kraju. Skończyłoby się wszechobecne zaufanie, składanie zeznań podatkowych przez telefon, bez legitymowania się żadnymi rachunkami. Gdy każdy na każdego w tym kraju patrzyłby jak na kombinatora, krętacza, oszusta - to byłoby dla mnie prawdziwym końcem "amerykańskiego snu".
Skończyłoby się kasowanie swoich zakupów na samoobsługowych kasach bez jakiegokolwiek nadzoru. W Polsce straszne jest, gdy kupuje się np. bezprzewodowy czajnik za 30zł. Pudełko jest fabrycznie zaklejone taśmą i opasane zgrzewanymi opaskami, a mimo to przy kasie podchodzi ochroniarz, rozcina taśmy, otwiera pudełko i zagląda, czy do tego pudła, do tego czajnika nie wsadziliśmy czegoś innego. W USA kasuję na samoobsługowej kasie wielkie pudełko na narzędzia, wziąłem je z alejki w której nie ma żadnej kamery. Mogłem do środka włożyć dziesiątki narzędzi, wierteł, itd. I nikt się przy kasach nie zainteresuje tym, czy pudełko jest w środku puste, czy zapełniłem je fantami? Podobnie nie otworzy takiego pudełka nikt z kasy tradycyjnej, na której mnie skasuje. Nikt się nie zainteresuje, bo jeszcze nikt w ten sposób nie musiał tu nigdy kombinować... I dzięki wycofaniu się przez Bank of America, jeszcze przez jakiś czas nie muszą zacząć uczyć się tej całej "kombinatoryki"...

Związki Zawodowe gorsze ekonomicznie niż plagi egipskie
A co do psucia Ameryki, to prócz długiej listy psucicieli, takich jak głupi prezydenci (z Bushem juniorem na czele), prócz socjalu dla tych, którzy na niego nie zasłużyli (widzisz JazzAdamie, że potrafię się powstrzymać od nazywania rzeczy po imieniu;), prócz trylionów dolarów na Pentagon wydający te pieniądze na wszystkie zbędne wojny, prócz bilionów dolarów dla NASA trwonionych na rozbijanie sond kosmicznych o kolejne planety, prócz pazernych prezesów banków, spółek giełdowych, koncernów motoryzacyjnych, biliony dolarów zżerają przedstawiciele związków zawodowych! W wielu fabrykach związki zawodowe "wypracowały" dla swoich związkowców takie prawa pracownicze, że nic tylko być związkowcem i to najlepiej bezrobotnym! Gdy likwidowane jest jakieś stanowisko pracy (bo np. zadanie przeznaczone człowieka przejmuje kolejny robot) i trzeba zwolnić związkowca, to idzie on do domu, dostaje 70-80% pensji i ma czekać, czasami przez wiele miesięcy lub nawet lat na to, aż ktoś z fabryki odejdzie na emeryturę i tenże związkowiec będzie mógł wrócić do roboty. W tym czasie nie może podejmować żadnej pracy. Cudownie, nie? Czekać za 2-4 tysiące dolarów miesięcznie na to, aż jakiś dziadek osiągnie wiek emerytalny odejdzie na emeryturę...
Nie ma biednych krajów, są tylko źle rządzone. Mogąc na nowo zacząć rządzić Stanami, a nie tylko dzielić wśród wszystkich pazernych to, co jeszcze zostało - Ameryka dalej byłaby potęgą na kosmiczną wręcz skalę!

stany 2011-12-15
skomentuj proszę tę notkę

Uczciwość w USA kontra - kto mi ukradł aparat w Polsce?!
Kilka dni temu w mojej lokalnej, amerykańskiej TV pokazali kogoś, kto przyniósł do studia telewizyjnego znaleziony aparat cyfrowy. Dziennikarze przejrzeli zgromadzone na karcie pamięci zdjęcia i kilka z nich "puścili" na antenie w poszukiwaniu właściciela aparatu. Właściciel oczywiście się znalazł i odzyskał swoją własność... To jest właśnie Ameryka w tych dobrych tego słowa znaczeniu. Kilkanaście mil na północ od Detroit, stoją przy drodze lodówki z jajkami, stoły z jabłkami i inne rzeczy, które właściciele owych domów produkują. Podjeżdżasz, bierzesz z lodówki tuzin jajek, wkładasz do koszyczka 2dolary i... i w Polsce nie byłoby w lodówce ani jajka, w koszyczku ani dolarka, a przed domem pewnie nie byłoby też pozostawionej przez właścicieli lodówki, a tutaj... jest! No pewnie, że w Polsce też zdarzają się uczciwi ludzie. Najczęściej wśród tych, którzy mają niewiele lub dosłownie niczego nie mają. Polski bezdomy "mieszkający" na ławce w białopodlaskim parku raz znalazł reklamówkę z pieniędzmi, innym razem portfel pełen stuzłotówek i... zaniósł na policję.

A zatem, powracając do sprawy "znalezionego" przez jakiegoś mojego rodaka aparatu. Dnia 6 czerwca 2011 na stacji benzynowej Orlen w Strykowie na autostradzie A2 w kierunku na Poznań zostawiłem na chwilę reklamówkę z aparatem Sony DSC-H10. Po pięciu minutach już go nie było. Na karcie pamięci były zdjęcia z Kuby - jakby "uczciwy znalazca" miał wątpliwość, czy to TEN aparat. Prosi się zatem (nie)uczciwego znalazcę, albo każdą osobę mającą informację odnośnie tego, kto ów aparat znalazł o kontakt ze mną. Przecież to nie jest znalezienie, to jest po prostu kradzież! W każdym cywilizowanym kraju świata zanosi się takie znalezisko chociażby na zdajdującą się 10metrów obok stację benzynową i... i można odzyskać wiarę w Polaków. Ale ja w nich/nas/Was coraz mniej wierzę...
Czemu nie wierzę? Bo kilka miesięcy temu byłem na weselu. Siedzący naprzeciw mnie chłopak chwalił się, jak zdobył aparat, którym właśnie robił nam zdjęcia. Był na dyskotece, tańczył, gdy nagle kopnął w coś leżącego na parkiecie. Schylił się i podniósł z parkietu czyjś aparat. Włączył przeglądanie zdjęć, rozejrzał się i tuż obok tańczyła dziewczyna z oglądanych właśnie zdjęć (właścicielka aparatu). Aparat oczywiście... wziął sobie, czym z dumą chwalił się na weselu. Bo to Polska właśnie. Katolicki kraj. Co niedziela na niedzielnej mszy, a przez pozostałe 167godzin tygodnia skurwysyństwo...



1. Chwila nieuwagi, i w Polsce możesz stracić wszystko. Samochód, zawartość jego bagażnika, czy pozostawiony na parkingu stacji benzynowej aparat. W USA też wszystko możesz stracić przez chwilę nieuwagi, ale to jedynie w dzielnicy murzyńskich gett. No więc już wiemy, gdzie w państwie nad Wisłą żyjemy, co? Znalazcę powyższego aparatu, albo osobę słyszącą o tym, kto go znalazł prosi się o kontakt...
2. W tym kraju po prostu MUSISZ być złodziejem! Nigdzie w świecie tak ordynarnie nie oznacza się wyposażenia wielkich, bogatych, eksluzywnych galerii handlowych. To nie jest gaśnica w jednostce wojskowej czy śmietnik w szkole podstawowej! A jak już coś znakować, to może napisem: WŁASNOŚĆ Galerii Mokotów. Jedno słowo rozróżnia kraj złodziei od normalnego państwa...

stany 2011-12-12
skomentuj proszę tę notkę


Dziękczynienie 2011
"Święto indyka" spędziłem w rodzinie rodowitych Amerykanów. Czteropokoleniowa rodzina od zawsze mieszkająca w USA, więc święto w 100% takie, jakie oni je tutaj co roku obchodzą. Na stole słodka zielona papka, słodka różowa papka, zielona fasolka przyrządzona na jakiś mdły sposób, brokuły już całkiem smaczne, pieczone bułki, puree z ziemniaków przygotowane z gotowego proszku i oczywiście indyk. Tym razem turkey nie taki cały, wielokilogramowy pieczony w domu, a gotowy, oskrobany ze szkieletu stojący w specjalnych podgrzewaczach, jak w restauracjach oferujących tzw. szwedzkie stoły. Czy podgrzewacze własne, czy wypożyczone - nie wiem. W USA każdy ma wszystko, co przydatne i nieprzydatne, więc dwa wielkie podgrzewacze, które przydają się co najwyżej raz na rok też mogły być własnością gospodarzy.

Podczas imprezki setki rozmów i... żadna o jakichś tam negatywach życia, o kryzysie, o bezrobociu czy o podwyżkach (inflacji). O Demokratach czy Republikanach, o Prezydencie Obamie czy o terroryście Osamie. To jest właśnie Ameryka - ZERO martwienia się o jutro, narzekania na dzisiaj czy oglądania się na lepsze "wczoraj". Jedyne tematy to to, o której godzinie, jaki sklep oferuje jakie to BlackFriday'owe okazje. I tak oto zakupową noc należy rozpocząć już o 22:00 w WalMart, gdzie czarnopiątkowe wyprzedaże zaczynają się już w czwartkowy wieczór. Później Meijer, gdzie przez cały czwartek do 4:00 nad ranem w piątek można kupować np. jedne buty, biorąc za dolara drugą parę, a później wyprzedaż elektroniki (aparaty fotograficzne, iPady, karty pamięci). W międzyczasie trzeba pojechać do Target, gdzie od 3:00 można brać pełnymi garściami telewizory tańsze o 250$ czy laptopy po 180$. Naszą kobietę w tym czasie możemy pogonić do Macy's lub przynajmniej do JCPenny, albo niech z kubkiem kawy okupuje drzwi Victoria's Secret otwierające się dopiero o 5:00. Rozmowy o tym, czy opłaca się jechać 60mil do sklepu, by kupić puchową kurtkę, czy nie opłaca się tracić 2 godzin na dojazd i 4galonów paliwa. Czy na wyprzedaży w Target, gdzie za 2$ można kupić filmy DVD będą interesujące tytuły? Czy wystarczy tych klocków Lego dla Młodego, tańszych o 20% niż normalnie, bo w Black Friday sklepy nie dają rain check'ów. Itd.

Kobiety siedzące i rozmawiające na górze, w gościnnym pokoju. O tym, jak spędziły wakacje z których zdjęcia właśnie przelatują na wygaszaczu jednego z dwóch stojących w pokoju komputerów. Rozmowy o tym, jak przyrządziły brokuły, które w tym roku udały się o wiele bardziej, niż rok wcześniej. Czy na Bahamas leci się przez Trójkąt Bermudzki, bo jeśli tak, to jedna z nich już nigdy tam nie poleci! Dowiemy się o tym, w jakim miesiącu przyszłego roku, które z wnucząt obchodzi kolejne urodziny i uaktualni zdjęcie wiszące na ścianie u dziadków (zdjęcie z cyferką oznaczającą wiek). Itd., itp.

Mężczyźni na dole, w piwnicy, gdzie prawie każdy Amerykanin ma swój męski zaułek, a w nim ściany wyklejone plakatami samochodów, jakiś automat do gier, albo przynajmniej tarcza do gry w rzutki. No i ulubiony mebel każdego mężczyzny - barek z alkoholami. I tam właśnie można się zaopatrzyć w amerykańskie piwko, którego dwie butelki spokojnie i zgodnie z prawem można wypić i wracać godzinę później do domu jako kierowca. Ciasta, słodycze, lody także dostępne w piwnicy. Ciasta z dyni w tym roku nie chciałem próbować, zadowoliłem się jedynie lodami.

Mężczyźni pytali mnie, czemu przyjeżdżam do USA tak rzadko, na tak krótko. Jakim cudem mam tak dobrą sylwetkę (czyli brak wielkiego brzucha)? Czy w Europie jest tak niebezpiecznie, jak o tym wielokrotnie słyszeli (jeden z nich ma trenera z Bułgarii i co nie co się nasłuchał o tym, co się w tych dzikich krajach Europy Wschodniej dzieje), itd.
- Oj, gdybyście musieli wybierać - zatankować auto za 8$ za galon, czy kupić sobie jedzenie, to pewnie mielibyście podobną sylwetkę... - zażartowałem, chociaż dobrze wiem, że w Polsce dla milionów rodzin wcale nie jest to żart...
- Oj nie jest tak niebezpiecznie, bo w Europie broń ma tylko policja i wojsko, a nie każdy obywatel, jak u was... Nikt w Polsce nie podchodzi do nikogo z pistoletem, nie przykłada go do głowy i nie każe murzyńskimi ustami oddawać wszystkiego, co mamy.
Porozmawialiśmy o motoryzacji, o tym i owym i wieczór się skończył.

Oczywiście, jak na każdej imprezie rodzinnej w USA, należy obejrzeć i podziwiać zdjęcia obecne na wszystkich ścianach domu. Fotki przybite w ramkach na ścianach, przyklejone magnesami do lodówki, przelatujące na ekranie komputera jako wygaszacz.
- O... to zdjęcia z wakacji, jak byliśmy w detroitskim zoo - pokazuje pani domu zdjęcia na komputerze.
- Oj mało tych zdjęć. Małe to zoo. My w Polsce, we Wrocławiu mamy o wiele większy ogród zoologiczny.. Ale u Was, w Detroit, zoo jest całe miasto, więc się nie dziwię... - żartuję ślizgając się na granicy poprawności politycznej. Jednak, że jest to cała biała rodzina, mają dokładnie takie same poglądy o czarnych mieszkańcach Detroit i okolic, więc przytakują mi, że rzeczywiście, największe zoo znajduje się na przedmieściach i w downtown Detroit...

4godziny Dziękczynienia za 8 godzin Black Friday'a
Po święcie tradycyjnym, trwającym ok. 4-5godzin i można zacząć święto komercji, trwające 8-10godzin czyli Black Friday! Podobno w tym roku wyruszyła na podziękczynne zakupy ponad połowa Amerykanów. 150mln ludzi wyskoczyło wieczorową porą z domów, by kupić taniej cokolwiek. Nawet jak w domu mają już 2-3telewizory, to dokupią tej nocy kolejne dwa, bo wyrwą je 200$ taniej, więc nie stać ich owe 200 dolarów zniżki stracić i tych telewizorów nie kupić! Szacunkowe dane podają, że tej jednej tylko nocy wydane zostanie około 40miliardów dolarów.
A kryzys? Jaki kryzys! Kryzys jest po to, by Polacy mogli zaciskać pasa. By Grecy mogli wyjść na ulice. Amerykanie kryzys mają totalnie w dupie! Po to mają swoje tyłki tak wielkie, by zmieścić tam i kryzys i resztę świata...


Black Friday 2011
Szacowano, że w ten jeden wieczór Amerykanie wydadzą od 12mld do 40mld dolarów. Później, gdy kolejki stojące pod BestBuy ustawiały się o wiele dni wcześniej, niż w 2010, były o wiele dłuższe, pod Target ciężko było znaleźć miejsce parkingowe, a ludzie w wielu sklepach zaczęli się masowo tratować, okazało się, że w cały weekend blackfridayowy wydano aż 52,4mld dolarów. 16% więcej, niż rok wcześniej. Przy obecnym kursie dolara to ok. 175mld złotych. Dochody skarbu państwa RP na 2011 mają być tylko o 100mln większe, niż to, co Amerykanie wydają na zakupy w ciągu 3 blackfridayowych dni. Skoro jak się szacuje, na łowy wyjechało w ów weekend 3/4 Amerykanów (220mln), to nie mogło zabraknąć w centrum tych wydarzeń także i MNIE!
Wyjechałem o 23:00 z domu, a na ulicach tłok. Pod Target pierwsze wolne miejsca parkingowe dopiero ok 200metrów od wejścia. Ludzie wiozący po 2-3telewizory. Nie potrafiący ich przeładować do samochodów, bo nawet do wielkiego VANa trudno zapakować trzy 55 calowe telewizory. Bieg, krzyki, po prostu amok! Ale pozytywny amok - żadnej agresji, wciskania się w kolejkę czy wyrywania sobie czegokolwiek z rąk.

A zatem ja, dzielny uwieczniacz Ameryki na matrycy mojej cyfrówki wziąłem aparat w dłoń i... klientów goń, goń, goń. Skoro jedno zdjęcie przemawia lepiej, niż 1000 słów, to jak przemawiają filmy? Wybaczcie mi ich jakość i trzęsienie kamerą, ale wszystko było filmowane bardzo incognito. A gdy po raz 2gi przeszedłem cały Target bez wózka i bez jakiegokolwiek zakupu... Gdy po raz kolejny minąłem pilnujących ładu i spokoju dwóch prawdziwych, uzbrojonych policjantów... Gdy przechodząc po raz n-ty obok kolejnego pracownika Target usłyszałem w jego krótkofalówce (green alarm on your left) czyli dokładnie od strony z której nadchodziłem, domyśliłem się, że to chodzi o mnie, albo o to, co mam na szyi.

- Szukasz czegoś specjalnego - zagadnęła mnie pani z obsługi.
- Szukam depilatorów. Ale że wiem, że są przy jednej z ostatnich alejek przed kasami, aż boję się tam podejść, skoro ludzie by tam się znaleźć stoją 2-3godz w kilometrowym ogonku - zgasiłem nasłaną na mnie pracownicę w czerwonej koszulce z logiem Target na piersiach.
- Robisz tu zdjęcia? - zapytał mnie stojący tuż za pracownicą Targetu pan w niebieskiej koszuli i metalową odznaką na piersi. Był to pełnoprawny policjant, z bronią przy pasie i drugim kolegą policjantem z boku!
- Nie, nie robię zdjęć... - odpowiedziałem spokojnie (a spokój to moje drugie imię!)
- Na pewno nie robisz tu zdjęć? Chodzisz już 20minut, nic nie kupiłeś... - pytał podejrzliwie policjant
- No nie robię zdjęć! Spójrz, ekran aparatu jest wyłączony! - pokazałem LCD aparatu dobrze wiedząc, że obraz wyświetla się w malutkim wizjerze.
- I na pewno nie fotografowałeś nic?
- NIC! - odpowiedziałem ciągle spokojny. Lata szkoleń w Strefie Gazy zrobiło swoje i nawet z bombą w plecaku zachowuję pełen spokój...
CDN...



1. 6minut o tym, jak wyglądał szał zakupów w Target. Proszę wybaczyć mi "wymiotność" ujęć, ale z racji zakazu filmowania, film jest daleki od sztuki poprawnego filmowania. Jednak zobaczcie te 1-2 telewizory w każdym z koszyku. Ta kolejka ciągnąca się przez kilkaset metrów wężykiem wśród kolejnych alejek.

stany
2011-12-01
skomentuj proszę tę notkę


Święto Dziękczynienia.
Jako, że miesiąc temu, przed Halloween wydłubano miąższ i pestki z setek milionów dyń, by zrobić z nich dyniowe lampiony, należało wymyślić jakieś inne święto, by coś z tymi tysiącami ton owego miąższu i pestek zrobić. A zatem wymyślili święto dziękczynienia podczas którego prócz indyka, wpieprza się na potęgę różnego typu ciasta z dyni. Z dyni Amerykanie mają wiele rzeczy. Z dyni mają pestki, puree, dżemy, lody. Wielu amerykanów ma wielkie jak dynie dupska, a niektórzy sami wręcz przypominają dynie...;) Niemała ilość z nich ma też głowy jak dynie (nie, nie tak wielkie, a tak wypróżnione z mądrości;) Dlatego właśnie wymyślono święto, które owe dynie jakoś zagospodaruje. Domyślono do tego jakąś ideologię, że to w podzięce Indianom, że uratowali 500lat temu jakichś tam europejskich osadników przed głodem - zapraszając ich na obfitą w jadło imprezkę przy fajce pokoju. Indyków tam wówczas nie było, no, ale po co są handlowcy? Kurczaki są zbyt małe, więc padło na biedne indyki;) Gul-gul-gul.. W Polsce na każdej tego typu imprezie gulgamy w gardło tysiące litrów alkoholu, a Amerykanie mają jedynie gulgające indyki - to tak słowem wstępu.

USA to kraj, gdzie każdemu się za wszystko dziękuje. Za najmniejszą uprzejmość, dobre słowo, komplement. Jest to miłe i napędza spiralę uprzejmości. Jak ktoś Ci na dzień dobry powie, że pięknie wyglądasz, że masz śliczny nowy sweter, czy wspaniałą fryzurę - nic, tylko się cieszyć i dziękować. Odpowiedzieć podobnym komplementem i już powitanie jest miłe, a nie jak u nas. Dzień dobry! A jaki on tam dobry, przed tego Tuska będę musiała 7lat dłużej pracować! Tzn. nie pracować, a być na bezrobociu...
A zatem w USA się dziękuje i dziękuje i DZIĘKUJE.
Oto mój przykład amerykańskiej dziękczynności z wczoraj. Wziąłem ze sobą drugi komplet kluczy do auta, przy których nie miałem plakietki z kodem kreskowym stałego klienta Rite-Aid, i nie chcieli mi dać 10$ zniżki na szczoteczkę. Zapytałem stojącego za mną Amerykanina, czy pożyczy mi swój kod. Ależ oczywiście, że mi pożyczy. Kasjer uprzejmie zeskanował, ja pięknie podziękowałem, a Amerykanin... jeszcze piękniej podziękował mi, że mógł mi pomóc. Piękne, nie?

A zatem kult dziękowania jest tu tak wszechobecny, że... że widząc polski kult wbijania wszędzie szpil, czepiania się o wszystko, gnojenia i dołowania, o niebo wolę to ich dziękowanie. Nawet dziękowanie indykom za to, że 500lat temu ich wcale ich nie było na tym święcie, które się obecnie nimi celebruje;) W czwartek wszystkie sklepy będą zamknięte, więc strata dla amerykańskiego handlu jest tak wielka, że już o godzinie 0:00 w podziękczynny piątek wszystkie sklepy z wielkim hukiem otworzą swoje drzwi i wparują do nich ludzie polujący na największe poindcze wyprzedaże - tzw. Black Friday. A dla tych leniwych pozostanie Cyber Monday - czyli niby to okazyjne zakupy online.
Czy naprawdę zdarzają się tam jakieś szczególne okazje? Dla rozsądnego Polaka okazje w USA są codziennie. Dla mniej rozsądnego Amerykanina... samo hasło Black Friday SALE jest taką hipnozą, że zapłaci za coś o wiele więcej, niż kupiłby to miesiąc wcześniej, o czym przekonałem się dobitnie w drogerii Pefrumania. Miesiąc temu panowała na większość perfum promocja - Kup jeden, drugi weź za darmo. Tak długo się zbierałem do zakupu, że kilka dni temu pojawiła się wielka BlackFridayowa wyprzedaż - kup jeden, a drugi weź za 9,99$! Czyli sami widzicie, jak to działa;)
Oczywiście tym, którzy koczują przed BestBuy od kilku już dni, którzy rozbili tam namioty uda się coś kupić taniej, może nawet o 30-50%. Ale ci, którzy mają trochę czasu na poszukiwania, na zakupy w necie (gdzie nie ma podatku TAX), mogą wcale nie gorzej na tym wszystkim wyjść:) Clearance w Meijer też ostatnio bardzo dobrze wychodzą:)

A co do długiego weekendu Dziękczynnego? Zawsze wypada owo święto w czwartek. Oczywiście, że w Polsce każdy wziąłby wolne już w środę, także i w piątek, może nawet na poniedziałek i tym oto polskim sposobem przez jeden dzień wolny i 3dni urlopu, miałby cały tydzień wolnego. Rzygać się chce, gdy w Polsce czyli w kraju w którym bezrobocie znów zaczyna szaleć, a ludzie zarabiają grosze, na początku każdego roku media ochoczo informują, że obecny rok będzie bardzo udany pod względem długich weekendów. I tak - 1 i 3maja wypada tak dobrze, że wystarczy dobrać tylko 2-3 dni urlopu i można mieć 9dniowy długi weekend. W USA.. tu nie ma długich weekendów, tu media nazywają to krótszym tygodniem pracy. Widzicie różnicę?! Nawet w nazewnictwie to samo (dzień wolny) w państwie pracy nazywany jest inaczej, niż w państwie gdzie szuka się tylko weekendów. Zabawne, prawda? No zabawne do chwili otrzymania wypłaty... - "Dzień świra" się kłania i jego nauczycielska pensja...

Dla tych, którzy nie mogą się doczekać, 3fotki z Thanxgiving 2009. Dla cierpliwych, za 2dni będę obchodził owo święto z amerykańską rodziną. Zobaczycie, co za ohydztwa jedzą do tego suchego indyka;) Ale piękne jest to, że w każdym mieście jest kilkanaście miejsc, gdzie każdy, dosłownie KAŻDY dostanie w ten dzień indyka. Free Thanksgiving Dinner. A co z ceną indyka którego każdy w ten dzień powinien mieć? W Polsce pewnie cena poszybowałaby tak, jak cena karpia przed Wigilią. A w USA spada, i okazałego indyka można wyrwać po 39centów za funt (czyli 2,74zł za kg). Well...



1. Kolejka BlackFriday'owa wokół sklepu z zabawkami. To tak naprawdę bardziej tradycja, niż prawdziwe okazje. W kolejce można poznać ciekawych ludzi, nawiązać przyjaźnie. Stać w niej trzeba czasem i kilka godzin, w deszczu lub mrozie (24listopada). Czasem na leki na złapane tam przeziębienie lub grypę wyda się więcej, niż oszczędzi na zakupach. Ale tradycja to tradycja...;)
2. Gdy chce się mieć więcej długich weekendów niż dni pracujących, wypłata wygląda tak, jak u prof. Miałczyńskiego;) W USA nawet dzień wolny nie oznacza dłuższego weekendu, a krótszy tydzień pracy! Tutaj w państwie bezrobocia i głodowych pensji skalkulujesz, kiedy iść na urlop, by załapać jak nawięcej wolnych dni.

stany 2011-11-23
skomentuj proszę tę notkę.


Sprzedawco - miej stalowe nerwy...
Kupując dzisiaj kilka rzeczy w sklepie odzieżowym (jak Wy kobiety, możecie tam spędzać tyle godzin? - toż to jak dodatkowy etat!;) Kupując później coś w Target, a i mając w pamięci kilka scenek z innych sklepów, mogę powiedzieć jedno - Współczuję amerykańskim sprzedawcom!
Tyle razy chwaliłem uprzejmość amerykańskiej obsługi w sklepach. To ich wszechobecne - "Witam, dzień dobry, jak się masz, jak leci, w czym mogę pomóc, coś doradzić?" W Polsce też oczywiście można zostać milutko obsłużonym, ale w Polsce jest to ciągle nowość i na pewno nie jest to na takim poziomie. A totalna amerykańska wazeliniarskość obsługi to w Polsce rzadkość określona regulaminowo standardami narzuconymi przez szefostwo, przez "Centralę" i często jest to wszystko tak wymuszone, że.. no sami wiecie. Gdyby nie krążące po sieciowych sklepach audyty (tzw. tajemniczy klienci), to byłoby u nas jak za PRL-u. Kilka razy byłem świadkiem lub wręcz podmiotem scen, gdzie sprzedawca najchętniej by do mnie wykrzyczał: "Weź pan koszyk, i/albo wypierdalaj!"

W Ameryce jest wręcz odwrotnie. Tu jest aż za słodko. Za uprzejmie. Gdy kilka dni temu pojechałem do salonu Toyoty zobaczyć, jak japoński producent popsuł stylistycznie Camry 2012, nie mogłem się spokojnie tym Toyotom stojącym przed salonem poprzyglądać, bo zaraz wyszedł miły pan z salonu i zapytał, w czym może pomóc? Na dworze zimno jak cholera, wiało mroźnym wiatrem, a ten w samej koszuli przyszedł mnie zaprosić do środka, albo zapytać, klucz do którego z interesujących mnie aut ma przynieść? Sweet, prawda? Pogadaliśmy o tym, i o owym, o motoryzacji w USA i w Europie, i okazało się, że mamy taki sam gust co do aut zarówno marki Toyoty (mi i jemu podoba się Camry i Venza), jak i do aut z Europy. Pewnie gdybym powiedział, że uwielbiam Skodę Octavię, to miły Amerykanin nawet w ogóle nigdy nie słysząc o czeskiej marce Szkoda, od razu by podchwycił, że Szkody mu się też bardzo podobają... A zatem tak właśnie miło i poufale traktuje się klienta. Gdy klient jest na poziomie, zna się na rzeczach które chce obejrzeć czy kupić, zadaje merytoryczne pytania, to można rozmawiać do woli, ale co, gdy do salonu przyjdzie ktoś... mniej rozgarnięty?

Gdy kilka tygodni temu, poszukiwałem w Microcenter laptopa z którego obecnie piszę tę notkę - tuż obok mnie, małżeństwo Meksykanów szukało nowego notebooka dla swojej nastoletniej córki. Signorina wypasiona na McDonalds'ach, na tacos i burrito, była totalnie nieapetyczna;) Brała w te swoje grube jak parówki paluszki kolejne laptopy (wszystkie oczywiście są tutaj włączone i można się nimi bawić). Brała, podnosiła, przewracała, klapała klapą wyświetlacza, odkładała z niewielką uwagą (wszystko oczywiście na działającym systemie, a co za tym idzie na wirujących dyskach - co przy stukaniu włączonym laptopem często owe dyski uszkadza). Gdy młoda burritożerczyni ze swoich pulchnych raciczek wypuściła kolejny laptop, spuszczając go z kilku centymetrów na półkę - byłem gotów przypieprzyć jej stojącym tuż obok 18calowym Alienware.
- Chrum, chrum, Toshiby nie chcę, chrum, bo znów się szybko popsuje - wychrumkała meksykańska paróweczka.
- Tak, qrwa, jak rzucasz komputerem tak, jak mama ci wrzuca do koryta ziemniaki to popsujesz szybko każdego laptopa! Nawet pancernego Panasonic Toughbook! - chciałbym jej odpowiedzieć, ale...
Ale miły pan z obsługi stał obok i spokojnie tłumaczył Latynosom czym różni się laptop za 329$ od identycznie wyglądającego laptopa za 379$. Wszystko z uśmiechem, z zerową irytacją na to, że chrumkająca i tak za chwilę popsuje nowy komputer, więc czy będzie on miał 2 czy 4GB RAM-u to i tak wróci do serwisu. A rednecki całym swoim stadem będą chrumkać, że kiepski to sklep, że psujące się laptopy sprzedają...

Mojego HP wówczas w Microcenter nie było, więc poszedłem do BestBuy, a tam młody Japończyk (czy inny Azjata) testuje wytrzymałość wyświetlacza LCD w laptopie Samsung. Nie wiem, czy jest z konkurencyjnego LG czy co, ale stać i dusić ekran, by przekonać się, czy pęknie, czy kryształki wrócą na swoje miejsce i ekran odzyska kolory, a to wszystko w laptopie za grubo ponad 1000$... Gdyby wówczas pękł ten wyświetlacz, ja chyba też bym pękł i koleś by dostał jak nie z półobrotu, to na pewno kilka międzynarodowych słów pokoju. To ja już się nie dziwię, że w Polsce laptopy stoją w wielu sklepach z dala od ewentualnych klientów. Są wyłączone, przykręcone do półek. I chyba przestanie mi przeszkadzać to, by cokolwiek w Polsce dotknąć, sprawdzić, trzeba wezwą obsługę, obsługa wzywa ochroniarza i w takiej oto asyście się toto ogląda;) A w USA niech z bezstresowo wychowanych dzieci, wyrastają stresujący innych debile!

I stojąc wtedy w tym BestBuy i czekając, aż cieniutki ekran Samsunga się podda zacząłem się zastanawiać, jak i kiedy zwrócić komuś takiemu uwagę. Japońcowi miażdżącemu ekran, Meksykance rzucającej laptopami, bachorom ganiającym się w sklepach. Czy w ogóle można to zrobić jako postronny klient, albo jako obsługa sklepu? Jak uspokoić dwóch młodych (6-8lat) Arabusów ganiających się w Burlingtonie (mega sklep z ciuchami) i przewracających wszystko na swej drodze. Ich zachuszczona matka akurat z jakąś ciotką przegląda ciuchy więc ma totalnie w dupie, co robią jej mali terroryści. Nikomu, dosłownie NIKOMU z obsługi nie przeszkadza lub po prostu nie może przeszkadzać to, że po ich wyjściu do ponownego ustawienia będzie kilka manekinów, do ułożenia na miejsce kilkadziesiąt ubrań. I tak gdzie nie pójdę, to bezstresowe wychowanie bachorów po prostu mnie rozpieprza. A obsługa na ewentualne zniszczenia może powiedzieć tylko: "Nie ma problemu, nic się nie stało!". Boże, przyjedźcie do Polski, wejdźcie do byle jakiego sklepu i zacznijcie te swoje dzikie zabawy...

Jadnak skoro tych bachorów nie można było teleportować do Polski, to tak sobie myślałem, co by było, gdybym w końcu nie wytrzymał i zwrócił jednemu z tych arabskich gnojków uwagę. Najlepiej na tyle głośno, by usłyszała to totalnie mająca w dupie te swoje latorośle matka. Z prostej obserwacji zauważyłem, że tego typu rozrabiające bachory są totalnie obojętne rodzicom (najczęściej matkom). Czarne są po to, by były. By co miesiąc dostawać na nie pieniądze. Niech szaleją, biegają, skaczą - mamy kilka zapasowych w domu. Te arabskie nie lepiej - matka ma swój własny świat, a dzieci to są jedynie zachcianki męża. On ciężko pracuje, by zapewnić jej i dzieciom byt, a ona ma być posłuszna, płodna i... co rok prorok;)
- Co się tłuczecie młodzi terroryści?! Allaha obudzicie! - do tych młodych...
- Co małpko, liana się skończyła? - do młodego murzyna, który idąc z obojętną wobec jego zachowania matką, podskakiwał do każdego manekina i traktował go jak worek sparingowe.
Wiem, wiem... Nie wypłaciłbym się do końca życia za ich straty moralne. W wiadomościach bym był pokazany, jak mnie policja wyprowadza ze sklepu za zestresowanie małego bękarta, który całe życie był bezstresowo wychowywany.
W trzecim sklepie (w odzieżowym Macy's) byłem już tak wkurzony na te wszechobecne bachory, te pospuszczane ze smyczy zwierzęta, i te totalnie na to obojętne matki, że wysłałem w kierunku takiej szalejącej gówniary i jej matki tyle "pozytywnych myśli", że dziecko ze sklepu zabrała karetka! Żeby kózka nie skakała, to by ze sklepu karetką nie wracała...;)



1. Tak powinny się kończyć wszystkie wyprawy małoletniego bydła do sklepów dla ludzi...;)
2. No ale czy polskie rozwiązanie problemu niesformych dzieci jest lepsze...?

stany 2011-11-20
skomentuj proszę tę notkę.


Hamtramck 2011
Odwiedziłem dzisiaj pewną panią z Hamtramck, taką starszą znajomą mojej matki. Kupiła nowy TV i nie potrafiła sama go podłączyć.
Pani mieszka tylko z pieskiem. Mąż zostawił ją dla jakiejś innej kobiety. Oj, dobrze, że pies nie rozumie nic z tego, co za żale ma do wylania ta kobieta, bo by już dawno totalnie zgłupiał. Kundel - przybłęda merda zatem wesoło ogonem słuchając każdego jej złorzeczenia pod adresem jej byłego męża, pod adresem murzyna, który jej ostatnio zerwał z szyi złoty łańcuszek, itd. Od samotnej pani poznałem ciekawą historię położonego tuż obok spalonego domu... Biały właściciel domu był tak otyły, że nigdzie się z niego nie ruszał. Jako, że nie płacił za prąd, gaz, wodę, wszystkie te media zostały mu odłączone. Skumplował się zatem z jakimiś negusami, którzy zrobili sobie u niego w mieszkaniu melinę. Grubas, gdy zapchał cały swój kibel (z braku wody), zaczął zostawiać swoje kupki w całym domu. A gdy kupek zrobiło się już tyle, że szybciej było je spalić, niż sprzątnąć, to właśnie to jego koledzy meliniarze zrobili... - zbakali dom prawie że z tłustym właścicielem w środku!

Zajechałem do pani, mały skromny domek, przed domem mała tabliczka, że w domu jest wielki pies, druga wielka tablica, że w domu system alarmowy połączony z policją. Przed drzwiami wejściowymi atrapa kamery monitoringu, drzwi od strony garażu okratowane... Samochody przed domem z różnego typu blokadami na kierownice i dźwignię zmiany biegów...
Kurdę, przyjechałem przed chwilą z miasta oddalonego o zaledwie 30minut drogi. Z miasta, gdzie domu i samochodu można w ogóle nie zamykać, gdzie drzwi od strony ogrodu stoją całe lato otwarte na oścież, gdzie garażu się nie zamyka (na klucz), gdzie na podwórzach stoją kosiarki i inny drogi sprzęt przydomowy, a w Hamtramck znika sprzed domów wszystko - nawet dynie przed Halloween! Sprzed domów, zza domów, z domów, z garaży, z ramion (torebki kobietom), z szyi (złote łańcuszki), z palców (obrączki i pierścionki)... Mi z szyi aparatu nikt się nie odważył zerwać... Ach ten mój urok osobisty (i naładowany Glock za paskiem...)

Cholernie przytłaczające i totalnie straszne dla samotnej, 65letniej kobiety jest życie w takim miejscu. Podłączyłem zatem ów TV, naprawiłem centralkę alarmu, którą pies ostatnio uszkodził, wymieniłem baterie w bezprzewodowych czujnikach zamontowanych przy wszystkich drzwiach i oknach i... pozostało mi tylko współczuć, zarówno tej kobiecie, jak i temu miejscu... To było kiedyś polskie miasto. 30-40lat temu można było uznać Hamtramck za 52-gie polskie województwo (po chicagowskim Jackowie i nowojorskim Greenpoint'cie). Obecny spolszczony Londyn to mały pikuś względem tego, czym były "polskie miasta" w USA. Całe polskie dzielnice, kościoły, szpitale, cmentarze... Można było spędzić tu całe życie, w ogóle nie znając angielskiego i doskonale tu egzystować. Polskie sklepy, polscy lekarze, polskie szkoły, apteki, polscy pracownicy w biurach, urzędach, bankach, polscy prawnicy, grabarze... A teraz...
Teraz na całej ulicy przy której mieszka starsza pani, jest tylko dwoje Polaków. Sąsiad Polak z którym zna się od lat, mieszkający zaledwie cztery domy dalej, bez odpowiedniej zapłaty nie zrobi dla owej starszej, polskiej sąsiadki nic. Kupiła nowy żyrandol - wziął 25$ za jego zawieszenie. Kupiła dwie pary nowych drzwi - wziął 300$ za montaż. Wynajęła polskich budowlańców do remontu - nie dość że wszystko zrobili "na odwal", to jeszcze zniknęły jej pieniądze z torebki... Poprosiła dawną znajomą o przewiezienie rzeczy ze starego domu do nowego - połowy ze spakowanych rzeczy się nie doliczyła... I jeszcze na tym nowym telewizorze też została "wyrolowana". Bo 560$ za 42 calową, przestażałą, prądożerną plazmę to... zdzierstwo. Za 100$ mniej załatwiłbym jej 42 LCDka. Ale nie chciała oddawać, bo jak ktoś zobaczy, że stać ją na taki TV, to już nawet alarmy jej nie pomogą i pies... Przemyciła go z samochodu do domu w nocy, by nikt nie widział, co wnosi...

A skoro już o Hamtramck mowa... Po czym poznasz dziadowskie miasto (a w Polsce dziadowską gminę)? Po tym, że władza lokalna sięga do najłatwiejszych pieniędzy - mandaty, MANDATY! Brakuje miastu w budżecie pieniędzy na jakieś pierdoły, albo przynajmniej komendantowi Straży Miejskiej brakuje na nowy służbowy lub prywatny tiliwizor - wysyła swoich dzielnych Szeryfów w środku wakacji na przyszkolne ograniczenie prędkości i... w kilka dni cykają setki słit foci kierowcom, którzy się rozpędzili do tych przerażających 50km/h tam, gdzie można tylko 30 (podkreślam, że jest środek wakacji i bachory omijają szkoły łukiem większym, niż orbita Saturna!). Dziadostwo i żerowanie polskich gmin na kierowcach podchwycili włodarze Hamtramck.
Hamtramck leży tuż obok autostrady nr 75 (hmm... w USA jakoś tak dziwnie jest, że każde miasto leży tuż obok jakiejś autostrady, a czasem i obok trzech autostrad na raz, a w Polsce? Stolica RP do najbliższej autostrady ma ze 100km, co?;)
A zatem, tuż obok autostrady 75 ciągnie się dwupasmowa droga dojazdowa do Hamtramck. Ustawiono tam idiotyczne ograniczenia prędkości 25mile na godzinę (ok. 40km) i.. wiadomo, że jak chwilę wcześniej zjechałeś z autostrady gdzie mogłeś gnać 70mil, to te dozwolone 25/h wydaje się wręcz staniem w miejscu. A zatem... bach! Co chwilę masz za sobą koguty doczepione do psowoza i 100$ mandatu za speeding. BRAWO, BRAWO... na pewno tym sposobem wyciągniecie Hamtramck z finansowego dołka...

Oczywiście, że za dnia nie jest jeszcze tak źle. Że co chwilę przejeżdżający radiowóz policyjny daje jakieś tam poczucie bezpieczeństwa. Ale to właśnie w biały dzień owej 65letniej kobiecie jakiś czarnuch zerwał z szyi złoty łańcuszek. Kobieta jest samotna i dom opuszcza tylko raz na kilka dni, gdy skończy jej się jedzenie. Tych, co opuszczają domy bardziej regularnie okrada się o wiele częściej. TAK, miło jest usłyszeć w polskim sklepie polską mowę, pożartować w ojczystym języku, czyjej to babci jest ta "szynka babuni" po 5,99$ za funt. Tych polskich sklepów jest jeszcze kilkanaście, może nawet kilkadziesiąt. Ale.. gdy wieczorem, po skończonej pracy w sklepie, cały personel musi wychodzić razem, stanowiąc sobie taką wspólną obstawę, wsiadają wprost do swoich samochodów, w nich się szybko zamykają i ruszają z piskiem - przestaje być już tak miło... Coście Hamerykany uczynili z tą krainą...?

Fotki Hamtramck jutro, albo zerknijcie w te z 2009 - w nowych zobaczycie... co znaczy być właścicielem polskiego sklepu w USA...



1. Gdy na dachu domu w Hamtramck widzisz anteny satelitarne, to już wiadomo, że nie mieszka tam żaden Amerykanin. Baa... że mieszkaniec pewnie w ogóle nie rozmawia po angielsku;) Tu akurat mieszka Kareem.
2. Tu kupuje się polskie pyszności... CDN.
3. Czasami dom taniej jest spalić, niż podłączyć do niego wodę do spłukania zapchanego kibla...

stany 2011-11-18
skomentuj proszę tę notkę.


IKEA w USA się spręża... - kupisz meble, poznasz żonę, znajdziesz męża...;)
W USA, sklepów meblowych z szyldem IKEA jest niewiele, bo zaledwie 38, a zatem oIKEOwanie Polski wychodzi na plus, gdyż mamy w RP aż osiem szwedzkich sklepów. Pojechałem zatem wczoraj do jedynego sklepu IKEI w Michigan, po pierwsze, by kupić szafkę, a po drugie, by przekonać się, że ciągle opłaca się kupować meble produkowane w Polsce, w sklepach znajdujących się w Stanach... (opisywałem to już wcześniej) I jak myślicie? Hmm...? 2lata temu biurko mające na etykiecie dumne: Made in Poland w Stanach kosztowało 99$, a w Polsce 399zł...
By nie musieć się denerwować (eufemizm), nie sprawdzałem zatem ani kraju pochodzenia interesujących mnie mebli (np. fotela przecenionego na 69$), ani tym bardziej nie szukałem w Internecie, jaka jest jego polska cena. Po co mieć kolejne dowody na to, że jednak Polska to wredny kraj. I że pewnie te 8 polskich IKEI zarabia na Polakach więcej, niż 38 IKEI zarabia na Amerykanach...
A tak w ramach ciekawostki dodam, że w Chinach na ponad 1,3miliarda mieszkańców, IKEI przypada tylko dziesięć. A że się jakiemuś bogatemu Chińczykowi tak spodobało kupowanie w IKEI, a do najbliższej możliwej miał pewnie za daleko,to... wybudował sobie CAŁĄ, własną, piracką IKEĘ. Jego ludzie skopiowali wszystko, od budynku, przez całą infrastrukturę, po sprzedawane w środku meble... To taka mała dygresja odnośnie tych, którzy cieszą się, że Chiny to taki tygrys gospodarczy... Oj, gdyby musieli do wszystkiego dojść sami, a nie przez kopiowanie gotowych rzeczy, wynalazków patentów to dalej składaliby co najwyżej papierowe wachlarze. Gdyby musieli zapłacić obecnie albo wielkie kary za naruszenie patentów, albo przynajmniej dzielić się zyskami z właścicielami praw do tych wynalazków, pomysłów, znaków towarowych - to nawet w chińskim budżecie szybko zobaczylibyśmy dno... No ale nic...

Powracając do amerykańskiej IKEI... Jako, że IKEA jest marką znaną na całym świecie, klientela jest taka właśnie - ze wszystkich stron świata. A zatem to właśnie w IKEI można poczuć się jak w kosmopolitycznej Europie Zachodniej, albo przynajmniej jak na ulicach Nowego Yorku. Dupcia statystycznego klienta szwedzkiego sklepu jest o wiele mniejsza, niż dupa rodowitych Amerykanów. Odsetek aut japońskich i europejskich stojących na parkingu przed IKEĄ jest większy, niż pod jakimkolwiek innym sklepem w Michigan (no może prócz chińskich restauracji i arabskich warzywniaków). Europejskość tego sklepu (tzn. europejski deficyt i kosztowność gruntów) widać już na parkingu przed sklepem - mikroskopijna jak na amerykańskie realia wielkość parkingu, jak i wielkość poszczególnych miejsc parkingowych. Prawie, jak w Polsce, gdzie ziemia pod każdą tego typu inwestycję jest tak droga, że markety zazwyczaj mają tak małą ilość miejsc parkingowych, że przed świętami trzeba ustawiać się w kolejce nie do kas, a do parkingów!;)
Drogowy znak stojący "okrakiem" na każdym z przyIKEOwych przejść dla pieszych informujący o tym, że przepuszczanie pieszego na pasach jest prawem stanowym i że pieszy jest tutaj świętą krową - dowodzi, że naprawdę jest to sklep dla ludzi z daleka...

A o co chodzi w fenomenie IKEI zawartym w tytule notki?
Myślę, że prócz tego, że BMI statystycznego klienta Ikei jest dużo mniejsze niż statystycznego mieszkańca USA, to dodatkowo, IQ owych klientów jest o wiele większe, niż niezbyt wygórowana średnia krajowa intelektu rodowitych Amerykanów. Fenomen mebli z IKEI nie polega na tym, że są jakoś szczególnie piękne czy tanie. Są po 1sze - funkcjonalne, a po 2gie - każdy powinien sam dać radę je przewieźć do domu i potrafić zmontować je w mieszkaniu. Bez wzywania tragarzy i ekipy monterów. A zatem trzeba najpierw umieć obmierzyć swój pokój w domu, zapisać to w jakichś normalnych jednostkach miar, pojechać do IKEI, znaleźć meble pasujące zarówno wymiarami jak i stylem do wnętrza, zwizualizować w głowie ich obecność w domu, kupić je i... o zgrozo, samemu zmontować! Takie rzeczy to albo tylko w Erze, albo tylko w domach sprytnych Europejczyków lub Azjatów.
Amerykańska instrukcja złożenia prostego stolika (blat i 4nogi) jest tak obszerna, jak w Polsce wygląda plan budowy domu! Wszystkie śrubki, podkładki, zaślepki w osobnych opakowaniach, pokazane, w którą stronę kręcić śrubki jakim śrubokrętem. A i tak zapewne połowa mebli złożonych przez Amerykanów wygląda bardziej jak dzieło Picassa, niż jak to, co zaprojektowali szwedzcy projektanci;)

Powracając do tych mężów i żon z IKEI... W Polsce czytałem kiedyś ranking miejsc w których można poznać wartościowego partnera lub partnerkę. Pominięto oczywiście wszelkiego typu prestiżowe uczelnie wyższe, szkolnych prymusów, zwycięzców olimpiad wiedzy o niczym, itp. Na 1sze miejsce wylansowano... markety i alejki ze zdrową żywnością. Bo po 1sze, taka żywność jest o wiele droższa od jedzenia "śmieciowego", więc patrner/-rka tam znaleziony zarabia lepiej, niż klientela półek z promocjami. Po 2gie, potrafi sam gotować skoro szuka półproduktów, a nie gotowców. A po 3cie, jest nauczony zdrowo się odżywiać, więc jest wykształcony i zorientowany w tych wszystkich toksynach, dioksynach, prionach... A zatem poszukując kogoś rozgarniętego w USA polecam udać się do IKEI. Szczególnie do stanowisk komputerowych, gdzie można samemu zaprojektować sobie np. kuchnię czy pokój:)

A odnośnie intelektu spłodzonego i zrodzonego w USA. Zdarzają się wyjątki i to nawet wśród moich sąsiadów.
Odnośnie IQ moich Canton'skich sąsiadów pisałem kilka notek temu, a nawet pokazałem na filmie, jak np. "koszą" liście z betonowej ulicy. Jednak sąsiad mieszkający tuż obok jest inny. Cała rodzina jest inna. Pozytywnie inna. Widać to na każdym kroku i w każdym możliwym aspekcie.
Podjeżdżasz pod ich dom i widzisz... intelekt:) Samochody mają te same, co 2-3lata temu, bo skoro działają i się nie psują, to po co dawać się naciągać na nowy lizing? Połowa sąsiadów w międzyczasie wymieniła całą swoją samochodową flotę (Canton, Mi - do fabryki Forda jest niespełna 10km, więc w 90% są to patriotyczne Fordy właśnie).
Gdy jedno z małżonków zajeżdża na podjazd przed domem, to drugie zawsze parkuje swoje auto przed domem na ulicy. Tym sposobem nigdy nie zastawiają sobie samochodów, podczas gdy wielu pozostałych sąsiadów, by wyjechać z domu musi przeżonglować kilka aut stojących na podjeździe i wzajemnie się zastawiających.
Sąsiad ma wielkiego pickupa nie z takich względów, z jakich ma go większość Amerykanów (bo wygodnie się do niego wsiada i jest duży, ciężki i bezpieczny w razie wypadku), a ma go tak dużego, bo wozi nim narzędzia.
Ich mniej niż 12letnia córka ma do szkoły kilkaset metrów. Amerykanin (amerykański ), by ją zawieźć rano do szkoły i z powrotem po południu przywieźć, będzie odpalał swojego pickupa 5,7L HEMI Heavy Duty, by po królewnę pojechać. Sąsiedzi wysyłają po "Młodą" swojego starszego syna. I dzięki temu co miesiąc oszczędzone jest kilka galonów paliwa, a dodatkowo dzieciaki i ich sylwetki jakoś tak bardziej europejskie.
Wychodzę na swoje podwórze np. grabić liście lub szukać czegoś w garażu, ich małe domowe pieski wypuszczone na spacer zaczynają na mnie szczekać zza płotu, sąsiad od razu woła je do domu, by mi nie przeszkadzały - niby nic, niby norma, ale nie zawsze w USA!;) Pozdrawiam panie <>< z Gorzowa Wlkp., którego pies szczeka całą noc, a wezwanym policjantom cham powiedział, by mandat wypisali psu, bo on go w imieniu swojego psa nie przyjmie...
Ta 10letnia córka sąsiadów trzymająca się z dala od tych wszystkich pink princessek, chodząca do szkoły w dżinsach i poważnokolorowych bluzach, świadoma tego, że ładna jest zarówno z twarzy, jak i z sylwetki, i niczym więcej nie musi tego podkreślać.
A mamuśka... jeszcze fajniejsza. Gdy się wkurzy na psy czy czasem i na rozrabiającego, hałasującego starszego syna, krzyknie: SHUT UP! W Ameryce "białych", kulturalnych ludzi, nie wypada pokazywać Fuck-You, mówić tego strasznego F-word (FUCK), i nie można mówić do dzieci: "zamknij się!", jak robi to moja sąsiadka. Ale o niebo wolę, gdy inteligentna kobieta na swoje inteligentne dziecko krzyknie: "zamknij się", niż amerykańska głupia matka na swoje zidiociałe dziecko, z jeszcze bardziej idiotycznego powodu powie co najwyżej: S-word Up!

Wskaźnik Big Maca kontra wskaźnik Ajkija
Wskaźnik BigMac'a określa siłę nabywczą dawnej waluty. Głupie, ale sprawdza się od lat.
Mam pomysł na nowy indeks. I to wcale nie żartem! Zobaczycie, że za kilka lat ktoś na to wpadnie, i Akademia Noblowska go wynagrodzi za to nagrodą Nobla z ekonomii. Będzie ta nagroda nie mniej zasłużona, niż pokojowa dla Obamy...
Nazwiemy go indexem AjKiJa, wyliczając cenę tych samych dóbr (w postaci mebli, dywanów, lamp, żarówek, słoików, zabawek, hot doga i gałki lodów w sklepach Ikea na całym świecie). Wystarczy wejsć na stronę IKEI (wszystkie 43kraje) i porównać owe ceny. Skoligacić je szybko ze średnią płacą w danym kraju i zobaczymy, który kraj jest dla ludzi, a który dla rządzących. W którym się żyje i konsumuje, a w którym się wegetuje i mieszka od lat wśród mebli z epoki PRL-u... A na początek kilka przypadkowych porównań.

Meble produkowane w Polsce:
Biurko Micke małe - 79$ (256zł) w Polsce - 250zł
Biurko Micke duże - 169$ (550zł) w Polsce - 500zł
Stolik nocny Malm - 49$ (160zł) w Polsce - 180zł
Szafka Hemnes - 140$ (455zł) w Polsce - 400zł
Sofa Sater - 400$ (1300zł) w Polsce - 1500zł
Stolik na laptop Gustav (Czeski) 149$ (485zł) w Polsce 600zł (w Czechach... 3300kC = 561zł)
Szafka pod TV Hemnes (Słowacka) 149$ (485zł) w Polsce 600zł (na Słowacji 129E = 570zł)

A co tam w Polce? Jak tam po Marszu Wolności? Znajdźcie jeszcze jakieś inne państwo świata, gdzie w narodowe Święto Niepodległości, robi się to, co w Polsce? Gdzie policjant w cywilu kopie w twarz człowieka (który mógł się tam znaleźć przypadkowo, po prostu wyjść w złej chwili z restauracji czy ze sklepu). TAK, w USA też czasem policjantom puszczą nerwy i niemiłosiernie okładają jakiegoś człowieka (najczęściej czarnoskórego). Ale czym różni się później USA od Polski? Kolejka prawników stojąca przy łóżku poszkodowanego przez policję jest tak długa... jest tych prawników w samym szpitalu więcej, niż w Polsce zatrzymano demonstrantów! Za wywalczone wielomilionowe odszkodowanie facet byłby ustawiony już do końca życia. A w Polsce... W Polsce biedak się ukrywa, bo boi się, że będzie musiał oddać policjantowi pieniądze za zakrwawienie mu butów...?




1. Prawo stanowe nakazuje - Ustąp pieszemu. Pieszy potrącony w USA z winy kierowcy wychodzi ze szpitala z przynajmniej kilkudziesięcioma tysiącami dolarów na koncie i to za minimalny uszczerbek na zdrowiu lub za same straty moralne! Moja polska sąsiadka potrącona w Polsce na przejściu, musi ze złamaną miednicą i pokiereszowaną nogą stawiać się w sądzie już 3ci raz, bo ubezpieczyciel po raz kolejny się odwołał. I musi ona, O ZGROZO!, na własny koszt zrobić badania, prześwietlenia, itd. (a 600zł dla polskiej emerytki to majątek!).
2. Honda, Kia, Lincoln, Toyota, Toyota, Mercedes... Takie rzeczy tylko pod Ikeą. Dziś właśnie zastanowiłem się, gdyby USA lata temu wprowadziło cła zaporowe na japońską motoryzację... Jakby wyglądała teraz Ameryka? Michigan? Ale USA to kraj dla ludzi, którzy mają prawo wybrać tani, prosty samochód z USA, czy troszkę droższy, skomplikowany i niezawodny pojazd z Japonii? Dla dobra obywateli, przez niskie podatki, minimalne cła wpędzali ten kraj w spiralę niewypłacalności - właśnie dziś wybił 15sty bilion zadłużenia;) I dobrze im tu z tym, a Polakom jak z tymi naszymi 900miliardami? Co mają za swój dług Amerykanie, a co Polacy...?
3. O właśnie to te stanowiska, na których można rozpoznać, kto dysponuje komputerem i rozumem, a kto tylko komputer w domu posiada - zazwyczaj do klikania "I like it" na FaceBook - a Ty już kliknęłaś/-łeś w mój klawisz LUBIĘ TO?;) Jeśli nie, to bardzo poproszę:)
4. Właśnie po takie wynalazki i innowacje można raz na jakiś czas zajrzeć do IKEI.
5. Dwoje białych, troje żółtych i pięcioro murzynków... - IKEA na prostych lalkach przestawiła demograficzną sytuację USA. Hmmm. ale gdzie jest lalka w czadorze?!;)
6. W Polsce pracownik McDonald's nie ma prawa niczego skonsumować z serwowanego przez swój przybytek asortymentu. Nie ma za darmo jedzenia, ani nawet nie ma go taniej! W USA... ta pani za ladą chyba nie od samego wąchania tak utyła? A tego typu "żywe reklamy" kalorii są w każdej takiej jadłodajni.
W McDonald's w Polsce, gdy ktoś się poparzy przy frytkownicy (fryturą lub jakimś innym olejem) nie ma nawet czasu opatrzyć swojej rany specjalną pianką, bo jest od razu przeganiany do mopa - krew na trzonku mopa może być, w jedzeniu nie powinna... W USA... no wiecie - karetka, szpital, odszkodowanie...

stany 2011-11-15
skomentuj proszę tę notkę.


U Araba zakupów kilka...
Arabów zawsze lubiłem. Mają ciekawą religię, mają w tym swoim dżihadowskim niebie Huryski (wieczne dziewice, a nie jak my - dozgonne słuchanie psalmów z radiosłuchaczkami Radia maRyja;). Arabowie są dobrymi mężami (dla swoich uległych żon) i są jeszcze lepszymi ojcami dla swoich licznych dzieci. No i mają fajne córki... Ale tak tylko do ok. 20-25roku życia, bo później rosną im te klamkowate nosy, poszerzają się biodra, i prócz kilku wiecznie atrakcyjnych wyjątków - zaczynają przypominać czarownice;) Ot taki europejski odpowiednik Cyganek, które zawsze prawdę nam powiedzą...

Arabów znam zarówno z Afryki w której kiedyś byłem, jak i z Ameryki. Afrykańscy Arabowie są mili (najbardziej dla polskich turystek;), Arabowie amerykańscy są mili dla wszystkich. A przynajmniej tak mi się wydawało... Są pracowici, mają smykałkę do interesów i... gdy Allah im pozwoli, mogą oszukiwać niewiernych. Każde powodzenie w finansowym "wyruchaniu" niewiernego jest dla nich jakby błogosławieństwem od ichniego Boga.
W Egipcie mocno się zdziwili, gdy biały Gringo (nie wiem, jak Arabowie nas tam nazywają, więc niech będzie zapożyczenie od Mexyków) nie dał się zrobić w bambuko na stary numer polskich cinkciarzy - tzw. przewałkę.
- Yu're maj friend? Ajm from Bolanda, ajm not stupid, dont fak mi! Ij noł jor Allah beder den ju! - powiedziałem z ichnim akcentem na próbę zrobienia ze mnie "wała". Poprawiłem uniwersalnym "goł hom tu jor szarmuta*!" i facet oddał mi całą kasę, na którą chciał mnie oszukać. Na koniec jeszcze dopytał, skąd naprawę jestem - From Poland, from Holland, from Bolanda? - dociekał.
- From Israel, oszuście! From ISRAEL! - dostał ode mnie w odpowiedzi zagwostkę, czy wręcz potwarz na resztę życia...

W USA postanowiłem też nie dać się zrobić w trąbę jerychońską żadnemu Arabowi. W różnego typu sklepach spożywczych, które oni prowadzą w Michigan, Polaków zazwyczaj nie lubią. Polak zawsze jest sprytny, przychodzi tylko po to, co jest danego dnia w promocji i... zazwyczaj przez Polaków to nawet Arab musi dokładać do interesu! Przebieramy w tych ich promocyjnych owocach, warzywach, słodyczach, wybieramy i kupujemy te najlepsze i odchodzimy zostawiając Arabom to, czego już nikt inny nie zechce kupić;)

W Nowym Yorku było zupełnie inaczej. Kocham NY - to 1sze, co mogę o tym mieście powiedzieć. Jak znajdę miesiąc wolnego czasu, to opiszę to miasto. Jak nie znajdę, to zadowólcie się zdjęciami:)
A zatem, po natychmiastowym zakochaniu się w NY, postanowiłem poznać to miasto tak dokładnie, jak tylko się da w te kilka dni mojego tam pobytu. Odwiedziłem Manhattan, zajrzałem w dziurę po WTC, popłynąłem na wyspę ze Statuą Wolności, odwiedziłem Brooklyn nocą, i Queens za dnia oraz przeszedłem każdą nowojorską Aleję wzdłuż i wszerz od pierwszej przecznicy po ostatnią w miarę bezpieczną przecznicę. Pięknie!

Panie Arabie... pokaż mi Pan ten aparat...
Wchodząc w kolejną Aleję Nowego Yorku i widząc sklep za sklepem z najbardziej mnie interesującą elektroniczną branżą, chciałem zrobić jakiś korzystny zakup. Z 5letnią kompaktową cyfrówką na szyi postanowiłem kupić jakiś poważniejszy aparat. A zatem wszedłem do sklepu na wystawie którego widziałem interesujące mnie przedmioty i.. zaczynało się arabskie urabianie klienta. Raz już dałem się totalnie ogłupić przy tego typu zakupach w wolnocłowej Andorze, więc w NY postanowiłem się pilnować na maxa!
Każdy Arab jednak ma ten zmysł, że potrafi rozróżnić prawdziwego klienta, od tzw. "apacza", który tylko ogląda i patrzy. A zatem... gdy jedynie przychodziłem coś obejrzeć i co najwyżej porównać ceny, byłem traktowany raczej chłodno. Pokaż pieniądze, to pokażę Ci aparat - zirytował mnie pierwszy z zagadniętych Arabusów zza lady. Drugi, młodszy już nie krępował się pokazać mi za plecami jakiegoś tajemnego znaku, że ma mnie w dupie. O nie, arabski fiucie! Nie będziesz mi tu, za moimi plecami, jakiegoś lachociąga ze mnie robił (bo tak mniej więcej ten jego gest wyglądał).
Obróciłem się i odważnie zapytałem, czy ma jakiś problem ze swoją zostawioną w domu szarmutą i... I wówczas śniady i ryj Araba zrobił się czerwony. I tak mniej więcej zakończyła się moja pierwsza wizyta w arabskim sklepie. Hmmm. O co tu chodzi?

Poszedłem do następnego i... zapragnąłem wziąć w ręce aparat, który ewentualnie chcę kupić. Duża, ciężka, droga, cyfrowa lustrzanka.
- Szoł mi the money, to Ci pokażę aparat - zaczął swoją pieprzoną śpiewkę Arabus. Pokazałem mu zatem na zachętę plik studolarówek, więc i ja zobaczyłem z bliska owego Nikona. Hmm... Piękny, wielomegapixelowy, ale...coś mi tu w nim nie gra. Zbyt często bywałem wówczas w BestBuy i CircuitCity, by dać się na to nabrać...
Poszedłem zatem na Brodway i 13 przecznicę do najbliższego BestBuy, gdzie bez pokazywania komukolwiek pliku pieniędzy mogłem bez problemu wziąć do rąk interesującą mnie lustrzankę. Obejrzeć każdy szczegół jej budowy, każdą śrubkę, naklejkę, i wróciłem do Araba.
- Szoł mi dis Nikon łan mor tajm. - zagadnąłem Araba. Pamiętając plik mojego portfela, tym razem nie protestował. Wziąłem do rąk Nikona i... Naklejka z modelem i numerem seryjnym jakoś krzywo przyklejona. Logo jakby zrobione pieczątką z ziemniaka. Moja mina chyba zdradzała wszystko... - Allah jest dzisiaj po stronie tego polskiego Gringo, a nie naszej. - pomyślał sklepowy Arab.
Los chciał, że tuż obok usłyszałem... polski język. Ktoś właśnie zastanawiał się nad zakupem cyfrowej lustrzanki Sony z serii Alfa. Zachwycał się, że cena o 200$ niższa, niż w najtańszym amerykańskim sklepie. A zatem szybciutko podjąłem temat, czy to jest ich pierwszy zakup w tym sklepie, w ogóle w NY? Czy może już coś kupowali i są pewni, że to są oryginały, a nie jakieś chińskie podróbki..
- Hmm... to nasz pierwszy zakup. A co, masz jakieś wątpliwości - zapytał polskojęzyczny turysta.
I... i tu zaczęło się coś dziwnego. Podszedł do mnie Arab, i wyraźnie zaczął mnie odciągać od polskich turystów. Chodź, pokaże Ci ten Twój Nikon jeszcze raz, dogadamy się co do ceny. Dam Ci go taniej. Chodź.. mam jeszcze jeden.. Chodź.. i wręcz ciągnął mnie ów Arabus na zewnątrz. Szarpać się nie odważył, ale sprytną techniką zastępowania drogi i przyjacielskiego obejmowania wyprowadził mnie ze sklepu.
- No to gdzie jest ten mój Nikon - zapytałem.
- Już go nie ma.
- To ja chcę wejść do środka i poszukać coś innego. - zaproponowałem.
- Teraz jest już zamknięte - robił ze mnie durnia Arabus.
- A co terrorysto, robisz na zapleczu bombę, tak? - zadrwiłem z niego wkurzony.
- Nie. Mamy remanent - spokojnie odpowiadał Hassam Abdullach Wisimulacha.
- Wiem, że robisz na zapleczu bombę, pieprzony arabski terrorysto! - szczwanie go atakowałem wiedząc, że właśnie robią w swoim sklepie w "wała" moich rodaków.
- To tylko remanent - z uśmiechem odpowiadał niby to nie terrorysta;)

"Remanent" oczywiście skończył się w chwili, gdy Polacy wyszli ze sklepu z Sony Alfą. I to było dla mnie dowodem, że coś w tych ich sklepach nie gra! A zatem, gdy zechcecie coś u nich kupić, znacznie taniej, niż oferuje to Amazon czy inne wysyłkowe sklepy (które są dodatkowo tańsze, bo nie płacą TAXu), to miejcie rękę na pulsie. Sprzęt może być podrobiony, może być z jakichś wadliwych partii przeznaczonych do zniszczenia lub co najwyżej na wewnętrzny chiński rynek, może być odświeżany lub używany. Cholera wie, co w tym moim Nikonie nie grało, ale na Amazon kupiłem Canona i jestem bardzo zadowolony.
Ale co podniosłem Arabom ciśnienie, to moje. Ale dalej ich lubię. Myślą, że są sprytni i wystrychną na Jerzego Dudka każdego Amerykanina, a tu... zapominają, ile w tej Ameryce Polaków. A gdy dodatkowo przyznamy się, że jesteśmy z Izraela, to już szlag ich totalnie trafia. Nie dość, że Żyd, to jeszcze nie dał się nabrać;)



1. Arabska sklepowa "wystawka". Jeśli ktoś zna realną wartość tego typu sprzętu oferowanego w amerykańskich sklepach, ten nie powinien dać się nowojorskim Arabom zrobić w bamkuko, czy w ekonomicznego "dziada - dżihada";)
2. Tuż obok "oryginalnej inaczej" elektroniki, kupimy równie oryginalne torebki wiodących kreatorów mody. Komu Fendi, komu...;)
3. A tu za 5$ kupimy zegarki firmy: Rolex, Omega, Patek... Czy ktoś jeszce wątpi w to, Chiny nie zamierzają wykańczać USA?

* - żona, kurwa, dziwka - niepotrzebne skreślić!;)

stany 2011-11-12
skomentuj proszę tę notkę.


Kupiłem dzisiaj nowego laptopa i... kolejny internetowy szok!
Szok, że udało mi się go wyrwać w moim ulubionym Microcenter za dosłownie psie pieniądze. Chyba mam w żyłach arabską krew, gdyż targować się potrafię STRAAASZNIE. Gdy kiedyś byłem w Egipcie, sprzedawcy wręcz płakali, musząc mi sprzedać to, co chciałem za cenę taką, jaką udało mi się ostatecznie wytargować.
- Ale ja za tyle nie mogę sprzedać, to za mało! Ja mam w domu ośmioro głodnych dzieci i moją Habibi! - płacze Arab.
- Oj nie, Saif! Dzieci, nie chcę od Ciebie kupować! Nie zmieszczą się do bagażu. A Habibi, hmmm... ładna? Masz jej zdjęcie?;) - kończyłem targ. Ooo TAK, moje egipskie przygody to materiał na niezłą komedię w dzień i na niejeden dreszczowiec nocą;)

A gdzie szok w zakupie laptopa? Szok nastąpił po podłączeniu go w domu do Internetu (tzn. nie w domu, a w pracy) na ogólnodostępnym łączu WiFi (łapanym od nieświadomego sąsiada, że mi owo łącze grzecznościowo użycza;).
Chrome zainstalowany, by nigdy więcej nie musieć odpalać Internet Explorera. Firefox 2.0 (i nigdy żaden wyższy). DownloadHelper i OrbitLoader, by wszystko co ciekawego znajdę w Necie zawsze mieć na własność na dysku. Wrzucony Skype, AQQ (bo każde nowe GG zbyt obciąża procesor!). Wrzucone niezbędne kodeki, VirtualDub, Pazera MOV to AVI Converter, PhotoFiltre Studio X, IrfanView, Picasa 3. Wywalony z klawiatury język angielski, by zawsze były dostępne polskie i tylko polskie znaki, wszystkie automatyczne aktualizacje Windowsa wyłączone - można startować z Netem.
Pamiętajcie, że jest to nowiutki laptop, który po raz 1szy wejdzie do Internetu!

Odpalam Chrome, w Google.pl wpisuję Teleexpress - wynik podświetlony jako już na tym kompie oglądany. Hmm... może mam jakieś Dejavu, albo coś. Blog.pl - strona podświetlona, że oglądana. Onet, Interia, NK, FB - to samo! Nowiutki Chrome zapamiętał, że wszędzie tam już byłem, mimo, że z tego komputera nigdy tam nie wchodziłem. Wchodziłem z kompa matki stojącego tuż obok. Tym oto sposobem dowiedziałem się, że albo router właścicieli łącza to zapamiętuje - co chyba nie jest technicznie możliwe? A zatem to zapewne sam Google zapamiętał IP routera i mi podpowiada, gdzie bywam, a gdzie nie?! Dla mnie szok! Wystarczy wpisywać w Google dowolne strony, by dowiedzieć się, co odwiedza nasz sąsiad (właściciel łącza). Na stronę jakiego banku wchodzi, na jakim portalu ma skrzynkę pocztową, w jakich sklepach internetowych robi zakupy, albo czy lubi porno gejowskie czy standardowe hetero?;) A jak hetero, to czy woli Redtube czy Tube8?;)
Skoro ja, prosty użytkownik za pomocą prostej przeglądarki mogę o moim sąsiedzie dowiedzieć się TYYYLE, to pomyślcie, co wie Google i te jego osławione już GoogleCar'y?

A skoro o okazyjnych zakupach mowa...
W zależności od tego, na ile w Polsce zdrożeje dolar, bardziej lub mniej opłaca się kupować elektronikę w USA. Ciuchy i kosmetyki dobrze wyrwane ZAWSZE się będzie opłacało tu kupować. Z elektroniką bywa różnie, szczególnie że jej cena szybko spada. Można się naciąć na stare zapasy w wysokiej cenie i tak na przykład ostatnio widziałem 512MB PenDrive za ok. 18$ leżący tuż obok szesnastokrotnie większych - 8GB'owych za 9,99$;) Ja sam napaliłem się na laptopa z procesorem i7-2630QM i... póki co taniej do wyrwania jest on w Polsce! No chyba, że Ceneo.pl kłamie i laptop jest... ale tylko na witrynie sklepu internetowego, na stanie nigdy go nie ma, a osiągalny w tej cenie będzie za dwa lata, gdy procesor i7 będzie już seryjnie montowany w komórkach;)
A zatem, gdy dolar jest po 2,8zł - opłaca się kupować prawie wszystko, dolar po 3,2zł - opłaca się już mniej. Dolar jeszcze droższy - trzeba nauczyć się kupować!;)
Jeśli ktoś Wam na Allegro czy gdzie indziej, proponuje coś okazyjnie sprzedać, coś sprowadzonego prosto z USA, w cenach niższych, niż ja sam potrafię to tu kupić, to jest to albo kradzione, albo podrobione (napiszę o tym w notce, jak Arabowie wygonili mnie ze sklepu w Nowym Yorku), albo "nowe inaczej" (refurbished) albo po prostu używane ze znikomą ilością śladów użytkowania. Nikt tu nie rozdaje nic za darmo, a dolar nie jest już niestety lub stety po te 1,99zł.

Mojego nowego laptopa szukałem przez miesiąc. Był na wystawie, ale nie było go "na stanie". Był w dobrej cenie, więc nie dawali RainChecków (papierka, który daje mi prawo zakupu owego laptopa w tej niskiej cenie w dowolnej chwili, gdy się pojawi w sklepie). Jeździłem, jeździłem i wyjeździłem. Amazon.com, który w USA jest dla wielu wykładnikiem realnej ceny (tak, jak w Polsce - Allegro) żąda za taki sam używany laptop o 50$ więcej niż ja dałem za nowy - taki ze mnie zdolniacha!
A więc wskazówka dla nowoprzybyłych Zielonokartowców. Jeśli nie znajdziecie tu pracy, to możecie, po nauczeniu się tego, co, gdzie i jak kupować - eksportować do Polski tanio zakupioną elektronikę, kosmetyki i ciuchy. Ewentualnie organizować coraz bogatszym polskim turystom wycieczki do USA na weekendowe zakupy. Koleżanka ostatnio przyleciała, i gdy urzędnik graniczny zapytał ją, jak długo zamierza zostać w USA, ta szczerze odpowiedziała: "Jak mi się spodoba, to do końca weekendu, a jak nie, to wracam pojutrze". Została 5dni. Wróci za 2 tygodnie.

Gwarancja najniższej ceny - próbował ktoś? wypróbować spełnienie tej obietnicy handlowej przez sklepy tak się w Polsce reklamujące?
Kupując kilka tygodni wcześniej dla matki telewizor LCD znów miałem niezłą zagwostkę, jaki model, jaką markę, gdzie i kiedy kupić. Kupić teraz, czy poczekać na jakąś wyprzedaż np. na Black Friday po Święcie Dziękczynienia? Kupić w zwykłym sklepie i cieszyć się nowym TV chwilę po zakupie, czy kupić w Internecie i czekać na dostawę dzień lub dwa? Łaziłem, szukałem i znalazłem w Best Buy. Najtaniej! Amazon znów okazał się o kilkadziesiąt dolarów droższy (i to na telewizorze wartym zaledwie 360$). W fizycznym sklepie w którym musowo zapłacić 6% podatek i tak wyszło taniej, niż w sklepie internetowym takim TAXem nie objętym!
Co sam bym polecił, mając już małe rozeznanie w TV? Kto co lubi - jeśli będzie płaskim LEDowcem, będzie miał fatalną jakość dźwięku, więc już na wstępie trzeba go podpiąć do posiadanego kina domowego, lub dokupić zewnętrzne głośniki. Gdy będzie plazmą, będzie żarł tyle prądu, co 2-3LEDowce. Polecam Samsunga, bo odtwarza (co mnie totalnie zamurowało) prócz oczywiście .jpg, mp3, avi, dvix, także FLV oraz RMVB! Dla mnie to szok, że zwykły 32 TV za niewiele ponad 1000zł odtwarza te dwa ostatnie rodzaje plików, podczas gdy posiadany przeze mnie w Polsce inny TV (jak mi nie wyślą nowego softu, to zdradzę markę tego badziewia) nie odtwarza nawet DVIX!

A co do gwarancji najniższej ceny. W USA 4lata temu padł CircuitCity. Nie przez gwarancję niskiej ceny, a przez 100% respektowanie prawa do zwrotu towaru. Kupowałeś zatem TV, trzymałeś go w domu przez 11miesięcy i oddawałeś w ostatnim miesiącu rocznego użytkowania, bo Ci się znudził. Oddawali w całości pieniądze. Oczywiście, że robił tak tylko znikomy odsetek ludzi (zazwyczaj obcokrajowcy;), ale to wystarczyło, by rozłożyć ów sklep na łopatki i CircuitCity padł, jak Najman po fikaniu koziołków przed Saletą;). Teraz niektóre sklepy (np. Makropodobne - Costco) dają prawo do zwrotu na krócej (3m-ce), a inne za otwarcie opakowania oddają o 15% mniej. Dobre i to, po roku przecież sprzęt tanieje pewnie o połowę, a my... możemy oddać w październiku 2012 naszego 32 calowego LCDowca i otrzymamy jedynie 15% mniej kasy, niż za niego daliśmy. Możemy kupić jakiś nowy model. Amerykanie nigdy by tak nie zrobili (szczególnie że te 300-400 czy nawet 1000$ za TV to dla nich kilka dni pracy). Ale Polacy...? Jak ma przyjechać kolega z Polski to trzeba się pokazać i cały dom zawalić sprzętem, jeśli nie z centrum wynajmu, to chociaż z BestBuy'a;)

No pisz do cholery o tej najniższej cenie!
No to piszę;) Wystarczy pójść do BestBuy i powiedzieć, że chce się ten oto dostępny u nich telewizor, za tę oto cenę, za jaką jakiś inny sklep tenże telewizor u siebie sprzedaje i... BestBuy obniży swoją cenę do takiej samej, albo nawet niższej. Jedyne kryterium to to, że ów porównywalny sklep musi być fizyczny (analogowy?;), taki normalny (gdzie się wchodzi z koszykiem;), a nie internetowy. A zatem... wystarczy założyć sklep, który będzie jedynie drukował gazetki reklamowe. Na stanie magazynowym nigdy nie będzie nic miał, ale z gazetki będzie wynikało, że 17calowe lapcoki z procesorem i7... no może jedynie z i5 sprzedają po 199$ i... BeastBaj pójdzie baj-baj... Ale póki co, to kolejna przewaga USA nad Polską. Nie dość, że taniej (32calowy, markowy LDC'ek za 1100zł), to jeszcze jak kupimy go dzisiaj, a on za miesiąc czy za dwa stanieje, to nam oddadzą różnicę w cenie! VVelcome to America!;)

stany 2011-11-09
skomentuj proszę tę notkę.


Czy Polacy zatracili instynkt samozachowawczy?!
Czytając głosy zabrane tutaj na blogu, a przede wszystkim setki komentarzy na portalach dziennikarstwa obywatelskiego, na które posłałem moją wcześniejszą notkę o Loterii Wizowej, a także komentarze na różnego typu forach dyskusyjnych, na których zalinkowano ten blog, zastanawiam się, czy Polacy znów są w jakiejś niewoli. Tym razem w więzieniu własnych umysłów, myśli, obaw i ograniczeń. Czy mają jakiś "syndrom bitej żony", która zostaje przy swoim małżonku - sadyście, tłumacząc go przed wszystkimi, że "bije bo kocha, bo nerwowy jest, bo często zasłużyła na uderzenie w nią żelazkiem, albo nią samą o ścianę, o podłogę...". To co robi z Polakami państwo polskie jest dla mnie takim właśnie okładaniem bezsilnej żony! Co roku kilka kolejnych "ciosów", wyższy VAT, wyższa akcyza na paliwa, na gaz, na prąd, co roku podwyżki wszystkiego! Troszkę boli, ale się przyzwyczajamy, więc mężulek pozwala sobie z roku na rok na coraz więcej. Aż pewnego dnia nas po prostu wykończy!
Czy my znów musimy być pod ciężkim buciorem niemieckiego okupanta, jak miało to miejsce w czasie II wojny światowej, czy pod gumoficem czerwonoarmisty, jak było to przez kilkadziesiąt powojennych lat, by znów podnieść głowę, rozejrzeć się i zrozumieć, że ten świat, że tak urządzona Polska nam nie odpowiada i musimy znów zacząć naprawdę walczyć o lepsze jutro? A jeśli nie walczyć, to z Polski tak nam serwowanej - wyjechać. Jednak okazuje się, że to nie Polska rządzona przez kaszubskiego wnuka dziadka z Wermachtu jest zła, to ja jestem zły, że opisuję to, że gdzie indziej może być inaczej, lepiej, taniej, NORMALNIEJ! I większość próbuje zaczarować rzeczywistość kilkoma zdaniami chamskiego lub totalnie oderwanego od rzeczywistości komentarza. Że przesadzam z negatywami życia w Polsce, albo za bardzo, zbyt głośno, wręcz kłamliwie i nieuczciwie wychwalam zagranicę...

Drodzy Czytelnicy... Szczególnie ci, którzy potrafią się przyczepić do wszystkiego. Do każdego mojego zdania, kropki, przecinka, każdego faktu, domysłu, przejaskrawienia czy przemilczenia. Albo do tego, że w Waszym stanie benzyna jest o 27centów droższa, niż w moim Michigan, więc kłamię, bo jest po 3,49$ za galon, a nie po 3,22$!
Czytając mój blog, proszę ogarniajcie go całego. Nie przeciwstawiajcie notki przeciw notce, bo wtedy się wszyscy pogubimy. To, że w jednym wpisie chwalę USA, a w innym narzekam nie znaczy, że często zmieniam zdanie czy że kłamię. To, że raz piszę, że Amerykanie szanują pieniądze (bo do sklepów chodzą ze stertą kuponów rabatowych, bo kupują na wyprzedażach, robią różne "deal'e" typu kup 10 rzeczy, by jedenastą dostać za darmo), a innym razem, że na samą poranną kawę w McDonald's przepuszczają 100$ miesięcznie, albo nie potrafią sami naprawić niczego w domu i do wszystkiego wzywają fachowców - to te przykłady są użyte zależnie od tego, jakie zjawisko chcę opisać - próbują oszczędzać, ale cholernie im to nie wychodzi.
Skoro Amerykanie są zazwyczaj BARDZO uprzejmi, więc tylko dlatego piszę o "strasznej" sytuacji z nieprzepuszczeniem mnie w kolejce w Costco, skoro przez 4lata nikt tu na mnie krzywo w sklepie nie spojrzał, nie warknął, i nagle ktoś automatycznie, tak z własnej inicjatywy nie chce mnie, klienta z jedną tylko rzeczą przepuścić - dla mnie, przyzwyczajonego do wszechobecnej tutaj uprzejmości - szok! Ale to nie znaczy absolutnie, że w USA jest chamstwo czy dziki pęd do kasy w sklepie, do punktu docelowego na trasie, czy gdziekolwiek! Nie kłamię z tym, co w USA jest, czego tu osobiście doświadczyłem, lub co przynajmniej mi się wydaje, że jest...

Oczywiście, że Stany A.D. 2011 nie są Ameryką sprzed 20-30lat. To wie przecież każdy głupi! Nie są już krajem, do którego przyjeżdżało się z Europy, nie znało języka angielskiego, a mimo to dostawało się pracę w jednej z tysięcy doskonale prosperujących fabryk (szczególnie samochodowych w Michigan). Krajem, z którego zarobione dolary wysyłało się do Polski, i za takie 100$ nasza polska rodzina żyła przez cały miesiąc jak baronowie w średniowiecznej Francji. Gdzie za 7tys. dolarów, które w USA zarabiało się w 3-6miesięcy kupowało się w Polsce trzypokojowe mieszkanie! A teraz? Teraz te 2miesiące musisz ciężko w USA zapieprzać na jeden metr kwadratowy mieszkania w Warszawie. A pracując w Polsce za minimalną płacę musisz zapier@&#ać na ów JEDEN metr2 cały rok - nie wydając w tym czasie z pensji ani złotówki - to jest normalne?! A więc, czy to Ameryka tak bardzo się zmieniła na gorsze, czy może to reszta świata spopierdolała...? Z Rzeczpospolitą Polską na czele wyścigu o palmę pierwszeństwa w nienormalności...

USA nie jest to już krajem, gdzie paliwo kosztuje niecałego dolara za galon (80groszy za litr), jak zaledwie 20lat temu przed 1szą wojną w Iraku, ale nie jest popieprzona Europą, gdzie paliwo jest już po prawie 8$ za galon! W Michigan na dzień dzisiejszy jest po 3,22$/gal. czyli 2,62zł /litr). "Niska cena paliwa to nie wszystko..." - czepią się mnie najwięksi znawcy USA, siedzący w Polsce i znający Stany Złajdaczone z 5519 odcinków "Mody na sukces", z siedmiu sezonów "Doktora Housa" i na dokładkę z czterech części "Terminatora" (w tym ostatnia z napisami;)!
No pewnie, że tanie paliwo to nie wszystko. Są jeszcze tanie domy, tanie nowe samochody, tania elektronika, tania odzież, tania żywność, tanie alkohole. Coś pominąłem? Tak jest jeszcze tani podatek TAX (w Michigan 6%) zamiast ogólnopolskiego 23% VATu i tani podatek bezpośredni (Amerykanin pracuje na podatki przez 3m-ce i 2tyg. rocznie, a Polak 5m-cy i 3tyg, co daje odpowiednio 27% podatków w USA i 48% podatków w Polsce). Czego do cholery więcej potrzeba?!

TAK, podatki w USA ostatnio znów rosną (szczególnie podatki od domów, najbardziej w ukochanym przez Polaków Chicago, ale o wysokości tych podatków pogadamy, gdy w Polsce wejdzie podatek katastralny i biedna emerytka mająca byle ruderę w Zakopanem czy działkę w dobrej dzielnicy dużego miasta będzie musiała zapłacić po 10-20tys. podatku rocznie). TAK, ceny żywności w USA też rosną, ale zaledwie o kilka procent, o minimum o jakie muszą wzrosnąć, ale nie o 100% jak to kilka m-cy temu miało miejsce w Polsce z cukrem! Przyjechałem do USA 2-mce temu i benzyna... staniała od tamtego czasu o ponad 50centów! W Polsce już NIGDY nie stanieje! Nawet jakbyśmy się dokopali do własnych złóż ropy, to jedynie koncerny naftowe na tym znalezisku zarobią, a Polak nie dostanie nic taniej - co wkrótce przetrenujemy na cenach gazu z łupków... Przecież Polacy płacą za ten sam rosyjski gaz o wiele więcej, niż Niemcy (oni 271$, my 337$!, a przecież do Niemców trzeba go tłoczyć o 600km dalej! A właśnie dziś 8.11 otwarto gazociąg Nord Stream i teraz Ruscy mogą nam podnieść cenę gazu dowolnie - obecnie i tak płacimy za niego najdrożej w Europie!). Przecież auto z USA opłaca się sprowadzić na unijny obszar celny na terenie Niemiec, bo wyjdzie o wiele taniej niż po przybyciu promem z USA do Świnoujścia czy do Gdańska. No ale skoro Polak i tak tyle za wszystko płaci, to po co mu dawać coś taniej? Dlatego Orlen zarobił w zeszłym roku o kilkaset milionów więcej, niż sam się spodziewał w swoich planach ekonomicznych na 2010 rok. O polskich bankach nawet nie wspominając, ile z nas wydoiły... W USA, w Europie banki dające tanie kredyty, darmową bankowość były na granicy przeżycia lub plajtowały, a w Polsce zarabiają po miliard złotych na czysto, co roku! W czasach kryzysu! I wszystko to, co dzisiaj wyciągają nam te banki z naszych i tak pustych kieszeni, pójdzie wkrótce do innych krajów, bo te nasze, "polskie" banki są tylko filiami upadających zachodnich banków, i w pewnej chwili gdy im zabraknie na milionowe płace dla swoich prezesów, wszystkie zyski wypracowane w Polsce pójdą za granicę!
"No... ale nie ma opieki medycznej za darmo!" - no nie ma. Pracujesz, zarabiasz, ubezpieczasz się dobrowolnie, albo hurtowo ubezpiecza Was pracodawca i masz opiekę medyczną dla siebie i całej rodziny. "No ale są murzyni..." - no są. Mieszkasz z dala od Detroit i ghett murzyńskich większości amerykańskich miast i nie zauważasz czarnego problemu. "No ale nie ma Donalda Tuska i Jarka Kaczyńskiego, i... daleko z Ameryki do Smoleńska!" - no i dobrze, kur#@a, że ich tu nie ma! Jest Sarah Palin i był George Bush i już wystarczy!

Tak, macie rację, USA nie jest już krajem, gdzie... gdzie nie mając stałej pracy, nie mając stałych źródeł dochodów, czy będąc tu nielegalnym polskim turystą banki prześcigały się, by dać komuś takiemu kredyt na dowolny dom! Kredyt dostać trudniej, ale... ale metr kwadratowy w pełni urządzonego mieszkania kosztuje tutaj (w "białych" miastach Michigan) ok. 2tys. zł...
"Buhahaha, taaa, pewnie w mużynowie takie mieszkania sął po 2tysie za metyr!" - zakpi jakiś kolejny blogowy troll. W Murzynowie za 2tys. zł kupisz cały dom - zripostuje autor bloga. Kupicie gdziekolwiek w Polsce, w dużym mieście mieszkanie za taką cenę? Za 2tys. zł za metr? No, chyba jakieś tuż po pożarze... Itd., itp.
TAK, macie rację, że w USA jest gorzej, niż było lata temu, ale wcześniej była to kraina takiej obfitości, że nawet totalne pogorszenie się wszystkiego, to i tak dla milionów imigrantów Eldorado! Każdemu rozgarniętemu człowiekowi i tak będzie tutaj lepiej, niż w większość państw świata! Anglia? Niemcy? No pewnie, że bliżej. Że można tam zarobić podobne pieniądze jak w USA, albo jeszcze większe... Ale w Anglii są 2-3x droższe koszty utrzymania! Coś, za coś - loty do UK tanie, ale życie w Anglii drogie. Holandia, Belgia... - pewnie, że fajnie, bywałem wielokrotnie - wszystko takie spokojne, rowerki, szparagi, legalne dragi... Pieniądze też dobre można zarobić... I wiz nie potrzeba... I... na starość trzeba wrócić do PL, gdzie polityczną schedę po tacie przejmie Michał Tusk, albo Kasia... Z USA się zazwyczaj na starość chce wracać jedynie sentymentalnie... I po chwili po wylądowaniu każdemu, któremu w USA się powiodło, żałuje tego powrotu!

W USA byłoby naprawdę źle, gdyby...,
gdyby cena paliwa zrównała się z ceną, jaką płacą Europejczycy. Wystarczy jeden ruch rządzących, drastyczne podniesienie podatków na paliwa i... sami amerykańscy kierowcy w kilka lat wyciągnęliby z kryzysu Amerykę. Ale w USA się nie doi społeczeństwa tak, jak robi się to w Unii, w Polsce...
W USA byłoby źle, gdy z bezpłatnych (przynajmniej w Michigan) autostrad pozwijali przynajmniej po jednym lub po dwa pasy ruchu, a na pozostałych pasach wprowadzili kolosalne opłaty (jak w Polsce - myto droższe niż koszt paliwa na przejechanie danej trasy!).
W USA byłoby katastrofalnie, gdyby statystyczny Amerykanin musiał pracować na podatki przynajmniej tak samo długo, jak statystyczny Europejczyk. Wtedy ten kraj będzie skończony. Ale to nie nastąpi NIGDY! Ameryka jest prawie że wyspą. Może się odciąć od wszystkich, bo ma wszystko niezbędne do istnienia. Gaz, ropę, węgiel, surowce naturalne, a jak czegoś zabraknie, to napadnie jakiś kraj w imię szerzenia tam demokracji. Gdy zechce wyjść z dołka finansowego, odsprzeda z powrotem Alaskę ruskim oligarchom, albo Chinom i wyjdzie na prostą. Napadnie dzień później na Irak i na Wenezuelę, by stamtąd brać tanią ropę. Śmieszne? Dlaczego... To, co obecnie dzieje się na świecie, jak wygląda jego dzisiejszy "ład", podział stref wpływów, to jakich państw już nie ma, które kraje są obecnie mocarstwami, a które tajnymi lub jawnymi bankrutami, 30 lat temu nie śniło się najtęższym umysłom polityków, analityków ani nawet baśniopisarzom...
Ameryki nic nigdy nie zastąpi i nic nie zatopi. Mimo, że osobiście mam w głębokim poważaniu ich system ekonomiczny, wydawanie przez nich na niepotrzebne wojny tryliony dolarów, widzę także potencjał, którego nikt nie jest w stanie zniszczyć. Chińczycy ich wykupią i wykończą? Taak... Ale po co? Bóg nie może zabić Lucyfera, bo Lucyfer jest jego najlepszym przyjacielem! Gdyby nie było tego czarnego, złego z rogami w piekle, to ludzie nie bojąc się wiecznego potępienia, nie chcieliby mieć tak blisko do Boga i nieba...

To w USA tworzą się technologie, które świat musi kupować. To tu emigrują największe umysły tego świata. Nic nie jest tak cenne, jak umysły. Sam Apple Corp. jest warty więcej, niż wszystkie polskie spółki notowane na giełdzie razem wzięte! Rozumiecie rzędy wielkości? Polskie huty, kopalnie węgla, elektrownie, KGHM, polskie banki, Orlen, Lotos, TP, TVN, PZU, i ponad 350 innych notowanych na GPW spółek jest mniej warte, niż garażowy biznes jednego Amerykanina! Polska to ekonomiczny pryszcz, czy wręcz glut z nosa światowej gospodarki! Ameryka nawet w czasie kryzysu może pomagać wszystkim innym państwom - nawet wyciągać Europę z gnoju w którym teraz ma ona swoją finansową twarz...

Nie mam pojęcia, czemu ludzie są tak zamknięci na to, że gdzie indziej może być inaczej i że to nie jest podpucha! Nie jestem jakimś naganiaczem taniej siły roboczej do USA. Nie zapraszam tu nikogo, kto ma tu być na siłę. Skoro ktoś nie ma siły przebicia w Polsce, dobrego fachu w rękach, albo przynajmniej siły w bicepsach, to oczywiście w USA 2011- 2012- 2013r... nic mu samo z nieba nie spadnie. Jednak nie będzie tak niemiłosiernie dojony jak w Europie, a szczególnie w Polsce...

Skoro sąsiadka Polka utrzymująca się ze sprzątania domków, z pracującym raz na kilka miesięcy przez kilka tygodni mężem, potrafi utrzymać zarówno ich 110 metrowy dom, jak i ich dwa samochody, pomagać córce która niedawno urodziła, wysyłać paczki do Polski na wszystkie święta, a raz na jakieś ważne wydarzenie rodzinne do tej Polski razem z mężem lecieć, to mi nikt nie powie, że takie coś jest możliwe w jakimkolwiek innym kraju. By jedna osoba (no w tym przypadku 1,5osoby) z pracy dorywczej dała radę to wszystko pogodzić! Jeśli tylko potrafisz rozsądnie gospodarować tym, co zarabiasz - nie jest tak źle...
A najlepsza w tym wszystkim jest prosta zasada: Pracujesz - stać Cię na wszystko. Nie pracujesz - masz niewiele lub prawie nic. W Polsce pracujesz, masz niewiele lub nic, kombinujesz - masz wszystko.
Skoro zaprzyjaźnione małżeństwo "turystów" z Polski (gdzie On pracuje jako konrtaktor, a Ona okazyjnie posprząta jakiś domek, wyprowadzi psa zapracowanych Amerykanów, czy raz na jakiś czas przygarnie ich psa do domowego "hotelu", gdy bogaci amerykanie chcą sobie wyjechać na wakacje bez "ogona"), stać jest na dwuletniego SUVa kosztującego w Polsce ok. 100tys. PLN, stać jest raz w roku pojechać na wakacje do NY, Vegas czy Kalifornii. Stać jest kupić nowy laptop, gdy zepsuje się stary. Stać pójść raz lub dwa razy w miesiącu do jakiejś nowootwartej restauracji. I bez żadnych wyrzeczeń przez letnie miesiące pracy odkładają kilka tys. dolarów na gorsze w branży budowlanej miesiące zimowe - to gdzie im będzie lepiej? Obydwoje po studiach, w Polsce już próbowali swoich sił... Zjadły ich koszty lizingów, ZUSy, Fiskusy, a przede wszystkim polityczne Psikuty.
W Anglii obcokrajowiec założy firmę szybciej, niż Polak w Polsce. Zrobi to szybciej, taniej i w o wiele milszej atmosferze. Podatki będzie musiał płacić dopiero po kilku miesiącach lub przy uzyskaniu pierwszych dochodów. A u nas? Zanim wyrobisz pieczątkę już musisz opłacić ZUS. Znajoma mająca firmę w Polsce jest fikcyjnie zatrudniona w UK, by tam płacić niższe składki i o wiele więcej za nie na starość dostać w formie emerytury. A Polacy co dostaną?

A teraz odpowiedzcie sobie chociaż na tak prostą rzecz, jak demograficzna sytuacja Polski:
Mi nie odpowiadajcie i się mnie nie czepiajcie - nie zabijajcie posłańca niosącego złą nowinę, czy nie próbujcie zaklinać czekającej nas wszystkich rzeczywistości kilkoma złośliwymi komentarzami pod moim adresem! To nie ja tę rzeczywistość stworzyłem czy wymyśliłem, ja ją tylko opisuję... A Wy po prostu się nad tym zastanówcie. A mianowicie:
W Polsce ZUS co roku zaciąga kilkadziesiąt miliardów złotych długu, by wypłacić należne renty i emerytury. Z roku na rok Zakład Ubezpieczeń Społecznych pożycza z banków czy z budżetu państwa, zawłaszcza z OFE czy wręcz kradnie z Rezerwy Demograficznej coraz więcej pieniędzy, by było na wielotysięczne świadczenia dla wszelkiego typu 35letnich emerytów agentów Tomków, Bolków, itp. W ciągu niespełna 20lat sam tylko ZUS zrobi w polskim budżecie dziurę w wysokości 1biliona złotych! A jednocześnie, w wiek rozrodczy wchodzi pokolenie wyżu demograficznego lat 80tych, ale zamiast nas, Polaków dzięki ich płodności przybywać, to paradoksalnie dzieci rodzi się coraz mniej. Tzn. coraz więcej polskich dzieci rodzi się w Anglii (Hi, siostrzenico Gabi K. + 2gie w drodze; Igorku S., Wiktorio W.), w Szkocji (Hey, kuzynie Szymonku K., hi Michałku S.) w Hiszpanii (Hola, bratanku Kimi), (w USA - pozdrawiam kuzynko Brittany i kuzynie Tymoteuszu) i w innych normalnych krajach Europy i świata. Skoro z demograficznej zapaści i starzenia się polskiego społeczeństwa nie potrafi nas wyciągnąć pokolenie wyżu demograficznego, to... jak to prosto napisać? TAK, wymrzemy jak niedopieprzone dinozaury! A jeśli natura nas oszczędzi i niestety nie wymrzemy, to to, co dzieje się obecnie w Grecji jest przy kłopotach finansowych jakie czekają Polskę, małym ekonomicznym pryszczem na trędowatej, finansowej twarzy Europy.
Dlatego właśnie uważam, że mimo, że Ameryka nie jest już TAMTĄ Ameryką, to w stosunku do Europy... ciągle jeszcze nią jest! I dlatego ukazuję jej pozytywy, albo Wy nie widzicie lub nie jesteście świadomi negatywów Europy (Polski w szczególności).
No koniec tej polityki! Ekonomii. Czarnowidztwa. Od jutra ruszam z kolejnymi wieściami z USA.



1. Przydomowy parking mojego polskiego, bezrobotnego kolegi. W USA pracujesz, masz. Nie pracujesz nie masz. W Polsce - pracujesz, masz... garba i długi. Nie pracujesz, a kombinujesz, masz flotę samochodów za milion zł (TAK - Turbo i TAK - AMG) i dwa pozostałe auta bezrobotnego gdzieś tego dnia na wybiegu...
2. Czterohektarowe pole mojego kuzyna. Za samo patrzenie na to, jak rosną na nim badyle (tu wg. danych posiadanych przez Unię Europejską rośnie trawa ekologiczna), kuzyn inkasuje 12tys. rocznie. Gdyby hektarów miał 50, to mógłby sobie co rok kupować jedno z aut stojących po lewej. I czy ktoś mi powie, że Unia jest mądrzejsza od amerykańskich "ekonomistów"?;)

stany 2011-11-07
skomentuj proszę tę notkę.


Loteria wizowa DV-2013 - wygrał ktoś? Gratulować czy współczuć?
Wujek Google codziennie przysyła na ten blog dziesiątki osób mających setki pytań dotyczących Loterii Wizowej dającej prawo stałego pobytu w USA pojedynczym osobom lub całym rodzinom - zależnie jakie petycje złożono. Polakom należy się w tym roku około 3.500 tego typu Zielonych Kart, a losowanie ich kończy się 5.11.2011. Wyniki losowania poznacie 1 maja 2012, a karty będą wydawane dopiero od października 2012 do listopada 2013. Rok temu, 15milionów zgłoszeń chętnych do wylosowania jednej z 50tysięcy wiz imigracyjnych tak skutecznie zablokowało system, przez co tak błędnie przeprowadził on "losowanie", że musiano je powtórzyć - tak więc może i tym roku nie cieszcie się lub nie smućcie zbyt wcześnie...?

Chciałem napisać tę notkę wielokrotnie, szczególnie, gdy widzę, jak polskie media świadomie lub podświadomie straszą Polaków Ameryką, kryzysem w niej się dziejącym, tym, że Polacy muszą mieszkać na ulicy czy w szałasach w lesie. Może TVNowski korespondent Marcin Wrona nie chce polskiej konkurencji w USA?;) A może naprawdę mu tych polskich emigrantów żal? Tych, którzy przyjeżdżają tu jako turyści, po angielsku znają tylko Yes, No i Fuck You! i w dobie kryzysu, próbują śnić swój sen o Ameryce? Ale i tych, którzy przywykli do dobrej pracy, do wysokich zarobków, do równie wysokich wydatków, po utracie pracy stają się totalnie bezradni? Zbyt szybko się zamerykanizowali, więc mają za swoje...
Gdy usłyszałem w RMFie, że coraz więcej Amerykanów żyje poniżej minimum socjalnego wynoszącego 200tys.$ na gospodarstwo domowe rocznie - krew zawrzała! Ludzie w polskich mediach, Wy chyba nie macie o Ameryce zielonego pojęcia?! 200tys. dolarów? Pewnie miało być 20tys., ale dla Was rząd wielkości w tę czy w ową to taka sama abstrakcja, jaką dla mnie jest mieszkanie Polaków (jednej z najsprytniejszych nacji w USA) w jakichś leśnych szałasach! Marcinie Wrono, Ty mnie chyba dobrze pamiętasz z JW-23... Tak, tak - to ten sam Daniel od Montoichtiozis...;-)

Czytając pytania do Google...
- loteria wizowa jak mieszkam w USA jaki adres wpisać / loteria wizowa nielegalnie 2012 który adres / jak prawidłowo zrobić zdjęcie do green card
- jak się żyje na emigracji w USA nielegalnie - (O wiele lepiej niż w Polsce legalnie..)
- NIP dla Polaka z obywatelstwem polsko amerykańskim (nie ma takiego obywatelstwa! Od stycznia 2012 nie będzie w Polsce NIP-u)
- coraz gorzej nielegalnym w USA (a w Polsce 38 milionom legalnych obywateli pewnie coraz lepiej...?) / Itd. Itp. I nagle padło pytanie:

Kto pomaga w załatwieniu pracy i mieszkania tym którzy wygrali zieloną kartę - to pytanie mnie zmobilizowało do napisania tego tekstu.
Zbierałem się, zbierałem, by napisać notkę dla tych, którzy grają w loterię wizową DV-2013 i gdy padło to powyższe zapytanie, okazuje się, że nie mogę już dłużej zwlekać. NIKT NIE POMAGA! Ameryka to nie Siostra Miłosierdzia, która nie dość, że daje prawo pobytu na swoim terytorium całej rodzinie z jakiegoś tam dzikiego kraju zwanego Polską, to jeszcze co? Dom ma fundować? Samochód darować? Pracy szukać? No bez przesady...!
Pomalujcie twarze na czarno, udajcie, że przyjechaliście z Afryki, to kto wie.. może dostaniecie za darmo dom, talony na jedzenie, a także i zasiłek na każdego nieletniego z Waszej rodziny... Jeśli jednak jesteście TYLKO białymi z zaprzyjaźnionej (zaprzyjaźnionej jedynie wg. polskiego mniemania) Polski, dziękujcie, że Stany w ogóle Was do siebie wpuściły...

Załamka? Pryśnięcie snu o USA? Oj, wcale nie...
By przyjechać teraz do USA na tzw. Zieloną Kartę trzeba po prostu być ZDETERMINOWANYM. Trzeba chcieć tu przyjechać, zamieszkać i nigdy nie wracać do Polski! To nie te czasy, gdy można było popracować w USA przez zaledwie kilka lat i można było wracać do Polski z takim majątkiem, że wystarczało na zakup wielkiego domu, pięknego samochodu i jeszcze na wsadzenie na konto w banku tylu pieniędzy, że można było z nich żyć przez kolejne lata. Pracujący tutaj obecnie, z USA do Polski najczęściej z czym i po co wracać nie mają! Dolar obecnie jest o 1,5 złotego tańszy niż 12lat temu... Wszystko w Polsce wielokrotnie droższe niż w czasach posocjalistycznej świetności dolara...
Ale ciągle jest sens przyjeżdżania do USA, by zacząć tutaj nowe życie. Pierdolnąć ten cały gnój, jaki dzieje się w Europie, a przede wszystkim w Polsce i uciekać przed jeszcze większym nieszczęściem, które na tzw. "starym kontynencie" w ciągu kilku najbliższych lat nastanie. Bo chyba nie myślicie, że Unia Europejska z tego wszystkiego wyjdzie? Taa... wyjdzie... NOGAMI DO PRZODU!
Trzeba zatem na coś się zdecydować. Czy chce się siedzieć w Polsce i zaciskać pasa aż do przerwania rdzenia kręgowego, czy może spróbować szczęścia gdzie indziej? Czy chce się siedzieć i czekać na kolejne dociśnięcia śrub, czy jednak wyjechać gdzieś, gdzie owe śruby podatkowe dociskane obywatelom są jeszcze bardzo, bardzo luźne (chociażby 6% TAX zamiast 23% VAT-u). Trzeba pomyśleć, czy może wyjechać gdzieś dalekooo i mieć przez resztę życia totalnie w dupie, czy kolejną Rzeczpospolitą rządzi sepleniący Tusk, czy ciamkający Kaczyński. Czy na arenie międzynarodowej kretyna zrobi z siebie Komorowski, czy jakiś inny pigmej z dzikiego kraju, którego ogłupiony obietnicami przedwyborczymi naród wybierze. Mieć gdzieś, czy nierobom z Grecji Donald Tusk odda z polskiego budżetu jedynie miliard złotych, czy aż miliard Euro, itd.

Należy usiąść całą rodziną, głęboko się zastanowić i zapytać każdego siebie z osobna, jak i całą rodzinę razem - staramy się o tę zieloną kartę, czy nie? Chcemy wegetować w tym pięknym nadwiślańskim kraju, czy jedziemy szukać swojego szczęścia gdzie indziej. Należy zrobić taką naradę długo przed tym, zanim wystąpi się z wnioskiem na loterię wizową. Bo nikogo nie można uszczęśliwiać na siłę czymś takim, jak Stały Pobyt w innym państwie. Szczególnie tak odległym, jak Stany Zjednoczone.
Zapytajcie więc żonę (męża), czy będzie miała za czym (za czymś, za kimś) tęsknić w pozostawionej po drugiej stronie Atlantyku - Polsce? Czy współmałżonek/-nka, po wygraniu tej karty dla całej rodziny nie pojedzie do Ameryki totalnie wbrew sobie, jedynie dlatego, że mąż złożył petycję imigracyjną na całą rodzinę, a żona tak naprawdę nigdy nie chciała do USA jechać. Zapytajcie dzieci, czy umieją już na tyle angielski, by poradziły sobie w amerykańskiej szkole. Poziom nauczania w większości szkół publicznych jest tak niski, jakby to były szkoły specjalne dla debili! Jednakże bez znajomości języka w którym młodych Amerykanów się edukuje, nasze mądre, sprytne, inteligentne, polskie dzieci będą przeżywały totalne katusze - że wszystko wiedzą, ale nie mogą się wykazać swoją wiedzą. Czy te same dzieciaki gotowe są zrezygnować z ich pierwszych, młodych, polskich miłości... Zapytajcie kochankę, czy Wam daruje tę rozłąkę;) Itd., itp.
Jeśli bilans ewentualnych zysków po osiedleniu się w USA nie będzie BARDZO wyraźnie na TAK, to sobie loterię wizową darujcie!

Trzeba postawić wszystko na jedną kartę.W tym wypadku na ZIELONĄ Kartę. Jak Wasze karty wyglądają w Polsce - sami sobie przekalkulujcie. Z roku na rok stać Was na coraz mniej, bezrobocie coraz wyższe. Paliwo w ciągu roku podrożało o ponad złotówkę. Za 2miesiące wraz z Nowym Rokiem znów o 20gr podniosą cenę paliw (ach ta Unia i jej pierdolone akcyzy) i o ok. 10-15% cenę prądu (ach te pakiety klimatyczne i dbanie o żabki z doliny Rospudy). W USA takich problemów nie będzie. Paliwo zawsze będzie 2x tańsze niż w Polsce, prąd podobnie, bo USA w dupie ma jakieś dyrektywy klimatyczne, protokoły z Kioto czy z Honsiu, jakieś limity na emisję CO2, jakieś obawy przed energią atomową. To Amerykanom ma się dobrze żyć teraz i tutaj w Stanach Zjednoczonych roku pańskiego 2011, a nie przyszłym pokoleniom niedźwiedzi polarnych na Antarktydzie czy pigmejom w lasach tropikalnych. Koniec kropka! To jest kraj dla ludzi! Dla życia, a nie dla wyrzeczeń! Do masowej konsumpcji i cieszenia się życiem, a nie liczenia każdego grosza i wegetacji już za życia...
Dla tych, którzy nie mają świadomości tego, co za bagno czeka za rok lub za dwa lata naszą piękną Polskę całą... Rozmowa z byłym V-ce Prezesem NPB. Prezesowie tego typu instytucji są najczęściej osobami nie mającymi pojęcia, co się dzieje. Są mianowani przez Prezydenta lub Premiera, bo dobrze smarują Prezydenta wazeliną albo dobrze wystawiają Premierowi piłkę na Orliku. Są od uśmiechania się w mediach i mydlenia oczu społeczeństwu, a do całej czarnej roboty, do ukrywania prawdy o prawdziwej sytuacji państwa mają właśnie swoich kompetentnych zastępców. Oto co jeden z nch ma do powiedzenia o przyszłości Polski... POSŁUCHAJCIE, zanim wyśmiejecie tych, którzy ciągle chcą uciekać do USA... Dla tych, którzy nic, a nic nie kumają z ekonomii, polecam fragment od 6'50'' do końca... - "Polacy, wybierając do Sejmu, Senatu, nie kierują się programem wyborczym, tylko kierują się tym, kto się ładnie uśmiecha, kto ma znane nazwisko, albo kto ma lepiej zawiązany krawat... No to będą krawaciarze w sejmie, a nie mądrzy ludzie... Trudno, TAKIE ŻYCIE, TAKI KRAJ..."
Zamieściłem dziś tę notkę wieczorem 3.11, budzę się rano 4.11 i co za news? Sarkozy żąda wprowadzenia podatku od transakcji bankowych i dwie godziny później już jest to uchwalone. Banki oczywiście przerzucą ten podatek na klientów, więc za kilka m-cy za to, że banki obracają naszymi pieniędzmi doskonale na nich zarabiając, będziemy płacić im jeszcze więcej. A godzinę później kolejne newsy: "Idzie drożyzna, a raczej jedzie... Paliwo do Diesla będzie kosztować coraz więcej, zwłaszcza od nowego roku...". Jutro znów włączę rano polskie radio i co? No zgadnijcie...

A w USA? W USA Bank of America chciał zrobić coś strasznego! Wprowadzić 5$ opłaty za prowadzenie rachunku bankowego. Ludzie tak głośno pukali się w głowę przed pracownikami banku, że B of A, wycofał się z tych debilnych planów szybciutko. W Niemczech ich rząd chciał wprowadzić opłaty za korzystanie z autostrad dla osobówek. Niemieccy kierowcy nawet nie musieli pukać się w głowę... Wystarczyło pokazać rządzącym, datę kolejnych wyborów do parlamentu i do końca życia Niemcy będą mieli autostrady bezkresne, proste, bezlimitowe i bezpłatne! A w Polsce klient ma jaką siłę przebicia? ŻADNĄ! Jesteśmy owcami do ekonomicznego wyrżnięcia!

Wygrywając Zieloną Kartę musicie wyłożyć minimum 30tys. złotych na formalności prawne i bilety lotnicze:
819$ dolarów od każdej osoby starającej się o wizę. 2 rodziców i 2 dzieci = 10.811zł
Badania, prześwietlenia płuc, szczepienia, testy na HIV to kolejne ok. 300-500zł od osoby
4 Bilety lotnicze w jedną stronę to minimum 10.000zł. (z opcją powrotu, 12-14tys. zł)
Wynajęcie mieszkania w USA to ok. 1000$ miesięcznie (w okolicach Detroit wystarczy już 500-600$, podczas gdy w lepszych miastach może na ten cel nie wystarczyć nawet 2000$ miesięcznie). Żywność w cenach porównywalnych do polskich, odzież, buty, kosmetyki, chemia, prąd o wiele tańsze. Paliwo 2x tańsze.

Takie czekają Was realia. Dostaniecie od USA list powitalny (tylko, na jaki adres Wam oni go wyślą - sam nie wiem). Dostaniecie numerek SSN (taki ich NIPo-PESEL), będziecie mogli sobie wyrobić prawo jazdy i... żyjcie sobie. Państwo nie będzie Wam w tym życiu przeszkadzać, ale i specjalnie jakoś nie będzie Wam pomagać. Da Waszym nieletnim, uczącym się dzieciom ubezpieczenie zdrowotne. Wam nie da. Na skomplikowane leczenie czy drogie operacje będziecie latać do Polski. Dacie 100-150zł za wizytę w prywatnym gabinecie ordynatora szpitala i następnego dnia ułoży Was na oddziale państwowego ośrodka zdrowia. Polacy którzy pozostali w RP, którzy całe życie uczciwie płacili składki zdrowotne, ale którzy z racji głodowych pensji nie mają tych 150zł na prywatną wizytę, na ten sam zabieg poczekają kilka miesięcy... (wkrótce dokładnie opiszę to kuriozum!).

Jeśli macie przylecieć do USA za pożyczone pieniądze, to też darujcie sobie Amerykę. Przylecieć, by spróbować, czy się uda, żyć po kątach u znajomych, czy w odnajętym przez Meksykanów pokoju. Morale spadnie Wam tak szybko, że pierdolniecie to wszystko i wpław wrócicie z Waszymi Zielonymi Kartami na zieloną wyspę - Tuskolandię.
Tak jak pisałem, wszystko na jedną kartę, bez oglądania się za siebie. Wygrywacie, jesteście pewni na 100%, że chcecie wyjechać na stałe, skoro jest to Karta STAŁEGO pobytu! Sprzedajcie dom w Polsce, zamieniacie otrzymaną gotówkę na dolary. Jeśli Wasz dom lub mieszkanie było w miarę cenne, w USA kupicie sobie za zieloną gotówkę jeden z 2milionów czekających na Was domów. Albo po wyrobieniu sobie amerykańskich dokumentów, założeniu konta w banku, z odpowiedniej wysokości 1szą wpłatą, możecie kupić coś na raty (miesięczna rata 30letniego kredytu jest w USA zazwyczaj o połowę niższa niż koszt najmu danego domu).

Pracy... nie ma. Bez znajomości (nie tyle angielskiego, co kogoś, kto nas komuś poleci do roboty) nie ma jej jeszcze bardziej. W ośrodkach polonijnych jest praca bez znajomości języka angielskiego - sprzątanie domów, biur, dorywcze pilnowanie dzieci lub całodobowe pilnowanie starszych osób - dla kobiet, budowy, fabryki czy zakłady mechaniczne dla mężczyzn. Zarobek 50-100$ za kilkugodzinne sprzątanie domu czy 100-150 za całodniową opiekę nad dzieckiem lub całodobową nad staruszkiem. Budowy - można chcieć te 15$ za godzinę, ale jak ktoś dostanie na rękę 100-150$ za dzień pracy, to niech się BARDZO cieszy.
Majątek? Nie majątek.. Ale jak za te 100$ możecie zatankować auto do pełna i to dwukrotnie, co w Polsce kosztowałoby Was połowę pensji - zrozumiecie siłę pieniędzy, którą w USA zarabiacie. I już nigdy, przenigdy nie będziecie chcieli tankować swojego autka w Polsce!

A co do wizyty w Ambasadzie, gdy już poznacie wyniki Loterii Wizowej DV-2013 i okaże się, ową kartę wygraliście - będziecie musieli się zjawić w Ambasadzie USA w Warszawie lub konsulacie w Krakowie. Proszę Was, nie płaszczcie się przed tym panem konsulem. Ameryka nie jest już niebem na ziemi, by składać przed nim ręce, jakby był on świętym Piotrem wpuszczającym do Raju. Rzygać się chce i mi, i pewnie i jemu, gdy widzi, że cała, polska rodzina podchodzi do pancernego okienka za którym on siedzi, jak do Sułtana czy Króla. Miejcie godność. To jego praca, to czysta formalność, skoro wylosowaliście kartę. Wasze lizanie mu butów jest bardziej podejrzane, niż Wasza obojętność. Ja zjawiłem się tam w podartej bluzie, spocony, spóźniony, było zwykłe: "Hi" na powitanie, i totalne "wdupiemanie" tego kolesia za szybą. I dzięki temu wiedział, że są Polacy mający USA tam, gdzie USA tak naprawdę ma nas...

Welcome to America!

Immigrant Visa Permanent Resident Card Zielona Karta (tył)

1, 2, 3... Dla mnie i większości mojej rodziny od 30lat żyjącej Ameryką, z Ameryki - to jednak... przekleństwo. A dla Was czym będzie?
4. Film ukazujący prawdę o sile amerykańskiego obywatelstwa. Młode Chinki wydają 30tys. dolarów (często są to oszczędności życia i to całych rodzin!) na to, by przylecieć do USA i swoje dziecko urodzić właśnie tutaj. Rodzą, załatwiają skośnookiemu baholęciu amerykański paszport i wracają do Chin... Nie, nie jest to omijanie chińskiego nakazu 2+1... Jest to po prostu najlepsza obecnie inwestycja w przyszłość dziecka. Żadne tam uczelnie, żadna tam nauka języka polskiego, by dziecko rosło w europejskiej oazie ekonomicznego spokoju - Tuskolandii. Nikt na świecie prócz Chińczyków nie wie tak dobrze tego, co ów świat czeka w najbliższej przyszłości...

stany 2011-11-04 05:38:07
skomentuj (90)




Brawo, Panie Wrona!
Rzadko (a tak naprawdę to nigdy!) Polska nie pojawia się w amerykańskich mediach w pozytywnym świetle. Zawsze jest to jakaś katastrofa lub przynajmniej jakaś nasza narodowa fobia. Prezydent Kaczyński zakazał parady równości - Homofobia. Ukradziono tablicę z Oświęcimia - Żydofobia. A tu dziś, no proszę - tak miłe zaskoczenie - Polscy piloci w jakże pozytywnym świetle. Oczywiście pies z kulawą nogą by się w CNN czy w innych amerykańskich wiadomościach tym wszystkim nie zainteresował, gdyby nie był to lot wykonywany z USA, z kilkoma Amerykanami na pokładzie.
No i jak zawsze trafny i odkrywczy komentarz spikerki w wiadomościach Fox2 Detroit zapowiadający materiał z Polski: "Podwozie się nie opuściło, bo samolot stracił elektryczność. Piloci przez godzinę krążyli nad lotniskiem wypalając i zrzucając paliwo. Pasażerowie mogli w ogóle się nie zorientować, że dzieje się coś złego, itd." Tak, spieprzanie od samolotu w tempie czarnoskórych sprinterów wyszło pasażerom tak po prostu spontanicznie. Przecież w materiale filmowym jej koleżanka wyraźnie mówi, że mimo że lądowanie wyglądało na idealne, ludzie w samolocie żegnali się ze sobą tak, jakby za chwilę mieli zginąć. No, ale takie właśnie głupoty wygadywane są codziennie w amerykańskich mediach...

A na marginesie, teraz pilota się wychwala i honoruje, a za chwilę okaże się, że skoro dostał informację o awarii 30minut po starcie, jeszcze nad terytorium USA, to KATEGORYCZNIE nie maiał prawa kontynuować 9godzinnego lotu nad Atlantykiem. Zgodnie z prawem powinien szykować się raczej na długi proces i wyrok (wspaniałomyślnie w zawieszeniu) niż na kilogramy medali i odznaczeń. Wiem, wiem.. pewnie chcieli to naprawić w locie i nawet nikomu nic nie mówić, ale okazało się, że na siedzeniu 2F nie ma dzisiaj pana Daniela i dupa...

Czemu lecieli dalej? Czy prawo lotnicze tego nie reguluje? Nie zakazuje? Czy znów nasz rubaszny prezydent nadając kapitanowi Wronie odznaczenie powie, że polski pilot poleci i na drzwiach od stodoły? Tia... Myślę, że średnia ostatnich lat poważnych wypadków lotniczych w Polsce wyprzedza wszystkie inne kraje, z dzikimi bananowymi republikami włącznie! A pamiętajmy, że to był jeden z najnowszych naszych, LOTowskich samolotów... - 13letni.

Wiem, Panie Janie Kwasiu, że systemy bezpieczeństwa w samolotach są dublowane czy nawet triplowane. Mam kuzyna pilota i zabierał mnie nieraz na oblot tym i owym (ach te dziurawe polskie procedury bezpieczeństwa, ta nieudolna hermetyzacja lotnisk wojskowych przed cywilami, itd..;) Jednak skoro samolot wiozący VIPów ma zgodnie z procedurą zawrócić, gdy zapali się lampka, że w kibelku zabrakło papieru toaletowego, to nikt mi nie powie, że kontrolka o utracie sterowania podwoziem to błahostka z którą można lecieć kolejne 8 godzin. Skoro nie wiadomo, co spowodowało awarię, to się dmucha na zimne! Może to dywersja? Może Amerykanin robiący ogląd samolotu zostawił tam swoją skrzynkę z kanapkami. Może to awaria elektryczna i coś tam iskrzy, wiązki elektryczne zaczynają się grzać i topić? Może to awaria hydrauliczna i płyn zalewa jakieś ważne wiązki. Pilot zdradził się z tym, że miał nadzieję, że to pomyłka, błędny komunikat i się nad Okęciem to wszystko jednak naprawi, a podwozie wysunie... Z tego typu nadziejami rozbija się połowa samolotów... Tym razem pan Wrona znalazł się w tej lepszej połowie...

Czemu nikt z obsługi samolotu nie powiedział pasażerom, by zabrać ze sobą dokumenty? Czemu wielu z nich nie mogło przez to (przez brak paszportów) opuścić Okęcia? Naprawdę wszystko odbyło się wzorcowo? Dlaczego pasażerowie otrzymują swoje bagaże podręczne w plastikowych worach, bo bagaże niby się uszkodziły podczas lądowania. Jeden z pasażerów dobrze to powiedział, że często lata i niekiedy lądowanie na kołach, w pełni sprawnym samolotem jest o wiele bardziej twarde, niż to wczorajsze bez podwozia. Żaden bagaż nie miał prawa się uszkodzić, skoro nikt z pasażerów nie ucierpiał i z samolotu wszyscy o własnych siłach nie tyle wyszli, co spieprzali w podskokach! A zatem... złodzieje z WAS, podobnie jak mnie, okradli i Was! Witajcie w Polsce!

Miał Pan rację, Panie Tadziu, że łatwiej wylądować wielkim Boeingiem bez podwozia z 231pasażerami na pokładzie, niż o wiele mniejszym Tupolewem z kilkoma oszołomami za plecami...
A polskie media proszę teraz o jedno. Dowiedźcie się, jak horrendalne odszkodowanie dostanie od LOT-u każdy amerykański pasażer tego samolotu, a jak skromne lub nawet w ogóle dostaną je lecący tym lotem Polacy. I znów, Polak w swojej ojczyźnie lecący samolotem swojego państwa nie dostanie NIC, a Amerykanin lecący na siedzeniu obok wyciągnie KROCIE za swoje straty moralne. Stawiam, że grubo ponad 100-200tys. $ każdy! Kurdę, za 3tygodnie będę leciał albo tym Poznaniem (jeśli zdążą go naprawić do tego czasu), albo Warszawą, Chopinem, Pułaskim, Słodowską, Sienkiewiczem, Mickiewiczem czy też Słowackim. Oj, aż strach pomyśleć, co się stanie, gdy rozrośnie się flota LOTu a zabraknie pisarzy... Dojdzie możliwość lotu Janem Pawłem II, a może ciągle demokratycznie wybieranym Donaldem Tuskiem? Lechem Kaczyńskim czy "ojcem" Dyrektorem?;)
Trzymajcie kciuki, bym kiedykolwiek miał taką samą przygodę, a na pewno dostaniecie wszystko na cudownych filmikach - mam ich mnóstwo z każdego lotu, ale z racji tego, że chcę jeszcze polatać - nie mogę ich zamieszczać:)

 

1. Yesss, this is it. To pyszczek tego właśnie samolotu, którym czasem latem, a który dzisiaj zarył dziobem w okęciowy pas. Pilot ryzykował lot przez Atlantyk, bo po rozpieprzeniu czy tylko przetarciu go na terenie USA, już nigdy byśmy go nie odzyskali... Podobnie jak smoleńskiego wraku.
2. Niby wszystko się zgadza, ale czemu spikerka zapowiadająca ten materiał myślała, że nikt w samolocie nie zorientował się, co się dzieje? Bo sama by się nie zorientowała, jeśli na prompterze nie miałaby napisane - to jest awaria, zaraz się rozbijemy!
3. Kilka dni po lądowaniu na Okęciu w pewnym programie kabaretowym w USA nabijano się z naszego pilota, że zapomniał że przed lądowaniem trzeba wysuwać podwozie. Polska oczywiście wystosowała ostrą notę protestacyjną. Jakże Amerykanie mają się  "podniecać" lądowaniem pana Wrony, skoro od 2-3lat karmieni są tą reklamą?

stany
2011-11-02
skomentuj proszę tę notkę.


Hiobowe wieści znad grabionych liści...
Grabiąc dziś opadające jesienne liście, by halloweenowe dzieciaki się o nie nie potykały na trawniku przed naszym domem, rozglądając się po osiedlu, że moi sąsiedzi wyszli robić to samo, wzięło mnie na przemyślenia. Obecnie nie mieszkam w condominium w Sterling Hgts., gdzie zajmują się tym wszystkim wynajęci przez zarząd osiedla ludzie, a goszczę w spokojnym, cantońskim osiedlu domków jednorodzinnych. Ja, liściozgrabywacz wyposażony w standardowy zestaw - grabie i gumowe rękawiczki, a moi nowi, amerykańscy sąsiedzi pozbywają się liści jakimiś kosmicznymi metodami - kosiarkami, dmuchawami (elektrycznymi lub spalinowymi), specjalnymi samobieżnymi kombajnami do specjalnych zadań przydomowych, itd. Wszyscy dla siebie mili, wszyscy co spotkanie się spojrzeń uśmiechnięci, wszyscy "Hi" - "Hi, jak leci". Sielsko - anielsko.
Rok czy dwa lata temu prawie wszyscy zatrudniali do tego trawnikowo - drzewne ekipy Meksykanów z ich spalinowymi dmuchawami, odkurzaczami wsysającymi liście i maszynami mielącymi gałęzie, a teraz każdy radzi sobie sam. Patrząc, jak większość z nich to robi, mogłem tylko przewracać oczami ze zdziwienia. Kobieta kosiarką "kosi" betonową ulicę... Facet dmuchawą przedmuchuje po posesji liście, które chwilę później wiatr przegania z powrotem. Inny wysypuje ze zbiornika kosiarki liście do papierowego wora ani razu ich nie przydusił, by te zajmowały mniej miejsca. To, co ja zmieściłem upychaniem w jednym worku, on wsypał do trzech. Pewnie jest ekologiem i żeby liściom nie było za ciasno, układał je wręcz jeden wygodnie obok drugiego.. Grabiąc kolejny jard kwadratowy przypomniałem sobie pewne forum dyskusyjne, na którym rozmawiano o treściach zawartych na moim blogu...

Ktoś zapytał Admina owego portalu, czy prawdą jest to, co ja opisuję tu na blogu. Czy z tych Amerykanów naprawdę są tacy debile? Takie dwie lewe ręce, takie niedojdy techniczne i technologiczne. Czy oni naprawdę nie potrafią nic w domu samemu zrobić?
Hiob, jako sam Bóg Ojciec owego portalu odpisał, że nie. Że przesadzam, że uogólniam, albo że wręcz mijam się z prawdą. Że jest wielu sprytnych Amerykanów, tzw. handyman'ów (złote rączki), a może nawet są także i srebrne nóżki. Że w USA jest po prostu zwyczaj zatrudniania każdego, do wszystkiego. Pani Hiobowa nie lubi sprzątać swojego domu, więc za 100$ zatrudnia do tego Meksykankę, a sama robi to, co lubi - pracuje w szpitalu. Szacun Panie Hiob za to, że nie napisałeś, że Twoja wykształcona medycznie żona pracuje godzinę czy wręcz kilkanaście minut na te 100$ dla Meksykanki, a że zajmuje jej to jednak kilka godzin pracy, którą lubi. A sprzątać nienawidzi, więc przepływ gotówki zarobionej głową w branży medycznej na rzecz pracy fizycznej w branży cleaninghouse'owej musi następować. Hmm.. Nikt nie lubi sprzątać, nikt nie lubi grabić liści (skoro godzinę po grabieniu złośliwe drzewa zrzucają je nam na nowo). Nikt nie lubi samemu podłączać pralki czy przepychać kibelka. Pięknie, że dajecie zarobić imigrantom i innym handymanom. Jednak w mojej, polskiej naturze jest to sprzeczne z ową naturą. Póki mi ręce nie przyrosły do dupy, póki dupa z wygniatania siedzenia w aucie i krzesła w pracy nie jest tak wielka, jak statystyczna amerykańska dupa, ja to wszystko zrobię sam.
5-10 minut bzykania dmuchawami przez Meksykanów to 10-20$. Obejdą dom wokoło, przegonią dmuchawami liście w jedno miejsce czy na posesję sąsiada, który ich usług sobie nie zamówił... Kolejny z nich spalinowym trymerem poudaje, że przycina trawę i pędzą dalej, bo pracują na akord. Za kolejne 10$ owe liście nam wyssą odkurzaczem, byśmy pozbyli się ich na dobre. I tak oto 30$ w 10minut. Poczekałem na ciepły jesienny dzień, wyjąłem grabie, kupiłem 10 worków za 3,76$ i zatrudniłem sam siebie na 35minut roboty. Dotleniłem się przy tym znacznie, spaliłem 140kcal. Mam 34 lata, ważę 75kg i mimo, że nie chodzę na siłownię, nie mam "mułów" to moja zgrabna, zdrowa, europejska sylwetka jest obiektem zazdrości wszystkich tych, którzy jesienią do liści, zimą do odśnieżania, itd., wynajmują specjalne ekipy.
Naprawdę Hiobie lubisz, jak po kuchni czy łazience kręci się smukły, dobrze zbudowany hydraulik, bo Ty nie chcesz sam skalać się wymianą jakiegoś wężyka? Nie czujesz niepokoju, gdy Twoja żona z pożądliwością spogląda na jego spakowane pośladki, gdy ten wypina je, gdy głowę chowa w szafce pod zlewozmywakiem? Nie chciałbyś poczuć dumy z tego, że prócz tego, że nauczasz z ambony, potrafisz naprawić coś dla żony? I tym oto sposobem, także i polskie małżeństwo nauczone amerykańskim stylem życia, wydaje rocznie ok 5tys. dolarów na panią sprzątającą raz w tygodniu ich bałagan. W Polsce wielu nie zarabia tych 5tys. USD rocznie pracując po 8godzin dziennie...

Świat się zmienia i to cholernie szybko. Będący dziś u władzy jeszcze skutecznie kamuflują to, co nas czeka. Za 20lat świat będzie wyglądał zupełnie inaczej. Nie będzie Unii Europejskiej w znanym nam dotychczas kształcie, albo w ogóle jej nie będzie. Nie będzie układu z Schengen. Każde państwo będzie bardzo hermetyczne. Praca będzie dobrem tak luksusowym, że każde stanowisko będzie pilnowane "dla swoich". Każdy zarobiony pieniążek będzie oglądany 2x, zanim zostanie wydany. I nawet najbardziej tępy Amerykanin będzie musiał nauczyć się wreszcie zrobić w domu coś więcej, niż obsługa pilota od garażu i drugiego pilota od TV. Inaczej kolejne miliony domów zostanie odebrane tym, którzy przez swoją codzienną rozrzutność nie mają pieniędzy na raty za owe domy!

Wracając do wynajmowanych robotników. Amerykanie bardzo lubią show. Dlatego mają te swoje idiotyczne Wrestlingi, Monster Car's, dlatego wymyślili te swoje pomponiary na wszelkich zawodach sportowych, itd. Podobnie spektakularnie ma być, gdy wynajmują kogoś do pracy w domu czy przed domem. Wszystko ma iskrzyć, a robota wręcz palić w rękach. W końcu za coś płacą - prawda? Dlatego właśnie grabiący liście Meksykanie robią tymi dmuchawami więcej hałasu, niż porządku. Zdmuchnięte w róg posesji lub na działkę sąsiada liście wiatr przygoni spowrotem zanim jeszcze Mechik zdąży wieczorem zamoczyć spragnione usta w Tequilli. Albo swojego śniadego ElPaso w LaPutinie żony;) Dmuchawy zrobią naszym kwiatom, krzakom, samochodowi więcej szkody, niż pożytku (dmuchawa wypycha powietrze z prędkością ponad 200km/h, więc jak poderwie z ziemi kamienie, wybija szyby, niszczy rośliny, odłupuje lakier z karoserii auta). Ale show jest...! A ja jednak wolę grabie...

Podobny show zrobił mój kolega wymieniający amerykańskiej rodzinie trzy płyty betonu, o powierzchni w sumie około dwóch metrów kwadratowych. Przyjechało sześć samochodów, wysiadło 12 pracowników. Wielki spalinowy kompresor, młot pneumatyczny, betoniarka, piły motorowe, diamentowa tarcza, iskry tworzące się z piłowania stali zbrojenia betonu przypominały ogon Komety Halleya. Amerykanie byli zachwyceni. Mieli pokazówkę, jaką chcieli (i za jaką słono zapłacili). Po godzinie pięć samochodów odjechało (każdy oczywiście dostał dolę za swoją rolę w tym spektaklu), a dwóch pozostałych wykonało resztę roboty, którą sami dla siebie zrobiliby w trzy godziny, w jedną osobę, przy pomocy łomu, młota i betoniarki. A zatem, drodzy rodacy - pozostańcie w USA Polakami i róbcie wszystko sami.:) Bo inaczej każdy będzie robił Was w konia. A nie ma nic bardziej poniżającego, niż gdy Polak daje robić z siebie idiotę przedstawicielowi jakiejś innej sprytnej nacji...

A co do Halloween...
Domy w tym roku były o wiele skromniej przyozdobione, niż zawsze. PoHalloweenowe wyprzedaże były już długo przed Halloween. Dzieciaków też było wyraźnie mniej, mimo, że pogoda porównywalna z zeszłoroczną. I znów jestem zdania, że jest to święto AMERYKANÓW! Nie mamy absolutnie prawa przenosić tego na polskie realia. Święto dla dzieci, a nie dla infantylniejących z roku na rok dorosłych. Wiem, że studenci, młodzież, szukając kolejnej okazji, by mieć wymówkę, by znów napieprzyć się jak bąki - urządzają różnego rodzaju "Halloween party" profanując tym zarówno świętość owego "święta" w USA, jak i wigilię Święta Zmarłych w Polsce.
W Stanach, gdy zostawi się przed domem kosz czy słój pełen słodyczy... dzieci podejdą i żadne nie weźmie ani cukierka. Tak długo krzyczą te swoje "Trick or treat", że albo ktoś wyjdzie z domu i im te cukierki da lub pozwoli wziąć, albo.. odejdą nie biorąc ani jednego cukierka z kupki specjalnie dla nich przygotowanej. Przyszło z 10grup dzieciaków i... żadne nie wzięło. Dopiero, dostały od domowników odpowiedź, że "treat", małe łapki sięgały po coś słodkiego, ale tylko po jedną rzecz. Gdy już zrobiło się naprawdę ciemno, zjawiły się czarne łapki, które wymiotły wszystko... Myślicie, że polskie, małe, białe łapki co by zrobiły...? Może więc niech lepiej nie mają okazji sięgać po te threat'y...




1. Tak amerykańskie gospodynie domowe walczą z liśćmi. Gospodarze często są wcale nie lepsi;) Ja już chyba wolę zgrabić kilka tysięci liści, niż confetti które tak pani z tych liści zrobi...
2. Dziewięć worów pełnych liści, które już nigdy nie wrócą na moje podwórze. Amerykańscy sąsiedzi przez całą jesień będą dmuchawami przeganiać swoje liście z miejsca na miejsce...;)
3. Amerykanie naprawdę mają dwie lewe ręce. Świadczą o tym te rękawice...
4. Wyznacznikiem tego, jak długo (do jakiego wieku) można się bawić w Halloween powinno być to, czy sięga się już do klamki do drzwi, czy jeszcze nie.. Pamiętajcie o tym, infantylniejący młodzi Polacy, ściągający bezkrytycznie głupie amerykańskie wzorce...
5. Biały przebrał się za grubasa. Kieszonkowy kompresor ciągle dopompowywał mu kostium. Czarny przebrał się za... murzyna. Na markowe buty i trendy bluzę było, na kostium... im kostiumów nie potrzeba. A Wam jeszcze jakieś dowody na to, że jednak są... inni?
6. Dla spragnionych większej ilości zdjęć z Halloween, archiwalne zdjęcia z zeszłorocznych obchodów tego "święta";)

stany 2011-11-01
skomentuj proszę tę notkę.


Stiefan, szto on choczie?
Byłem dzisiaj w Rite-Aid. To opisywana już przeze mnie apteko-drogerio-wódkarnia. Wybrałem się tam, gdyż w dobrej cenie mają ultradźwiękowe elektryczne szczoteczki do mycia zębów. Może ktoś chce? Philips Soniccare e. Oddam za jedyne 99zł:)
Sklep znajdujący się w Canton, MI obsadzony był dzisiaj (niedziela) tylko dwoma osobami obsługi. Obydwoje byli Hindusami. Jako, że półkowa cena szczoteczki była inna niż gazetkowa, a dodatkowo za każdy jej zakup zwracają 5$ na specjalnym kuponie, starsza Hinduska miała problem z tym wszystkim. Baha guba fucha gucha - coś tam krzyknęła do młodszego kolegi (może syna?) i ten przyszedł mnie obsługiwać. Angielszczyzna juniora o wiele lepsza niż bulgotanie starszej pani z kropką na czole, więc już wszystko było dla niego jasne (jak moja skóra). Każda nacja, każdy naród, każdy imigrant ma zawsze jakieś słowo, którego wymówić nie potrafi lub nie lubi. Dla większości Polaków jest to "thirty" (trzydzieści), dla mnie jest to pieprzone Massachusetts, a dla Hindusa było to "purchase" (zakup). Jednak wszystko fajnie, miło i szczoteczka moja:) W wielu filmach widziałem zbitę lub wręcz aferę, jaką robi jakiś wkurzony bohater (chociażby Michael Douglas w filmie "Upadek") niegadającemu po angielsku sprzedawcy, a tu, no proszę - sam byłem tego świadkiem
I co mnie zastanowiło, gdy tak sobie stałem przed tą Hinduską? To samo, co często myślę, gdy Arab który potrafi tylko powiedzieć: "One, oł six", zakłada w USA swój interes, jakoś go prowadzi, a nawet sam sprzedaje. Co komu szkodzi, że on nie rozmawia płynnie po angielsku? Że nie do końca kuma, o co go pytam. W Polsce wszyscy gadają w urzędowym języku RP, a często są tak nieuprzejmi, że lepiej żeby zamykali te swoje gęby i udawali niemowy!

I tu odezwał się w mojej głowie gong... Kurna chata! Wyobrażacie sobie, że przyjeżdża do Polski jakiś taki np. Ukrainiec. Dostaje kartę Polaka, bo jego pradziad walczył za Polskę. Po polsku dopiero się uczy mówić i... czy widzicie go w sklepie, w którym albo tylko pracuje, albo wręcz sam wziął go we franczyzę. Kurdę, w Polsce Polakowi "przyjazne państwo" rzuca tyle kłód pod nogi (REGONy, NIPy, PIPy, ZUSy, pieczątki, papierki, zaświadczenia, pozwolenia, badania, książeczki, SANEPIDy, wymazy, kały, szczyny, gluty, itd.), że po przeskoczeniu tych wszystkich przeszkód (samemu, bez pomocy doświadczonego kolegi biznesmena, zaprzyjaźnionego prawnika czy księgowej) polski przedsiębiorca może zapieprzać na najbliższą olimpiadę i przeskoczy samego Siergieja Bubkę (i to bez użycia tyczki!).

Ameryka to jest właśnie państwo, które nie przeszkadza. Masz pomysł na biznes - realizuj. Chcesz rąk do pracy - zatrudniaj. Lato i w Twojej lodziarni robi się za duża kolejka - wieszasz wypisaną ręcznie tabliczkę "HELP WANTED" i zatrudniasz na kilka godzin pierwszą osobę, która się zgłosi, i wygląda na na tyle rozgarniętą, że będzie klientom lody nakładała, a nie chciała osobiście zrobić... Żadne tam książeczki zdrowia, wymazy, szukanie w dupie gronkowca, paciorkowca czy arszeniku. Koleżanka przeczytała takie właśnie ogłoszenie wywieszone na cukierni, rzuciła plecak z którym szła w kąt i po umyciu rąk podawała lody i ciastka. Wolność! Może gdyby na zasiadanie w sejmie też trzeba było mieć aktualną szczoteczkę SANEPIDu, to wreszcie by przestali ludziom grzebać w tyłkach. Przez całą kampanię wyborczą wchodzą nam TAM bez wazeliny, a później grzebią nam TAM, by zobaczyć, jak głęboko ich mamy? Oj, ja BARDZO głęboko, chyba gdzieś tak w okolicy migdałków...

W USA wielu sklepach spotkamy sprzedawców, od których wręcz chce się uciekać. W pobliskim Meijer (takie nasze Tesco) pracuje chłopak, który ma tatuaże na każdym fragmencie ciała, dziury w każdym uchu takie, że może sobie przez nie przełożyć pęto kiełbasy, z kilogram kolczyków w brwiach, w nosie, w wardze, włosy tłuste tak, jakby zamiast szamponu do włosów użył oleju do smażenia, a mimo to stoi na stoisku mięsnym i podaje klientom wędliny. Nikomu jego wygląd, strój, niechlujstwo nie przeszkadza. I wiecie co? Chyba wolę, niech taki niechluj poda mi sałsydż z uśmiechem na twarzy i miłym słowem, niż wycackana lalunia w polskim sklepie coś niemiło sapie z pianą na ustach (bo akurat jej przeszkodziłem w piłowaniu tipsów).

A odnośnie zakupów w Meijer. Zazwyczaj "kasuję się" na maszynie samoobsługowej. Sam skanuję kody produktów, wsadzam wszystko do reklamówek, płacę maszynie banknotami i drobnymi, bo maszyna nigdy się nie dziwi, że skoro mam do zapłaty 17,35$, to po co gdy dam 20$, szukam jeszcze tych 35centów. Przecież 20dolarów wystarczy i kasjer wyda wyświetloną mu resztę - 2,65$. Ale dam Ci 35 centów i dasz mi całe trzy dolary. Ale kasa mi pokazuje, że mam wydać 2,65$. A zatem, by nie tłumaczyć kasjerowi, po daję mu 20,35 - kasuję się na samoobsługówce. I co stało się ostatnio? Wrzucam cztery ćwierćdolarówki i.. maszyna zżera jedną. Nie wpadła ani do niej, ani nie wypadła dziurką do zwrotów! O nie - ja jestem z Polski, z kraju złodziei, jestem na to wyczulony i Tobie się nie dam okraść! - powiedziałem maszynie w kilku zwięzłych słowach w międzynarodowym języku esperanto: "W pizdu, zżarłaś mi kłodra?!" Maszyna jednak nie znała esperanto, nie wiedziała, gdzie leży Polska i nic sobie z tego nie robiła z mojej irytacji. Przyszła pani z obsługi i owe 25centów mi nabiła ręcznie. Nikt nie grzebał w maszynie, by szukać zagubionego Quarter'a, by udowadniać mi, jak to zawsze ma miejsce w Polsce, że to moja wina, że to ja im popsułem maszynę, że to ja chcę ich oszukać na złotówkę czy pół. Pełne, amerykańskie zaufanie do ludzi, ale Wy jednak nigdy nie miejcie 100% zaufania do maszyn! Gdy skanowałem się sam (np. skrzynkę narzędziową), NIKT nie podszedł i nie sprawdził, czy do środka nie nawpychałem dziesiątek narzędzi. Gdy skanowałem wielki pojemnik na śmieci - tak samo. Ciągle panuje tu totalne zaufanie. Myślicie, że jeszcze długo tak będzie...?

stany 2011-10-31
skomentuj proszę tę notkę.


Halloween za pasem - pora podpalić kilka domów...
Jak co roku w noc Halloweenową (ta dopiero za dni) w kilku przydetroitskich miastach spłonie kilkadziesiąt domów. Nie, żeby niezadowolone dzieciaki biegające w przebraniach z "Trick or treat" na ustach, w zemście za brak cukierka paliły sąsiadom domy. To nudząca się dzicz z Detroit rusza do sąsiednich dzielnic, do innych miast i wyrównuje rachunki. Z tymi, którzy sobie wg. nich jakoś na to zasłużyli, z członkami wrogich gangów, czy z dowolnym domem, który się trafi, bo będzie się fajnie "buchał". Ot taka "Devil's night". Że też dzikusi czekają na tę jedną noc.. przecież dla większości nas oni czy przebrani czy nie przebrani wyglądają tak samo nierozpoznawalnie...
A zatem w dniach od 29.10 do 2.11 zakazane jest w stanie Michigan (tzn. chyba tylko w strefie Detroit) tankowanie paliwa do kanistrów i innych pojemników oraz przewożenie ich w samochodzie. Dozwolone są tylko sytuacje awaryjne, gdy wieziemy komuś paliwo, ale wtedy i tak pojedzie za nami policja i gdy jednak wieziemy galon benzyny nie do uruchomienia auta, a by polać nim jakiś dom i podpalić - dostaniemy mandat;) By walczyć z tym procederem możemy zgłosić się do naszego Urzędu Miasta jako wolontariusz, dostaniemy specjalne naklejki na drzwi samochodu, błyskające koguty na dach naszego auta i będziemy w noc halloweenową jeździć po naszej dzielnicy i pilnować. Oj, gdyby mi dali zamiast kogutów, giwerę i pożyczyli na chwilę od Agenta Jamesa Bonda - licencję na zabijanie - żaden dom w strzeżonej przeze mnie dzielnicy nigdy by nie spłonął...;)
Ach ta Ameryka... Co święto, to nowy, świecki zwyczaj. Tym razem łunę ze świeckości owego zwyczaju widać na kilometr lub nawet na milę! Komu dziesiątki lat temu KKK rozpalał przed domem krzyże, ten później rozpala domy krzyżowców...;) Że też byłem tak naiwny, i szkoda mi było tego Kunta-Kinte...

Rok temu dziwiłem się, że dzień po Halloween były już gotowe w sklepach bożonarodzeniowe pierdoły: szopki, choinki, bombki, mikołaje, prezenty i cały ten plastikowy badziew.. W tym roku przeszli samych siebie - jest kilka dni PRZED Halloween, a u nich są już POhalloweenowe wyprzedaże, a w wielu miejscach grają już kolędy...

stany 2011-10-29
skomentuj proszę tę notkę.


To już nie jest ta sama Ameryka.. Nie te same ceny, wysoka inflacja, inni ludzie...
To, że nie są to już te same Stany Zjednoczone, wiedzą i głośno mówią wszyscy. Ci, którzy przybyli tutaj 20-30lat temu mówią, że to jest już totalnie inny kraj, zmienione do nie poznania realia. Ci którzy są tutaj od 10lat, uważają podobnie, mimo, że nie zaznali nigdy tej sielanki w której żyła Ameryka przez poprzednie dziesiątki lat. Nawet ja, który bywam tu od zaledwie 4lat widzę to samo - zmienia się...
Wprawnego obserwatora Ameryka już nie zachwyca tak, jak zachwycała mnie za 1szym razem. Ceny nie są już tak niskie, jak w wakacje 2008, kiedy zawitałem tu po raz pierwszy. Wszystko powalało na kolana, szczególnie, gdy przeliczało się ceny na złotówki, w czasie kiedy to dolar był spekulacyjnie zaniżony do wartości 2,00zł. Wchodziłem do sklepu i byłem w szoku - całkiem niezły 15calowy laptop - 600zł, para Levis'ów 40zł, markowe buty 70zł, puszka Coli 36gr, litr mleka 1zł, litr benzyny niecałe 2zł... O takich cudeńkach, jak nowiutkie, lśniące, BMW3 z 3litrowym silnikiem w cenie kiepsko wyposażonego Golfa 1,4 w Polsce już nawet nie wspominając... To wszystko musiało rzeczywiście rzucać na kolana i być prawdziwym szokiem. Przykuwać i rozkochiwać w Ameryce nowoprzybyłego imigranta tak skutecznie, jak za dawnych czasów... Ale dawne czasy odchodzą do historii o wiele szybciej, niż powinny...
Teraz, po unormowaniu się ceny dolara do tych minimum 3zł/$ przeliczanie wszystkiego na złotówki już nie jest tak korzystne. Ciągle jest tutaj o wiele taniej, ale przecież nie zaciągnę sobie do Polski cysterny czy wręcz tankowca 2x tańszej benzyny, czy nie zapakuję na kontenerowiec mieszkania, które w USA kosztuje o wiele mniej, niż w Polsce.. Nie wyślę kontenera tanich telewizorów, bo są po 1sze na inne napięcie, a po 2gie - obsługują inny system nadawczy.
Prócz tego, że dolar się unormował (chociaż za kilka lat i tak wszystko powinno być rozliczane już w chińskich Yuanach), Amerykę dotyka kryzys, recesja oraz inflacja. Ekonomiści pieprzą o tym wszystkim w tak zagmatwany sposób, że żaden Amerykanin i tak nie rozumie.

Arab prawdę Ci powie...
Wystarczyło mi wczoraj pójść do sklepu prowadzonego przez Araba. Do takiego One Dollar Store, gdzie wszystko jest za 1$. 4lata temu wszystko właśnie za tyle było, ale teraz... teraz za dolara jest już tylko połowa asortymentu, inne rzeczy podrożały do 1,19$ a nawet od 1,49$! Zagadałem więc do Araba, że byłem tu 2lata temu i wszystko było zgodne z nazwą sklepu, a teraz...
- A gdzie byłeś, że tak długo Cię nie było - zapytał miły Arab nienaganną angielszczyzną. Większość z nich, nowoprzybyłych mieszkańców Azji, gdy przyjeżdżają do USA i zakładają tego typu sklepy, potrafią tylko powiedzieć: "łan oł siks", czyli cenę, jaką należy zapłacić za jedną rzecz (One dollar i 6centów TAX). Jak kupimy dwie rzeczy, to pan dwa razy powtórzy "łan oł six, łan oł six", a jak jest dłużej to potrafi już powiedzieć "tu tłelw". Bierzemy zatem sześć rzeczy i słuchamy, jak powie słowo trzydzieści...;-)

Ten pan jednak mówił bardzo poprawnie językowo i bardzo rzeczowo. Wiedział, gdzie jest Polska z której to jestem. Coś nawet po polsku powiedział. Ale po angielsku zdradził prawdę oczywistą - że to wszystko, co się w USA dzieje to prócz tego, że przez oszustów z Wall Street, przez chciwych bankierów, to także przez Chiny. To Chiny zabrały miejsca pracy, napompowały ceny surowców, to Chiny podniosły obecnie dwukrotnie ceny za transport tego dolarowego badziewia do USA. To Chiny mogą teraz wszystko i wszędzie. Wyciągnąć z kryzysu Europę, i nie pogrążyć w kryzysie Stanów.

A jak to się przekłada na statystycznego Amerykanina? Prócz tego, że kredyt na mieszkanie już nie jest już tak łatwo dostać. Tego, że auta nie są już rozdawane prawie że za darmo. Podrożała żywność (już nie da się kupić nigdzie galona mleka za 1,99$ czy 12 wielkich jajek za 0,99$). Już nie ma promocji typu - kup za 500$ laptop a dodamy Ci gratis 22calowy telewizor. Już nie ma promocji: kup jeden, a drugi weź gratis - jak to zazwyczaj udawało się jeszcze rok temu kupować kosmetyki. Wkrótce nastanie narodowa tragedia i cena masła orzechowego ma wzrosnąć o 30%! No i tragedia nad tragediami... opłata za konta bankowe i płatności kartą!
O wprowadzeniu opłat za bankowość będzie osobna notka, bo to wprowadziło w szok Amerykanów bardziej, niż ewentualne zagrożenie przez Al-Quidę...

W kraju niezwykle spokojnych, uprzejmych ludzi zaczyna się spotykać nieuprzejmość. Gdy w Costco (takie nasze Makro) stałem w kolejce tylko z kurczakiem za 5$, dawniej standardem było to, że każdy mnie przepuści. Kas wiele, mi się nie śpieszyło, kolejka do każdej z kas po maksymalnie 2-3 osoby. Tuż przede mną stała ok 30latka z matką. Matka oczywiście, starym zwyczajem proponuje mi: "Proszę skasuj się przed nami, bo my mamy dużo zakupów", na co córka: "Ale już wyłożyłam nasze rzeczy na taśmę".
- No ale on ma tylko jednego kurczaka... - robiąc miłą minę, namawiała córkę wychowana w lepszych czasach matka
- Ale ja już wyłożyłam...

Totalnie nieuprzejma postawa córki, po przetłumaczeniu na polskie realia brzmiałaby: Gdzie się ku$%a pakujesz. Nie widzisz pieprzony kurczakożerco, że byłam pierwsza?
Podobnego zaskoczenia doświadczyłem w Sercretary of State, gdy odnawiałem prawo jazdy. Gdy je robiłem w 2008 roku, nikomu nie przeszkadzały kolejki, gdy rok później kupowałem naklejkę na tablicę rejestracyjną, nikomu nie przeszkadzało to, że musi spędzić 30min. w kolejce. Ale w tym roku... zaczęła się niezła awantura o to, że w informacji, gdzie należy tylko odebrać numerek, stoi uprzejmy pan i miło pyta, w jakiej sprawie przyszliśmy i prosi, byśmy wzięli numerek, jakby nie mógł pójść do jednego z okienek i sam zacząć obsługiwać, by rozładować kolejkę! Pogonili urzędnika do roboty, co jak na realia tu obecne znów zabrzmiało dla mnie jak hitlerowskie: Schnell Polnisch sheisse zu arbait! (nie znam ani słowa po niemiecku, ale zajebiście symuluję;)

Kolega, który odwiedza USA o wiele częściej niż ja, jednak na jedyne weekendowe wypady, jeszcze tego nie zauważa, jednak ja mając więcej czasu na rozglądanie się - widzę...
Amerykę zmarnują teraz już nie wojny kosztujące amerykański budżet biliony dolarów. Nie NASA wystrzeliwująca w kosmos podobne pieniądze jak te, które Pentagon w formie bomb zrzucał na Wietnam, Koreę, Irak, Afganistan. Nawet nie ciemnoskórzy, którzy doją wszelkie możliwe zasiłki socjalne. USA w dawnej formie społecznej zepsują sami obywatele, gdy będą musieli nauczyć się kombinować, omijać prawo, oszukiwać, przestać być uprzejmi, ufni, i zacząć ślepo gonić za czymś, co jest już nie do dogonienia...

stany 2011-10-27
skomentuj proszę tę notkę.


Jesz batonika - dostaniesz mandacika;)
Jak już wiele razy pisałem, USA to duży, geograficznie rozległy, stanowo różnorodny kraj. Rzeczy, które mogą przydarzać się jednym (np. mi w MI.), innym (Wam) wcale nie muszą się przytrafić. W jednym mieście lub stanie można np. rozmawiać przez komórkę trzymaną przy uchu, a w innym nie można za kierownicą jeść, pić, robić cokolwiek innego, niż prowadzenie samochodu, gdyż kierownicę auta wg. przepisów należy trzymać dwoma dłońmi.
Rozumiem, gdy tego typu restrykcyjne przepisy wprowadza jakiś cały stan i jasno o nim informuje np. na tablicach, które widzimy wjeżdżając do owego stanu, gdzie wypisane są ograniczenia prędkości, nakazy jazdy w pasach, obowiązek używania świateł, a piktogramy poinformują nas o tym, co w danym stanie można, a czego nie. Ale co, gdy takie ograniczenia wprowadza sobie miasto? A miasta w USA w aglomeracjach miejskich połączone są tak, że zazwyczaj nie widzi się, kiedy wjechało się do Farmington, przeleciało przez Bloomfield i obecnie porusza się w Troy, gdzie obydwie ręce mają być na kierownicy.

Jednak ja, wiedząc dobrze, że jestem już w Troy i powinienem skupiać się tylko i wyłącznie na jeździe, spokojnie otworzyłem sobie batonik i zacząłem jeść. Pyszny, zdrowy, wysokoproteinowy. Stojąc na czerwonym świetle ochoczo przeżuwałem orzeszki czy z czego on tam jest, gdy tuż obok, na sąsiednim pasie ruchu przystanął policyjny radiowóz. Hmmm... Uwielbiam głupie zakazy i walkę z nimi, ale czy zaryzykować przy policjancie wzięcie do ust drugiego kęsa? A może zakaz spożywania czegokolwiek za kierownicą dotyczy tylko jazdy, a podczas postoju na światłach można sobie coś kąsnąć lub wypić?
Policjant oczywiście jak większość USAńskich COPów twarz ma beznamiętną, jakby przed chwilą wyszedł z gabinetu chirurga kosmetycznego, który przedawkował mu zastrzyki z botoxu. Twarz niby beznamiętna, ale jego oczy... czekały aż ruszę z kolejnym kęsem do ust.. Moja mina też zdradzała, że zaraz chyba zechcę sprawdzić czujność stróża prawa. Przełknąłem wszystko, spojrzałem na leżący na siedzeniu batonik i... na policjanta. Światło się zmieniło, ja pojechałem prosto, on pojechał w prawo. Co by było, gdybym kąsnął - zadawałem sobie pytanie...?

Oczywiście już przymierzając się do prowokacyjnego oderwania rąk od kierownicy, rozgrywałem w głowie scenariusz mojego zatrzymania za to straszne przestępstwo. Niestety nie byłyby to żadne tam polskie - a dokąd to się tak śpieszymy, dokumenciki, prawko, ubezpieczonko, itd. Tutaj policjant pyta, czy wiemy, za co nas zatrzymał i obojętne, czy to wiemy czy nie mamy pojęcia, za co - wlepia mandat.
Jednak ja, po otrzymaniu jednego mandatu (sprawa opisana na tym blogu w grudniu 2009), od razu zacząłbym policjanta przekonywać, że mam hipoglikemię i zawsze o tej porze, niezależnie od okoliczności muszę zjeść coś słodkiego, bo inaczej zasypiam.
- Pokaż mi na to jakiś dokument - zapewne zapytałby, trzymający rękę na kaburze pistoletu policjant.
- Ale ja jestem z Polski i u nas takie dane są w komputerze każdego policjanta. Wy tak nie macie? Oj Wy biedni... - załgałbym, jak pies z nadzieją, że amerykański "pies" okazałby się wyrozumiały;)
- Hmm... No nie wiem... - drapałby się pod służbową czapką policjant.
- No nie badruj mnie Sir Officer, bo zaraz mogę mieć napad śpiączki czy otępienia z racji niedocukrzenia, będziesz musiał na własny koszt wezwać mi karetkę...

W Polsce zazwyczaj w tego typu sytuacjach wystarczy łapówka i można jechać dalej bez mandatów i bez punktów. W USA oczywiście też można przekupić policjanta, ale że ten ma broń zawsze gotową do strzału, a aresztowanie tutaj za byle co to po prostu NORMA lepiej chyba nie ryzykować?;) Można za to udawać wielkiego przyjaciela policji i dotować kilkoma dolarami rocznie Police Department. Dostaniemy za to naklejkę donatora i możemy ją sobie przykleić za szybą. W Polsce nikt normalny nie odważyłby się tego zrobić, bo zaraz kilkunastoletni gówniarze spłodzeni przez pokolenie JP2, a dorastający w czasach JP na 100% by samochód takiego donatora pokiereszowali, ale w USA dobrego wujka policji udaje każdy;) Pomaga to co najwyżej wtedy, gdy zaparkujemy samochód w miejscu do tego dozwolonym, jednak stawiając auto w kierunku przeciwnym do ruchu pojazdów na owym pasie - policjant podjedzie, obejrzy nasz car i widząc naklejkę pojedzie dalej (jak miało to miejsce ze mną w Warren, MI).

A jak mandatów w USA nie płacić prawie w ogóle? Tego dowiedziałem się niedawno... Wujek, chcący mi udowodnić, że jego auto wciska w fotel lepiej, niż 517konny Mercedes mojego polskiego kolegi, zapędził 560KM swojego auta od roboty i... i chwilę później mieliśmy za sobą policyjne koguty. Policja w USA po prostu wyrasta spod ziemi, albo jest zrzucana z helikopterów (jak kiedyś stonka ziemniaczana na pola PRLowskich kartofli). Wujek prędkości dozwolonej może i zbytnio nie przekroczył, ale tu można dostać mandat za rapid acceleration (zbyt szybkie przyśpieszanie). A zatem ja, zasmucony tym, że to przeze mnie, przez moją chęć przekonania się, że można taką "krową" przyśpieszyć do setki szybciej niż w 4,6sekundy, zacząłem mieć wyrzuty sumienia, że przeze mnie wujek dostanie mandat i punkty.
- Don't worry, zaraz zobaczysz jak to się robi...- powiedział spokojnie uncle John.
Policjant podszedł do nas, poprosił o dokumenty i dostał je w kolejności - prawo jazdy, dowód rejestracyjny i... karta klubu 100. Pięć sekund później oddał wszystko wujkowi z życzeniami: bezpiecznej drogi Panie Kovalsky!
Czym jest karta The One Hundred Club? Jest to klub zrzeszający ludzi składających się na fundusz rodzinny amerykańskich policjantów i strażaków. Gdy Policeman czy Firefighter ginie na służbie, a czasem i poza służbą, z pieniędzy zebranych w owym klubie finansowana jest dalsza nauka dzieci policjanta, pomoc dla wdowy, spłacane są raty za dom, by rodziny nikt z domu nie wyrzucił, itd. Przynależeć do klubu może każdy i to już za symboliczne 200$ rocznie, a zasilając ów fundusz sumami poważniejszymi, nazwisko donatora wybijane jest na tablicy, którą codziennie mija na posterunku każdy policjant i... Mr. John Kovalsky też ma tam swoją tabliczkę, dlatego na michigańskich drogach można mu trochę więcej, niż innym... Ciekawe, czy tak jak mi, Troy'owskiemu batonikożercy;)

stany 2011-10-25
skomentuj proszę tę notkę.


No i kolejny rok na karku...
Dziękuję, moi wierni Czytelnicy:) Przeszliście moje najśmielsze oczekiwania! Oczekiwania i nadzieje odnośnie tych wszystkich życzeń, motywacji do dalszego pisania, itd. W komentarzach i na mailu pojawiło się Was (moi wirtualni znajomi) więcej, niż pamiętało o mnie moich znajomych z tzw. reala. Tak to jest zaufać w urodzinowe podpowiedzi szeptane przez Naszą Klasę, FaceBooka, itp. serwisy. A ja postanowiłem zabronić Naszej-Klasie, Skype'owi i GG informowania moich znajomych o rocznicy moich urodzin. I wreszcie mam spokój od tych wszystkich nic nie wartych "życzeń", składanych przez Ctrl+C i Ctrl+V;) Zróbcie to samo z utajnieniem daty Waszych urodzin, a wtedy okaże się, kto pamięta naprawdę, a kto ma Was głęboooko w... sercu;) A najlepiej zmieńcie datę na jakąś zupełnie inną i czekajcie, aż Wasza najbliższa rodzina (z rodzicami włącznie?;) złoży Wam życzenia w tym wymyślonym dniu...

W USA dzień urodzin determinuje wiele rzeczy. Prócz tego, że po osiągnięciu 21lat można już naprawdę wszystko (chodzić do barów, kupić alkohol, włóczyć się po nocach bez obawy, że z aresztu będą nas musieli odebrać rodzice, itd.), to dla dorosłego obywatela USA dzień urodzin to także obowiązki.
Auto jest w USA ubezpieczone do dnia urodzin jego właściciela. Tak samo jest z prawem jazdy, które raz na 4lata trzeba odnawiać, bo jego ważność kończy się właśnie z dniem urodzin. A zatem, jako prawowity Permanent Resident Stanów Zjednoczonych swoje prawko odnowiłem już na tydzień przed upływem jego ważności (motywuje do tego także i cena, jeśli zrobimy to do dnia urodzin - 18$, jeśli już po urodzinach - 25$;)

Odnawianie prawa jazdy.
Kilka tygodni przed urodzinami przychodzi do domu list, że dnia tego i tego nasze prawko straci swoją ważność. Możemy je odnowić na dwa sposoby:
1. Można pojawić się w Secretary of State i po wypełnieniu niezobowiązującej karteczki na której podamy nasze dane, nasz nr SSN, oświadczymy, że w ciągu ostatnich 6miesięcy, nie zmienił się znacząco nasz stan zdrowia i zdolności motoryczne, nie pojawiły się kłopoty z widzeniem, nie latają nam przed oczami białe myszki, itd. A może w międzyczasie zdecydowaliśmy się oddać jakieś nasze narządy do przeszczepu w razie wypadku? Możemy to zaznaczyć i dostaniemy nowe prawko oznaczone serduszkiem donatora narządów.
Pani urzędniczka poprosiła mnie, bym zerknął w maszynę do badania wzroku - przeczytałem 5 literek, zauważyłem migające po bokach okularów światełka, zapłaciłem 18$ i mam czekać w domu na nowe prawko, które przyjdzie pocztą w terminie do trzech tygodni.

2. Odnawianie przez internet. - Halloooo!? Jest tam kto? To ja, Mariolka...
Oj, już widzę oczami wyobraźni akcje, gdy ledwie turlający się po domu dziadek bierze wnuczka internautę na kolana i siadają przed komputerem. Wnuczek klika dane dziadka na stronie internetowej Sekretariatu Stanu, zaznacza, że dziadek jest sprawny jak szwajcarski zegarek, a wzrok ma ostry jak lornetka Carla Zeissa, przelewa 18$ na konto urzędu i... i dziadek może dalej spokojnie już powodować wypadki, rozjeżdżać przechodniów, czy parkować samochód w centrum sklepu, a nie na parkingu przed nim...;)

A zatem raz jeszcze DZIĘKI moi Czytelnicy za pamięć!:) A może jeszcze mogę prosić o reklamę bloga wśród znajomych? O polubienie na FaceBooku? Ot, taki mały prezent pourodzinowy... Tak, by CIA oglądało moje zdjęcie tu zamieszczone jeszcze częściej... W podzięce za to wszystko, coś na rozweselenie. Jeśli jest Wam smutno, macie ciężki dzień i rogal wyrósł Wam tego dnia do dołu, to zapraszam do statystyki bloga i do lektury zapytań, jakie wpisywano w Google, by tu trafić. Czasami przewracam się ze śmiechu. A zatem nowa rubryka:

Zapytaj Google, a Stany.blog.pl odpowie...

Czy w restauracji można wieszać krzyż na ścianie?

- Tak, można, ale trzeba będzie zatrudnić selekcjonera, który nie wpuści do owej restauracji Janusza Palikota, ani żadnego z 40 posłów jego partii, a najlepiej także i żadnego z 1,4mln wyborców głosujących na Ruch Palikota;)

Czy można nosić slipy z amerykańska flaga w USA
- Tak, można, ale należy uważać, by nigdy się nie wypróżnić bez wcześniejszego zdjęcia tychże slipów. Nie można tego robić zarówno formą płynną, stałą ani nawet gazową, by nie zostało to uznane za olewanie Ameryki, sranie na nią, czy za atak gazowy... Cholera, a co będzie, jak się sleepki wpiją między pośladki? Że ma się USA w dupie?!;)

Co się stanie gdy wleję majone paliwo do malucha?
-
Pewnie maluch postoi przez cały październik, listopad, grudzień, styczeń, luty, marzec, kwiecień i dopiero w maju odpali - skoro paliwo majone?;) Dawniej mówiło się, że paliwo się "chrzci", ale pewnie właściciel owego Malucha jest z Ruchu Palikota?;)

Pomoc polska dla USA w czasie kryzysu
- WHAAAT?! Echo śmiechu w siedzibie Google (w Kalifornii), gdy padło to zapytanie do ich wyszukiwarki doleciało aż do Michigan! To głupsze, niż zapytanie zespołu Naszej Klasy, kiedy usuną śledzika!

Forum Polaków z u.s.a potrzebują wrócić do Polski.
- Gdyby POlacy w USA częściej oglądali POlską telewizję (chociażby TVN), to już dawno POlskę zalała by fala uciekinierów z hAmeryki. Pewnie w ślad za Polakami przyjechaliby do RP wszyscy Meksykanie, Hindusi, Pako, Bangla i cała kolorowa reszta. Przecież Polska to zielona wyspa na globalnej mapie kryzysu. Przecież polski premier wspomógł Grecję 1mld Euro. Przecież co chwilę TVN pokazuje, jak Polacy mieszkający w USA muszą przenosić się do szałasów w lesie, bo ich kryzys tak przegonił z ich niespłaconych willi. A ostatnio nawet straszą, że urząd imigracyjny zatrzymuje autobusy i robi z ewentualnie znalezionymi w tych autobusach nielegalnymi pasażerami rzeczy o wiele gorsze, niż Gestapo w okupowanej Warszawie pasażerom bez napletka na członku... Tak, tak - pierdu, pierdu.. tzn. fartu- fartu...

Z jakich bulem Amerykanie robią kanapki
- Bulem? Bólem? Bułek? Jeśli z bólem, to najczęściej z bólem karku po źle przespanej nocy. Albo z bólem krocza, po przedawkowaniu Viagry. Jeśli z bułek, to najczęściej z takich obrzydliwych, z czegoś, co tylko z nazwy przypomina pieczywo, co może przeleżeć poza lodówką przez kilka m-cy i się nie zepsuje i kosztuje 1$ za 8szt.

Algorytm pozbycia się bólu placów
- Pleców czy palców? Bo totalnie zdurniałem. Polski jednak trudna język! Jak palców - to Control + Alt + Delete - wszystko naciśnięte w jednym czasie jednym palcem. A jak bólu pleców, to to samo zrobić lewą łopatką.

Gdy ziemniaki zaczynają się gotować - zmniejszamy pod garnkiem gaz
- Nie! Dzwonimy do gazowni, żeby odcięli gaz w całej dzielnicy!

Dupy polskie do wynajęcia Anglia
- Jeśli dupa wołowa, to określ stawkę (niezbyt wygórowaną) i wystaw się do wynajęcia.

Co trzeba kupić jeżeli nie mogę wybudować pasa startowego na lotnisku na nk
- Spadochron? Albo przynajmniej kieszonkową wersję Koranu...;)

Pobierańe gier darmowych z zabijanię i z krwią
- Pobierz najpierw słownik języka polskiego. Później go przeczytaj (cały!). Jak skończysz, to przeczytaj jeszcze raz. I znów, a nie jakieś debilne gry będziesz ściągał! Krew to pewnie zalewa Twoją polonistkę! A tak na marginesie już zanotowałem Twoje IP (178.216.137.15) i wkrótce, jak nie przeczytasz całego słownika 10x, zawiadomię najbliższą komendę policji, stację krwiodastwa i psychiatryk!

Dane o dostarczonych burakach
- O widzę, że chyba ktoś szuka wyników wyborów do sejmu 2011? Wg. danych Państwowej Komisji Wyborczej, buraków s PSL ubyło na rzecz buraków z pozostałych partii..

Dlaczego mruga mi tłumaczenie strony o wizę
- Bo Ameryka już zaczęła mieć na Ciebie oko i póki co zalotnie do Ciebie nim mruga? Ale wypełnij wniosek do końca, to przestanie...

Jazda po pijaku a wiza do USA
- Daruj sobie wizę do USA i zafunduj sobie odwyk. W USA za złapanie na jeździe po pijanemu, wystarczyłaby Ci jedna w noc w celi, byś się z alkoholizmu szybko wyleczył... Nie, że policja brutalna... Po prostu DUŻY czarnoskóry współwięzień traktując Cię jako nietkniętą dupną Świeżynkę skutecznie popsułby Ci zwieracze... A i do ust byś długo nie mógł niczego wziąć...

Który adres w w Polsce czy USA podawać na loterię
- Jeśli loteria typu Lotto czy MegaMillions to w Polse, bo w Polsce jest 10% podatek od wygranych, a w USA ok. 50%;)

Zarobki Stany Zjednoczone kapłani
- Oj to jest temat rzeka. Jeśli są to kapucyni, to zarabiają całkiem dobrze, bo kontemplując ze swoim "kapucynem" sam na sam (niektórzy nazywają to trzepaniem owego kapucyna), nie wydają ani dolarka na różnego typu kochanki czy odszkodowania dla molestowanych dzieci...
A tak poważnie, myślałem, że służycie Bogu a nie mamonie, więc do piekła z Tobą za samo takie pytanie!

Co dostaniemy za darmo w Nowym Jorku
- Na Brooklynie za darmo dadzą nam po ryju, a w Bronxsie i w Queens kulkę (najczęściej ołowianą z S&W .40)

Bagaż podręczny mrożona sałatka
- Człowieku, nie bój się! Nie umrzesz w locie do USA. Trwa zaledwie 10godzin i na pokładzie dają coś jeść. Sałatkę i tak odbiorą Ci już na lotnisku, więc lepiej ją zjedz w domu i przemyć za granicę w żołądku!;)

Cenę sweterka obniżono dwukrotnie za każdym razem po 12 zł
- A iloraz inteligencji obniżasz sobie sam, szukajac w Internecie odpowiedzi na pytania, na które w moich czasaci odpowiadały tak "z marszu" już 12latki!

Co się stanie jak przytrzymam control i kliknę łapkę?
- NIC, póki trzymasz Control to nic Ci nie grozi. Jak puścisz Ctrl, to wtedy ta łapka Ci odda!

Co trzeba zrobić żeby wbić w papiery ze Seicento waży mniej niż 550 kg
- To proste, przeciąć na pół i zarejestrować Seicento (po włosku - sześćset), jako Trecento (trzysta). Widzisz, co znaczy zadać durne pytanie w debilny sposób? "Wbić w papiery" i zamiast na forum dla złomiarzy trafiłeś do USA! Może przy przecinaniu Seicento na pół weź młotek i wbij sobie do głowy że: Dobrze zadane pytanie już samo w sobie jest częścią odpowiedzi!

Czy w Stanach więcej stanowi ludzi białoskórych czy czarno skórych
- Rozumiem że pyta czarnoskóry?;) Ameryka to nie czarnobiały telewizor, obecnie "kolorowy" to także Meksyk, Arab i ja tak w okolicach słonecznego sierpnia każdego roku...

Czemu jak zgubisz długopis można umrzeć
- I znów Google się zawiesiło! Podobno Donald Tusk zakazał dopalaczy, a tu tak odmóżdżone pytanie!

Czy mogę ładować tabletke z us laptopem w Polsce?
- Tabletkę to Ty chyba wziąłeś przed zasiądnięciem dzisiaj przed komputerem?

Czy można odzyskać źle wydaną resztę po odejściu od kasy
- W USA można nawet po wyjściu ze sklepu. W Polsce często nie można nawet stojąc przy kasie!;) Np. tego 1grosika w Biedronce;)

Czy można wysłać email do więznia w Ohio
- Tak najlpiej do samego naczelnika. Jak z planami ucieczki, to pewnie nawet odczyta to więźniowi na porannym apelu!;)

Czy muszę oddać amerykańskie prawo jazdy jeśli chcę otrzymać polskie
- Oszalałeś? Amerykańskie Ci się przyda, gdy będziesz jechał 300km na godzinę na terenie zabudowanym i... policjanci jak Cię dogonią Kią Creed, zamiast Cię zastrzelić (jak pewnie zrobiliby to w międzyczasie w USA) będą chcieli dać Ci 500zł i 10pkt. karnych. Pokażesz amerykańskie i dadzą Ci tylko mandat bez punktów.

Czy to prawda że w USA jest tak jak na amerykańskich filmach
- Tak, szczególnie jak oglądasz np. "Powrót do Przeszłości". Amerykanie co weekend cofają się w czasie na niedzielny obiad ze swoimi prapradziadkami.

Czy w bagażu podręcznym można przewieść toster
- Można. Dogadaj się z tym kimś, kto kilka pytań wcześniej chciał przewieźć mrożoną sałatkę i załóżcie podniebne Bistro!;)

Co znaczy jeśli w maszynie hazardowej jest zamontowany router
- Że jeśli nikt z maszyną nie gra i jej się wnudzi, to wchodzi ona dzięki routerowi na Naszą-Klasę lub Facebook, a po 23:00 na RedTube?;) Ruter jest po to, by wygrywali za pomocą tych maszyn ci, którzy powinni. Pozdrawiam panie Sobiesiak. Proszę o nowe kody...:)

Co zrobić, gdy ktoś bezczelnie wejdzie przed Tobą w kolejce do kasy
- Pewnie pójść do domu, zagooglać i się dowiedzieć, że należało powiedzieć: "Przepraszam, pan tu nie stał", a jeśli owa osoba nie reaguje na słowo "pan" to: GDZIE SIĘ CHAMIE PCHASZ?

Czy wypada w Święto Zmarłych założyć ciemne okulary?
- Jeśli zmarłemu, to tak - by nie musiał na Ciebie patrzeć.

Czy życie w Stanach wygląda inaczej?
- Inaczej, niż gdzie? Niż w Polsce? Niż w Chinach? Inaczej dziś, od wczoraj? Czy inaczejw Detroit, niż na Alasce?
Jak ktoś nie wie, jaką pracę magisterską napisać, to dysponuję zestawem najgłupszych pytań do Google.

Czym się zajmowali członkowie black eyed peas gdy byli mali?
- Doili mleko od mamy albo od krowy. Jedli kaszki, kleiki, deserki Gerbera, robili kupki w pieluszki i płakali przez większą część dnia. Czasem mieli kolki i wzdęcia. Taboo miał wzdęcia w tonacji A-moll, a Fergie w B-moll

Gdzie można się zgłosić na dojrzałą modelkę w Nowym Yorku
- Poszukiwanie w USA w castingu "dojrzałej modelki" oznacza, że praca dla niej jest w branży XXX dozwolonej w niektórych stanach od 18lat, a w innych od 21. Pewnie trzeba pojechać do Californii lub na Florydę i zgłosić się do panów RealityKings;)

Sex porno pl za darmo z wymowom polskom
- Pewnie to Ty kilka linijek wyżej szukałeś "pobierańa gier z krwiom"? A jak nie Ty, to pożycz od tamtego kolegi od gier słownik i ucz się ucz się. A ja Ci przetłumaczę szybko wymowę obcą na polską: Amerykańskie Ahhh - w Polsce znaczy: Ach.
Fuck me - to po polsku: kochaj mnie / I love Your pussy - w Polsce znaczy - uwielbiam Twoją puszkę (pan jest głodny i mu smakuje gotowanie tej pani) / I tyle w filmach porno jest dialogów. Ale przecież i tak kończysz ich oglądanie tuż po napisach początkowych, więc po co Ci tłumaczenie?;)

Wydoiła mnie 16latka
-
I czym się chwalisz?! Każda nastolatka zamieszkująca wieś, której rodzice mają krowę potrafi ją wydoić. Trzeba się wstydzić, że laska Cię wydoiła jak krowę, a nie ujeżdżała jak konia...;)

Itd, itp. kilkadziesiąt razy dziennie! Dżizys, wolę, jak do mnie trafiacie bezpośrednio, bo widząc rodzaj pytań, sposób ich zdania, składnię języka, którą władają googlający, obawiam się, że nasz naród zaczyna się uwsteczniać. Ale są też pytania bardziej rzeczowe

POWAŻNIEJSZE ZAPYTANIA, więc i poważne odpowiedzi:
- Jak znaleźć pracę w Detroit, MI
Najlepiej kupić czarną pastę do butów (0,99$ w WalMart), pozłacany łańcuch (ozdobny łańcuch za ok 3$ za metr w Home Depot). Pastą wysmarować sobie twarz i ręce, łańcuch powiesić na szyi i... pójść jako... no wiecie, kto... po zasiłek!
A tak poważnie: prócz polskiej prasy Polish Weekly (Tygodnik Polski) i Polish Times (Czas Polski) dostępnej w polskich sklepach w Hamtramck, w Sterling Hgts. i Polskim Centrum Kulturalnym w Troy, a także prócz tzw. "ścian płaczu" znajdujących się w owych polskich sklepach i ośrodkach pozostaje Detroit.craigslist.org, a pełen przegląd polskiej prasy w USA i Kanadzie jest TUTAJ:

Zarobki w USA listonosz
- W Stanach listonosze zarabiają bardzo dobrze. Podobno nawet 40$ za godzinę. Ciężka od listów torba listonosza nie jest nigdy, gdyż pod każdą skrzynkę pocztową podjeżdża on specjalnym listowozem. Obecnie w stanie Michigan, amerykańska Poczta szukając oszczędności - chce albo obniżyć pensje listonoszom, albo nie dostarczać listów w soboty. A jeszcze lepiej zarabiają śmieciarze...

Amerykańskie marki z ubraniami których niedostępne w Polsce
- Victoria's Secret - Oj... gdyby tylko sekret Wiktorii był dostępny w Polsce, przyrost naturalny wzrósłby Polakom przynajmniej dwukrotnie!

Co mi przysługuje jak wyjdę za Amerykanina
- Zazdrość i zawiść polskich koleżanek, sąsiadów. Przysługuje Ci wiza małżeńska i prawo pobytu w USA, skrócona droga ubiegania się o Zieloną Kartę i po 5ciu lub nawet tylko 3ech latach przebywania w USA - Obywatelstwo.

Czy w USA jest ustawa która każe Amerykanom wieszać flagi narodowe na domach?
- Nie ma. To nie Białoruś, ani Kaszuby, gdzie podobno w polskie święta narodowe wywiesza się flagi z Donaldem Tuskiem...

Domy za darmo w Detroit
- Tak, USA w kryzysie buduje piękne domy w Hamtramck i rozdaje je niskodochodowym rodzinom. Zazwyczaj dzikusów, którzy je zniszczą w ciągu kilku miesięcy. Ale potrafią się też na te domy załapać sprytni Polacy i... odnajmować je innym Polakom za pokaźne pieniądze... Ach, Ci nasi sprytni Rodacy...

Wróciłam z Ameryki po 40 latach
- Współczuję. Najtańszy sznur na stryczek kupisz w Nomi - 6,99 za metr...

Okradł mnie posiadacz zielonej karty
- Udaj się do najbliższego Urzędu Imigracyjnego (albo chociaż zadzwoń) i zanim wypełnisz zgłoszenie albo zakończysz rozmowę telefoniczną z nimi, złodziej będzie już w luku bagażowym samolotu do Polski.

Byłam nielegalnie w USA i musiałam wrócić do PL
- Jak w Nomi zabraknie już sznurów, pozostaje Castorama i Leroy Merlin...

Co zrobić jeżeli mam nieważny paszport a w nim ważną wizę do Ameryki
- Bierzesz ze sobą dwa paszporty, aktualny i stary z ciągle ważną amerykańską wizą. Polski paszport (nawet ważny i aktualny) dla Amerykanów jest niczym, świstkiem papieru z dzikiego kraju, liczy się w nim tylko ich ważna wiza (nawet w paszporcie totalnie już przeterminowanym).

USA jak przejść odprawę bez znajomości angielskiego
- Aj dont spik inglisz. Don't szut mi plis - to taki uniwersalny zwrot grzecznościowy - szczególnie jeśli do USA wjeżdżasz od strony Meksyku albo lądujesz na kanadyjskim lotnisku w Vancouver...

Co zrobić z oszczędnościami w dobie kryzysu
Kupować, kupować, kupować... - ale co? Akcje, waluty, złoto, kukurydzę...

Z mojego bagażu wyparowały kosmetyki
- Witaj w Polsce! Reklamacie nic nie dadzą, bo jesteśmy krajem złodziei. Poczytaj sobie o tym mój artykuł o Okęciu i okradaniu bagażu i o tym, jak to wszystko w dupie ma zarząd lotniska.

I setki pytań o Zieloną Kartę i loterię wizową. O to, jaki adres wpisać, jak jest się nielegalnie w USA, czy błysk lampy aparatu odbijający się w okularach na zdjęciu do Green Card może unieważnić podanie, czy można zostać niewpuszczonym do USA, itd. Wkrótce napiszę notkę odnośnie Permament Resident Card, odnośnie realiów jakie tu czekają tych, którzy tę zieloną kartę wylosują. Ale póki co... jeszcze raz dziękuję:) W USA należy serdecznie dziękować za wszystko, co miłe nas spotyka, więc to właśnie czynię moim wiernym Czytelnikom:)


1. Tak się ląduje w Detroit. Póki co, jeszcze nie opanowałem procedury lądowania na tyle, by przejąć stery... Ale kto wie...;)
2. A tak brałem pierwsze lekcje pilotarzu. Wybaczcie muzykę, ale tylko przy takiej potrafię się skupić na manetkach..;)
W 15minut zrozumiałem wszystko to, co stało się w Smoleńsku 2010, a zrozumienie czego Kaczyńskiemu, Maciarewiczowi i całej tej bandzie spotykającej się co miesiąc na Krakowskim Przedmieściu nigdy nie wpadnie do tych ich pustych wydmuszek...

stany 2011-10-20
skomentuj proszę tę notkę.


Chamstwo pani, CHAMSTWO!
Odbierałem dzisiaj moją ciotkę przylatującą do Stanów Zjednoczonych z naszej rzeczpospolitej ojczyzny, więc przywiozła mi ona garść nowin z Polski, jak i ciekawostek z Europy. Co do newsów ekonomiczno - politycznych, to zorientowany jestem bardziej od niej, ale ją zaskoczyły dwie kwestie:
1. Chamstwo, jakiego doświadczyła na amsterdamskim lotnisku...
2. Biznes-klasa w cenie bardzo ekonomicznej...

Ad. 1. Ciotka miała wykupiony w biurze podróży tzw. bilet elektroniczny, więc po wylądowaniu w Amsterdamie powinna sama wydrukować sobie kartę pokładową. Jedni robią to mając wydrukowany w domu ów bilet elektroniczny i jedyne, co muszą zrobić to przyłożyć do samoobsługowej drukarki kart pokładowych kod kreskowy z owego wykonanego w domu wydruku.
Ciotka jest jednak oldschool'owa (tudzież totalnie luzacka) i postanowiła podróżować tylko i wyłącznie z paszportem oraz numerami lotów i rezerwacji. Podeszła do samoobsługowego punktu wydawania kart pokładowych na amsterdamskim lotnisku i... zorientowała się, że zgubiła okulary! Jak ona teraz powklikuje w tę maszynę te wszystkie dane?
Zawołała zatem jakąś obrzydliwą Holenderkę z obsługi lotniska (obrzydliwą zarówno aparycją jak i zachowaniem). Ta, niestety ani urodą nie podobna do Karem Mulder, ani wychowaniem nie podobna do cywilizowanego człowieka, zaczęła zamiast mówić - burczeć.
- No czego nie wiesz? Gdzie wpisać nazwisko?! - warknęła po angielsku Holenderka.
- No wiem, już wpisałam. Ale zgubiłam okulary i nie mogę odczytać numeru rezerwacji.
- No ja też nie mam okularów - odburknęła holenderska idiotka, i odeszła, pozostawiając niedowidzącą małych cyferek ciotkę przed tym dotykowym wyświetlaczem.

Pewnie szmata jest na odwyku...?! – pomyślała ciotka i przybliżając i oddalając od oczu kartę swojego elektronicznego biletu, udało jej się przyZOOMować numer rezerwacji. Europa, kurwa, EUROPA! W USA za takie potraktowanie klienta, petenta czy kogokolwiek, ta tępa raszpla z obsługi wyleciałaby na swój brzydki holenderski ryj prosto na płytę lotniska. Tak to właśnie kończy się krzyżowanie kobiet z holenderskich "okienek" w dzielnicach czerwonych latarni z narkomanami korzystającymi w pełni ze swobód obywatelskich Nederlandów.

Ad. 2. Jak dostać za darmo (tzn. w cenie ekonomicznej) biznes klasę? Ja głupi kupuję ją za horrendalne (w tym przypadku Hollandalne;) pieniądze w Mateusz.Travel, a ciotka.. Ciotka przez tę całą przeprawę z nieuprzejmą francą z amsterdamskiego lotniska swojej rezerwacji dokonała jako jedna z ostatnich osób wchodzących na pokład.. A jako, że zabrakło dla niej miejsca w klasie ekonomicznej, więc... wpakowano ją do Business Class;)
A tak na marginesie - klasa biznesowa w Delta Airlines (36 miejsc) w porównaniu do luksusu LOTowskiej Biznes Class (18 miejsc) jest kiepskim barem szybkiej obsługi porównywanym do luksusowej restauracji w centrum prestiżowej dzielnicy stolicy. A zatem kupując jakikolwiek bilet gdziekolwiek, skorzystajcie z tego wielkiego buttona po prawej stronie bloga...:)

A sam, tak od siebie dodałbym przykład chamstwa do potęgi N-tej.
Podchodząc do maszyny do odpraw, która stoi na warszawskim Okęciu, na starym terminalu wkurwiłem się o wiele bardziej niż ciotka na Holenderkę, niż J. Kaczyński na wyborców, i jak Episkopat Polski na Ruch Palikota i to wszyscy oni razem wzięci, podniesieni do kwadratu (! - silnia). W Warszawie (stolicy Polski), na polskim lotnisku stoi maszyna, która obsługuje pasażerów w językach:
Angielskim
Niemieckim
Rosyjskim
...
Mongolskim
BurkinaFasońskim...

ale nie po polsku! Tak więc wiedzcie, gdzie jest nasze "miejsce w szeregu"... W dupie panie, w DUPIE! Między hemoroidem, a żyłką pierdzącą. Skoro pozwalamy na nasze lotniska wprowadzać maszyny, które nie obsługują naszego ojczystego języka, to bądźmy jedynie tym, czym jesteśmy... tanią siłą roboczą dla tych, którzy władają językami obsługiwanymi na Okęciu...


stany 2011-10-18
skomentuj proszę tę notkę.


Podatek klimatyczny - czyli amerykański ''specjalista'' też potrafi...
Pędząc ostatnio samochodem mojej matki po autostradzie, zauważyłem, że przy prędkości ponad 100km na godzinę, na kierownicy zaczynają pojawiać się dziwne wibracje. Rodowity Amerykanin by się nimi nie przejmował, póki wibracje nie byłyby tak uciążliwe, że aż wyrywałyby kierownicę z rąk, jednak ja, Polak, który z niejednego samochodu koła wyważał wiedziałem, że te wibracje to nie osobliwy urok dziurawości michigańskich dróg, a po prostu źle wyważone opony.
Po dojechaniu do domu obejrzałem zatem dokładnie wszystkie cztery koła i... szok! Trzy opony są jednego rodzaju i wyglądają na całkiem nowe i sprawne, a jedna jest zupełnie inna, jest o wiele bardziej zużyta i wydaje się być u kresu wytrzymałości.
- Co do cholery jest?! Tzn. nie do cholery, a do koła o promieniu 15cali podniesionego do kwadratu?! - wkurzony pytam matkę.
- A no złapałam kiedyś flaka na Van Dyke, zajechałam do pierwszego lepszego warsztatu i facet powiedział mi, że trzeba oponę załatać, albo.. wymienić najlepiej wszystkie na nowe. Tzn. nie wszystkie, a tylko trzy. - wytłumaczyła mi dziwne ooponowanie swojego samochodu matka.

No to pięknie. Jakiś mechaniczny fiut nie dość, że nie naprawił koła, to jeszcze wcisnął kobiecie trzy opony, zamiast, jak to ma miejsce we wszystkich cywilizowanych warsztatach świata - dwie lub cztery (zawsze takie same muszą być na danej osi - ten sam bieżnik, model, a jeśli używane, to tak samo zużyte). W Polsce pojechałbym do faceta z kolegą Grzesiem (większym niż maskotka Michelin) i szybko doszlibyśmy swoich racji, a może i praw, ale tutaj? Tutaj myślałem, że tego typu wałki się nie zdarzają! Matka nie pamiętała, gdzie dokładnie to wymieniała, bo to było już jakieś 2-3lata temu. Aaa... wtedy, gdy była promocja typu - kup trzy opony, a czwartą dostaniesz gratis. A zatem pewnie nieuczciwy mechanik, wciskając każdej nieświadomej klientce kit, że tylko trzy opony trzeba wymienić, każdą 4-tą, gratisową brał dla siebie... I tak oto stał się baronem oponowym!

Zadzwoniłem zatem do pierwszego znalezionego w książce telefonicznej oponiarza i zapytałem, czy ma dzisiaj czas na wyważenie 4 kół i ile to kosztuje?
- TAK, jestem wolny, 12$ za komplet - powiedział pan z zakładu wulkanizacyjnego.
A zatem pojechałem, zajechałem na halę i... i zaczęła się szopka.
- Dzwoniłem przed chwilą. Chcę wyważyć komplet opon w tym samochodzie - zacząłem już na wstępie.

Facet podszedł do auta, pomacał każdą z opon tak, jakby przejeżdżał po rozkosznym kształcie kobiecych pośladków, przymierzając je w wyobraźni do jakiejś wyuzdanej pozycji seksualnej i zaczął nawijać...
- Wiesz co? Wyważenie tutaj nic nie pomoże. Opony są już zużyte, same z siebie tak podskakują na drodze, bo bieżnik mają zużyty i wyważanie nic tu nie da. Radziłbym wymienić wszystkie cztery na nowe... - nieśmiało zaproponował masażysta moich opon.
- Wiesz co. Jestem z Europy, z Polski i trochę się znam na oponach - wystrzeliłem szybko, pewnie i trafnie, wkurwiony tym, że także i z faceta taki durny fiut postanowił zrobić samochodowego idiotę, i.. i nastała krępująca cisza! Po chwili ciszy facet znów obmacał wszystkie opony i diagnoza się zmieniła na taką, że już tylko ta jedna (niezmieniona przez poprzedniego mechanika, inna od pozostałych trzech) opona jest do wymiany. A jako, że wymienia się zawsze parzyście, to najlepsze dwie założymy na przednią oś, gorszą na koło zapasowe, jedną wywalimy i za 191$ da mi dwie nowe opony z wyważaniem i wymianą gratis...
- Przypominam Ci Johny (oczytałem jego imię z plakietki), że JESTEM Z POLSKI! To my robimy w chooja, a nie nas się robi w pricka wiesz? Więc może jednak zejdziesz z ceny? - pojechałem po bandzie z panem od opon. Z ceny nie zszedł... ale powiedział, że w WalMart kupię je za niecałe 100$, a on mi je za te 12$ wymieni i wyważy...

A o co chodzi z podatkiem klimatycznym?
Gdy polski mechanik, budowlaniec, czy ktokolwiek tego typu zorientuje się, że jego klient jest totalnie zielony w dziedzinie, w której usługę sobie zamówił, to zaczyna się rzeźbienie. Umowa na remont domu czy cokolwiek wynosząca początkowo 10 czy 20tys. USD, nagle przy kolejnych aneksach rozrasta się przynajmniej o 50%.
Klient zapragnął wykończenie pokoju czy kuchni w jakimś afrykańskim, rzadkim, drogim drzewie? Nie ma sprawy! Bierze się próbkę owego drzewa, idzie się do Home Depot (takie nasze Nomi czy Castorama), dobiera deskę najbardziej podobną do tego drogiego afrykańskiego drewna. Dobiera się lakier.. Maluje i.. niesie klientowi - jeleniowi.
Panie Smith, oto dwie próbki afrykańskiego baobabu. Którą pan wybiera? Jak "jeleniowi" bardziej spodoba się deska z Home Depot za 5$ + kilka pociągnięć lakierem za kolejne 5$ od prawdziwej deski z Afryki, która kosztuje 10x tyle, to różnica w cenie jest tymże właśnie podatkiem klimatycznym od jeleni.. Że też moja matka, w tym przypadku sarenka dała się tak samo "opodatkować" jakiemuś amerykańskiemu fiutowi...
Teraz już wiecie, że NIGDY nie wysyła się kobiety do mechanika! Bo najchętniej to on by jej chyba chciał sprawdzić poziom płynów czy temperaturę... A jeśli ma zająć się tylko i wyłącznie mechaniką, to wyrzeźbi całkiem niezły rachunek, niewiele robiąc w zamian...

stany 2011-10-16
skomentuj proszę tę notkę.


Stowarzyszenie Polaków którzy wrócili ze Stanów...
Takie zapytanie ktoś wklikał w Google i doszedł do mojego bloga. A zatem, natchnięty niezwykłością tego poszukiwania, opiszę dwa przypadki Polaków, którzy na stare lata wrócili z USA do Polski. Przypadki skrajne, ale dzięki temu dobrze obrazujące to, jak Polska jest postrzegana przez tych, którzy się do niej nigdy nie przyzwyczaili... A dla tych, którzy żyją w PL od lat i już wszystko jest dla nas "normą", wkrótce kolejne podwyżki podatków, akcyz, a może nawet podatek katastralny od nieruchomości, by Unia miała za co wspierać nierobów z Grecji (później z Włoch, Hiszpanii, Portugalii). My zaciskajmy pasa i udawajmy, że jest OK i polska gospodarka idzie w górę, a oni niech się dalej opierdalają, strajkują, i w dupie mają słupki gospodarcze czy słupki POparcia... A zatem szczytu nienormalności, czy dna beznadziei jeszcze w Polsce nie osiągnęliśmy, ale niektórzy jeszcze się nabierają na pieprzenie rządzących, jak bardzo jest w Polsce dobrze. Niestety i tak nie mamy pojęcia, co tak naprawdę się w Polsce dzieje, więc takie Stowarzyszenie Polaków powinno założyć ok. 38milionów naszych obywateli, a nie tylko ci powracający ze Stanów... Nie po to prezes jednego z polskich banków (mimo, że zarabia po kilkadziesiąt tys. zł miesięcznie i swoje dzieci w Polsce na pewno by doskonale "ustawił", chce je jednak wysłać do USA i wyżebrać dla nich zieloną kartę). Coś w tym jest, prawda? Szczególnie, gdy mówi o tym w Parlamencie Europejskim minister państwa, które przewodniczy Unii Europejskiej - mister Rostowski.
Słyszeliście ostatnio o ustawie, dzięki której polski Rząd będzie mógł uznać jakąś kwestię za strategiczną dla interesów czy bezpieczeństwa Polski i nikt, ani dziennikarze, ani politycy, ani nawet dwie przekupki na bazarze nie będą mieli prawa drążyć tematu?! A temat, jaki był ostatnio zakneblowany medialnie to to, gdzie podziało się 3mld Euro z polskiego banku (BGK), którego właścicielem jest Skarb Państwa. Ot, niby pracownik źle coś zaksięgował i zniknęło 13mld zł. Może dzięki temu w roku wyborczym okazało się, że jest kasa i na podwyżki dla nauczycieli i dla pielęgniarek i dla... wszystkich. Bo czy widzieliście ostatnio jakiś spektakularny strajk? A może już poszła pierwsza obiecana przez Tuska transza polskiej pomocy dla Greków? No ale wracając do tych wracających na stare lata z USA do PL...

Rodzina mojego kolegi dorobiła się przez lata pracy w Chicago wielkich pieniędzy. Jedynym ich problemem, który pozostał im na stare lata było to, że gdy wstaną rano o 8:00 to muszą przesuwać leżaki i parasole na wschodniej werandzie ich domu, by nie oślepiało ich słońce, a gdy poleżą w łóżku do 11:00 to nie muszą, bo słońce samo już przejdzie i nie będzie ich raziło. Sączyli winko, podjadali frykasy zakupione w polskim sklepie w Chicago, zimy spędzali w drugim swoim domu na Florydzie, a wakacje na Dominikanie lub w Meksyku i... I coś im odbiło, by to wszystko zostawić i wrócić do Polski.
Miliony dolarów na koncie, więc problem egzystencjalny w postaci - jak dotrwać do 1szego absolutnie ich nie dotyczył. Wybudowali wielki dom w małym (chociaż kiedyś wojewódzkim) mieście wschodniej Polski. Dom wykończony tak, jak na milionerów przystało. Nawet wielki, stylowy stół przywieźli ze sobą z USA, by w nowym domu pozostało coś ze starej Ameryki. Pomieszkali niespełna rok i... Ten kraj nie jest dla nas! A dokładniej: TO NIE JEST KRAJ DLA LUDZI...!

To państwo nie nadaje się do spokojnego życia zarówno dla młodych, jak i starych. Dla bogatych i dla biednych. Dla mądrych i dla głupich. Tu trzeba po prostu się urodzić, wychować, przywyknąć do tej wegetacji i zwiędnąć na stare lata. Albo po prostu umieć kombinować, czego oni w USA nie musieli nigdy robić. A to, że jednemu promilowi czy w porywach aż jednemu procentowi społeczeństwa żyje się "jako tako", to jest tylko potwierdzeniem, że reszcie się wegetuje.
Bo czy życiem można tak naprawdę nazwać to, że większość Polaków pracuje za 400$ miesięcznie (czyli za 4x mniej, niż najgorzej opłacani Amerykanie), a prawie wszystko mamy droższe niż w USA. Paliwa, prąd, gaz, żywność, mieszkania.
Czy normalne jest to, że nie mamy czym jeździć, po czym jeździć, dokąd się śpieszyć, a każdy zapierdala tak, jakby przejażdżka po mieście o dowolnej porze dnia lub nocy była walką o pole position w Formule 1. W USA przez kilkadziesiąt lat nie mieli tylu drogowych zagrożeń życia, co w Polsce po przejechaniu kilkuset kilometrów (pomimo tego, że Chicago i rozbestwieni tam Meksykanie do najostrożniejszych kierowców nie należą). Jednak na pewno nie do samobójców drogowych! W Polsce co chwilę wyprzedzanie z oglądaniem się na amerykańskiego "marudera" (jadącego "tylko" 10-15km więcej niż to dozwolone), a czasem i pokazanie mu międzynarodowego znaku pokoju (wyprostowanym środkowym palcem).
O miejsca parkingowe pod marketami toczy się istna wojna, zero uprzejmości, ustąpienia, uśmiechu. Zaciśnięte usta, oczy szaleńca i kierownica mało nie wyrwana z drążka kierowniczego, by tylko wcisnąć się przed kogoś na parkingu, przed światłami, na każdej zwężce czy wahadle. Miejsca zarezerwowane dla inwalidów pozajmowane najczęściej przez rosłych, pełnosprawnych młodzieńców. Policja jest nie od chronienia i bronienia jak w USA, ale do przypieprzania się o wszystko. O badania techniczne, lampy świecące na wprost, a nie w prawo, o brak europejskiej homologacji na kloszach. W USA auto ma tylko mieć sprawne światła STOPu i aktualny znaczek na tablicy rejestracyjnej i tyle. Jego posiadanie w USA to nie luksus, tylko konieczność. Przecież nie dla szpanu pan Johny z Chicago przywiózł sobie wielkiego terenowego Cadillaca - on po prostu miał go tu od zawsze, nie z racji marki czy prestiżu, a z racji tego, że może do niego zapakować wszystko i wygodnie dojechać do celu. A że spala więcej, niż ciężarówka...? W USA i tak jeżdżenie nim wychodziło taniej, niż w Polsce Seicentem przerobionym na gaz...

Ludzie ogólnie tu tacy nieuprzejmi, zawistni, zadający sobie wiele trudu nie po to, by im było dobrze, ale by rzucić inny, kłodę pod nogi. Baa... nie tylko ludzie, ale i całe państwo i jego biurokratyczna machina!
Wulgaryzm goni wulgaryzm na ulicach, na chodnikach, w rozmowach ludzi na ulicach, wśród gówniarzy, w ustach polityków - państwo patologii językowej. Zawiść, chamstwo, złośliwość. Wszystkie urzędy w hiperbiurokratycznym państwie okolejkowane bez możliwości załatwienia czegokolwiek przez telefon czy internet. Urzędnicy nieuprzejmi. Petent czuje się intruzem. W USA też są urzędy i konieczność chodzenia do nich, ale tam przynajmniej wszystko jest z uśmiechem, a nie z oburzeniem, że petent będący w tym urzędzie 1szy raz nie wie, gdzie ma iść, jaki druk pobrać, jak go wypełnić. Uśmiech urzędników (szyderczy) pojawia się jedynie wtedy, gdy pan Johny przekręci jakieś polskie słowo.
Płatne reklamówki w sklepach, "Hurry Up, HURRY UP!" zdają się krzyczeć kasjerki w markecie i każdy klient w kolejce. Zakupów nikt nie pakuje (no prócz Auchan), wózki marketowe z kaucją, a jak po odprowadzeniu wózka zapomni się wyciągnąć złotówkę, to ta chwilę później jest już zaje... znika. Prawo do zwrotu towarów to w Polsce jakiś mit, w USA można oddać wszystko, nawet jeśli to używaliśmy i przestało nam się podobać, a w Polsce nawet nieużywanej rzeczy z nieotwartego opakowania nie chcą przyjąć.

To narzekanie wszystkich i na wszystko. Żadnego tam amerykańskiego, "Don't worry, be happy!", "Head Up!", "Good for You", tylko polskie odpowiedniki stanu rzeczy: "O kurwa!", "O ja pierdolę!", "W pizdu!". Wszędzie zamiast pocieszenia i przytulenia, kop w jaja i nóż w plecy. No i wszechobecny krzyż na drogę. Ten sprzed pałacu największy...

Włącza się TV i tylko ryje, ryje, ryje - te oderwane niedawno od chlewa i te dorwane do koryta. Zero tzw. newsów z dupy, o niczym, rozweselających czy rozładowujących napięcie. Zero humoru. A humor w polskich programach satyrycznych (typu Szymon Show, to nieudolna kopia tego, co już dawno widzieli u Jay Leno). Polscy politycy wciskający amerykańską kiełbasę wyborczą. Nie dziwne, że pan Johnemy od razu musiał wziąć większe dawki leków na ciśnienie. Tylko krew, wojny, podwyżki, kryzys. W USA, teoretycznej kolebce tego całego kryzysu nie gada się o nim tyle, co w Polsce. Nawet niedołężne emerytki zioną agresją, i naparzają parasolkami, gdy ktoś im chce krzyż sprzed Pałacu zabrać. Tu po prostu nie da się obejrzeć 15minutowych wiadomości, by nie łapać się co chwilę za serce!

A rozchorować w Polsce się można patrząc na same kolejki u lekarzy. Płacąc za wizytę prywatną, lekarze mający się za gwiazdy medycyny są szorstcy jak bruk na który powinni być wypieprzani z tych swoich gabinetów. W USA pacjent może czuć się jak obiekt szczenięcej miłości nastolatków. Lekarz lata wokół pacjenta jak pies za suczką, pyta jak sługa sułtana w czym jeszcze może pomóc, jak ulżyć w bólu, a w Polsce dwa burknięcia na krzyż i 100zł się należy, bo w kolejce tego typu pacjentów ma kilkunastu.
Itd. Itp. Codziennie, dozgonnie. A by zgon nastąpił o kilka lat później, niż zapewne nastąpiłby w Polsce, Chicagowcy postanowili wrócić do USA.

Sprzedali dom jakiemuś miejskiemu cwaniaczkowi, który wykupiwszy kilkadziesiąt hektarów, jedyne co na swoich ziemiach robi, to patrzy jak mu rośnie ekologiczna łąka za której doglądanie bierze od Unii kilkadziesiąt tys. zł rocznie. W USA nikt nikomu nie płaci za patrzenie, jak mu trawa, łąka, oset czy orzech włoski rośnie. Za to jego patrzenie i liczenie setek tysięcy złotych dotacji przyjdzie zapłacić nam wszystkim w wyższych podatkach. Nie ma nic za darmo - Ameryka się już o tym przekonała, Europę czeka tego typu pobudka o wiele bardziej dotkliwa.
- Jak pan chce, możemy panu zostawić ten piękny stół. Kosztował 30tys. USD, a my oddamy go panu za 20tys. PLN - zapytali na odjezdne Chicagowcy.
- A pooo cooo mi taki stuł - zapytał z wiejskim akcentem nowy właściciel domu. Jóżem tu ło, w sklepie na rogó zamuwił pikne meblie z płyty pilśniowej
A zatem bogaci Chicagowcy zapakowali do wynajętych kontenerów zarówno ów stół jak, jak i samochód oraz resztę swoich rzeczy i odesłali sobie do USA. Nie wzięli nic z zakupionych w międzyczasie rzeczy w Polsce, by im nie przypominały tego błędu, jakim była próba powrotu do Ojczyzny..

Przypadek drugi.
Polska 60latka mieszkająca legalnie od 30lat w USA, gdy zmarł jej mąż (także z pochodzenia Polak), postanowiła wrócić na stare lata do Polski. Znów kwestia tego, że Polska jest cholernie drogim krajem nie miała znaczenia, bo pani przez długie lata pracy w USA zgromadziła pokaźny majątek. Za grubo ponad 250tys. USD kupiła dom w dużym mieście zachodniej Polski. Urządziła go pięknie, trochę po polsku, trochę po USAńsku.
Przyzwyczajona do codziennych porannych spacerów (dla zdrowia), zauważyła, że prawie nikt nie odpowiada na jej "dzień dobry" do mijanych na ulicy ludzi. A sąsiedzi wręcz kpili, że taka "stara", a co ranek dżoginguje, teraz u nas jest modny nordic walking, jogging jest dla idiotów. Gdy podczas porannych spacerów czy normalnych przechadzek starsza pani witała ludzi z daleka uśmiechem lub przynajmniej przyjaznym kiwnięciem głowy, oni reagowali zdziwieniem, czy wręcz agresją wyrażaną nieprzyjazną miną, że jakaś starucha przeszkadza im w codziennej dawce samoumartwiania się.
Gdy okazało się, że w całej najbliższej okolicy nie może znaleźć żadnej normalnej koleżanki w swoim wieku, nikogo nie może zaprosić na cotygodniową partyjkę gry w karty (specjalnie urządziła w celu karcianych spotkań jeden pokój swojego domu, ustawiła w nim zabrany z USA specjalny do tego typu gier stół), bo 60latki w Polsce rano siedzą w przychodniach lekarskich, przez cały dzień słuchają Radia Maryja, a wieczorową porą przesiadując zazwyczaj w kościele, albo już śpią, bo prąd drogi, a świecenie światła po nocach to marnotrawstwo i kataklizm dla ich emerytalnych budżetów. W sklepach chamstwo obsługi, a czasem wręcz agresja. Klient, szczególnie starszy, powolniejszy w wykonywaniu wyboru tego, co chce kupić - czuje się intruzem. Na ulicach, w polityce to samo - agresja i dzikość zwyczajów. W USA ekspedientki często mają więcej lat, niż owa 60letnia pani z USA. Panuje szacunek do wieku, a w Polsce każdy staruch czuje się jak jakiś wrzód narodowy, jak ciężar dla młodego społeczeństwa. Ma ulgowe bilety, należy im ustępować miejsca w środkach komunikacji miejskiej, swoimi ciągłymi problemami wieku starczego wyczerpują limity w przychodniach, itd. W USA ta 60latka czuła się za kierownicą pewnie i bezpiecznie, w Polsce boi się jeździć nawet jako pasażer z doświadczonym taksówkarzem. Itd. Itp. Pewnie gdyby owa pani miała 700zł emerytury i przez cały miesiąc zastanawiała się, czy jak kupi leki, to wystarczy na czynsz. Czy jak kupi do przecenionego, czerstwego chleba jakąś pasztetową, to wystarczy jej jeszcze na masełko, to by nie miała amerykańska emerytka czasu narzekać na zasmuconych przechodniów, na niemiłą obsługę w sklepach, czy na pustkę w jej pokoju do gier...

Dom w Polsce stoi gotowy do sprzedania. Na zimę pani wróciła do przyjaciółki do Kalifornii. Jeśli na wiosnę 2012 zatęskni do Polski, to wróci i spróbuje dać swojej dawnej ojczyźnie jeszcze jedną szansę... Myślicie, że wróci...? Nie sądzę...
Czy w Polsce jest tak źle? Mi jeszcze naiwnie się wydaje, że nie jest... A Wam?



1. Prócz pięknego domu za 1,2mln zł, polskich sąsiadów chicagowskich imigrantów irytował także wielki, terenowy Cadillac Escalade. Sąsiedzi i ich dzieci gnieżdżą się co niedziela na tylnim siedzeniu Poloneza Caro 1998, a Johny z Chicago jeździł na codzień samochodem, do którego bagażnika spokojnie można zapakować (i to bez poćwiartowania!) autora tego bloga. Wzróćcie uwage, że z przodu znajdują się TRZY RZĘDY pełnowymiarowych siedzeń! I jak tu nie zazdrościć takiej "stodoły na kołach";)

stany
2011-10-13
skomentuj proszę tę notkę.


Północ Michigan... - dwa światy.
Tak, jak jakiś zagraniczny turysta zabrany w Polsce na wycieczkę do Sopotu czy do Zakopanego może powiedzieć - jak w tej Polsce pięknie. Jakie cudowne mamy morze (góry), jaka urocza przyroda, jakie luksusowe i drogie auta na ulicach, jakie piękne kobiety... Jakie wysokie ceny wszystkiego i jakie problemy ze znalezieniem miejsca parkingowego...
Odwożąc ciotkę do jednej z miejscowości nad jednym z malowniczych jezior północy stanu Michigan mogłem na własne oczy ujrzeć to, jak Ameryka się zmienia z mili na milę... Jadąc w kierunku Detroit, z mili na milę robi się coraz gorzej, straszniej, ciemniej - nawet jak jedzie się w południe słonecznego dnia...
Gdy jednak obierze się kierunek oddalający nas z każdą milą od Detroit, zaczyna robić się coraz jaśniej, coraz bezpieczniej, przyjaźniej, powolniej, wręcz jakby filmowo - tak, jak to znamy z filmów drogi o USA. To niewiarygodne, ale nawet przyroda potrafi cieszyć się tym, że przyszło takiemu drzewu czy krzakowi wyrosnąć nie w niebezpiecznej dzielnicy Detroit czy Pontiac city (które to okolice przypominają zarówno dla ludzi jak i dla wszystkiego, co tam żyje getto), ale na wolności. Na północy nawet drzewa rozkwitają na wiosnę, a na jesień więdną zupełnie inaczej, szczęśliwiej, kolorowiej, niż w szarym Detroit. Zwierzęta też jakieś szczęśliwsze - szczególnie jelenie wpadające co chwilę pod samochód. W Detroit bałyby się wyjść z okolicznych lasów i pojawić się w okolicach prawdziwej miejskiej dżungli, gdzie zerwana ze złotych łańcuchów "dziczyzna" porusza się na dwóch nogach zaopatrzonych w markowe, białe buty...

Daleko od Detroit, które to miasto jest lepem na wszelkiego typu "muchy", na terenach, na których trzeba po prostu pracować, by się utrzymać, a nie wyciągać czarną rękę po zasiłki rządowe czy stanowe, tych takich "wyciągających" nie ma po prostu wcale! Nie widać ich na ulicach, nie widać ich w samochodach, czas jakby się cofnął do czasów przedniewolniczych... Dlatego domów można tam nie zamykać, dzieci i ludzie chodzą spokojnie po ulicach, itd, itp.

Dlatego tak, jak ciągle jest to jednym z mott tego bloga- Ameryka jest tak różna, tak zmienna, losy i dzieje wszystkich tych, którzy się tutaj znaleźli mogą się od siebie tak różnić, że opowiadając o Stanach można w słuchających (czytających) wzbudzić uczucie, że mówimy o dwóch różnych krajach! Przedmieścia Detroit? Dla jednych to piekło, gdzie tylko "ciemność, CIEMNOŚĆ widzę!", brud, strach, ubóstwo, podczas gdy 10mil dalej wszystko piękne, czyściutkie, domy warte miliony, a auta setki tysięcy dolarów.
Żaden inny kraj świata nie gwarantuje tego typu zmienności. Rosja, Moskwa, Indie, Dehli... - zapewne tam są podobne różnice, ale nic nie zmienia się tak szybko, jak w USA. W Hamtramck polska fryzjerka zamyka swój salon w godzinach pracy na cztery spusty, wpuszcza umówionych wcześniej przez telefon klientów po zerknięciu przez wizjer we wzmocnionych drzwiach, okratowane okna przysłonięte plakatami z reklamami szamponów, itd., podczas gdy kilkanaście minut drogi dalej, w centrum innego miasta jest przeszklona fabryka zegarków, gdzie możemy przez szybę patrzeć na ręce zegarmistrzów i złotników, jak wtapiają w złote zegarki szlachetne kamienie.

Ja mógłbym się zarzekać, że w Michigan każdy ma samochód i wszędzie jeździ się autem, podczas gdy ktoś będący na północy stanu powie mi, że nie widział tam ani jednego auta, bo był na wyspie, na której można się poruszać tylko i wyłącznie pieszo lub rowerem. A zatem - zarówno Ameryka widziana moimi oczami jest prawdziwa, jak i Ameryka widziana przez tych, którzy widzą ją inaczej też jest prawdziwa.
Widzę, że wiele wklikań w Google dotyczy loterii wizowej. Sam w niej nie uczestniczyłem, ale myślę, że początkowe notki tego bloga sprzed ponad 3lat odpowiedzą na wiele pytań tych, którzy wstukali w Google m.in.

Firmy w Toruniu składające wizy na zieloną kartę
Ile zarobi stały rezydent w USA
Jaki adres korespondencyjny do loterii wizowej jeśli teraz mieszkam w USA
Jakie jest życie w USA
Który stan przyjemny do zamieszkania w USA
Reportaż najgorzej płatnych USA
Statystycznie co który Polak wygrywa green card
Urząd Celny lotnisko Gdańsk - co mogę zabrać do USA lot-em
Wróciłem ze Stanów Zjednoczonych żeby znaleźć żonę
Współlokatorstwo New York
Życie i zarobki w USA
Życie Polonii w USA forum

Wprowadzę wkrótce nową rubrykę w tym blogu - o co pytają ludzie Google i jakimś cudem trafiają do mnie:) Oto kilka smaczków:

Głośne mieszkanie jeżdzące samochody czy się przyzwyczaję
Amerykanki doczepiają włosy na youtubie
W Stanach Zjednoczonych obuwie jest dobrem rzadkim
Gazetka o Warszawie na przyrodę no idioci proszę znajdźcie mi taką gazetę
Jak mam zwrócić się do Rumuni o odzyskanie prawa jazdy byłem trzeźwy



1. Codzienna ucieczka z Detroit na północ stanu Michigan (i tak naprawdę we wszystkie pozostałe strony świata). I pomyśleć, że mimo, że w Detroit mieszkają BARDZO płodne nacje, miasto to jest z roku na rok coraz mniej liczne...
2. Lata temu Krzysztof Kieślowski nakręcił znajomity tryptyk "Trzy kolory". W USA natura trzy kolory potrafi wyświetlić na jednym tylko drzewie;)
3. Podróż po USA.. Kilkaset koni pod maską i... nikt normalny nie wykorzysta nigdy chociaż połowy tej stajni... W Polsce czasem wjeżdżam na pojawiający się znikąd teren zabudowany z prędkością więszą, niż ta z którą odważyłbym się jechać po amerykańskiej, trzymasmowej autostradzie... Co kraj, to obyczaje. Co kraj to... dziki kraj;)

stany 2011-10-10
skomentuj proszę tę notkę.


Czarnoochy...
Tej notki miało nie być, bo miałem to po prostu przemilczeć, spuścić na to zasłonę obojętności, przełknąć jak gorzką pigułkę i przejść na tym do porządku dziennego. Szczególnie, że to, co chcę opisać jest chyba niepoprawne politycznie...? A w kraju, z którego terytorium to piszę, to dopiero...! Ale skoro poprawności politycznej nie zachowują sami politycy, to i ja nie muszę!

Zaczynam powoli mieć uczulenie na wszystkich tych, z tytułu notki. Uczulenie zaczęło się delikatną wysypką, której wcale nie chciałem rozdrapywać i ją jakoś zaleczyć. Jednak z dnia na dzień dostawałem kolejną dawkę alergenów, nie dało się tej wysypki zaleczyć i teraz jest już na całym ciele...
Gdy przyjechałem tu po 5m-cach nieobecności i zobaczyłem, że na moim amerykańsko- polsko- albańsko- arabskim osiedlu robi się coraz bardziej "czarno", mogłem tylko głęboko westchnąć, że ciemne Detroit tak szybko się przybliża do odległych białych przedmieść. Gdy przeliczyłem dzieciaki wysiadające z gimbusa i okazało się, że już większość młodego pokolenia mieszkającego na osiedlu stanowią czarnoskórzy - pozostało mi tylko jeszcze głębiej zaciągnąć powietrze przez nozdrza. No, ale co się dziwić, że ich tutaj tak szybko przybywa, skoro dostają oni nie tylko śmieszne becikowe, ale i wieloletnie zasiłki na każde dziecko...

Przemilczałem jakoś cholernie wkurzającą akcję, jaka miała miejsce na moim osiedlu kilka dni temu. Przed znakiem STOP zatrzymał się samochód. Za nim stanęło kolejne auto. Ten drugi kierowca (z tyłu) stał tak z minutę, nie mając pojęcia, że ten wielki samochód przed nim, przed owym STOPem się nie zatrzymał, a ZAPARKOWAŁ! Ogromny terenowy Cadillac Escalade, rocznik 2012 lub jeszcze nowszy, włączone ksenonowe światła (tu jest to ciągle rzadkość i niepotrzebny zbytek), wielkie chromowane felgi, a kierowca zamiast siedzieć za kierownicą skoczył do domu. "Skoczył" to chyba najbardziej odpowiednie słowo... Mimo, że to nie ja stałem za nim, to właśnie mi podniósł on ciśnienie. No ale nie na tyle, by to opisywać. Jednak dziś...

Wyjeżdżając dziś z mojego osiedla (na którym, by wyjechać zgodnie z przepisami muszę przynajmniej trzy razy zatrzymać się na STOP-ie), jakież było moje zdziwienie i wkurwienie, gdy mnie, zwalniającego przed STOP-em prawie że staranował samochód, który na swoim STOP-ie w ogóle się nie zatrzymał. Wielki, czarny Dodge Charger, przyciemnione szyby, przyciemniony kierowca... Nawet nie musiałem zaglądać do środka, by mieć pewność, kto kierował. Jednak zajrzałem - czapeczka przekręcona na bok, łańcuch, wykałaczka w zębach, pochylone siedzenie... Kierowca swój brak respektowania jakichkolwiek przepisów drogowych, jak i norm współżycia społecznego przywiózł wprost z Downtown Detroit. Wrr... zawrzałem przyzwyczajony zarówno do bezpieczeństwa osobistego na tym osiedlu, jak i zaufania drogowego do tutejszych kierowców. Oj, chyba będzie z tym wszystkim coraz gorzej...

I mogę wreszcie wybuchnąć! I się poskarżyć! I nakrzyczeć!
Szukając wczoraj nowego TV (przeglądając ich w sklepie przez przeszło godzinę kilkadziesiąt, by mieć pewność, że przeznaczone na to 500$ będą najlepiej wydane), co dziwnego zauważyłem? Że 3/4 kupujących to... Murzyni! Czy w czasie kryzysu, aż tak dobrze zarabiają, by wychodzić ze sklepu z nowym wielkim TV, z kinem domowym, konsolą do gier? Rzadziej z nowym komputerem, bo komputer zbyt skomplikowany...
NIE! Nie po to ma się dużo dzieci, nie po to ma się darmowe, opłacane przez Rząd USA mieszkanie, kupony na darmowe jedzenie i comiesięczne czeki na utrzymanie dzieci, by sobie za to jeśli nie spokojnie popijać piwko lub wódeczkę, zaciągać cracku "kreseczkę", to chociaż kupować co chwilę albo nowe auto (koniecznie z wielkimi, chromowanymi kołami), albo nowy sprzęt, albo przynajmniej złoty łańcuch z wielkim deklem zawieszanym na szyi.

Gdy ujrzałem dziś w Kroger tabliczkę, że tutaj wypłacisz pieniądze z rządowych czeków, bez posiadania konta, bez sprawdzania odcisków palców, pokazujesz tylko czek i ID i już nie musisz dalej ciężko pracować, by swój czek skeszować - załamałem się. No tak, zapewne - poczęcie w domowym zaciszu małego, rozwrzeszczanego budżetodojcę to naprawdę ciężka praca... I gdybyście jeszcze te spadające wam z nieba pieniądze jakoś rozsądnie wydawali...

Wystarczy pojechać do Detroit, by wiedzieć, kto zniszczył Amerykę. Do jakiego stanu doprowadzili "oni" swoje domy, dzielnice, samochody. Co się dla nich liczy (najdroższe w Michigan samochody prócz dzielnic milionerów, ujrzy się właśnie w najbiedniejszych dzielnicach Detroit, przed domami wartymi mniej, niż felgi w tych autach). W Detroit dowiemy się też, co się dla mieszkającej tam większości etnicznej totalnie nie liczy - ludzkie zdrowie i życie, szczególnie gdy ów "ludź" jest jaśniejszy...

Skoro wystarczy mieć odpowiedni kolor skóry, by nie musieć pracować, i móc żyć z zasiłków na obficie spładzane dzieci, to jak tu nie mieć uczulenia na taki stan rzeczy?! Mój kuzyn mieszkający w UK, gdy urodziła mu się córka, a żona postanowiła pozostać dłużej na urlopie macierzyńskim, poszedł do urzędu, by dostać jakąś pomoc od opiekuńczego angielskiego państwa. I co usłyszał po złożeniu podania?
- Sorry, Klaudiusz, ale zbyt dobrze zarabiasz i wynajmujecie za duże mieszkanie, by należała Wam się jakakolwiek pomoc.
Od tej chwili Mr. Klaudiusz nie może patrzeć na mieszkających tuż obok Pakoli, którzy mając zaledwie po dwadzieściakilka lat mają już kilkoro dzieci, nie pracują gdyż przelicznik ilości metrów kwadratowych na pakolską głowę jest odpowiedni do tego, by mogli żyć ze świadczeń socjalnych. Kuzyn tak się wkurzył na taki stan rzeczy, że on pracując po 12-16godzin dziennie musi łożyć na to, by inni, nie przepracowawszy w swoim życiu ani jednej godziny, mieli więcej od niego - postanowił wrócić do Polski!
A tak pomiędzy nami - myślicie, że długo w Polsce mój pracowity kuzyn wytrzyma? Klaudi, nie wariuj! Nie wracaj "do tu"!

I proszę mi tu nie pisać, że jestem rasistą. Takie są moje spostrzeżenia. Podobne przemyślenia mają moi znajomi i rodzina w USA, w Anglii, w Hiszpanii. I wszędzie mają ten sam problem z przedstawicielami tego samego odcienia skóry. Jeśli znacie "ich" tylko z filmów, jesteście wdzięczni, że Samuel L. Jackson ratował w "Szklanej Pułapce 3" Bruce Willisa, podoba Wam się, jak Rihanna śpiewa, jak Usher tańczy, albo jak Olisadebe strzela gole dla Polski, to sorry - nie macie prawa znać istoty problemu.

Nie generalizuję. Nie mówię, że tacy "odrażający, brudni, źli" są wszyscy, że są rasą niższą czy gorszą. Są leniwi, bo tak ich wychował tutejszy rząd. Dając im zasiłki, dając im prawo do uznawania wszystkiego, co godzi w ich interesy za rasizm. Dla nich rasizmem jest poproszenie ich, by poszli do pracy. By się w niej nie opieprzali. Wyrywają od rządu i innych obywateli wszystko, co im się należy. Uczestnicząc w najmniejszej stłuczce czy tylko w otarciu się dwóch aut, zawsze pozwą sprawcę za swój uszczerbek na zdrowiu i straty moralne. Gdy pewna "taka" mieszkająca w Norym Orleanie dostała za darmo auto od Clarksona z Top Gear, gdyż po przejściu huraganu Katrina nie miała czym się porusząć, następnego dnia pozwała Clarksona i towarzyszącą mu ekipę za to, że jej nowe auto okazało się być z 1989r., a miało być modelem z 1991. BBC musiało wypłacić jej 20tys. USD odszdkodowania! Biały po prostu by tak nie zrobił, bo człowiek wie, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Kobyła nie wie, że darowanemu Camaro nie zagląda się w rocznik!

Przez 200 lat byli tanią siłą roboczą, a teraz, przez setki lat Ameryka ich potomkom zapłaci za ich pracę i to z kolosalnyyymi odsetkami. I już nic nie da się z tym wszystkim zrobić. Odebrać świadczenia? To przestępczość wzrośnie wielokrotnie (włamania, kradzieże, napady, zabójstwa). Armageddonie nadchodź...!;)
Macie podobne przykłady, spostrzeżenia? Podzielcie się w komentarzach. Albo wykażcie, jak bardzo się mylę...



1. Kierowca pewnie kiedyś dostał mandat za stawanie na handicapped'zie, więc tym razem stanął zgodnie z prawem tak blisko sklepu BestBuy, jak tylko się dało... W Polsce, z podobnym obrzydzeniem reaguję na te wszystkie nowiutkie BMW należące do dobrze zbudowanych młodych mężczyzn stojących na kopercie dla inwalidów. Obyście kiedyś mieli podstawę prawną i zdrowotną, by tam stawać... Póki co jesteście białymi Czarnuchami.
2. Tu, na jakichś dziwnie znajomych twarzach testuję, czy mój nowy TV będzie odtwarzał Youtubowe pliki FLV. Ja długo zastanawiałem się, jaki TV wybrać (pomimo tego, że kosztuje zaledwie 2-3dniową pensję, więc można wymieniać go co rok!), podczas gdy kierowca samochodu z fotki nr 1 nawet nie wie, co to PenDrive z filmami DVIX, FLV, gdzie go wsadzić, bo stuff po prostu ma być duży, BUUM-BUUM-iasty, czarny, wypasiony i największy na dzielnicy. Squo będzie oglądać w nim Oprah, a on swoich kolegów oprychów...;)
3. To TWOJE pieniądze. Nie powinieneś się trudzić, by je mieć (by swój czek zamienić na gotówkę). Spienięż swoje wypłaty i czeki od rządu tutaj. Zrób to jednego dnia, bez identyfikacji za pomocą linii papilarnych, odejdź ze swoimi pieniędzmi już dziś. Szybko, łatwo, wygodnie. Tylko 3 dolary prowizji... Jedni mają konta w bankach, a zatem tego typu usług, a zarazem posiadania przy sobie gotowki w ogóle nie potrzebują. Inni... inni nie dadzą rady kupić dragów za pomocą karty kredytowej...;)


PS Komentatorze Portaln - głowa do góry! Nie jest ważne, jakimi autami jeżdżą Twoi zastawsiępostawni koledzy w USA. Najważniejsze, co tu jest w każdym samochodzie, to to, w ilu procentach jest on spłacony...:)

stany 2011-10-04
skomentuj proszę tę notkę.


Po odejściu od kasy... wszystko da się załatwić!
Jak już kiedyś pisałem, w USA każdy sklep wydaje karty klienta - najczęściej są to takie malutkie przewieszki z kodem kreskowym doczepiane do kluczy. I tak oto możemy już się czuć wyjątkowo i kupować po okazyjnych cenach w naszym ulubionym sklepie., jak i zbierać punkty np. na tańsze tankowanie na zaprzyjaźnionych stacjach benzynowych.

Kupiłem dzisiaj kilka rzeczy i dopiero w domu przypomniałem sobie, że na samoobsługowej kasie zapomniałem zeskanować moją Kroger Card. I tak oto za piwo zapłaciłem 1,49$ zamiast 1$, a za galon mleka 2,79$ zamiast 2,29$. A zatem moim gapiostwem przerżnąłem całe 99centów. Jednak nie byłbym sobą, gdybym nie spróbował tego odzyskać. Przy kolejnym zakupie podszedłem do kasjerki i pytam – czy jeśli kilka godzin temu przy poprzednich zakupach zapomniałem zeskanować kartę i nabiło mi więcej za mleko i piwo, mogę to jakoś odzyskać? Kasjerka wysłała mnie do punktu obsługi, gdzie kasjer po zerknięciu na paragon dał mi bez żadnych zbędnych pytań owe 99$. Na paragon tylko zerknął, by wiedzieć, ile mi oddać i po sekundzie mi go oddał, niczego nie odnotowywał w żadnym dokumencie, niczego nie podpisywałem. Chciałem 99$ to mi je dał. Zapewne gdybym z tym samym paragonem przyszedł drugi raz, dostałbym ponownie... Dziwne? Nieeee, po prostu amerykańskie!

I pomyśleć, że jeszcze kilka dni temu, nauczony polskim traktowaniem klienta, zastanawiałem się, czy kupić głośniki USB Philips do laptopa przecenione z 20$ na 10$. A jak źle grają? Pomyślałem, że wezmę jutro laptopa do sklepu i je wypróbuję.. A przecież tutaj się kupuje WSZYSTKO, bierze do domu, wypróbowuje i zwraca, jeśli cokolwiek nie pasuje - to też opisywana już przeze mnie tutejsza norma. Ale tego, co opiszę poniżej jeszcze nie widziałem...

W sklepach z pieczywem Panera Bread, gdzie można kupić prawdziwe chleby (a nie jakieś nadmuchiwane syntetyczne pieczywo), bułki, bagietki, kanapki, muffinki, sałaty, zupy, wszystko naturalne i przepyszne, ceny są wysoce adekwatne do smaku i chleb potrafi kosztować nawet i 10$ za okazały bochenek. Jakież było moje zdziwienie, gdy kupując ostatnio chleb i bułki i na kasie wybiło 13$, kasjerka nie chciała przyjąć pieniędzy. Dzisiaj nie przyjmujemy pieniędzy, przyjmujemy dotacje. Wrzuć do tej puszki stojącej przy kasie tyle, ile uważasz że nasze produkty są warte... I miła pani nie patrząc mi na ręce, czy wrzucę 10 dolarów czy jednego, zaczęła skanować zakupy kolejnego klienta. Takie rzeczy tylko w USA, bo w Polsce... w Polsce piekarz rozdający za darmo pieczywo dostał 200tys. kary od fiskusa, splajtował, zwolnił kilkoro pracowników, popadł w długi. Tak, TAK, w Polsce jest coraz normaniej i żyje się coraz lepiej... Chyba tylko pasażerom Tuskobusa... 90% ludności Polski nie ma pojęcia, co znaczy NORMALNIE!

A jeszce, co do zakupów w moim ulubionym Kroger. By utrzymywać wśród Amerykanów wysoki konsumpcjonizm, sklepy stosują pewną sztuczkę. Kup 10 rzeczy, a oddamy Ci 5 dolarów. W Polsce podobne "okazje" dopiero raczkują i mają formę typu - kup dwie sztuki za 5zł, czy kup 3 w cenie 2;)
A zatem idąc rano po gofry, które zazwyczaj kosztują 1,25$ za 10szt, jakie było moje zdziwienie, że podrożały od mojego ostatniego tu pobytu na 1,99$ (tzn. nie tyle podrożały, co nie było na nie zawsze tu obecnej promocji dla posiadaczy karty klienta). O nie! Tyle to Wam nie zapłacę za 10 mrożonych gofrów, które wrzucone do tostera wyskakują świeżutkie, jak prosto z gofrownicy. By nie musieć płacić 1,99$ za 10szt, kupiłem ich... 72sztuki! Ot, bo skoro jest akcja pt. kup 10 - odbierz 5$, kupiłem trzy 24sztukowe wielopaki po 3,5$ każdy. Jednak jako, że to były tylko 3 rzeczy, kolejne 7 musiałem kupić już totalnie niepotrzebnie. A zatem lodówka wzbogaciła się o 3 Cole, 2 mrożone pizze i 2 puszki fasolki. Zamiast dać im zarobić 1,25$ za gofry + 1,09$ za bitą śmietanę do nich, wydałem ponad 30$! A by mieć miejsce na kolejne tego typu "okazje", będę musiał to wszystko skonsumować o wiele szybciej, niż jest to organizmowi potrzebne do egzystencji. Moje 72,7kg przywiezione z Polski jest mooocno zagrożone;)

stany 2011-10-01
skomentuj proszę tę notkę.


Dom, Twoja twierdza podbita przez Internet!
Gdy chciałem, by Google podpowiedziało mi, jak dojechać do mojej ciotki w Birmingham, MI, po wstukaniu jej dokładnego adresu w wyszukiwarkę moim oczom ukazało się... WSZYSTKO! Ja chciałem poznać jedynie trasę z mojego Sterling Hgts. do jej miasta, a zobaczyłem jej dom widziany z satelity, z lotu ptaka (Bird’s eye na Bing.com), a dzięki Google Street View mogłem ujrzeć bardzo dokładnie dom od frontu, jego bliższe i dalsze sąsiedztwo, a także i to, czy w gnieździe przed domem wykluły się już ptaki (zobaczcie jakość obrazu jaką zapewniają zdjęcia z Google cars robione na terenie USA). A czy wiecie, że przez ten cały streetview było już tysiące rozwodów, gdy utrwalało się na mapach, że auto męża parkowało w dniu skanowania ulic nie pod miejscem pracy, a przed domem kochanki. Albo mąż sprawdza, jak okazale w Internecie wygląda jego hacjenda, a tu przed domem wóz kochanka jego niewiernej żony... Powracając do wstukanego w Google adresu Ciotuni... Jej dom nie jest i nie był do sprzedania, a mimo to wyskoczyły mi takie oto dane:

Data budowy domu, całkowita powierzchnia domu i działki, ilość sypialni i łazienek, typ domu (wolnostojący, szeregowiec, apartament w bloku, itd.), ile ostatnio ten dom kosztował i jak kształtowała się jego cena na przełomie ostatnich miesięcy i lat. Ile wynosi podatek za mieszkanie w tej okolicy, jaki jest rozkład demograficzny danej dzielnicy (ile jest dzieci, ludzi w średnim wieku i staruszków).
W gratisie, do prostego zapytania o trasę do ciotki wyświetliły mi się najbliższe do kupienia domy w jej okolicy, a strona na której się się to wszystko wyświetliło od razu przeliczyła mi owe ceny na raty spłacane przez 15 i 30lat. Ten sam serwis podsunie nam pod nos firmę przeprowadzkową, która zdemontuje nam wszystko w starym domu i ustawi na nowo w nowym, firmę od urządzania domu i ogrodu, która przeniesie nam nawet nasze ulubione drzewo!;)

Gdy wstukałem własny tutejszy adres (a ten dom także nie jest do sprzedania i nie powinien być w żaden sposób upubliczniany!), dowiedziałem się, że
- dom kosztuje 63 tys. $
- cena najmu wynosi średnio 1040$
- rata kredytowa przy jego ewentualnym zakupie kosztowałaby mnie 418$ (po wpłaceniu 10% 1szej wpłaty, i przy kredycie rozłożonym na 30lat)
- aktualne oprocentowanie kredytów 30 i 15letnich dla Michigan wynosi 3,89% (średnia krajowa 3,84%)
- całkowity koszt kredytu
- dzięki kilku kliknięciom możemy sprawdzić nasz wynik kredytowy (zdolność kredytową)
- dom ma 3 pokoje i 1,5 łazienki (czyli jedną, całą łazienkę na piętrze i WC na parterze)
- typ ogrzewania i klimatyzacji
- materiał jakim dom jest wykończony z zewnątrz
- kto zarządza nieruchomością
- że w ciągu ostatniego miesiąca cena nieruchomości wzrosła o 300$ a cena najmu o 60$
- że 1 stycznia 2006 dom warty był aż 127tys. $, a w lutym 2011 tylko 57tys $
- że od września 2008 podatek na ten dom spadł z 1.721$ na 1.353$
- ile razy i kiedy wstukano w wyszukiwarkę ten adres i się interesowano tym domem
- jakie są najbliższe domy do kupienia w tym momencie (dokładnie takie same mieszkania wycenione są od 50 do 95tys. $)
- ile mil jest do najbliższego sklepu, szkoły, piekarni, parku, restauracji i stacji benzynowej
- poznamy Walk Score (indeks spacerowy, czyli dowiemy się, czy można obyć się w tej okolicy bez auta czy lepiej je mieć, bo wszędzie jest w choooj daleko;)

To wszystko i z jednej tylko strony internetowej! A takich z danymi naszego domu stron jest setki! Z kolejnych stron dowiemy się że:

- 20 maja 2011 sprzedało się oddalone o 25metrów takie samo mieszkanie za 124tys. $, a 6lipca 2011 sprzedało się oddalone o 190metrów mieszkanie za 55tys. $ i tak wyliczą nam kilka najbliższych mieszkań
- do sprzedania w tym momencie jest położone tuż obok jedno takie samo mieszkanie za 70tys. i drugie za 118 tys.
- że biuro ma do sprzedania 79 kondominiów (cenie od 20 do 235tys. $), 279 domów jednorodzinnych (w cenie od 40 do 550tys. $)
- raport przestępstw na mieniu w tej okolicy to 2,67%, a na osobach 0,2% (średnia stanowa to odpowiednio 3,21% i 0,56%) - to pozwala łatwo określić, wśród jakich sąsiadów żyjemy
- poznamy raport dotyczący jakości kształcenia w położonych w pobliżu szkołach podstawowych, średnich i ichnich High School
- dowiemy się, że populacja interesującego nas miasta liczy 120tys. mieszkańców, średnie zarobki to 42tys.$, a średnia cena domu 130tys.$)
- poznamy raport demograficzny tej okolicy: 2322 gospodarstwa domowe, 35% z nich ma dzieci poniżej 18roku życia, 57% domów zamieszkują kompletne małżeństwa, 9,6% kobiet żyje bez męża, a 30% mieszkańców zamieszkuje swoje domy samotnie. W 13% domostw są ludzie ponad 65letni. Średnia ilość mieszkańców w domu to 2,5, a osób w rodzinie 3,05. 27% to bachory poniżej 18roku życia, 7% (18-24latki), 29% (25-44latki), 22% (45-65latki), a "pierników" starszych niż 65lat jest aż 15%. Średnia wieku 37lat, a na każde 100 dorosłych kobiet przypada 86 mężczyzn;)

Brakuje mi w tym wszystkim tylko skali odzwierciedlającej odcień skóry statystycznego mieszkańca, by wszystko było już totalnie jasne (czy jak to ma miejsce w Detroi - wszystko czarne...;) By wcisnąć ludziom mieszkania, firmy deweloperskie dokonały lepszego spisu ludności i analizy demograficzno - ekonomicznej, niż w Polsce wszyscy nasi analitycy, GUS, ZUS, i SRUS razem wzięte!

Przypominam, że wszystkie te swobodnie dostępne w Internecie dane dotyczą mieszkań nie na sprzedaż! Domów, których mieszkańcy nie mają pojęcia, ile można się o ich twierdzy dowiedzieć wstukując ich adres w Google. I to wszystko dostępne jest za darmo! Za drobną opłatą dostaniemy dostęp do pełnej historii domu lub mieszkania. A gdy dana nieruchomość jest na sprzedaż, to dopiero można się naoglądać! Na załączonych do ogłoszenia zdjęciach zobaczymy całe wyposażenie mieszkania, stylowość lub badziewność mebli, kiepski lub dobry gust właścicieli, poznamy ich wyznanie (gdy zauważymy, że w każdej sypialni wisi krzyżyk), ile sztuk ilocalowych telewizorów wisi na których ścianach domu. Itd. Itp. Złodziej ma wszystko jak na dłoni
Teraz już się nie dziwię, że w Polsce w żadnym z ogłoszeń nie podaje się adresu...

Już wiecie, dlaczego Amerykanie przeprowadzają się średnio pięć razy w ciągu życia? Za pracą. Za lepszą szkołą dla dzieci. Dla ucieczki przed pogarszającą się dzielnicą. Dla przygody. Tu po prostu w Internecie możesz znaleźć wszystko. A przed kryzysem, gdy kredyt dawali dosłownie każdemu, klikoma kliknięciami lub jednym telefonem do agenta nieruchomości kupowało się mieszkanie!
I pomyśleć, że ja tylko wstukałem adres ciotki, to której chciałem dojechać... Prawdziwy szok jest wówczas, gdy w google wpisze się swoje imię i nazwisko albo numer telefonu...! Ale o tym kiedy indziej...;)

stany 2011-09-30
skomentuj proszę tę notkę.


Od dzisiaj wprowadzam nową rubrykę... NEWSY.
Nie tyle rubrykę, co będę pod tą notką dopisywał, co nowego wydarzyło się danego dnia w Detroit.
Zapewne podobnie jak ja, macie już dość tego całego polskiego rządu, wyborów, kryzysu, budżetu, autostrad, PKP’u, PIS’u, PO, chytruska Tuska i niedojdy Jarusia. A po wyborach wszyscy wyrzygamy ich kiełbasę wyborczą, którą nas obecnie karmią, gdyż okaże się ona niestrawna nie tyle dla nas, co dla polskiego budżetu...
A zatem, by oderwać Was chociaż na krótką chwilę od tego, co możecie zobaczyć w polskiej TV, usłyszeć w polskich radiostacjach, przeczytać w gazetach, a w czasie kampanii wyborczej obejrzeć także i na każdym słupie... Oto newsy z USA. Ale nie takie z CNN, ale lokalne z Michigan i Detroit. I tak oto dziś...:

- uzbrojony napastnik w Kroger: w ostanią sobotę, w środku dnia (14:00), w środku ruchliwego sklepu Kroger (odpowiednik naszych Tesco) koleś z bronią napadł na staruszkę i zrabował jej torebkę. W torebce u amerykańskiej staruszki, prócz totalnego bałaganu (jak to u każdej kobiety w torebce;), była tylko karta kredytowa. Idiota wziął kartę i kilkanaście minut późnej, kilka kilometrów dalej użył jej na stacji benzynowej płacąc za piwo. Jego tępa twarz nagrała się na kamerce i możemy zadzwonić na 911 z informacją, że idiotę rozpoznaliśmy.
- pasażer z małym kolibrem w spodniach: facet na lotnisku przemycał ptaki. Malutkie ptaszki przemycał w sleepkach tuż obok swojego wielkiego ptaka;) A może po prostu chciał, by ptaki wysiedziały mu jajka? Cholera go wie.. Słyszałem o zoofilii, ale do tej pory nie słyszałem o ptakofilii!;) A skoro już o ptakach...
- badanie wzroku penisem: kilka dni temu 16latka przyszła do lekarza okulisty, by ten zbadał jej wzrok. Przystojny, 29letni okulista posadził ją na krześle przed tą ich tablicą z literkami do odczytywania i kazał na chwilę zamknąć oczy. Zszokowana otworzyła je w chwili, gdy „klejnoty” okulisty zaczęły dotykać jej twarzy... Może lekarz pomylił pacjentki i specjalności, i zamiast oczu, chciał zbadac jej migdałki?;) Niestety dla lekarza, pacjentka nie podjęła tak zaczętej gry wstępnej i zadzwoniła po policję. Teraz zapewne klejnoty jakiegoś rosłego Murzyna łaskoczą okulistę w ...;) I tak przez najbliższe 10lat!
- pej mi dolarz or aj kill Ju! łańcuszki szczęścia. Gdy nawet głupi i naiwni Amerykanie przestali się nabierać na listy od jakichś tam nigeryjskich obalonych króli, którzy chcą ocalić przed zbrojną huntą swój majątek i chcą przelać na nasze konto miliony dolarów, z czego dostaniemy 10% prowizję, zaczęły się inne listy i oszustwa. Chociaż do dzisiaj dnia, kolejni Amerykanie dają się robić na ten "nigeryjski łącznik", "nigeryjski szwindel" na ponad 1milion dolarów dziennie! Bo zanim otrzyma się prowizję od tych milionów, należy wcześniej przesłać im kilkaset dolarów kosztów wstępnych na założenie konta, na przepływ dokumentów, itd. Pewnie każdy z nas dostał tego typu mail, ale my w nigeryjskich króli czy w burkinafasowe księżniczki nie wierzymy, Oni tak.;) Jako, że dla oszustów dojenie Amerykanów zaledwie na milion USD dziennie to mało, teraz z centrum Afryki losowo wybrani Amerykanie otrzymują mail albo nawet telefon z mniej więcej taką oto treścią: "Zapłaciłem komuś, by Cię wyeliminował! Masz 3dni życia! Śledzę Cię, widzę każdy Twój ruch, nigdzie się nie ukryjesz! Zapłać, albo zginiesz! Zapłać 3tys. dolarów, to powiemy Ci, którego z Twoich znajomych, kolegów, sąsiadów czy współpracowników wynająłem by Cię zabił. Prześlij kasę do Beninu przy pomocy przelewu na hasło Western Union. I to już!
Był kiedyś film z De Niro - "Łowca jeleni". Okazuje się, że nawet dzikusy w środku Afryki (bo stamtąd, z Beninu wysyłane są te maile i wykonywane połączenia), wiedzą, gdzie mieszkają najgłupsze "jelenie";)
- zapedałowany na śmierć: policja przyjechała do domu, bo ktoś (gej) zadzwonił na 911, że kilka godzin wcześniej poznany kochanek zmarł mu podczas bzykania. Okazało się, że odbywała się tam narkotykowo - seksualna orgietka. Zmarłym okazał się... pastor z miejscowego kościoła. Oczywiście cudowne w tutejszej TV jest to, że pokażą nam ten zakłamany ryj zarówno zapedałowanego na śmierć klechy, jak i drugiego "rowerzystę"...;) W Polsce tego typu dewiant gwałci sobie spokojnie małych chłopcow i dziewczynki i jest pod totalną nietykalnością prawa, mediów. Dane tajne, twarz zasłonięta, głos zniekształcony.
Nie, nie jestem homofobem! Ale po prostu... skoro lubisz chłopców, skoro nie interesuje Cię celibat, skoro od trudów życia doczesnego uciekasz w narkotyki, to po jaki choooj zostałeś klechą i łżesz co niedziela z ambony o miłości bożej i naturalnych prawach natury?!

Z faktów już poważnych:
- pracownicy amerykańskiej poczty strajkują, gdyż poczta w ramach oszczędności, chce zaprzestać dostarczania przesyłek w soboty (a w USA zazwyczaj zarabia się nie stałą miesięczną pensję, a tygodniową ilość przepracowanych godzin x stawka za godzinę, a zatem o około 20% spadną ich dochody)
- CIA znów sfabrykowała terrorystę! Niby to jeden straszny młody mężczyzna przy pomocy zdalnie sterowanych modeli samolotów (szanowny RMF'ie, nie rób z siebie głupa i nie nazywaj tych zabawek samolotami bezzałogowymi!), chce zniszczyć Amerykę! Za pomocą malutkich samolotów z mikrobombkami na pokładzie można co najwyżej wylądować na choince przed Białym Domem i wiesząc tam do Bożego Narodzenia być gotową bombką choinkową. Ależ te media robią z tych Amerykanów debili. Chyba nawet dziecko bawiące się petardą wie, że budynki rządowe stolicy USA tak się boją latających modeli samolotów, jak te dzieciaki strzelające petardami boją się ganiających ich Strażników Miejskich. No cóż... amerykańskie wybory kolejnego prezydenta już za rok, a więc trzeba powoli zacząć produkować "sukcesy" w walce z terroryzmem. Ciekawe, kiedy wezmą się za mnie? Może, jak wrzucę tu wkrótce pewien film...?



1. Kryzys, Viagra droga (ok. 5$ za pigułkę), więc facet załatwił sobie kilka ptaszków na zapas, gdyby ten jego większy ptak przestał działać;)
2. Że też te ptaszki, podczas długiej lotniczej podróży w gaciach nie wiedziały, jaki zrobić pożytek ze swych dziobków;)
3.


stany 2011-09-28

skomentuj proszę tę notkę.


Napraw rozdrabniacz w zlewie i zostań hero in da house;)
Oglądając polskie reklamy Leroy Merlin o tym, że gdy mężczyzna rozwiesi między drzewami hamak w ogrodzie to może czuć się bohaterem, aż chce się westchnąć - jakie czasy, jacy mężczyźni, tacy bohaterowie... Wkrótce powstanie nowe hasło - przełącz żonie telewizor, gdy ta ogląda "Taniec z Gwiazdami" i zostań męczennikiem w swoim mieszkaniu!;)

A zatem ja zapragnąłem być bohaterem w naszym domu. Jak już pisałem, po 3miesiącach nieużywania mieszkania, popsuł się telewizor, DVD, a także przestał działać rozdrabniacz w zlewie. Zepsute DVD postanowiłem wyrzucić, bo i tak nie odczytywało DVIXów. Telewizor jak na elektronika przystało próbowałem naprawić, ale że jest to 20letni, a zaledwie 21calowy rupieć, w czwartek wieczorem wyląduje na śmietniku.
Co by tu jeszcze naprawić - pomyślał MacGyver znad Wisły... Totalnie odpojemnościowany przez trzymiesięczne wyładowanie akumulator telefonu bezprzewodowego zastąpiłem trzy razy tańszym od oryginału zlepkiem akumulatorów. Pozostała naprawa rozdrabniacza. Miliony Amerykanów wzywa do tego najstraszniejszego domowego urządzenia specjalistę przynajmniej kilka razy w roku. To wpadnie do dziurki i zawinie się wokół tarczy jakaś ściereczka i urządzenie przestaje działać. To jakaś twarda łupina lub pestka zablokuje mixer i urządzenie robi kaputt. A mało która z amerykańskich gospodyń domowych (i równie zniewieściałych gospodarzy) wie, że to ustrojstwo ma na dole wyskakujący w tego typu przypadkach bezpiecznik. Przychodzi serwisant, wciska reset i po kłopocie (i po kilkudziesięciu dolarach;).

Wciśnięcie z powrotem bezpiecznika nic nie dało. Silnik mixera buczy, ale nie kręci tarczą. A zatem... jak to rozkręcić. Wujek Google, a dokładnie to ciotka Jutuba pokazała film, jak to zdemontować. Bez żadnego narzędzia – wszystko rozkręca się palcami. Mając już w dłoniach owo straszne urządzenie, pozostaje kolejne pytanie – jak to działa, i co mogło się zepsuć. Które elementy tego mixera się kręcą, a które są nieruchome. I znów Youtube pokaże wszystko, jak na dłoni.
Okazało się, że w trzy miesiące totalnego nieużywania tarcza pokryła się taką ilością rdzy, że aż się wygięła i stawiała opór zapierając się o ściankę rozdrabniacza. Po godzinie wszystko było oczyszczone, wydłubane, naprawione. A ja psychicznie zaprzyjaźniłem się z tym strasznym buczącym rozdrabniaczem. Bo przyznajcie - kto z Was nie ma psychozy, by włożyć TAM rękę, nawet jak urządzenie jest wyłączone, a nawet odłączone od sieci.

A zatem do listy rzeczy, które statystyczny polski mężczyzna w osobie mnie tu obecnego potrafi zrobić lub naprawić w USA:
- montaż sidingu
- montaż nowych okien
- izolacja termiczna przewodów nadmuchujących ciepłe i klimatyzowane powietrze
- wymiana gazowego bojlera (przy 90% pomocy Grzesia;)
- przedłużenie rynien, by woda nie spływała wprost pod ścianę i nie zalewała piwnicy
- uszczelnienie betonowych płyt ganku, by deszczówka nie wlewała się w nieszczelne fundamenty domu
- wydłubanie z ogrodowego klimatyzatora kilku wiader ziemi (wiatrak wymiennika ciepła stojącego na za oknem zasysa co roku kilogramy kurzu).
- coś tam, coś tam...

dołączyła naprawa rozdrabniacza.

Skoro w Internecie jest wszystko, są instrukcje zbudowania bomby atomowej oraz teleportatora międzygalaktycznego, to są także filmy dzięki którym Amerykanie mogliby w domu zrobić wszystko sami. Ja sam, przy pomocy 10minutowego instruktażowego filmu na Youtube wymieniłem sąsiadowi pękniętą matrycę jego laptopa. Taka usługa w serwisie kosztuje minimum 100$, mi cała czynność zajęła godzinę. Znając Amerykanów pewnie większość z nich zatrzyma się ze śrubokrętem w dłoni i otwartą na oścież paszczą w ostatniej sekundzie filmu, gdyż film kończy się zdaniem: "skręcamy wszystko z powrotem w kolejności odwrotnej, do rozkręcania";)
- Replay, replay! What the fuck! Gdzie jest przycisk odtwarzaj wstecz?!

Ale Amerykanie nie po to zarabiają tyle, by musieć wszystko robić sami. I tym oto sposobem zarówno ich gospodarstwa domowe, jak i polskie domostwa nie mają pieniędzy. Polskie wiadomo dlaczego - bo domownicy zarabiają grosze, a prawie wszystko niezbędne do utrzymania domu w Polsce jest droższe niż USA.
Amerykańskie householdy nie mają pieniędzy, bo do niemałej części rzeczy, które mogliby w domu zrobić sami, oni wzywają fachowców.

Tę skromną notkę pragnę dedykować Grzesiowi, który wiele mnie nauczył. A sam Grześ potrafi wszystko. Już po przedszkolu potrafił więcej, niż MacGyver po wszystkich odcinkach swojego serialu. Jeśli jesteś z Michigan i cokolwiek Ci się zepsuje, Grześ jeśli tylko znajdzie czas da radę to naprawić, uruchomić, wymienić, usprawnić.
Jeśli jesteście z innych stanów, Grześ jak znajdzie dłuższą chwilę - dojedzie. Jeśli jesteście z Houston i znów nie możecie wystrzelić rakiety, Grześ da radę odpalić ją "na krótko".



1. 5minutowy film o tym, jak wymienić mielące serce najstraszniejszego domowego urządzenia.
2. A tutaj, bardziej dociekliwi poznają zasadę działania dozdrabniacza i zrozumieją, co należy zrobić, by to znów zaczęło działać:)
3. A tak wyglądały zdewastowane przez rdzę wnętrzności naszego rozdrabniacza. Dzięki mężczyźnie w domu obyło się bez zakupu nowego (ok. 100$ + pewnie przynajmniej 50$ za "fachowy" montaż).

stany
2011-09-27

skomentuj proszę tę notkę.


Prawość czy już ''lewość'' w USA?
Ktoś ostatnio mi strasznie nawrzucał w komentarzu, że jestem wrednym wschodnioeuropejskim spryciarzem, który zniszczy Telewizję Polską S.A. tym, że obejrzy za darmo, w Internecie kilkadziesiąt wydań Teleexpressu. Że jestem strasznym Polakiem, bo praworządni Amerykanie nigdy by tak nie zrobili. Tia... Za dużo odcinków Ally McBeal się owa komentująca mnie osoba naoglądała!
Nie po to, co 200-tny obywatel USA to prawnik (w Polsce, co 4000-czny!), by prawo było w Stanach... respektowane? Prawnicy są nie po to, by służyć jego respektowaniu, a by naciągać je na potrzeby tego, kto więcej zapłaci. Prawo w USA można naginać tak, że aż trudno to sobie wyobrazić! Amerykanie dla swoich potrzeb potrafią fabrykować fakty, naginać prawa fizyki, na swój sposób rozumieć matematykę, więc co dopiero prawo, które można swobodnie interpretować i co chwilę tworzyć sądowe precedensy?!
Prawników mają po to, by ich mądre głowy potrafiły wszystko przetłumaczyć ławie przysięgłych (często składającej się z ludzi tak prostych, że często dopiero podczas rozprawy sądowej poznają elementarną wiedzę z wielu podstawowych dziedzin życia). Prawnicy w swoich pozwach i wywodach potrafią także wszystko zakwestionować, zalegalizować, zdegelalizować, pozwać i nazwać (tak, jak w Polsce na potrzeby Lecha Wałęsy sprytnie robił to Lech Falandysz - tzw. "falandyzacja prawa").

Oglądając różnego typu wiadomości, sam przestaję wierzyć w zdroworozsądkową prawożądność Stanów Zjednoczonych. Głosy na George Busha juniora podczas wyborów prezydenckich policzono zgodnie z prawem tak, że mimo tego, że dostał ich o wiele mniej niż Al Gore, to wybory jednak wygrał.
Ameryka jako kraj miała ochotę napaść na Irak, to nie patrzyła na żadne tam ONZ’towe rezolucje i niezbędne międzynarodowe pozwolenia na atak - polecieli, zrównali z piaskiem pół Bagdadu i w dupie mieli, że reszta świata nie dała na to zgody, a licznie reprezentowane w ONZ’cie kraje arabskie głośno protestowały.

Rok temu oglądałem news, że jakiś teksański rancher objeżdżając na koniu rozległe ziemie swojego wielkiego majątku, ujrzał grupę nielegalnych emigrantów z Meksyku. Było ich sporo, ale to on miał broń, więc "on tu rządził". Zagonił ich więc do stodoły, zamknął i jak na prawożądnego Amerykanina przystało, wezwał urząd imigracyjny. Urząd owych Mechików aresztował, ale kilka dni później Teksańczyk dostał pozew o nielegalne uwięzienie nielegalnych emigrantów i po rozprawie sądowej musiał wypłacić im kilkadziesiąt tys. dolarów odszkodowania! SZOK! Prawne popierdoleństwo możliwe tylko w USA!
Mój dom moja twierdza - to też mit, bo tak naprawdę najważniejsze w obronie swojego domu wszystkimi dostępnymi środkami (z zastrzeleniem intruza włącznie) jest to, w jakim mieście, w jakiej dzielnicy, przedstawiciel jakiej rasy potraktuje bronią przedstawiciela jakiej innej lub tej samej rasy. O.J. Simpson, jako czarny mógł bezkarnie zastrzelić swoją białą żonę oraz jej białego kochanka, i zostać za to prawnie uniewionniony, bo jest znanym aktorem w lubiącej różne kolory skóry Kalifornii. To samo np. w Teksasie skończyłoby się... samosądem nie po tym zabójstwie, ale już po zawarciu przez nich małżeństwa...;)

Praworządność kontra... niewiedza czy rozsądek?
Amerykanin nie zainstaluje sobie nieoryginalnego systemu w komputerze, bo po 1sze - komputer zawsze dostanie już z wgranym systemem, a po 2-gie, po prostu tego nie potrafi. Microsoft Office’a też nie musi piracko instalować, bo legalna kopia kosztuje go niespełna jeden dzień pracy. MP3 nie musi ściągać, z netu, bearshare czy torrentów, bo z iTunes za bezcen wszystko będzie miał prosto, szybko i legalnie, a nie jak my, sprytni, darmowi Polacy jakieś tam RapidShare, czekanie na swoją kolej, przepisywanie jakichś tokenów, przegrywanie ściągniętych plików do naszych urządzeń przenośnych. Boże, toż to trzeba ukończyć informatykę na Harvardzie, by tego dokonać...
Większości Amerykanów nie podłączy rozłączonego przewodu kablówki, którą pracownik operatora przyszedł rozmontować (gdy abonent zalega z opłatami), bo po prostu... boi się prądu!;) Nie - bo u nich nie ma "niskiej szkodliwości społecznej czynu"! Robisz coś, co jest "against the law", i nawet jak nie znasz na to paragrafu, ani wysokości grożącej ci kary, masz świadomość, że ona jest nieunikniona, więc po co ryzykować? Nie ryzykujesz i żyjesz przez to średnio 3 lata dłużej niż Polacy, którzy prawie wszystko muszą wydzierać dla siebie siłą. Od pracodawcy, od państwa, od NFZ’tu, od Urzędu Skarbowego, itd. I co chwilę być na bakier z prawem cywilnym, karnym, skarbowym, kanonicznym i cholera wie, jakim jeszcze!

Amerykanie byli prawi... kiedyś! Dawno, dawno temu, gdy ich podatki szły na budowanie i utrzmanie największego, i tak naprawdę jedynego mocarstwa na ziemi. Gdy wszyscy wiedzieli, że ich broń jądrowa i lotniskowce mogą przesądzić o losie świata. Gdy bezstresowo mogli żyć w kraju dostatku i prawie że zerowego bezrobocia. W kraju w którym naiwnie wierzyli we wszystko to, co serwowali im rządzący. Gdzie telewija była jedynym środkiem przekazu, w której to telewizji wojna w Wietnamie, w Korei czy pierwsza wojna w zatoce Peskiej (1990-1991) wyglądała dokładnie tak, jak chcieli to pokazać rządzący. Ale czasy się zmieniają i skoro nawet dziki lud Starożytnego Egiptu miał czasem wątpliwości w serwowany im przez kapłanów układ świata, to co dopiero ludzie XXI wieku z niby to cywilizowanego kraju...

Gdy okazało się, że uczciwi do szpiku kości Amerykanie wpłacali swoje dolarki na fundusze inwestycyjne, a te zaczęły plajtować, gdyż ich prawdziwa kondycja finansowa przez lata była fałszowana przez tzw. "kreatywną księgowość". Gdy okazało się, że równie kreatywne były audyty dokonywane w tych instytucjach, bankach, przedsiębiorstwach, a dokonywane one były przez szanowane w tej branży firmy (np. Standard & Poor's – przez lata audytujący chociażby Enron, a obecnie zaniżający rankingi kolejnym krajom świata). Gdy uczciwie płacąc podatki zaczęli zauważać, że ich ciężko zarobione pieniądze pewna leniwa nacja dostaje w zasiłkach na każde spłodzone dziecko (i to nie w formie jednorazowego "becikowego", a w comiesięcznych, wypłacanych przez lata kilkusetdolarowych zasiłkach)... Gdy zobaczyli, że Ameryka może się rozwijać wolniej, iść w niewłaściwym kierunku, być rządzona przez idiotów - to tylko podobni idioci chcieliby uczciwie, bezkrytycznie, dozgonnie wspierać coś takiego.
Przecież w uczciwym kraju coś takiego, jak plajta Enronu nie miało prawa się wydarzyć! Coś takiego, jak masowe bankructwo dźwigarów ich gospodarki (przemysłu motoryzacyjnego). Przecież nawet uczciwych, spokojnych, opanowanych Amerykanów ma prawo oburzyć i zmusić do sprzeciwu fakt, że z miliardów państwowych dolarów dla upadających banków, dla Chryslera, Forda, GM, niemała część pomocy poszła na... wielomilionowe pensje i premie dla zarządów! Amerykanie są durni, ale nie do tego stopnia, by na to wszystko przyzwalać i by widząc bezkarność tych, którzy powinni siedzieć za ten stan rzeczy w więzieniach, sami nie zacząć do prawa mieć coraz bardziej analnego stosunku.
Mieszkańcy Michigan nauczyli się przeskakiwać na późnym żółtymi, a nawet na wczesnym czerwonym nie mniej odważnie, niż robią to Warszawiacy... Właściciele stacji benzynowych, w czasach, gdy benzyna jest tak droga nauczyli się oszukiwać klientów na dystrybutorze (z ilością tankowanej benzyny). Arabowie w swoich sklepach przy najdroższych alejach w Nowym Yorku sprzedają więcej podróbek ciuchów, perfum i elektroniki, niż oryginałów. Miliony dolarów wykradł z miejskiej kasy czarnoskóry burmistrz Detroit. Miliardy dolarów wyłudził od najbardziej zacnych obywateli tego kraju - finansowy hochsztapler Madoff, bo obiecał im niebotyczne zyski i sprytne oszukiwanie fiskusa. Aktorzy (Nicolas Cage, Wesley Snipes, itp.) oszukiwali urząd podatkowy na miliony dolarów rocznie, i gdyby nie byli sławni resztę życia dogrywaliby (dogorywaliby) w więzieniach. W szkole za próbę ściągania na sprawdzianie każdy by Cię zlinczował, ale chwilę później zamiast się pilnie uczyć, robić notatki, brać udział w ćwiczeniach, aktywnie uczestniczyć w zajęciach - połowa uczniów i studentów siedzi na necie. Podobnie w pracy, zamiast pracować, skoro szef płaci im za każdą godzinę PRACY, a nie RELAKSU, coraz więcej osób robi zakupy online, FaceBookuje, Twitteruje, itd.
Rząd Stanów Zjednoczonych oszukiwał swoich obywateli odnośnie posiadania przez Saddama Husajna broni masowego rażenia i konieczności napaści na Irak. Swoje żony zdradzali przez lata nie tylko celebryci pokroju Tigera Wood'sa czy Arnolda Schwarzeneggera, ale i sam ich prezydent w Gabinecie Oralnym. Myślę, że prywatnie Amerykanie to jedna z najczęściej zdradzających swoich partnerów czy współmałżonków narodowości (czego romantyczny przykład niedawno miałem okazję sam obserwować). Tak więc przestańmy wierzyć w naiwną, 100% uczciwość Amerykanów! Większość oczywiście jest uczciwa i naiwnie praworządna, pozostali myślę, że są zbyt mądrzy, by chwalić się swoją nieuczciwością.

Jak wygląda prawo, jego przestrzeganie, jego egzekwowanie, oraz jak łatwo go ominąć mówi ten krótki, ale jakże trafny fragment mojej ulubionej kreskówki. Śmieszne i... CHOLERNIE PRAWDZIWE!


- Jesteście aresztowani pod zarzutem prostytucji! - krzyczą policjanci.
- To nie jest prostytucja - mówi spokojnie pan płacący chwilę wcześniej prostytutce za sex.
- Płaciłeś jej za sex! - wykrzykują swoje podejrzenia policjanci.
- Nie, płaciłem jej za sex, ale by go sfimować. Technicznie rzecz ujmując, to nie jest prostytucja, to jest porno! - z rozbrajającą szczerością wyjaśnia prostytutkobiorca.
- O, tak. OK. Tak długo, jak kręcisz porno i je sprzedajesz, jest to legalne. Miłej zabawy! - mówią uspokojeni wytłumaczeniem policjanci i dodają:
- Pamiętajcie dzieci, ona nie jest dziwką, ona jest aktorką!

Minęło kilka dni i macie namacalny przykład, jak to działa. Za ten film dosięgnęło mnie każące ramię amerykańskiej sprawiedliwości! Wrzuciłem ten 12sek. fragmencik zaledwie kilka dni temu na moje konto na Youtube i już mnie Jutuba straszy, że dostali roszczenia odnośnie praw atorskich od Twentieth Century Fox Film Corporation i mi film z konta usunęli. Jak to się powtórzy, to będzie ze mną źle...;)


stany 2011-09-25

skomentuj proszę tę notkę.


Nieużywany narząd i przyrząd zanika... Szczególnie w Michigan!

Michigan jest stanem słynącym z tysięcy jezior, co ma swoje zalety w postaci urokliwości widoków, ale i wadę w postaci wielkiej wilgotności powietrza (szczególnie w okresie letnim). Gdy otworzyłem kiedyś długo nieużywanego pilota od TV, by wymienić w nim baterie, oniemiałem. Wszystkie złącza pokryte były jakimś białym nalotem. Oryginalne baterie Duracell, więc żadne tam wylewki kwasu z chińskich ogniw. Podobne naloty widziałem w wielu innych tego typu urządzeniach.

Teraz, gdy przez prawie 3m-ce dom stał pusty, po powrocie do niego okazało się, że przestało działać wiele urządzeń. Zastanawiam się, czy to z racji tzw. złośliwości rzeczy martwych, czy z letniej złośliwości michigańskiego klimatu? Gdy latem nie używa się klimatyzacji (która prócz tego, że chłodzi, to przede wszystkim doskonale osusza dom), warunki do rozwoju mikroflory jak i do samouszkodzeń sprzętu domowego panują doskonałe. I tak oto po powrocie przestał działać mikser do mielenia odpadków w zlewie, telefon bezprzewodowy, telewizor (piszczy i wydaje jakieś kosmiczne dźwięki) i odtwarzacz DVD (w ogóle się nie włącza). Wszystko na wyjazd było odłączone od sieci, więc nie zepsuła tych urządzeń jakaś letnia burza, a klimat właśnie.

A zatem wskazówki dla tych, którzy pozostawiają swój dom na dłużej. Szczególnie dom położony w tak wilgotnym klimacie:
1. Odłączyć wszystkie urządzenia od sieci - to chyba jasne?:) No prócz zawsze zawalonej jedzeniem lodówki;)
2. Wyjąć baterie ze wszystkich urządzeń, które w tym czasie nie będą używane, a które są w stanie czuwania, a nie mają mechanicznych wyłączników. Laptop, słuchawki telefonów bezprzewodowych, komórki, waga, itd. Gdy nas długo nie ma i niedoładowywane baterie wyładują się do zera, stracą całkowicie pojemność i trzeba będzie je wymienić, bo nie każdy potrafi je na nowo pobudzić, by w ogóle dały się naładować.
3. Łazienkę (wannę, prysznic), WC, zlew, mikser w zlewie prócz tego, że przed wyjazdem dokładnie wymyć, na odchodne potraktować jakimś środkiem bakteriobójczym - chociażby naszym Domestosem czy tutejszym Lysolem. A wtedy to powrocie z wakacji w Polsce nie powita nas rozrosła kolonia pleśni osiedlona na muszli klozetowej, czy „powalający” zapach ze zlewu.
My w gratisie dostaliśmy jeszcze 10$ kary od zarządu osiedla za to, że przed wejściem do domu stał worek do którego zaprzyjaźniona sąsiadka opróżniała naszą skrzynkę pocztową z kilogramów gazetek reklamowych.

stany 2011-09-24

skomentuj proszę tę notkę.


Dziękuję Telewizjo Polska za Twe hojne (chujne) dary..
Gdy byłem w USA za pierwszym razem, to prócz zostawionych w Polsce bliskich, brakowało mi dostępu do polskich programów informacyjnych. Tej codziennej dawki niedowierzania, złości i irytacji, po obejrzeniu tego, co danego dnia wydarzyło się w naszej kochanej ojczyźnie. Szczególne brakuje tego wszystkiego ludziom takim jak ja, którzy wszelkimi serwisami informacyjnymi żywią się kilka razy dziennie, aż do odruchu wymiotnego na widok tego lub owego polityka...

W 2008 roku, kiedy zawitałem do USA po raz pierwszy, można sobie było za 30$ dokupić do posiadanej kablówki trzy polskie programy (iTVN, TVN24 oraz Polsat 2). Obecnie, za tę samą cenę w ofercie jest już 7 polskich kanałów (doszły Kino Europa, Euronews oraz dwa tuzy mediów - Religia TV i BabyTV).
30 dolarów piechotą nie chodzi, ja dopiero co przyjechałem z kraju nad Wisłą, więc jak każdy sprytny Polak, zapragnąłem oglądać za darmo to, za co inni muszą płacić operatorowi DishNetwork. Chciałem moje ulubione programy obejrzeć w Internecie. I co? I nico! Okazało się, że dostęp do programów na platformie internetowej TVP z terenu USA miałem zablokowany, podobnie do TVNowskiej Plejady, gdzie wówczas promowany był nowy środek przekazu - VOD (Video On Demand).

Gdy byłem w USA po raz drugi, coś się zmieniło na lepsze i na stronie internetowej Telewizji Polskiej (www.tvp.info) można było za darmo, z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem obejrzeć wszystkie programy informacyjne, ze wszystkich ich wydań. Południowe Wiadomości TVP1, popołudniową Panoramę TVP2, Teleexpress, wieczorne Wiadomości TVP1, itd.
Jakież było moje ździwienie, gdy przyjechawszy tu znów kilka dni temu, przez kilkanaście godzin na stronie Teleexpressu widniał komunikat:
”materiał jest niedostępny z powodu zbyt dużej liczby jednoczesnych połączeń
spróbuj ponownie za chwilę”.

A zatem próbowałem za chwilę, i za dłuższą chwilę, i po północy czasu polskiego, a także nad ranem czasu panującego w Rzeczpospolitej i... ciągle dostawałem ten sam komunikat. Już samo to, że komunikat na stronie telewizji POLSKIEJ jest napisany bez zachowania polskiej interpunkcji (zdanie rozpoczęte z małej litery, brak kropek i przecinków) wydawało mi się, estecie językowemu - żenujące. A zatem, gdy przez dwie doby nie mogłem obejrzeć swojego ulubionego programu TV, napisalem list do redakcji Teleexpressu, jak długo będzie trwać to całe ich przeciążenie serwerów? A jeśli wiecznie, to niech zmienią komunikat, by człowiek nie marnował czasu ponownym zaglądaniem tutaj "za chwilę". Po tym, jak na mój list zamiast odpowiedzi dostałem... zmianę treści komunikatu odnośnie niedostępności materiału, wystosowałem takie oto pismo do Telewizji Polskiej...

Żenada, Telewizjo Polska, ŻENADA!
Dwa dni temu przyjechałem do USA, i jakież było moje zdziwienie, że przez cały dzień próbując obejrzeć w Internecie na stronie http://www.tvp.info/teleexpress, ostatnie wydanie mojego ulubionego programu informacyjnego zobaczyłem komunikat, że z powodu dużej ilości jednoczesnych połączeń, materiał nie jest dostępny. Tak działo się przez cały dzień (nawet o 4:00 czasu polskiego). Napisałem zatem do redakcji Teleexpressu, żeby coś z tym zrobili, ironizując, że jeśli to ma w ogóle nie działać, by dali taki komunikat, jaki był na tymże serwisie 3lata temu - że z terenu mojego państwa nie mogę oglądać tego programu.

No i co mamy dzisiaj? "Przepraszamy, ze względu na ograniczenia licencyjne materiał nie jest dostępny na terytorium Twojego kraju". Posłuchaliście mnie? Tylko o jakich licencjach tu mowa? Jakim cudem przebywając w USA na początku tego roku, w tym samym mieście, łącząc się z tego samego adresu IP miałem od stycznia do marca 2011 roku dostęp i do Teleexpressu, i do Wiadomości TVP1, i do Panoramy TVP2 i do lokalnych serwisów. A TERAZ CO? Jakie licencje?! Co za SRANIE W BANIĘ?!

Myślicie, że ludzie w Polsce chcą oglądać te tępe ryje polskich polityków, te codzienne afery, tę polską beznadzieję także i w Internecie przez te polskie ślimacze łącza? Przecież wystarczy włączyć TVP info, TVN24, czy Polsat News, by wszystko mieć co chwilę na nowo. Internetowe wydania Teleexpressu i Wiadomości są i powinny dla ludzi zza granicy! A zatem pozostają Fakty TVN, które tego typu numerów nie robią. A Wy dalej żebrajcie w spotach reklamowych o abonament... Na pewno po powrocie do Polski ANI RAZU go już nie zapłacę. I na pewno przekonam wiele osób do tego samego... Szykujcie korektę wpływów z abonamentu...

No to bywajcie
Denis

A zatem apeluję! Telewizjo Polska S.A., Rządzie RP Sp. z o. o., Donaldzie Tusku, ZUS’ie, Urzędzie Skarbowy, itd. Polacy są zbyt mądrym narodem, byście próbowali go tak traktować, oszukiwać czy ograniczać. Podnosicie akcyzę na alkohol, to go sobie sami destylujemy. Spekulacyjnie podnosiecie cenę cukru, to go sobie taniej odzyskujemy z biedronkowej Cola Original.

Firefox/ Narzędzia/ Opcje.../ Zaawansowane/ Sieć/ Połączenie/ Ustawienia.../ Ręczna konfiguracja serwerów proxy/ Serwer proxy HTTP: 212.33.80.6 Port: 8080 / Użyj tego serwera dla wszystkich protokołów – OK.

I tak oto, zapychając i tak ślimacze polskie łącza, oglądam sobie Teleexpress, kiedy tylko chcę. Moi drodzy banici z tego durnowatego kraju, w czasie Euro2012 będzie to jedyna droga, by obejrzeć zza granicy blamaż polskiej reprezentacji i totalny chaos komunikacyjny między meczami.

stany 2011-09.22

skomentuj proszę tę notkę.


Kiedy pytają mnieee… czy to ja, prezydent RP lecę rejsowym samolotem do USA, odpowiadam: TAK, to ja!
Gdybym leciał do USA wczoraj, załapałbym się na lot tuż obok Bronka Komorowskiego, bo okazało się, że prezydent 38milionowego państwa lata do USA lotem rejsowym. Następnym razem zapytam kolegę z White House'u, na kiedy jakiś ważny polski polityk ma wyznaczoną audiencję u Obamy (czy u jego następcy) i postaram się lecieć z jakimś ważnym polskim pasażerem.
Gdy samolot Polskich Linii Lotniczych wylądował w USA, agenci amerykańskich Secret Service po prostu nie wierzyli, że głowa państwa może latać rejsówką! Oni mają Air Force One (drugi taki sam w zapasie), 10 limuzyn (drugie dziesięć w zapasie), a nasz… wysiadł z rejsówki i zamiast do VIP-owoza chciał wpakować się do taksówki!
- To naprawdę prezydent? No jaja sobie robicie! Za ile przyleci wasz rządowy Tuskolot? - pytali agenci SS. Ale to naprawdę przyleciał nasz prezydent. Pozwolą mu jutro zadzwonić dzwonkiem na otwarcie sesji nowojorskiej giełdy - zobaczycie, jak jutro spadnie amerykańska Wall Street i polska złotówka…;)

Rubaszny pigmej z Pałacu przy Krakowskim Przedmieściu przyleciał wciskać Obamie wazelinę. Pewnie szykuje się kolejna wojna, a może Polska, „zielona wyspa” Europy wspomoże teraz finansowo Stanom Zjednoczonym? Donald Tusk upadającej Grecji obiecał 1mld Euro, więc Komorowski Ameryce może obiecać nawet i billion dolarów. Skoro Grecja, która nie jest przyjacielem Polski ani militarnym, ani strategicznym, ani nawet politycznym dostała od rządu RP miliardowy prezent na kolejne hektolitry wina, i miliony godzin nicnierobienia, to ile obietnic przywiezie Amerykanom - Komorowski? Aj dont kier abadyd…
Specjalnie obejrzę dla Was wszystkie wydania tutejszych wiadomości, by sprawdzić, czy jakikolwiek program informacyjny, którykolwiek z dziennikarzy odnotuje przyjazd polskiego prezydenta. Daję sobie obciąć… włosy, że nikt!

A Ameryka jesienią 2011 roku wygląda tak:
Jest jakoś… inaczej. Benzyna w Michigan po 3,49$ za galon, czyli 2,94zł za litr… Niby cena jest o 50centów niższa, niż w kryzysie 2008r, ale jej wysokość wydaje się równie dotkliwa dla tankujących, jak wówczas. Na chicagowskim lotnisku większość jadłodajni pełna ludzi, więc kryzysu jakoś namacalnie na pierwszy rzut oka nie widać. Samoloty pełne pasażerów, pod lotniskami dziesiątki długich jak jamniki limuzyn. Dziury w ulicach jak były, tak są, ale niektóre drogi nawet zaczęli remontować. ViaToll'i za prawie 5mld złotych nikt tu nie buduje, bo wolą za tak kolosalne pieniądze budować drogi i autostrady! Kombinat motoryzacyjny Chryslera w Sterling Hgts. buduje jakąś wielką halę, więc wygląda na to, że chcą się rozwijać. W końcu trzeba pokazać amerykańskim podatnikom, na co poszło te kilkadziesiąt miliardów dolarów, które trzy największe koncerny dostały od Obamy. Sam Chrysler dostał przeszło 12 mld, z czego większośc poszło na pensje i premie dla prezesów, udziałowców, a pewnie co najwyżej pół miliarda na tę halę…
Z tym budowaniem to Ameryki nigdy nie zrozumiem. W samym Detroit jest kilkanaście upadłych fabryk samochodów, a oni budują kolejne. W USA jest do kupienia 2miliony domów odebranych przez banki niewypłacalnym kredytobiorcom, a oni budują kolejne nowe osiedla. Dzieje się tak może przez to, że budowanie wychodzi taniej, niż remont …

Dzisiaj kręcąc się po sklepie usłyszałem rozmowę trzech osób z obsługi między sobą…
- No i wiecie. Biorę w sklepie ten duży słój masła orzechowego, a on kosztuje 8dolarów! Pojechałem do Aldi i kupiłem dwa razy większy za 12$. Będzie na dwa razy dłużej, a prawie o połowę taniej.
Ten krótki dialog dowodzi, że Amerykanie nauczyli się wreszcie liczyć! Podobno częściej teraz sami gotują, albo przynajmniej z codziennych wizyt w restauracji przesiedli się na dania z mikrofalówek. Przez tę absorbującą rozmowę o cenie masła orzechowego w Kroger'ze nikt z obsługi nie zapytał mnie, w czym może pomóc? Oj, straszne mi się to wydało, że nikt się mną nie zainteresował - prawie jak w Polsce, gdzie klient w wielu sklepach czuje się jak intruz. Kąt ugięcia kącików ust przy obowiązkowym „jak się masz” jest obecnie też jakiś mniejszy…
W sklepie (dyskoncie odzieżowym Burlington) po raz pierwszy zobaczyłem… ochroniarza! Takiego rosłego Murzyna, który podobnie jak ochroniarze w Polsce, ma wredny i podejrzliwy wyraz twarzy, chodzi za klientem jak cień i patrzy na każdego jak na złodzieja.
Za to policji drogowej się jakoś dziwnie namnożyło. Przejechałem póki co po Sterling Hgts. zaledwie 100km i już mijałem cztery przyczajone radiowozy, w tym dwa podejmujące interwencję. Może rząd USA, podobnie jak właściciele Burlingtona poszli polskim przykładem? Rząd Tuska zapisał w budżecie 2011 roku 30% wzrost wpływów z mandatów i grzywien, więc i Amerykanie zaczęli mandatami reperować budżet? Jak tylko pojawią się ukryte wszędzie fotoradary lub ich atrapy, wyjeżdżam!;)
Stany Zjednoczone strasznieją czy normalnieją wg. polskich realiów?

Ameryka się zmienia… Amerykanie zaczynają się bać kryzysu. Lata temu przestali się bać tych złych komunistow zza "żelaznej kurtyny". Później przestali się bać tego wąsatego Saddama Husajna. Dostali nowy powód do obaw – terrorystów. Wszystkie te obiekty obaw były sztucznie stworzone przez rząd Stanów Zjednoczonych, a kryzys okazuje się prawdziwy, namacalny i codziennie w różny sposób może dosięgnąć każdego. Ceny paliwa wzrosły, ceny lotów wzrosły, ceny żywności także. Myśle, że wystarczyłaby im jedna wycieczka do Polski, by na nowo zaczęli cieszyć się życiem w Ameryce…

stany 2011-09.22

skomentuj proszę tę notkę.


W USA po raz kolejny...
Do Chorwacji szczęśliwie dojechałem, i w miare prosto z niej wróciłem. Wkrótce napiszę krótki i zwięzły przewodnik po owym pięknym kraju, a teraz jestem już ponownie w USA.
Latanie w kierunku United States of America stało się już dla mnie taką rutyną, że nie muszę już opisywać ani ekscesów z amerykańskimi pogranicznikami z powodu mojego przedłużonego pobytu w Polsce, ani wkurzających pilotów z American Airlines, którzy notorycznie się spóźniają. Ot, 12godzin lotu i ląduję ponownie w Detroit, Michigan...

Jednak racją jest to, że najwięcej różnic, inności, dziwności czy po prostu codziennej normalności całej tej Ameryki zauważa się, gdy jest się tutaj pierwszy raz. Te wszechobecne zatęchłe dywany na lotniskach, te uśmiechnięte do nas twarze nieznanych nam ludzi, ta uprzejmość, spokój - teraz przyjmuję to za normę, wtedy mnie to dziwiło.
Negatywne emocje można zostawić tuż za hermetycznymi drzwiami samolotu Polskich Linii Lotniczych LOT - rejs nr LO 001. Szczególnie, gdy zajmuje się miejsce w jednym z trzech pierwszych rzędów w samolocie.
A co to za emocje? To, że taksówkarz wziął 40zł, zamiast należnych mu co najwyżej 33zł. To, że gburowaty pracownik polskiej Straży Granicznej, równie gburowatym głosem rozkazuje wyjąć z torby podręcznej całą elektronikę! Schnell! Moove it, MOOVE IT! - warczy, jakby się zafascynował porucznikiem Harrisem z Akademii Policyjnej...
- A gdzie to jest bucu napisane, że trzeba wyjąć?! - chciałby się człowiek zapytać, ale to jeszcze jest Polska. Trzeba zacisnąć zęby, wyjąć podejrzenie dla nich wyglądający aluminiowy Trextor Movie Station, by buc mógł zatriumfować, jaki on jest ważny, a my przy nim maluccy. Gdybym nie latał po świecie, to bym nawet nie wiedział, że laptop należy wyjąć albo mieć go w torbie przyjaznej dla promieni X. Za granicą wszystko pięknie, na wielkich planszach jest narysowane, by nawet przybysz z Matplanety wiedział, że trzeba zdjąć pasek, wyjąć portfel, pieniądze z kieszeni, komórkę, a laptopa ułożyć w osobnym pojemniku. Ale tu jest Polska, tu się co najwyżej zakazuje robić zdjęcia na całym lotnisku! Przeczytajcie mój artykuł o naszym pięknym Okęciu

Prawda jest taka, że nawet pies z kulawą nogą, czy terrorysta z oderwaną mu przez bombę własnej produkcji ręką ma w dupie zamach na taki kraj, jak Polska. Szkoda by im było nawet paralotni, by uderzyć w jakiś nasz wieżowiec, a co dopiero samolotu. Polski po prostu na terrorystycznej mapie nie ma! Tylko my mamy się za pępek świata, tylko my pokazujemy w TV byle terrorystyczne pierdnięcie. A nasi dzielni stróże lotnisk udają, że codziennie ratują nas przed tysiącem zagrożeń. Strażnicy zabiorą naszym kobietom pilniczki do paznokci, dzieciom odbiorą mleko w butelce większej niż 100ml, ale za to w bagażu głównym przepuszczą kilogramową kostkę trotylu i naładowany karabin maszynowy, jak to miało niedawno miejsce na największym paryskim lotnisku. Jak zechcę porwać samolot, to to zrobię. Jak zechcę Wam udowodnić, że to dziecinnie łatwe, to załączę na moją Youtube film instruktażowy. Albo od razu na Al-Jazeera. Chamstwo Was wykończy jako ludzi, rutyna Was zgubi, a terroryści i tak mają Was w dupie.
Jeszcze tylko kilka smutnych, polskich twarzy w strefie wolnocłowej, oderwanie się od ziemi i po kilku godzinach można się cieszyć wolnym, normalnym światem.

Koniec kryzysu?!
Donaldowi Tuskowi brakuje ostatnio dowodów na to, że Polska przeszła przez kryzys stopą suchą, jak Jezus przez jezioro czy wręcz jak Mojżesz przez rozstąpione Morze Czerwone. To może Donaldzie, wybierając się do USA z kolejnymi tonami wazeliny, leć LOT-em do Chicago? Wszystkie z 18 miejsc w biznes klasie zajęte. Kiedyś leciałem w zaledwie 4 osoby, teraz cisnąłem się wśród kompletu pasażerów. Wówczas byłem jedynym Polakiem korzystającym z tej podniebnej rozkoszy, dzisiaj ok. 3/4 lecących to Polacy. Donaldzie, pokaż pozostającym w Polsce wyborcom, że naprawdę wszystko idzie i leci w dobrym kierunku...;) Tylko czy ci ludzie wrócą do Polski…?

W Chicago znów czekało mnie zmaganie się z panem, który wpuszcza do USA. Panem, który pyta turystów, po co tu przyjechali, skąd są, jak długo zamierzają tu być, gdzie się zatrzymają, ile mają pieniędzy, itd. A takich jak ja, czyli Zielonokartowców pyta jedynie - po cholerę byłeś poza naszymi pięknymi Stanami tak długo?! Ale że odpowiedź na pytanie, ile mnie nie było na terenie United States of America była krótka i zwięzła - 5m-cy, dalszych pytań nie było. To jest właśnie USA. Coś nie jest wbrew prawu - jest dozwolone i państwo nie przeszkadza, nie zadaje zbędnych pytań, nie prosi o podania, oświadczenia, znaczki skarbowe...

Polacy... zwolnijcie trochę.
Stojąc w długiej kolejce w kształcie węża przed prześwietleniem bagażowo-osobowym w Polsce, wszyscy się śpieszą, tłoczą, denerwują. Na każdego, przez którego trzeba dłużej czekać, bo np. zapomniał wyjąć pasek ze spodni czy pieniądze z kieszeni patrzy się z niebywałą agresją. Kilkadziesiąt lat życia w państwie, gdzie wszystko należało wystać w kolejkach (od meblościanki po kawałeczek mięsa na kartki) spowodowało, że kolejki stały się wrogiem publicznym nr 1 dla wielu Polaków. Niektórzy chcieliby rozstrzelać kasjerkę w sklepie, że ta tak wolno obsługuje, albo że akurat przed nami musi zmienić rolkę w kasie fiskalnej. Gdy ktoś na polskim lotnisku w kolejce się ociąga, czegoś szuka, na kogoś czeka - zostanie wyprzedzony. Podobnie, gdy za wolno ruszy w ulicznym korku - prawie zawsze ktoś się wciśnie w pozostawione przez nas miejsce. W USA, gdzie rozłożyłem swój bagaż by wyjąć z niego feralny dysk Trexora, prosiłem pozostałych pasażerów, by mnie wymijali, bo mi to chwilę zajmie. Ale nam się nie śpieszy - powiedzieli pierwsi za mną. Ależ nie martw się, nie śpiesz i nie denerwuj, przecież to i tak powoli idzie, powiedział kolejny. W Polsce mając taką okazję zadeptaliby mnie, mój bagaż i mój feralny dysk. W tej samej kolejce pan podniósł z ziemi zgubione przez kogoś dwie monety.
- O... z Francji. 10 i 20 Eurocentów... I położył na słupku. Przechodziło kilkadziesiąt osób i... nikt się nie skusił.

Później jeszcze miła rutynowa kontrola dokumentów rozpoczęta przez rubaszną, czarnoskórą strażniczkę słowami: "Come here, Honey", a zakończoną chwilę później życzeniami miłego dnia i bezpiecznego lotu.
Tuż po prześwietleniu mojego bagażu usłyszałem od obsługi skanera: "Przepraszam, czy to Twój bagaż?"
- Tak, mój - odpowiedziałem jako jego właściciel.
- Czy mogę go otworzyć i sprawdzić.
- Pewnie interesuje was mój Hard Disk?
- Aaa... Hard Disk, OK, no problem - i z uśmiechem na czarnoskórej twarzy nieotwarty bagaż został mi zwrócony. Można i tak, można i bucowato krzyczeć, że hard dyski też się skanuje osobno!

Ameryko witaj! Ale się zmieniłaś... Oj, będzie co opisywać...


stany 2011-09-21 15:26:04
skomentuj (74)




Don't worry, żyję:)
Blog będzie kontynuowany, gdy tylko moje nogi w okolicach 20września znów dotkną amerykańskiej ziemi:) 
Póki co planuję samochodową trasę na Chorwację. Wszyscy tam jeżdżą, więc trzeba zobaczyć, czym się tak zachwycają;)
Może ma ktoś jakieś namiary na sprawdzone miejsca? A by było co w USA wydawać, oferta handlowa na większość rzeczy, które mam do sprzedania ciągle jest aktualna:)

Tutaj jest link do tego, co mam do sprzedania:)

skomentuj proszę tę notkę.


Marek Szufa - 1954 - 2011.



Panie Marku, z nikim nie latało mi się tak dobrze, jak z Panem...
Trzymaj stery i manetki samolotów, którymi jeszcze przyjdzie mi latać.


stany 2011-06-20

skomentuj proszę tę notkę.


Czytaj słowo boże codziennie - czyli późny wieczór na Brooklynie.
Jako, że obieżyświat ze mnie odważny, który zawsze odłącza się od wycieczki i przywozi później przygody tak odmienne od tych, które gwarantują biura podróży, także i wypad ze znajomymi do NY musiał mieć cząstkę szaleństwa. Późnowieczorową porą zapragnąłem zobaczyć Manhattan od strony Brooklynu.
Biały młody człowiek, w ostentacyjnej koszulce polskich siatkarzy, która nawet niezorientowanym geograficznie ciemnoskórym mieszkańcom Brooklynu oznajmiała, że to nie tylko ktoś z innej dzielnicy Nowego Yorku, ale wręcz z innej części świata. Z plecakiem na krzywych plecach z aparatem w ręku wybrałem się zatem na spacer po Mahnattan Bridge, by wrócić drugim mostem - Brooklyńskim.
Most jak to most... idziesz, idziesz i... końca nie widać! Szczególnie, gdy co kilkadziesiąt kroków chcesz przystanąć i zrobić nowe ujęcie "Manhattan by night". Musisz przystanąć, położyć aparat na barierce mostu, odczekać chwilę, by przejeżdżający wagonik kolejki miejskiej odjechał i przestał trząść całą konstrukcją - dłuższe nocne naświetlanie, kilka ujęć i można iść dalej. Iść, zastanawiając się, dlaczego w wielomilionowym mieście mijasz na tym 2kilometrowym moście zaledwie kilka osób. I to zazwyczaj szybko przemieszczających się na rowerach... Brak pieszych zaczynasz rozumieć tuż po wejściu na Brooklyn.
Okna domów okratowane do któregoś tam piętra, by nawet Spiderman nie mógł się wkraść do środka. Wiele domów, całe osiedla, parkingi dla samochodów... ogrodzone wysokimi płotami z... drutem kolczastym na wierzchu! Cholera, czy w międzyczasie przeniesiono tu więzienie z Guantánamo, czy to... zwykłe mieszkalne osiedle dla ciemnej strony tego miasta?
Na skrzyżowaniu wielu brooklyńskich ulic stoi słupek SOS, z którego możemy po naciśnięciu jednego przycisku wezwać policję i inne służby... Co kilka przecznic stoi odpalony i gotowy do akcji policyjny radiowóz. Stałem ciekawie się temu wszystkiemu przyglądając, gdy obok mnie przejechali młodzi murzyni, z okrzykiem: "Paaatrzcieee, Biały!". Jednak nic nie przeraziło mnie tak, jak napis na jednym z budynków. To chyba była drukarnia albo księgarnia, i zamiast szyldu lub logo miała wielkimi literami napisane: "Czytaj słowo boże codziennie..."
Skoro prawdziwe jest hasło, że "Modli się po figurą, a diabła ma za skórą"... postanowiłem w szybszym tempie zakończyć to zwiedzanie i udać się na bardziej uczęszczany most brooklyński. Most ten jest takim traktem spacerowym dla turystów, dla Nowojorczyków uprawiających jogging, no i pozwala wrócić do jaśniejszej strony miasta:)

Przestrzeń i czas w Nowym Yorku okazują się jakoś dziwnie "zagięte". Wydaje się, że coś (jakieś miejsce, budynek, atrakcja turystyczna) jest na tyle blisko, że nie opłaca się szukać wejścia do metra, czekać na wagonik, by tam dojechać. Ot, bo to tylko kilka przecznic, kilkaset metrów, które szybciej przejdziemy pieszo... Oj, nie za bardzo, bo gdy tak naprawdę po kilkaset metrów wysokości mają same budynki, to odległości między nimi jakoś dziwnie się wydłużają. Koledzy pojechali metrem, ja próbowałem dotrzymać im kroku na powierzchni i... zostałem 30minut w tyle, a byłem przekonany, że to ja będę musiał czekać na nich:)

Posiadam kilkanaście godzin nagrań z Washingtonu, NY, i innych miejsc USA, ale przy prędkości uploadu, jaki mam w Polsce, załadowanie tego na Youtube zajęłoby mi resztę życia;)



1. Brooklyn Bridge fotografowany z Mahnattan Bridge. A za mostem panorama Nowego Yorku:)
2. Słupek SOS, przy pomocy którego możemy wezwać policję lub strażaków. A obok stojący i gotowy do boju radiowóz. Dlatego biały ja mogłem się czuć chociaż w miarę bezpiecznym w czarnej okolicy.
3. Na drodze ku normalności prowadzącej przez Brooklyn Bridge...

stany 2011-06-19

skomentuj proszę tę notkę.



Nowy York - czyli neverending story:)
N.Y. to niewątpliwe centrum świata. Centrum świata politycznego - bo to tu znajduje się siedziba ONZ, gdzie wypowiada się różnym nieprzyjaznym Ameryce krajom wojny, uchwala i z dumą ogłasza się rezolucje, uchwały, czy wręcz prawo światowe! Nowy York to także centrum świata finansowego - tu na Wall Street codziennie obraca się aktywami droższymi, niż wynosi budżet Polski, no i tu kształtuje się ceny ropy i cukru, by Amerykanie zawsze mieli te surowce taniej, niż pozostałe kraje cywilizowanego świata;) To także Vicecentrum świata mody - Fashion Street, i pewnie kilka innych centrów można tu odnaleźć.

Na poznanie chociaż części Nowego Yorku potrzeba jest przynajmniej kilka dni zwiedzania przez 12-16godzin dziennie. Miesiąc pobytu w NY nie będzie przesadą i żaden ze spędzonych w NY dni nie byłby nudny i powtarzalny. Jak nie dziesiątki sławnych ulic i przecznic, jak nie tysiące sklepów i straganów z nowojorskimi gadżetami jak i z niezwykłościami z całego świata, to dziesiątki sławnych budynków i muzeów zapewnią nam niezapomniane atrakcje. A jak nie to wszystko, to kolejki do tych wszelkiego typu atrakcji ujmą niemałą część czasu, który mamy na spędzenie w NY.

Każdy odwiedzający Nowy York jako turysta (czyli nie mając rodziny albo znajomych u których mógłby przenocować) powinien sobie wynająć hotel. Najlepiej jest zarezerwować coś przez internet, bo zrobienie tego spontanicznie, tak z ulicy może okazać się zarówno droższe, jak i bardziej czasochłonne. Co łatwo sobie wyobrazić - im bliżej Nowego Yorku, tym drożej. Dlatego zamieszkaliśmy w Ramada Hotel w mieście New Orange, w stanie New Jersey, ok. 20minut jazdy pociągiem od ścisłego centrum Nowego Yorku czyli od stacji Pennsylwania Station (N.Y. Penn Station). Doba hotelowa ze śniadaniem za 90$. Dostajemy za to dwułóżkowy pokój, każde łóżko jest dwuosobowe, więc spokojnie możemy pomieścić 4-5osób w każdym takim pokoju, wtedy to koszt noclegu w przeliczeniu na osobę robi się śmiesznie niski- ok. 25dolarów.

Zapuszczanie się samochodem do NY nie ma najmniejszego sensu, gdyż prócz ciągłych korków, ponosi się koszt przejazdu tunelem (8$- płacimy tylko w jedną stronę, powrót jest już za darmo). Wjeżdżając na Manhattan samochodem nawet bez korków więcej się stoi, niż jedzie, gdyż niepisane pierwszeństwo na nowojorskich ulicach mają piesi, których z przemiłą chęcią nowojorscy kierowcy by porozjeżdżali - czego o mało sam doświadczyłem;)
Koszt parkingów - parkomaty od 1$ za godzinę dość daleeekooo od centrum, przez 2$ za godzinę bliżej centrum, ale kto będzie co 2godziny wracał do parkometru dorzucać monety? Bo by zapewnić częstą rotację aut, a co za tym idzie uwalniać miejsca parkingowe, możemy tam zaparkować co najwyżej na dwugodzinny postój. Parkingi tzw. strzeżone są od 7dolarów za 30min!, po co najmniej 25dolarów za dobę. Dlatego pociąg i metro jest najlepszym rozwiązaniem. Wszyscy właśnie nim jeżdżą do pracy, bo i szybciej, i taniej, i dzięki programowi „Zero tolerancji” byłego burmistrza Gulianiego - bezpieczniej. Nad naszym bezpieczeństwem w pociągach czuwa też miła pani, która spokojnym, jakby hipnotyzującym głosem przez głośniki w pociągu ostrzega co jakiś czas, że gdy zobaczymy w wagonie jakiś pozostawiony bagaż, to powinniśmy jak najszybciej powiadomić konduktora - to leży w zakresie naszego bezpieczeństwa. "Have a Safe Day" (życzę bezpiecznego dnia) - kończy swój przekaz pani megafonowa. Tak zaczyna się codzienna indoktrynacja antyterrorystyczna.

Penn Station - to stacja na której kończą swój bieg wszystkie podmiejskie pociągi, oraz z której ruszają wszystkie Amtracki (odpowiednik naszych pociągów PKP). To stacja znajdująca się pod budynkiem i halą sportową Madison Square Garden. Dwie przecznice od Empire State Building. Stacja rozciąga się pod ziemią od szóstej do ósmej Alei. Sama ta stacja może przerazić każdego, kto był co najwyżej na polskim Dworcu Centralnym w Warszawie. Penn Station to prawie miasto w mieście. Krzyżuje się tam, na kilku podziemnych poziomach kilka linii metra (dokładnie 14linii jeżdżących po 4nitkach metra), kilkanaście linii kolejki podmiejskiej (chyba siedem) oraz kilkanaście linii Amtrack. Dla rodowitego Amerykanina jest to niezła plątanina, więc co dopiero dla Polaka, który gubi się na Dworcu Centralnym w Warszawie?;) Ale przy obecnych „jajach” jakie funduje swoim pasażerom PKP, gdy wysyła ich na nieistniejące perony, albo pociągi ruszają z zupełnie innych torów, niż to podają na rozkładach jazdy czy też ogłaszają z megafonów - Penn Station przestaje przerażać;)

Bilet z naszej stacji w New Orange do Penn Station w Nowym Yorku kosztował 5$. Bilet na metro kosztuje 2$. Mamy na nim prawo jeździć (bez wychodzenia z metra) przez 2godziny, więc mamy prawo się przesiadać (oczywiście nie wychodząc przez te wszystkie elektroniczne bramki, które już z powrotem nas za darmo nie wpuszczą). Mądrzejszym jednak rozwiązaniem jest bilet za 7,5$ na którym możemy jeździć metrem cały dzień bez żadnych limitów.

Pierwszą stacją naszej wycieczki po Nowym Yorku był Manhattan. Zanim jeszcze wyjdzie się z metra zastanawiający jest widok, który rozciągnie się przed naszymi oczami, gdy wyjdziemy z pod ziemi. Czy od razu zobaczymy gdzieś w oddali np. Statuę Wolności, a może pozostałości po WTC? Może Wall Street, a może jakieś inne znane nam z filmów gmaszyska New Yorku?
Pierwszy widok, jaki by nie był - nie zaskoczył, bo... wszystko zasłaniają wieżowce;) Parafrazując pewien dowcip, że Tatry byłyby może ładne, gdyby góry wszystkiego nie przysłaniały, tak samo można powiedzieć o NY - byłby piękny, gdyby drapacze chmur wszystkiego nie zasłaniały. Ale to tylko dowcip... Tego się nie da opowiedzieć, pokazać na zdjęciach czy na filmie. Trzeba po prostu na żywo stanąć i zmierzyć się z budynkiem, którego górne piętra ledwie widać gołym okiem. To nadaje im piękna. Każdemu z nich z osobna i wszystkim razem jako całości. Każdy, kto lubi robić zdjęcia, fotografuje każdy z wieżowców z dziesiątek pozycji, bo to nie jest Pałac Kultury i Nauki w Warszawie, który z każdej strony wygląda podobnie, a poniżej siebie ma jak nie stary Dworzec Centralny, to ohydne hale targowe (no, teraz także pasujące tam jak pięść do oka - Złote Tarasy).
W Nowym Yorku każdy wieżowiec przesłaniany jest przez kilka innych wieżowców, dlatego co kilka kroków, co przecznicę, wszystko się zmienia i otrzymując nową oprawę, i wygląda już zupełnie inaczej, niż z kilku kroków wcześniej. I ta ich wielkość. Nie da się jej opisać ani pokazać na zdjęciu. To tak, jakby zrobić zdjęcie orkiestrze symfonicznej i przekonywać kogoś, jak ona pięknie gra, skoro jest tam tyle wielkich, pięknych, błyszczących instrumentów.
Tak więc zapraszam do NY, bo zrozumieć o czym piszę.
C.D.N.




1. Gdy po razy 1szy wysiądzisz z nowojorskiego metra, nie masz pojęcia, co ujrzysz wychodząc z danej stacji - i to zaskoczenie jest właśnie najpiękniejsze!
2. Dobrze, że CIA zrobiło trochę wolnego miejsca na Manhattanie spektakularnie burząc Dwie Wieże... I zganiając całą winę na Al Quidę...
3. W tym budynku (siedziba główna ONZ) delegaci z ponad 200 państw dyskutują o losach świata, a i tak to Amerykanie dyktują światu ten los.
4. Za takie widoki kocha się to miasto. Szanując święte prawo Amerykanów do prywatności, więcej zdjęć różnych tego typu osobliwości nie zrobiłem.
5. Jezus Cię kocha!
6. W Polsce, krótkogolony właściciel tego typu auta prędzej by mnie przejechał, niż pozwolił zrobić mu zdjęcia...
7. Times Square - miłość od pierwszego wejrzenia - pomimo, że to najbardziej zmienne miejsce świata!

stany 2011-06-05

skomentuj proszę tę notkę.


Muzeum lotnictwa i aeronautyki.

W samym centrum amerykańskiej stolicy, gdzie w Polsce wybudowanoby co najwyżej piękną galerię handlową, gdzie na zakupy stać niewielu zwykłych mieszkańcow, w USA znajdują się darmowe muzea. Ja zajrzałem do muzeum lotnictwa, a że zarówno mi, jak i moim kompanom spodobało się tam bardzo, to postanowiliśmy obejrzeć inne obiekty latające w położonym ok. 20mil od Washingtonu muzeum lotnictwa. Muzeum to utworzono w dawnym porcie lotniczym, więc dodatkową atrakcją jest możliwość wejścia do wieży kontroli lotów. Na terenie muzeum płaci się jedynie za wjazd auta (12$), reszta wejść i atrakcji jest już za darmo. Jak to często w USA bywa, do tego typu miejsc (oddalone od miasta muzea, miasteczka rozrywki, ZOO) nie da się wejść, trzeba na ich teren po prostu wjechać, bo nie ma biletów wstępu, a są tylko karty parkingowe!
Powracając do muzeum lotnictwa - w wielkim hangarze zgromadzono wszystko, co kiedykolwiek wznosiło się w powietrze, oraz to, co spadało lotem koszącym. Od replik pierwszego samolotu braci Wright, przez samoloty służące w pierwszej wojnie światowej, w drugiej wojnie światowej (nazywanej najczęściej WW II czyli World War 2), wojnie wietnamskiej, "zimnej wojnie", przez Boeinga 707, Concorda, EnolaGay (który zarzucił bombę atomową na Hiroszimę), po prom kosmiczny i niewidzialne dla radarów cudeńko zwane „tajne przez poufne”;). Oczywiście na wszelkich zdjęciach, filmach dokumentalnych, czy w przekazie słownym nie da się pokazać WIELKOŚCI. A właśnie wielkością większość tych latających urządzeń robi największe wrażenie. Od razu chce się jechać na Florydę, by zobaczyć w skali 1:1 rakiety kosmiczne. By dokładnie wszystko zobaczyć potrzebne są przynajmniej dwie godziny ciągłego marszu wokół wszystkich eksponatów.
Mi to mniej więcej tyle właśnie zajęło, bo pierwsze obejście było z aparatem, a drugie z kamerą.



1. Muzeum to muzeum - zatem ten kokpit pamięta jeszcze czasy 2-giej wojny światowej, a może i wojny secesyjnej?;)
2. Mimo, że prom kosmiczny w muzeum miał być tylko ciekawostką, od 2011 roku tego typu promy już na stałe zacumują w muzeach i nigdy już nie wzniosą się w kosmos.
3. No to nie dziwne, że Houston co chwilę miało problem;)

stany 2011-06-05

skomentuj proszę tę notkę.


Capitol
Kapitol, budynek Congresu, czyli amerykańskiego parlamentu to odpowiednik naszego sejmu. Budynek ten widoczny jest z każdego niezabudowanego wysokimi biurowcami czy apartamentowcami miejsca Washingtonu i z każdego z tych miejsc jego kopuła, jak i cały budynek prezentują się równie okazale. Z bliska także wszystko jest niczego sobie zarówno w dzień, jak i w nocy. Schody prowadzące do Kapitolu nie są oświetlone (przynajmniej w roku kryzysu 2008 nie były), więc chcąc się tam wybrać nocą, zbliżamy się do niego jak ludy pierwotne do jakiejś świątyni. W Polsce pod budynek sejmu nie za bardzo możemy sobie podejść, by nie deptać trawy, gdzie kilka razy dziennie pasą się polskie (p)osły. W USA można podejść pod samo serce amerykańskiej państwowości i posłuchać, jak ono bije.
Sprzed budynku kongresu rozpościera się widok na równie znane symbole amerykańskiej stolicy, wspominany już przeze mnie obelisk Washingtona, a gdy ktoś ma odpowiednią ilość dioptrii w oku to i na Lincoln Monument. Tuż pod Congresem znajduje się National Mall czyli niemała połać zielonej trawki na którą raz na dwa lata wypuszcza się 1/3 senatorów. Dalej ciągną się jakieś rowy melioracyjne pełne wody;) Myślę, że każdemu wielbicielowi filmu "Forrest Gump" widok rozpościerający się ze schodów Kapitolu zawsze będzie się kojarzył z Jenny biegnącą w hipisowskiej sukience w tym właśnie korytku wodnym do umundurowanego Forresta wygłaszającego przemówienie z okazji 4lipca.
Do budynku kapitolu można oczywiście wejść, ale wejście dla turystów jest od drugiej strony niż ta, którą widać od strony reprezentacyjnej, więc do obchodzenia byłoby wiele, a czasu na resztę waszyngtońskich atrakcji ubywało w zastraszającym tempie.

Podsumowanie amerykańskiej stolicy:
Washington bardzo się podoba. Szczególnie, gdy przyzwyczaimy się już do amerykańskiej biedy panującej w Michigan. Proste drogi, policjanci wyglądających bardziej na tych którzy, zgodnie ze składanym przyrzeczeniem "Strzegą i bronią", niż na tych, którzy w każdym widzą potencjalnego złoczyńcę, i bronią to mogą nas co najwyżej "potraktować". Nawet radiowozy tu są mniej agresywne - delikatne światła na dachu, brak stalowych zderzaków, itp. udogodnień w dopadaniu drogowej czy miastowej zwierzyny. Baa... o tym, czym może jeździć policja dowiem się dopiero kilka dni później w Nowym Yorku...
Zachwyca ilość ludzi na chodnikach. Wreszcie można poczuć się jak w europejskiej stolicy, którą ludzie zwiedzają, robią sobie zdjęcia, kręcą na wideo bez obawy, że podbiegnie jakiś czarny i wyrwie z ręki kamerę. Prócz jednego przejazdu kolumny prezydenckiej i jednego przelotu takiej samej powietrznej kolumny nie widać nawet, że to stolica kraju, który niby to walczy z terroryzmem. Żadnych świętych krów jak ma to miejsce w Polsce, gdy wiozą ministra tego, czy v-ce ministra owego, ewentualnie miliardera Kulczyka lub Gudzowatego. Żadnych barykad na ulicach, bo tu siedziba ich prezydenta, tam siedziba ich rządu, tu Pentagon, a tam jeszcze coś najważniejszego w świecie. Żadnych specjalnych pasów dla uprzywilejowanych z kogutami na dachu, jak ma to miejsce np. w Moskwie. Wszędzie można podejść, zobaczyć. W muzeach (do których wstęp często jest za darmo - sponsorowany przez szanowny rząd USA, ewentualnie przez różne firmy lub nawet osoby prywatne) wiele eksponatów można dotknąć. By dzieci nauczyć muzeowania, obcowania ze sztuką, większość wystaw jest multimedialnych - monitory do nas przemawiają, a dzieci naprawdę nudzące się mogą zwiedzać specjalnie dla nich zrobione pokazy. Nawet ja, duże dziecko miałem dużo radochy mogąc porównać masy tytanu, węgla, itp.



1. Kongres nocą.
2. Jedna z dziesiątek uspokajających nerwy fontann. Piękna nocą o wiele bardziej, niż za dnia.
3. A ja i tak od tych miejsc Washingtonu, które znają lub przynajmniej rozpoznają wszyscy, wolę miejsca typu China Town, a w nim zupę z psa i sałatkę z kota;) I Sajjjjgonki!

stany 2011-05-25

skomentuj proszę tę notkę.


Sprzedaż, wyprzedaż, okazja, SALE, 4SALE, itd.
W przerwie wycieczki po USA, z racji tego, że "kryzys", że dolara nie opłaca się przwozić do Polski w postaci papierowej, a co najwyżej zamienione na dobra różne, oto kilka rzeczy, które mam na zbyciu. Proszę podziwiać, porównywać z kosmicznymi cenami w Polsce, z równie oderwanymi od polskiej rzeczywistości cenami z allegro i zamawiać u mnie:) Jak wyzbędę się wszystkiego to kolejna wyprawa do USA będzie bardzo, BARDZO przygodowa. Koniec siedzenia w Michigan i czekania z dubeltówką w oknie na wizytę zbłąkanego wędrowca z czarnego Detroit...

Tak więc do okazyjnego zakupu jest:
ELEKTRONIKA:

Laptop Toshiba Portege R705-P35. (pełna specyfikacja TUTAJ)
Komputernikiem jestem od przeszło 20lat, w swoim życiu miałem już kilkanaście laptopów, ale ten... Ten pomino, że ma 13cali, waży zaledwie 1,4kg (w odróżnieniu od równie lekkiego Apple Mac Air ten posiada wbudowany napęd DVD!). Bateria daje radę 8 godzinom zabawy. 4G WiMAX ready, touchpad prócz tego, że działa jak myszka, zachowuje się jak wyświetlacz iPada i można nim powiększać i obracać obraz:) I mnóstwo innych cudów w jednym małym, leciutkim, ale poważnym laptopie (a nie netbooku!). No po prostu Miód - Malina! Oddam w dobre ręce za dobrą cenę. Kontakt pod @dresem widniejącym po lewej.
Aaa... tego, czym jest ten wykonany z magnezu laptop nie da się po prostu opisać. Spróbujcie go gdzieś ujrzeć (Vobis czy Komputronik) i... wziąć na chwilę do ręki i zrozumiecie, o co chodzi. Vobis za model z jedynie 320GB dyskiem (mój ma 500GB) i bez WiMAX-a życzy sobie 4469zł, chłopcy Allegrowcy ok 3800zł, a my się jakoś dogadamy...:) Jeśli chcesz mieć coś, co NIGDY nie będzie dostępne w Tesco, co w VOBISIE muszą specjalnie dla Ciebie zamówić, co wyciągając w mejscu publicznym sprawia, że inni chowają swoje toporniaste przenośne komputery - BINGO - znalazłeś to coś!

Wiek - 3mce. Można uznać, że jest NIEUŻYWANY, gdyż włączony zostałtylko po to, by móc udawać na granicy unijnej jego używalność;) Oddamza 2999zł!!! W Polsce kosztuje grubo ponad 4000zł, bo jest po prostuNIESAMOWITY. 1,4kg - to główny wyznacznik jego niezwykłości:)



Kamera JVC Everio GZ-MG155U - 30GB dysku, od 7 do 37 godzin nagrania + slot na kartę SD do robienia zdjęć wprost na nią.
Wiek - 2,5 roku, ale używana jak to sprzęt tego typu 2-3 razy w roku, więc nosi minimalne ślady użytkowania. Ceneo zwariowało i liczy sobie za nią 1299zł. Ja jestem jak Media Markt i oddam ją za 499zł.



Kamera JVC Picsio GC-FM2 - (specyfikacja TUTAJ)
Wiek - 6m-cy, ale w ogóle nie używana. Wygrałem ją w konkursie, więc ma polską gwarancję. Ceneo chce za to od 559zł, ja oddam za 399zł.



Noktowizor Elf - 1. TAK, udało mi się przewieźć ten sprzęt wysoce "strategiczny" przez amerykańską przez granicę, następnym razem będzie kamera termowizyjna:)
Oddam za totalny bezcen 599zł. W USA kosztował 250$.



Dalmierz ultradźwiękowy Stanley Intellimasure model 77-018
Nowiutki. Na Ceneo cena od 159zł, na allegro podobnie, oddam za 99zł.



Battery Pack (czyli odpowiednik Grip Canon BG-E9) do aparatu Canon EOS 60D - 199zł (bez baterii). Z 2 bateriami LP-E6 - 300zł.



Zamienniki baterii Canon LP-E6 do Canon EOS 60D, 5D Mark II, EOS 7D, itd. Ładują się w standartowej ładowarce Canon (a nie jakiejś chińskiej popierdółce), aparat czyta stan naładowania baterii - czyli zachowują się jak oryginalne! Wytrzymują ponad 600 zdjęć każda! (zdjęcia robione w ciągu miesiąca, przy aparacie ciągle będącym w stanie gotowości). Oddam za 60zł za sztukę.



Wiertarka akumulatorowa Black & Decker 14,4V (GC1440SF) + wykrywacz przewodów pod napięciem.
Sklepy narzędziowe potrafią za nią żądać nawet 240zł, allegro ok 200zł, ja oddam ten nowy zestaw za 149zł.



Oczywiście wszystkie urządzenia z załączonymi do nich ładowarkami, pilotami, stacjami dokującymi, okablowaniem, itd.
Zdjęcia prezentują dokładnie to, co mam do zbycia, a nie jakieś focie z Netu.

BUTY:
And1 - niebieskie.
Rozmiar europejski 45, (US - 11, UK - 10). Używane chyba jedynie kilka razy.
Jak są niesamowite widać na zdjęciach, tzn. na żywo jeszcze lepsze, ale jestem za stary na takie cacuszka na nogach i sam nigdy ich nie nosiłem:( Oddam za 129zł.



And1 - czerwone. Rozmiar europejski 45,5 (US - 11,5; UK - 10,5). Trochę używane, ale dadzą radę jeszcze podziałać.
Ważą mniej niż skarpetki! Po prostu nie czuje się, że ma się je na nogach. Oddam za 129zł.



Podkład L'oreal, New True Match - Sun Beige W6 - jedyne 25zł za słoiczek.
Podkład Revlon ColorStay with SoftFlex SPF6 w kolorach:
180 Sand Beige
200 Nude
220 Natural Beige
240 Medium Beige
250 Fresh Beige
290 Warm Golden
300 Golden Beige
320 True Beige
Niektóre są także bez SoftFlexu (co też ma swoje zalety) - jedyne 33zł za szt. Mam ich tyle, że możecie się w nicy wykąpać:)



Kije baseballowe (w zestawie z piłką do tejże gry). Jeszcze kilka zestawów zostało. 100zł za jeden zestaw napierdzielacza;)
BEZCENNA jest możliwość przejścia się z jednym z nich po mieście i ujrzenie miny interweniujących policjantów:
- Gdzie bandyto/ dresiarzu/ karku/ kibolu/ ... * idziesz z tym kijem?!
- Na trening, panie Psie!;) A na dowód tego - oto piłka do baseballa - aport! I rękawica!



* - wstawić słowo użyte przez policjanta adekwatne do Waszego stroju lub zachowania

CDN bo naprawdę duuuużo tego wszystkiego nawygrzebywałem;)

stany 2011-05-13

skomentuj proszę tę notkę.



Biały Dom...
Nocą, gdy prezydenta Stanów Zjednoczonych nie ma w Białym Domu, nie jest on w ogóle oświetlany, więc gdy ktoś nie zna topografii Washingtonu z pewnością przegapi ów "domek". Gdy tylko Air Force One przywiezie swojego głównego pasażera z jakiejś zagranicznej czy krajowej wycieczki, wtedy można oglądać White House by Night w całej jego okazałości. Jednak i tak nie jest to żaden zachwycający widok. W dzień wcale nie jest lepiej. Oddalenie od płotu zza którego możemy oglądać siedzibę amerykańskiego prezydenta jest na tyle duże, że bez aparatu z odpowiednio dużym zoomem i tak niewiele zobaczymy. A dom zarośnięty jest drzewami na tyle obficie, że niejedna rezydencja w bogatej dzielnicy jakiegokolwiek miasta USA wygląda o wiele okazalej, niż rezydencja prezydenta USA, czyli jak większość kultowych budowli świata owo miejsce jest przereklamowane i lepiej i dostojniej wygląda na pocztówkach czy relacjach TV niż na żywo. W końcu to Ameryka, a nie Polska, gdzie mały „kartofel” musiał mieszkać w kilkadziesiątpokojowym gmaszysku oświetlonym tak obficie, jakby był jakąś ciepłolubną roślinką w szklarni. Biały dom ma 5110 metrów kwadratowych, polski odpowiednik owego miejsca pewnie o wiele więcej - a, co! Nie stać nas? W Białym Domu prawie codziennie pzyjmowani są najważniejsi przywódcy naszego globu, najczęściej to właśnie tam decyduje się los świata, a w Polsce owo gmaszysko służy temu, by Bronek "Wpadka" Komorowski miał się gdzie zgubić (podobno nasz prezydent musi mieć GPS, by z łazienki trafić do sypialni)...

Oczywiście droga przed Białym Domem jest zamknięta i pilnie strzeżona, ale podejśc pieszo można tam bez żadnej kontroli. Przed miejscem z którego można oddać najlepszy strzał w kierunku Białego Domu stoi radiowóz policyjny, ale już 200metrów dalej można podjechać ciężarówką z haubicą i spokojnie oddać kilka strzałów - póki nie dosięgnie nas ogień z baterii przeciwlotniczej usadowionej na dachu Białego Domu - to takie delikatne wtrącenie, gdyby moją stronę i przewodnik po Waszyngtonie czytali goście z Afganistanu, Iranu czy innych miejsc świata, gdzie prezytent USA "kochany" jest bardzo.

Oczywiście miałem to szczęście, że tuż nad moją głową przeleciał panujący wówczas, najgorszy prezydent w całej historii USA - George Bush Junior. Leciał w konwoju dwóch identycznych jak ten jego helikopterów, by trzeba było użyć trzech Stingerów, by mieć pewność, że Mission Complete, wsio w pariatkie czy Allah Akbar.
To, że prezydent USA skądś przylatuje czy gdzieś wylatuje widoczne jest na waszyngtońskim niebie już na wiele minut wcześniej. Około 30min przed wzbiciem się prezydenta USA w powietrze, albo dotknięciem przez koła jego samolotu ziemi, całkowicie zamykany jest ruch na waszyngtońskim niebie. Po szczęśliwym lądowaniu AirForce1 gwałtownie narasta ilość lądujących i startujących na washingtonskim lotnisku samolotów pasażerskich.

Jeśli ktokolwiek w USA (ktoś sprytny i myślący) chciałby naprawdę posłać prezydenta USA do nieba, to zrobiłby to po kilku dniach niespecjalnie skomplikowanych przygotowań, kupując legalnie w sklepach całą niezbędą do tego broń. Nie musi być wcale spektakularnie, wystarczy, że będzie skutecznie... Gdy prezydent taki przylatuje do Polski, to postawiona jest „na głowie” każda nasza służba bezpieczeństwa, policja, ABW, BOR, Straż Graniczna, Grom, z czerwonymi i moherowymi beretami włącznie. Tysiące ludzi pracuje kilka miesięcy wcześniej, by zapezpieczyć każdą sekundę wizyty prezydenta USA w Polsce, podczas gdy w rodzimym państwie jest on narażony na odstrzelenie przez sfrustrowaną emerytkę stojącą przed bramą Białego Domu (musi szybko oddać strzał bo chwilę później sprzątnie ją snajper siedzący na dachu White House’u). Przez militarystę z Teksasu, który legalnie kupił sobie Stingera, by postrzelać nim do kaczek (bo ze śrutówki mu się to nie udaje żadnej ustrzelić). Cała ta światowa antyamerykańskość, chęć zmiecienia USA z mapy świata przez terrorystów jest wg. mnie FIKCJĄ! Amerykanie po prostu MUSZĄ się czegoś lub kogoś bać, by dawać sobą łatwo rządzić, manipulować i by móc wyciągać z kieszeni amerykańskich podatników biliony dolarów na zbrojenia i bezużyteczne wojny.
Rozwinięcie tej myśli w moim artykule "Drogi Panie Bin Ladenie"...

stany 2011-05-04

skomentuj proszę tę notkę.


Washington
Pierwsze, co zaskakuje przy wjeździe do Washingtonu to... ilość aut japońskich. W stanie Michigan (kolebce amerykańskiej motoryzacji) japońskie auta stanowią co najwyżej 20-25% całości blachy samojezdnej poruszającej się po drogach Detroit i okolicznych miast. Na przedmieściach Washingtonu auta z kraju kwitnącej wiśni stanowią nie mniej niż połowę jeśli nie 3/4 ogółu. Na jednym ze skrzyżowań na trzech pasach ruchu stało w bliskim sąsiedztwie siedem aut marki Toyota. Małych (jak na amerykańskie warunki), oszczędnych, ekonomicznych i do niedawna niezawodnych. Ta motoryzacyjna odmienność narzuciła mi się jako pierwsza ''inność'', jaką zauważa się zanim jeszcze wjedzie się do stolicy Stanów Zjednoczonych.

Jakość dróg na całej naszej trasie podróży jest o niebo lepsza niż w stanie w którym w USA przyszło mi zamieszkać na stałe. Nie widać wszechobecnej w Detroit biedoty, ''czarnoty'', opuszczonych, spalonych, ograbionych domów, wraków aut stojących na ulicach, murzynów pijących alkohol z butelek poukrywanych w papierowych torebkach. Podchodząca do zatrzymywanego na autostradzie samochodu policjantka robi to z uśmiechem na ustach, a nie z ręką na giewerze, jak najczęściej ma to miejsce w Michigan.

Czysto, schludnie, ciasne, kameralne uliczki, dostojny, powolny ruch miejski, fotoradary oraz obowiązkowe tablice rejestracyjne z przodu każdego zarejestrowanego tam pojazdu. Żadnego zabójczego tempa jak to ma miejsce w Warszawie, która w Polsce robi za stolicę wszystkiego - stolicę państwa, stolicę gospodarczo - ekonomiczną, centrum nauki, sztuki, rozrywki, za siedzibę polskich oddziałów wielkich światowych korporacji, a przede wszystkim planowana i budowana na kilkaset tysięcy mieszkańców obecnie jest siedliskiem 2 milionów zaganianych jak szczury obywateli pędzących co dnia wszelkimi możliwymi kanałami do pracy, szkół, uczelni, gdziekolwiek. A stolica ponad 300 milionowych Stanów Zjednoczonych ma zaledwie 600 tys. mieszkańców i spełnia funkcję polityczno reprezentatywną, więc można by rzec - stolica jakiegoś normalnego, zachodniego europejskiego kraju.
Jednak tego, że nie jest to żadna europejska stolica dowodzi co chwilę pojawiający się w przestrzeniach pomiędzy budynkami okazały gmach amerykańskiego Kongresu, a jeśli nie ów gmach, to przynajmniej wielki obelisk (Washington Nationam Monument) stojący nieopodal Białego Domu. Dzięki temu zawsze wiemy, gdzie jesteśmy.

Kolejną dobrą rzeczą, którą zauważyłem w Washingtonie, a dokładniej już na drogach dojazdowych do miasta to lewe pasy ruchu dla samochodów, w których jest 2-3 i więcej pasażerów. Tym lewym, szybkim pasem można jechać właśnie wtedy, gdy auto jest opasażerowane. Gdy kierowca jedzie sam, musi się wieźć wolniejszymi prawymi pasami.

Była niedziela. Nasze zwiedzanie rozpoczęliśmy od Washington National Cathedral czyli Katedry Świętych Piotra i Pawła. Podziemny parking przy katedrze był w niedzielę bezpłatny. Katedra jak katedra, podobno rozpościera się z jej wież piękny widok na cały Washington jednak nie dane nam było tego sprawdzić, gdyż taras widokowy był tego dnia zamknięty. Tuż przy katedrze jest mały kameralny ogródek w którym można postrącać z drzew wiewiórki;)

DoubleDecker to taki piętrowy autobus rodem z ulic Londynu, najczęściej bez dachu, w których obwozi się pasażerów po wszystkich ciekawszych miejscach Washingtonu, Nowego Yorku, większości turystycznych miast świata. Weszliśmy do środka, przyjemny klimatyzowany chłód. Przy kierowcy stoi puszeczka na napiwki, więc wrzuciliśmy po dolarze ciesząc się, że rząd Stanów Zjednoczonych funduje za darmo takie poznawcze wycieczki. Górny pokład zazwyczaj cały jest zajęty przez turystów rządnych pięknych widoków Washingtonu. To, że nie jest to wycieczka bezpłatna okazało się, gdy przyszedł pan z biletami. Cena... ZAPOROWA - 32$! I co z tego, że bilet jest ważny przez dwa dni, skoro w sumie, na cztery osoby wydaliśmy 128dolarów, co daje 32galony paliwa na którym moglibyśmy przejechać naszym paliwożernym vanem ponad 500mil czyli przemierzyć Waszyngton wszerz i wzdłuż 10 razy!

Tego, że przejechać Washington jest o wiele łatwiej niż zaparkować gdzieś auto, dowiedzieliśmy się tuż pod Białym Domem. Oznakowanie postojów nie jest jednoznaczne. Nie można tam parkować w jednych godzinach, ale w innych godzinach nie można tego robić jeszcze bardziej! Oznacza to, że pewnie w tych pierwszych godzinach nie można parkować trochę mniej? W jednych godzinach dostaniemy za parkowanie mandat, a w innych od razu nas odholują. Parkometrów nie było (a gdy są, to można maksymalnie stanąć na dwie godziny po 1dolarze za każdą z nich). Tak więc, 300metrów od Białego Domu można postawić auto za darmo! Oczywiście tylko na 2godziny. Ale nie mogą to być godziny szczytu komunikacyjnego (pomiędzy 16:00 - 18:00), bo wtedy ów pas jezdni na którym się parkuje ma być zdatny do przejazdu. I właśnie na tym ulicznym parkingu dostaliśmy dowód na nieubłaganie amerykańskiego prawa drogowego i amerykańskiego policjanta. W pewnej chwili nadeszła wielka ulewa, wiatr prawie że przewracał drzewa, tarmosił stragany sprzedające koszulki I LOVE WASHINGTON - po prostu tornado. Uciekaliśmy właśnie przed tym armageddonem do auta, gdy o godzinie 16:05, zmoknięty policjant na motorze zaczął swoje krwawe żniwo za obecność naszego auta tam, gdzie od godziny 16:00 tego auta już być nie powinno. Wydruk z jego "kasy fiskalnej" kosztował nas 100$. Na szczęście mandat wystawiony na nasze auto poszedł na konto wypożyczalni:)
Jednak, gdy widzieliśmy tego policjanta, w chwili gdy z nieba w każdej minucie wylewa się na niego wiadro wody, a ten w nieprzemakalnym płaszczu jak jakiś niezniszczalny podjeżdża na swoim motorze od auta do auta, wbija nr rejestracyjny samochodu do swojego komputera i za chwilę w szczelny woreczek pakuje ticket na 100$, a wygląda przy tym jak Terminator II uchodzący z życiem po zalaniu go ciekłym azotem - oj, nie ma tu miejsca na tłumaczenie, że już stąd odjeżdżamy, że to jedynie 5minut po czasie...

Dlatego chyba najlepszą opcją jest postawić auto albo na jakimś parkingu całodobowym za kilkanaście $ i dalej jeździć komunikacją miejską albo takim właśnie DoubleDeckerem. Albo ciągle biegać do parkomatu i dorzucać kolejne ćwierćdolarówki, by ciągle mieć te 2godz. parkowania, albo uważać by na darmowym parkingu nie stanąć w zakazanych godzinach.
C.D.N...



1. Prawie jak Paryż, prawie jak Katedra Notre-Dame, a to tylko i wyłącznie Washington National Cathedral.
2. Waszyngtońska ulica w niedzielne popołudnie. Warszawa nigdy nie jest tak opustoszała, gdyż jest stolicą wszystkiego, czyli jest do niczego;)
3. Capitol w którym tworzy się prawo wyciągające kapitał z kieszeni amerykańskich podatników na wojny i inne głupoty.

stany
2011-05-01

skomentuj proszę tę notkę.


Detroit - Washington - New York - Philadelphia - Detroit
Będąc w USA po raz pierwszy (wiosną 2008 roku), kiedy to już zachłysnąłem się tą całą innością Stanów Zjednoczonych wybrałem się z kolegą z pracy Pawlunem i z zaprzyjaźnionym małżeństwem Agą i Gregiem P. w małą podróż po USA. Bo ta inność Ameryki względem Polski, którą ujrzałem w okolicach Detroit była cholernie negatywną "innością". Prócz pozytywów tego, że wszystko było tutaj wówczas 2-3x tańsze niż w Polsce (domy, benzyna, prąd, gaz), laptopy i elektronikę rozdawali prawie za darmo (szczególnie, gdy w lipcu 2008 przeliczało się dolara po 2zł), drogi do bezpiecznego po nich jeżdżenia ciągnęły się wszędzie szerokie i nieskończenie długie, było także upadłe na kolana Detroit, puste fabryki, masowe zwolnienia, spalone całe dzielnice, okolice tak niebezpieczne, że nawet policja boi się tam zaglądać, po prostu PIEKŁO jakie do tej pory widziałem tylko w katastroficznych filmach rodem z Hollywood.

A zatem, by poznać kawałek piękniejszej Ameryki, innego jej oblicza postanowiliśmy pojechać do stolicy USA (Washingtonu), oraz do prawdziwej i jedynej stolicy świata (Nowego Yorku). Po dokładnym zaplanowaniu całej trasy, po zarezerwowaniu hoteli na trasie naszej podróży, po wynajęciu wygodnego VANa, ruszyliśmy w czerwcową noc w drogę do Washingtonu.
W USA jest na tyle dziwnie, że Washingtonów mają oni chyba kilkanaście. Skoro Warszaw (Warsaw) mają aż pięć, to ile mają miast sławiących imię (tzn. nazwisko) ich pierwszego prezydenta? Baa... jest także stan Washington, który jest dokładnie po przeciwnej stronie USA - ot tak 4.500km od stolicy. Tak więc wrzucając w nawigację nazwę miasta trzeba dokładnie określić, w jakim znajduje się ono stanie, albo wstukiwać od razu White House;) Chociaż pewnie i Białych Domów też mają kilka. To może Washington Monument? Sami możecie sprawdzić na maps.google.pl o czym piszę z tym błądzeniem po amerykańskich miastach;) Do Washingtonu D.C. mieliśmy z Detroit 520mil (850km) i około 9 godzin podróży przed nami.

Google maps pouczy nas, że:
Ta trasa obejmuje odcinki płatne / Ta trasa przebiega drogami o ograniczonym dostępie lub prywatnymi,
jednak nic takiego jak drogi ograniczone czy prywatne nie trafiło się na trasie wyznaczonej przez nawigację Garmina. A nawet gdyby, to jako Polak jeżdżący polskimi drogami jestem przyzwyczajony do dróg z ograniczeniami, które ciągną się przez większą część terytorium Rzeczpospolitej;)

Gdy ze stanu Michigan wjeżdża się do Ohio, czuć od razu "jak ręką odjął", że coś się zmieniło. Michigańska, darmowa, betonowa autostrada której łączenia płyt czujemy i słyszymy na naszym zawieszeniu gdy tylko miniemy tablicę z napisem Welcome to Ohio zamienia się w prostą, cichą, asfaltową drogę. To, że raz na jakiś czas stoi puszka poboru opłat do której lekko przyhamowawszy auto należy wrzucić kilka 25centówek za to, że droga jest prosta, łatwa i przyjemna - to drobiazg w odróżnieniu od tego, co trzeba co kilkanaście kilometrów płacić za polskie produkty autostradopodobne. I tym oto prostym i bezkolizyjnym sposobem rankiem 15.06.2008 wjechaliśmy do Washingtonu...



1. GPS. antyradar i 3,5litrowy silnik pod maską - czasoprzestrzeń w USA można pokonywać 2x szybciej niż w Polsce;)
2. Mieszkańca tego Domu (i to w najgorszym możliwym wydaniu czyli w osobie Georga Busha juniora) miałem na wyciągnięcie stingera tuż nad sobą - gdy przelatywał helikopterem nad moją głową. Stinger niestety nie wystrzelił...
3. Washington Monument nocą - najbardziej hipnotyzumąca budowla jaką do tej pory widziałem.

stany 2011-04-30 14:18:53
skomentuj (27)




Fckn AA !
AA to w Polsce Anonimowi Alkoholicy;) W USA także stosuje się taki skrót do ich nazywania, ale ja tym razem mam na myśli American Airlines. Mam ich od ostatniego lotu z nimi w głębokim poważaniu! W BARDZO głębokim.
Lecąc kilka tygodni temu z Polski do USA, gdy wysiadłem z pięknego Airbusa i zobaczyłem to, czym muszę lecieć dalej z Chicago do Detroit – zdębiałem. Kukuruźnik jakiś! Taka powietrzna taksówka, ale nie nowiutki Yellow Cab z Nowego Yorku, a powietrzna ryksza rodem z Indii!
No, ale wybredny nie jestem, folklor wszelkiego typu lubię oglądać i doświadczać bardziej, niż sztuczność i nudę luksusowych miejsc, hoteli czy pojazdów, więc do owego powietrznego rydwanu wówczas grzecznie zasiadłem. Szczególnie, że czekali na mnie i nawet wołali przez megafony na całą O’Hare Airport, żeby passenger Daniel się Hurry Up!
Wsiadłem posiedziałem chwilę i wszyscy musieli wysiąść, bo pani stewardesie rozchorowała się w domu córka i ni z tego ni z owego pojechała do domu. Tak więc lot wystartował wówczas z 45minutowym opóźnieniem, bo czekaliśmy aż znalazła się kolejna pisuardessa. W USA nikomu się nie śpieszy, nikt się nie denerwuje, więc nie denerwowałem się i ja.
Wczoraj, gdy przybyłem czasowo na lotnisko w Detroit, jak bez żadnego zgrzytu pani z AA odprawiła prosto do samej Warszawy moje dwie wielkie jak stodoła walizy (każda po 32kg!), byłem gotów im wybaczyć to, że są powietrznymi kukuruźnikami;)

Jednak NIE! Mając wykupione miejsce w samolocie lecącym z Chicago do Warszawy, wiedząc już, że w AA dzieją się różne powietrzne cuda i ewolucje (a i odnaleźć się na chicagowskim lotnisku, odprawić bagażowo i bezpieczeństwowo nie jest szybko ani łatwo) wziąłem sobie 2,5godziny zapasu między lotami. Ot, na daną godzinę miałem zalecieć do Chicago i dopiero 2,5 godziny później miałem kolejnym samolotem pofrunąć do Warszawy. A tu... dupa! Kukuruźnik wyglądający jak długopis z doczepionymi dwoma skrzydłami przyleciał na czas, ale z jakichś tylko American Airlines znanych przyczyn postanowił mieć 2godziny opóźnienia! No to BINGO! Minę mój samolot do Polski w locie, albo posiedzę sobie na O’Hare patrząc na tablicę odlotów gdzie widnieje nieodwołalnie komunikat, mój lot już odleciał.

Wszedłem zatem na pokład z moim podręcznym bagażem (a w tym długopisie po prostu nie ma miejsca gdzie go schować i wszyscy muszą oddać swe bagaże do luków bagażowych) i twardo mówię – jako, że zostanie mi tylko 50min na przesiadkę, biorę go ze sobą!
- Ale my nie mamy tu miejsca gdzie go schować. I czy nie wiesz, że loty z Chicago są zwyczajowo opóźnione – zapytała stewardesa.
- W dupie to mam - powiedziałem z uśmiechem do pani w znanym tylko Polakom języku:)

Pogoniłem jeszcze pilota, więc samolot w locie nadrobił ok. 20minut, ale mi i tak została tylko godzina na odebranie bagażu i przesiadkę. Na znalezienie bezpłatnego wózka (dziady chicagowskie każą sobie płacić za niego 4$, a przecież wystarczy wyjść przed terminal i można zgarnąć wózek pasażera, który już odjechał:) Później jeszcze przejażdżka wagonikiem na terminal 5 (nawet nie wiecie, jak dłuży się czas, gdy wagonik jeździ co 10minut, a Wam każda minuta przybliża czas odlotu samolotu bez Was). Wtedy to nawet zmienia się PH i agresywność potu, gdy człowiek leci po lotnisku jak rakieta Tomahawk pomiędzy libańskim domami.

Oczywiście, że gdybym nie zdążył dostałbym za darmo bilet na następny lot. Może nawet darmową noc w hotelu - to kolejne zalety posiadania biletu w klasie biznes. Kolega kiedyś przesadził z darmowymi drinkami w VIP roomie i na swój samolot wyszedł stamtąd na czworaka... dzień później! Ależ oczywiście, poleci Pan pierwszym możliwym lotem. Przepraszamy, że nikt na czas nie wyciągnął pana z loży dla VIP-ów;)
Ale ja zdążyłem na swój lot. Gdy Daniel Pershing wpadł do samolotu jako ostatni pasażer, zasapany jak borsuk po wiosennych godach ze stadem borsurzyc, witający go pan kapitan wskazał mi miejsce F2 przy oknie. Rzędy 1, 2 i 3 to rzędy biznesowe. W sumie 18 miejsc obsadzonych... czterema osobami.
Gdy już dostałem od miłej stewardesy dwa razy soczek pomarańczowy, nabrali podejrzeń, że chyba jestem synem posła Rokity i mnie nie powinno tu być, tak jak jego płaszcza w biznes klasie Lufthansy.
- A czy Pana miejsce nie jest przypadkiem 20F? - zapytała znacząco pani stewardesa. Czy mogłabym zobaczyć pana kartę pokładową?
Gdy okazało się, że jednak to nie pomyłka. Że taki niepozorek jak ja ma prawo tu siedzieć i dostać 2 szklaneczki soku, dwa dania na kolację + deser – przeprosinom za tę niemiłą pomyłkę nie było końca.
Ach... że też za 9godzin trzeba wylądować w kraju, gdzie nikt nikogo nie przeprasza, nie jest tak uprzejmy, i w ogóle... I gdzie cukier jest po 6zł! A benzyna po 7dolarów za galon!:(

I jeszcze kontrola bezpieczeństwa.
Ale się do mnie przyczepili tym razem! Oj domyślałem się, że nie powinienem spotykać się z Japukiem w nowojorskim meczecie... 1sza odprawa bezpieczeństwa w Detroit - norma. Buty, pasek, zegarek, bilon, laptopy, aparat, kamera, płyny - wszystko na prześwietlenie. Jednak tym razem także i ja poszedłem do skanowania:) Ręce ponad głowę, pozycja dokładnie taka sama, jaką przyjmowali Polacy w czasie II wojny światowej, gdy Hitlerowcy krzyczeli: „Hande Hoch” i chwilę później padała komenda: „Schießen!” Skaner niczego nie znalazł, więc po komendzie – You’re safe, poszedłem dalej.
W Chicago, zganiany z powodu pogoni za bagażami, za terminalem, na kontrolę zjawiłem się 10min przed odlotem samolotu. Zziajany, spocony, no terrorysta po prostu – pewnie ma bombę i się denerwuje?
Poszedłem na Roentgen. Pani oglądająca wynik owego prześwietlenia zapytała – Are You horse?
- Nie, człowiek też czasem ma takiego penisa;) – odpowiedziałem skromnie
- Oh, my Gosh!

Prócz okazałego przyrodzenia bomby w brzuchu nie miałem, więc poszedłem dalej, ale tylko o dwa kroki. Kolega pani od skanera wyraźnie zirytował się tym, że mimo, że jest płodnym Mechikiem, to Polak może mieć większe cojones. Kazał mi znów stanąć jak podczas okupacji pod ścianą i zrobić trójkąt z palców nad głową.
- What the...?
- Co masz w kieszeniach spodni? – zapytał pan securitos - Latinos.
- Guziki – odpowiedziałem jak zawsze twórczo.
- Pokaż dłonie!– zapragnął ujrzenia kolejnego szczegółu anatomicznego pan ochroniarz. Pokazałem mu dłonie, a ten mi jakimś papierkiem je przetarł i włożył ową przecierkę do kolejnego skanera.
- Sprawdzasz czy się onanizuję? – chciałem zapytać, ale wiem, że panowie na tym stanowisku, a dodatkowo załamani chwilę wcześniej rozmiarem swojej męskości nie znają się na żartach;)
- You can go. – pożegnał mnie pan security.
- Allah Akbar! – pożegnałem pana.

Wiem, wiem, doigram się kiedyś. Zginę jak Dziekański na lotnisku w Vancouver. Ale dzięki temu moja rodzina będzie ustawiona do końca życia:)
Proszę, nie mówcie nikomu, ale jako BARDZO nietypowy pasażer BARDZO nieekonomicznej klasy pozwolono mi... popilotować samolot. No i dla jaj, zafundowałem 300 pasażerom trochę turbulencji. Teraz czekam na lot A380-tką, by móc to samo zrobić z 810 osobami na pokładzie...;)
A i tak jeszcze największe wygłupy przede mną, więc zaglądajcie tu często i reklamujcie proszę mój blog:)

A o tym, jak przechodzi się polską kontrolę celną mając dwie 32kg walizy, 15kg bagaż podręczny (w którym znajdują się dwa laptopy), dwa aparaty fotograficzne i kamera na dokładkę - o tym w następnym odcinku;)



1. Po prostu NIE WIERZĘ, że nie ma tego typu filmu z lądowania w Smoleńsku...
2. Tak wygląda pasażer skanowany Body Scannerem na amerykańskich i europejskich lotniskach. Mina pani mnie skanującej mówiła więcej, niż mogła powiedzieć, by nie zostać przeze mnie oskarżona o molestowanie seksualne;)
3. No i powstał chyba kolejny wymarzony przez facetów zawód świata... - prześwietlacz pasażerek;)

stany
2011-04-01

skomentuj proszę tę notkę.


Amerykański kult zabijania...

Nie będę tutaj roztrząsał kontrowersyjnej sprawy skazywania przez amerykańskie sądy na karę śmierci i rokroczne wykonywanie tychże kar w ilości kilkudziesięciu sztuk. Nie będę też pisał o tym, że amerykańscy żołnierze wojnę traktują jak taki kolejny poziom jakiejś komputerowej strzelanki. Siedzą w tych swoich centrach dowodzenia i pilotem czy joystickiem w ręku chcieliby prowadzić i wygrywać wojnę.
Mam jednak respekt zarówno dla ich Armi, jak i do amerykańskich żołnierzy. Gdy nie mieliśmy na wyposażeniu naszego wojska tych nielotów w postaci F-16, to każdy z amerykańskich lotniskowów miał wartość bojową większą, niż cała polska Armia. A i każdy z lotniskowców i jego wyposażenie wart był (i pewnie ciągle jest) więcej niż wszystkie te nasze katiusze, tarpany, honkery, Rudy 102, Ryży 105 i Tupolew na dokładkę;) Tak więc zabawek do zabijania Amerykanie mają miliony, a warte są one tryliony dolarów (sama obecność Amerykanów w Iraku kosztowała ich ponad 2biliony dolarów - i to biliony w znaczeniu układu SI!)

Czuć tutaj cholerny szacun społeczeństwa do armii. Jak widzisz tych żołnierzy, to masz pewność, że Cię obronią przed tym całym rzeczywistym, jak i wymyślonym przez ich przywódców złem tego świata. Ci faceci to nie jakieś wymoczki, którzy poszli do wojska, bo nie umieli wykombinować jak przed wojskiem się wymigać, albo nie mieli na łapówkę dla lekarza (gdy w Polsce jeszcze była armia przymusowa), albo idą tam, bo nigdzie indziej ich nie chcą. Większość żołnierzy których mijam w sklepach, urzędach, na lotnisku, to chłopy jak dęby, którzy gołymi rękoma mogą zmiażdżyć jakieś terrorystyczne gardło - tylko weź tu znajdź terrorystę;)

Tak więc w kraju, gdzie Armia jest szanowana, doskonale finansowana, gdzie nie ma tak, jak dzieje się to w Polsce co kilka dni kolejnego wniosku o odwołanie ministra obrony, podejście do militaryzmu jest inne, niż w naszym kraju. Tutaj każda dumna matka ma na samochodzie naklejkę, że jej syn czy córka służą w Armii. A zatem broń w ich kulturze była od zawsze, a jej używanie dla dobra państwa jest dumą. Jednak skąd ten kult zabijania? Sadyzm?

Tutaj każdy może sobie kupić karabin, wstąpić do jakiejś paramilitarnej bojówki i bawić się w wojnę o wiele lepiej, niż robią to nasi żołnierze z ich kapiszonowcami na poligonie w Drawsku Pomorskim. Nawet Polacy, którzy przyjechali do USA kilka lat temu zaczynają swoje zabawy z bronią. Sąsiad od dawna namawia mnie, byśmy jakiegoś ranka pojechali polować na kaczki... Biedak nie wie, że w Polsce strzelanie do Kaczek, czy chociaż samo myślenie o tym jest zakazane pod karą wieloletniego więzienia.

Odbiegam od tematu.
Pojechałem do wielkiego centrum handlowego w którym znajduje się setki sklepów, kilkanaście restauracji, ze dwa kina, kilka tysięcy klientów, a mnie najbardziej zaskoczył... sklep dla myśliwych.
Nie był to 1szy tego rodzaju odwiedzony przeze mnie sklep. Nie były to pierwsze przeze mnie widziane długie na kilkanaście metrów gabloty pełne broni, ale tym razem zrozumiałem, jak tworzy się kult zabijania. W Polsce w sklepie dla myśliwych co kupimy? Dubeltówkę (jeśli mamy setki pozwoleń i aktualne badania psychiczne), amunicję, buty, latarkę i łopatkę. W USA w takim sklepie kupimy wszystko! Dosłownie! Od skarpetek, ciuchów, kamizelek kuloodpornych, przez wszelaką broń (kusze, łuki, broń krótką, dubeltówki, sztucery, karabiny - z Kałasznikowem za 330$ włącznie), amunicję, tarcze, sztuczne zwierzęta, sztuczne zapachy, wabiki na zwierzynę, przez przemysłowe maszynki do mielenia tego, co ustrzeliliśmy, po łodzie, kutry, traulery i statki dalekomorskie. Wchodzisz jedynie z kartą kredytową, a możesz wyjść, wypłynąć lub wyjechać z uzbrojeniem mogącym wybić co do nogi całą populację stanu Michigan. Wystrzelasz wszystko parzystokopytne w lasach i nieparzystokopytne na fermach, a jeszcze wystarczy amunicji na wizytę w Detroit...

To, co mnie zaskoczyło tym razem, to... dzieci. W sklepie z bronią dziwi mnie widok kobiet, a co dopiero dzieciaków. A ten sklep był właśnie tego rodzaju atrakcją. Tu bijące wodą źródełko, tam kręcący się młyn rzeczny, tu wypchany renifer, tam wypchany niedźwiedź, kozice górskie, jelenie, sztuczne pstrągi w płynącym sztucznym strumieniu i żywe kaczki przyklejone do kamieni - full serwis! Bierzesz swojego 2-3latka do takiego sklepu i... uczysz zabijać. Bo to tu, to tam zrobiona jest makieta lasu czy fermy na której możesz po wrzuceniu 25centów strzelać do wiewiórek, świstaków, lisków, wilków. Maluch strzela i... zaczyna mu się podobać. Tato idzie zatem po mały pistolecik dla swojego pierworodnego (nawet dla córeczek są specjalne różowe serie) i następnym razem mogą postrzelać sobie już naprawdę.

I później już się nie dziwię, że gdy palą na elektrycznym krześle kolejnego złoczyńcę, to wszyscy chcą to oglądać. Prąd podrożał, a zatem zaczęto zabijać w majestacie amerykańskiego prawa zastrzykami, więc teraz mało kogo już interesuje by widzieć to na żywo, bo skazaniec po zastrzyku nie skwierczy i się nie dymi...



1. Sklep myśliwski o powierzchni naszych Tesco. A przed sklepem na kolejnych setkach metrów kwadratowych kajaki, łódki, jachty, ..., trauler!;)

Czy moi wierni Czytelnicy mogą wejść TUTAJ i TU, przeczytać moje artykuły (albo nie czytać) i dać żółtą łapkę w górę? Bo mam tam tak niesforny "elektorat negatywny", że co nie napiszę, to wstępna negacja jest PRZEOGROMNA;) Damy radę tym trollom?


stany 2011-03-16

skomentuj proszę tę notkę.


Więcej pytań do autora, więcej odpowiedzi dla czytelników:)
Amerykańska służba zdrowia:
Oczywiście nie mogę opisywać tego, jak wygląda amerykańska służba zdrowia od strony pacjenta, bo specjalnie się rozchorować nie zamierzam. Już mi wystarczyło na potrzeby artykułu spędzić dobę w polskim areszcie. Bleech! Never again! Ale co nieco o służbie zdrowia w USA mogę powiedzieć.
W USA nie ma złodziei typu ZUS, paserów typu NFZ, itp. Nikt do płacenia ubezpieczenia zdrowotnego nikogo nie zmusza. Gdy jednak ktoś się zdecyduje na jego dobrowolne opłacanie, to podobnie jak w Polsce niczego nie może być pewny. Im mniej płaci miesięcznie, tym mniej mu się należy - prosty układ. Płacąc 99$ dolarów na miesiąc nie możesz żądać wykonania Ci na żądanie operacji za 100 czy 200tys. Płacąc grubo ponad 500$ miesięcznie, albo i wielokrotność tej kwoty dostaniesz i taką operację, i darmowe leki, a nawet Viagrę na każde życzenie Twojej zwiędniętej męskości;)
Wizyta u lekarza kosztuje zawsze i każdego. To doskonałe rozwiązanie. W Polsce, gdy emeryci się nudzą, nie mają gdzie się spotykać na plotki, a zaniedbane przez mężów emerytki chcą się rozebrać przed młodym mężczyzną i być przez niego dotykane (tudzież dziadkowie chcą się prężyć przed młodą lekarką), to co robią? Wymyślają sobie chorobę i idą do lekarza. Tam w wielogodzinnej kolejce plotkują, narzekają na zdrowie, na nogi, głowę, żylaki i hemoroidy, na gejów i liberałów. Nudny dzień emeryta powoli mija, kolejki się piętrzą, i tak to się w POlsce kręci. W USA za każdą wizytę musisz zapłacić. Przynajmniej te 50$. Resztę dopłaci Twoja "inszura".
Wizyta u polskiego ginekologa w Polskim Centrum Medycznym w Troy kosztuje od 50 do 80$. Prywatna wizyta u samego szefa kliniki w William Beaumont Hospital kosztuje... 129$. A gdy nie masz ubezpieczenia, to ta sama wizyta kosztuje... 98$. Po prostu tu nawet medycyna nie żeruje na pacjencie. Inszurę stać jest płacić więcej, więc bierze się od niej 129$, biednych pacjentów bez ubezpieczenia można potraktować ulgowo.
Histopatologiczne badanie wycinka kosztuje 320$, zrobienie jakiegoś tam medycznego zdjęcia 75$, obejrzenie tego zdjęcia przez kolejnego specjalistę... 167$. Dużo? Mało?

Wezwanie karetki to przynajmniej... 4tys. $. Prócz karetki przyjedzie zawsze także straż pożarna (w razie gdyby pacjent w międzyczasie zasłabł i trzeba było wyważać drzwi, albo gdyby był na tyle wielki, że trzeba by go wynosić oknem). Poród w USA to koszt od 10tys.$ wzwyż. Gdy nie ma się ubezpieczenia, to można wystąpić do państwa o pokrycie kosztów sprowadzenia na świat kolejnego Amerykanina. Jednak najlepiej jest w trakcie całej ciąży być ubezpieczonym (koszt 200-300$ miesięcznie), by nic w trakcie ciąży i porodu nie zaskoczyło. Porodowa wizyta w szpitalu jak i sam poród odbywa się w osobnym pokoju wyglądającym jak luksusowy pokój w hotelu. 100% prywatności, zero bólu przez znieczulenie które rodząca dozuje sobie specjalnym pilotem. Kozetka i łazieneczka dla tatusia, obiadek dla mamusi i tatusia, TV na ścianie, poród rodzinny, 8 osób personelu dla jednej rodzącej (m.in. dwóch anestezjologów - jeden dla matki, drugi dla dziecka, pielęgniarka od pomiarów ciśnienia, położna).

Operacje w USA to... MAJĄTEK! Byle jaki zabieg to 20-30-100tys.$. Im lepszy szpital, tym droższe zabiegi. Jednak każdy szpital ma pulę darmowych zabiegów, które musi wykonać ludziom z mniej zasobnym portfelem. Wystarczy wystąpić z wnioskiem o taką operację i można nawet mając owe 100tys. na koncie, czy mieszkanie warte tyle samo, nie musieć płacić za ów zabieg (no prócz tych pierwszych kilku tysięcy). Jednak jak na taką operację zgarnia się kogoś wprost z domu, to... POZAMIATANE! Płacz i płać. Znajomej właśnie przyszło 5,200 za to, że sama pojechała do szpitala, bo coś kuło ją w okolicach serca. Zbadali jej puls, krew, zrobili USG i odesłali do domu z informacją, że wszystko jest OK, że to tylko stres. Kilka dni później w ślad za nią wysłano rachunek na owe 5,200$.

Studia w USA...
Skoro z założenia bezpłatna edukacja w Polsce kosztuje krocie (nawet w państwowych uczelniach), to w państwie gdzie edukacja wyższa bezpłatna nie jest - musi po prostu kosztować. I to nie mało. Im lepszy uniwerek czy uczelnia, tym więcej. Ale gdy jest się mądrym, ma się sukcesy w nauce (albo przynajmniej w sporcie), to dostaje się stypendium stanowe, rządowe, od samej uczelni czy od prywatnych sponsorów i... i nawet syn biednego imigranta z Kenii może ukończyć prawo na Harvardzie i zostać prezydentem.

A co do zakupu samochodów w USA...
Nie kupowałem, ale wygląda to mniej więcej tak:
Gdy auto jest używane, płaci się właścicielowi za auto (dajmy na to 15tys.$ za trzyletniego japońskiego SUV-a). Śmigamy naszym nowonabytym autem do Secretary of State, gdzie płacimy opłatę zależną od kategorii wagowej auta (27$), tablice (121$), tytuł własności (15$), no i TAX (840$). Tyle przynajmniej wyszło moim znajomym za SUVa w Warren, MI i po zapłaceniu w sumie 1033$ autko pełnoprawnie jest już nasze.

Gdy kupujemy nowy samochód u dilera, to on załatwia wszystkie formalności i to od niego odbieramy zarówno auto jak i tablice. Oczywiście diler za swoje usługi pobiera opłatę za shipping i delivery, ale jak zobaczy gotóweczkę przed swoimi oczami to da radę wszystko załatwić bez żadnych dodatkowych opłat - przynajmniej ja tak zawsze wszystko załatwiam:) Najlepiej jest kupować nowe auta u dilerów, którzy na koniec roku nie wyrobili narzuconego im przez producenta planu sprzedaży, wtedy oddadzą auto prawie po kosztach, by z producentem być na 100%. Używane auta najbezpieczniej jest kupować przez aukcje dilerskie - prywatnie na takich aukcjach nie możemy kupować, ale zawsze jakiś zaprzyjaźniony diler kupi dla nas upatrzone auto, które przebada i wyda certyfikat "niebicia";) A pozostałym pozostaje "rosyjska ruletka" czyli e-bay, cars.com, i miliony innych aut z gazetowych ogłoszeń.




1. Lobby w 5 wiazdkowym hotelu? Nie, to poczekalnia w William Beaumont Hospital. Reszta zdjęć TUTAJ.
2. Pożar? Wybuch? Terroryści? NIE, to ktoś tylko wezwał karetkę;) Szkoda, że kilka dni po zadzwonieniu pod 911 przychodzi rachunek na przynajmniej 4tys. $;) Prawie jak w Polsce za konkursy audiotele czy za "BMW od Orange"...
3. A tak przebiega licytacja aut w USA. Czyż nie wygląda, a przede wszystkim czy nie brzmi to tak, jak targ koni 100lat temu? To jest doskonałym dowodem na to, że samochód w USA to tylko narzędzie, to koń pociągowy ich gospodarstw domowych jak i całej gospodarki, a nie jakieś tam cacko, które ma służyć do lansowania się po mieście czy do niedzielnej przejażdżki do kościoła...

stany 2011-03-15

skomentuj proszę tę notkę.


Do aktywnych czytelników słów kilka:)
Jako, że dbam o zadowolenie czytelników mojego bloga, oto moja odpowiedź na pytanie, czy też rozterkę jednego z nich, brzmiąca mniej więcej tak:
Nie wiem co się stało, ale jak czytałem tego bloga rok temu byłem takim entuzjastą USA, że tylko z nią wiązałem przyszłość, teraz już zmieniłeś styl czy coś i całkiem inaczej patrzę na ten kraj, nie wiem o co kaman.

Stany Zjednoczone na moim blogu staram się pokazywać w miarę przekrojowo. Pokazać pozytywy i negatywy. ZA i PRZECIW. TAK i NIE. Czarne (-nych) i białe;)
Wszystko jak kolego wiesz, jest względne, a USA to dopiero! Ameryka jest piękna i okropna zarazem.

I tak np. możesz tu kupić sobie np. nowiutkie Porsche (ot przyoszczędzić ok. 5tys.$ na 1szą wpłatę za Boxera i dalej leasingować 500$ na m-c czyli kilka razy taniej niż kosztowałby Cię taki lizing w Polsce). Na amerykańskiej stacji benzynowej możesz zatankować go ponad 2x taniej niż zrobisz to na Orlenie czy Lotosie, wybrać jedną z dziesiątek autostrad, by się przejechać nowonabytym cacuszkiem, ale nigdy nie pojedziesz nim szybciej niż pozwalają na to przepisy. Za pierwszy speeding policjant da Ci kilkaset $ mandatu i wzrośnie Ci składka ubezpieczenia, za drugi skieruje Cię na badania psychologiczne, za trzecim pójdziesz siedzieć, albo Cię zastrzeli na miejscu, jako poważne zagrożenie dla zdrowia i życia innych użytkowników dróg. W Polsce... Takie Porsche jest o połowę albo nawet 2razy droższe, benzyna ponad 2x droższa, autostrad z prawdziwego zdarzenia nie ma w Polsce ani jednego kilometra, a mimo to FUN z posiadania takiego auta jest o wiele większy. Lecisz te 250km/h i policjant jak Cię jakimś cudem dogoni, to może jedynie wlepić 500zł mandatu i 10punktów. Ścigasz się w centrum Warszawy z jakimś innym synalkiem bogatego tatusia i jak rozbijesz swojego SLR'a, Porsche GT2 czy Ferrari Modenę (jak to co jaki czas ma miejsce w Polsce), to tatuś kupi Ci nową zabaweczkę. W USA kończysz taki rajd w więzieniu. Rozumiesz już względność?

Albo inny dylemat. Jesteś w wieku rozrodczym i planujesz mieć dziecko. Możesz dać mu wspaniały prezent (amerykańskie obywatelstwo) i urodzić je na terenie USA. Możesz je tu bezstresowo hodować do 18stego roku życia. Ma darmową edukację, służbę zdrowia, gimbus będzie Ci dzieciaka zabierał spod domu i pod dom odwoził. W szkole będzie odpowiednio tuczone, ale czego będzie uczone?
Prócz tego, że będzie doskonale władało językiem angielskim, nauczy się niewiele. W Polsce nauczy się mądrości życiowej, a już po polskim gimnazjum będzie z matematyki, historii, geografii wiedziało więcej, niż w USA po HighSchoolu. Ale w Polsce... będzie co najwyżej z tą wiedzą, ze zdobytymi dzięki niej dyplomami, tytułami naukowymi, emigrowało za pracą i normalnością na Wyspy czy na Zachód. W USA większość naszych dobrych uczniów mając ichnie laboratoria, mając różnego typu instytuty badawcze, mogąc odpuścić sobie przedmioty z których nie czują się najlepiej, mając po prostu tutejsze możliwość byłoby wybitnymi inżynierami, naukowcami, wynalazcami wynagradzanymi 100K-1M rocznie. W Polsce robotnik na budowie zarabia 2x lepiej od inżyniera w biurze.

Kupujesz w USA 82 calowy TV dwa razy taniej niż w Polsce. Nie martwisz się, że ciągnie dużo prądu, bo prąd w USA jest o 65% tańszy niż w Polsce. Jednak nie obejrzysz w nim swoich ulubionych polskich filmów, seriali, programów (1z10, Wiadomości, polskiej wersji "Dancing with the stars" czy X-factor).

Kupujesz w USA dom. Jest o wiele tańszy (czasem 2-3x tańszy) niż w Polsce. Kredyt na niego przed Kryzysem dostawałeś przychodząc do banku wprost z ulicy, jakbyś przychodził po lek do apteki. W Polsce masz pewność, że jest to lokata kapitału, że mieszkanie to jest dobra inwestycja. Że za 20-30lat, gdy już ten dom spłacisz, będzie on warty jeszcze więcej, niż za niego zapłaciłeś. W USA... za kilka lat może być warty 25% czy nawet tylko 10% tego, co za niego dałeś. Bo kryzys, bo zamknięto jakąś wielką fabrykę w pobliżu i wszyscy pogonili za robotą gdzie indziej, bo z tzw. "dobrej", drogiej, "białej" dzielnicy zrobił się czarny slums...
Rozumiesz już, Akserze? Po zachłyśnięciu się Ameryką przychodzi czas na różnego typu dylematy.

A tak na marginesie, czy ktoś mi wytłumaczy światowy ewenement w postaci cen mieszkań w Polsce? Ogarniam naprawdę wiele dziedzin wiedzy i życia, ale tego pojąć nie potrafię! Cena metra mieszkania w Warszawie wyższa niż w większości europejskich stolic. W czasie kryzysu ceny mieszkań w UK, Irlandii, pospadały o 50% i więcej. Ludzie w zachodniej Europie, podobnie jak ma to miejsce w USA spłacają domy kupione kilka lat temu za 100tys. Euro czy Funtów, a warte dzisiaj 50tys. Tylko w Polsce, kryzys, nie kryzys, hossa, bessa, wojna w Iraku, w Iranie czy na Marsie - ceny nieruchomości kosmiczne! I nic nie jest w stanie wpłynąć na ich korektę?

A tak na okładce marginesów - mała prywata:
Kije do baseballa się cudownie rozmnożyły. Teraz mogę wyposażyć w nie cały zespół piłkarski (lub ich pseudokibiców;) więc komu, komu, bo będę je używał w domu;)



1. I co z tego, że takie auto kosztuje w USA o wiele mniej niż w Polsce, a na jego wylizingowanie stać w Stanach każdego normalnie pracującego człowieka (skoro nie ma innych priorytetów) W USA nigdy nie pojedziesz takim autem szybciej, niż pozwalają na to znaki. TU nawet pisku opon (przy ruszaniu) nigdy nie słyszałem, bo policja za takie coś z piskiem czy bez piszczenia daje mandat za tzw. "rapid acceleration".
2. Ten dom oddalony zaledwie o kilkaset metrów od stadionu Detroit Tigers kilka lat temu mógł być warty milion dolarów lub więcej... Ale okolica się "zepsuła", sąsiedzi uciekli, pozostał pustostan do spłacania do końca życia. W Polsce chociaż spłacasz horrendalnie drogie mieszkania, to jesteś pewny, że na wartości nigdy nie stracą.
3. Komu kij, komu?:) Do każdego kija dorzucam oryginalną piłkę, by można było zgodnie z prawem przewozić ten element sportowy w samochodzie;)

stany 2011-03-14

skomentuj proszę tę notkę.


Fenomen schoolbusów.
Jedna z pierwszych rzeczy, która przeraża po powrocie z USA do Polski to to, że w Polsce wszędzie widać małe dzieci idące pieszo z wielkimi plecakami do lub ze szkoły. Plecaki wielkie i ciężkie, do szkoły daleko, rodzice w pracy, więc dzieciak z kluczem na szyi wraca do domu - w USA to nie do pomyślenia. Tu spuszczenie dzieciaka poniżej 12roku życia chociaż na chwilę spod opieki rodziców lub opiekunów może skończyć się odebraniem praw rodzicielskich!
A u nas te małe stworki z pierwszych klas szkół podstawowych idą narażone na zdmuchnięcie przez wielkiego TIR-a pędzącego tuż obok chodnika, albo narażone na setki innych zagrożeń. Gdy widzi się to z perspektywy polskiej codzienności, to to nie przeraża. Gdy jednak wróci się z kraju, gdzie dzieciaki z każdego zakątka kraju są dowożone do szkoły i z niej odwożone pod sam dom SchoolBusami, to zmienia się perspektywa postrzegania dzieci i ich bezpieczeństwa.

W Polsce podobno też istnieją gimbusy? Trzeba mieć przynajmniej kilka kilometrów do szkoły, by gówniarz w ogóle się kwalifikował do zabrania go przez ten wehikuł. Nie spod domu, a z przystanku do którego ten musi dojść w jesienną słotę, w zimowe mrozy i śnieżycę, w wiosenną burzę. Droga dla polskiego gimbusa musi być prosta, przejezdna, odśnieżona i najlepiej z pięknymi widokami dla kierowcy, by ten chciał zajechać na jakąś wichurę po gówniarza chcącego dojechać do szkoły. A tak naprawdę to gimbusy najczęściej "robią" za darmowy transport dla pani dyrektor, pana wujta, burmistrza, plebana i ich wesołej gromady na różne wspólne wypady. A w Ameryce... Skoro jedno zdjęcie przemawia lepiej niż 1000 słów, to niech przemówią te dwa filmy poniżej.



1. Setki nowiutkich gimbusów w jednym tylko małym mieście zabierają ze szkół wszystkich uczniów, by bezpiecznie dowieźć ich do domu. Gdy cena paliwa sięgnęła 2lata temu 4$ (za 3,8litra), wiele bogatszych miast wymieniło flotę gimbusów na nowe, bo stare paliły ponad ok. 50l/100km. Ale i tak to o wiele taniej (dokładnie o 6,1miliarda dolarów rocznie) niż bachory miałyby być dowożone przez rodziców lub przyjeżdżać do szkoły własnymi autami.
2. Może i film nr 1 jest ciekawostką, gdyż od gimbusów zrobiło się na drogach aż żółto (jak w Nowym Yorku od taksówek), ale nieciekawie się robi, gdy się za takim sznurem gimbusów utknie przed przejazdem kolejnowym. Każdy kierowca Schoolbusa ma obowiązek zatrzymania się, otworzenia drzwi (by mieć lepszy widok i by w razie czego nie przegapić lokomotywy) i tak robi każdy z długiego peletonu jadących za sobą gimbusów. Robią to nawet przy zamkniętej linii kolejowej. Nawet zimą, gdy nieużywane tory zasypane są na wysokość pół metra. To jest Ameryka. Tu procedura i prawo znaczy więcej, niż w państwie nad Wisłą.
3. 12 marca 2011. Wiewióra jak szalona zaczęła budować nowe gniazdo. Pewnie miała dobrą prognozę pogody, bo wieczorem, tuż po zawieszeniu przez wiewiórę wiechy, sypnęło śniegiem, skuło mrozem, a ta (czy też ten - rozpozna ktoś płeć tej wiewióry? już mogła podziwiać to ze swojego apartamentu na naszej przydomowej choince:)

stany 2011-03-13

skomentuj proszę tę notkę.


CPD kontra CHWDP
Canton Police Department, czyli policja miasta Canton. Raz już miałem na pieńku z przedstawicielami tego oto departamentu, dzisiaj mogłem mieć kolejny raz. Jednak na szczęście to jest Ameryka. Niby bardzo policyjne państwo, a jednak... Tutaj policjant, jeśli znacząco nie przekroczysz prędkości, jeśli nie nie zatrzyszasz się przed znakiem STOP, jeśli nie masz nieopłaconego stickera na tablicy rejestracyjnej, albo ewentualnie jeśli nie masz zepsutego światła STOPu nie interweniuje, bo po prostu nie ma do tego prawa. Nie to, co w Polsce, że jak mijasz przyczajonych w krzakach policmanów, to myślisz, czy z nudów Cię nie zatrzymają i się zaraz nie przyczepią o niemanie świateł, niemanie gaśnicy, niemanie apteczki, niemanie odpowiedniej grubości bieżnika, pieczątki w dowodzie, itp.

Jadę tutaj sobie ciemną nocą białym autem po Canton, MI, czyli w mieście, w którym dostałem swój pierwszy i jedyny jak dotąd amerykański mandat (sprawa mandatu i sądzenia się o jego wysokość opisana jest w jednej z wcześniejszych notek). Jadę zatem legalnie te 72km na godzinę na terenie zabudowanym. No może 75km/h... Na stacji benzynowej zaparkował swój wehikuł przyczajony tygrys ukryty smok, czyli Policjant (tzw. COP). Przejeżdżam zatem grzecznie patrząć wprost na niego, a on bardzo ciekawsko patrzy na mnie. Oo.. rozpoznał mnie? Moja sława sięgnęła aż tutaj...?
Oj nie! Okazało się, że w noc ciemną (jak pewien szczegół anatomiczny Murzyna) jechałem bez włączonych świateł. W Polsce miałbym już pozamiatane nawet w biały, letni, słoneczny dzień. Dzielni polscy stróże drogowego prawa włączyli koguty, ścigali mnie przynajmniej jak jakiegoś terrorystę i po dogonieniu nałożyli 100zł mandatu i jakieś punkty karne. Często rozbijając przy okazji takiego pościgu radiowóz, bo skutecznie i bezpiecznie wielu z nich potrafi jedynie ścigać pijanych rowerzystów. A tutaj? Skoro jedziesz i widzisz gdzie jedziesz, nawet w środku nocy, to Twoja sprawa.

A w Polsce? W Polsce nie mamy czym jeździć (w USA samochodód ma prawie każdy obywatel), nie mamy po czym jeździć, a przy obecnych cenach paliw mało kto ma ZA CO jeździć. Inwestycje drogowe stoją w martwym polu, za to inwestycje w narzędzia śledzenia, tropienia i karania kierowców idą w setki milionów złotych rocznie. Drogi obsadzone fotoradarami jak przygraniczne kilometry drogi krajowej A2 i A4 TIR-ówkami. Polscy policjanci dostali ostatnio radiowozy, które będą rejestrowały i mierzyły, od przodu, od tyłu, na przeciw, wstecznie i zbocznie. A najnowszy krzyk mody to helikopter do śledzenia polskich kierowców. No, ale założenie jest takie, że jak kogoś w Polsce jest stać na samochód, to musi go być stać i na mandaty...

Na targach Detroit Motorshow mogłem się przyjrzeć dokładnie radiowozowi. Jest to potężna kolumbryna. Wydaje się wręcz pancerna. Specjalne zderzaki do spychania uciekającego pojazdu z drogi. Nieprzestrzeliwywalne opony. W środku arsenał broni, dzięki któremu można wypowiedzieć wojnę jakiemuś małemu państwu i spokojnie ją wygrać. Radar, kamera przednia, tylna, boczne w kogucie. Dwa laptopy, czytnik linii papilarnych z kamerą. Pewnie nawet dokumentów nie musimy ze sobą wozić i nie grozi nam za to ani mandat, ani odpytywanie jak mamy na imię, nazwisko, data urodzenia, adres, imię ojca, matki, nazwisko rodowe matki, itd. by potwierdzić naszą tożsamość. Tu przykładasz paluch do skanera, który w tym samym czasie robi Ci fotkę i bach - mają Cię jak na dłoni dosłownie i w przenośni. A myślicie, że kto wymógł na reszcie krajów świata, by najnowsze nasze dokumenty (dowody osobiste, a przede wszystkim paszporty) były biometryczne (zawierające cyfrowy zapis naszych linii papilarnych, tęczówkę oka, układ dłoni a może nawet i próbkę głosu)? TAK, Amerykanie! Ledwie Wam zeskanują paluchy w urzędzie w którym składacie wniosek o paszport, a chwilę później Wasze odciski będą mieli Amerykanie. O skanowaniu paluchów na lotnisku, na każdym przejściu granicznym oraz w Sekretariatach Stanu chyba nie muszę wspominać? Jednak i tak wolę policyjność państwa w amerykańskim wydaniu, niż w polskim...



1 Mimo posiadania tego typu sprzętu, amerykańska policja nigdy go nie nadużywa. W Polsce dwóch herlawych chłopaczków po ukończeniu szkoły policyjnej posadzonych w nieoznakowanym radiowozie myśli, że mogą wszystko.
2. A to dowód na to, że wszystkiego jednak nie mogą. Tak w Polsce rozbija się nieoznakowany radiowóz za 100tys. PLN, w pościugu za kierowcą, który nie zapiął pasów i który... wcale nie uciekał!
3. Dziękuję pani burmistrz Hamtramck za czytanie mojego bloga i reklamowanie go na swoim FaceBook'u. Czekam na honorowe klucze do miasta!:) Z pewnych źródeł wiem, że Obama też czyta, ale się nie przyznaje. Tak jak Clinton też palił, ale się nie zaciągał... Zaciągała się za to do woli panna Lewinsky...

stany 2011-03-08

skomentuj proszę tę notkę.


Detroit 2011
Wyposażony w świeżozakupiony aparat fotograficzny, z wielkim (i równie silnym) jak Mike Tyson kolegą Grzesiem u boku wybrałem się do Detroit. Bo po prostu wstyd, być w USA już trzeci raz, mieć do Detroit zaledwie 20km i nigdy nie być w dałntałn Ditroit;) No prócz dwóch wypraw na Autoshow.
Tak więc po naładowaniu baterii aparatu do pełna, po załadowaniu pełnego magazynku do posiadanego Glocka (i zapasowego w kieszeni) wybraliśmy się do ścisłego centrum Detroit. Na dworze -4stC, więc czarnym diabłom było zimno i siedziały w swoich podziemnych kotłowniach...
Po zaparkowaniu samochodu na parkingu w samym centrum miasta (koszt 5$ za cały dzień, w odróżnieniu od przynajmniej 20-30$ za podobne parkowanie w okolicach centrum Chicago czy NY), dalej poszliśmy już pieszo. Oczywiście można parkować przy parkomatach za jedyne 1$ na godzinę, ale nie miałem aż tylu kłodrów;)

By mniej więcej zapoznać się z tym, co jest godne zobaczenia w centrum Detroit należy wybrać się na przejażdżkę kolejką poruszającą się około 10metrów nad ziemią. Koszt... całe 50centów za możliwość całodniowego kręcenia się w kółko. Z kolejki zobaczymy m.in. hale targowe Cobo, budynki General Motors, kilka efektownych frontonów innych buldingów, jeszcze więcej obskurnych tyłów budynków i możemy zdecydować się - wychodzimy z wagonika i zwiedzamy miasto czy uciekamy do samochodu i spieprzamy do domu?!

My najodważniejsi z odważnych weszliśmy najpierw do biurowców General Motors - 222metrowej wizytówki Detroit widocznej z wielu kilometrów. Z zewnątrz szkło, aluminium, rozmach i świetne wykonanie. W środku... goły beton i totalne pustki. Budynki mogące pomieścić kilkadziesiąt tysięcy ludzi, goszczą ich zaledwie kilkaset, może tysiąc. Ale pokazówka oraz zewnętrzny rozmach pozostał.

Gdy budowano go prawie 40lat temu Ameryka była w rozkwicie. Były to złote lata dla ich gospodarki oraz szczyt "zimnej wojny" i prześcigania się we wszystkim z komunistami zza "żelaznej kurtyny". GM produkował miliony samochodów pod różnymi markami. W garażu każdego Amerykanina musiał być przynajmniej jeden wóz tejże firmy. Można było wybudować sobie kwaterę godną panów moto-świata. No ale nie przewidziano tego, że Niemcy zaczną robić tak doskonałe technicznie samochody, a Japończykom znudzi sadzenie ryżu i także zajmą się produkcją niezawodnych aut i amerykańskie firmy nie będą już dzieliły i rządziły na całym świecie. Jakby ktoś nie wiedział, to GM jest m.in. właścicielami "niemieckiego" Opla. Tak więc tłukąc się po dziurawych polskich drogach starą Corsą - róbcie to z dumą, że jedziecie amerykańskim autem!;)

Powracając do Detroit i kwatery głównej GM. Budynek zbudowano, trochę posłużył on swoim statutowym celom i... przyszedł kryzys i trzeba było wydzierżawić większość powierzchni. Jedną wieżę wziął Marriott na hotel, w drugiej coś tam niemrawo się toczy, ale nie jest to to, co miało być. Na dole budynku znajduje się wystawa kilkudziesięciu dostępnych w sprzedaży samochodów marek Buick, Cadillac, Chevrolet. Wreszcie spokojnie mogłem zasiąść za kierownicą Chevy Camaro 2011 i... jak wszystko co amerykańskie, jest to bardziej do oglądania, niż używania. Tak jak te ich kobiety z silikonowymi cyckami. Mocniej ściśniesz i ... dostajesz tryskającym przez sutek silikonem prosto w twarz!
W Camaro fajnie się tylko siedzi. Widoku do przodu tyle, co w czołgu Abrams. Szyby boczne malutkie jak bulaje na statku - Dżizys, czy oni myślą, że kierowca tego auta nie musi się nigdy oglądać za siebie, bo gdy przyciśnie te 250KM, to zawsze będzie pierwszy? Oj nie! I Camaro już nie zamierzam kupować..

Co jeszcze w tym budynku zaskakuje? No te golutkie betony. W Polsce w Złotych Tarasach w Warszawie czy u Kulczyka w Nowym Browarze wykończenie jest majstersztykiem. Cegły sprowadzane z Niemiec, by każda była doskonała. Drewno, mahonie, marmury, granity, aluminium, miedź, wodotryski. A że cena najmu 1m2 powierzchni w takim polskim centrum handlowym wynosi tyle, co całego piętra w GM Headquaters? Phi... Polak zapłaci, bo Polaka na wszystko jest stać...

Po opuszczeniu GM można pół miasta miasta przejść ocieplanymi tunelami między budynkami. Mimo, że była godzina 15:00, ludzi prawie wcale. Żadne tam tokijskie czy nowojorskie ściski, a pustki i poczucie upadku tego miasta. Nie tak to sobie Amerykanie w najczarniejszych scenariuszach wyobrażali. Mieli przecież mieć już ok 500mln Rodowitych szczęśliwych obywateli najwspanialszego kraju świata, a nie 150mln obywateli i 150mln różnoskórych. Mieli ci prawdziwi obywatele siedzieć w tych biurach, wymyślać, projektować, by w 2011 produkować już lewitujące samochody, a może i teleportujące pasażerów. A tu... kryzys, zapaść, a na ulicach Detroit o zgrozo japońskie, koreańskie i niemieckie samochody wyprzedzające te ich wielkie kolumbryny. Tak więc dla mnie budynek GM jest doskonałym uzwierciedleniem tego, co się w USA nie udało...

Spacerując po Detroit przybiłem piątkę z nowym symbolem miasta - pomnikiem Great Boxing Hero poświęconemu pięściarzowi Joe Louis'owi. Wkrótce mają jeszcze wybudować tutaj pomnik Robocopa i jak już Robocop temu miastu nie pomoże, to mimo kończącego się powoli kryzysu, nic z niego nie zostanie. Patrzysz zatem tuż za przepływającą obok Detroit rzekę za którą jest już Kanada i myślisz - jak tam jest? Czy lepiej? Czy łatwiej? Możesz wziąć paszport i pojechać tunelem lub mostem, by się przekonać. Ale po co, skoro posiadasz zieloną kartę nie Kanady a USA...

W mieście upadku jedyne, co się kręci, to... owoce i inne symbole na wyświetlaczach ekranów jednorękich bandytów. Dwa kasyna w jednym mieście. Dawniej by sobie pograć trzeba było jechać do Vegas albo do Kanady. Teraz można wrzucać quartery w maszyny Detroit. Może dlatego jest tam tyle osób, że po prostu trudno znaleźć miejsce przy maszynie, bo ludzie chociaż na chwilę, patrząc w te kolorowe symbole, w te tysiące dolarów wyświetlających się na wyświetlaczu, zapominają o szarej rzeczywistości. Zdjęć w kasynie robić nie można, a nawet wnieść tam aparatu czy telefonu z kamerą, więc sorry - nie będzie fotorelacji.

Mnie i tak zawsze najbardziej ciekawi "folklor". Te najbardziej inne od "normalnych" i dobrze mi znanych okolice, ludzie, rzeczy, zjawiska. Jedziesz z ościennego miasteczka w kierunku Detroit i kiedy możesz się zorientować, że już w nim już jesteś (bo tu miasta łączą się z sobą bez żadnych tam tablic z nazwami miejscowości)? Prócz tego, że co chwilę spalony dom, porzucony samochód, przechodzący środkiem ruchliwej ulicy Murzyn, czy radiowóz z napisem Detroit Police, zorientujesz się m.in. po... grillach;) - PO CZYM?! - Zapytacie?
Gdy na każdym podwórku widzisz grill zrobiony z rozciętej na pół wielkiej beczki po oleju, wiesz, że trafiłeś do piekła! Czarne diabły w tych beczkach pieką białe mięso...
C.D.M.N. (Ciąg Dalszy Może Nastąpi)...

CD następuje:
No nie jest aż tak źle w tym całym Detroit, by trzeba było zabierać Glocka z domu, czy by w biały dzięń trzeba było iść w obstawie Grzesia po lewej i Tysona po prawej;) Trzeba po prostu wiedzieć, gdzie można się udać, a gdzie lepiej się nie pokazywać. Oczywiście wieczorem i nocą nigdzie nie jest bezpiecznie, ale w dzień Downtown Detroit da się odwiedzić i nawet z niego wrócić w jednym kawałku i o własnych siłach. No może nie wtedy, gdy poszło się tam turystycznie z aparatem za 1,500 $ na szyi, który to aparat jakiś tambylca zaraz przeliczy ilość działek kokainy na które może go zamienić i nas przy pomocy noża czy pistoletu o nasz aparat nieuprzejmie poprosi...
Nie należy wchodzić czy wjeżdżać jako górujący nad nimi Biali do czarnych dzielnic, bo to dla nich potwarz i jawna prowokacja. Nie należy patrzeć na ich czarne lalunie, bo pretekst, że bronił honoru swojej kobiety jest chyba ich ulubionym. No i nie patrzeć w te ich oczy (często naćpane). 3dni temu w oddalonej o 20km od Detroit knajpie spojrzałem w oczy młodej murzynki i były tak naćpane, że kokaina wręcz wysypywała jej się ze źrenic. Spotkanie jej faceta znajdującego się w podobnym stanie, wieczorową porą w Detroit może zakończyć się raczej nierzyjemnie...
TAK, ten postawny biały mężczyzna na zdjęciach z poniższej galerii to Grześ. Na pakernię nigdy w życiu nie chodził, sterydów i koksu nigdy nie brał, a jak przypiedoli komuś kto chciałby Jemu, Jego żonie czy mi zrobić krzywdę, to ten ktoś zdycha z głodu w powrotnym locie do Afryki...

Zapraszam do Galerii z Detroit. Wybaczcie krzywe kadry zdjęć robionych z jadącej i trzęsącej się kolejki przez brudne szyby wagonika.



1. Kwatera główna General Motors. Kiedyś to brzmiało dumnie, teraz...
2. Aby poznać w szybki, tani i bezpieczny sposób centrum Detroit można je za 50centów objechać taką oto kolejką.
3. By czuć się w Detroit naprawdę bezpiecznie zabrałem ze sobą prócz Grzesia, także i Mike'a...;)
4. Na szczęcie tego dnia było na tyle zimno, że czarne diabły siedziały pod ziemią i grzały w swoich kotłach tak, aż ziemia pękała i para buchała;)

stany 2011-03-03

skomentuj proszę tę notkę.


Oskary kontra... Chris Medina.
O tym, czym jest noc Oskarów wie każdy. Polskie media trąbią o tym przynajmniej tak, jakby wręczenie nagród odbywało się w Warszawie, czerwony dywan był rozciągnięty wzdłuż Alei Jerozolimskich, i wszyscy robią z tego wydarzenie, jakby przynajmniej miało to jakieś kolosalne znaczenie dla Polski (np. podniosło o 10% nasze PKB).
Nagrody rozdane. Kto je dostanie można zawsze łatwo przewidzieć nie z racji tego, jak dobry jest dany film czy aktor, a dzięki temu, kto gdzie i ile dni przed galą Oskarów był zapraszany do różnego typu show telewizyjnych. I tak np. mogłem oddać głowę, że Natalie Portman wygra w cuglach, bo wszędzie jej było pełno. Podobnie w Polsce media wybierają nam polityków. Ale Natalka zasłużyła na swoją statuetkę, bo od pamiętnej roli Matyldy w "Leonie zawodowcu" cieszy się niesłabnącą sympatią. A że 2lata ćwiczyła balet specjalnie dla tej roli, to dostała.

Co mi się podobało w tej całej Gali, prócz prowadzącej ją Anne Hathaway oraz świetnie zmontowanego wstępu, gdzie prowadzących "wgrano" w sceny nominowanych filmów? Oj, niewiele. To ciągle jest największe w świecie targowisko próżności, na którym w ogóle nie liczy się sztuka filmowa, a jedynie to, kto w jakiej kreacji przejdzie się po czerwonym dywanie. Valentino ubierający w czerwoną suknię Ankę H. miał darmową reklamę, bo HajDefiniszowe kamery ABC TV przeprowadziły z nim wywiad dłuższy, niż z nominowanymi aktorami. No ale coż - skoro większość tych gwiazdek, gdy nie ma przed sobą scenariusza nie ma nic mądrego do powiedzenia, lepiej niechaj pokazują kiecki... Oczywiście każde zdanie wygłaszane przez prowadzących było odczytywane z prompterów, i jedynie 94 letni Kirk Douglas mógł coś przeoczyć, przejąkać i mogło być naprawdę spontanicznie i zabawnie - ale nie było...

Podobała mi się klasyfikacja najlepszych odbierających tę nagrodę.
III. miejsce - Cuba Gooding Jr za "Jerry Maguire" (1996)
II. miejsce - Tom Hanks za "Philadelphię" (1993)
I. miejsce - Roberto Benigni - za "Życie jest piękne" (1997).
Widać z tego, że od 15lat nie ma żadnej spontanicznej i godnej nagrodzenia reakcji na otrzymanie tej nagrody. Może dlatego chcąca przejść do historii Melissa Leo zapamiętana zostanie nie za rolę za którą dostała Oskara, a za to, że powiedziała, że odbieranie nagrody nie jest takie "Fucking easy!". Chylińska zrobiła podobnie, ale była młoda i naćpana. Ta taka nie była...

Zadziwiające było to, jak wszyscy nagrodzeni mężczyźni dziękowali przede wszystkim swoim pięknym żonom. Jedne naprawdę były piękne, inne nie koniecznie, ale oni tak bojąc się tzw. "Klątwy Oskara" (kiedy to nagradzani zostają często zdradzani albo pozostawiani przez towarzyszy życia), dmuchali na zimne chwaląc te swoje żony. No i tyle. Red carpet już zwinięty, kac po backstage'owych imprezkach już dawno zniknął, a najciekawsze w całym Hollywood i tak są młode gwiazdki z Sunset Boulevard...

A gdzie w tym wszystkim miejsce wspomnianego w tytule Chrisa Mediny?
Chris Medina jest uczestnikiem amerykańskiego Idola. Śpiewa tak sobie, ale bardziej od sprzedania swojego talentu, sprzedał historię swojego życia. Smutną i prawdziwą. Skoro w Polsce płacząca z powodu pochodzenia ze Zbąszynka i pozostawienia przez chłopaka Polina Papierska wygrywa TAP MADL, skoro rycząca z powodu swojej biedy 12latka wygrywa "Mam talent", to się Medina wziął na sposób i rozryczał jury w osobie Jennifer Lopez.

Poniżej macie film z eliminacji Idola. Jeśli macie odrobinę empatii, film ten pozostaje na dłużej, niż cała gala Oskarów i większość tego, co kiedykolwiek zobaczycie na Youtube...

Film ten niechaj będzie przestrogą dla tych, którzy pędząc na złamanie karku swoim rozklekotanym samochodem powodują wypadek. Zdecydujcie się jeszcze przed wsiądnięciem do auta, czy w razie poważnego wypadku chcecie być uratowani... Obejrzyjcie jak fajnie pani Medinowa (czyli Juliana Ramos) wyglądała i zachowywała się przed wypadkiem, a co zostało z niej po nim. Zastanówcie się, czy w razie czego nie powinniście poprosić kogoś, kto Was z takiego wegetatywnego stanu "wyleczy" uleczającą wszystko eutanazją. A przede wszystkim zastanówcie się nad tym, czy bliska Wam osoba zostałaby przy Was tak, jak Medina przy swojej kobiecie...



1. Jedna z niewielu ciekawych rzeczy z 3godzinnej gali rozdania Oskarów 2011.
2. Obejrzycie całość tego filmu, i zadajcie sobie kilka pytań...

Moi wszechwiedzący Czytelnicy. Szczególnie ci latający z USA do Polski bezpośrednio (czyli bez przesiadki w Amsterdamie czy Frankfurcie). Czy samoloty lecące do Warszawy spoza Unii są kierowane na specjalne bramki, gdzie pasażerowie są kontrolowani celnie? A może już sobie komuniści odpuścili kontrolę pasażerów z imprelialistycznych krajów zgniłego zachodu?;)

stany 2011-03-01

skomentuj proszę tę notkę.


Z Ministerstwem Obrony USA rozmów kilka;)
Jako, że życie bez odrobiny szaleństwa i sporej dawki emocji to nie życie, postanowiłem podrażnić trochę wąsy tygrysa. Tygrysem jest oczywiście amerykańskie ministerstwo obrony. W końcu jak przez kilka dni się nie golę, to wypisz wymaluj Omar Bin Laden ze mnie (młodszy syn Osamy). A latem, gdy pozwolę słońcu przyciemnić mi karnację, to dopiero...!
Póki co armat nie wytaczam, wojny USA nie wypowiadam, a chcę jedynie kupić i wywieźć z USA kamerę termowizyjną. Producent z którym koresponduję powiedział, że jako że ten sprzęt podlega pod restrykcje ITAR (International Traffic in Arms Regulation) muszę mieć pozwolenie na wywóz tego z USA. Zadzwoniłem zatem do U.S. Department of State, i miły człowiek (tu cholera wszyscy są mili) poinformował mnie, że muszę wystąpić do nich o licencję (kosztującą 2,500$!), mieć firmę, itd. itp.

- No ale ja nie chcę tym handlować, zabiać milionów wysyłając tysiące stingerów do Libanu, a jedynie zabrać ze sobą malutką kamerę do Polski. Nie chcę licencji, którą rokrocznie później muszę odnawiać, nie chcę na handlu tym "strategicznym artykułem" zarabiać, a raz, jedyny raz wziąć sobie na pokład samolotu kieszonkową termokamerę - drążę dalej z Departamentem Stanu. W Polsce wszystko, co "drążę" udaje mi się wydrążyć, ale tu... tu cholera może być trudniej;)
Kazali mi zatem wysłać maila z moimi danymi, danymi technicznymi kamery, krajem docelowym i... i maila przesłali dalej do Departamentu Obrony USA. Oj... tak więc jak nowe notki się przez najbliższe lata nie będą tu ukazywały, to... to CIA znów z triumfem ogłosi "Ladies and Gentlemen - We got him!" - tym razem nie o Saddamie Husajnie, a o mnie;)
A może macie jakiś patent jak wywieźć coś takiego z USA?
(Endrju, dzięki za radę, ale ona nie jest aż tak mała, by TAM się zmieścić;)

stany 2011-02-25

skomentuj proszę tę notkę.


Jak jest w USA z podatkami?
Ktoś w komentarzu zapytał, jak to jest z podatkami za domy w USA. Jest... różnie. Jednak jak różnie i dziwnie by nie było, zawsze będzie lepiej i mniej dotkliwie, niż w Polsce.
Weźmy chociażby dzień wolności podatkowej. W USA na państwo haruje się do 13kwietnia, co daje ok. 28% podatków, w Polsce zapieprza się na obietnice rządu Donalda Tuska do 23 czerwca, co daje prawie 50% obciążenie podatkowe każdego pracującego obywatela Rzeczpospolitej Polskiej. I tu temat wysokości podatków w USA mogłbym chyba zakończyć?
No, ale skoro śmierć i podatki są jedyną pewną rzeczą w życiu, to kilka słów o podatkach w USA. Przynajmniej tych, które ja tu płacę;)

Jak wynika z wyliczeń dnia wolności podatkowej, w USA pracuje się na podatki 99dni w roku, w Polsce 176dni, co powoduje, że realne podatki są w USA prawie 2x niższe niż w Polsce. W USA z roku na rok coraz mniej dni pracuje się na podatki (w 2009 roku o tydzień krócej niż rok wcześniej), w Polsce w 2010r pracowało się na podatki o 9dni dłużej, niż w 2009. I z roku na rok będzie w Polsce z tym coraz gorzej. Szczególnie, jak już skończą się przedsiębiorstwa do spektakularnego sprywatyzowania, nie będzie już OFE do okradzenia, a VAT-u już ponad graniczne 25% nie da się podnieść. Wtedy zobaczycie, jak wysokie mogą być podatki...
No, ale wracając do USA - oczywiście zależnie od stanu, wysokości zarobków oraz miejsca zamieszkania (determinującego wysokość podatków za dom) różnica opodatkowania Polaka względem Amerykanina może wynosić od ponad 2x niższych podatków w USA, do pewnie prawie tak samo wysokich podatków jak w Polsce (np. Chicago jest obecnie jednym z najdroższych podatkowo miast USA). Na szczęście Michigan podatkowo jest tani, weźmy chociażby podatek obrotowy (taki odpowiednik naszego VATu) wynosi 6% czyli 4x mniej niż w Polsce. Od TAX-u zwolniona jest m.in. żywność, więc wiecie już, czemu Amerykanie są tacy ogromni?;)

Podatek za chatę dla Wuja Sama?
Płaci się ow podatek 2x w roku. Tzw. TAX-a zimowa i letnia. Za 120 metrowe mieszkanie w tzw. kondominium płaci się miastu na terenie którego jest owa nieruchomość położona (Sterling Heights).
W Polsce płacisz i nie masz pojęcia gdzie i na co idą Twoje pieniądze. Na Metro w Warszawie, którym nigdy się nie przejedziesz, na autostradę na którą nigdy nie wjedziesz, itd. W USA wiesz co do centa, na co idą Twoje pieniądze. A w Polsce jak budżet miasta zaczyna świecić pustkami, to Burmistrz goni Strażników Miejskich, by ci robili "słit focie" kierowcom, czym mogą podreperować dziurawy budżet swojej wichury. W USA wolą zbankrutować, niż skurwić się żyłowaniem obywateli do zera. I tak oto, naszą zimową TAX-ą zasilamy:

Szkoły - 77,7$
County Debt - 0,2$
H.C.M.A. - 8,9$
Transport miejski - 24,4$
County Zoo Auth - 4,1$
Veterans oper - 1,6$
Administracja - 1,2$
w sumie 118 dolarów.

A z letniej
Utrzymanie miasta - 461,3$
Kanalizacja - 10,4$
Emeryci - 51,3$
Strażacy - 2,8$
Edukacja stanowa - 248,7$
Szkoły - 77,7$
MCC - 58,9$
Szkoły średnie - 122,0$
Hrabstwo - 189,4$
Administracja - 12,2$
w sumie 1235$.

To opłata za nasze prawo do bycia mieszkańcami w miarę sympatycznego miasta Sterlign Hgts., MI. Gdy mieszkamy sami, to rocznie daje to dość pokaźną sumę 1350$, ale do przełknięcia, gdyż jest to 2-3tyg. pracy. Gdy mamy współmałżonka i przynosi on do domu drugą pensję, jest to błahostka - 3% dochodów. Mamy za to zapewnione utrzymanie miasta, odśniezone drogi, załatane dziury, zagospodarowane parki miejskie, darmową edukację podstawową i średnią, stypendia dla dobrych uczniów, gimbusy, długie sikawki strażaków, szybkie radiozozy policjantów, itd.
Oczywiście, gdy mieszkamy w mieście typu Birmingham, MI (gdzie prócz mojej cioci, mają swoje wielkie chawiry zawodnicy Detroit Tigers, Detroit Pistons, lekarze, prawnicy, itd.) zarówno nieruchomości jak i podatki za ich tam postawienie są tak wysokie, by była to zaporowa cena dla pospólstwa. Same podatki za psią budę w takiej okolicy mogą być wyższe, niż wartość domu w Detroit. Tak więc lokalne podatki w USA mają też często funkcję zapory finansowej przed migracją plebsu do lepszych miast i dzielnic. I tak np. skoro do Chicago najechało się mnóstwo Mechików i zaczęli się tam płodzić na potęgę, podatki podniesiono na tyle, by może jednak wrócili do swoich Pueblos w Mechiko? Ale na ile by ich nie podnieśli zawsze Tusk i jego rząd przebije te stawki!;)

Gdy mamy samochód (np. 2,4L, japońskie auto - bo wysokość stickera zależy m.in. od pojemności i tego, czy auto jest z USA czy spoza), płacimy co roku 84$ za tzw. sticker (naklejkę) na tablicę rejestracyjną (ot, takie coś jak nasze badanie techniczne, ale stickera stan techniczny naszego pojazdu nie obchodzi). Ubezpieczenie 5letniej Toyoty w tzw. "dwie strony" czyli odpowiednik naszego AC + OC + NW kosztuje rocznie 1250$.

Czyli zgodnie z obliczeniami, podatki za dom kosztują nas 1350$, podatki i ubezpieczenie samochodu 1250$. W sumie niewiele ponad miesiąc pracy. 4,5miesiąca na podatki. Miesiąc na rok całkowitego kosztu utrzymania mieszkania, tydzień na prąd zużyty w ciągu roku, dwa tygodnie na telefon i kablówkę. 2tygodnie na benzynę na cały rok, 6tyg. na jedzenie - reszta jest nasza:) A tego co zostaje jest więcej, niż tego, co w Polsce w ogóle się w ciągu roku zarabia...
Gdy mieszkanie wynajmujemy na spółkę z dwoma lub trzema innymi osobami za te 200-300$ miesięcznie, podatku na rzecz miasta nie płacimy, samochodu nie mamy i pracujemy na czarno bez zasilania skarbonki Wuja Sama - nasze jest o wiele, WIELE więcej.

stany 2011-02-22

skomentuj proszę tę notkę.



Reklamami USA stoi.
Było ostatnio o reklamach w finałach Super Bowl, teraz będzie o reklamach w pozostałe dni roku.
Reklamy w Ameryce są wszędzie. Wysypują się ze skrzynki na listy, ze skrzynki e-mailowej, z automatycznej sekretarki na naszym telefonie domowym, jak i komórkowym. Podobno w NY trzeba ich słuchać nawet jadąc taksówką. Wypadają z gazet, no a przede wszystkim wyskakują z telewizji.

Ludzie w Polsce żartują, że Polsat jest jedną wielką reklamą przerywaną filmami. Oj, nie narzekajcie. W Polsce reklam może jest i dużo, ale za to rzadziej. To o wiele lepsze rozwiązanie niż w USA, gdzie ledwie złapiesz wątek filmu i… bach - reklama. Katapultujesz pilotem reklamy przeskakując na inny kanał i… bach, zapominasz się przełączyć na czas z powrotem i… albo nigdy nie obejrzysz w całości tego, zo zamierzałeś, albo niestety – pilot do niczego Ci się nie przyda i te reklamy po prostu oglądasz, by pojawiającego się za chwilę filmu nie przegapić, reklamy raz mają 2 minuty, innym razem 4’. Nie można pójść spokojnie zrobić sobie herbaty, kolacji, czy spokojnie zasiąść na „tronie”;)
A w Polsce… Jak Polsat czy TVN czasem zapomni przerwać reklamy filmem, to można w czasie reklam wziąć prysznic, umyć zęby, i jeszcze załapać się na kilka spotów.

Jak wyglądają reklamy w najbardziej primeTime'owym programie? W jednej z telewizji, w niedzielny wieczór, gdy wszyscy już zewsząd wrócili, zjedli kolacje i zasiedli przed ich wielkimi telewizorami, takim programem jest serial: "Desperate Housewives" czyli tłumacząc na polski "Gotowe na wszystko". Najnowszy, godzinny odcinek emitowany 21 lutego 2011 przerywany reklamami był tak:

Film 10’41’’
Rekl 02’47’’
Film 04’54’’
Rekl 04’08’’
Film 08’ 05’’
Rekl 03’49’’
Film 06’30’’
Rekl 04’21’’
Film 06’45’’
Rekl 04’13’’
Film 04’13’’

Czyli w ciągu godziny zobaczyliśmy pięć wejść reklamowych (w Polsce byłoby ich zaledwie dwa). W trakcie tych 5 wejść nakarmiono nas dokładnie 50cioma reklamami. Chcesz darmową TV - przełykaj reklamy częściej niż ślinę - tak powinno brzmieć hasło reklamowe darmowych telewizji. Ale w płatnych kablówkach jest oczywiście tak samo. Tak więc 40 minutowy film wypełniono 20minutami reklam. W USA dzięki reklamom sprzeda się wszystko. Nawet ja, taki twardy na wszelkiego rodzaju pranie mózgu i manipulacje pewnie dałem się świadomie lub podświadomie naciągnąć jakiejś reklamie. A jeśli ktoś chce się przekonać, co obecnie wciska się Amerykanom, oto spis tego, co w godzinę dostaje z telewizora prosto w twarz:

FILM 0:00 - 10:41
AmazonKindle - ebook za 139$ przechowujący do 3,500 książek
Bertolli - mrożone makaronowe dania kuchni włoskiej
Nike - buty - Uwolnij siebie
DayQuil - lek na grypę usuwający 5 symptomów przeziębienia
Kia - model Optima już za 19tys.$ (200KM, a spala zaledwie 7,8L/100km, 10lat lub 160tys.km gwarancji!)
Noc Oskarów - przytogowania Anny Hathaway do gali, sponsored by Diet Coke
The Bachelor - reklama show TV typu "Kawaler do wzięcia" - wycackany laluś sobie laski poderwać nie potrafi, więc ABC zrobiła mu casting na dupeczkę;)

Film 13:28 - 18:22
RoyalCarribean.com - Rejsy luksusowym statkiem
Zyrtec - lek na alergię
Lincoln - model MKZ (po wpłaceniu 9tys.$, dalej lizingujesz za 399$ miesięcznie)
Jell-o - nowość, muss czekoladowy najbardziej znanego producenta galaretek
Take Me Home Tonight - reklama filmu, premiera 4 marca
Chilli's - jadłodajnie serwujące dwa obiady dla dwojga za 20$
Castle - serial
Art Van - wyprzedaż z okazji Dnia prezydenta do 80% - to duuużo prezydentów;)
Ford Edge - jakość lepsza niż Toyoty (po wpłacie 2070$, dalej lizingujesz za 219$ miesięcznie)
Comcast - internet za 19,99za m-c
Reklama wiadomości o 23:00 - straszne opady śniegu

Film 22:30 - 30:35
Nissan Quest - innowacja dla wszystkich
Red Riding Hood - reklama filmu, premiera 11 marca, w Polsce od 6maja znany będzie jako "Dziewczyna w czerwonej pelerynie" czyli czerwony kapturek
Oscar Mayer - wędliny z indyka dzięki którym poczujesz się jakby zawsze było Święto Dziękczynienia
iPhone - możesz dzwonić i serfować w jednym czasie - szczególnie przydatne, jak zapomnisz o rocznicy ślubu;)
NicoDerm CQ - plastry na rzucanie palenia - 3kroki, 10tygodni i jesteś wolny
Loreal Feria - farba do włosów by Bijąse;)
Hellmans - majonez w wersji light
The Middle - reklama serialu znanego u nas jako "Pępek świata"
Better with You - reklama serialu
Secret Milionaire - reklama show w którym nudzący się milioner incognito poznaje jakąś biedną rodzinę i daje jej $$$