| Stany.blog.pl czyli Stany Zjednoczone dzień po dniu. Życie, praca i nauka w U.S.A. Wszystko o USA. Ameryka blog. USA blog. Zakupy w USA, zakupy przez internet w Stanach. Kryzys w USA. Świńska grypa w USA, itd... |
| Księga Gości 2010 styczeń 2009 październik wrzesień styczeń 2008 grudzień listopad wrzesień sierpień lipiec |
Rozbiłem butelkę alkoholu, proszę o kolejną. Kupiłem wczoraj 1,75litrową butelkę alkoholu. Tyle Smirnoffa za 21,7$, czyli coś około 18zł za półlitrową butelkę - przeliczenie dla tych, którzy chcieliby wiedzieć, ile w USA kosztuje materiał niezbędny do kulturalnego "zbetonienia się":) Można oczywiście wybrać coś mniej markowego za połowę tej sumy i naprawdę nie wychodzić z orbitowania za 5-6$ za litr. Przy kasie, jak to zawsze ma miejsce, zakupy pakuje kasjer lub specjalny pakowniczy. Traf chciał, że było to dwóch młodych chłopaczków, którzy alkoholu pewnie jeszcze legalnie kupić by tutaj nie mogli (nie mieli skończonych 21lat). Zapewne dlatego głupek nie wiedział, że alkohol, szczególnie prawie 2 litrową, ciężką szklaną butelkę należy zapakować w dwie reklamówki, i nic więcej do nich już nie wkładać. Jakież było moje "zdziwienie", gdy wyjmując zakupy z samochodu, tuż obok bagażnika rozdarła się reklamówka i na ziemię runęła butelka szlachetnego trunku, tłukąc się przy tym niemiłosiernie. A dodatkowo z reklamówki z logiem Kroger wyleciał sos sałatkowy - zapewne na deser;) Nastąpił mój długi monolog, składający się głównie z kilku słów ogólnie uznanych za nieodpowiednie do wyrażania w miejscach publicznych - na szczęście na terytorium USA można je wykrzykiwać do woli i w dowolnej głośności... KUR....!!! Jako, że trunek był mi niezbędny do pożegnalnej imprezy, pojechałem do pobliskiej apteki (tak, w aptece kupuje się tutaj alkohol, kosmetyki, drobną elektronikę, itp.) i za tę samą cenę nabyłem ten sam trunek, ale tym razem w plastikowej butelce. Plastikowego Smirnoffa kasjerka zapakowała mi... do dwóch bezpiecznych reklamówek. Oo... właśnie! Tak tutaj się pakuje alkohol. Trzeba wrócić do Kroger, gdzie nie potrafią go zapakować i... upomnieć się, albo o zwrot pieniędzy za rozbitą butelkę, albo o nową flaszkę. Nie, żebym był jakimś alkoholikiem, ale wódka w domu być musi - szczególnie, dla polskich gości:) Pojechałem z resztkami potłuczonej butelki do Krogera (taka Michigańska sieć marketów), poszedłem do punktu obsługi klienta, położyłem zwłoki butelki na ladzie i mówię. Kupiłem godzinę temu tutaj alkohol. Mój tato wyjmując z samochodu reklamówkę nie wiedział, co w niej jest i... stłukł jej zawartość, gdyż daliście jedną reklamówkę na całą ciężką butelkę. Jako, że sprawa mało typowa (bo w każdej innej sprawie dotyczącej zwrotów pani bez mrugnięcia okiem, z uśmiechem na ustach wypłaca pieniądze za zwrot, często nawet z przeprosinami, że coś nam w zakupie nie odpowiadało, czasami nawet dają 5dolarów w ramach przeprosin - tak robi m.in. Meijers). Tutaj pani wezwała przez interkom szefa, gdyż na taki zwrot potrzebuje zgody przełożonego. Przełożony zadzwonił, wysłuchał mojego przypadku i... jako, że za alkohol nie mogą wydawać pieniędzy, dali mi kartę upominkową na kwotę 21,71$. I jak tutaj ma nie być kryzysu? Ja zrobiłem to wszystko uczciwie, bo taki jestem aż do szpiku kości. Wydało mi się nie fair, że to nie z mojej winy flaszka wylądowała na bruku i poszedłem upominać się o swoje. Nikt w sklepie nie robił mi problemów z tak absurdalnym wydawałoby się przypadkiem. Nie musiałem się wykłócać, że mają tak kiepsko wyszkolony personel, że nawet zapakować zakupów nie potrafią, że wszystko jest nagrane na kamerach monitoringu, że to lub owo... Zdarzył się wypadek - zdarza się - oddali pieniądze z uwagą, bym następnym razem ostrożniej się obchodził z tego typu zakupem. W Polsce, gdy coś się stłucze (np. kosmetyk w drogerii), nie dość, że trzeba za niego zapłacić, to jeszcze sprzedawca często każe łamadze posprzątać, i co najwyżej, okazując swoją wspaniałomyślność przyniesie zmiotkę, by klient dokładniej wysprzątał. W USA gdy zdarzy się coś takiego, jest "Don't worry! Nothing happens!" i każe się klientowi odejść z miejsca wypadku, by się nie pokaleczył rozbitym szkłem. Żyć nie umierać - prawda? Oczywiście, że tak liberalne podejście handlowców do klientów może prowadzić do wielu nadużyć. Dwie wielkie amerykańskie sieci sprzedaży hurtowej Sam's Club i Costco (coś podobnego do działającego w Polsce niemieckiego Makro) musiały zmienić politykę zwrotu towarów, gdy w Kalifornii jakiś sprytny człowiek otworzył wypożyczalnię sprzętu elektronicznego. Kupował ów sprzęt w Sam's Club, przez 11 miesięcy wypożyczał go w swojej wypożyczalni, i w ostatnim tygodniu w którym można było go zwrócić, zwracał wszystko w ilościach hurtowych. Przez kilku cwaniaczków także w USA zaczną wkrótce utrudniać zwroty, ale póki co można się cieszyć pełnią praw konsumenta. Dwa dni po rozbiciu butelki alkoholu, rozdarłem w WallMart ponad 2kg worek cukru. Wyjmując go w wózka i kładąc na taśmie przy kasach, worek mi się "wypsnął" i wylądował na podłodze. Przez powstałą w worku dziurkę zaczął wysypywać się cukier. Chcesz zabrać ten, czy pójdziesz po nowy - zapytała kasjerka? Byłem gotów zabrać ten przeze mnie uszkodzony, bo to ewidentnie była moja wina - ale skoro sama wysyła mnie po nowy... Wall-Mart przez to nie zbiednieje...;) Autoshow w Detroit 2010. Mówi się, że być w Rzymie i nie widzieć Papieża, to grzech. Podobnie by było, gdybym będąc w okolicach Detroit w czasie, kiedy odbywa się North American International Auto Show, nie zahaczył o tę wystawę. Zatem zawitałem do hal targowych Cobo Center i... Każdemu kto przyjedzie tu za rok życzę odwagi, by przyjechać do Detroit. Później będzie już tylko... łatwiej:) Znalezienie przytargowego parkingu pójdzie jak z płatka - 10$ za samochód bez limitu czasu. Zakup biletu także bez większych kolejek - 12$ za dorosłą osobę i wio na teren targów. Wejścia są trzy, więc my weszliśmy tym najgorszym z możliwych, bo tuż przy stanowisku Mercedesa, obok rozłożyło się Audi, a w zasięgu wzroku był także Lotus, Bentley i BMW. Czy przy takiej inwokacji kolejne auta innych marek, nawet najbardziej piękne mogłyby się podobać, skoro chwilę wcześniej widziało się i Maybaha, i Mercedesy zarówno seryjne, jak i diabły tuningowane przez AMG? Mercedesa CL, SLC, a w Audi R8 spider, czy ich nowy concept car e-tron? Później, gdy idzie się dalej stanowisko Hondy, która nic nowego nie przyprowadziła. Nie rozumiem osób, które na targach właśnie postanowiły bliżej się przyjrzeć i wsiąść do Hondy Civic czy Accord - w dowolnym salonie Hondy można zrobić to samo, bez kolejek, z pełną i zabieganiem obsługi salonu, a targi to chyba bardziej miejsce oglądania nowości, a nie standardów? Z ładnych, kultowych aut można odnotować jedynie dwa modele Ferrari przy ktorych stała tak anorektyczna modelka, że przyciągała uwagę nie mniej, niż owe samochody. Tu można było się przekonać, że chudość nie popłaca i że bidulka trzęsła się z zimna. Bo w halach było dość chłodno, a ona przyklejona w czerwonej sukience do czerwonego zimnego Ferrari na pewno nie wyglądała na rozgrzaną. A na przeciwko dwa malutkie fiaty, których nikt nie zauważył już w ogóle, bo całą uwagę przyciągały dwie stojące obok samochodów modelki. Włosi to jednak zarówno najlepsi konskruktorzy, jak i najlepsi wystawcy kobiet, ale tym akurat "strzelili sobie w kolano". Maserati było "wisienką na torcie" włoskiej pracowni projektowej Pinifariny. Dla Polaków, którzy od lat Volswageny widują na ulicach równie często, jak małe Fiaty stanowisko VW, mimo, że najbardziej rozświetlone, wyda się najbiedniejsze. Bo kogo u nas zadziwi Golf we wszystkich możliwych wariantach zarówno silnikowych jak i stylistycznych, jeśli w samej Polsce takich golfów jeździ z milion? Podobnie passat czy inne samochody dla ludu? Wiem, że ludzie specjalnie przyjeżdżają z Europy na te targi. Że ludzie z Polski jeżdżą specjalnie do Genewy na podobną wystawę. Czy warto? Pewnie będąc Polakiem w Polsce, gdzie do salonu Mercedesa, BMW, Lexusa jeśli już nas personel dilera wpuści, to będą za nami chodzić byśmy niczego nie dotknęli, nie zabrudzili ani nie ukradli... - tak, dla Polaków takie targi to możliwość poobcowania z pięknem samochodowych blach i plastików. Dla Amerykanów, którzy mogą pójść do dowolnego salonu i być tam traktowani jak ewentualni kupcy - targi to taki duży salon samochodowy. Zabawnie się zrobiło, gdy oglądając supersamochód firmy Revenge usłyszałem z ust chłopaka stojącego kilka metrów dalej, słowa: "świst powietrza...". Moja głowa automatycznie powędrowała w jego stronę, jego spojrzenie równie automatycznie w moim kierunku, i tenże od razu powiedział mi: "Cześć". - Skąd wiedzialeś, że jestem z Polski - zapytałem, bo nic we mnie tego nie zdradzało nadwiślańskiego pochodzenia. - Bo tak zareagowałeś na moje słowa. Później dodał, że musiałby jeszcze ze 20lat spędzić w USA, by sobie kupić takie auto i... tym optymistycznym akcentem rozeszliśmy się w swoich kierunkach. Jako, że jedno zdjęcie przemawia lepiej, niż tysiąc słów, postanowiłem zamieścić tu 237 zdjęć z targów. Do wyboru do koloru. Później dorzucę do nich komentarze. Dopiero gdy wróciłem do domu i przerzuciłem fotki do komputera okazało się... jak mało ich zrobiłem. Tak to jest, gdy ma się zarówno kamerę video i aparat, jedne rzeczy się forografuje, inne "kręci" i okazuje się, że od Audi odszedłem tylko z trzema zdjęciami! SZOK! I strata, bo np. należało uwiecznić kolosalny grill nowego Audi A8, gdyż jest to coś, co należało pokazać, by wszyscy zapoznali się z tym przerostem formy nad treścią (a w tym przypadku chromu nad stalą). Wiem że nie wszystkie zdjęcia są udane, ale na takich targach trudno się je robi! Po pierwsze - by bateria dłużej wytrzymała nie używałem lampy błyskowej. Po drugie, nie zawsze dało się odejść dostatecznie daleko od fotografowanego obiektu (szczególnie gdy jest to 6metrowy Maybach czy Bentley), by ująć go w całości. A po trzecie, zawsze w kadrze pojawia się jakiś zwiedzający psujący nam ujęcie. Polecam zatem zapasową baterię, okiektyw szerokokątny i pojawienie się na targach w porannych godzinach:) 1. Mayhach Zeppelin - jedno z niewielu aut do których nie można było wsiąść. Nie dziwne, bo same dywaniki były grubsze niż perskie dywany w pałacach. 2. U Forda, mimo że zajmował największe stanowisko, więcej było gier i zabawek, niż samochodów. Nic, prócz nowego Focusa nie mogło tu zaskoczyć. I oni się dziwią, że gdyby nie rządowe dotacje w wysokości miliardów dolarów, to Forda by dzisiaj już nie było... 3. Jedynie na kilku stanowiskach był dylemat - patrzeć na samochód czy hostessę? Dodge Viper, Ferrari... A malutki Fiat 500 EV i równie mały Abarth nie zostały dostrzeżone przez żadnego ze zwiedzających targi... Kryzys w USA - część druga. Mogę śmiało stwierdzić, że za kilka lat okaże się, że cały ten kryzys był takim samym kłamstwem, jak niedawna "epidemia świńskiej grypy". Trzy miesiące temu napisałem na tym blogu o moich wątpliwościach w istnienie tej calej epidemii H1N1, i okazuje się, że miałem całkowitą rację. Unia Europejska wszczyna właśnie postępowania wyjaśniające w sprawie tej rzekomej "śmiertelnej grypy", "epidemii", nacisków dokonywanych przez koncerny farmaceutyczne na rządy państw, itp. Nie pomyliłem się w żadnym ze stawianych wówczas przeze mnie zarzutów wobec nieprawdziwości tej całej "epidemii". Teraz ciekawi mnie za ile lat świat zajmie się mrzonką o kryzysie...? By ułatwić przyszłym śledczym zadanie, przytoczę teraz kilka moich wniosków o światowym kryzysie... Gdy 1,5 roku temu przyjechałem po raz pierwszy do USA i zobaczyłem upadek mitu o WIELKIEJ Ameryce, dałem się nabrać, że to wszystko jest dziełem światowego kryzysu. Teraz już patrzę na to nieco inaczej. Sądzę, że gdyby zebrać dane makro i mikroekonomiczne z całego świata, zgromadzić je wszystkie począwszy tak gdzieś od 2000 roku, wprowadzić te dane do standardowego arkusza kalkulacyjnego, który na prostych wykresach pokaże nam, co i jak się zmieniało, co rosło a co spadało, bez żadnej zbędnej wyższej matematyki czy algorytmów, bez "owijania w bawełnę", wszystko zrobiłoby się jasne i przejrzyste... Nie trzeba być analitykiem, czy "ekspertem" z Centrum im. Adama Smitha, profesorem Szkoły Głównej Handlowej czy chociażby prymusem z Akademii Leona Koźmińskiego, by stwierdzić, że kryzys po prostu nie miał prawa się wydarzyć i że został on sztucznie stworzony tak, jak stworzono niedawno "epidemię" grypy H1N1. Wystarczy tylko spojrzeć, kto zyskał na kryzysie, by zacząć mieć pierwsze podejrzenia odnośnie jego prawdziwości. Kto na koniec zeszłego roku wypłacił sobie wielomiliardowe nagrody za 2009 rok, nawet jak jego firma (najczęściej bank) jest w stanie upadłości? Tak, BANKIERZY! To oni, przyzwyczajeni do corocznych nagród w wysokości nawet 250 milionów dolarów (tak, ćwierć miliarda dolarów za prezesowanie + oczywiście wielomilionowa comiesięczna pensja), gdy zaczęły się różnego typu straty to na giełdzie, to na nietrafionych inwestycjach, to w ramach fuzji banków i likwidacji ich stanowisk lub redukcji pensji, zaczęli kombinować, skąd dalej brać forsę "za nic". Podobnie za nic brali pieniądze wszyscy maklerzy na giełdzie, doradcy finansowi, i wielkie rzesze im podobnych "finansjerów". Kilka kliknięć myszką, kilka milionów zarobionych wirtualnych dolarów, kilkaset tysięcy prowizji prawdziwych już pieniędzy. I nagle giełda już nie pędzi do przodu, jak lokomotywa, a stoi, a czasami wręcz wrzuca wsteczny bieg. Pieniążki zaczęło zarabiać się coraz trudniej, coraz wolniej, albo nawet czasami się je traciło. "Białe kołnierzyki" przyzwyczajone do luksusów tanio żyć nie zamierzały - wymyśliły sobie kryzys. Kryzys znaczy chaos, chaos znaczy panika, a z ludzkiej paniki zawsze można zrobić coś pożytecznego. Hitler rozbudził taką nagonkę na to, że Żydzi żerują na niemieckiej gospodarce, a sąsiednie państwa wkrótce pewnie wypowiedzą wojnę III Rzeszy, że udało mu się zrobić to, co zrobił i miliony Niemców wierzyło mu do końca jego "misji"... Na świecie żyją ludzie tak bogaci, tak znudzeni tym, że miliony, miliardy dolarów płyną do nich niekończącym się strumieniem, że postanowili zrobić coś, by "coś się działo". By patrzeć, jaką mają władzę i wpływ na cały świat. To, że siedzą sobie na najwyższym piętrze nowojorskiego biurowca zrobiło się dla nich po prostu nudne. Patrzenie jak na kontach przyrasta im kapitał także, bo przy ilościach pieniędzy, jakimi dysponują, posiadane przez nich miliardy nie mają już znaczenia, nie podniecają, jak ten pierwszy zarobiony przed wieloma laty milion. Dla nich pieniądze są tylko nudną statystyką. Jednak patrzenie, jak przez kilka ich ruchów cały świat się trzęsie, padają przedsiębiorstwa, gospodarki, rządy - to daje tym starym piernikom ostatnią w życiu podnietę i powód do tego, by mieć po co rano się budzić. Nawet nie muszą na tym zarabiać - wystarczy, że wiedzą, że to oni rządzą światem. Zechcą, by za miesiąc dolar by warty 2 złote - zrobią to. Zechcą miesiąc później podnieść cenę dolara na 4 zł - też im się uda. I śmieją się z reakcji naszych ministrów, ekspertów, analityków, ekonomistów, którzy próbują zgadywać, co się stało, i co jeszcze się stanie. To dla nich taki ekonomiczny kabaret. A jak ów kabaret przekłada się na zwykłego Kowalskiego czy Smitha? My, szaraczki ekonomicznego świata, usłyszymy tylko takie ciekawostki, że dzięki kryzysowi ktoś tam kupił w Detroit 160 domów na raz. Czyli całą dzielnicę za cenę jednego domu. To nie on zbił ceny tych nieruchomości do 5-10% ich wartości, ale to on na tym zyskał. Na kryzysie zarobił każdy, kto miał na nim zyskać, z Premierem RP, który mógł się pochwalić najwyższym wzrostem PKB w całej Unii i z Prezydentem Obamą na szarym końcu beneficjentów "kryzysu", który to Prezydent za rok może liczyć na Nobla, tym razem z dziedziny ekonomii za to, że jako pierwszy ogłosił koniec kryzysu. Kryzysu, którego tak naprawdę nigdy nie było... Im prędzej przestanie się mówić o jego istnieniu, tym mniej będzie dowodów, że w ogóle go nie było... A Madoffa "posadzimy" do więzienia na 150lat, by ludzie widzieli, że ktoś za ten cały kryzys został ukarany. Jak wygląda kryzys po amerykańsku? Oczywiście, że psychologicznym efektem domina "położyła się" cała amerykańska gospodarka. Gdy nierobom z Wall Street zachciało się pieniędzy, prezesikom miliardów $ premii i dywidend, to zrobili wszystko, nawet specjalnie zarżnęli swoje firmy, by dostać od rządu miliardy dolarów dotacji, które w lwiej części poszły nie na ratowanie ich przedsiębiorstw, a na wypłaty dla prezesów, v-ce prezesów, i całej tej zasranej reszty. Prezesi zamiast trafić do więzień za doprowadzenie do ruiny prowadzonych przez siebie spółek przyznali sobie premie, za które szybciutko kupili kolejne domy na Florydzie, Hawajach, Bermudach, gdzie będą do końca życia popijać drinki ze szklaneczek z parasolkami. Jak wygląda kryzys dla statystycznej amerykańskiej rodziny? Prócz WIELKIEGO psychologicznego napięcia wygląda... NIJAK! Oczywiście 2 miliony rodzin żyje teraz bez domów, bez pracy, ale pozostałe 100 milionów rodzin jakoś "daje radę". Oni po prostu nie potrafią gospodarować pieniędzmi, które zarabiają. Amerykanie są w tym względzie po prostu nie do pobicia! Polak zarabia 1000zł, wydaje 1500 i jeszcze coś mu pozostaje. Amerykanin zarabia 2000$, wydaje 2000$ i jeszcze mu zostaje... kilkaset dolarów debetu na karcie kredytowej. Każdy, ile by nie zarabiał, to i tak zawsze będzie żył od piątku do piątku (odpowiednik naszego od pierwszego do pierwszego). Konsumpcja w tym kraju sięgnęła takiego poziomu, że dla nich kryzysem jest to, że nie mogą samochodu wymieniać co rok (oczywiście tylu samochodów, ilu jest członków rodziny), a co 2-3 lata. Że na wakacje nie mogą polecieć na miesiąc do Europy, a jedynie na tydzień na Dominikanę. Że do posprzątania swojego domu nie mogą już zawołać sprzątaczki, ale muszą zagonić jakiegoś swojego otyłego dzieciaka. Że liście sprzed domu muszą grabić sami, a nie wzywać do każdego opadniętego listka ekipę sprzątającą. Że na obiad do restauracji nie mogą iść codziennie, a tylko raz, dwa razy w tygodniu. Kryzys? Spróbujcie znaleźć miejsce w dowolnej restauracji w jakikolwiek wieczór, o weekendowych nawet nie wspominając. Spróbujcie znaleźć miejsce parkingowe przed kinem, w którym wyświetlają jakiś nowy film. Film Camerona - "Avatar" zarobił w dwa tygodnie w samych tylko Stanach ponad miliard dolarów, a ma zarobić w sumie 4mld $. Na przedświątecznych wyprzedażach sprzedawało się tyle sprzętu elektronicznego, a szczególnie telewizorów LCD, że ich po prostu... zabrakło. Kryzys? Nie rozśmieszajcie mnie! Kilka tygodni temu usłyszałem kwintesencję amerykańskiego stylu życia. Rozmowę dwóch młodych Amerykanek. "Oj, sorry, ale nie mam ani centa, bo ostatnie swoje pieniądze wydałam na śniadanie". Jakby jakieś centy jej zostały, to wydałaby je na jakąś lunchową przekąskę z automatu, albo chociażby na kawę. Pieniędzy w USA po prostu się nie ma (ze względów praktycznych - bo często się gubią, a drobniaki są ciężkie, i ze względów bezpieczeństwa - bo posiadaczy gotówki się napada w celach rabunkowych). Posiada się zatem karty kredytowe, na których najczęściej też się nie ma pieniędzy, a debet. Tu zarabia się, by konsumować i by raz na jakiś czas spłacać coś ze swojego zadłużenia. Gdy poszedłem do kasy w Kohl's regulować moje zadłużenie z karty wynoszące 39,56$ i dałem pani w kasie 50$, to ta nie mogła uwierzyć, że chcę zapłacić całość? CAŁOŚĆ? Ale przecież nie musisz wszystkiego płacić na raz, dziś, wystarczy zapłacić to wymagane minimum - 5$ i resztę możesz zapłacić w ciągu kolejnego miesiąca bez żadnych odsetek. Amerykanin oczywiście by przystał na taką propozycję, za pozostałe mu 35 dolarów kupił kolejny ciuszek w Kohl's albo poszedł na lunch i... I tym sposobem ulatnia się kilka miliardów dolarów dziennie. Polskie matki i żony, które z jednej swojej lub męża pensji, albo emerytury babci potrafią zarówno opłacić czynsz, jak i wszystkie media, kupić coś do jedzenia, do ubrania, a także wyprawić dzieciaki do szkoły, wyciągnęłyby amerykańskie rodziny z kłopotów finansowych w kilka miesięcy. No, może w kilkanaście... By nauczyć Amerykanów oszczędzać, gospodarować pieniędzmi, planować budżet, powstają specjalne reklamy telewizyjne, kampanie społeczne, strony internetowe, kursy! Chcesz oszczędzić 500 dolarów rocznie? Wyjadaj wszystko z lodówki na czas, bo statystyczna amerykańska rodzina wyrzuca przeterminowaną żywność za ponad 500$. Chcesz oszczędzić kolejne 1000 dolarów w ciągu roku? Rób sobie sam kawę w domu, a nie zatrzymuj się po nią rano w drodze do pracy w McDrive. Puszka, z której zrobisz 200 kubków kawy kosztuje mniej, niż 2-3 kawy w McDonalds, a dodatkowo zaoszczędzisz sporo na paliwie, gdyż nie musisz stać w kolejce przed okienkiem. Oczywiście wracając do domu połowa tych zaganianych pań domu co niesie w ręku - kubek z kawą, którą kupiły sobie tuż pod domem w drodze powrotnej! Masz dużo dzieci (szczególnie synków), kup maszynkę do strzyżenia i zaoszczędź do 100$ miesięcznie na fryzjerze. Nie kupuj gazet, w których będą Cię kusić reklamami nowego sprzętu elektronicznego. Kupuj on-line. Zawsze czekaj do ostatniego momentu z zakupem czegoś droższego niż 100$ (tu ceny sprzętu i ubrań spadają lawinowo). Nie przykładaj uwagi do topowej marki, itp. Każdym zaoszczędzonym dolarem nakarm świnkę (skarbonkę). Tu nie potrafią oszczędzać, czy chociażby ekonomicznie rozumować. Gdy widzę, jak przed automatem do liczenia bilonu stoi kobieta i wsypuje cały słoik drobniaków, by chwilę później maszyna wydrukowała jej bon na 128 dolarów, bo tyle było w bilonie, tzn. było 139$ i 40centów, ale 11,4$ kobieta musiała zapłacić maszynie za policzenie drobniaków... Na pewno nie zarabia 12dolarów na godzinę! A tyle właśnie straciła przez swoje lenistwo. 11,4$ w 3minuty. Pewnie pójdzie później do banku i wpłaci pieniądze na konto oszczędnościowe - będą musiały leżeć tam przez cztery lata, by odrobić jej lenistwo, czyli 8,9% (bo tyle zabiera maszyna za każdego przeliczonego dolara). Itd. Itp. Idę do kolegi, który rok temu miał jeden stacjonarny komputer, a dziś ma trzy komputery - bo żona chciała laptop, ale mały, bo duży który w międzyczasie kupili, był za ciężki. Tak więc on ma swój 15 calowy za 500$, żona swój 10 calowy za 400$, no i jeszcze stacjonarny, który trzeba przebudować lub kupić nowy, bo 2 letni to już przeżytek. Potrzeba dojechać w jakieś nieznane miejsce, kupuje się nawigację za kilkaset dolarów, a nie mapę za 2,99 czy darmowe wyznaczenie sobie trasy na MapQuest. Zepsuje się coś, kupuje się nowe, bo szukanie ewentualnego mechanika i czekanie na naprawę jest trudniejsze niż wyprawa do sklepu. Chce się wydrukować coś na komputerze - nie idzie się do kolegi, który ma atrament w drukarce, ale za 30$ kupuje się drukarkę, albo za 50$ kupuje się urządzenie wielofunkcyjne. Trzeba, to się kupuje. Nie wysyła się tacie czy koledze do pracy, by wydrukował to na służbowym sprzęcie. Nie daje się materiałów do nauki komuś, kto w miejscu pracy ma darmowe ksero... A po co kserować, skoro książkę można kupić? Poznałem amerykańskie rodziny, które stać jest na przeprowadzanie się za pracą. Nie chcą dojeżdżać 2godziny do nowej pracy, sprzedają dom i kupują go bliżej miejsca pracy, tudzież bliżej dobrej szkoły dla swych dzieci. Umiera dziadek, to kupuje się babci dom blisko jednej z jej córek, tak 2-3 domy od niej, bo zawsze jakiś dom w promieniu do 50metrów jest na sprzedaż. Jest zimno w Michigan, to wyjeżdża się na całą zimę do florydzkiego domu. Tak żyją emerytowani Amerykanie, z dwóch rodzin, z którymi się zaprzyjaźniłem. Jakiś kryzys może i był, tak samo jak była jakaś grypa AH1N1. Miało umrzeć na nią nawet 100 milionów chorych, zarażonych miało zostać 2 miliardy ludzi. Taaaaaaa... O wiele łatwiej było nakłamać o kryzysie (wystarczyło tylko pochować pieniądze), niż nakłamać o grypie - bo trudno jest naprodukować miliony zmarłych na grypę. No i także i w USA mamy już Nowy Rok... Pierwsze, co mnie zaskoczyło w chwili, gdy wybiła godzina 0:00 czasu wschodniego USA to... cisza. W Polsce już kilkanaście dni przed Nowym Rokiem gówniarze ganiają po osiedlach i strzelają petardami, których zgodnie z prawem R.P. nie powinni w ogóle mieć w swoich rękach. O godzinie 0:00 we wszystkich polskich miastach i wsiach można zgasić uliczne latarnie i przez kilkanaście minut będzie jasno od rac wystrzeliwanych w niebo. Dziesiątki milionów złotych wystrzelonych w niebo dla chwili uniesienia. Spojrzałem na niebo nad Warren, MI i... nie zobaczyłem ani jednego sztucznego ognia. Spojrzałem nad niebo nad pobliskim Detroit (ciemno jak w zakończeniu układu pokarmowego Kwame Kilpatricka). Taki kryzys, czy takie respektowanie prawa, które w stanie Michigan nie pozwala na pirotechniczne zabawy? Rozumiecie czym jest w tym kraju prawo i jego poszanowanie? Skoro czegoś nie można, to nikt, absolutnie NIKT nie będzie petard sprzedawał, nie będzie ich kupował i nie będzie ich odpalał. Nikt nie będzie się cwanił, że to niska szkodliwość czynu, że był pijany i niepoczytalny, że policja daruje ewentualne odpalenie racy, bo nie daruje... Jedną z rzeczy którą zapamiętałem z podróży do Wasningtonu było to, że gdy minęliśmy granicę stanu Michigan i wjechaliśmy do Ohio, to jak grzyby po deszczu wyrosły wielkie tablice reklamowe hurtwoni... sztucznych ogni. A w całym Michigan pewnie ani małej petardki nikt nie wystrzelił, ani nawet zimnego ognia nikt nie zapalił... No może Polacy w Hamtramck? Polacy, Sylwestra zwanego w USA New Year Eve (czyli wigilią Nowego Roku) mogą świętować zazwyczaj w... polskich kościołach (np. w Parafii św. Floriana w Hamtramck czy Parafii Matki Boskiej Częstochowskiej w Sterling Heights). Każdy kościół ma w swoim budynku albo w jego pobliżu... salę balową. Ma także oczywiście szatnie, toalety i wszystko, co niezbędne do egzystencji na komercyjnym rynku. Można urządzać tam przyjęcia komunijne, imprezy z okazji chrztu, urodziny, imieniny, wieczorki przy kawce, więc można także i bal sylwestrowy. Sylwester w kościele kosztował ok 65-70$ za osobę. Przekąski, gorące posiłki i szampan w cenie, mocniejszy alkohol we własnym zakresie. W Polsce nazwalibyśmy to świętokractwem, a w USA... wspólnotą religijną skupioną przy polskiej parafii. A mniej wierzący, albo bojący się kary bożej za ewentualne skalanie poświęconej ziemi mogą bawić się w Amerykańsko - Polskim Centrum Kulturalnym w Troy. Co jeszcze można zapamiętać z tego wieczora? To, że Margarity smakowały dokoskonale, Mojito również, szampan i wódeczka także. Oraz, że po wypiciu tego wszystkiego wsiada się za kierownicę i póki nie jedzie się zygzakiem, można przejechać z imprezy do domu bez niepokojenia przez policję. W Polsce wsiądzie za kierownicę tylko ten, kto w ogóle już nie wie, gdzie jest i co robi, a w USA każdy, kto ma nadzieję, że ma w sobie mniej niż te dozwolone tutaj 0,8 promila. Tu nikt nie musi się stresować, że gdzieś na rogatkach miasta stoi policja i łapie wszystkich po kolei robiąc jakąś tam śmiesznie brzmiącą akcję "trzeźwy powrót". Rok nastał i zaczęła się proza życia w Roku Pańskim 2010. W Polsce oczywiście "na dobry początek" dowiemy się, ile palców w ilu dłoniach oberwały petardy, ile par oczu uszkodziły race, co od dzisiaj podrożeje, w którym miesiącu skończą się limity na dane procedury medyczne w polskiej służbie zdrowia, itp. W USA dowiemy się, jakie prawa się zmieniają, że w Ilinois nie można SMS-ować ani wysyłać zdjęć na Facebook czy Tweeter podczas kierowania samochodem (ciekawe, czy można programować GPS w telefonie?). Dowiemy się także, ile nowych stanów zdecydowało się dawać śluby parom homoseksualnym, ile nowych stanów przyłączyło się do międzystanowej loterii MegaMillions oraz o tym, że znane osoby mieszkające w Californii będą chronione prawem przed natarczywością Paparazzimi, itp. Oczywiście wspomnimy także jakieś miłe wydarzenia z mijającego właśnie roku, typu: Cud na rzece Hudson w Nowym Yorku, gdy pilot "posadził" na wodzie samolot, czy cud nad urną wyborczą w wyborach prezydenckich - wygrana Obamy. Wszyscy oczywiście optymistycznie żyją nadzieją, że kryzys odszedł wraz ze starym rokiem, że wysłane właśnie do Afganistanu kolejne tysiące amerykańskich żołnierzy tym razem "dadzą radę", złapią Osamę i wszystko będzie OK. I life goes on... Moi drodzy Polacy, a może tylko nasze kochane media sprzedające nam codziennie informacje, jak kręci się świat i jak mamy w nim żyć - nauczmy się tego amerykańskiego optymizmu. Wiem, że pesymizm i czarnowidztwo sprzedawać jest łatwiej, bo łatwiej jest ludzi zastraszyć, niż uspokoić i pocieszyć, ale nie taka powinna być Wasza misja. Można przecież zacząć telewizyjne wiadomości tym, że zaczął się właśnie Nowy Rok. Wiele nowych szans dla każdego z nas osobna, ale i jeszcze więcej dla nas jako ogółu. Że możemy otrzymać z Unii 30miliardów złotych na wiele pożytecznych rzeczy, że możemy wybudować kilkaset kilometrów autostrad. A nie tylko, że rok będzie zły, bo wszystko podrożeje, bo Ruscy znów nam zakręcą rurę z gazem, że większość świąt wypada w soboty i długich weekendów będzie w tym roku wyjątkowo mało. 2miliony Polaków nie ma pracy, oddałoby wiele, by ją mieć, a Wy dobijacie ich, że ci co pracę mają, mają mało wolnego. Nie żyjmy zgodnie z zasadą telewizyjnych wiadomości: "Dzień dobry, Państwu, a teraz powiemy, co strasznego się tego dnia wydarzyło, by udowodnić, że ten dzień wcale nie był taki dobry..." ![]() 1. Nasz kameralny sylwestrowy stolik. 2. Tak bawi się Detroicka Polonia na balu sylwestrowym we "Florianie" (zdjęcie ze strony internetowej Parafii) 3. Nowojorskie widoki z rzeki Hudson. Chyba jedno z piękniejszych miejsc z których można TO oglądać. Fotka niestety nie mojego autorstwa - może za rok... stany 2010-01-11 00:24:57 skomentuj (15) Amerykańska policja kontra Polak za kierownicą... Wiele razy, gdy widziałem odbywającą się właśnie kontrolę drogową w USA, sam pragnąłem zostać zatrzymany za jakieś błahe wykroczenie drogowe (bo tutaj policja nie może zatrzymywać tzw. "prewencyjnie", za nic, z nudów, a jedynie za jakieś nasze przewinienie). Chciałem zatem, także i takie doświadczenie mieć za sobą, by móc porównać je do zatrzymań dokonywanych przez polskich stróżów drogowego prawa, bo z nimi miałem do czynienia niejednokrotnie. Pewnego razu numer rejestracyjny mojego samochodu był nawet wyczytywany przez megafony w warszawskim porcie lotniczym Okęcie i... skończyło się na 30minutowym przekonywaniu policjantów, że zarzucana mi przez nich zbieżność trzech wykroczeń według mojej wykładni kodeksu drogowego jest parkowaniem w miejscu dozwolonym, gdyż: znak pionowy B-36 dotyczy jezdni, a ja parkuję na poboczu, znak poziomy P-21 może i dotyczy pobocza, ale ja akurat na tej powierzchni nie stoję, a to, że parkuję na drodze dojazdowej do powierzchni parkingowej Straży Granicznej... skąd mam wiedzieć, którędy oni na swoje miejsca parkingowe zajeżdżają? Policji pozostało zatem powiedzieć mi uprzejmie - jedź pan i nie wracaj! Ale w USA nie poszło mi tak łatwo... Zatrzymanie przez policję w Michigan wygląda inaczej, niż przez policję np. w Waszyngtonie. W Michigan policjant podchodzi do auta zatrzymanego z ręką na kaburze pistoletu, a w Washingtonie byłem świadkiem zatrzymania, w którym policjantka podchodziła do kierowcy jak do dobrego znajomego - co kraj to obyczaj, co stan, to inne doświadczenia w wielu kwestiach. Dlatego chciałem nabyć własne i... dzisiaj wieczorem się niestety ich doczekałem... Spadł pierwszy śnieg. Główne drogi w Michigan tak dobrze posolone, jak zupa żony, której plakaty widniały w antyagresjodomowej kampanii społecznej: "Bo zupa była za słona". W Michigan, tak jak w całej Ameryce - NIKT nie zakłada opon zimowych, dlatego, by kierowcy w ogóle mogli ruszyć z miejsca, główne drogi są w zimie częściej białe od soli, niż od śniegu. Ale drogi osiedlowe śnieżne i śliskie. Wyjeżdżając z osiedlowej uliczki w mieście Canton, MI, na główną drogę, nie do końca zastosowałem się do znaku STOP. Stop w USA musi być jasny - zatrzymanie auta na 5sekund i ruszenie. Ja nie dość, że nie zatrzymałem auta, to jeszcze ruszyłem w miarę żwawo przed jadący powolutku około 100metrów od skrzyżowania samochód. Przejechałem kolejne 100metrów i zobaczyłem za sobą... "koguty". To trzeba mieć pecha, by wyskoczyć wykroczeniowo tuż przed radiowóz! Oczywiście tłumaczy mojego pecha to, że była godzina 21:00, było zupełnie ciemno i nie miałem pojęcia przed kogo wyjeżdżam. Jak zatem wyglądało moje zatrzymanie? Policja zapaliła LED-owe "koguty", więc zjechałem w pierwszą boczną, osiedlową uliczkę. Radiowóz stanął za moim samochodem w taki sposób, bym nie mógł odjechać i w tym samym momencie włączył szperacz, by policjant mógł ujrzeć, co kierowca (czyli ja) robi w samochodzie. Zgasiłem silnik, by słyszeć ewentualne komendy wydawane przez policyjny głośnik, ale głośnik się nie odezwał. Działo się to w Canton, dość zamożnym, bezpiecznym, "białym" mieście, odległym od "czarnego", niebezpiecznego Detroit o około 30km. W Detroit zazwyczaj słyszy się komendę wydaną przez policyjny głośnik: "Otwórz powoli okno i wysuń przez nie swoje czarne łapska!" Ale ja łapska mam białe, więc się takich słów nie doczekałem. Po dosłownie 15sekundach podjechał drugi radiowóz. Nie wiem, czy jechali tuż za sobą, czy wezwano posiłki, ale zapowiadało się, że będzie ciekawe! Może wsparcie pojawiło się dlatego, że zatrzymującą mnie była młoda, miła, samotna policjantka, może dlatego, że było już ciemno (21:00), a może dlatego, że rejestracja mojego auta była z miasta oddalonego o 44mile od miejsca zatrzymania? Nie wiem, ale zrobiło mi się miło, że aż dwa radiowozy towarzyszyły zatrzymaniu mnie - prawie jak jakiś znany przestępca zatrzymywany w Polsce przez CBŚ. W USA policjnanci naprawdę muszą wzajemnie sobie pomagać i o siebie dbać, gdyż w radiowozach w Stanach Zjednoczonych policjanci jeżdżą sami, a ich "partnerem" jest jedynie krótkofalówka i kamera przyklejona do przedniej szyby. Wiedziałem, że próba wysiadania z auta może zakończyć się próbą zastrzelenia mnie przez policję, więc spokojnie poczekałem aż policjantka podejdzie. Otworzyłem drzwi, by mogła zobaczyć że nie zamierzam do niej strzelać, ani że nie ukrywam w międzyczasie narkotyków czy czego tam by się mogła spodziewać. A ta poprosiła, bym drzwi zamknął i otworzył okno, bo tak to się powinno odbywać - taki policyjny Drive Thru... I'm from Poland. Please speak slowly, because this is my first time... - tak zacząłem się tłumaczyć z mojego przewinienia. No więc pani oficer powoli powiedziała, że zatrzymała mnie, ponieważ nie zastosowałem się do znaku STOP. Czy, skoro jestem z Polski, posiadam może międzynarodowe prawo jazdy, by łatwiej było jej wszystko spisać? - Nie, posiadam amerykańskie - odpowiedziałem grzeczniutko. No to poproszę o prawo jazdy, o ubezpieczenie i dowód rejestracyjny auta. Czy to Twoje auto? - Nie, to auto mamy - coraz bardziej zaczęła mi się tak konwersacja podobać. OK, a czy masz jakieś wykroczenia w rejestrze? - NIE. - no i niestety, pani nie podjęła dalszej gry ze mną, której zawsze ulegają polscy policjanci. Wzięła moje dokumenty do swojego radiowozu i ... mogłem już tylko czekać na jej powrót z gotowiutkim mandatem. W Polsce zanim jeszcze przedstawiłbym policjantowi owe dokumenty o które mnie poprosił, zalałbym go taką ilością informacji, odnośnie tego, dlaczego moje zatrzymanie się na STOP-ie, mimo moich szczerych chęci było tak nieskuteczne, że ten po prostu zwątpiłby, czy takie niezatrzymanie się w ogóle miało miejsce. Ale w USA, nie wiedząc, gdzie zacznie się próba wpłynięcia na niezawistną decyzję policjanta, powiedziałem tylko, że to moje pierwsze wykroczenie, że na tej bocznej uliczce było ślisko, że bałem się wpaść w poślizg, więc wolałem wyskoczyć na główną, odśnieżoną ulicę bez tego kategorycznego STOP-owania. W tym samym czasie, gdy rozmawialiśmy drugi z policjantów z drugiego radiowozu ubezpieczał koleżankę stojąc tuż za autem po stronie pasażera. OK, OK, rozumiem - powiedziała policjantka z ulgą, że to tylko przestraszony Polaczek, a nie jakiś straszny przestępca, którego trzeba będzie kuć, albo kazać mu robić te śmieszne testy na DUI (kierowanie pod wpływem alkoholu). Policjantka zniknęła w radiowozie, którego drzwi pozostawiła otwarte, pomimo, że było -5stC. Po około 10minutach podeszła z moimi dokumentami i powiedziała, że niestety drukarka w samochodzie się popsuła (pewnie atrament zamarzł pani policjantko), więc mandat wyśle mi pocztą jeszcze dziś. Ale ja jestem z biednej Polski, jadę od mamy z Christmas, bo u nas te święta trwają 3dni, nie chcę mieć tak nieprzyjemnych wspomnień ze świąt, więc proszę jedynie o pouczenie, itp... No sorry, ale już wpisałam wszystko w komputer i muszę Ci wypisać ten ticket. Ale spróbuję zrobić najmniejszy jaki się da. Miłego wieczora i kieruj ostrożnie. Tak więc od jutra zaglądam z niepokojem do mojej skrzynki pocztowej. W razie jak mandat będzie za wysoki (może ktoś zna stawki?) spotkam się w sądzie z sędzią, który mandat może anulować, obniżyć jego wysokość, albo przynajmniej nie nałożyć na mnie kary w postaci punktów i zapisu w rejestrze wykroczeń (skoro jest to moje 1sze przewinienie). 1. Tak wygląda mandat, który przyszedł do mnie pocztą. By dowiedzieć się, jak wysoka jest stawka za moje wykroczenie, muszę albo odwiedzić stronę internetową sądu w Plymouth, albo do niego zadzwonić, albo umówić się na rozprawę, na której sędzia zadecyduje, czy mandat utrzymuje, czy jestem niewinny - mandat zgodnie z tabelką 140$ + 3punkty w rejestrze. 2. Robiąc dwa miesiące wcześniej zdjęcie Sądu w Plymouth nie miałem pojęcia, że pewnego dnia będę podsądnym tego miejsca. Wziąłem Ally McBeal na swojego obrońcę przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości drogowej;) stany 2009-12-29 skomentuj proszę tę notkę. Sex in the... USA. Jeśli amerykańska młodzież miałaby się uczyć czegokolwiek o seksie np. z telewizji, to ten naród już dawno by wymarł. Tutaj w żadnym filmie nadawanym w TV nigdy nie zobaczymy ani kobiecych piersi, ani odkrytych pośladków, o męskich członkach czy chociażby skrytej pod bielizną erekcji nawet nie mówiąc! Tutaj kobiety odzyskują łona (czyli pussy), a mężczyźni Wacki (czyli dicki) jedynie na płatnych programach telewizji dla dorosłych. We wszystkich pozostałych przypadkach sceny zawierające te organy są z filmów wycinane, kręcone na nowo, albo gdy niemożliwa jest ingerencja cenzorska przez ważność owej sceny na dalszy bieg filmu, wszystko co "ciekawe" zostanie zasłonięte. Nawet w filmach animowanych typu Family Guy! NAPRAWDĘ! Gdy obejrzałem w USA po raz pierwszy serial "Sex and the city" czegoś mi brakowało. Serial bardzo dobrze mi znany z Polskiej wersji, trwający u nas ok 30minut tutaj jest o wiele krótszy, mimo, że dodatkowo jest przerwany 3-4 blokami reklamowymi. Kilku wątków w każdym odcinku brakuje, dodawane są jakieś nowe epizody - o co chodzi? O SEX! O za dużo seksu w SEXIE! Wszystkie wyczyny Samanthy są wycięte albo tak okrojone, by nic, absolutnie nic nie można było dostrzec pomimo, że serial rozpoczyna się o godzinie 0:00 czasu wschodniego. W kraju, w którym przed ponad 50laty narodził się Playboy, w którym Larry Flint wywalczył prawo do wydawania pornografii drukiem i innymi środkami masowego przekazu, w którym kręci się więcej pornoli, niż w reszcie świata wszystkich filmów razem wziętych. W kraju, w którym same nastolatki rodzą więcej dzieci, niż w Polsce rodzą wszystkie brzemienne kobiety. W kraju w którym dzięki dużej ilości afroamerykanów oraz rozwiniętej chirurgii plastycznej narządów płciowych średnia długość członka jest o kilka cm większa, niż w Europie. W kraju, w którym dzięki silikonowym implantom, kobiety mają tak wielką "pojemność płuc", że gdyby wszysktie w jednym momencie wzięły wdech, to wytworzyłyby na świecie próżnię... W kraju, gdzie wszyscy znani kręcą sobie pornofilmy, i sami wypuszczają je później na światło dzienne, gdy przygasa ich sława. W kraju, w którym urzędujący prezydent o mało nie wywołuje wojny atomowej, gdy "obracana" przez niego w gabinecie oralnym stażystka zasiada podczas igraszek miłosnych nie na prezydenckim członku, a na walizce z guzikiem atomowym... W kraju w których w uczelnianych kampusach zużywa się takie ilości prezerwatyw, że można by było z lateksu potrzebnego na ich wykonanie zrobić condom w który zmieściłaby się kula ziemska - nie zobaczycie w TV malutkiego cycuszka. A gdy namiastkę cycuszków (tzn. miejsce, w którym jej kiedyś one wyrosną) pokazała Hannah Montana na łamach pisma Vanity Fair, to zaczęła się wielomiesięczna debata na temat odebrania Cyrusom praw rodzicielskich. Itd. Wyobrażacie sobie serial "Californication" z Davidem Duchovnym w amerykańskiej telewizji? Czy coś prócz czołówki i napisów końcowych można pokazać amerykańskiemu widzowi? NIE! Na początku tłumaczyłem to sobie rozległością terytorialną Stanów Zjednoczonych. Posiadaniem 9-ciu stref czasowych, w tym 4-rech na samym kontynencie. Gdy we wschodnich stanach jest ta nasza, ustawowa godzina 23:00, kiedy to można puścić na antenę jakieś golasy, to w stanach zachodnich USA jest dopiero 20:00. Ale nie o to tu chodzi. Tu chodzi o ich ulubione tabu - SEX. Tabu jest w USA to, kto zabił Kennedy'ego, to, kto naprawdę wysadził WTC, oraz to, co ludzie mają zakryte bielizną. Baa... w Family Guy także zakryją nam kreskówkową pupę, wacka czy cycki, a nawet arabski nos u kreskówkowej postaci, jeśli akurat z niego zapragnie zakpić Peter Griffin. Tak więc cieszcie się, że w Polsce macie filmy i seriale w formie takiej, jaką pierwotnie nadali im ich twórcy. I pomyśleć, że my oglądając ich "American Pie", "Sex w wielkim mieście", itp. filmy myślimy, że to najbardziej pieprzny naród świata, a oni myślą tak samo o Europejczykach - szczególnie Francuzach:) Skoro tak boją się seksu, który jest naturalną potrzebą i powinnością człowieka, i media tak potrafią go kamuflować przed społeczeństwem, to domyślcie się, jak manipulują faktami o których przeciętny Amerykanin nie ma zielonego pojęcia - polityką, gospodarką, ekonomią, zdrowiem publicznym, bezpieczeństwem narodowym, WSZYSTKIM! Tak samo jak z filmów wycina się sceny z seksem, tak samo z wiadomości ze świata wycina się to, co może być niewygodne dla rządzących, albo po prostu za mądre dla Amerykanów. ![]() 1. Sex w wielkim mieście. W Polsce prócz beznadziejnego tłumaczenia (zobaczcie odp. Carrie na pyt., co to za farmer i polskie tłumaczenie), zobaczymy też to, jak Samanta wydoi krowę traktując jej wymię jak męski członek, to jak sugestywnie zostanie oblana mlekiem, to jak zabawnie to skomentuje, oraz jak będzie ujeżdżała farmera w pozycji farmerskiej;) 2. W USA zobaczycie.. tylko farmera na ciągniku marki Ford;) I tak oto z prawie 3minutowej sceny, Amerykanie zobaczą tylko 35sekund. Ile wycina im się informacji z faktów, które powinni poznać mieszkańcy Stanów Zjednoczonych - przynajmniej 10 x tyle! 3. Chcesz być sławna - POKAŻ CYCKI! Kolejny przykład na to, że właśnie cyckową drogą dotrzesz na szczyt. Joanna Krupa nie wygrała amerykańskiego Tańca z gwiazdami, nikt się nie podniecił jej pierścionkiem zaręczynowym za 1,5mln $, to może chociaż psy ją zechcą: "Adoptuj psa, a nie kupuj". A suczki jak zawsze poszkodowane... stany 2009-12-02 skomentuj proszę tę notkę. Thanksgiving vs. Black Friday... Wybrałem się do takiej zwykłej amerykańskiej rodziny, by w Święto Dziękczynienia spałaszować tego ich przesławnego indyka, a przede wszystkim poznać smak ciasta z dyni. Do tej pory ciasto tego typu kojarzyło mi się jedynie z fetyszystycznym wykorzystaniem go w filmie "American Pie". Wiem, wiem, to była szarlotka, ale u nich wszystkie ciasta są podobne zarówno w wyglądzie (za 1,99 kupuje się blaszkę, wypełnioną 5mm warstwą ciasta na które to ciasto wlewamy różnego rodzaju gotowe patenty i tym sposobem nawet facet nie potrafiący ugotować wody na herbatę, upiecze amerykańskie ciasto...;) Indyka można zjeść w Polsce, ale Pumpkin Pie nikt nam w PL nie upiecze. Przynajmniej nie wg. amerykańskiego przepisu. Przyjęcie było na 30 osób. 4 pokolenia Amerykanów od 2letniej wnuczki po 76letnią babcię. Mężczyźni w piwnicy (piwnice tu są zazwyczaj zaadaptowane na miejsce imprezowania, jest tam barek, siłownia, automaty do gier, instrumenty, itp.), a kobiety na górze, bo kobiety zawsze lubią górować;) Powiem tak: Gdyby Amerykanki potrafiły gotować tak dobrze, jak robią to Polki, to Amerykanie już dawno pękliby z przejedzenia, skoro już są tak otyli od tych wszystkich okropności, które fundują im fastfoody i ich kobiety. Indyka zepsuć nie można, ale wszystkie inne dania były... BLEEECH! Tu trzeba się wychować, jeść te ich "przysmaki" od małego, by to wszystko mogło jakoś tam smakować. Do ciasta z dyni podchodziłem jak do jeża - z pewną taką nieśmiałością, powoli, delikatnie, kęs po kęsie - smakuje podobnie do wspomnianej już wcześniej szarlotki (oczywiście przed nadzianiem jej przez Jim'a "ubitą śmietaną";). Smak dyni zabija się cynamonem i dużą ilością cukru, a na wierzch gotowego ciasta daje się bitą śmietanę, więc ciasto da się zjeść. Oczywiście nie mogło zabraknąć także żurawin. Rodzina się spotkała, pogadała, powymieniała uwagi co tam nowego w pracy, co nowego u dzieci i wnuków, kiedy jakie wesela lub nowe dzieci w rodzinie, itp. i impreza się skończyła - nie ma to jak polskie imprezki do białego rana:) Wiem, że może nie była to miarodajna rodzina, ale za to w pełni amerykańska. Thanksgiving ma tę zaletę, że nie jest świętem religijnym, więc nie musimy uważać na to, by nie urazić zaproszonych gości symboliką religijną. Koleżanka mieszkająca w NY ma chłopaka pochodzenia hebrajskiego... No co się szczypać - Żyda i to głęboko wierzącego. Związek o takich sprzecznościach kulturowo - religijnych jest prawdzywym wyzwaniem, a święta to wręcz wyczekiwanie na eksplozję jakiejś nietaktownej bomby. Przy indyku nie ma takich problemów - co najwyżej bitwa o najlepsze części tego kuraka;) Jadąc do Canton, Mi, gdzie tego wieczora świętowałem, ujrzałem na jednym ze skrzyżowań dwie kobiety machające plakatem "Free Thanksgiving Dinner!". Prawie jak w naszą Wigilię dla najbiedniejszych. Kilogram indyka kosztował przed świętami ok. 0,49$ za funt, czyli 3zł za kg, chociaż dało się jego wyrwać i za 1,75zł za kg - kupicie za tyle obowiązkowego wigilijnego karpia...? Myślałem, że Thanksgiving jest upośledzonym komercyjnie świętem. Przypada bowiem 4 tygodnie po Halloween, po którym to "dyniowym święcie" zaczyna się dwumiesięczna wariacja przedbożonarodzeniowa, więc nie za bardzo jest miejsce i czas na Indyka i Turkey'owe szaleństwo. Na indyka może i nie, ale na Czarny Piątek jak najbardziej jest. Jako, że Thanks przypada zawsze w czwarty czwartek listopada, to tuż po owym święcie zaczynają się największe amerykańskie wyprzedaże we wszystkich możliwych sklepach. Sklepy te, nie wiadomo dlaczego zaczynają się wyprzedawać o godzinie 4 rano! Może, by uniknąć rzeszy chętnych do okazyjnych zakupów? NO WAY! Nie uniknął ich żaden sklep, który przeprowadzał czarnopiątkowe wyprzedaże! W Polsce, gdy otwierano Ikeę (i dawano klientom darmowego szampana), albo gdy otwierano ElectroWorld i rzucili kuchenki mikrofalowe po 99zł, to ludzie stali przez dobę, a gdy już wpadli do sklepu, to tratowali wszystko, co stało na ich drodze do szampana lub kuchenek.. Ale w Polce to był jeden sklep. Tu sklepów jest setki, tysiące! Od 1:00 w nocy rozpoczął się taki ruch na wszystkich drogach, jakby to był środek największej piątkowej fali powrotnej z pracy. Ludzie nie tylko pędzili samochodami, ale już po zrobieniu jednych zakupów (zajmowało to przynajmniej 3-4godziny) pędzili do kolejnego sklepu. A Amerykanie zawyczaj nie pędzą, bo to kraj leniwców. Kobiety w Sears dźwigały ciężkie piły, wiertarki, a nawet automaty do otwierania drzwi garaży, bo wszystko było za pół ceny! Dla mężów pod choinkę, dla synów, dla wnuków, dla kochanków - po prostu każdy brał wszystko, co jest za połowę. Stawali w ogonku kolejki nawet nie wiedząc, jaki asortyment sprzedaje sklep, który otworzą dopiero o 5:00 czy 7:00 (m.in. mnie zapytał około 17letni chłopak, co kupi w Ritz Camera - pewnie ziemniaki i cebulę?) A przed BestBuy rozbito wręcz koczownicze miasteczko namiotowe. A wszystko po to, by kupić coś czasem o połowę, czasem o 70%, ale najczęściej o 10-20% taniej (tzn. o 50$ taniej, bo to tutaj jakieś takie minimum psychologiczne). A najśmieszniejsze jest to, że wystarczy wziąć gazetkę reklamową sprzed miesiąca, by znaleźć tam te same rzeczy w równie okazyjnych cenach - bez koczowania, marznięcia na +2stC, marnowania nocy przed sklepem i połowy dnia w kolejce do kas... I tak oto skomercjalizowano ostatnie święto, które myślałem, że nie dało się skomercjalizować... Wiecie już, kto wymyślił wszystkie święta, czy poczekacie z opisem gorączki wyprzedaży bożonarodzeniowej? 2-3godziny przy bożonarodzeniowym stole, 2-3dni w pogoni za wyprzedażami... W sam czarny piątek Amerykanie kupili rzeczy za 10,66 miliarda dolarów. Zasypali polską dziurę budżetową w jedną noc. W 8 godzin. Dzień wcześniej, w czwartek oczywiście był jakiś taki "szary czwartek", w sobotę była swojego typu "gray saturday", w niedzielę będzie szara niedziela, a w poniedziałek będzie CYBER MONDAY czyli wirtualny poniedziałek - wielka wyprzedaż online. W sumie "pęknie" pewnie około 100mld złotych w trzy dni - Kryzys? Jaki kryzys? Tak samo nabrali świat kryzysem, jak teraz nabierają świńską grypą...
1. Połowa dziękczynnej zastawy stołowej. Widzicie jakieś piękne półmiski, patery, okazjonalne naczynia? NIE! Wszystko prosto z blaszek, na papierowe talerze. Indyka dało się jeszcze jakoś przełknąć, ale resztę...! 2. Ciasta już lepsze, ale wszystkie na jedno kopyto;) Kupujesz gotową blaszkę z naniesioną na nią cienką warstwą ciasta, wypełniasz resztę czymkolwiek, wstawiasz do piekarnika i prawie zawsze wychodzi;) 3. Jedzenie thanksgivingowe jest tak kiepskie może dlatego, by można się było wcześniej zerwać z imprezki i wyskoczyć na wyprzedaże? Większość rozpoczyna się już w czwartek czyli w samo ThanksGiving (prócz 3stanów w których jest to dzień święty - z zamkniętymi sklepami), więc może dlatego najlepsze interesy robi się dopiero w czarny (czyli nocny) piątek. Tu widać kolejkę przed sklepem z zabawkami. Ciągnęła się naokoło całego wielkiego sklepu + jeszcze kawałek podwójnie, więc około 400-500 metrów ona liczyła na deszczu przy zaledwie 2stC. Policja stała nie po to, by pilnować porządku, czy by nie było demolki, ale by nikt nikogo nie potrącił. stany 2009-11-29 skomentuj proszę tę notkę. Stany Zjednoczone nie potrafą przegrywać... Do takiego wniosku doszedłem, gdy 7tygodni temu decydował się los miasta - gospodarza XXXI Igrzysk Olimpijskich w 2016roku. Oglądałem na żywo relację z Chicago. Zasady były proste: Do kolejnych etapów przechodziło o jedno miasto mniej, niż do poprzedniego. Zasada tak prosta, jak budowa gwoździa (wybaczcie taką parafrazę polskiego przysłowia, ale w USA nie wiedzą, co to jest cep). Gdy do kolejnego etapu nie przeszło Chicago - wszyscy na chicagowskim placu zamilkli. Przez kolejne 5minut po prostu nie wiedzieli, co się dzieje, jak to możliwe?! Znali zasady, to, że gdy zostaną przeczytane nazwy trzech miast (z czterech finałowych) to to czwarte właśnie wypadło z gry. Madryt, Rio, Tokio... Wszyscy ciągle czekali na Chicago. Nie wiedzieli, czy wyczytują alfabetycznie, czy po wielkości kraju, a może ilości populacji miasta - ale czekali, by usłyszeć słowo - CHICAGO! Oni naprawdę jeszcze wierzyli, że może to pomyłka, może Obama zdąży jeszcze wysłać F-16 i zastraszyć Komitet Olimpijski, albo od razu każe zbombardować Kopenhagę, gdzie właśnie obradował Komitet lub spuści bombę atomową na konkurencyjne miasta. Przez 5minut ludzie stali, i stali, i stali... Bez słów, bez emocji, bez zrozumienia, że to już OVER. W Polsce już kilka sekund po werdykcie leciałyby pierwsze słowa ogólnie uznane za obelżywe pod adresem członków Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. A mieszkańcy Chicago stali i stali... Polak przynajmniej potrafi przegrywać. Od razu drze gębę, że to przez Ministra Sportu, bo łapówkarz. Że to przez Kaczyńskiego, bo języków obcych nie zna i nie lobbował za Warszawą. Że to przez Tuska, bo sepleni i mimo, że lobbował, to nikt go nie rozumiał, itp. Wszystko jasne - przegraliśmy - szukamy winnych. Ale Amerykanie tak nie potrafią. Nie potrafią przyznać się do przegranej, do pomyłki, do winy... Nie potrafili się przyznać, że przegrali wojnę w Wietnamie. Nie potrafią się przyznać, że przegrywają w Iraku. Nie będą potrafili się przyznać, że przegrają wszystkie kolejne wojny, które wywołają, bo życie (szczególnie żołnierza) to nie gra komputerowa, gdzie można wpisać odpowiedni kod i jest się nieśmiertelnym i niezwyciężonym. I po co im Olimpiada? By w razie, gdy amerykański zawodnik lub drużyna przegrywa, zmieniać zasady gry w trakcie jej trwania? Tak zrobili 2 lata temu na zawodach Strong Man w Los Angeles. Tak wtedy policzyli punkty zdobyte przez Pudzianowskiego, że Pudzian pomimo tego, że większość konkurencji wygrał, to przegrał, bo punkty w konkurencjach w których wygrywał Amerykanin policzyli podwójnie. Takie ich liczenie uchwalili tuż po zakończeniu zawodów, gdy okazało się, że jednak Amerykanin nie da rady wygrać uczciwie. Jeszcze coś dodawać odnośnie amerykańskiego Fair Play? Baron Pierre'a de Coubertin pewnie przewracał się w grobie, gdy zgłoszono amerykańskie miasto do wyściugu o Olimpiadę, by łatwiej było profanować zasady uczciwego sportu. Podobnie nie potrafili przyznać się do przegranej w ilości zdobywanych medali na olimpiadach. W USA liczą medale zawsze tak, by Amerykanie mieli ich najwięcej. Chińczycy w Pekinie w 2008 roku po prostu zmiażdżyli resztę świata w ilości medali (zdobyli ich 100 w tym 51złotych!). Przyjmując odpowiednio, że zloty to 3punkty, srebrny - 2, a brązowy - 1, wyprzedzili USA o kilkanaście punktów. W USA oczywiście, jako że zdobyli medali więcej (110, ale tylko 36złotych), policzyli je tak, by było, że zwyciężyli w klasyfikacji medalowej. Gdyby nie mieli ich najwięcej, to policzyliby, że zawodników w koszykarskim Dream Team'ie jest 50sięciu, więc z samej koszykówki mają 50 złotych medali i... znów zwyciężyli! Umiejąc tak "liczyć" punkty, medale, głosy (nawet w wyborach prezydenckich) mieli nadzieję graniczącą z pewnością, że w Kopenhadze głosy będą liczone na korzyść USA... I po prostu nie mogli zrozumieć, że można to zrobić logicznie, a przede wszystkim uczciwie. Idąc torem nieprzyznawania się do porażek, nie potrafią uczciwie powiedzieć, że nie mieli powodu, by napadać na Irak. Że nie znaleźli tam ani grama broni chemicznej, biologicznej, atomowej, ale za to znaleźli setki ton złota, miliardy dolarów w gotówce, no i miliardy baryłek ropy naftowej. Nie wiem, czym zastraszył Obama Kopenhagę, ale tydzień później już nikt nie odważył się wydać w nieodległym Oslo werdyktu "krzywdzącego Amerykę" - Obama otrzymał pokojowego Nobla. Pierwsze, co mi się nasunęło, gdy usłyszałem werdykt Komitetu Noblowskiego, to stary dowcip o Stalinie. Telewizja radziecka kręci film o dobroci Stalina. Jedno z ujęć - Do Stalina podchodzi małe dziecko i mówi: - Wujku, daj cukierka. - Won ty mały s.....u! - Krzyczy Stalin. W tym momencie kamera kieruje obiektyw na planszę z napisem: A mógł zabić! Czy bandyta nie zabijający swojej ofiary, bo akurat w tym dniu "nie pracował" może uchodzić za kogoś, kto uratował tego dnia komuś życie? Czy przez to, że USA nie ma pieniędzy na edukację, na służbę zdrowia, na pomoc milionom bezrobotnych, więc co dopiero na jakieś gwiezdne wojny i że zaniechano budowy tarczy ma być powodem, by kogoś za to nagradzać? Miesiąc po otrzymaniu nagrody Obama wysłał kolejne 10tysięcy żołnerzy na wojnę w Afganistanie - ludzie!, nagrodę pokojową? Tysiące ludzi przez całe swoje życie walczy o demokrację, o pokój, o wolność dla narodów lub jednostek, siedzą latami w więzieniach, a tu ktoś za 10miesięcy prezydentury, która jeszcze niczego pozytywnego światu nie przyniosła dostaje taką nagrodę. Za dobre chęci? Ja chcę wynaleźć lek na raka - proszę w następnym roku o Nobla z medycyny. No i piszę zajebistego bloga o USA - proszę o Nobla z literatury. Rok temu debatowaliśmy na tym blogu, ile jest noblistów z USA... Ilu by ich nie było, wielu jest obamowej jakości i zasług dla świata... stany 2009-11-25 skomentuj proszę tę notkę. Jazda samochodem po USA... Mimo, że Polacy to w ich przekonaniu najlepsi kierowcy na świecie, to właśnie w Stanach, mimo przerażającej ilości samochodów, mimo przemykania pomiędzy kierowcami z prawie 200 państw świata, (którzy w swoich krajach często samochody widzieli tylko na obrazkach) byłem świadkiem tylko jednego skromnego wypadku. Jakimś cudem te pędzące codziennie miliony ton stali (jest tu zarejestrowanych ponad 250milionów samochodów) nie wyrządzają takiego spustoszenia, jakie robią sobie polscy kierowcy. Jak zatem jeździ się po USA? Przede wszystkim... PRZEPISOWO! W Polsce jeśli ktoś ma samochód potrafiący rozpędzić się do 200km/h, i wydał na niego 2x więcej złotówek niż musiałby za to auto zapłacić w USA, to chce pokazać "na co go stać" i co jego cacko potrafi. Oczywiście ktoś, kto ma samochód wyciągający 300km na godzinę chce pokazać, że jest lepszy od tego 200km/godzinnego i jeździ wszędzie gdzie się tylko da z prędkościami zbliżonymi do maksymalnych;) I tak oto młody Zientarski rozbija się Ferrari Modena na dziurawej Puławskiej, a inny młody Yuppie rozbija Mercedesa SLR w samym centrum Warszawy. W USA nie trzeba się o takich kierowców martwić, bo policjanci zastrzelą takiego wariata zanim sam zdąży się rozbić (albo zrobić komuś krzywdę swoją jazdą). W USA (nie licząc Kalifornii, gdzie na autostradach nie ma limitów prędkości, chociaż już się pojawiły, pod rządzami proekologicznego gubernatora Arnolda Schwarzeneggera) skromną Toyotą Camry, którą się poruszam "łykam" Audi R8, Bentleye Continentale GT, Chevlolety Corvette Z6, Lotusy, Porsche GT2, itd. Oni przepisowo jadą 70mil na godzinę, a ja mam odwagę jechać 75. Oni boją się, że za otrzymany mandat następna składka OC wzrośnie im o 100% (plus oczywiście mandat i zapis w rejestrze wykroczeń), a ja się tego nie boję...;) Dlatego wszystko tutaj dzieje się tak jakoś spokojnie. Wariatów na drogach nie widać, a jak ktoś pędzi szybciej niż powinien, to jest to zazwyczaj AfroAmerykanin - jeśli nie sam, to dumnie wieziony przez swoją czarną Squo. Reszta niewyjętych spod prawa jeździ przepisowo. Tu nie musisz co chwilę uciekać na pobocze, bo ktoś wyprzedza na trzeciego czy czwartego. Tu się po prostu nie wyprzedza (w polskim rozumieniu tego manewru, czyli przekraczając oś jezdni i zajmując pas przeznaczony dla jazdy w przeciwnym kierunku). Tu po pierwsze - każdy ma pod nogą te przynajmniej 150KM i automatyczną skrzynię biegów, więc spokojnie, nawet staruszka rozpędzi swoje auto w kilka sekund do tych przepisowych 35-45mil/h (na terenie zabudowanym). No i tu na głównych arteriach masz te 2-3 pasy i zawsze znajdziesz dla siebie taki, na którym będziesz poruszał się dogodną prędkością. Oczywiście na autostradach marnują się zawsze dwa pasy na pasy awaryjne - po lewej i prawej stronie drogi dla każdego kierunku ruchu. A co w ruchu drogowym w Michigan jest najmądrzejsze? To, że pomiędzy dwoma pasami pędzącymi w jedną stronę i dwoma w drugą jest międzypas na który wjeżdżamy, gdy chcemy skręcić w lewo eliminując tym samym lewoskręty wstrzymujące ruch na całym szybkim pasie. Tak samo wyjeżdżamy na ów pas z bocznej uliczki i czekamy na nim, aż droga zrobi się wolna. A gdy interpasu nie ma, to w miejscach gdzie ludzie mogą lewoskręcać robione są po prawej stronie takie wymijaki tych lewoskręcających i dzięki temu przez jeden lewoskręt nie stoi cała ulica. To powoduje, że ruch jest płynny, nie rodzi się drogowa agresja przez ciągłe się zatrzymywanie bez powodu. Po prostu cud, miód i benzynka po 1,81zł za litr:) Mimo, że jakość dróg może w stanie Michigan pozostawiać trochę do życzenia, to infrastruktura drogowa jest genialnie rozwiązana. Wspomniane już wcześniej interpasy, malutkie wylejki asfaltu, by lewoskrętów nie trzeba było mijać poboczem, oznaczenia zjazdów tak czytelne, że nawet bez GPS-u, nawet bez znajomości języka angielskiego nie można się zgubić. Miejsca robót drogowych tak oznakowane i zabezpieczone przez barierki, znaki, światła, by ani drogowcom ani kierowcom nic nie zagroziło. Proste i skuteczne ograniczenie prędkości na odcinkach remontowanych - Gdy widzisz robotników - 45mil/h, gdy nie ma robotników - 70. W Polsce na "autostradzie" stawiają 40km/h, prace remontowe trwają 8godzin dziennie, a przez kolejne 16godzin, policja ma gotowych piratów drogowych jadących po "autostradzie" zabójczą prędkością 60-70km/h. Podobnie ograniczenia prędkości przy szkołach - 25mil na godzinę obowiązuje tylko wtedy, gdy pod znakiem miga światło ostrzegawcze (w godzinach, gdy kończą się lekcje i gdy SchoolBusy albo rodzice wyjeżdżają spod szkół). W Polsce ulubionym zajęciem naszych pożałowania godnych "stróżów drogowego prawa" jest ustawianie się tuż za przyszyszkolnym znakiem ograniczającym prędkość (oczywiście robią to także w wakacje, kiedy to dzieciaków w szkole ani tym bardziej pod szkołą nie ma) i "czesanie" wszystkich po kolei. Znaki symbolowe, a poniżej pisane, gdyby ktoś owego symbolu nie znał. Gdy nie można wyprzedzać napiszą "No Pass", gdy można - napiszą "Pass with care" (czyli wyprzedzaj ostrożnie). Ulice w miastach ułożone pod kątem prostym, nazywane kolejno numerowanymi milami, alejami, przecznicami. Wystarczy zapamiętać kolejność 6mil na zachód i 6mil na wschód od miejsca swojego zamieszkania i dojedzie się wszędzie, gdzie niezbędne - do szkoły, kina, sklepów, centrów handlowych, znajomych. Van Dyke Avenue, Mound Road, Ryan Road, Dequindre Road, John R Road, Rochester Road... I nie musisz mieć mapy, by gdziekolwiek dojechać, bo każdy poda Ci miejsce swojego zamieszkania mniej więcej tak: jedziesz Dequindre, skręcasz w 17milę, jedziesz 3/4mili, skręcasz w prawo w Packard i już jesteś na mojej ulicy. Gdy boisz się szybko jechać, wybierasz taką ulicę albo milę, na której dozwolona jest niższa prędkość maksymalna (np. 40mil/h), lubisz szybszą jazdę - wskakujesz na szybszą ulicę (50mil/h) albo na highway, gdzie można zasuwać te 70mil/h (do autostrady prowadzącej ze wschodu na zachód mam zaledwie 2mile, do autostrady prowadzącej w kierunkach północ - południe mam 7mil, gdy pojadę na wschód, albo 9mil gdy pojadę na zachód - raj dla automobilistów, prawda?). W Polsce, by dojechać do autostrady prowadzącej ze wschodu na zachód muszę pojechać do Czech lub na Słowację, a by dostać się na północ lub południe najlepiej udać się na niemiecką Autobanę;) A Tusk cieszy się, że w Polsce jest obecnie najwięcej rozpoczętych autostrad... Wszyskie normalne państwa mają je już dawno wybudowane, a my dopiero zaczynamy... W USA nie ma kolizyjnych skrzyżowań, nie ma pieszych na ulicach (czytelnicy z NY nie pisać mi, że u Was pieszych jest 5milionów). To właśnie w biednych krajach, gdzie ludzie poruszają się pieszo, rowerami, motorami jest największa śmiertelność w wypadkach drogowych. Kierowcy giną najrzadziej - chyba, że się powieszą w celi za spowodowanie wypadku w którym skasowali 10 pieszych. Co jest jeszcze miłe? Uprzejmość. Tu nie ma polskiej złośliwości. Tych zaciśniętych ust, redukcji biegu, piłowania silnika aż do odcięcia zapłonu, by tylko być chwilę przed kimś, albo by tego kogoś nie wpuścić na nasz pas. Tu ruszenie i zahamowanie nie wymaga takiego wkładu siły i uwagi, jak w Polsce. Tu wciskasz hamulec - stoisz, wciskasz gaz - jedziesz. Benzyna tania, można często hamować. W Polsce każda uprzejmość to noga z gazu, noga na sprzęgło, noga na hamulec, ręka na gałkę zmiany biegów, redukcja, puszczenie sprzęgła, gaz... Więc sorry, czekaj pajacu, bo ja Ciebie na pewno nie wpuszczę. Oczywiście zdarzają się różnego rodzaju zwierzęta drogowe, ale to częściej z powodu zagapienia się, niż ze złośliwości czy zachowań samobójczych. Chociaż bywają i takie przypadki, jaki spotkał mnie chociażby dzisiaj. Jadę za samochodem, którego kierowca jedzie na dwa pedały, czyli, mając skrzynię automatyczną naciska pedały dwoma nogami, jakby jechał na rowerze. Robią tak najczęściej ci, którzy większość życia tak właśnie się poruszali i zostało im to już we krwi i odruchach warunkowych. Tak też było w tym przypadku. Wnerwiające jest to bardzo, a gdy ktoś ma dodatkowo spaloną jedną żarówkę STOP-u, to już zupełnie nie wiadomo, o co chodzi (bo kierunkowskazy w amerykańskich autach są zazwyczaj czerwone). Wyprzedzam, patrzę - Muzułmanka... No właśnie, gdy mąż takiej kobiety da jej auto, ale wytnie jej tak małe szparki na oczy w jej czadorze, że ta nic przez nie nie widzi, może być nieciekawie z jazdą za taką "kierowniczką". Matka, gdy zobaczyła tak właśnie ubraną kobietę wysiadającą z podobnie niepewnie prowadzonego auta, powiedziała jej: Halloween się skończył! Tamta urażona spod swojej burki wyburknęła: Powinnaś dostać w twarz za to co powiedziałaś! Matka zatem nastawiła "twarz", tzn. dwa wielkie półdupki i dodała: Tu możesz mnie pocałować za to co powiedziałam. Dobrze, że kobieta tego dnia nie miała przy sobie bomby, bo już pewnie byłbym półsierotą...;) Albo kolejny przypadek z kolejnego dnia. Tu, gdy nie jest jasno napisane, że DON'T TURN ON RED, to można skręcać na czerwonym w prawo (tzw. nasza "zielona strzałka"), oraz w lewo w ulicę jednokierunkową. Stoję wczoraj w kolejce aut, wszyscy po kolei skręcają na czerwonym, ale jeden nie skręca. Zapalilo się zielone i też nie za bardzo jedzie. "Popchany" klaksonem ruszył jak mucha w smole, a że akurat zmierzał do tego samego sklepu co ja, przyjrzałem się kierowcy - około 80letni człowiek z Zespołem Downa. Czy w Polsce ludzie z taką wadą mogą w ogóle mieć prawo jazdy? Poza tego typy przypadkami tutaj naprawdę wszyscy jeżdżą tak, jakby nigdzie się nie śpieszyli. Oczywiście na autostradzie pędzą te dozwolone 112km/h, w mieście też pędzą tyle co dozwolone, przeskakują skrzyżowania na żółtym, ale nikt się przed nikogo nigdy nie wciska, nie wymusza pierwszeństwa, nie zrobi sobie skrótu przez np. centrum handlowe czy stację benzynową. Wszyscy kierowcy wiedzą, że światła przecinające Mound Road świecą się tylko przez 12sekund. Przejedzie co najwyżej 5-6 samochodów. Mogą przecież ustawić się na dwa pasy, by szybciej przeskoczyć skrzyżowanie - nie! Będą stali na jednym pasie i co najwyżej poczekają na kolejne zielone. To jest właśnie ta ich niesamowita zachowawczość. Gdy przez jedną milę lecą dwa pasy w jedną stronę, a ok. 500m za skrzyżowaniem droga zwęża się do jednego pasa to co wszyscy robią? Już przed światłami stoją karnie na tym jednym pasie, który pozostanie. W Polsce każdy podjechałby pod sam sygnalizator, już na żółtym wyrwał do przodu jak Kubica, by wyprzedzić cały sznurek naiwniaków stojących za sobą. Tutaj prawie nikt tego nie zrobi. Tylko ja i inni europejscy kierowcy. W Polsce oczywiście takiego cwaniaczka próbowałoby się nie wpuścić na swój pas. W USA... nikomu nie przyjdzie do głowy nie zrobić mi miejsca. A jak ktoś złośliwie zmusi nas w takiej sytuacji do przyhamowania, można spokojnie wykrzyczeć: "Ty durny fiucie!" po polsku albo w jakimś innym słowiańskim języku i... złośliwy kierowca na pewno zrozumie;) STOP-y. Tyle znaków STOP, ile jest na samym moim osiedlu nie naliczy się w wielu polskich miasteczkach. Jest ich tu kilkadziesiąt. Każde skrzyżowanie, gdzie mogłoby dojść do kolizji (nawet wyjazd z parkingu) jest ostopowany z tylu stron, ile dróg. Należy się na takim STOP-ie zatrzymać, policzyć do pięciu i dopiero ruszyć. Kolejność ruszania jest taka sama, w jakiej kolejności się zatrzymaliśmy przed swoim znakiem. To wyklucza polską zasadę pierwszeństwa nadjeżdżającego z prawej strony (tzw. zasada prawej dłoni), gdyż wielu ludzi ma po prostu po dwie prawe dłonie - trzn. prawą i "tę drugą prawą" i łupiliby tu w siebie na tych skrzyżowaniach ciągle. Co jeszcze jest dobre w amerykańskim ruchu drogowym? Oznaczenie np. robót drogowych. Gdy jakiś pas jest zamykany, to dowiemy się tego już kilka mil wcześniej. Będzie nam to powtarzane co kilkaset metrów. Będą tablice wyświetlające nam informację: "zmień pas na prawy, bo ten za milę się kończy", będą świecące strzałki widoczne z kilometra, itp. Trzeba po prostu zasnąć, by wpaść tu na jakiś zamknięty pas drogowy. W Polsce niejednokrotnie zamknięte pasy oznajmiane są... barierką w którą jeśli się zagapimy to przywalimy. Tu już kilkaset metrów przed końcem owego pasa żaden kierowca po nim się nie porusza - w Polsce podjedziemy aż pod samą dziurę, wciśniemy się "martwym polem" przed innych, by tylko zaoszczędzić 2 miejsca w korku. Co jeszcze jest dobre w USA? Policja. TAAAAK, Policja! Oczywiście tylko wtedy, gdy nie łamiemy przepisu, a mamy np. problem z autem. Policyjny radiowóz zawsze do nas podjedzie, stanie za naszym autem i włączy sygnały świetlne, by nikt w nas nie uderzył. Będzie stał tak długo, aż naprawimy auto (np. wymienimy przebitą oponę) albo póki nie przyjedzie pomoc drogowa - cudownie, nie? Co w ruchu w USA przeraża? To, że gdy pędzi przed siebie kilka pasów samochodów, gdy wszyscy mają "na zegarach" po 70mil/h (112km/h), to mało kto z nich rozumie kinetykę ruchu 2-3ton stali. Jadą tak blisko siebie, na ostrych łukach mało kto zwalnia, siła odśrodkowa wszystkich wynosi, bo mało kto rozumie siły działające na pojazd. Tak jak ich domy trzymają się na gipsie i kartonach (do pierwszego większego wiatru), tak samo jazda samochodami - jeden nieprzemyślane zachowanie kierowcy i wpada na siebie kilkadziesiąt aut. Ciągle mam to przed oczami, gdy tak pędzę razem z nimi. Auta tutaj to nie jakieś tam małe pudełeczka (Maluchy, Seicento, itp.) jak w Polsce, o krótkich drogach hamowania, a przynajmniej 2tonowe krążowniki, miękko zawieszone Cadillaki, wuelkie SUV-y o wysokich punktach ciężkości, tudzież niespełniające żadnych technicznych wymogów dopuszczenia do ruchu drogowego wraki, które zatrzymać jest trudniej niż rozpędzony pociąg. Tu auto, by miało prawo poruszać się po drogach musi.. mieć tylko aktualne tablice rejestracyjne. Szyba może być posiekana w drobny mak, z auta mogą wystawać ostre krawędzie, spójność auta może być utrzymywana przez taśmę klejącą i... ma prawo poruszać się po drogach Michigan. Na teście z prawa jazdy można zrobić 10 błędów w 40 pytaniach. Na egzaminie praktycznym wystarczy tylko nikogo nie przejechać, nie spowodować wypadku i już się zdało, więc jakim cudem oni się na tych drogach nie zabijają milionami sztuk rocznie? Po prostu boją się policji, odpowiedzialności karnej po spowodowaniu wypadku i 1-800 CALL SAM...;) Najczęściej można tu "przydzwonić" w kogoś, kto za późno dostrzeże swój zjazd z autostrady i przecina kilka pasów, by w ostatniej chwili zjechać. W kogoś, kto przed chwilą kupił sobie kawę w McDonalds i właśnie mu się rozlała na kolana. W kogoś, kto właśnie się maluje przyglądając się sobie w lusterku wstecznym, itp. A także, gdy za szybko i za wcześniej wjedziemy na opisywany wcześniej interpas, i gdy los zechce, że akurat kierowca jadący z naprzeciwka też zechce w tej samej chwili wskoczyć na ów międzypas. A ticket czyli mandat najłatwiej jest dostać w piątkowy wieczór. Wszyscy dostają wówczas czeki z wypłatą, wielu z kierowców pierwsze gdzie jedzie, to zatankować trochę benzyny do auta i trochę promili do siebie i... nic tylko łowić tych DUI (prowadzących po spożyciu). Zginąć w wypadkach można najczęściej w samochodzie prowadzonym przez nastolatków. Mają te 16lat na karku, mają prawo jazdy, mają swoje własne auta, mają młodzieńczą fantazję, ale nie mają rozumu... Chociaż, gdyby dorośli, to jak przystało na Amerykanów - też pewnie by go za wiele nie mieli...;) Wsiada czterech kolegów, którzy przed chwilą obejrzeli w TV wyścigi WRC, zagrali na komputerze w Colin McRae, i zapragnęli przeżyć to na żywo. Znajdują jakiś mało używany przejazd kolejowy na którym ich auto wyskoczy w powietrze tak, jak robi to Subaru Impreza WRC. Rozpędzają się, by lot był długi i... lądują na pierwszym drzewie, a drzwi auta otwiera im już Święty Piotr. To, jak wspaniale się jeździ po Ameryce docenię dopiero wtedy, gdy wyląduję w Polsce i po kilkuset metrach po warszawskich ulicach będę chciał uciekać z powrotem! Gdyby w Warszawie wprowadzić amerykańskie zasady - korki by zniknęły. Ale że cwaniaczek cwaniaczka nie przepuści, nie ustąpi, wciśnie mu się tuż przed nos, zajedzie drogę z lewa, prawa (a gdyby się dało to z góry i z dołu) zablokuje skrzyżowanie na które wjechał "na późnym żółtym" i wstrzyma tym cały ruch poprzeczny - dlatego Warszawa stoi, a wszystkie amerykańskie miasta jadą. Taka niestety jest prawda! Gdy czasami próbuję jechać po Stanach "po polsku", na cwaniaczka-wciskaczka, tak, jak robiłem to w Polsce przez ponad 150tys. przejechanych tam kilometrów, tu nie daję rady urwać ani minutki! Wciskając się w każdą możliwą lukę między autami, objeżdżając korek przez parking centrum handlowego, a czerwone światło przez McDonaldsa, itp. sztuczki, prawie zawsze jestem do tyłu względem aut, które ślamarzyły się w korku! Gdyby w Polsce ludzie nauczyli się cierpliwie czekać, ale mieli pewność, że gdy już jadą, to mogą jechać te dozwolone 45 czy 50mil na godzinę, to wszystko by się odkorkowało. Ale w PL nawet jak możesz się rozpędzić, to boisz się to zrobić, bo co chwilę ktoś bez sensu zmienia pas, zajeżdża drogę, wyskakuje z bocznej ulicy na sam środek jezdni i... efektem domina to, co powinno jechać - stoi, bojąc się, że za chwilę jakiś kamikarze, wciśnie się przed nasz rozpędzony samochód. Taka jest smutna prawda sprawdzona na 150tys. kilometrów po polskich drogach i 10 tysiącach mil w USA. Powyższy opis i zachwyt nad amerykańskim stylem kierowania samochodami nie dotyczy chicagowskich kierowców (szczególnie taksówkarzy). W Chicago przetrwanie na ulicach jest równie trudne co w Polsce w dużych miastach. Wszędzie, gdzie emigranici z dzikich krajów (Polska, Meksyk) stanowią duży odsetek mieszkańców, kultura drogowa schodzi na drugi plan. Oczywiście możecie mi napisać, że w USA ginie co roku około 60tys. uczestników ruchu drogowego. To 10-12x więcej niż w Polsce. Tak... Tylko że w USA jest 17x więcej samochodów, 71x więcej kilometrów autostrad (ponad 65tys. km, w porównaniu do 916km autostrad w Polsce), kilkaset razy więcej dróg krajowych i lokalnych. Tutaj WSZĘDZIE dojeżdża się autem, nawet do osiedlowego "spożywczego"! Każda gospodyni domowa i każdy nastolatek ma swój własny samochód. Za 30dolarów zatankuje go do pełna. W Polsce nastolatek musi pożyczyć auto od rodziców, po składce przeprowadzonej wśród kolegów może zatankować co najwyżej 5litrów benzyny, która wystarczy na kilka powolnych, lanserskich rundek po mieście tatusiowym Seicento, F 126p, czy leciwym Golfem lub Passatem. Gdyby amerykańscy kierowcy mieli polską fantazję drogową, ginęliby w liczbie 1,000,000.00 sztuk rocznie!
1. Dwa pasy w jedną stronę, dwa w drugą. A pomiędzy nimy Interpas na który należy wjechać tuż przed drogą w którą chcemy lewoskręcic. Albo z takiej, podporządkowanej drogi wyjeżdżamy na ów pas, i tam czekamy aż zrobi się miejsce na pasie dla poruszających się w naszym kierunku jazdy. W Polsce taki pas byłby marnotrastwem i kolejnym miejscem do wyprzedzania. Tu jest błogosławieństwem. 2. A to jest jazda po amerykańsku. Na skrzyżowaniu są dwa pasy do jazdy na wprost. 6 aut stoi na pasie lewym (czasami stojących jest ponad 10), tylko 1 auto na pasie prawym, który kończy się dopiero 300 metrów za skrzyżowaniem. Zobaczcie, jak ci z prawego wpasa uprzejmie wpuszczą europejskich cwaniaczków. Zero negatywnych emocji, zero złośliwości, zero blokowania, zero hamowania - czysta płynność. 3. A tak jeździ się po amerykańskich autostradach. Cztery pasy w jedną stronę, wszystko posłusznie porusza się z prędkością 70mil na godzinę (112km/h). No prócz mnie, mającego odwagę dodać sobie te 5-6mil "na zegarach". Po prawej wyprzedzana Corvette. I po co im tutaj takie samochody? A w radio słychać kolędy, mimo, że to topiero początek listopada. 4. A tak wygląda amerykański wypadek. Zablokowane całe ruchliwe skrzyżowanie. 4 radiowozy zabezpieczają miejsce wypadku. W Polsce korek sięgałby pewnie kilometra, a tutaj zamknięte skrzyżowanie objechałem w 50sekund. Można na tym filmie także zobaczyć, jak się legalnie jeździ na czerwonym świetle. A na szybie auta naklejka informująca, że wspieram finansowo policję - legalnymi dotacjami, a nie łapówkami jak w Polsce...;) stany 2009-11-20 skomentuj proszę tę notkę. Zakupy w USA - prawie za darmo... Wspominałem już, że w USA kupuje się tanio? Że rok temu, w wakacje 2008, kiedy to dolar był po 2zł wydawało mi się, że oni tutaj wszystko rozdają za półdarmo? Że korzystając z kuponów rabatowych, zniżek, promocji, wyprzedaży, transakcji wiązanych można kupować rzeczywiście za 10% ceny nominalnej albo nawet dostawać rzeczy ZA DARMO? No więc teraz opiszę, jak takie zakupy wyglądają w praktyce... Kohl's - sklep z ubraniami i innymi niezbędnościami do gospodarstw domowych. Idziemy, kupujemy cokolwiek, by przy kasie pani zapytała nas - czy chcemy otrzymać 5$ zniżki przy następnym zakupie? Oczywiście, że chcemy, więc jedyne, co musimy zrobić, to podać swój adres e-mail. Podałem, jeszcze tego samego dnia dostałem e-mail z kuponem rabatowym. Wydrukowałem go sobie i dzień później pojechałem na zakupy. Wybrałem sobie koszulę i spodenki na 90% wyprzedaży. Warte jeszcze kilka dni wcześniej 84 dolary, ale, że sezon się skończył, kupiłem je za ów wydrukowany kupon + 3,60$ dopłaty. Oczywiście mogłem wybrać sobie cokolwiek za owe 5$ i wtedy zapłaciłbym kuponem - otrzymując to za darmo. Adresów e-mail mam kilkanaście... Jeszcze coś dodawać, czy wiecie już, jak kupować w Kohl's za darmo?;) Konsekwencje owych zakupów - w pierwszym tygodniu 5 reklamowych e-maili od tego sklepu...;) Za taką samą darmoszkę założą nam w Kohl's kartę kredytową (z 1500 dolarowym limitem) do założenia której nie zachęcą nas tak, jak w Polsce co najwyżej dodaniem 100 punktów do naszej "skarbonki" (których to punktów trzeba zebrać kilka tysięcy, by można je było później zamenić np. na breloczek czy zapalniczkę;). W Kohl's za wyrobienie karty dadzą nam kupon na 10dolarów. Wydanie karty nic nas nie kosztuje, prowadzenie rachunku także, a zakupy za jej pomocą dają dodatkowe 15% zniżki... Więc na czym oni zarabiają? Na tym, że spóźnimy się z wpłaceniem pieniędzy za nasze zakupy. Do domu przyjdzie nam rachunek, miesięczny okres do zapłaty, a jak się nie wyrobimy, to oddajemy 22% w stosunku rocznym. A że Amerykanie uwielbiają się spóźniać... Wallgreens, CVS Pharmacy, Rite Aid, itp... Skończyło się halloween, więc pora na cukierki. Już w wieczór Halloweenowy wszystkie słodkości i gadżety halloweenowe były o 50% taniej. Należy odczekać tydzień, by przeceniono je o kolejne 25 % - czyli wyrwiemy je za 1/4 ceny. Gdy ma się "nerwy ze stali" można poczekać jeszcze dłużej, aż nastąpi 90% off - ale nie sądzę, by moje ulubione Snickersy wytrwały do tego czasu... Kupiłem ich ponad 8kg, za cenę... - no właśnie, zgadnijcie, ile wyszło za kg, albo w przeliczeniu na jeden 58gramowy batonik... A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że Snickersy nie mają żadnych halloweenowych znamion (opakowań, kolorów czy dyniowego smaku) - po prostu wyprzedaż to wyprzedaż. Oczywiście normą są transakcje wiązane - kup 10 rzeczy, a za każdą z nich zapłacisz 50centów (nawet jak normalnie kosztuje 2,5dolara). Tak więc wrzucamy do koszyka 5 Chapstick i 5 opakowań cukierków Halls i mamy te 10 rzeczy w sumie za 5dolarów, a nie za 13,90$ czy za 23,90$. Albo ciastka, które osobno kosztują 2,99 za paczkę, ale gdy kupimy 3 opakowania dostaniemy je w sumie za 6dolarów + dodadzą nam za darmo 2 galony (prawie 8 litrów!) mleka - wartego kolejne 4 dolary, by nam się smaczniej te 1,5kg ciasteczek Klebler jadło popijając np. kakao. Myślałem, że tylko ja potrafię robić zdjęcia "good dealowych" zakupów! Ale, o matko!, widzę, że tutaj powstają całe blogi, których jedyną treścią jest tylko i wyłącznie okazjoholictwo! Ludzie kupują, robią zdjęcia, liczą wydatki i oszczędności i tak dzień po dniu! Mają to ułatwione, bo cyfrą, która jest największą czcionką wypisana na każdym paragonie to nie cena do zapłaty, a właśnie nasze OSZCZĘDNOŚCI dzięki karcie rabatowej ich sklepu. Nasze zyski są sumowane i po kilkudziesięciu zakupach mamy zaoszczędzone setki dolarów - to oczywiście później wykorzystywane jest w reklamach TV - jak to doskonale oszczędza się będąc stałym klientem WallMart, Kroger, itp. W BestBuy do zakupionego laptopa Toshiba dodadzą nam 32 calowy TV LCD tej samej marki, a w innym sklepie ABC Warehouse do zakupionego łóżka dodadzą nam 50 calowy TV, by było co oglądać z naszego KingSizowego materaca. Oczywiście, owe dodatki są zapewne wkalkulowane w cenę owego pierwotnego zakupu, ale myślę, że całkiem dobry laptop Toshiba + 32 calowy TV Toshiba za 650$ to jednak dobra cena. Możemy kupować awaryjne ładowarki Nokia przecenione z 19,99$ na 1,99 dolara (w których są baterie warte ponad 4dolary), etc. Rok temu, za przyprowadzenie do banku klienta, którego namówimy do otworzenia konta (oczywiście prowadzonego za darmo) bank dawał nam, jako polecającemu 25dolarów w prezencie, oraz nowemu klientowi tyle samo na start (mój bank dawał kartę upominkową do sklepów Target o takiej właśnie wartości). A Chase bank ofiarowywał nawet 100$! Wystarczyło być tylko pracownikiem np. domu spokojnej starości, wziąć kilkunastu swoich podopiecznych na wycieczkę do banków, otworzyć im konta we wszystkich możliwych bankach tak wynagradzających fererentów i... zgarnąć po kilkaset $ od siwego, seniorskiego łebka;) I Wy się dziwicie, że tutaj banki poupadały? To wszystko są legalne metody. Włączając "szperacz" Polaczka - cwaniaczka, można tutaj dorobić się na samych zakupach. Kupować w promocji "kup jeden - weź drugi gratis", i oddawać z powrotem tuż po zakończeniu promocji obydwa przedmioty albo sam gratis, bez paragonu. Oczywiście, że nam przyjmą i co najwyżej nie oddadzą gotówki, a przeleją kasę na kartę podarunkową. Kupimy coś za pieniądze z tej karty i wtedy już oddamy rzecz legalnie z paragonem - otrzymamy zwrot pieniędzy. Oczywiście połowę tej rzeczy (np. kosmetyku) możemy zużyć i... oddać z uwagą, że jesteśmy na niego uczuleni. Albo już zupełne przegięcie, które jednak często ma miejsce - Kupujemy najtańszą latarkę Inova za kilka dolarów. Flagowy model tej firmy kosztuje ponad 50$. Co robimy? Skanujemy kod kreskowy z tej naszej taniej latarki, drukujemy na samoprzylepnej naklejce. Idziemy do sklepu, naklejamy kod taniej latareczki w miejsce kodu wypasionej latarki Inova X03 5.8 Watt LED wartej 55$ - myślicie, że ktokolwiek w kasie zauważy różnicę? NIE! Oczywiście, że możemy oddać latarkę następnego dnia - bez paragonu, Target da nam kartę upominkową na sumę 55 dolarów... Dwie latarki dziennie i nie trzeba pracować. Nikt w USA nie otworzy nam pudełka, by sprawdzić czy w środku jest to, co powinno. Kupujemy czajnik za 9,99$ a do czajnika wkładamy kamerę cyfrową za 999$. I ja się dziwię, że upadło tutaj tyle fajnych sklepów - z Circuit City na czele... Rzeczy możemy reklamować, oddawać zużyte tuż przed końcem gwarancji i dostawać nowe. Kupować open-boxy albo refurbish (nowiutkie kompletne sprzęty z otwartych opakowań, gdy np. komuś nie spodobał się prezent i oddał do sklepu, albo rzeczy odświeżane przez producentów), wysyłać je do Polski wystawione na e-bay albo allegro jako nowe - mało kto się zorientuje. Nawet dziś, kupując czekoladowego shake'a w McDonalds i zorientowawszy się, że pracownik za późno włączył czekoladowy dodatek mogłem zapytać - Myślisz, że jest dostatecznie czekoladowy? - bez żadnego zająknięcia dostałbym drugi Shake. Ale 2litry Shake'a to nawet ja bym nie przyjął;) Tu naprawdę ludzie chodzą z kuponami i kupują to, czego nigdy by nie kupili! A robią to tylko dlatego, że mają 1 dolara off na owym produkcie. Albo kup jeden, drugi weź gratis. Matka ciągle namawia mnie, bym sobie kupił te dwa garnitury (tzn. jeden, bym drugi dostał gratis) mimo, że ja nawet w jednym nie chodzę;) Tak to tutaj działa, powodując, że Amerykanie konsumują 4x więcej dóbr, niż reszta świata. Może w Polsce też kiedyś na to wpadną? Że nic tak nie przyciągnie klienta do sklepu, jak kawałek papieru z gazety, który daje im prawo kupić coś o dolara taniej, o 10% taniej, albo dostać drugą rzecz za darmo (nawet jak za pierwszą zapłacą 200%). W Polsce przyciągną nas do sklepu bananami za 2,99, a gdy już zjawimy się w Tesco czy Carrefour, to banany już są oczywiście wykupione i znów zrobiono z nas głupie małpy;) Tu jeśli na coś jest na tyle dobra cena, że zostanie to wykupione, dostaniemy Rain Check, który upoważnia nas do kupienia tego w tej niskiej cenie w dowolnym terminie, gdy tylko znów się to znajdzie na półkach. Nie dotyczy to rzeczy, które są wyraźnie oznaczone - NO RAINCHECK. I tak to w USA wygląda. Gdyby w sklepach była polska podejrzliwość, to kolejki przy kasach byłyby kilometrowe, skoro pani w PL musi otworzyć każde pudełko, by sprawdzić, czy zamiast żarówki za 0,99 nie ma żarówki za 1,29zł. O zwrotach czegokolwiek w Polsce już chyba nie mam co wspominać? Biedronki, Carrefour, E.Leclerc, Kauflandy, Tesco, i inne takie. Zobaczcie, jak to się robi w USA i sami się nauczcie. Zamiast tony makulatury w skrzynkach pocztowych, z której każdy ewentualny klient wie, że nawet jak znajdzie coś ciekawego w promocji, to musi pojawić się w sklepie tuż po jego otwarciu, bo chwilę później wszystko zostanie już wykupione - wysyłajcie malutkie kartoniki na których wydrukujecie monetkę 2 czy 5złotową. Ludzie będą walić drzwiami i oknami, by sobie za te 2złote coś kupić. Oczywiście wiem, że zaraz dodacie zapis, że te 2zł należą się, gdy klient wyda 10zł czy 20zł... Ale Wy oczywiście wolicie w swojej najlepszej promocji dodać trzecią butelkę Coli do dwóch zakupionych, bo Coli przy wigilijnym stole nigdy dosyć!;) ![]() 1. Kupon rabatowy z Kohl's. 5dolarów rabatu na następny zakup. Szukamy czegoś za 4dolary i.. dolara nam jeszcze oddadzą;) A kupon dostajemy gratis za podanie im naszego adresu e-mail. 2. Moje ulubione snickersy na mojej podłodze kupione na poHalloweenowej wyprzedaży - 75%. 7,5kg chrupiących pyszności dających 35tys. pustych kalorii;) 3. Open Box, czyli rzecz, raz już sprzedana, która nie spodobała się jej właścicielowi i zwrócił ją do sklepu. Cena nominalna 1400$, cena promocyjna, 1050$, cena otwartopudełkowa 999$- to jak widać MacBook Aero - gadżet warty w Polsce około 5tys. PLN. 4. Skoro jedna energooszczędna żarówka kosztuje 59 centów, to czy ktokolwiek będzie podmieniał niefirmową żarówkę na firmową Osram lub Philips - tak, jak to się dzieje w Polsce, gdzie takie spiralne firmowe żarówki kosztują po 20zł? NIE! 5. Dwa dalmierze Stanley warte w Polsce 162zł każdy (czyli 114$ za dwa), w USA kupiłem za 6,26$ za dwie szt! Jak? Otwieramy konto w banku, dostajemy za jego otwarcie (albo za przyprowadzenie kolejnego klienta) kartę prezentową o wartości 25, 50 czy nawet 100$ i nią właśnie płacimy za takie piękne mierniki:) Prowadzenie rachunku gratis, używanie karty gratis - więc na czym zarabia bank? Na tym, że kiedyś się zagapimy, wejdziemy na minus i dowalą nam 35dolarów kary za każdą transakcję, którą wykonamy pożyczonymi przez nich pieniędzmi. Kawa 99centów + 35 dolarów kary, za wejście w debet zafunduje nam najdroższą kawę w życiu;) Obama już się tym zajął i bank ma od razu informować nas o debecie, a nie po miesiącu, gdy wykonamy kilkanaście płatności, za które później musimy zapłacić kilkaset $! stany 2009-11-10 skomentuj proszę tę notkę. Zaduszki po amerykańsku - czyli Halloween. Już na początku września, czyli dwa miesiące przed owym dniem, w sklepach można było kupić wszystko, co niezbędne na to jednodniowe "święto". A nawet nie tyle jednodniowe, co jednowieczorowe, a dokładniej 2-3godzinne. "Celebra" tego "święta" polega na bieganiu poprzebieranych za śmierć, kościotrupy, dynie, pszczółki, rusałki, itp. dzieci po osiedlu z "Trick or treat (Psikus albo poczęstunek)" na ustach. Psikus dla niechcących się wykupić od owego psikusa to najczęściej rozbicie jajka o drzwi domu, albo wymazanie okna mąką, ale tak naprawdę tricków nikt nikomu nie robi, bo tyle domów czeka jeszcze do odwiedzenia, że po prostu nie ma na to czasu:) Ani też jajek nikt ze sobą nie zabiera, bo chodzi się tylko od domu do domu tych, którzy tego sobie życzą - zapalając przed domem światło i mających jakieś halloweenowe symbole przed domem. W czarnych okolicach Detroit za nie wykupienie się od tricku grozi spalenie domu, nie tyle przez dzieciaki, co przez nudzące się gangi. Poczęstunek to zazwyczaj cukierki, chipsy i inne takie kaloryczne rzeczy, by te małe rozwrzeszczane "dynie" obrastały w tkankę tłuszczową. Czy brak zadumy w polskim rozumieniu sensu tech świąt to coś złego? Nie wiem. W USA nie ma takiego epatowania z każdej możliwej okazji smutkiem, żalem, bólem, jak w Polsce. Nie ma co chwilę żałoby narodowej (a przecież ich obywatele giną to masowo w Iraku, to od jakieś katastrofy). W Polsce, gdyby spotkał nas zamach na miarę 9/11, to mielibyśmy miesięczną żałobę narodową oraz rok później uchwalonoby w ten dzień jakieś święto. Tu życie płynie dalej, po 8 latach od zamachów w wiadomościach jest tylko wzmianka, że to już 8lat, a w Polsce roztrząsamy każdą tragedię. Tu żyje się średnio kilka lat dłużej niż w Polsce dlatego właśnie, że nie wprowadza się sztucznego stresu, przygnębienia, eschatologii. Powracając do sklepów w USA. Już od września wszystko było pumpkinowo - czarne. Szkieletorowo - dyniowe. Począwszy od cukierków pakowanych w pomarańczowo - czarne opakowania, przez dynie stojące przed sklepami, dynie i kostiumy halloweenowe wyskakujące z każdej gazetki reklamowej marketów i z TV. Wiele sklepów otwartych jest specjalnie na tę okazję. Po to tyle wielkich sklepów w Stanach zbankrutowało, by powierzchnia do wynajęcia była tania, więc opłaca się wynająć ją na dosłownie 2miesiące, urządzić ją specjalnie pod owo halooweenowe święto i zarabiać, zarabiać, ZARABIAĆ! Tu widać pełen komercjalizm wszystkich świąt. Tu choinki i wszystko na Boże narodzenie można kupić już we wrześniu! A te sklepy halloweenowe (USA Halloween, Spirit Halloween, itp.) to nie jest jakiś mały sklepik czy stoisko, a sklepy wielkości naszych marketów!
![]() 1. Spirit Halloween to jeden z tych sklepów, które powstały specjalnie na okazję Halloween. Są jeszcze Halloween USA, Halloween Bazaar, itp. Kliknij w zdjęcie i oglądając kolejne fotki zobacz przerażający asortyment. 2. Film nagrany ukrytą kamerą w Spirit Halloween:) Dozwolony od 18lat;) 3. W Polsce możemy co najwyżej dostać w ciemnej ulicy od łobuza "z dyńki". W USA nie ma nic za darmo i dynię musimy sami sobie kupić. Te największe ważą grubo ponad 100kg. No i już jestem po swoich pierwszych Halloweenowych doświadczeniach made in USA. Wrażenia... mieszane. Co może się w amerykańskim Halloween podobać? To, gdy takie 2-3letnie maluchy przebrane za cokolwiek, czasami tak malutkie, że nie mogą wspiąć się po schodkach domu, w którym za chwilę chcą wyseplenić "tryk or tryd" cieszą się z okupu otrzymanego za nie zrobienie tricka, którego i tak nie potrafiłyby zrobić. Chodniki przed domami, które zawsze są puste, po których nikt nigdy nie chodzi, bo wszędzie jeździ się samochodami nagle zapełniają się ludźmi. Dzieci biegają od domu do domu, a rodzice z chodników lub z powoli jadących ulicą samochodów pilnują, by im się nic nie stało. A te najmniejsze podwożone są pod sam dom na wózeczkach i rodzice w ich imieniu mówią halooweenową regułkę - Trick or treat, a po otrzymaniu okupu - "Happy Halloween!". Oczywiście każdemu należy powiedzieć, że bardzo nas wystraszył swoim przebraniem. Ciekawe, czy nawet wtedy, gdy ten ktoś przebrany nie jest w ogóle?;) Co jeszcze się może podobać w tym dniu? To, że gdy ludzie po 2godzinach otwierania drzwi co minutę kolejnej grupie trickerów mają już dość i zostawiają przed domem w wielkiej misce cukierki, to większość trickerów weźmie sobie tylko po jednej czekoladce. Mogliby wiele, bo nikt nie pilnuje, nikt nie widzi, ile biorą, ale biorą tylko po jednym... Oczywiście gdzieś zaczyna się granica, gdy dziecko nie jest już dzieckiem i powinno wiedzieć, że z Halloweenu już chyba wyrosło. Oczywiście można jako dorosły udać się przebranym na Halloween Party, no ale nie nachodzić w takich strojach domów. Szła pewna grupa przebierańców, o których nie wiedziałem, czy idą straszyć czy może rabować domy? Czy wszystkie nałożone na twarze maski to są naprawdę maski, czy może któryś z nich tak właśnie potwornie wygląda. Nieprzyjemne jest otwierać drzwi trickerowi, który ma 2metry wzrostu i nie wiadomo, kto kryje się pod maską. Co jeszcze może się nie podobać? To, że niektórzy trickerzy są wręcz komercyjnie przywożeni z Detroit do oddalonych nawet o 20-30km miast. Jako, że w Detroit niebezpiecznie jest Halloweenować (zdarzało się, że ludzie(?) dawali dzieciom zatrute cukierki, czekoladki z gwoździami w środku, itp.), ale może i nie tylko z tego powodu wielu ciemnoskórych mieszkańców Detroit pakuje swoje dzieci do Vana i wiozą całe tabuny do bogatszych miasteczek wokół Detroit. Dzieci sąsiadów przyjdą do nas ok. 19:00, tuż po zachodzie słońca. Dzieci z Detroit przyjdą do nas o wiele, wiele później. Często wtedy, gdy inne dzieci chodzić by się już bały. Póki przychodzą raz - OK, niech mają. Ale potrafią przyjść kilka razy, przebrane za siebie samych, z ordynarną reklamówką na fanty z logiem WallMart, zamiast okazjonalnego woreczka z dynią, by było wiadomo, że to nie jest rabunek. Bilans owego święta w moim przekonaniu wyszedł dzięki tym wszystkim dzieciakom na plus. Rozsądek rodziców na WIELKI minus. Dlaczego? W Halloween w Michigan było ok. 7stopni Celsjusza i wiał przenikliwy wiatr. Ubrany w bluzę i polar marzłem jak cholera zastanawiając się, jak bardzo odchorują to jutro te wszystkie dzieci poprzebierane za rusałki, pszczółki, itp. a w ferworze zabawy nawet nie czujące, jak jest im zimno, jak im sople z nosów zwisają... Dzieci mogły nie czuć, ale rodzice powinni byli wiedzieć, że jutro to się skończy przeziębieniem. Nie chodzi oczywiście o te zebrane cukierki, bo te w sklepie kosztują 2-3 dolary. Chodzi o tradycję oraz zabawę dla dzieci. Dziecko sąsiadów przyszło ze swoich łowów halloweenowych, usiadło przed swoim domem i rozdawało otrzymane słodycze dzieciom, które odwiedzały jej dom. Wiele z tych cukierków charytatywnie zasili banki żywności, Armię Zbawienia, albo zostanie odsprzedane za 1$ za funt Stowarzyszeniu Dentystów, którzy biją na alarm, że przez halloweenowe słodkości przybędzie setki tysięcy nowych dziur w dziecięcych zębach. Cukierki te powędrują później do żołnierzy w Iraku, by dziury pojawiły się w zębach młodych Saddamów... Tak więc, tak jak grypa to wymysł lobby farmaceutycznego, tak halloween to wymysł przemysłu cukierniczego:) A także ozdobotwórczego, bo tutaj domy na halloween wystrojone są nieraz tak, jak na Boże Narodzenie. Kupę zachodu, pieniędzy na kilka chwil przyjemności dla dzieci. I pierwsze, co się rzuca po wejściu 1szego listopada do sklepów... Grają już kolędy... I wszędzie już wiszą bożonarodzeniowe ozdoby. A gdzie miejsce na Święto Dziękczynienia (Thanksgiving Day przypadający zawsze w czwarty czwartek listopada) i tego osławionego indyka? NIE MA! Indyk nie jest komercyjny. 1. 50 paczek chipsów, 160batoników i jeszcze trochę innych słodkości - tak trzeba się przygotować do wykupywania się od halloweenowych psikusów. 2. To dzięki takim maluchom to "święto" jeszcze można jakoś sympatycznie przeżyć i polubić. Inaczej byłaby to komercja w najczystrzej postaci. 3. Detroit jest na tyle niebezpieczne do Halloweenowania, że rodzice często wywożą dzieci do sąsiednich miast, by tam mogły spokojnie i bezpiecznie przejść się po domach z "Trick or treat" na ustach. stany 2009-11-02 skomentuj proszę tę notkę. Świńska grypa - medyczny "wałek" stulecia - zapewne nie ostatni... Wystarczy pójść do dowolnego marketu w USA (np. najbliższego mi Kroger), stanąć w kolejce do kasy i... zrozumieć, o co chodzi z tą całą Swine Flu. Pani w kasie może nam zamiast wydania reszty psiknąć do nosa szczepionką FluMist, albo za 24,99zł wcisnąć nam w przedramię albo prosto w pośladek strzykawkę (Flu Shot) i już jesteśmy zaszczepieni na ptasią, świńską czy jelenią grypę. Ja oczywiście nastawiłbym do tego szczepienia dupę, by mnie w nią pocałowano! Za dobrze czuję swoim jeszcze niezakatarzonym nosem, że to jest jeden, WIELKI "wał" koncernów farmaceutycznych na ogłupionym go granic możliwości gatunku zwanym kiedyś homo sapiens! Grypa była zawsze. Ludzie zawsze na nią chorowali, a mięczaki czy roznosiciele innych chorób (m.in. AIDS) umierali przez komplikacje pogrypowe. Śmiertelne komplikacje mogą być też przy wyrwaniu zęba, wszczepieniu sztucznych cycek czy zjedzeniu orzeszków przez ludzi na nie uczulonych. Grypa ta, niby to naukowo czy medycznie nazywana dla większego efektu psychologicznego grypą typu A podtypu H1N1, H1N2, H3N1, H3N2, czy H2N3 nie jest wcale bardziej zaraźliwa czy zabójcza niż inne grypy, na które ludzkość choruje od dziesiątek czy setek lat! W Chinach odnotowano 3,700 przypadków owej grypy i... zmarła tylko jedna osoba. Umierają ludzie w Filipinach, Tajlandii, krajach trzeciego świata, bo tam umiera się z głodu, brudu i na AIDS. W czasie, gdy będziemy czekać na kolejną śmiertelną ofiarę świńskiej grypy pochodzącą ze świata zachodniego, kilkaset tysięcy ludzi umrze na raka (6tysięcy dziennie umiera na samego raka płuc), kilkadziesiąt tysięcy zejdzie z tego świata na zawał serca. Kilka tysięcy ludzi zginie w wypadkach drogowych (w samej Polsce około 17 osób dziennie) czy w wyniku błędów lekarskich (w samych USA 300 osób każdego dnia). Więc o co tu chodzi z tą świńską grypą, na którą zmarło wg. szacunków WHO zaledwie od 1,5 do 5tys. ludzi? O kilkadziesiąt miliardów dolarów, które koncerny farmaceutyczne chciały zarobić na tych szczepionkach. Najpierw nastraszyć całą kulę ziemską tym, że "albo szczepionka, albo śmierć w wielkich męczarniach". Później wcisnąć te szczepionki rządom nastraszonych państw i zmusić owe państwa, by je wcisnęły w ramiona lub pośladki swoich obywateli. Belgia dopiero niedawno wycofała się z projektu przymusowych szczepień! W USA też miały miejsce kolosalne naciski na to, by szczepiania były obowiązkowe. Anglia i Francja, jako że chyba rozgryzły ów spisek, i poczuły, że dały się nabić w ampułkową butelkę już ogłaszają na wolnym międzynarodowym rynku, że odsprzedadzą swoje do niczego potrzebne szczepionki. I tyle! Gdy widzę w amerykańskich mediach kampanię informacyjną o Swine Flu, to od razu widzę także te pazerne ręce Sinovac Biotech, Hualan Biological Engineering, Baxtera i innych firm, które produkują szczepionki. Między innymi dziś (27.09.2009 w talk-show Jimmy Kimmel Live! na ABC TV, prowadzący dał się zaszczepić w programie na żywo, pokazując, jakie to łatwe, proste i prawie przyjemne, i że każdy sam może to sobie zrobić w domu). Baa... wszystko teraz jest antyFlu. W sklepach dostaniemy za darmo chusteczki antybakteryjne do wycierania sobie dłoni, twarzy, wszędzie (w sklepach, urzędach, szkołach) stoją sanitizatory (specjalne płyny bakteriobójcze, które należy wcierać w dłonie najlepiej ciągle). W każdym sklepie możemy dostać szczepionkę, nawet w One Dollarowym za 1$ możemy sobie coś kupić na grypę - pewnie plaster z żeń szenia prosto z Chińskiej Republiki Ludowej. Jedna firma przeczyści nam klimatyzację, by wygonić z niej grypę, a inna zamontuje do naszej klimy specjalny filtr mikrocząsteczkowy, który nie pozwoli grypie hasać po mieszkaniu. Tylko skąd ona ma się tam wziąć - prosto z gorącego kotła grzewczego klimatyzacji? LUDZIE, nie dajcie się zwariować! Umrzecie prędzej na raka, na zawał serca, przez Waszą otyłości, czy w wyniku zanieczyszczenia środowiska, albo zastrzeleni przez bandytę, niż na Flu! Oczywiście już nawet nie chcę pisać, co za komplikacje może powodować samo szczepienie (szczepionkami konserwowanymi rtęcią). W szczepionkach są też inne toksyny, bo szczepionki zazwyczaj są robione zgodnie z zasadą "co nie zabije, to wzmocni"... I zgodnie z drugą zasadą, że gdy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o PIENIĄDZE! Miliardy dolarów. Nie zdążycie się zaszczepić w tym roku, nie bójcie się za 3-4lata wymyślą kolejne "śmiertelne zagrożenie" - może wtedy dacie radę!:) Minister Zdrowia czy Donaldu Tusku chwali szczepionki i każe się szczepić? Cwany, oni dostaną zupełnie inne szczepionki, niż Wy! Robione chwilę przed wszczepieniem, więc bez rtęci i innych śmieci. I najbardziej wymowna scena związana z grypą, jaką tutaj w TV ujrzałem. Przed jednym z punktów szczepień, gdzie chętnych do zaszczepienia się było kilka tysięcy, a kolejka chętnych na wkłucie igły ze szczepionką sięgała horyzontu (trzeba było czekać ok. 8 godzin na swoją kolej), co pewien czas z wysokiego piętra budynku w którym to się działo wychodziła na balkon kobieta z megafonem i ogłaszała: "Nie bójcie się, dla wszystkich wystarczy! Nie pchajcie się, wszyscy dostaniecie szczepionkę. Nie panikujcie...". Przypomina Wam to coś? Bo mi słowa egipskich kapłanów przemawiających ze szczytu świątyni do robotników - Nie lękajcie się, jeśli będzie bez słowa sprzeciwu zapieprzać od świtu do nocy za miskę ryżu budując Faraonowi piramidę, to Cheos wspaniałomyślnie nie ześle na was plag egipskich...".
1. Na Swine Flu, Pig Flu czy Hog Flu możemy się zaszczepić wszędzie. W osiedlowym markecie Kroger pani za 25dolarów wbije nam w ramię Flu Shota. 2. Nawet w jednodolarowym sklepie (gdzie wszystko jest za dolara) kupimy coś na Flu - jaka cena taki "lek" - w tym przypadku jakieś antygrypowe "prochy":) 3. W aptece przy ósmej mili zamiast sprzedawać kamizelki kuloodporne i środki do opatrywania ran po postrzałach, oferują... tak, zgadliście - szczepienia na świnską grypę za 24,99$! x 305milionów obywateli w samych tylko USA = ponad 7,5 miliarda dolarów! Bo o to tu właśnie chodzi - o pieniądze! W Polsce też tak panikują z tą grypą? Powiedzcie mi, co sami o tym sądzicie? 4. Film robiący w USA furrorę wśród szczepionkowej opozycji. Po 10 dniach od Flu-Shot całkiem fajna dziewczyna się trochę popsuła... Dystonia (mimowolne skórcze mięśni) możliwa w jednym na milion przypadków szczepień. Setki innych schorzeń odpowiednio częściej. Tutaj nawet matki w ostatnim miesiącu ciąży dają sobie wbijać truciznę prawie że prosto w brzuch - więc niech pani Pochanke nie pyta w Faktach TVN, czy Amerykanie to szaleńcy, że dają się szczepić - nie to nie szaleńcy, to DEBILE. W Niemczech ponad połowa pracowników służby zdrowia (czyli osób stojących na pierwszej linii walki z grypą) nie dała się zaszczepić. W Polsce 94% medyków nie dała się zatruć... Jeszcze jakieś pytania? stany 2009-10-28 skomentuj proszę tę notkę. Za co można pokochać USA? Pierwsze, za co mogłem powiedzieć, że można szczerze pokochać za coś Amerykę to... Mała Liga Baseballa tudzież Mała Liga Futbolu Amerykańskiego. Gdy widzisz te wielkie boiska dla tych małych dzieciaków. Gdy widzisz w jednym miejscu wiele takich boisk do baseballa, kilka do futbolu amerykańskiego, to śmiech zaczyna ogarniać, gdy przypomni się te nasze polskie Orliki – które jednak zrobiły na mnie pozytywne wrażenie. Oczywiście są także cztery pełnowymiarowe boiska do piłki nożnej w europejskim tego słowa znaczeniu. Po jednym boisku, a przynajmniej po jednej bramce dla każdego chcącego zagrać w „nogę”... Ale czy za to można pokochać USA, że mają tyle przestrzeni i tak ją „trwonią” na boiska? NIE! Gdy widzi się 4-5latków ubranych w jednakowe stroje sportowe swojej drużyny, wypinających te swoje mikroskopijne tyłki, gdy przygotowują się do kolejnego zagrania... Gdy widzi się, że piłka jest niewiele mniejsza od najdrobniejszego gracza, a oni za nią ganiają z takim zaangażowaniem jakby od tego miało zależeć zwyciężenie pucharu ligi NFL... Gdy widzimy 3-4letnie cheerleaderki dopingujące swoich zawodników, ale i pozdrawiające po swoim występie pomponiary dopingujące przeciwników... Gdy widzimy marznących na trybunach rodziców, całe rodziny, przyjaciół graczy, którzy dzielnie dopingują swoich małych bohaterów... Gdy widzimy samochody tych rodzin, całe wymazane w różne dopingujące hasła, imiona, nazwę swojego zespołu. Gdy widzimy, że tych aut jest więcej, niż w Polsce jest ich pod marketami w sobotnie popołudnia, to... to zrobiło na mnie jedno z najpozytywniejszych wrażeń jakie do tej pory w USA miałem. Czysta Ameryka, bez tego wszystkiego, co w niej takie złe. Bez slumsów i dzielnic dla milionerów. Bez miejsc gdzieś tam z tyłu na trybunach za kilka dolarów i miejsc dla VIP-ów w pierwszych rzędach za setki czy tysiące USD. Bez różnic klasowych, rasowych. Wszyscy w jednakowych ubraniach, wszyscy z podobnymi szansami. Może i są tam jakieś małe tragedie, niezdobyte punkty, ale to jest jeszcze takie pierwotne. Żadne sterydy, anaboliki, itp. Żadne tam wyrachowane: GO America, GO, GO, GO! Żadne: America is the best! America zawsze ma rację! America może wszystko! Mali Amerykanie z których Stany Zjednoczone naprawdę mogą być dumne. Nie z broni atomowej, która może zniszczyć całą planetę kilkudziesięciokrotnie. Nie z lotniskowców, który każdy wart jest więcej (pieniężnie i militarnie) niż całe polskie wojsko. Nie z Nowego Yorku, nie z Las Vegas, nie z Niagary ani Wielkiego Kanionu, a z tych maluchów. Dzieci jednak mają w sobie coś magicznego, tylko zbyt szybko rosną i stają się wrednymi dorosłymi ze wszystkimi ich wadami... Jak znajdę kolejne aspekty za które można pokochać USA, to na pewno Wam tutaj o tym napiszę. 1. Medalistów olimpijskich trzeba wychować już od małego, by zrozumieli prawdziwe idee sportu. A nie tylko szprycować nastolatków, którzy nie radzą sobie w szkole z nauką, wizjami wielkiej sportowej kariery i sterydami. 2. Krótki film pokazujący, jak wygląda mini liga footbolu amerykańskiego. Oraz to, ile tam mają miejsca na te wszystkie sporty. 10 boisk w jednym miejscu (w tym cztery pełnowymiarowe do piłki nożnej). 3. Zmarznięci rodzice - najwierniejsi kibice:) stany 2009-10-26 03:11:24 skomentuj (66) Wróciłem do USA i wróciłem do bloga. Większość jego treści została napisana w wakacje 2008. Chciałem zamieszczać wszystko sukcesywnie, ale wstrzymałem się na ponad rok z zamieszczaniem czegokolwiek... Dlatego właśnie teraz zamieszczę wszystko, co wówczas powstało, by móc ponownie ruszyć z nowościami. Tak więc: Do biegu... Gotowi... START!
Z ostatniej chwili (25 września)
Spotkałem się dzisiaj ze znajomym Amerykaninem służącym w Navy. Pracuje w Pentagonie, nie mogę zdradzić na jakim stanowisku służy siłom zbrojnym USA, ale za to możecie przekazać panu Lechowi Kaczyńskiemu, że za dwa tygodnie przyjedzie do Polski szef tego mojego nowego kolegi i zaproponuje Polsce jakieś takie "chusteczki" na otarcie naszych krokodylich łez po zabraniu nam obiecanej zabawki w postaci "tarczy antyrakietowej". Ja wiem to już dzisiaj. Gdybym bardziej się dopytywał co za nowe zabawki ma dla Polski dobry wujek Obama, to wiedziałbym o wiele więcej niż dowie się Prezydent RP na początku października. Patrzcie na datę umieszczenia tej notki (25 września) oraz czekajcie na to, kto za 2tygodnie przyjedzie do Rzeczpospolitej i co biednemu Kaczyńskiemu obieca. Może ogłosi, że na cześć swojego wielkiego przyjaciela z Polski sezon polowań na kaczki zacznie się w tym roku w USA dwa miesiące później niż zawsze... A może w ogóle zostanie zawieszony...?
Co jeszcze mogę powiedzieć o moim nowym znajomym z Navy. Że takich Amerykanów lubię, cenię i szanuję. Takich wierzących w to, co robią. Służy w wojsku z przekonania (w Polsce w 90% robi się to dla pieniędzy, dla pewnej pensji i mundurowej emerytury). Tutaj służy się krajowi. Oddaje za niego życie w wierze, że oddaje się je za wolność Ameryki, za demokrację w niej panującą. To nie jest naiwność, to jest prawdziwa wiara. Scott zaskoczył mnie znajomością historii (także i polskiej historii XIX i XX wieku). Wiedział, że ogłoszenie przez Obamę zaniechania budowy tarczy zostało ogłoszone w smutnym dla nas dniu - 17 września, w 70 rocznicę napaści ZSRR na Polskę. To właśnie takim ludziom jest naprawdę przykro, że USA zawiodła swoich przyjaciół. Nie Obamie, nie pani Clinton (nie jako byłej 1szej damie, a jako obecnej Sekretarz Stanu USA), itp. To właśnie takim stojącym w cieniu polityki ludziom naprawdę może być przykro.
6 paździenika TVN24 doniósł, że Amerykanie wysłali list do Rządu RP, że wkrótce przyleci do Polski Mister Joe Biden (V-ce prezydent USA) i obieca nam dać jakąś nową zabawkę zamiast tarczy rakietowej, a 17 października 2009 RMF podał, że Amerykańska delegacja obiecała, że uzbrojone Patrioty wkrótce trafią do Polski. Pamiętajcie, że donosiłem o tym dwa tygodnie wcześniej. Jestem szybszy niż TVN, TVN24 i RMF razem wzięte!:) A 21października w TVN24 obejrzałem relację z wizyty Bidena w Polsce. Haaaa! Zamknięte ulice, Warszawa sparaliżowana, jakby samego Papieża wieźli. Facet poszedł do Prezydenta Kaczyńskiego, powiedział, że ma fajny Pałac, ładne komnaty, niezłe mebelki, fajnego kota i kiepską żonę, no ale na pewno dodał szybko, że o gustach się nie dyskutuje. Poszedł do Sejmu, powiedział, że Polska to fajna kraj, dużo najs politik, dużo naiwna Polaka. I tyle się dowiedzieliście o nowej tarczy! OK, jak znów spotkam się ze Scottem, to zapytam, co naprawdę tam Amerykanie planują. Pewnie jedna tania, taktyczna bomba atomowa na Teheran (gdzie siedzi Mahmud Ahmadineżad) druga na Buszahr (gdzie Iran ma reaktor atomowy) i już po kłopocie - plany tarczy można schować do szuflady, lekko skorygować mapę Azji wprowadzając w wolne miejsce po Iranie nową krainę geograficzną np. Pustnię Perską, i możemy iść spokojnie wpieprzać indyka (jeśli wyrobimy się do grudnia), albo radośnie zapalać światełka na choince (gdy wyrobimy się przed Bożym Narodzeniem). skomentuj proszę tę notkę.
Zwroty...
Już chyba pisałem, że wszystko zakupione w USA można zwrócić do sklepu, w którym ową rzecz się kupiło. Można kupić suknię za kilka tysięcy $, pójść w niej na imprezę, zabłyszczeć przez jeden wieczór jak jakaś wielka gwiazda, a dzień później, by nie świecić pustym portfelem suknię można oddać odbierając całość wydanych na nią pieniędzy. Bez żadnych tłumaczeń personelowi, co się nam w sukni nie spodobało. Oczywiście potrzebny jest paragon oraz najlepiej, gdy metka jeszcze będzie nieusunięta... Ale nie zawsze
Wczoraj kupiłem dwa telefony komórkowe. Prepaidy w sieci Net10.com, gdzie za 29,99$ otrzymujemy Nokię 1600 oraz na start 300minut do wykorzystania oraz konto ważne przez 2m-ce. Wydaje mi się to najlepszą ofertą prepaidową (zwaną tutaj telefonem bez kontraktu, czyli - pay as you go). Oczywiście są jeszcze do kupienia jakieś Motorole za 19,99 i także dostajemy na start te 300minut i 2m-ce działania numeru. Aby przedłużyć je na kolejne 2miesiące (i otrzymać kolejne 300minut) musimy się doładować kartą o wartości 30$, albo, co wyjdzie o 10dolarów taniej - kupić nowy telefon!;)
No więc kupiłem dwa telefony Nokia 1600. Telefony zabrałem do domu, naładowałem, włączyłem i... wkurzyło mnie to, że klawisze nawigacyjne źle odbijają (tzn. Nokia made in Mexico jest o wiele gorzej wykonana niż Nokia made in China). Za dużo Tequilli Amigos! Postanowiłem zatem owe telefony zwrócić (jeden niewyjęty jeszcze z blistra w który był zapakowany, ale drugi już z rozbebeszonym opakowaniem) i wtedy okazało się, że wyrzuciłem paragon. W Polsce by było już dawno po ptakach! Baa... w Polsce nawet jakbym miał paragon, to też by mi nikt nie przyjął rozpakowanego telefonu. Nierozpakowanego zapewne też nie udało by mi się zwrócić. A tutaj... Poszedłem do Rite-Aid gdzie to kupiłem (to taka apteka, w której znajdziemy prócz leków, także alkohol, papierosy, gazety, i inne domowe niezbędności) i zacząłem batalię o oddanie rozpakowanego telefonu bez paragonu. NO WAY? A jakże, że WAY! Tu nawet bez paragonu możemy coś gdzieś zwrócić. Wówczas jednak najczęściej nie oddadzą nam pieniędzy, a dadzą kartę prezentową (tzw. Gift Card) o wartości takiej, jakiej były nasze zwrócone rzeczy i możemy zakupić za ich równowartość inne przedmioty. Czyż to nie doskonałe pole do nadużyć? Mogłem całą kartę z owej Nokii wydzwonić, mogłem oddać zdekompletowany zestaw (np. zatrzymać sobie ładowarkę albo podmienić baterię), mogłem kupić ów telefon na wyprzedaży w WalMart za 19,99 i oddając to w Rite-Aid odzyskać 29,99... I oni się dziwią, że mają kryzys?;)
Szef owego Rite-Aida wyglądający już z daleka na lekko stukniętego, po bliższym poznaniu okazał się... jeszcze bardziej niekumaty. Telefon, jak na uczciwego Polaka przystało zwróciłem oczywiście kompletny w stanie idealnym. Bateria osobno w woreczku, ładowarka ładnie spięta, itp. Szef próbował oczywiście włożyć baterię, by pokazać mi, że telefon na pewno działa, a może to tylko ja nie umiem go obsłużyć? Baterię oczywiście próbował włożyć obróconą w obydwu płaszczyznach o 180 stopni od właściwego położenia (czyli stykami baterii w kierunku końca obudowy oraz z naklejką z logiem Nokia zwróconą do wewnątrz telefonu). Powiedziałem mu na czym polega problem - pokazałem - nie zrozumiał. Przecież klawisz działa? - TAK, DZIAŁA TUMANIE, gdy go wcisnę, to on nie odskakuje i już nic innego nie mogę wcisnąć. Ale działa? Tak, działa jak Twoja głowa...
Baa.. dzień wcześniej w innym salonie facet jedyne co potrafił mi kompetentnie powiedzieć na większość moich pytań to "I apologize". Że nie wie, na jak długo przedłuża ważność konta 30dolarowa zdrapka, ile kosztuje połączenie międzynarodowe. Na takich sprzedawcach opiera się handel w USA, dlatego nie dziwne, że wszystko można zwrócić - czasem można zwrócić treść żołądka, gdy widzi się Managera nie mającego najmniejszego pojęcia o tym, co sprzedaje.
Odnośnie zaufania do klienta jeszcze. Kupowałem kilka dni temu wielki kuchenny kosz na śmieci. Taki z pokrywą - zamykany. Przy kasie wystarczyło, że uniosłem kosz do góry i obsługujący mnie chłopak sczytał cenę 5,99+TAX. Oczywiście nie kazał mi pokazywać, czy kosz jest w środku pusty, jak to się dzieje w Polsce. W Polsce wszystko nam rozpakują, by czasem nie okazało się, że w opakowaniu po żarówce marki Tesco nie jest jakaś "lepszejsza" żarówka Philipsa lub Osram. W Polsce przy kasie otworzą nam nawet zapakowany i spięty zgrzewanymi taśmami czajnik, byśmy czasem nie poczuli się jak klient, a jak złodziej, bo to (według zachodnioeuropejskich właścicieli "polskich" marketów) bliższe Polakowi - ukraść niż kupić. Ja w moim śmietniku miałem oczywiście tylko powietrze, a mogłem wypachać go po brzegi wszystkim, co oferował ów sklep. Tak kilka lat temu robili pewni Polacy, którzy kupując w HomeDepot (taka amerykańska Castorama czy Leroy Merlin), zapakowaną w wielkie kartonowe opakowanie wannę, otwierali opakowanie, pakowali do środka wanny nowiutkie narzędzia za kilkaset dolarów i zaklejali kartonowe opakowanie płacąc przy kasie tylko kilkadziesiąt $ za ową wannę). Albo jeszcze bardziej bezczelnie, kupowali narzędzia, robili przez tydzień remont, zużywali je jak tylko mogli i odnosili do sklepu, że narzędzia kiepskie, że za mała moc, że Black and Decker wcale nie jest black - otrzymywali zwrot całej wydanej na narzędzia kasy. Albo inny przypadek - mój znajomy przyjechał kilka lat temu do USA na wakacje, i jak na polskiego turystę przystało - chciał zarobić trochę dolarów. Właściciel domu u którego pracował z kolegą dał im Vana i poprosił, by przywieźli mu zakupiony już telewizor. Oczywiście takie sprzęty dowożą gratis, ale mu się śpieszyło. Koledzy pojechali i... wciskając wielkie pudło z wielkim TV do wcale nie małego Vana, usłyszeli w pewnym momencie brzdęk pękającego szkła. Znajomy domyślił się, że właśnie stłukli ekran. - O Matko Boska! 2tysiące dolarów w plecy! Wszystko co zarobiłem trzeba będzie oddać za ten telewizor! O Matko, o Ojcze! - No co tak panikujesz - uspokoił go kolega bardziej zorientowany w zwrotach rzeczy do sklepu . - Zaraz zobaczysz jak to się załatwia. Wsiedli do Vana, pojeździli trochę po okolicy, poszli do McDonalds, otworzyli pudełko z telewizorem i po godzinie wrócili do sklepu z pretensjami, że dali im zbity telewizor. Czy w sklepie przyjęli ów zwrot? Nie tylko przyjęli zwrot, ale i od razu ekipa ze sklepu go zawiozła i jeszcze gratisowo podłączyła. Podobne zaufanie panuje w wypożyczalniach. Mój Friend postanowił wziąć ślub w wypożyczonym fraku (skoro to strój na jedną okazję, to po co go kupować?) Wypożyczyć można wszystko - od skarpetek, przez majtki, spodnie, koszulę, spinki do koszuli, krawat, po pewnie i narzeczoną (ale Friend na szczęście miał swoją własną). Dostaniemy to pięknie zapakowane w pokrowiec - dowiezione do hotelu lub do odebrania osobistego. Po 2dniach po imprezce zwracamy i.. czy ktokolwiek sprawdzi, czy wszystko jest w komplecie? Czy jest to to samo, co zostało nam wypożyczone? Czy nie jest zniszczone? Poplamione bigosem czy sałsydżem? NIE! Od razu powędruje do pralni. Można tam było włożyć kilka ciuchów z lumpeksu czy Armi Zbawienia... A jeszcze lepszy "myk" jest z wypożyczalnią sprzętu (np. nart w kurortach). Możemy pojechać tam prosto z Florydy w naszych strojach kąpielowych i na miejscu wypożyczymy zarówno odpowiednie ubiory, kombinezony, jak i przede wszystkim sprzęt (buty, nart). Wypełniamy tylko wniosek w którym określamy wielkość buta, długość nart, rozmiar kombinezonów. Jeśli płacimy gotówką to w miejscu wpisania swoich dane osobowych możemy wpisać cokolwiek, np. Borat Cohen i za chwilę śmigamy na po stoku w nowiutkich nartach:) Gdy płacimy kartą kredytową, to zazwyczaj poproszą nas o ID. Obskakujemy tak kilka wypożyczalni dziennie i po kilku dniach możemy wracać do domu ze sprzętem wartym dziesiątki tysięcy dolarów. Wypożyczalnie zapewne są ubezpieczone, więc pójdzie to w koszty ichniego PZU. skomentuj proszę tę notkę. Broń... Jednym z wielu moich planów, jakie chciałem zrealizować będąc w USA (a które trudne są do zrealizowania w Polsce) było... postrzelać sobie z broni palnej. Myślałem, że sklepy z bronią są jakieś takie bardziej "strategiczne", militarne. Że wejść do nich jest trudniej niż do Banku Rezerw Federalnych. A tu wchodzi się do byle jakiego sklepu sportowego i między piłkami do koszykówki, a namiotami znajdziemy całe gabloty broni palnej. Głównie tej długiej. Długa jest o wiele tańsza od krótkiej, a Kałasznikowy można kupić taniej, niż kij do baseballa jakiejś renomowanej firmy (299$ + TAX). Im większy sklep sportowy, tym większy dział z bronią. Aż do sklepów takich rozmiarów, że broni w nim jest tyle, że po prostu by się w gablotach nie zmieściła, więc stoi sobie spokojnie w setkach sztuk, lufa przy lufie, jak w jakimś arsenale. Możemy wziąć do ręki każdy karabin, szucer, shotgun i poczuć się jak myśliwy, policjant, czy jakiś killer od "brudnej roboty". Oczywiście spust każdego z karabinów jest zablokowany specjalnym metalowym klockiem, by ktoś sobie tej broni nie naładował i nie wystrzelał wszystkich w sklepie. Co dziwne, broń krótka jest dostępna tylko i wyłącznie z gablot, podawana przez obsługę. Oczywiście oprócz wszelkiego rodzaju Berett, Glocków, Smith & Wesson jest także jedno z cudów kieszonkowej techniki wojskowej - Desert Eagle. Za jedyne 1399$ możemy stać się posiadaczami broni krótkiej, która miota z siebie pociski o średnicy 1,2cm! Brudnemu Harryemu by zmiękła lufa w tym jego Magnum .44, gdyby zobaczył Pustynnego Orła. Ta broń niewprawnemu strzelcowi wyrywa się z dłoni albo wręcz wyrywa rękę ze stawu, gdy źle ją chwyci do oddawania strzału. Jest to broń, która jest zakazana w Polsce i cywilizowanym świecie, jako narzędzie na pewno nie służące do obrony własnej, bo napastnika przed którym byśmy się bronili z takiej broni nie dałoby się zidentyfikować nawet po kodzie genetycznym DNA. Jest też różowa broń dla kobiet - coś jakby S&W - Paris Hilton special, limited edition. Między błyszczykiem, a lusterkiem akurat jest miejsce na takiego właśnie wcale nie małego guna. W całym sklepie jest tyle broni (samej broni długiej naliczyłem 632 egzemplarzy) i amunicji (nie liczyłem, ale pewnie z milion sztuk), ile by wystarczyło, by wygrać wiele potyczek wojny secesyjnej, a może i całą tę ich wojnę północ - południe. A najgorzej to mają tutaj przerąbane... zwierzęta. Tu zwierzak nie ma żadnych szans w starciu z myśliwym. Myśliwy może wszystko. Może nęcić, kusić, zapraszać jelenia na randkę z dubeltówką. Kupuje się spray imitujący samicę w rui (czy co to tam mają sarny, gdy im się zechce samca?;) i głupie jelenie same idą pod lufę, podrumkując zalotnie: "Gdzie jesteś moja sarenko? Tak ładnie dzisiaj pachiesz...". A jak myśliwy jest leniwy i nie chce godzinami czatować na zwierzynę, to kupuje specjalny aparat cyfrowy i wiesza go na drzewie. Aparat robi fotki w dzień i w nocy, ma wbudowany detektor ruchu, więc robi fotki tylko wtedy, gdy ktoś lub coś jest w jego zasiegu. Wiesza się go gdzieś w lesie, poniżej kładzie jakieś żarcie na zachętę i następnego dnia patrzy się, co za zwierzyna przyszła do darmowej jadłodajni. Jak jakiś ciekawy okaz do odstrzelenia, to się patrzy na godzinę zrobienia zdjęcia i podczas kolejnej kolacji czy też śniadania taki zwierzak traci życie. Gorzej, jak przyjdzie jakiś głodny, dobrze opalony osobnik gatunku Homo sapiens - zeżre całą naszą przynętę i jeszcze porobi sobie jakieś głupie fotki naszym aparatem;) A co do broni... By ją sobie dokładnie pooglądać, wypróbować, postrzelać, trzeba wybrać się do sklepu z bronią i tylko BRONIĄ. Należy wylegitymować się michigańskim dokumentem tożsamości (czyli prawem jazdy), wypełnić wniosek w którym oświadczymy m.in. o naszej poczytalności i niekaralności, zapłacić za paczkę naboi i tarcze strzeleckie, i już można z wybranym "gnatem" pójść na znajdującą się w sklepie strzelnicę i wystrzelać całe pudełko amunicji. Jak broń się nam spodoba, to jeśli jesteśmy obywatelami USA, możemy wyjść z nią ze sklepu (oczywiście z zaznaczeniem, że mamy prawo do jej posiadania W DOMU, bez prawa noszenia jej przy sobie - na to wymagane jest odpowiednie zezwolenie i przeszkolenie). Gdy jesteśmy tylko takimi przybyszami jak ja, to musimy przez kilka dni poczekać na sprawdzenie naszego statusu, chociaż ![]() 1. Jeden z wielu sklepów z bronia. Kilkaset sztuk broni długiej, kilkadziesiąt sztuk broni krótkiej, kilkadziesiąt tysięcy sztuk amunicji... Nic tylko wypowiadać kolejne wojny...;) 2. Różowiutki S&W, idealnie pasujący do błyszczyka Paris Hilton, Dody lub Joli Rutowicz;) 3. Czarny jak skóra... samoobronny Gun Pawluna za 640$. skomentuj proszę tę notkę. Wiadomości z Polski (28 maja 2008) Poszedłem do sąsiada Polaka, który za dodatkową opłatą (ok. 40$ miesięcznie) do swojego abonamentu kablówkowego w DishNetwork ma dostęp do kilku polskojęzycznych programów TV (TVN24, iTVN, KinoPolska oraz Polsat 2 International). Co nadaje Polsat 2 - wiemy wszyscy. Jak wszystko jest opóźnione względem zwykłego TVN-u w iTVN dowiemy się, gdy włączymy chociażby serial "Brzydula". Najlepiej jest wszystko ściągać wprost z Internetu, z forów dyskusyjnych na których uczynni Polacy z pokolenia piratów internetowych, wpuszczają filmy i seriale (m.in. "Teraz albo nigdy") pobrane wprost z portalu Plejada.pl - czyli zawsze o jeden odcinek do przodu nawet względem widzów w Polsce. No i wszystko za darmoszkę:) Peb.pl, precyl.pl, odsiebie.com, chomikuj.pl, gram24.pl, itp. A wielbicieli Polsatu zapraszam na Ipla.pl, gdzie po zalogowaniu się mamy dostęp do całego archiwum polsatowych produkcji serialowo - filmowo - showowych. Wracając jednak do wiadomości z Polski... Poszedłem i od razu pożałowałem, że zobaczyłem to, czym żyła tego dnia Polska. Zobaczyłem po raz pierwszy od 56 dni mój ulubiony program informacyjny, od którego w Polsce byłem wręcz uzależniony - TVN24. Obiecałem sobie, że podczas pobytu w USA nie chcę oglądać żadnych wieści z Polski. Nawet jak logowałem się do poczty internetowej, to nie czytałem żadnych tytułów ze strony głównej Onetu czy Interii. Ot, taka higiena psychiczna, by nie wiedzieć tego, kto komu nie podał ręki, kto komu nie podał nogi, kto komu uprowadził sprzed nosa samolot (prezydent premierowi czy Tusk Kaczyńskiemu), a kto komu tylko podprowadził krzesło na jakiejś ważnej konferencji międzynarodowej. No, ale trzeba było zobaczyć chociaż na króciutką chwilę, co w PL "piszczy" i... pierwszym newsem, który pojawił się na pasku było - "W Warszawie przeszedł marsz w obronie Życia i Rodziny". I już mogłem nie oglądać dalszych wiadomości, ani nie czytać dalej paska z newsami, ale leciała akurat powtórka sukcesu Kubicy na torze w Monaco (zajął wówczas drugie miejsce). Ten nasz kraj naprawdę zejdzie na psy (tzn. kaczki), jeśli jedynym problemem będzie to, by maszerować w obronie życia. A chwilę później program Nieruchomości i oszałamiające ceny mieszkań w Warszawie. Kalkulacja typu: wynajmując mieszkanie warte 1mln zł (ot taki ładny apartament przy Alejach Jerozolimskich) musimy płacić co miesiąc 3,500 PLN najmu, a chcąc je spłacać musimy spłacać co miesiąc 5,000 PLN jeśli weźmiemy kredyt we Frankach Szwajcarskich, albo ponad 7,000 PLN, gdy weźmiemy kredyt w złotówkach. I co może zrobić 95% ludności Polski, która zarabia te 1000zł? WKURWIĆ, że musi pracować 100lat na mieszkanie za gotówkę, albo 250lat na spłacanie go w ratach, których i tak nigdy nie dostaną. Obecnie, by obejrzeć wiadomości z Polski wystarczy wyjąć telefon z kieszeni (najlepiej taki z przeglądarką internetową, u mnie jest to Nokia N95), znaleźć pierwszą lepszą sieć bezprzewodową (u mnie na osiedlu jest ich kilkanaście), połączyć się z jedną z nich gdy jest ona niezabezpieczna i już można łączyć się z Polską i informacjami z naszego kraju. Oto, co mogłem obejrzeć 17 września 2009 w głównym wydaniu Faktów TVN. Tarczy nie będzie... Europa Zachodnia wiedziała o tym już od dawna, jeśli nie od zawsze! Amerykański rząd zarówno za prezydentury George Busha juniora jak i już za Billa Clintona dobrze wiedział, że nawet nie ma co proponować usadowienia tarczy np. we Francji, Anglii czy np. jej potajemnego zakopania w amerykańskiej bazie wojskowej w Ramstein w Niemczech czy Aviano we Włoszech, bo żadne normalnie myślące i rządzone państwo Europy Zachodniej nie będzie chciało wkurwiać taką tarczą na swoim terytorium wielkiego Niedźwiedzia - Rosji. Każdy w Europie wie, co jest ważniejsze i przyjemniejsze - krztuszenie się wazeliną podczas wciskania się w amerykańską dupę, czy popijanie Stolichnej z Putinem przy tanim gazie, ropie, i dobrych stosunkach z Rosją. Ale Polska umrze za tarczę, która tak naprawdę nigdy nie miała powstać. Wypowie nawet wojnę Rosji (jeśli nie militarną, to chociażby polityczno - gazowo - kartoflaną), by Amerykanie, tzn. jakiś tam przedstawiciel dyplomatyczny najniższej rangi mógł ich poklepać po plecach... Dobry Donald, dobry Kartofel... Polska to taki zajączek z kawałów o zajączku i niedźwiedziu. Gdy tylko zajączek się napije, to albo chce niedźwiedziowi wpieprzyć, albo zaliczyć panią niedźwiedziową, albo krzyczy, że jest królem lasu, itd. Jak te dowcipy się kończą wiedzą wszyscy... W Polsce, gdyby nie piątkowa tragedia w kopalni "Wujek" to pewnie przez ponad tydzień temat tarczy nie schodziłby z pierwszych stron gazet, z głównych tematów serwisów informacyjnych i faktów telewizyjnych. W USA Obama ogłosił ów fakt, a Ameryka nawet tego nie zauważyła. Wszyscy bardziej od rakiet Iranu, którego to kraju 99,9% Amerykanów nie potrafiłoby wskazać na mapie boją się kryzysu, bezrobocia, odebrania domu przez bank, a najbardziej to psychicznych sąsiadów, którzy porywają ich małe dzieci, by więzić je później przez 18lat (sprawa Phillipa Garrido i Jaycee Lee Dugard), facetów, którzy ćwiartują swoje żony na tak malutkie kawałki, że rozpoznać ciało daje się jedynie po numerze seryjnym implantów cyckowych (sprawa Ryan Alexander Jenkins i Jasmine Fiores), itd. Najważniejszym faktem dnia w którym Obama ogłosił zniesienie programu tarczy antyrakietowej było to, czy wreszcie złapano zabójcę studentki z Yale - Annie Le. Tym żyje Ameryka! Tym obecnie interesuje się większość Amerykańskiego społeczeństwa, że kobiety stanowiąc ponad 50% narodu, mają tylko 16% miejsc w senacie i dlatego nie mogą zrobić nic, by raz w miesiącu media nie donosiły o jakimś spektakularnym zabójstwie jednej z nich. Bo już kilka dni temu zeszło z tematu dnia to, że Chris Brown przeprosił Rihannę za to, że ją pobił, że Whitney Houston brała narkotyki tylko przez to, że była bita przez męża, itp. Skoro CNN w najlepszym czasie antenowym przy pomocy jednego z ich głównych komentatorów politycznych (Larry'ego Kinga) zajmuje się sprawą pobicia jakiejś tam gwiazdki muzycznej przez inną czarną "gwiazdę", to my w Polsce myślimy, że Ameryka żyje tak tą tarczą (lub jej brakiem) jak my? A tarcza... Tarcza jest dla przegranych, by na niej wracali z pól bitewnych, czy też by przez nią dwa przykurcze z kraju nad Wisłą kłóciły się, odwoływały ze stanowisk, wzywały do podawania się do dymisji czy stawiania przed Trybunałem Stanu. I tak w kółko aż do upadłego... Jeśli jakikolwiek buc z naszego rządu czy parlamentu myśli, że Amerykanie chociaż przez chwilę pomyśleli, że robią nam przykrość, że może trzeba w zamian za tarczę wysłać nam np. jakieś 40letnie fregaty wojenne do odmalowania, 50letnie puszki z mięsem z bizona preriowego, albo czy może zaprosić polskich żołnierzy na kolejną amerykańską wojenkę to grubo się Kaczki, Tuski i inne paciorkowce mylicie. Amerykanie nie liczą się z niczym i nikim, co nie jest w ich interesie! Ze środowiskiem naturalnym, z rezolucjami ONZ, z niczym! Wszystko co znajduje się "abroad of United States of America" NIE ISTNIEJE, więc nie należy się z tym liczyć. Czym owego dnia przejął się naprawdę mister Obama? Czy zadzwonił do platwusa Tuska czy gołodupca Topolanka z przeprosinami, że im tarczy nie wybuduje? NIE! On się wkurwił na swojego ziomka - Kanye Westa ("swojego" z racji podobieństwa koloroskórnego), że tenże spieprzył młodej, miłej, ładnej i utalentowanej gwiazdce Country (Taylor Swift) chwilę przyjęcia nagrody za najlepszy teledysk na gali MTV. To właśnie ogląda Obama i pani Obamowa - MTV, a nie CNN czy TVN24! Za karę za odebranie nam tarczy i olanie tego faktu w amerykańskich wiadomościach, my Polacy nie pozostaliśmy dłużni Ameryce. Gdy na spotkaniu G-20 w Pittsburghu Barack Obama prawie wypowiedział wojnę Iranowi, nasze wiadomości (mam dostęp jedynie do Faktów TVN) w głównej informacji dnia gromiły rzecznika praw obywatelskich (Janusza Kochanowskiego) za to, że powiedział o feministkach że to kobiety nie lubiące kobiet. I później wszystkie te feministki przez pierwsze 3minuty Faktów opowiadały, jaki ten staruch jest okropny, że pewnie on sam nie lubi kobiet, bo już nie za bardzo ma co z nimi robić, itd. Zatem teraz rozumiecie, że amerykańskie media mają w dupie nasze krokodyle łzy i lamenty za odebranie nam tarczy, skoro my w chwili, gdy Obama prawie naciska atomowy przycisk zrzucający kolejnego Little Boy-a tym razem nie na Hiroszimę a na Teheran pokazujemy jak młode feministyczne lwice (Anna Mucha) i wyleniałe feministyczne hieny (Kazimiera Szczuka) rzucają się na dogorywającego samca swojego gatunku (który nigdy w życiu nie był samcem alfa ani nawet beta, więc nie wie, że nawet z feministek można coś "wykrzesać";). Czytając forum dyskusyjne Faktów, mogę się podpisać pod takim oto postem Piotra z Wielkiej Brytanii: Zaczynam uwielbiać BBC - a w szczególności wiadomości z serii WORLD SERVICE. Podam przykład: Spotkanie w ONZ na temat zmian klimatycznych, niesamowcie ważne wydarzenie polityczne, zjazd wszystkich oficjeli ze świata. Szeroko komentowane wydarzenie w BBC, relacja na żywo, fragmenty przemówień Obamy, prezydenta Chin, premiera UK. Odważne posunięcie premiera Anglii w sprawie zmniejszania liczby okrętów atomowych z 4 do 3. Propozycja Chińczyków co do ograniczenia emisji CO2. Tego samego dnia oglądam FAKTY TVN, relacja na żywo, pytanie: Czy prezydent Polski będzie siedział obok Baracka Obamy? I NIC poza tym! Załamałem się. Przebywam za granicą dopiero 2 miesiące, a FAKTY są dla mnie codzienną dawką świeżych informacji o moim kraju. Dostrzegam jednak gigantyczną różnicę dziennikarstwa TVN, a BBC. Do czego mają prowadzić takie relacje? Według mnie jest to przykład jakim zakompleksionym krajem jesteśmy. Czy będzie siedział blisko - jesteśmy ważnym sojusznikiem, daleko - nikt się z nami nie liczy. Bzdura. Nalegam na redakcję TVN aby zajmowała się ważniejszymi problemami niż statystyczna odległość siedziska naszego prezydenta od prezydenta USA. Odnośnie sieci bezprzewodowych jeszcze... Na większości amerykańskich osiedli, gdy włączymy w telefonie lub w laptopie przeszukiwanie eteru w celu znalezienia jakiejś internetowej sieci bezprzewodowej WLAN, otrzymamy kilka lub kilkanaście znalezionych sieci. Przynajmniej połowa z nich będzie oczywiście... niezabezpieczona (działająca bez hasła tzn. bez klucza sieciowego). Tak więc Internet możemy mieć w USA praktycznie za darmo, anonimowo i często o prędkości bezprzewodowej grubo przekraczającej polskie przepustowości kablowe. Poniższe dwa zdjęcia doskonale obrazują to zjawisko... Od razu widać, że Polak potrafi (zarówno nazwać sieć domową własnym imieniem lub nazwiskiem, jak i zablokować dostęp do swojej sieci osobom postronnym). A może tak boimy się inwigilacji, że wszystko chcemy ukrywać? Dziękujemy Ci CBŚ, CBA, ABW i supertajny Agencie Tomaszu Małecki za nauczenie nas, jak się przed Wami ukrywać!:) ![]() 1. Na większości amerykańskich osiedli możemy złapać po kilkanaście sieci bezprzewodowych do których możemy się podpiąć naszym telefonem komórkowym lub laptopem. 2. Gdy na osiedlu mieszkają zorientowani informatycznie Polacy, to na pewno po ich HotSpoty się nie podłączymy:) Polacy zamykają na kłódki zarówno swoje sieci bezprzewodowe, jak i domy, samochody, po prostu wszystko! 3. Sieci bezprzewodowe łapane na laptopie w zaciszu pokoju na parterze. Wystawiając się z laptopem w oknie na piętrze, wszystkiego złapie się 2x więcej. Linksys należy do sąsiada, którego router znajduje się w piwnicy, a piwnica oddalona jest o około 50-60metrów ode mnie. Siła jego sygnału po zbliżeniu się do okna - 5kresek. Z takiej odległości można się do Was włamywać. skomentuj proszę tę notkę. Nadwaga... Przyjechałem rok temu do USA ważąc 78 kg (173 funty). Kilogram to dla przypomnienia około 2,2 funta, a funt to w zaokrągleniu ok. 0,45 kg (a dla bardziej dokładnych, funt to 0,45359237 kg). Oznaczenie na wadze domowej czy na opakowaniach "lb" lub "lbs" (od rzymskiego słowa "libra" oznaczającego po prostu wagę). Na opakowaniach czegoś ważącego mniej niż funt najczęściej spotkamy oznaczenie "oz" oznaczające uncję (ok. 28gramów). Oczywiście, jak wszystko co niemetryczne w USA, także i 1funt nielogicznie składa się z 16uncji. Jak cal z 2,54 cm, stopa z 12cali, jard z 3 stóp, mila z 1760 jardów, itd. Ale powracając do wagi... Jedzenie w domu mam za darmo w praktycznie nieograniczonych ilościach. Cała wielka lodówka w której, gdyby była pusta, spokojnie można by się bawić w chowanego. Sam zamrażalnik jest tutaj wielkości ponad połowy statystycznej polskiej lodówki, czy też rozmiaru małej lodóweczki w kawalerskim polskim mieszkaniu. Dodatkowo w piwnicy całe szafy i półki zapasów wszystkiego, co tylko można spożyć. Od zupek i różnego rodzaju gotowych dań, które po dodaniu wody i chwilowym podgrzaniu w mikrofali są gotowe do spożycia, przez konserwy, chipsy, makarony, po słodycze wszystkich rodzajów. W pracy podobnie - codziennie kaloryczny lunch, a przynajmniej raz w tygodniu wizyta w Chinese Buffet, gdzie za 7-8$ można się objadać do upadłego. I opijać za darmo wszystkimi tymi wysokokalorycznymi i wysokosodowymi napojami aż do pęknięcia pęcherza moczowego. A ja po 2 miesiącach pobytu tutaj, po mocnym postanowieniu, że nie mogę tu przytyć... ważę obecnie 174funty. To jest właśnie silna wola, której Amerykanom najwidoczniej w tej akurat dziedzinie BARDZO brakuje. Ale i mają BARDZO utrudnione te wszystkie swoje dietetyczne postanowienia. I chociaż powoli się to zmienia, bo żywność według nich bardzo zdrożała (z prawie darmowej, na trochę tam płatną), "meals on wheels" czyli żywność na kołach (wszelkiego typu dowożenie do domu pizzy, kurczaków, obiadów, kolacji, itp) przestało być bezpłatne przez wysoką cenę paliwa (tak było w wakacje 2008, gdy galon benzyny kosztował ponad 4$, obecnie jest po 2,5$) i teraz takiemu dowozicielowi trzeba prócz napiwku często zapłacić tego dolara lub dwa za dowóz, to ciągle ciężko być w USA chudym. Właśnie pokazali w TV badanie kaloryczności pokarmów. Wchodzili do jakiejś jadłodajni, brali dowolny zestaw (np. BigMac Menu). Na każdym takim zestawie jest oczywiście rozpiska, ile to wszystko zawiera kalorii, tłuszczu, cholesterolu, sodu, cukru, soli. Oczywiście przyrównane jest do produktów konkurencji, że nasz pyszny, wielki hamburger ma tylko 300kcal, podczas gdy mały w BurgerKing aż 400kcal! I co się po tych badaniach okazało? Że wszyscy oszukują na potęgę! Nawet dietetyczny zestaw warzywno - mięsnych przekąsek, który powinien zawierać tylko 320kcal i zaledwie 6gramów tłuszczu, zawierał wszystkiego 2x więcej, niż opisano w tabelce. Nie mówiąc już o tych wielkich zestawach, które zamiast zakładanych 600-700kcal, miały ponad 2x tyle, i 3x więcej tłuszczu, niż podane na tabliczce znamionowej. Teraz tylko zaskarżać te wszystkie McDonalds o spowodowanie otyłości. I tak by się pewnie działo, ale te jadłodajnie - rozpychalnie już dawno się wycwaniły i przez to, że piszą, że tłuszcz tuczy oraz że oferują w swoim menu także pyszne sałatki zamiast pysznych hamburgerów - są kryci, bo decyzja należy już tylko do klienta. Coś jak "Palenie albo zdrowie" w Polsce;) Wszystkie opakowania w USA są DUŻE. Tu megapaka czipsów nie jest megapaką tylko z nazwy, czy jedynie rozdmuchanym opakowaniem które mogłoby pomieścić 500gram czipsów, a w które Fritos wsypie zaledwie 100gram produktu i wtłoczy 400mililitrów powietrza;) Tu zawartość wielkiego opakowania jest pełna po brzegi, a jedyne opakowanie, które jest mniejsze niż w Polsce to Danio Activia! Tego co zdrowe nie może tutaj być za dużo...;) Bardzo mocno działa tutaj hasło "Kup jedno, drugie weź za pół ceny albo nawet gratis". Dlatego bierze się kupę rzeczy, których ani się potrzebuje, ani by się chętnie zjadło, ale skoro są za półdarmo, to czemu nie? No i te wszystkie wyprzedaże. Wiele rzeczy spożywczych w USA jest pakowane w świąteczne opakowania. Np. M&M-sy w święta są malowane tylko na zielono i czerwono, by pasowały do kolorów choinki i świętego Mikołaja. Oczywiście w takich samych kolorach i szacie graficznej są ich opakowania. Gdy miną święta, a wszystko się nie sprzeda, to za półdarmo leży to później na wyprzedaży (czasami za 10% wartości), bo już przed lutym trzeba zrobić miejsce na półkach na wszystko w różowym kolorze i w kształcie serca, wiadomo - Valentynki! A że nikt nie będzie przemalowywał M&M-sów, to te stare oddaje się za półdarmo. A za M&M-sami wszelkiego typu świąteczne czekolady, Ferrero Rocher, itp. pyszne słodkości. Tuż po Walentynkach podobnie szybko czyści się półki na Wielkanoc, bo wtedy wszystko jest w pisankowo - kurczakowych kolorach. A później znów Wielkanocne kształty i kolory niesprzedane przed Easter wyprzedaje się za 1/3, 1/4ceny. Później pora na opakowania - z okazji 11maja - dnia Mamy, i 20maja - dnia Taty, a dzień później już te wielkokokardowe opakowania leżą na BIG SALE. Więc stąd mamy te wielkie zapasy w każdej lodówce, piwnicy, i pod naszą skórą w postaci tkanki tłuszczowej. I jeszcze te wielkie opakowania. Mleko najczęściej występuje w galonowym opakowaniu - czyli 3,8litra (za ok 1,5-2,5$). A jak już znajdziemy półgalonowe opakowanie (często na niższej półce, by trzeba się po nie schylić;), to jest ono najczęściej niewiele tańsze od galonowego, więc kupimy to większe i będziemy pić mleko do rozpuku za ok 1,13zł/litr. Podobnie wszystko inne. Małe opakowanie jest tanie, ale większe lub wielopak wychodzi jeszcze taniej - więc kupujemy kilka razy więcej, niż potrzebujemy, a później zjadamy, by się nie zmarnowało. Wiele rzeczy spożywczych jest tak pakowanych i ma taki wygląd, że gdyby nie tabliczka kaloryczności w ogóle nie wiedziałbym, że to coś do spożycia. W każdej szkole jest oczywiście stołówka, a "zajęcia" na niej są ulubioną "lekcją" już od szkoły podstawowej. Oczywiście stołówki są utrzymywane przez państwo. W samym stanie Michigan szkolni zżeracze przeżerają codziennie 30milionów $. I zaczyna powoli brakować pieniędzy na wyżywienie tych wszystkich przeżuwaczy, bo żywność drożeje, a oni jedzą coraz więcej i więcej. Więc później nie może dziwić fakt, że często matka ma lepszą figurę niż jej nastoletnia córka. Już nawet 12letnia. ![]() 1. Każde święto w USA ma swoje kolory - Halloween pomarańczowe (dyniowe). Wszystkie cukierki są malowane albo przynajmniej zawijane lub pakowane w takie właśnie kolory, a moje ukochane Snickersy zmieniają wówczas swoją nazwę na Snackule;) Dzień po halloween wszystko można kupić za pół lub ćwierć ceny, więc jak tu nie być grubym? 2. Nutrition Facts - czyli po naszemu wartości odżywcze. Wiele rzeczy spożywczych (głównie świątecznych, np. czekoladki walentynkowe) pakowane jest tak, że gdyby nie taka tabelka kaloryczności, nie wiedzielibyśmy, że to jest żywność. I chociaż zgodnie z prawem w tych tabelkach nie można kłamać, to trzymając się ich wytycznych, smukłej "linii" na pewno nie utrzymacie;) 3. Zapraszamy na obiadek:) I jak tutaj być chudym, skoro dają takie porcje? Tak, to całe żebro - chyba z bizona;) stany 2009-09-05 22:05:30 skomentuj (22) Ósma mila czyli Afroamerykanizm po polsku...
W Polsce wielu młodych ludzi chciałoby być Murzynami. Oczywiście nie tymi, którzy zapieprzają jako niewolnicy za kromkę chleba i kubek wody, ale tymi którzy np. rapują. Którzy są milionerami lub nawet miliarderami (jak np. Jay-Z), którzy żenią się z Beyonce (ciągle ten Jay-Z) lub przynajmniej z Mariah Carey (Nick Cannon). Którzy mają wielkie domy. Na podjeździe tych domów po kilka luksusowych samochodów. Którzy mają wielkie felgi w tych swoich wszystkich samochodach, a w starych Cadillakach hydrauliczne zawieszenie pozwalające samochodowi podskakiwać, itd. Którzy mają wiele czarnoskórych i różnokolorowych lasek o wielkich pupskach (i nie tylko pupskach;), których jedynym zadaniem jest pluskanie się przez cały dzień w skąpych strojach w przydomowych basenach. Ach, te kalifornijskie teledyski...
Więc nasi, polscy, młodzi "murzyni" kupują sobie fury. Do tych fur lśniące, wielkie felgi. Montują wielkie głośniki. A gdy nie stać ich na auta i felgi, to spuszczają spodnie do kolan, przekrzywiają czapeczkę, fundują sobie "złote" łańcuchy, buty z językami wywalonymi na zewnątrz - brakuje im jeszcze tylko złotych zębów i "biały murzyn" gotowy. W Polsce każdy taki White Negro jest cool, a tu jest pośmiewiskiem i pożałowania godnym osobnikiem zarówno dla Czarnych (bo chce być jak oni, ale nie za bardzo mu to wychodzi) i tym bardziej dla Białych, że tak chce się bratać z najgorszą stroną czarnych przedmieść. Taki "biały" Michael Jackson, którego skóra jest jaśniejsza niż śnieg, ale przez to nie jest ani biały, ani czarny. RIP Michael - wielki Artysto.
Bardzo szybko można z tego murzynoholizmu wyleczyć wszystkich tych młodych ludzi zachwyconych czarną skórą i czarną mentalnością. Wystarczyłoby tylko wziąć takiego ziomala z jakiejś polskiej ulicy i postawić na chwilę w murzyńskiej dzielnicy. Gdyby jedyne w czym wróciłby do domu były majtki, bo buty zdjęliby mu razem ze skarpetkami, podobnie wzięli sobie telefon, resztę ciuchów i zegarek. Gdyby dostał wpierdol za samo to, że jest biały i musiał dziękować, że to był tylko wpierdol, a nie kilka kulek z 9mm lub Magnum 0,54. Gdyby usłyszał, że wcale nie jest biały, a różowy jak świnia - to od razu sam zdjąłby czapeczkę. Bo w Polsce myślimy, że Murzyn powie nam co najwyżej - "Ty białasie", więc się wcale na niego nie obrazimy. A Czarny na Białego powie najczęściej - "Ty jesteś biały? Biały to jest śnieg, kokaina i moja koszulka, a Ty jesteś różowy, jak prosiak. Ty różowa świnio!". O ile cokolwiek usłyszymy przez serię z jego półautomatycznej broni. Bo Murzyn, gdy bardzo się zdenerwuje na Białego to zazwyczaj nie mówi, a strzela. Można zginąć za samo to, że się spojrzało na jakiegoś odmóżdżonego przez narkotyki Murzyna. Wcale nie krzywo spojrzało, a zupełnie przypadkiem w te jego wielkie, czarne, beznamiętne oczy. Że się przez pomyłkę wjechało nie do tej dzielnicy, co zamierzaliśmy. Że nasz wzrok padł na jego dziewczynę. Że mamy jakiś fajny gadżet, którego pewnie bez bicia lub zabicia nie zechcemy mu oddać (buty, aparat fotograficzny, iPoda, może kamerę lub telefon). Taka jest prawda - ci Czarni z teledysków nijak się mają do większości Czarnych, których spotyka się codziennie w USA (szczególnie w stanie Michigan). Nie są mili, przyjaźni. Są zazwyczaj ubrani w śnieżnobiałe długie koszulki. Mają na tym punkcie jakąś fobię lub kompleks i koszulka i buty zawsze u nich są śnieżnobiałe.
Latem zeszłego roku byłem świadkiem ciekawego zdarzenia. Jechałem sobie trzypasmową ulicą prowadzącą do Detroit. Z przedmieść owego miasta do ścisłego centrum. Z osiemnastej mili, w okolice mili szóstej. Obok mnie akurat na skrzyżowaniu Van Dyke i 8-mej mili zatrzymał się skromny Ford Focus. Samochodem tym kierował skromny, jasnoskóry nastolatek. I co ciekawego zrobił, gdy na skrzyżowaniu zaświeciło się czerwone światło? Czapeczkę na głowie, która przez kilka poprzednich mil miała daszek do przodu, obrócił o 180stopni. Wyciągnął z radia płytę z "białą" muzyką rockową i włożył czarne rytmy. Zmienił sposób trzymania kierownicy z "normalnego" na zimny łokieć. Przesunął fotel do tyłu i pochylił oparcie, by móc, jak jego czarni bracia chować się za słupkiem drzwiowym. W niespełna minutę przeistoczył się z białego w "Czarnego":) Oczywiście także i ósma mila może być piękna. Gdy pojedziemy nią na wschód i dotrzemy do Grosse Pointe Woods, czyli miasteczka graniczącego z jeziorem za którym znajduje się Kanada, gdy zobaczymy piękne łodzie i jachty, to na taką 8-mą milę nie możemy narzekać. Ale przejechać nią lub jeszcze niższym numerem mili przez Detroit nie jest już tak różowo... 1. Doskonały przykład tego, o czym mówię. Gdy nie byłem jeszcze w USA myślałem, że Pazura w tym fragmencie żartuje lub mija się z prawdą. Ale od kiedy zobaczyłem w dużej ilości tych wszystkich, o których w powyższym filmie mowa, zgadzam się z nim w 100%:)
2. Prezent dla wszystkich, którzy mnie tu ganią za to, że nie pojmuję Ameryki tak, jak nakazuje mi to polska, włazidupna "poprawność polityczna wobec USA". Jak nakazuje mi to rząd Stanów Zjednoczonoczonych, tudzież jak wymaga tego przyzwoitość imigranta z biednego kraju, dla którego USA to miała być jakaś tam Ziemia Obiecana. Dla wszystkich tych, którzy w swoim myśleniu o USA nie potrafią się przebić przez wyznaczony przez mit WIELKIEJ Ameryki kanon załączam link do ciekawego wywiadu z absolwentem Yale, reżyserem, wizjonerem - Oliverem Stone. Autorem tak znaczących w historii USA filmów, jak "Pluton", "Urodzony 4lipca", "JFK", "Nixon" czyli człowieka jak mało kto zorientowanego w amerykańskiej polityce i państwowości. Wywiad jest tłumaczony na język polski, by wszyscy zrozumieli, że rodowity Amerykanin może mieć takie same poglądy jak ja na temat zarówno Prezydenta jak i państwa rządzonego przez idiotę (pisałem to za rządów George'a Busha Juniora) - Tomasz Lis na żywo
Tak, uważam że Bush jest głupi. Jest bardzo głupi! Uważam, że ma bardzo ograniczony pogląd na świat. Nie posiada też ciekawości intelektualnej. Nie zadaje sobie pytań. Nie ma też żadnych wątpliwości, tyle że jest on bardzo niebezpiecznym idiotą, dlatego że posiada wyolbrzymione ego. Jest to też takie ego, które należy zaspokajać. Zaspokaja je władza.A dla tych, którzy wolą pisane od mówionego: Jeżeli spojrzysz na życie George Busha, to do wieku 40lat było to pasmo niepowodzeń. W porównaniu do swojego ojca, który był wielkim człowiekiem, nie udało mu się ukończyć studiów. Nie odniósł sukcesów w sporcie. Nie udało mu się także w biznesie. Nic nie zarobił. Aż do wieku 40lat. A przy tym pił. George Junior był traktowany w rodzinie jak "czarna owca". I właśnie on został prezydentem. To był wypadek historyczny. To dziwaczny wypadek, bo nie sądzę, by wygrał on te wybory. Uważam, że wybory wygrał Al Gore. Za Bushem stała ogromna machina polityczna i pieniądze. Republikanie kochali Busha. Wydawał się być zwykłym facetem, któremu pieprzyło się, gdy mówił, bo nie znał dobrze języka. Nie był wykształcony. Ale był taki jak oni. Reakcja Busha na 11września oparta była na tym, że wszystko jest albo białe albo czarne. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam. On podzielił świat. Uważam, że on nie jest zdolny do autorefleksji. Inaczej, niż jego ojciec, dla którego wojna w Iraku była powodem depresji. Jego (Busha Seniora) całe życie było przesiąknięte honorem, a zostało zrujnowane przez to, co uczynił jego syn. On ani razu nie rozmawiał z ojcem o inwazji na Irak. Wyobraź sobie, jeśli Twój ojciec byłby prezydentem, czy chociaż razu byś z nim nie porozmawiał? On uważał, że jego ojciec jest nieudacznikiem dlatego, że w 1992 roku przegrał z Clintonem. Historia Busha jest kluczowa. On zmienił Amerykę przez te 8lat tak, jak Napoleon Francję. Poczynił wielkie szkody. Uderzył w nasz honor budując obozy tortur i walczył z wrogiem, którego sam stworzył. Ludzie na całym świecie są tego świadomi. On zmienił Amerykę i nigdy nie powróci Ameryka sprzed 2000 roku. NIGDY. Podsumowując ów wywiad. Poparcie dla Busha tuż po Zamachach 9/11 sięgało 90%. Szanuję, podziwiam, i mogę zamieszkać w państwie tych pozostałych 10%... stany 2009-01-14 13:11:11 skomentuj (28) Alkohol i kierowcy w USA. W Polsce alkohol krzyżuje się z kierowcami szczególnie dobrze w okolicach świąt oraz w dni imienin właścicieli popularnych imion. W Wigilię, w Boże Narodzenie, w Sylwestra, i w tym podobne dni ilość hektolitrów alkoholu krążących w organizmach kierowców jest zatrważająca. W USA alkohol może się krzyżować z kierowcami codziennie, bo limit alkoholu w organizmie kierowcy będącego mieszkańcem stanu Michigan może wynosić 0,8 promila (w Polsce do 0,2 promila). Alkoholu, jak wszyscy wiemy, nie może legalnie w USA kupić ktoś, kto nie skończył 21 lat. Baa... na ostatnim rachunku z Wall-Mart przeczytałem „Jeśli klient wygląda na młodszego niż 40lat, to poproś o dokument stwierdzający jego wiek”. Wolą zatem poprosić o dowód osobisty czy prawo jazdy 40latka, albo nawet młodo wyglądającego 50latka, niż mieliby nie poprosić o taki dokument 20latka i złamać prawo sprzedając mu alkohol. Czy to dobrze, czy źle- nie mi oceniać, bo 21lat skończyłem... kilka lat temu;) Dziś kręciłem się przy lodówkach z piwem w Liquorowni pewnego Araba. Widział, że nie jestem Amerykaninem i pewnie nie za bardzo posiadam jakiś dokument stwierdzający mój wiek. Dodatkowo tachałem ze sobą wielkie pudełko z pizzą, więc piwko do niej by mi się na pewno przydało. Puścił do mnie oko, że pewnie by mi sprzedał to, co mnie interesuje, bo już wyglądam na pełnoletniego, ale nie chciało mi się wypróbowywać zalet mojego wyglądu, by się nie załamać, że już nie wyglądam na nastolatka;) Dla Araba utrata koncesji to mniejsze zagrożenie, niż utrata zysku ze sprzedaży mi piwa:) W końcu ma tyle dzieci, że sklep przepisze na któreś ze swoich dzieci i na nie otrzyma nową koncesję. Głupie natomiast mi się wydaje to, że w samochodzie nie można przewozić otwartego alkoholu. Nawet w bagażniku! Wypijemy sobie np. na plaży lub przy ognisku pół butelki jakiegoś dobrego i drogiego trunku, i resztę albo musimy wylać, albo siedzieć do końca butelki - uważając, by nie przekroczyć 0,8promila. Gdy w bagażniku naszego samochodu policjant znajdzie otwartą butelkę np. piwa - to złamaliśmy prawo i płacimy mandat, albo nawet możemy trafić do aresztu. Oczywiście policjant nie ma prawa bezpodstawnie przeszukać samochodu. Jak to zrobi bezpodstawnie, znaleziona otwarta butelka nie będzie dowodem. Ale podstawą zatrzymania i przeszukania może być np. nasze zygzakowanie na drodze, zataczanie się, czy problem z wyrecytowaniem alfabetu. W ogóle w stanie Michigan można prowadzić auto z 0,8promilową zawartością alkoholu we krwi. Nie wiem, jak policjant może to sprawdzić z tych ich śmiesznych testów trzeźwości, które polegają na przejściu wzdłuż linii prostej, podniesieniu jednej nogi do góry i policzeniu 101, 102, 103..., wyrecytowaniu alfabetu od A do Z i od Z do A, zamknięciu oczu i dotknięciu palcem do czubka nosa, itp. Gdy spowoduje się wypadek po pijanemu, idzie się do więzienia bez żadnych tam ceregieli, i do końca życia pozostaje we wszystkich naszych rejestrach i papierach to, że byliśmy DUI (Driving Under Influence czyli jazda po wypiciu alkoholu). Nawet księżniczka Paris Hilton poszła na kilka dni do aresztu za to, że n-ty raz złapano ją na jeździe po pijanemu. Gdy tylko prowadzi się po spożyciu i zostanie to stwierdzone, też można trafić do więzienia, albo, gdy nasz prawnik udowodni, że jesteśmy alkoholikami, płaci się mandat, ale nie traci prawa jazdy (w końcu alkoholizm to choroba, a chorych nie należy karać za to, że są "chorzy"). Jednak za recydywę czekają już inne sankcje. Gdy złapany kilka razy najeździe po pijanemu nie chce stracić „prawka”, musi poddać się takiej oto procedurze: Co dany dzień tygodnia dzwoni się pod specjalny numer telefonu, gdzie "pacjentowi" przydzielany jest kolor. Np. od dziś przez tydzień naszym (pijaka) kryptonimem będzie - "zielony". Codziennie rano i po południu dzwoni się pod ów numer i odsłuchuje automatycznego nagrania: Dziś kolor: niebieski, zielony i biały stawiają się na badanie trzeźwości. Tak więc, nigdy nie wiadomo, kiedy maszyna każe nam przyjechać i dać się "przedmuchać". Ktoś, kto nie zastosuje się do tych zadań (bo np. nie ma telefonu;), a ciągle chce prowadzić auto - dostaje do domu kamerę i alkomat. Codziennie przed wyjechaniem z domu musi się zbadać przed okiem kamery i dane wędrują do ośrodka monitoringu. Ewentualnie można poprosić o założenie alkomatu w samochodzie. Alkomat taki uniemożliwia jazdę osobie nietrzeźwej nie pozwalając w ogóle włączyć silnika. Wszystko to (monitoring czy alkomat w samochodzie) jest oczywiście płatne z kieszeni "pacjenta" i to wcale nie mało. Ale że w USA bez samochodu żyć się nie da, a każdy obywatel (nawet alkoholik) ma prawo do posiadania prawa do kierowania samochodem, to tak właśnie pilnuje się notorycznych pijanych kierowców. Najbardziej zagorzali w swoim procederze dostają specjalną elektroniczną smycz, która pozwala im podróżować tylko na trasie praca - dom. Czy dom - szkoła ich dziecka. Pięknie, nie?;) NIE! To, co przeraziło mnie po powrocie do Polski to to, że w każdym sklepie gówniarzeria wchodzi na stoisko monopolowe jak do siebie do domu, bierze z półek alkohol (od najtańszego piwa po najdroższe wódki), a kasjerka boi się zapytać czy aby owa osoba jest pełnoletnia. Niby nie sprzedają alkoholu nieletnim, ale nikt nie odważy się nieletniego wylegitymować. W USA muszę dać kasjerce moje prawo jazdy, by mogła ona z niego nabić na kasę moją datę urodzenia i dopiero kasa pozwoli jej sfinalizować transakcję. ZERO dosłownie ZERO odstępstw od procedury. A gdy np. ja jako nieletni pomagam nieść np. 24puszkową zgrzewkę piwa mojej pełnoletniej koleżance, to kasjerka też ma prawo odmówić sprzedaży, bo nieletni dotykał tego alkoholu. Dziwne? Straszne? A może jednak alkoholizowanie się polskich 13-15latków jest straszniejsze? Kwestia tych 0,8 promila alkoholu we krwi odżyła w Ameryce tuż przed wakacjami. Może nie tyle w całych Stanach Zjednoczonych, co w stanie Michigan w którym to stanie ten limit jest tak wysoki. Jak wiadomo (nie tylko z filmów typu American Pie), amerykańscy uczniowie szkół średnich i wyższych uczelni zakończenie roku szkolnego zawsze czczą za pomocą imprez i alkoholu. Wielkie beczki piwa, wielkie półmiski ponczu, dziesiątki butelek wódki, itd, a to wszystko w kraju w którym alkohol legalnie można kupić i spożywać dopiero po ukończeniu 21lat!;) W Polsce większość nieletnich przychodzi na takie imprezy pieszo, tudzież przywożą ich rodzice lub znajomi. W USA każdy nastolatek ma i prawo jazdy, i własny samochód, i przynajmniej kilkanaście mil do pokonania, więc jedzie i wraca z takiej imprezy najczęściej sam. Nieczęsto ginąc podczas powrotu w wypadkach spowodowanych przez samych siebie. Nie pomagały kampanie reklamowe w TV mówiące, że co roku przez wypadki drogowe nie wraca do domu 5tysięcy nastolatków. Nie pomagały wraki aut ustawiane przy szkołach (tak jak w Polsce w miejscach "czarnych punktów" na drogach). W pewnej szkole miały pomóc koszulki z napisami- "Nie jeżdżę po alkoholu", "Nie świętuję końca roku szkolnego przy pomocy alkoholu", itp. Akcja piękna i tak skuteczna, że już w pierwszy weekend jeden z koszulkonosicieli spowodował wypadek w którym zginął on sam czy też pomógł komuś innemu pożegnać się z życiem. Zatem uczniowie innej szkoły wkurzeni na tego typu hipokryzję zaczęli nosić koszulki "Pompuj do limitu - 08". Rozpoczęło to wrzawę, że jawnie nawołują do picia, że należy ich zawiesić w prawach ucznia, nie dać świadectw ukończenia klasy, wyrzucić ze szkoły, poddać detoksykacji, albo od razu posłać na krzesło elektryczne, zanim kogokolwiek po pijanemu rozjadą. Tak właśnie działa Ameryka. Oni myślą, że to koszulki prowadzą samochody. Że jak ktoś ma na niej napisane, że nie pije, to jest trzeźwy, a jak pije do limitu, to ma pewnie z 0,799 promila. Gdy sprawa koszulek "Pump to the limit - 08" trafiła do sądu, uczniowie wykpili się ze swojej "winy" tym, że są za tym, by tankować auto aż "po korek" bo paliwo w 2008 jest coraz droższe, a sądowi gówno do tego, w jakich koszulkach chodzą - wypadku żaden z nich nie spowodował. Z koszulkami dla kierowców jest jeszcze jeden myk. Jako, że przy drogach często stoją policjanci i przez lornetki patrzą na kierowców (czy ci mają zapięte pasy bezpieczeństwa) nastolatkowie, którzy takich pasów zapinać nie lubią, kupują koszulki (zazwyczaj białe) na których mają nadrukowane czarne grube linie w takim kształcie, jaki kształt przybiera zapięty na torsie pas bezpieczeństwa. Ot, i już policjant nie dostrzeże tego, że szczyl jedzie bez pasów. Takie to młode, amerykańskie społeczeństwo sprytne;)
1. Jeśli wyglądasz na młodszego niż 27lat, to powinieneś mieć ID, gdy podchodzisz z alkoholem do takiej samoobsługowej kasy w markecie. Oczywiście 17latek może mieć 0,79 promila alkoholu i zgodnie z prawem prowadzić samochód (oczywiście lepiej żeby nie zdradzał, kto mu sprzedał/ kupił/ podał alkohol!). 2. Jak nie chcesz zapinać pasów, możesz kupić sobie taką koszulkę i wtedy policjant już nie dostrzeże, że nie zapiąłeś pasa i nie da Ci mandatu zgodnie z zasadą "Click it or ticket". 3. Film propagujący trzeźwą jazdę. W Michigan możesz zatankować do 0,8 promila, ale jak wyrecytujesz poprawnie alfabet i zrobisz jaskółkę bez przewrotki, to Cię puszczą, bo inaczej Twojej trzeźwości badać nie mają prawa - dobre, nie?;) stany 2008-12-30 11:15:59 skomentuj (5) Mój głos w debacie - Zapłodnienie od zaraz.
Jakie państwo, takie metody...
Tyle "psioczę" na moim blogu odnośnie USA, ale to w Polsce mamy najgłupszych polityków. W USA do tej pory mieli tylko głupiego Prezydenta, Ministra Obrony, i większość polityków z ramienia Partii Republikańskiej, a w Polsce głupi są na każdym kroku. A im są bliżej "koryta" tym stają się głupsi...
Tą krótką dygresją zaczynam mój wywód. W Polsce są pieniądze na wszystko to, na co nie potrzeba. Na tunele budowane wzdłuż rzeki, na mosty budowane w poprzek rzeki, ale bez dróg dojazdowych do nich. Pieniądze, które daje nam Unia (miliardy Euro na drogi, 100 milionów Euro na informatyzację) zwracamy z powrotem, bo nie potrafimy ich po prostu rozsądnie wydać - udokumentowując owe wydatki. A gdy już nie musimy się z nikim rozliczać, to wydajemy je tak głupio, że szkoda gadać. Dlatego właśnie nie trzeba się dziwić, że para borykająca się zarówno z bezpłodnością jak i z bezrobociem, woli (MUSI) wydać 1,000zł na "naturalne" in vitro, niż ponad 10,000 na in vitro w normalnym tego słowa znaczeniu, którego kosztu państwo im nie zwróci, bo za te pieniądze woli posyłać polskich żołnierzy na wszystkie wojny świata.
Pewnie spermodawcy to zazwyczaj ci, którzy w głowie mają niewiele, w spodniach zapewne też niewiele więcej, ale za to na tyle sprytu, że skoro w tak durnowatym kraju popyt na ich nasiona (zazwyczaj nie przebadane, nie dające gwarancji zapłodnienia) jest, to się sprzedaje. Zastanawiam się tylko, jak przeżywa to mąż, który nie dość, że musi zarobić na ów "organiczny zabieg" pieniądze, to jeszcze płaci innemu mężczyźnie za to, że ten w jakiś sposób czyni go "jeleniem"...
No, ale skoro ksiądz w kościele co niedzielę zamiast prowadzić swój lud, swoje owieczki w stronę światła i Boga woli pieprzyć o tym, że In Vitro jest grzechem, to może rzeczywiście, lepiej dać się "zainseminować" jakiemuś jurnemu byczkowi, niż probówce i pipetce.
Mój głos w debacie - Czy czujesz się bezpiecznie?
Strach to pojęcie względne. Człowiek wręcz żyje "podszyty strachem". Strach jest się obudzić, bo codzienność może przerazić. Strach wyjrzeć za okno, czy przypadkiem znów nie napadało śniegu, a dozorca zapomniał odśnieżyć i pewnie złamiemy sobie nogę. Strach włączyć rano TV, by na czerwonym pasku jakiegoś programu informacyjnego nie przeczytać w telegraficznym skrócie jakichś strasznych wieści z kraju lub ze świata: "Gaz - Stop. Gaza - Stop". Strach po prostu się rodzić, bo od razu się dostaje klapsa w te mikroskopijne pośladki, by wiedzieć, że błogi, 9 miesięczny "urlop" już minął. Po tym krótkim wstępie mogę napisać - NIE BOJĘ SIĘ. Jak człowieka ma "trafić" to poślizgnie się rano pod prysznicem, albo zakrztusi poranną grzanką. Istnieje syndrom ofiary, więc skoro tak bardzo będziemy bać się takowymi ofiarami zostać, tym szybciej się nimi staniemy. Przestępczość wcale nie rośnie. Największa była tuż po tym, jak niemiłosierna Milicja zamieniła się w miłującą dialog społeczny Policję. Gdy zwinięto "ścieżki zdrowia", a rozwinięto transparenty - Solidarność. Wojny gangów, wybuchające bomby, strzelaniny - Warszawa, Marki, Wołomin, Pruszków przypominały "Strefę Gazy". Teraz jest po prostu więcej stacji TV, które jedyne czym mogą pożywić swoich widzów to pokazanie zwłok, najlepiej kogoś z sąsiedztwa. Ot i cała prawda o "strasznych czasach" w Polsce.
Mój głos w debacie - Świątynia nie dla żebraków. Księża po prostu nie lubią konkurencji, ale i żebracy nie znają umiaru. W Islamie, gdzie jałmużna jest nakazem Koranu (każdy bogatszy musi wspierać biedniejszych jako podziękowanie Allahowi za powodzenie w życiu) żebracy są wszędzie. Każdy wyciąga do turysty dłoń po bakszysz. Wychodzisz z autobusu - chmara dzieciaków prosi o bakszysz. Wchodzisz do muzeum - mumia wyciąga rękę po bakszysz. Strach otworzyć lodówkę, by zaraz i z niej ktoś nie wystawił ręki po jałmużnę.
Franciszkanie mają prawo wyganiać ze świątyni tych, którzy przychodzą tam w celu innym, niż cele kultu religijnego. Ale już sprzed kościoła wyganiać nie powinni i to do wiernych powinna należeć decyzja, czy swoje pieniądze wrzucą do koszyczka jako ofiarę na mszę, czy do puszki żebraka.
Mój głos w debacie - Polskie Euro.
Myślę, że na rewersie polskiego Euro powinna się znaleźć... Kaczka. W innym wypadku debatom nie będzie końca. W polityce i mediach przez wiele miesięcy głównym tematem będzie to, kto zasłużył na ów zaszczyt, by znaleźć się na Euro. Papież, Wałęsa, Gomułka, Rydzyk, Gierek, Kaczyński, Oleksy, itp. Tuż po referendum dotyczącym tego, czy wprowadzić w Polsce Euro trzeba będzie zorganizować kolejne referendum, tym razem z pytaniem: "Kto ma
straszyć na drugiej stronie eurowaluty"?
Tak więc niech będzie to Kaczka. Ona zadowoli wszystkich. Kaczyński, PiS oraz ich wyborcy będą myśleć, że to na ich chwałę. Kaczor Donald Tusk, PO oraz połowa społeczeństwa będą pewni, że to ku chwale Platformy Obywatelskiej. Zadowolona będzie także "czwarta władza" czyli dziennikarze, którzy wreszcie będą mieli miejsce na swoją "kaczkę dziennikarską". A podpis pod wizerunkiem może być taki: KACZKA RZĄDZI nie tylko w kurniku!;)
Mój głos w debacie - Ci drudzy.
A ma ktoś statystyki tych "drugich"? Ilu mężczyzn żyje jako ten drugi, czyli "chłopak" zamężnej kobiety, a ile kobiet jest tą "drugą"? Wydaje mi się, że to kobiety częściej są tymi drugimi, czekającymi aż "ich" wymarzony facet wreszcie rozwiedzie się dla nich ze swoją żoną... Czekają latami, i... najczęściej się nie doczekują. Czy należy potępiać tych drugich? NIE! Prędzej należy potępiać tych, którzy tymi drugimi ich czynią... No, ale wierząc w słowa, że miłość jest ślepa i że traci się dla niej głowę, nikt nie powinien pierwszy rzucać kamieniem w kogokolwiek z magicznego trójkąta miłosnego...
Mój głos w debacie - Spór o kurek. Wystarczyło przekręcić jeden kurek, a emisja CO2 w Europie zmalała pewnie o 10-15%;) A tak poważnie. Rosja oczywiście żyje jedynie z ropy i gazu. Gdy ceny tych surowców szybowały pod niebiosa, wtedy żyło im się jak w Niebie. Przekalkulowano budżet na wpływy ze sprzedaży ropy po ponad 100$ za baryłkę, a gaz (którego cena zawsze zależna jest od ceny ropy) za także niebotyczne pieniądze. A tu kiszka! Chinom po olimpiadzie ropy już nie potrzeba, Ameryka prawie już zaprzestała produkcji samochodów, więc cena ropy spadła czterokrotnie, co za tym idzie- optymizm Ministra finansów Federacji Rosyjskiej. A Ruski wiadomo- jak nie prośbą, to groźbą chce zdobyć to, co zamierza - czyli wysokie ceny surowców. Zakręca się kurek i proponuje cenę z kosmosu i... albo płacicie albo zamarzacie - im "wsie rawno";) Mój głos w debacie - Krytyka czy pochwała? Nieważne, CO (krytyka czy pochwała), ale ważne KTO (krytykuje lub chwali). Gdy krytykuje nas ktoś, kto np. ma zerowe pojęcie o kwestii w której się wypowiada, to oczywiście taka krytyka jest niekonstruktywna i wręcz automatycznie możemy na nią zareagować agresją. Jednak gdy zwróci nam uwagę ktoś, zazwyczaj starszy, bardziej doświadczony, że coś robimy źle i nam te błędy pokaże i nauczy ich unikać, to oczywiście jest o wiele lepsze, niż bezmyślne przytakiwanie nam i głaskanie po główce nawet gdy błądzimy.
Tak więc, krytyka jest na pewno lepsza niż nieme przyzwolenie na błędy. Oczywiście, gdy będą same krytyki (co w naszym społeczeństwie jest cechą wrodzoną - krytykowanie dla samego krytykowania, czepianie się innych, skoro nas się czepiają), to łatwo skulić ogon i zawinąć się w "podcięte skrzydła"...
Tak jak szampan jest tysiącami bąbelków, tak Sylwester jest jedną wielką bańką:) Każdy chce przeżyć ten dzień (a szczególnie wieczór i noc) tak, jakby był on prawdziwą granicą między bladą teraźniejszością, a świetlaną przyszłością. Każdy chce wrócić po sylwestrowej imprezie do domu, który jest lepszy, niż dom, z którego kilkanaście godzin wcześniej się na ową imprezę wybieraliśmy. Każdy chce się obudzić w pierwszy dzień nowego roku w wygodniejszym łóżku, pójść 2-giego stycznia do lepszej pracy, mieć lepszego szefa, wyższe zarobki, mądrzejszych polityków... Ale niestety, właśnie po to w czasie Sylwestra spożywa się tyle trunków, by... by następnego dnia nie martwić się tym, że nic się tak naprawdę nie zmieniło, a jedynie tym, że boli głowa, oj... boooli!;)
W domu bawimy się na wiele okazji, od Świąt sprzed tygodnia, imienin sprzed miesiąca, urodzin sprzed 2m-cy, wszystkich spotkań rodzinnych, że profanować owe miejsce Sylwestrem chyba dla niektórych byłoby grzechem?;)
Mój głos w debacie - Co nami kieruje?
Gdyby istniał jakiś system dokonywania trafnych wyborów, to nikt nie popełniałby błędów. I to najczęściej takich, z których i tak nie potrafimy się uczyć. I które popełnimy jeszcze nieraz...
Człowiek to raczej taki twór natury, który częściej ulega emocjom, niż racjonalnemu myśleniu. A jak wiadomo, gdy włączają się emocje, wyłącza się zdrowy rozsądek. Oczywiście możemy ulec chwilowej magii (ach te zauroczenia) lub długotrwałej "magii" (ach ci spece od reklamy i Public Relations) i np. wybierzemy na naszego życiowego partnera kogoś, kto na niego w żaden sposób się nie nadaje, a na naszego przedstawiciela w sejmie lub prezydenta kogoś, kogo, kierując się zdrowym rozsądkiem nigdy w życiu byśmy nie wybrali. Dlatego sztuka wyborów jest tak trudną dyscypliną życia. A wybory w KAŻDEJ kwestii (póki owe wybory nie krzywdzą osób trzecich) powinny być osobistą sprawą każdego człowieka.
Mój głos w debacie - Wigilijny talerz obłudy.
Należy zacząć od tego, że Święta to w wielu domach bardziej smutny obowiązek, niż wesoła tradycja. Że czas przedświątecznych przygotowań, zakupów, stania autem w kilometrowych korkach, szukania wolnych miejsc parkingowych, dostawania żylaków na nogach w tasiemcowych kolejkach przed kasami, itp. jest okresem tak stresującym, że znam wiele osób, które w ogóle Świąt by nie chciały. Dziś pokazywali w wiadomościach, że w jednym markecie zapadła się podłoga od nadmiaru klientów i ciężkości wózków, przed marketem facet chciał 5zł za odjechanie autem i zrobienie wolnego miejsca parkingowego, a ludzie przy kasie, gdy ktoś się wepchnął do kolejki, mało nie zlinczowali delikwenta - a wszystko to w imię miłości do bliźniego swego...;)
Miesiąc wymyślania prezentów, kupowania ich, kombinowania na nie pieniędzy. Tydzień przygotowań kulinarnych, i zaledwie godzina lub dwie godziny świętowania (które zazwyczaj ogranicza się do pochłaniania nieograniczonych ilości jedzenia). A po świętach załamanie po wejście na wagę (ale i radość, że obyło się bez wizyty u gastrologa...;))
A gdzie miejsce na dodatkowy talerz? Zazwyczaj na pełnym frykasów stole nie ma już miejsca na ów talerz, więc co dopiero miejsce dla "zbłąkanego wędrowca"... Kilka lat temu dziennikarze jednej ze stacji telewizyjnych w wigilijny wieczór obchodzili warszawskie osiedle, jako właśnie taki "wędrowiec" i na 100 odwiedzonych domów tylko 13 rodzin przyjęło zbłąkanego wędrowca (gdy udawał on samotnego człowieka). Ale gdy dziennikarz udawał bezdomnego, to znalazł "miejsce" tylko w trzech domach... Tak właśnie to w praktyce wygląda. Kto chce psuć sobie nastrój "obcym"? Rodzina się zjechała, można pogadać, popić, poplotkować, a tu jakaś dodatkowa para nieznanych uszu ma się temu przysłuchiwać, przyglądać - NO WAY!
Byłem kilka lat temu w Egipcie. Szukałem w pewnym miasteczku kawiarenki internetowej. Pogadałem sobie trochę czasu z Arabem o tym, jak żyje się im w Egipcie, a nam w Europie, itp. Czas mijał, a Arab w tym czasie zgłodniał. I ni z tego, ni z owego w towarzystwie trzech innych Arabów zaprosili mnie do domu. Byłem pewien, że chcą mnie tam zabić, obrabować, bo Internetu to na pewno nie mieli, skoro nawet prądu w ich domu nie było. A oni... postawili przede mną miskę z jedzeniem i kazali jeść, bo ich powinnością jest - głodnego nakarmić. Nieważne, że nie była to wigilia, że ich gość był innego wyznania. Oni po prostu boją się nie spełnić powinności jaką nakłada na nich ich wiara, a my...
Mój głos w debacie - Czy blog zmienił Twoje życie?
Zacząłem pisać ten blog kilka miesięcy po tym, jak legalnie przyjechałem na teren USA. Nie wiedziałem, że jednym kliknięciem myszki można całą jego zawartość przetłumaczyć (chociażby Internet Explorerem) na język angielski. Że kolejnym kliknięciem myszki można całą jego treść (już w urzędowym języku Stanów Zjednoczonych) przesłać do władz, którym nie zawsze się podoba, że Ameryka może się komuś nie podobać. Można także przesłać owe treści ciemnoskórym sąsiadom, o których nie zawsze pochlebnie pisałem i... jak nie "obudzę się" następnego dnia z kulką w głowie, to przynajmniej z pozwem do sądu o naruszanie praw Czarnych do bycia Afroamerykanami...
Pytacie, czy blog zmienił moje życie? Przez blog znów jestem na terenie naszej wspaniałej Ojczyzny zwanej III-cią, IV-tą czy już V-tą RP... - bo przez chwilową nieobecność straciłem rachubę. TAK, blogi zmieniają ludzkie życia! ! !
Mój głos w debacie - Przymus społeczny czy dar serca.
Ach, jacy my dobrzy jesteśmy...Tu SMS na biedne dzieci lub wielodzietne rodziny. Tam kilogram mąki włożony do koszyka zbierającego jedzenie dla banków żywności i już kosztem 1,22zł czy też 2zł za mąkę mamy spełnione naszą "ludzką" powinność - pomagać słabszym i biedniejszym. Oczywiście tak naprawdę pomagają głównie ci, którzy sami mają niewiele. Najbogatsi Polacy na pewno nie podarują bankowi żywności nawet kawałka chleba, bo oni nawet nie wiedzą, gdzie leżą najbliższe sklepy spożywcze w okolicy jednego z ich kilkunastu domów. Nie wiedzą, ile kosztuje bochenek chleba, więc pomagają zazwyczaj ci, którzy wiedzą, ile czasu na taki bochenek trzeba pracować... Przymus społeczny a dar serca? Pewnie, że przymus. Bo głodne dzieci czekające na żywność mają puste żołądki nie tylko w Wigilię...
Mój głos w debacie - Prezenty na święta.
Święta, Święta i oby szybko było już po "świętach"... Dawniej nietaktem religijnym i obyczajowym było ujrzenie przedwczesnego Świętego Mikołaja chociażby dnia 5 grudnia, a dzisiaj już od początku listopada, już zaledwie dzień lub dwa po Święcie Zmarłych, gdy tylko znicze znikają ze sklepowych półek, zaczynają atakować nas Mikołaje, choinki, prezenty gwiazdkowe. Niedługo będzie tak, że już 27 grudnia będą dostępne prezenty walentynkowe, 15lutego prezenty wielkanocne, a 24 marca (czyli dzień po Wielkanocy) będą... no już nie wiem- prezenty zielonoświątkowe?! Komercja jest wszędzie, ale tak, jak handlowcy żerują na "religijności" i świętach nie ma nigdzie. Tu nie ma skrupułów, bo gdy nie kupisz prezentu każdemu członkowi rodziny, nowej choinki co rok, nowego kompletu bombek choinkowych, to po prostu jesteś złym katolikiem, któremu Pan Bóg nie dał w tym roku zarobić na te niezbędne "dobra doczesne". To staje OBLEŚNE! Wydaje się, że głównym hasłem świąt jest "Im więcej wydasz na święta, tym bliżej będziesz Królestwa Niebieskiego.
Mój głos w debacie - Stereotyp Warszawiaka.
W Warszawie rodowitych Warszawiaków jest tylko 3%. Tak więc jedynie co 30 obywatel tego miasta (zazwyczaj jest to stara babcia lub dziadek z Pragi) jest prawdziwym Warszawiakiem. Reszta... Reszta przyjechała do Warszawy za pracą, do szkół, do "lepszego świata", do lepszych perspektyw, itd. A jak wiadomo, każdy napływowy obywatel staje się "tutejszym" o wiele szybciej i w o wiele gorszy sposób, niż osoba, która w danym miejscu wyrosła. Dlatego właśnie, temat "Warszawianizmu" Warszawiaków jest takim samym tematem czy też "badaniem", jakim jest stwierdzanie zawartości cukru w cukrze w komedii Barei "Poszukiwany, poszukiwana";)
Mój głos w debacie - Globalne ocieplenie.
Zawsze byłem proekologiczny. Segregowałem śmieci, gasiłem zbędnie się palące światło, zakupy w markecie wolałem pakować do plecaka, niż do plastikowej reklamówki, itd. Ale dzisiaj "ekologia" to największy biznes świata (prócz wydobywania ropy czy produkcji narkotyków). Gdy rząd w danym państwie jest słaby a ekolodzy silni, to potrafią zmienić oni istniejące prawo, zamknąć elektrownie, przeforsować "ekologiczne" ustawy, itp. Polscy "ekolodzy" pozwalają rozjeżdżać mieszkańców Augustowa przez TIR-y, aby tylko jakaś żabka nie zakasłała się, gdy piękną estakadą nad jej mokradłami przejedzie ciężarówka. W Niemczech ekologów jest kilkuset, a autostrad jest tysiące kilometrów. w Polsce "ekologów" jest tysiące, a autostrad... Jesteśmy po prostu skansenem Europy.Przypiąć się do komina potrafi każdy. Kilka łańcuchów i już ekolog podobnie jak pies, waruje przy kominie. Oczywiście bardziej z racji tego, by było o tym głośno, niż po to, by środowisko coś na tym zyskało. Pikietują nasz wątły przemysł, podczas gdy jedna fabryka w Chinach produkuje tyle toksyn i gazów cieplarnianych, co cała Polska razem wzięta. Jak ekolodzy są tacy mocni, niech jadą blokować chińskie kominy, indyjskie fabryki, niech zatykają rury wydechowe w amerykańskich samochodach (pożeraczach paliwa, które na dzień dzisiejszy kosztuje w USA 1,22zł/litr). Niech jadą do Somalii, gdzie lada chwila porywacze mogą wysadzić w powietrze tankowiec i będzie największa katastrofa ekologiczna jaką można sobie wyobrazić. Ale nie! Oni wolą powisieć sobie na kominie, pokazać się w TV, i są OK. Pozamykaliby wszystkie elektrownie, poustawiali wiatraki. A gdy w wiosce w której stoi wiatrak ludzie pikietują, bo im kury przez te wiatraki przestały się nieść, to nie jadą edukować wieśniaków, albo masować jajek kurom... W Niemczech produkcja elektryczności w elektrowniach atomowych to niespełna eurocent za kilowatogodzinę. Ale przewiezienie paliwa lub odpadów z elektrowni i rozgonienie tysięcy przyspawanych do torów ekologów podraża ten koszt kilkakrotnie. A w domu każdy z Ekologów ma pralkę, lodówkę, sprzęcik HiFi, a wszystko prądożerne tak, że wiatraki nie nadążyłyby się kręcić, gdyby wszystko to na raz włączyli... A efekt cieplarniany. Ziemia to w 70% swojej powierzchni woda. Podgrzana woda emituje tyle dwutlenku węgla, ile nie potrafiłyby wyprodukować wszystkie fabryki świata działające na 100% swych mocy, więc co tu się oszukiwać. Słońce się rozgrzewa przygotowując się do zamiany w Supernową, Więc będzie nam coraz cieplej:)
Mój głos w debacie - Prawo do umierania.
Nikt oprócz osób zainteresowanych (czyli ludzi nieuleczalnie chorych, cierpiących ból i beznadzieję) nie ma prawa decydować o tym, czy ktoś inny ma na siłę żyć, leczyć się, wegetować, itd. Klikanie o tym na forum też nie powinno mieć miejsca, bo to indywidualna sprawa tych osób. I ani sąd, ani rząd, ani tym bardziej kościół nie ma prawa mieszkać w sprawy zdrowotne i osobiste swoich paluchów. W końcu właśnie po to informacja o stanie zdrowia jest objęta tajemnicą, by tylko lekarz i pacjent mieli prawo do decydowania o tym, "co dalej", a nie jakieś sądowe nakazy. I co z tego, że 13latka może jest za młoda na samostanowienie. Ma czekać na pełnoletność, by mieć prawo wycharatać sobie z klatki piersiowej serce, które jej tam na siłę wszczepili?!Mój głos w debacie - Gdzie nasz patriotyzm? By być patriotą, trzeba mieć przede wszystkim szacunek do państwa. Nie mając szacunku do Rzeczpospolitej Polskiej Anno Domini 2008, trudno mieć szacunek do jej przeszłości, skoro jedyne, o czym miliony młodych ludzi w takiej (obecnej) Polsce myśli, to gdzie z niej uciec, by normalnie żyć, by nie widzieć codzień tych idiotycznych kłótni o to, kto komu ręki nie podał, kto komu może podać nogę, kto komu podpieprzył sprzed nosa samolot mający go zawieźć do Brukseli, albo kto kogo na bal nie zaprosił, bo ktoś go tam uraził i przez lata nie przeprosił. W takim kraju, gdzie dobro obywatela jest NICZYM, dla klasy rządzącej, dla "elit" politycznych, a o obywatelu przypominają sobie jedynie raz na cztery lata, by rzucić jakąś "kiełbasą wyborcza", patriotyzm zaszczepić jest trudno. Dodatkowo, gdy okazuje się, że premier owego kraju (gdy był nim Jarosław Kaczyński) nie zna nawet słów hymnu państwowego "z ziemi polskiej do polskiej... Abstrahując już od tego, że wykonuje go tak, że w krajach dbających o swoje symbole narodowe dostałby karę śmierci za obrazę symbolu państwowego. Tak więc gdzie tu miejsce do patriotyzmu - prócz głów i pamięci naszych dziadków, których dorobkiem obecnie szastają polityczne oszołomy. Mój głos w debacie - Baba za kółkiem. Kobieta to nie gorszy kierowca, to po prostu.. INNY kierowca..;) Przejechałem w swoim życiu ponad 150tys.km i mam zwyczaj trzymania się jakiegoś dobrego kierowcy jadącego przede mną, by w razie czego to on zgarniał mandaty;) Wystarczy przejechać za kimś 2-3km poza terenem zabudowanym lub kilkaset metrów po mieście, by wiedzieć, jaki to kierowca i czy nie strach jest za nim podążać. Czy dokonuje manewrów takich, jakie ja sam bym wykonał, czy wyprzedzi tam, gdzie ja bym wyprzedził, czy złamie durnowaty przepis w taki sam sposób, w jaki ja bym go złamał. W 95% tak właśnie (przewidywalnie) jeżdżą mężczyźni, więc o wiele bezpieczniej (po polskich drogach) jest jechać za takim kierowcą, niż za przepisową kobietą, która poza miastem będzie jechała te dozwolone 90km/h, a gdy zobaczy tablicę z nazwą miasta, to w miejscu przyhamuje do 50km/h. I co z tego, że jest "przepisowa" jeśli na polskich drogach przepisy trzeba naginać, by gdziekolwiek dojechać lub by po prostu przeżyć? Co z tego, że kobiety niby powodują mniej wypadków? Kto to wyliczył?! One po prostu statystycznie mniej jeżdżą. To mężczyźni (pewnie w 98% przypadków) są kierowcami TIR-ów, autobusów, itp. Kierować się po prostu potrafi lub nie. Znam dziesiątki mężczyzn (różnego typu dziadkowie lub tzw. "miękkie parówy"), z którymi nawet bym nie wsiadł do samochodu, ale i jest dziesiątki kobiet z którymi jazda jest przyjemnością - więc zdolności do prowadzenia auta nie należy tak przypisywać do płci, jak do osobowości kierowcy. Mój głos w debacie - Wybory w USA. Nieważne, kto głosuje, ważne, kto liczy głosy... - tak mawiał Stalin. I zawsze wygrywał. W kraju tak głupim jak Ameryka, gdzie wśród obywateli jest ponad 27 milionów analfabetów, oraz 45 milionów analfabetów funkcjonalnych, oddanie głosu "ludowi" i głosowanie na cokolwiek w ogóle robi się farsą. Przegłosowaliby np. własną eutanazję czy wypowiedzenie wojny atomowej amebom i pierwotniakom znalezionym na Marsie. A więc czym dopiero są wybory prezydenta, którego i tak nie wybiera się w wyborach powszechnych. Bo prezydenta w USA wybiera się mniej więcej tak: W dniu głosowania wybiera się (teoretycznie), elektorów, tworzących Kolegium Elektorów. Jego członkowie są (dla większości wyborców) anonimowi. Elektorzy z każdego stanu zbierają się w połowie grudnia w siedzibie władz stanowych i tam oddają głosy. O sposobie doboru elektorów decyduje stanowa legislatura (a zatem wcale nie musieliby oni być wybierani w głosowaniu powszechnym - jednak amerykańska władza jest tak łaskawa, że daje ludziom powrzucać te karteczki do tych skrzyneczek, by myśleli, że mają jakikolwiek wpływ na cokolwiek co się w USA dzieje). System ten (liczba miejsc w kolegium zależy od liczby kongresmanów + 2 senatorów danego stanu) zakłada, że kandydat, który uzyskał choćby jeden głos przewagi w danym stanie uzyskuje cały pakiet jego głosów. System ten ma swoje wady, bo zdarza się czasem, że kandydat, który uzyskał mniejszość w głosowaniu powszechnym, uzyskuje przewagę w kolegium elektorskim i zostaje prezydentem. Tak właśnie wybrano największą polityczną zakałę XXI wieku - George Busha Juniora. Tak więc czy te wybory w ogóle mają sens? System jest tak skomplikowany, by zawsze można było wybrać "swojego". Tego głupszego, łatwiejszego do manipulacji. Taką marionetkę, którą wkłada się na 4lata do Białego Domu i który ma tylko latać AirForce One, popełniać gafy i robić głupie miny. Głosować w niektórych stanach można przez tydzień. Można oddawać swój głos skreślając, robiąc dziurki specjalną maszyną, itd. Pewnie wkrótce będzie można przykładać palec lub dawać całusa wizerunkowi kandydata na karcie wyborczej lub ekranie komputera i już będzie - VOTE. W kraju w którym jest 9% analfabetów, już same litery na karcie wyborczej są taką trudnością, że gdyby trzecim kandydatem był Osama Bin Laden, to pewnie dostałby ok. 10-15% głosów. W końcu co za różnica. Osama, Obama, tylko ten McCain nie pasuje. Gdy oglądałem spoty wyborcze kandydatów, to po prostu trafiała mnie ich głupota. Głupota spotów, głupota obietnic. Bo w spocie finansowanym przez sztab wyborczy Baracka Obamy obejrzymy przez 95% czasu reklamy - McCain'a. Usłyszymy, że McCain jest kolegą Busha, że popierał Busha w 90% głosowań i decyzji, że wyśle kolejnych "naszych chłopców" do Iraku, Afganistanu, Iranu, itd. Ale oczywiście sztab McCain'e nie pozostaje dłużny Demokratom i w spocie McCain'e jest tylko i wyłącznie Barack Obama i jego wady. A najgorsze co jest w tym wszystkim to to, że każdy spot każdego kandydata na dowolne stanowisko (gdzie prosty lud dokonuje wyboru) kończy się sakramentalnym. "I approve this message" (Aprobuję te słowa). Oczywiście takimi samymi słowami kończy się reklama McCain'e, w której przez cały czas piętnował on to, że Barack podniesie podatki, że zgubi się w światowej polityce, że Barack wpuści terrorystów do Ameryki, itp. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że spot kończy się słowami McCain'e: "Wybierzcie mnie, a udowodnię Wam, że gdybyście wybrali Baracka to on by podniósł podatki". No kurwa mać. DEBILE! Wybierz mnie, a pokażę Ci jak byłoby pod rządami tego, którego nie wybraliście. Pustka intelektualna rodem ze stajni Bushów. Tak więc jutro czy pojutrze, czy kiedy to tam Ameryka "dokona wyboru", proszę się nie dziwić, że wygrał... McCain. Z V-ce prezydentem w postaci V-ce miss Alaski, która wyda połowę budżetu państwa już nie na wojny, a na kosmetyki. Każdej Amerykance zafunduję krem do twarzy, a każdemu Amerykaninowi maść na hemoroidy - takie powinni mieć hasła wyborcze, bo Republikanie nic więcej Ameryce dać nie mogą. Aa... a jakby jednak pomyliło im się coś w głosowaniu, to Barack Obama zginie w pierwszym roku swojej kadencji - tak uważa większość białych Amerykanów (AMERYKANÓW, i to nawet bardzo dobrze wykształconych). To może rozpocząć wojnę domową. A który z nich (prezydentów) będzie lepszy dla Polski? Obydwaj nie potrafiliby znaleźć Polski na mapie, wymienić trzech sławnych Polaków, powiedzieć, czy jesteśmy w NATO czy w Układzie Warszawskim, więc jak te dwa pionki mogą mieć wpływ na Polskę? Nijak - polscy politycy tak samo będą bez wazeliny wchodzić między ciemne pośladki Baracka Obamy lub między 72letnie półdupki McCain'a. Dear Ash, a masz może coś do powiedzenia w sprawie powyższej notki i wyborów w USA? Laureaci Nobla z U.S.A.? Pokaż mi, ilu jest Amerykanów urodzonych w Stanach Zjednoczonych i zawsze tam żyjących, którzy otrzymali nagrodę Nobla. Nobliści jedynie pracują w USA. Są zatrudniani przez amerykańskie firmy, uczelnie, instytuty badawcze, bo amerykańskie instytucje tego typu mają po prostu pieniądze na badania i na późniejszą promocję "swoich" ludzi. Tak więc tacy naukowcy, późniejsi Nobliści, często przyjmują amerykańskie obywatelstwo, by było im łatwiej egzystować w U.S.A. Najsilniejsza gospodarka? Amerykańska giełda w kilka dni straciła połowę swojej wartości - to nazywasz silną gospodarką? OK, rozumiem, że jest to strata wirtualna, spowodowana paniką maklerów i inwestorów, ale tak właśnie mniej więcej wygląda ich gospodarka - piękna i kwitnąca jest jedynie na papierze! Na słupkach i wykresach giełdowych. Rozkwit amerykańskiej gospodarki skończył się wraz ze zniesieniem niewolnictwa i z zakończeniem wyścigu z ZSRR o pierwszeństwo we wszystkim. Taka potęga gospodarcza, a w ciągu 3lat nie potrafi odbudować Nowego Orleanu (miasta mniejszego od Rzeszowa czy Lublina). To nawet biedna Polska szybciej się podniosła po powodzi z 1997 roku. Chiny mogą zeżreć amerykańską gospodarkę na śniadanie i nawet nie mieć po tym czkawki. Zrobią (zazwyczaj skopiują) wszystko 2x szybciej od Amerykanów i 2-3x taniej - tylko kto wtedy będzie kupował ten ich chłam po 0,99$? Najmocniejsza armia? Pokaż mi chociaż jedną wojnę, którą Amerykanie wygrali? Może w Wietnamie? Może w Iraku? Afganistanie? ŻADNEJ! Tylko dopisują kolejne tabliczki z miejscami bitew na pomniku Iwo Jima w Washingtonie. I po co im taka armia? Byś mogła się nią pochwalić przede mną na moim blogu? Armia jest po to, by koncerny zbrojeniowe (Lockheed Martin, Boeing, General Dynamics, Northrop Grumman, Raytheon) zarabiały co roku miliardy dolarów na broni. Mieszkałem obok fabryki czołgów w Sterling Hgts. Obok zamknięta fabryka GM, działająca na 1/4 mocy produkcyjnej fabryka Forda, a w General Dynamics produkcja i naprawa czołgów Abrams pędzi pełną parą, 24godziny na dobę. Kapitalizm w USA? Czy wydawanie przez rząd Stanów Zjednoczonych 700mld. dolarów z publicznych pieniędzy na ratowanie prywatnych banków Ty nazywasz kapitalizmem? Podobnie z 25mld. dolarów dla trzech potentatów motoryzacyjnych General Motors, Forda i Chryslera ma być kapitalistycznym "wolnym rynkiem"? To chyba kiepsko uważałaś na zajęciach z ekonomii. Mam prawo krytykować USA jak mi się podoba. Stany Zjednoczone to nie jest jakaś nietykalna tybetańska krowa! Prawo do swobody wypowiedzi, więc także i krytyki daje mi pierwsza poprawka do konstytucji USA. A jak Ci się to nie podoba, to nie czytaj tego bloga. 90% inteligentnych Amerykanów NIE JEST DUMNA Z BYCIA AMERYKANINEM. Inteligentnych, a nie jedynie wykształconych w drogich uczelniach za pieniądze tatusiów milionerów, jak Bush junior. Slow down, girl, SLOW DOWN. stany 2008-11-03 20:01:01 skomentuj (30) Kryzys... w USA. Widzę, że teraz Polska i cały świat patrzy ze strachem na USA, by przypadkiem nie zarazić się od Stanów Zjednoczonych tym całym kryzysem, jak jakimś strasznym, nieuleczalnym wirusem. W Polsce bida aż piszczy (to, że na ulicach widać 10x więcej limuzyn klasy średniej wyższej, niż jeździło ich jeszcze kilka lat temu nie świadczy o tym, że w Polsce jest dobrobyt i dostatek - przyp. dla Macieja i innych czepialskich), a wszyscy analitycy i politycy bardziej zajmują się sytuacją gospodarczo- ekonomiczną w USA, niż na własnej ziemi. Czemu tak? By za kilka miesięcy lub lat móc zgonić wszyskie ekonomiczne niepowodzenia na to, że tak jak "za komuny" Amerykanie zrzucali na nasze kartofle stonkę ziemniaczaną, tak teraz przysłali nam kryzys ekonomiczny...;) A jak zaczął się obecny kryzys w USA? Oczywiście niemały w tym udział miała i ciągle jeszcze ma tania siła robocza z 1,2miliardowych Chin, 1miliardowyh Indii, i reszty krajów trzeciego świata. Z całego USA i z całego zachodniego świata zaczęto masowo przenosić fabryki do "Państwa Środka", albo sprowadzać za bezcen gotowe produkty z owych krajów. Ale totalnym przyśpieszeniem kryzysu w USA była prawda o amerykańskiej gospodarce. Okazało się, że cała Ameryka, połowa firm, niemała część ich giełdy, to tak naprawdę jedna, wielka "bańka mydlana". Firmy fałszowały raporty i księgi przychodów (tzw. kreatywna księgowość), by wykazywać zyski, ukrywać straty, tylko po to, by akcje ich firmy pięły się i pięły na giełdzie. Ceny akcji się pięły, prezesi co roku przyznawali sobie wielomilionowe premie za doskonałą kondycję spółki i wszystko było OK. Podobnie robiły i ciągle robią np. kampanie naftowe, które może nawet wielokrotnie zawyżają ilość ropy, która znajduje się w ich polach roponośnych. Nikt przecież nie wejdzie im do dziury w ziemi i nie będzie obliczał pojemności złoża - dlatego teraz wszystkie Texaco, itp. mają akcje po tyle, po ile mają (ExxonMobil zarobił w ciągu roku "na czysto" 14miliardów dolarów - o 18% więcej, niż w rekordowym poprzednim roku). Teraz właśnie te kampanie mogą dyktować cenę paliwa na amerykańskim, więc i na światowym rynku, wcale nie rosnącą ze względu na wzrost cen ropy na giełdach światowych. Dziś 3$/galon, za dwa miesiące 4$, a za pół roku 5$ i nikt nie zmieni tego, co zechce wielki teksański sponsor Prezydenta Busha seniora, Busha juniora i pewnie połowy innych przeszłych i przyszłych prezydentów, gubernatorów, senatorów, kongresmenów. Bańka mydlana pękła, gdy wyszła na jaw kreatywna księgowość w Enronie - gigancie energetycznym zatrudniającym ponad 22 tysiące pracowników. Okazało się, że firma, która była jedną z większych notowanych na giełdzie, tak naprawdę jest bankrutem. Księgowa odpowiednio przesuwała straty między inwestycje, przekupione audyty tego nie wychwytywały i wszystko na papierze przez wiele lat wyglądało OK. Tysiące ludzi zostało bez pracy, bez funduszu emerytalnego, z niespłaconymi domami, samochodami. To był początek. Później okazało się, że nawet potentaty typu Microsoft to też wirtualne potęgi. Przecież to tak naprawdę tylko kilkaset komputerów w Dolinie Krzemowej i kilkaset mądrych mózgów programistów. Wystarczy, że ktoś wymyśliłby jakiś lepszy od Windows system operacyjny, tańszy lub nawet darmowy, a sądy na całym świecie nałożyłyby na Microsoft dziesiątki miliardów kar za praktyki monopolistyczne i... znów miliony ludzi traci miliardy wirtualnych, giełdowych dolarów. Działo się to wszystko w czasie, gdy swoje pazury zaczął pokazywać chiński Tygrys z jego 10% wzrostem gospodarczym i tak tanią siłą roboczą, że pracownicy w USA zaczęli tracić pracę, bo wiele komponentów i gotowych produktów przypływało do USA z Kraju Środka. Niedaleko mnie jest sklep w którym wszystko kosztuje 1dolara. Sklep jest wielkości naszych Tesco, Makro czy Carrefour i naprawdę jest wszystko po 1$. Nie mniej niż 98% rzeczy nosi naklejkę Made in China. A obok jest sklep, na którego froncie powiewa amerykańska flaga i widnieje napis: Buy American. Ale przecież Chiny nie chcą zarzynać największego rynku zbytu. Abstrahując od kolejnego powodu upadku Stanów Zjednoczonych - Bilionów dolarów, które rząd USA wydał i codziennie jeszcze wydaje na wojnę w Iraku zamiast na stabilizację upadającej gospodarki. Przez kiepską sytuację i upadek wielu linii lotniczych po zamachach 9/11. Rząd USA wpompował w owe linie wiele miliardów USD, ale ludzie przestali na jakiś czas latać. Tanie auta, tanie paliwo, bardzo tanie lub wręcz darmowe autostrady, więc wystarczyło tylko wyjechać kilka lub kilkanaście godzin wcześniej i było się na miejscu tak samo dobrze, jak samolotem. A może nawet taniej i w bardziej dogodnych godzinach i z praktycznie nieograniczoną ilością bagażu jaki możemy ze sobą zabrać. Później doszła trudna sytuacja wielu ubezpieczycieli, gdy trzeba było wypłacić miliardowe odszkodowania za zniszczenia spowodowane przez Catrinę itp. huragany. A do tego wszystkiego doszło załamanie na rynku nieruchomości. Przed kryzysem kredyt na mieszkanie w USA mógł dostać prawie każdy. Wystarczyło, że np. zbierało się puszki na ulicy i miało kwit ze skupu metali kolorowych, że to co miesiąc przynosi jakiś tam dochód. Bank zatem kredytował takiemu komuś dom lub mieszkanie dobrze wiedząc, że ktoś musi wpłacić np. 10-20% wartości mieszkania. Mieszkania ciągle drożały, więc bank miał "na dzień dobry" 20% wartości mieszkania, oraz rokroczny wzrost jego rynkowej wartości. Gdy delikwent przestawał spłacać raty, bez żadnych tam formalności wywalało go się na zbity pysk. Żadni tam leniwi komornicy, wielomiesięczne postępowania komornicze, odwołania, okresy ochronne na eksmisje, itp. Mijał ostateczny czas spłaty raty widniejący na ostatnim monicie w sprawie zadłużenia, pojawiał się "pan przeprowadzka na zbity pysk". Wysiedlono pierwszego niespłacającego swojego kredytu hipotecznego. Drugiego, dziesiątego, setnego, tysięcznego, milionowego... Banki były szczęśliwe, bo dostawały domy często spłacone już w niemałej części. Ale gdy spłacać je przestało ponad milion rodzin, wtedy zaczął się problem przewagi podaży nad popytem. Pustych mieszkań na sprzedaż było i jest coraz więcej, a ludzi, których na nie było i jest stać coraz mniej. Rynek mieszkań stanął, banki kredytujące budowę mieszkań lub ich zakup zaczęły tracić płynność finansową. Klienci banków zaczęli wpadać w panikę wycofując pieniądze i doprowadzając banki do upadku. I tak oto amerykański sen zamienił się w horror dla milionów ludzi na całym świecie, (bo w amerykański rynek nieruchomości inwestowali wszyscy wielcy tego świata). Kto śledzi WIG i ulokował na polskiej giełdzie papierów wartościowych swoje pieniądze, ten wie, czym między innymi była spowodowana ostatnia, ciągle trwająca korekta kursów. Z racji recesji i spadku popytu na dobra produkowane w U.S.A. (Japończycy zaczęli przejmować coraz większą część rynku samochodowego, a Chińczycy zaczęli zalewać U.S.A. wszystkim, co tylko produkują) zaczęto zamykać lub przenosić do innych krajów fabryki samochodów, itp. A gdy załogi się buntowały przeciw masowym zwolnieniom, właściciele fabryk zgadzali się zachować zatrudnienie pod warunkiem zgody załogi na obniżenie o połowę płacy, i załogi zazwyczaj się godziły (z 28$/h na 14,25$ - to obecne (18 maja 2008) stawki i warunki wynegocjowane w jednej z fabryk samochodowych w Detroit). Oczywiście to tylko przedłuża agonię danego oddziału wielkiego producenta samochodów. Zadłużenie Amerykanów w bankach jest tak wielkie, że banki nawet nie chcą "piskać", by ktokolwiek w końcu zaczął to wszystko spłacać, by nie zacząć kolejnej zapaści - tym razem kredytów konsumenckich. Tu można ogłosić upadłość finansową osoby prywatnej. Czyli - gdy zaciska nam się na szyi pętla kredytowa, mówimy "PASS", banki zabierają nam wszystko, co mamy, ale możemy wszystko zacząć od nowa. Wziąć na raty kolejne mieszkanie, samochód - pewnie tym razem nie tak duży i drogi dom, nie tak nowy i duży samochód, no i nie tak łatwo dostaniemy ten kredyt - ale kto wie, tu Amerykanin nie uczy się na błędach, bo nie jest Polakiem. Obecnie kandydaci na prezydenta USA obiecują 5milionów miejsc "zielonej pracy". Oznacza to pracę przy ekologicznej energii (fabryki elektrowni wiatrowych, farmy takich wiatraków, ekologiczne rolnictwo, biopaliwa, agro-turystyka, itp.). Większość Amerykanów nie przyjmowało do wiadomości tego, co się dzieje z ich gospodarką i walutą do czasu, gdy Raper - 50cent w jednym ze swoich teledysków wiózł walizkę pełną 500Eurowych banknotów, zamiast 100Dolarówek. To naprawdę była wtedy wiadomość dnia we wszystkich amerykańskich serwisach informacyjnych i ekonomicznych. Ale póki Amerykanie nie wyjeżdżają masowo na wakacje za granicą (bo nie muszą - w Ameryce mają wszystko - i góry i doliny, i rzeki i jeziora, i pustynie i wieczne śniegi, i wszystkie zabytki świata skopiowane jak nie w Las Vegas, to w Disneylandach), póki nie czują tego, że za ich pensję zamienioną na obce waluty w innych krajach stać ich na niewiele, to naprawdę jeszcze nie wiedzą, jak zubożeli w globalnej gospodarce. Kilka miesięcy temu w Belgii i w Holandii przez jakiś czas dolar taniał tak bardzo, że przestali go w ogóle wymieniać w bankach i kantorach. Teraz Amerykanie tylko powinni się modlić, by Chińczycy, (czyli ciągle wschodzący azjatycki tygrys) nie zarżnęli finansowo USA. Mają w swych dłoniach wszystkie do tego niezbędne narzędzia. Nie mieli w co inwestować miliardów dolarów, które generuje ich gospodarka, więc kupowali obligacje USA warte dzisiaj setki miliardów, biliony dolarów. Kilka razy tyle dolarów mają w gotówce, jako nadwyżka w bilansie handlowym. Wystarczy wszystko to wpompować z powrotem do USA i nastąpi ekonomiczny koniec ostatniego mocarstwa na Ziemi. Dlatego właśnie USA zawsze będzie popierał Chiny we wszystkim. Mordują Tybet? A niech mordują - pewnie Tybetańczycy to terroryści, więc należy im się śmierć. ![]() 1. Enron na sprzedaż. Akcje w kilka dni przecenione z 90$ do zaledwie kilku centów. Upadek tego przedsiębiorstwa w 2001 roku przewrócił amerykańską giełdę i sprowadził "do parteru" ceny akcji przedsiębiorstw nowoczesnych technologii. 2. Buy American! Patriotyzm ekonomiczny zaczął się w USA o wiele za późno... 3. Sklep, w którym jeszcze rok temu robiłem zakupy (min. cyfrową lustrzankę Canona, 2 kamery z HDD i 2laptopy) dzisiaj mogę sobie kupić w całości - pewnie za cenę niewiele wyższą, niż kawalerka w Warszawie. Tę notkę, tak jak większość tego bloga pisałem w kwietniu 2008, gdy USA było dla mnie świeżością. Wystarczyło przyjechać, spojrzeć na ten cały "burdel" i obiektywnie lub subiektywnie stwierdzić, że wkrótce to się wszystko zawali. Tak więc czasem w swoim "czarnowidztwie" staję się niestety jasnowidzem... stany 2008-09-25 12:24:01 skomentuj (18) Wróciłem do Polski... Abstrachując na razie od powodów mojego powrotu do Polski, napiszę moje pierwsze wrażenia po powrocie. Byłem w USA zaledwie 4m-ce i 23dni. Że wrócę do Polski było pewne, ale, że tak szybko, już nie. Bilet przebukowywałem kilka razy, by odstatecznie zdecydować się na bukowanie biletu na lot, który miał się odbyć za zaledwie kilkanaście godzin. To też nie ważne w tym wszystkim... Podobno tak nie można i się "nie da", ale ja dałem radę... Wystarczyło tylko wyjść z samolotu, by zacząć się... bać. By zauważyć absurdy polskiej rzeczywistości. Tak samo, jak w locie do USA, tak samo przy powrocie powitał mnie deszcz. Samolot zaparkował przy kołnierzu łączącym go z terminalem. Oczywiście otwarto także tylne drzwi, i podjechały schodki, by ludzie mieli okazję zmoknąć wychodząc po śliskich schodkach, idąć do autobusu, który dowiezie ich do terminala. Dlatego właśnie owymi drzwiami nikt nie wyszedł. Od razu dała się też poznać polska "gościnność". Celnik od razu powiedział, że nie jest informacją, na której taśmie z bagażami wyjadą bagaże z samolotu z Frankfurtu. Oczywiście można to powiedzieć ładnie: "Przepraszam, ale nie wiem, gdzie wyjadą pana pagażę." Można i po polsku: "Nie wiem, tam jest tablica informacyjna". W Polsce także potrafi być coś nielogicznego - pasy numerowane w kolejności nie logicznej (rosnącej czy malejącej), a w takiej, w jakiej zostały dobudowane - a że te priorytetowe i pierwsze są na terminalu nr 2, tego już się nie dowiemy. A jak jesteśmy obcokrajowcami i nie władamy językiem polskim, to możemy od razu zacząć się bać. Na szczęście celnicy w ogóle nie zainteresowali się lotem z Frankfurtu (ach, dziękujemy Ci Układzie z Schengen!) i przywiezione na polski obszar celny 2laptopy i 2kamery mogły tu wjechać bez cła. Bo kto mi uwierzy, że w USA każdy ma po 2-3 komputery, po przynajmniej jednym samochodzie, itd. Ledwie tylko rozstąpiły się drzwi za którymi znajdowała się POLSKA, od razu przystąpił do mnie pierwszy "łowca jeleni" zwany tutaj taksówkarzem. Za podwiezienie mnie pod Pałac Kultury i Nauki weźmie "tylko" 70zł. A że szybko się zorientował, że sam jest większym jeleniem ode mnie, znalazł kolegę, który zrobi to za 50zł. Aż strach być w Polsce obcokrajowcem. Ciekawe, gdybym zapytał po angielsku, ile kosztować mnie będzie droga pod PKiN, to ilokrotnie wzrosłaby suma? Ostatecznie pojechałem za 35zł. Pod PKiN musiałem złapać BUS-a do mojego miasta. Oczywiście kierowca już na dzień dobry powiedział, że mi bagaży na pewno nie weźmie. - A Pan myśli, że jak się wraca ze Stanów? Z walizką dolarów? - zapytałem coraz bardziej wkurwiony tą całą Polską. - Mnie to nie interesuje. Jakby każdy miał tyle bagaży, to bym nikogo nie zabrał. - Jestem bratem Mateusza i kolegą wszystkich Świeciów (właścicieli firmy przewozowej)... i od razu zmieniła się gadka i bagaże jednak dały się zabrać. Trzydziestominutowe czekanie na odjazd BUS-a też pokazało "Polskę właśnie". Dzika walka o miejsca parkingowe. "Uprzejmość" kierowców trzeba sobie po prostu wymusić siłą i rozpędzoną albo trąbiącą na innych toną blachy. Inni kierowcy przyhamują i wpuszczą nas tylko dlatego, by sobie nie rozbić auta. Wjadą z innego pasa w ostatniej chwili pod sam sygnalizator, by nie stać na końcu kolejki. Wyprzedzą innego kierowcę z redukcją biegu, z maksymalnym wykorzystaniem mocy silnika i chwilę później z ostrym hamowaniem, by tylko zyskać jedną pozycję w sznurku samochodów. W USA przejechałem ponad 10tys. kilometrów. Drogami wielopasowymi i jednopasami i... widziałem tylko dwa wyprzedzania. Tam i pasów jest więcej, i nikomu tak się na tamten świat nie śpieszy. Ale i każdy ma pod stopą te 150-300 koni mechanicznych i nie wlecze się 40-stką po mieście. Matko, jak w te 4,5 miesiąca zmieniła się Polska... stany 2008-09-19 22:04:00 skomentuj (15) Paliwo i MPG Było o paliwie, a teraz będzie o jego "spożywaniu" przez amerykańskie samochody. W końcu mężczyzna ze mnie, więc samochody, to TO (prócz kobiet), co nas, facetów kręci najbardziej. Dawniej, gdy paliwa były tanie, najważniejszą wytyczną dla Amerykanina przy zakupie nowego auta było... by było ono Made in U.S.A. Amerykańskie w świadomości Amerykanów zawsze oznaczało: najlepsze, największe, najbardziej proste, więc i niezawodne. Żadne tam japońskie elektroniczne „bajery” czy minimalizacje. Żadne tam niemieckie wynalazki inżynieryjne. Dlatego silniki większości rodzinnych samochodów w USA miały przynajmniej po 4-5litrów pojemności. Mocy z takich silników mocno nie wyciągano, by dłużej mogły służyć i rzadziej się psuć, więc "skromne" 200-250KM w samochodzie służącym do wożenia rano dzieci do szkoły było normą. Tak więc dawniej kupowało się Forda, Chevroleta, Chryslera, Buica, Dodge, czy Pontiaca, a bogatsi nabywali Cadillaca lub Lincolna i wszystko było jasne - im bardziej prestiżowy znaczek na masce i im więcej koni mechanicznych, tym lepiej. Jednak, gdy benzyna od tamtego czasu podrożała prawie czterokrotnie, to teraz ważna jest wysoka wartość innej liczby. Nie oznaczającej już ilości KM (koni mechanicznych), zwanych tutaj hp (Horse Power), a coraz ważniejszą "jednostką" jest MPG (czyli miles per galon). Oni właśnie tak określają spalanie auta, czyli to, ile mil przejedzie ono na jednym galonie paliwa. W reklamach telewizyjnych większości aut ta właśnie wartość jest eksponowana bardziej, niż wszystkie inne bajery, w które auto jest wyposażone. W końcu za bajery płaci się tylko raz, a za benzynę do auta przez wszystkie lata posiadania samochodu. Nasz samochód przejeżdża na galonie najwięcej w swojej klasie - aż 30MPG! Nasz pickup przejeżdża aż 20 mil na galonie, itd. Tu nigdzie w reklamach nie pada ani pojemność silnika, ani tym bardziej moc auta. U nas wszyscy producenci chwalą swoje turboDiesle, szczycąc się mocą silnika wydobytą z 2litrów pojemności, oraz ilością litrów niezbędną do jego zasilenia - zazwyczaj poniżej 5litrów na 100km. Stosując prostą kalkulację, że skoro jeden galon to 3,8litra, a jedna mila to 1,61km, więc spalając 1galon na jedną milę otrzymujemy spalanie 273litrów na 100km. Wystarczy zatem podzielić 273 przez ilość mpg i już mamy normalny przelicznik, czyli ile owo auto pali litrów na sto przejechanych nim kilometrów. Bezkonkurencyjna w USA pod tym względem jest Toyota Yaris. Oczywiście tu Yaris ma silnik przynajmniej 1,6litra, a wyposażenia dodatkowego tyle, że 40mpg (6,8l/100km, oczywiście jest to minimalne spalanie przy ekonomicznej jeździe na pustej autostradzie, zapewne na najlepszym paliwie) ciągle jest o wiele za dużą wartością jak na polskie realia. Ale skoro większość samochodów nie przejeżdża średnio nawet 25mil na galonie, wartość 40mpg jest wręcz jakby jazdą na oparach:) Tu tak naprawdę nie tylko pojemność silników oraz moc aut powodują duże spalanie paliwa. Ważny jest też tutejszy styl jazdy. Tu ze świateł rusza się bardzo szybko. Nikt tu nie musiał nigdy uczyć się ekonomicznego ruszania, optymalnej zmiany biegów przy 2tysiącach obrotów na minutę (bo tu wszyscy mają automatyczne skrzynie biegów), więc gaz wciska się często "do podłogi". Tu wyjeżdżanie z bocznej uliczki na główną drogę nie oznacza czekania na kilkaset metrów pustej jezdni, ale na szybkie i w miarę płynne włączenie się do ruchu. Tu jest tyle tych idiotycznych STOPów, że zanim wyjedzie się z osiedla, trzeba, (jeśli jedziemy zgodnie z przepisami) około 5-6razy zatrzymać i ruszyć 2tonową lub jeszcze cięższą masę stali na kołach. A odnośnie STOPów właśnie. W Polsce panuje zasada, (czyli przepis kodeksu drogowego), że jeśli znaki nie wskazują inaczej, panuje "zasada prawej ręki". Oznacza to, że nadjeżdżający z prawej strony zawsze ma pierwszeństwo. Jak ktoś chce ładnie i zgodnie z przepisami rozbić auto, to wystarczy pojechać na dowolny parking przed supermarketem. Wyjechać z prawej strony z alejki, przy której znajdują się miejsca parkingowe na szerszą drogę dojazdową do owych alejek i... mamy widowiskowe boom. Bo 99,9% kierowców uważa, że jeśli jedzie szerszą drogą, to mają pierwszeństwo. A przecież tak nie jest. Dlatego właśnie, żeby uniknąć takich sytuacji w USA, wszędzie są te nieszczęsne STOP-y. Ale czasami naprawdę stoją w idiotycznych miejscach. Oczywiście kolejność ruszania na takich skrzyżowaniach wyznacza to, kto pierwszy się przed owym stopem zatrzyma i odliczy przepisowe 5sekund zatrzymania auta. Właśnie pokazują najnowszy trend w sprzedaży aut w USA. Rok temu małych aut sprzedawało się 1 na 8 sprzedanych. Obecnie już jeden na pięć sprzedanych nowych samochodów jest pojazdem małym. Małe w USA oznacza np. Forda Focusa, Hondę Civic, Toyotę Corollę, VW Golfa (nazywanego tu Rabbitem) czy przebój rynku - Toyotę Yaris. Jak widać, są to w większości auta japońskie i europejskie. Amerykanie nie nauczyli się jeszcze robić rzeczy małych, szczególnie samochodów. No, no.. jeszcze kilka lat i się durnie nauczą używać silników Diesla. Tu na olej napędowy jeżdżą jedynie ciężarówki. I w niektórych stanach ich kierowcy strajkują przez katastrofalną cenę tego paliwa (ok 4,5$/galon). W kampanii wyborczej na prezydenta USA zarówno Barack Obama jak i John McCane obiecują obniżyć wszystkie możliwe podatki na paliwo, szczególnie w dwa dni w roku, gdy cała Ameryka jedzie do swojej rodziny świętować - to Memorial Day (święto typu naszego Święta zmarłych + dzień wspominania wszystkich poległych na wojnach) oraz Święto Niepodległości. Jeszcze kilka słów o salonach samochodowych i komisach aut. Jest tam jedna dobra rzecz. Wszystkie samochody mają we wszystkich salonach jednakowe wywieszki. Tzn., że dowiemy się o każdym samochodzie, każdej marki tego samego na wywieszce o takim samym lub bardzo podobnym wzorze graficznym. Największymi cyframi wypisana będzie wartość... MPG. Dwie liczby oznaczające spalanie w mieście oraz na autostradzie. Np. 14 i 19MPG dla Chevy Suburban. Poniżej mniejszymi, że powyższa wartość może się różnić w zależności od stylu jazdy kierowcy (11-17MPG w mieście i 15-23MPG na autostradzie). Na owej wywieszce obliczą nam też roczny koszt paliwa (po przejechaniu średnio 15tys. mil, tankując FlexFuel po 2,8$ za galon). Zobaczymy także bazową cenę tego modelu, oraz cenę za egzemplarz, na którym jest owa wywieszka naklejona. Zobaczymy ilość gwiazdek w testach bezpieczeństwa, lata gwarancji, itd. Oraz, co jest dla Amerykanów bardzo ważne - w ilu procentach auto jest wykonane w U.S.A./Kanadzie lub przynajmniej z amerykańskich komponentów. ![]() 1. Ujednolicona wywieszka sprzedażowa na amerykańskim samochodzie (window sticker). Z największych liczb dowiemy się o spalaniu auta. Z innych m.in. w ilu procentach auto jest Amerykańskie, a w ilu % mieszali w nim swoje paluchy np. w tym przypadku Meksykanie. 2. Grafika doskonale przedstawiająca światowy rynek motoryzacji. W 2006 roku w USA sprzedało się 16,6 miliona aut, przy średniej cenie auta 28,300$, a wartość rynku wyniosła 470miliardów dolarów. To więcej, niż pięć kolejnych państw razem wziętych! 3. Tabelka sprzedawalności aut w 2009 roku. W czerwcu 2008 królowała Toyota, której modele Camry i Corolla/Matrix sprzedały się w 83,752 szt, zostawiając w tyle Hondę Accord/Civic - 79,671 szt. i deklasując Forda Fusion/Pickupy model F - 53,515 szt. Rok później, gdy ceny paliw spadły, a rząd USA dotował koncerny motoryzacyjne tak, że te prawie rozdawały auta za darmo, proporcje się zmieniły. Toyota 46,329 szt., Honda 44,909 szt., Ford 54,476 szt. Tylko te trzy marki x 12 miesięcy = prawie 2 miliony nowych aut rocznie! skomentuj proszę tę notkę. Paliwo w USA... Ropa naftowa to dosłownie TO, co napędza Amerykę, więc paliwo zasługuje na osobną notkę. Ropa napędza amerykańską gospodarkę (cały przemysł motoryzacyjny). Ropa napędza także amerykański przemysł zbrojeniowy (bo przecież o ropę toczy się wojna w Iraku, zacznie się wojna w Iranie, o ropociągi walczy się w Gruzji, Czeczenii, walczyło w byłej Jugosławii, itd.) Co dziwne, zawsze gdy na danych terenach znajdują się złoża roponośne, to religią panującą w tym rejonie jest Islam. Oczywiście wszyscy chcieliby móc w Polsce tankować benzynę po około 2,2zł/litr (kalkulacja na dzień 4września 2008, a rok później tj. w październiku 2009 jest to 1,75zł/litr). Tutaj macie zawsze aktualną cenę paliw w całych Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Ale, gdy okazuje się, że za te 3,6$/galon (w najtańszych paliwowo stanach około 3,3$, a najdroższych już ponad 4$/galon, a rok później odpowiednio 2,6$ i 3,5$ za galon) nalejemy nie naszą 98-mkę czy 95-tkę, a jedynie 87 oktanów, przestaje dziwić fakt, że jest ona tak tania. Chociaż niby nie, bo w USA określa się liczbę oktanową za pomocą MON (Motor Octane Number), gdzie europejskim odpowiednikiem amerykańskiej LO 87 jest nasza pospolita 95-tka wyznaczana metodą RON (Research Octane Number). Tu jeszcze na wielu stacjach można zatankować (za ok. 3$/galon, a jesienią 2009 za 2$/galon) 85-tkę! Jest to etanol, nazywają go oni tu (FlexFuel), co chyba odpowiada naszym BioPaliwom. Oczywiście tu nie zatajają faktu, że ma ono tak niską wartość energetyczną, chociaż gdy poszukałem na Necie to niby ma przelicznikowo względem zwykłej benzyny 100-105 oktanów! Trudne to wszystko do pojęcia, jak ceny paliw w Polsce!;) W USA jeżdżą na Flexie tylko te... nowocześniejsze auta, zazwyczaj furgonetki o dużych silnikach o wysokim stopniu sprężania. To, że jeżdżą na Flexie jest dobrą kartą przetargową producenta samochodu w walce o klienta - "Naszym autem, na Flexie oszczędzisz 1,500$/rok. (po przejechaniu 75tys.mil rocznie). Olej napędowy kosztuje dziś około 4,2$/galon, by rok później stanieć na 2,85$/galon. Chyba zmieniono opodatkowanie diesla, a co za tym idzie znacząco obniżono jego cenę, by ludzie powoli przyzwyczajali się do oszczędnych turbodiesli. Na stacjach najczęściej wkłada się w dystrybutor kartę kredytową, naciska się guzik z liczbą oktanową paliwa (od 87, 89, po 92), leje tyle ile się zechce i odjeżdża. W dzień można także zatankować i zapłacić gotówką, ale nocami najczęściej najpierw należy zapłacić, a później można tankować. Prawie codziennie w wiadomościach pokazują kolejnego kierowcę, który zaparkował swoje auto przy dystrybutorze, zatankował, poszedł zapłacić, a tu mu jakiś "czarny" nim odjechał, bo kluczyli zostawił w stacyjce, a czasem i włączony silnik (tu się go nie gasi, gdy się wychodzi na krótko, bo nie trzeba oszczędzać na wypalanym darmo paliwie). O 75 centów podrożało w USA paliwo w ciągu ostatniego roku (od maja 2007 do maja 2008). 9centów podrożało w ciągu ostatniego tygodnia. A od mojego przylotu, gdy na "mojej" stacji benzynowej Speedway kosztowało odpowiednio: Regular (87oktan) - 3,29$; Plus (89okt) - 3,39$; Premium (92okt) - 3,49$, po miesiącu trzeba było wydać już odpowiednio: 3,57$; 3,67$; 3,77$, a na Diesla - 4,19$. Paliwo jest kolejną z tych rzeczy (prócz żywności), na którą nie nakłada się 6% podatku obrotowego (tzw. TAX). Tzn. podatek jest już wliczony w cenę, a nie, jak ze wszystkimi innymi rzeczami, dopiero przy kasie zapłacimy 6% więcej, niż wynosi cena na metce czy opakowaniu. W końcu paliwo to to, co napędza Amerykę dosłownie i w przenośni. Na stacji Shell też mają superpaliwo V-Power. U nas ma ono niby 99oktan, a tu tym super extra paliwem jest 92oktanowe:) Ale po co się tu tym martwić, skoro moc auta zaczyna się od 200KM, więc ewentualna strata kilku koni mechanicznych przez zatankowanie gorszego paliwa jest niezauważalna. Ale przez zauważalny wzrost cen paliw zaczęły się oszustwa na stacjach benzynowych. Galon coraz częściej nie ma objętości galona, a np. 3,5litra, a paliwo 87 czy 92 oktanowe ma oktanów o wiele mniej, niż jest napisane na dystrybutorze. Dla Amerykanów obecne ceny są kosmiczne. Codziennie padają te właśnie słowa - price from space. A granicą psychologiczną, którą do wakacji (pisałem tę notkę w maju) może osiągnąć galon paliwa są cztery dolary za galon (zaznaczam, że w Polsce obecna cena wynosi około 7,5$/galon - przeliczając przy cenach w Polsce po 4,5zł/litr, a 1$= 2,3PLN). Jeśli tankować, to najlepiej rano, bo cena jest niższa. Właściciele stacji robią taki myk, że rano obniżają cenę, bo wszyscy pędzą do pracy i nie mają czasu zatankować. Ale w głowie koduje się im, że na owej stacji było tanio. Wracają, cena jest już o 10centów wyższa, więc oszczędzający niestety musi ją zapłacić, by następnego dnia dojechać do pracy (a jeździ się do niej nieraz i po 100mil dziennie, czyli wypala około 3-5galonów, podczas gdy przeciętny zbiornik mieści ich około 16. W Polsce na każdej stacji benzynowej jest kilkanaście kamer śledzących klientów, czy czasem nie uciekną z bakiem pełnym paliwa. Tu pewnie też uciekają, ale tu strata jest niewielka. Cały 60litrowy zbiornik kosztuje ok. 50$, więc po co się narażać? Że też nikt jeszcze nie odkrył, że można podjechać na stację benzynową z np. "pożyczonymi" od jakiegoś wraku tablicami rejestracyjnymi i spokojnie później odjechać;) Albo podjechać przodem auta, (z przodu w stanie Michigan nie trzeba mieć tablic rejestracyjnych, zatankować i odjechać na wstecznym?;) No i wykrakałem. Wystarczyło tylko poczekać 3tygodnie od mojego przyjazdu do USA, gdy to w ciągu tygodnia litr paliwa podrożał o 9centów (do około 3,50$/galon), by lawinowo namnożyły się ucieczki z bakiem pełnym paliwa bez płacenia za nie. Codziennie w wiadomościach jest informacja o "Jump on the pump" czyli o skoku (ceny) na dystrybutorze, albo pojawia się Pump Raport. U nas jest informacja o stanach na giełdzie czy sytuacja pogodowa, a u nich o dzisiejszej cenie paliwa. Przed wojną w Iraku płacili za nie niecałego dolara za galon. Jeszcze kilka lat temu było po niewiele ponad dolar za galon, więc teraz, gdy płacą 3-4x tyle, to naprawdę jest powód do narodowych wywodów i analiz. W różnych konkursach w radio albo w telewizji dawniej, podobnie jak u nas, można było wygrać np. darmowy weekend w SPA, wycieczkę, kosmetyki, a obecnie... talon na paliwo. Naprawdę! W końcu tu każdy ma samochód, więc i każdy musi wydawać coraz więcej na paliwo. Tanie SPA może sobie tanio wykupić w ofercie LastMinute, wycieczkę podobnie, na dobrą cenę kosmetyków zapolować w jakiejś promocji, albo otrzymać w prezencie, ale paliwo już tańsze nie będzie. Talon na Free Gas za 100- 200 czy 500 dolarów, albo na 100galonów paliwa jest obecnie pragnieniem milionów Amerykanów. Jest idealnym prezentem na Dzień Matki (obchodzą go tutaj 11maja). A Chevrolet, do kilku modeli nowozakupionych samochodów daje kartę upoważniającą do tankowania przez rok lub dwa lata, paliwa po 2,99$/galon. Później taką samą promocję dla swoich klientów wprowadził Chrysler, Dodge i Jeep. Akcja zwie się LetsRefuelAmerica.com. Jeśli jest to oferta bez żadnych ograniczeń (np. maksymalnie 100galonów miesięcznie), to myślę, że można "puścić Chevroleta z torbami". Oni po prostu nie wiedzą, co potrafią nasze "mrówki", które jadą na Ukrainę lub Białoruś, tankują pełen zbiornik taniego paliwa, w Polsce je wypompowują, znów jadą na za wschodnią granicę, tankują i tak w koło zarabiając jedynie 1PLN na litrze. Niech tylko paliwo dojdzie do 5$/galon, wtedy taka zabawa z kuponami paliwowymi Chevroleta opłaci się nawet w Ameryce. Do osobówki wchodzi około 16galonów, ale do Pickupa już po 30-40galonów. A jednak... - gdy poznałem szczegóły promocji wszystko stało się jasne. Paliwo należy się nam po te 2,99$/galon tylko przez pierwsze 12tys. mil w danym roku. Jedynie to najtańsze (87oktan) lub diesel. Tankowane jedynie na wybranych stacjach przy pomocy karty kredytowej, by można to było kontrolować. Oj, muszą mieć jakiegoś Polaka w zarządzie Chevroleta;) Kolejna rada, by oszczędzić benzynę - jeździć z zamkniętymi oknami, bo otwarte okna powodują większe opory powietrza i spalanie paliwa. Wypakować z samochodu wszystkie zbędne rzeczy, by auto ważyło jak najmniej, przez co będzie szybciej i bardziej ekonomicznie się rozpędzało. A nie ukrywam, że w amerykańskich, wielkich bagażnikach można czasem zmieścić pół garażu zbędnych rzeczy. Teraz tylko pora na poradę typu - należy schudnąć do normalnych, europejskich rozmiarów, przez co średnia statystyczna amerykańska rodzina będzie miała 100-150kg mniej do wożenia w samochodzie. I kolejna porada w kolejnych wiadomościach, tym razem mechanika samochodowego, by za 400-1200$ wymienić filtr paliwa i pompę paliwa. Wtedy cały układ będzie działał bardziej sprawnie, a co za tym idzie - oszczędnie. Taki spryciarz! No i wreszcie ktoś (jeden z dziennikarzy TV) normalnie spojrzał na tzw. "oszczędności". Ja widzę je od razu. Np. jednym rzutem oka na tablicę z cenami paliw, że obecnie nie ma sensu lać paliwa Flex (85oktanowego za 3,10$) tańszego od zwykłego paliwa zaledwie o około 50centów, czyli około 15%, bo silnik musi go spalać o 15-20% więcej, więc nie ma oszczędności finansowej, a strata. Wreszcie zrobili kalkulację, jak daleko może być oddalona tańsza stacja benzynowa, która proponuje paliwo o 10centów tańsze, by nam się opłacała wycieczka do niej. Przy prawie pustym baku, byśmy mogli zatankować do pełna, stacja nie może być dalej niż 3mile. Bo inaczej potencjalny zarobek zeżre nam koszt dojechania do owej stacji. A może po prostu wystarczy przesiąść się do malutkich samochodów, jak robi to większość cywilizowanego świata? Może Amerykanie kiedyś do tego dojrzeją. Bo już naprawdę jest nudne, że przynajmniej 20% wiadomości dziennie to kolejne wydarzenia przy dystrybutorze. Narzekania klientów stacji benzynowych, narzekania właścicieli stacji na coraz częstsze kradzieże paliwa, porady ekspertów, co robić, by auta mniej paliły, itp. Jest 23maja (notka została napisana w maju, ale obecne ceny przekalkulowałem na wrzesień). Benzyna już wszędzie w stanie Michigan przekroczyła 4dolary za galon. A jeszcze kilka m-cy temu to był najczarniejszy scenariusz, który miał się spełnić (a najlepiej, by nigdy się nie spełnił) co najwyżej dopiero w wakacje, gdy Amerykanie zaczynają masowo podróżować. Za 3dni (26maja) jest w USA święto Memorial Day. Wypada w poniedziałek, więc mają przedłużony weekend. Oczywiście w kraju pracoholików nie mówi się o przedłużonym weekendzie (które w Polsce potrafią mieć nawet 9dni, gdy odpowiednio weźmie się 2-3dni wolne w okolicach 1-3maja). Tu mówi się nie o dłuższym weekendzie, a o krótszym tygodniu pracy. Pytają w TV, co planują w tegoroczny, ostatni majowy, 4dniowy tydzień pracy? Zazwyczaj jechało się całą rodziną w jakiś ciekawy zakątek stanu, którego jeszcze nigdy się nie widziało. Ale przy obecnych cenach benzyny, Amerykanie w te święta przejadą 11miliardów kilometrów mniej, niż rok temu. I kolejna nowinka. Z racji drogiego paliwa, niektóre firmy wprowadziły... 4dniowy tydzień pracy dla swoich pracowników. 4dni w tygodniu pracują po 10godzin, i jeden dzień mają wolny. To pozwala zaoszczędzić ponad 20% na paliwie. Tu średnio dojeżdża się do pracy około 30mil, a nierzadko nawet i 100mil (czyli 160km, którą to odległość tutejszymi autostradami pokonuje się w 1,5godziny - czyli tyle czasu, ile zajmuje "dobry" korek w Warszawie;) Właśnie jakiś polityk rozpoczął burzę wypowiedzią, że ceny paliw powinny być wysokie, a nawet jeszcze wyższe, by ludzie musieli kupować mniejsze i oszczędniejsze auta. Ale Ameryka nie dojrzała nie tylko do małych aut, ekologii, ale nawet do oszczędnych silników na ropę. W Polsce już ponad 60% sprzedawanych nowych aut to TurboDiesle, a u nas? No i się stało... po raz pierwszy słowa "u nas" dotyczą Ameryki. Czyli powoli się amerykanizuję?! No way! A kilka dni później nowy trend na stacjach benzynowych. Cena za paliwo, gdy płacimy kartą kredytową wynosi 3,74$, ale gdy zapłacimy gotówką, to wynosi już tylko 3,65$. Dlaczego? Bo ludzie tankują za coraz mniejsze kwoty (są tak naiwni, że myślą, że jutro będzie taniej!), więc opłata jaką ponosi właściciel stacji benzynowej za obsługę karty kredytowej klienta jest niemałą częścią jego zysku. Więc woli dać 9centową zniżkę na galonie za płatność gotówką, niż tracić centy lub procenty, gdy ktoś zatankuje kartą za np. 15dolarów. Kolejna nowość. Można sobie wgrać do telefonu komórkowego specjalną aplikację (albo wejść na odpowiednią stronę jak mamy tel. z przeglądarką) i telefon sam pokaże drogę, albo przynajmniej poda adres najbliższej taniej stacji benzynowej. Oni naprawdę dostali fioła na punkcie cen paliwa. Codziennie w każdych wiadomościach jest jakaś nowinka odnośnie tego, jak mniej płacić za benzynę. Jeden z właścicieli stacji obniżył cenę o 20centów na galonie. Co się wówczas stało? Kolejka ustawiła się tak długa, jak u nas za czasów "komuny". Jeszcze trochę i wprowadzą kartki na paliwo - wreszcie Ameryka ujrzy zalety socjalizmu paliwowego:) Kolejka liczyła kilkaset metrów, trzeba było czekać około godziny na zatankowanie. Znając głupotę Amerykanów, pewnie połowa z tankujących i tak nie zatankowała do pełna - bo z pustym bakiem nie przyjechali. A nawet gdyby zatankowali cały zbiornik, to zarobiliby na nim około 3$ (16galonów x 0,2$). Tak tu się oszczędza. W ciągu tej godziny ciągłego podjeżdżania w kolejce wypalili... pewnie paliwa za 4$. Może nawet zwolnili się z pracy, tracąc godzinową pensję, by taniej zatankować? Tylko oni tak to potrafią. A teraz w poważnym programie porównują wszystkie możliwe metody oszczędzania paliwa - od dodatków uszlachetniających do benzyny, przez tankowanie paliwa lepszej jakości (droższego, ale silnik mniej go spala), przez megnetyzery paliwa, jakieś inne cuda i perpetuum mobile, po ogniwa paliwowe, auta hybrydowe i przerabianie diesli na olej z frytek (oleju takiego wszelkie McDonalds'y, Burger Kingi, itp. produkują dziennie setki ton). Terenowy hybrydowy Lexus RX400h jest jedynym autem, które widziałem, by w mieście paliło mniej, niż na autostradzie (w mieście 10,5l/100km, na HighWay'u - 11,4l/100km). Oczywiście nie podają, co jaki czas trzeba wymienić te kilkanaście akumulatorów w Lexusie, oraz ile taka wymiana kosztuje. I czy takie auto sprawdza się tam, gdzie zimą temperatura spada do -20stC, wtedy sprawność i pojemność akumulatorów BARDZO spada. Ale w Kalifornii i Arizonie, gdzie zima oznacza spadek temperatury z +40stC do +20stC, takie auta na pewno mają rację bytu. Albo i w ogóle auta w pełni elektryczne, gdyż prąd mają tutaj taniutki. I kolejne wiadomości i kolejne przebłyski amerykanizmu. W wysokiej cenie benzyny oni oczywiście odnajdują też dobre strony. Wiele osób rzuca palenie, bo skoro rośnie ilość pieniędzy przeznaczanych na paliwo, to brakuje ich na różne zbytki. Na jedzenie zawsze wystarczy, ale już papierosy po 4,5-5$ to ponad galon paliwa. Nikt nie rzucał palenia, gdy za jedną paczkę papierosów miał 2-3galony benzyny. Ale teraz, gdy za paczkę fajek ma się jedynie galonik paliwa, wszyscy na potęgę chcą zamienić papierosy na benzynę. Na wielu stacjach na tablicach z ceną paliwa są wywieszane cztery ceny: Cena paliwa najtańszego, najdroższego, Diesla oraz taką samą czcionką... cena paczki Marlboro. Jedyną osobą naprawdę się cieszącą z ceny paliwa sięgającej 4$ za galon jest... właściciel fabryki cyferek. Całą dobę, pełną parą produkuje te wszystkie czwóreczki, które wkrótce zostaną wystawione na wszystkich przystacjowych tablicach i pylonach z cenami. I ma nadzieję, że za kilka miesięcy takim samym powodzeniem będzie cieszyła się piątka. I znów coś nowego. Po autostradach w USA jeżdżą takie specjalne samochodu, które pomagają ludziom zepchnąć auto, odholować, zabezpieczyć, by ich jakiś 40kołowy truck nie zmiażdżył na poboczu czy na wolnym pasie. Oczywiście na swoim pokładzie taki samochód ma wiele galonów paliwa dla wszystkich tych, którym go zabrakło. Dostaje się za darmo 1galon benzyny, by dojechać do pierwszej stacji. Za darmo, by wszystko trwało jak najkrócej i nie było niebezpieczeństwa, że jak ktoś będzie za takie paliwo płacił, czy podawał dane, to ich wszystkich za kilka dolarów roztrzaska jakiś pędzący TIR. I co teraz się dzieje? Coraz więcej osób staje na autostradzie i udaje, że brakuje im paliwa. Dzwonią po pomoc, pan przyjeżdża, wlewa galon paliwa i taki delikwent odjeżdża, by chwilę później powtarzać taki sam numer na innej autostradzie, albo dzień później na tej samej. Zaczynają kombinować... Wkrótce powiedzenie "Polak potrafi" zamieni się, albo przynajmniej dostanie przyrostek "Amerykanin też próbuje" Sorry, jak komuś notka wyda się nudna, ale wyczerpałem w 101% amerykański temat paliwowy. ![]() 1. Najdroższe dostępne w USA paliwo - Shell V-power, 99 oktanów wg. norm europejskich, cena... 1,92zł/litr. 2. Dystrybutor paliwa. Miejsce na kartę kredytową, a na górze monitor LCD na którym lecą reklamy, byśmy w momencie tankowania się nie nudzili;) 3. Wiele skrzyżowań w USA wygląda tak, jak tutaj - cztery stacje benzynowe po jednej w każdym narożniku skrzyżowania. Tutaj Citgo, w tle BP, a po przekątnej Speedway i Marathon. stany 2008-09-04 12:12:30 skomentuj (11) Prawo jazdy w USA wyrabia się tak: Myślałem, że w USA wszystko jest łatwe. A przynajmniej łatwiejsze niż w Polsce. Że tu, dokumenty (szczególnie te niezbędne do prawnego funkcjonowania, takie jak Prawo Jazdy lub ID) zdobywa się łatwo i bez zbędnych kłopotów i formalności. Może i kiedyś tak było (przed zamachami 9/11). Może jeszcze przed rokiem było łatwiej (przepisy odnośnie wydawania prawa jazdy w stanie Michigan zaostrzyły się na początku 2008 roku). Może dla rodowitego obywatela USA to wszystko jest prostsze, niż dla napływowego rezydenta, no, ale bez przesady! Dawniej (nawet jeszcze w 2007roku) można było sobie wyrobić (w stanie Michigan) prawo jazdy bez numerku SSN. Czyli każdy odwiedzający USA w celach turystycznych (czyli tak, jak robi to większość naszych Rodaków), komu po 1-3miesiącach przedawniało się prawo do poruszania się samochodem na podstawie polskiego prawa jazdy, mógł sobie wyrobić amerykańskie Driver's License. Teraz niestety procedura jest bardzo złożona. A dla mnie wydaje się wręcz... DEBILNA! W USA obowiązują procedury. Gdy przyjeżdża karetka do kogoś, kto nie żyje już od kilku dni, to zgodnie z procedurą sprawdzą jego puls - ZERO! Jego temperaturę? 22stC. I poddają go eletrowstrząsom, pomimo tego, że to trup, który psuje się od kilku dni, i efekty tego psucia się czuć już bardzo wyraźnie. Procedura wymaga właśnie takich zachowań i czynności, i tak też wszyscy ratownicy postępują, by nikt nie zarzucił im zaniedbania swoich obowiązków. Podobnie urzędnicy we wszystkich amerykańskich instytucjach. Ludzie pracujący w urzędach są jedynie przedłużeniem komputera. Takim rozszerzeniem peryferyjnym, jak myszka lub klawiatura. To jedynie urządzenie wejścia - wyjścia informacji. Jeśli w odpowiednią rubrykę taka osoba nie wpisze odpowiednich danych, z jedynie uznanych proceduralnie dokumentów, to dalej nie ruszy nawet, gdyby była ciągnięta przez wielkiego TIRa lub Mariusza Pudzianowskiego. Oznacza to, że jeśli legalności mojego pobytu w USA nie stwierdzę moim numerem SSN wypisanym na oryginalnej karcie SSN, drukiem W-2 lub SSA-1099, albo książeczką wojskową USA, ale przyniosę jakieś pismo urzędowe, w którym ów numer się znajduje czarno na białym to i tak nie przekonam pani z okienka, że mam prawdziwy numer SSN. Bo dla niej wcale nie jest oczywiste, że skoro mam dokument, do otrzymania którego SSN był niezbędny - np. Zieloną Kartę, i muszę mieć SSN, by móc mieć tę Zieloną Kartę - to ona po prostu nie ma o tym pojęcia! Przekładając to na polskie realia, to coś takiego, jakby musiała zaznaczyć w komputerze, czy mam zdaną maturę, a ja zapomniałbym mojego świadectwa maturalnego, ale zamiast tego wylegitymowałbym się dyplomem ukończenia wyższej uczelni, a pani nie wiedziała, czy ma zaznaczyć, że mam maturę. Ja pokazuję Pani, że mam dyplom ukończenia Politechniki, że jestem inżynierem, że przecież nie mogę pójść na studia bez matury - a ona - pokaż świadectwo maturalne, bo tak mi nakazuje komputer, bo ja nie wiem, co to dyplom ukończenia uczelni wyższej, bo sama ukończyłam tylko przedszkole. Koniec kropka. Tak więc niezbędną kartkę z moim numerem SSN oczywiście miałem. - OK. Świadectwo legalności mojego pobytu w USA można stwierdzić: aktem urodzenia w USA, amerykańskim paszportem, Zieloną Kartą, świadectwem obywatelstwa, świadectwem naturalizacji, itp. - ja pokazałem moją Zieloną Kartę - OK. Moją tożsamość można stwierdzić za pomocą przynajmniej dwóch dokumentów: polskim prawem jazdy (najczęściej trzeba je tłumaczyć, albo najlepiej już w Polsce wyrobić sobie międzynarodowe prawo jazdy, na którym można jeździć w USA) kobieta wykazała się dobrą wolą i chciała dostrzec, że na przedniej stronie polskiego prawa jazdy przebiegają różowe napisy we wszystkich unijnych językach, że jest to Prawo Jazdy, Driver License, itd; - OK No i zaczyna się kuriozum - dowód mojego zamieszkiwania w stanie Michigan. Najważniejsze są... rachunki wystawione na mnie. Przybyłem zaledwie kilka dni wcześniej, mieszkam za darmo w domu mojej matki, a oni chcą, bym przedstawił jakiś rachunek wystawiony na siebie, np. za wodę, za gaz, za telefon, za internet. Jak nie rachunki, to ratę kredytową za cokolwiek - np. że spłacam samochód. To może chociaż list z banku, że posiadam u nich konto i przynajmniej jeden "wyciąg" wysłany na mój michigański adres. Korespondencja lub cenzurka ze szkoły wysłana na mój adres. Ichni PIT lub inny dowód opłacania tu podatków stanowych lub federalnych. Polisa zdrowotna, polisa na życie lub polisa samochodowa wystawiona na moje nazwisko i adres. Itp. Pokazuję kobiecie i tłumaczę jak krowie na pastwisku, że otrzymałem już pięć ważnych listów od urzędów imigracyjnych USA wystawionych na moje nazwisko i wysłanych na mój michigański adres. Jest to list z U.S. Citizenship & Immigration Services, w którym przysłali mi moją zieloną kartę, jest to list z Departamentu of Homeland Security z notą powitalną w USA, oraz list z dupy Maryny, w którym otrzymałem moją Social Security Card. Wszędzie widnieje moje imię, nazwisko oraz michigański adres. No, sorry, ale tych urzędów nie ma na liście. No KURWA MAĆ! To ja kilka dni po przyjeździe do USA mam mieć już wystawione na siebie kilka rachunków za media, kilka wyciągów z konta w banku, w którym nigdy przedtem nie byłem, mam mieć udokumentowane trzy lata nauki w szkole, z której otrzymywałem listy z ocenami?! Chcę zdobyć dokument niezbędny do życia, pracowania, dojazdu do szkoły, a tu muszę mieć jakieś debilne i nieosiągalne dla nowoprzybyłego obywatela świstki papieru. Mam polski paszport, amerykańską wizę, zieloną kartę, SSN, polskie prawo jazdy, polski dowód osobisty, a nie mam rachunku na 10$ za 100kWh zużytego prądu i dupa z tego wszystkiego? Mogłem sam sobie w domu na drukarce wydrukować rachunek za skoszenie trawy przed domem i pewnie by to wystarczyło. Nie wiem, jakie problemy mają obcokrajowcy z wyrobieniem sobie prawa jazdy w Polsce. Ale myślę, że jeśli mają kartę stałego pobytu, to jak tylko zdadzą jakimś cudem niezbędny test teoretyczny i jeszcze większym cudem egzamin praktyczny, to nikt im nie utrudnia życia. Tu myślę, że z papierami będzie o wiele większy problem, niż z egzaminami. I na czym stanęliśmy? Na najbardziej kuriozalnej sprawie - miejsce mojego zamieszkania w USA. Tu nie trzeba się meldować, więc jedynym dowodem zamieszkania są... rachunki. Wynajmujemy mieszkanie, następnego dnia możemy, a nawet powinniśmy wszystko przepisać na siebie. Wszystkie czynsze, opłaty za gaz, prąd, telefon - to jest dowodem naszego zamieszkiwania pod adresem, którym się posługujemy. Ewentualnie może być wyciąg z banku. Więc skoro przybyliśmy do USA dopiero co, nic na siebie nie mamy, bo mieszkamy u rodziny, a konta w banku jeszcze nie założyliśmy, a jak nawet, to pierwszy wyciąg przyjdzie dopiero po 20stym, to jesteśmy uziemieni na miesiąc, bo nie udowodnimy, gdzie mieszkamy. I tak oto wygląda wolność i swoboda w USA. Nie musisz się meldować, ale przez to tak naprawdę nie istniejesz dla komputerów Secretary od State. Gdy przyszedł mi wyciąg z banku, że mam tam konto, oszczędności, kartę kredytową, oraz gdy przedstawiłem list ze szkoły oraz certyfikat z owej szkoły, że ukończyłem "English as a Second Language" - mogłem jechać do Secretary of State, by może wreszcie wyrobić sobie to pieruńskie prawo jazdy. Uff, trafiłem na białą panią, co oznacza, że może zrozumie moje położenie. I zrozumiała. Dostałem test do ręki, dowolną ilość czasu na jego rozwiązanie. Test oczywiście dostępny był po polsku i wszystkich innych językach, więc don't worry imigranci. Zrobiłem 5błędów, więc oczywiście... zdałem. Mogłem zrobić 10, w 40pytaniach. Skoro w USA prowadzą auta różni Bangla, którzy samochód widzieli w swoich krajach jedynie na obrazkach, a całe życie poruszali się co najwyżej na krowie lub osiołku, więc co dopiero ja. Popłynąłem na pytaniach typu: Kierowca prowadzący auto ocenia sytuację na drodze, na którą może zareagować w 4, 8 czy 12sekund, albo kiedy możemy przy wyprzedzaniu schować się przed wyprzedzany pojazd - gdy zatrąbimy przy jego wyprzedzaniu, gdy wyminiemy go ponad 15metrów, czy gdy zobaczymy obydwa jego światła we wstecznym lusterku?;) Nie chciałem przesadzać i robić zdjęć pytań, ale niektóre naprawdę były kuriozalne. Po zdanym egzaminie teoretycznym (kosztuje 1cent, czyli zdaje się go za darmo), dostałem listę numerów telefonów szkół jazdy lub prywatnych egzaminatorów, którzy mogą mnie przetestować na Road Teście. Zadzwoniłem i umówiłem się na dzień później. Można jechać swoim autem, albo jej (była to kobieta!;) Jeśli swoim, to trzeba mieć oczywiście dowód rejestracyjny, ubezpieczenie, oraz auto powinno być sprawne, bo sprawdzenie jego sprawności w wyniku wątpliwości kosztowałoby 25$. Test kosztuje 40$. A reszta procedury papierkowej w urzędzie dodatkowe 25$. A jeśli własnego auta nie mamy, to za 35$ wynajmujemy auto egzaminatora (w tym przypadku byłby to 2,5tonowy PickUp Ford F150!) Na początku "plac". Podjechać do przodu i stanąć na białej linii na asfalcie możliwie blisko zderzakiem. Wycofać tyłem do garażu - po słupkach, po ścianach bocznych, byle zmieścić się w "światło" garażu;) Zrobić kopertę. Zrobiłem kopertę tak, że pół auta wystawało - w końcu to wielka Toyota, a nie mała Corsa, ale oczywiście... wszystko OK. Później pani poprowadziła mnie 10mil po moich najbliższych okolicach i wszystko zdane. Dziwnie się człowiek czuje, gdy na egzaminie świeci się czerwone światło na skrzyżowaniu, my oczywiście możemy na nim skręcić. Zapytałem uprzejmie czy mogę, pani uprzejmie odpowiedziała, że tak, i wio. I ponowna wizyta w secretary i... KURWA! To jest państwo DEBILI! Przegięli na pełnej linii! Są po prostu popierdoleni na MAXA! Nie mam słów na głupotę ich administracji publicznej. Byłem tam dzień wcześniej. Przyjmowała mnie ruda pani. Wszystko było OK, więc wydała mi test teoretyczny, który wypełniłem, zdałem. Dała mi więc zaświadczenie, że mam prawo robić sobie test z jazdy. Zrobiłem test z jazdy. Po jego pozytywnym zaliczeniu dostałem piękny certyfikat, że mogą mi wreszcie wydać to pieprzone prawo jazdy. Wracam z nim szczęśliwy do Secretary of State, a tu mi popieprzona inna baba z okienka mówi, że mi ważność wizy wygasła. JAKA KURWA WIZA? Mam zieloną kartę! Teraz wizę mam w dupie. Małpo durna - czemu tak utrudniacie ludziom życie? Nie utrudniamy, takie są przepisy. Ale zobacz, tu na wizie wydanej w ambasadzie USA w Warszawie, amerykański urzędnik Imigracyjny w dniu w którym przyleciałem do USA przybił pieczątkę, która wydłuża ważność wizy o rok. Do czasu otrzymania zielonej karty. - Ale ja nie wiem, co znaczy ta pieczątka. Przefaksowałam twoje dokumenty do Lansing (stolica stanu). Czekaj na telefon, OK? Tak kurwa, wszystko OK. Gdyby to była Polska, to żadnej takiej sprawy nie pozostawiałem w takim stanie. Pogoniłbym babę do szefa, niech ten przyjdzie, bo mi się nie chce z nią nawet gadać. Przyszedłby szef, popatrzył, posłuchał, pocmoktał, poudawał mądrego i musiał się zgodzić na moją argumentację. I kazałby swojej podwładnej miło się obejść z panem Danielem. Ale tu... tu wszystko jest GŁUPIE. Jej szef jest równie głupi, z tą różnicą, że zarabia trochę więcej. Talibowie nie będą potrzebowali prawa jazdy, by wjechać ciężarówką pełną materiałów wybuchowych do jakiegoś innego WTC czy Oklahoma City. Do ludzi z innych stanów USA. Nie piszcie mi zaraz, że to u Was wygląda inaczej. Wiem, że inaczej! W stanie Nowy York zdobywa się punkty. Za każdy dokument jest inna ilość punktów. Możesz się wylegitymować kartą rowerową za 1punkt albo paszportem za 3punkty. Czymkolwiek, by w sumie zebrać 6punktów określających Twoją tożsamość. Jakie dokumenty potrzeba w stanie Michigan, znajdziecie Tutaj. Baa.. jeszcze lepsza farsa jest z wiarygodnością kredytową. Jeśli jesteśmy "starej daty" i po prostu boimy się "plastikowego pieniądza", czyli kart kredytowych, płatniczych, debetowych, czeków, itp. A jeszcze bardziej boimy się kredytów, to... w systemie bankowym USA po prostu nie istniejemy! Jeśli wszystko, co mamy, kupiliśmy za gotówkę, to możemy mieć kłopot z kupieniem telefonu, bo operator nie może sprawdzić, czy nie mamy zadłużenia w jakimś banku ze spłatą rat za dom, samochód, meble czy telewizor. A skoro nie ma nas w komputerze, w którym oni sprawdzają wiarygodność kredytową, to nie ma nas wcale! Baa II... kilka dni temu matka wykupywała sobie ubezpieczenie zdrowotne. Agent przyszedł do domu, skroił ofertę wprost dla klientki i... gdy przyszło płacić pierwszą składkę okazało się, że musi być czek. Czek lub numer karty kredytowej. Żadna inna forma płatności nie wchodzi w rachubę. - Jak nie to nie, straciłeś klientkę - powiedziała miło matka do agenta. Ten zaczął wydzwaniać po swoich kolegach agentach, zwierzchnikach, szefach i wreszcie któryś powiedział, że mogą wysłać pocztą dokumenty i rachunek i będzie go można opłacić, tylko, że ubezpieczenie nie będzie działać od chwili podpisania, a dopiero od otrzymania listu i wpłynięcia pieniędzy na konto. Dlatego właśnie większość sklepów typu market, itp. prowadzą działalność bankową pod nazwą Money Order. To takie coś, jak w Polsce okienka opłat za gaz, telefon, itp. za 99gr, czy 2,50zł za jeden opłacony u nich rachunek. Idziemy do sklepu, chcemy taki niby czek na odpowiednią sumę (np. 22$, bo tyle mamy zapłacić za wodę), sklep nam taki czek drukuje czasami za darmo (np. Kroger w Dearborn) czy za 19, 25, lub 50centów, płacimy te 22,19$ lub 22,25$, podajemy nasze dane i dane odbiorcy czeku, albo dostajemy go "gołego" i w domu wypisujemy na owym czeku, kto go wystawia, (czyli my) no i z jakiej racji (opłata za wodę za miesiąc maj) - i taki czek wysyłamy pocztą na adres odbiorcy. Tak trudne i skomplikowane jest życie XX wiecznego konsumenta w XXI wieku;) ![]() 1. Niezbędnik każdego Amerykanina - prawo jazdy. W okolicach Detroit (czyli w kolebce światowej motoryzacji) prawie nie istnieje komunikacja miejska (autobusy podmiejskie, metro, taksówki, itp), więc człowiek bez prawa jazdy i bez samochodu po prostu... nie ma racji bytu! Nieletni (czyli ci, którzy nie ukończyli 21lat) mają swoje prawo jazdy w orientacji pionowej, by nikt się nie pomylił i nie sprzedał takiemu komuś alkoholu! 2. Tył prawa jazdy w którym zaznaczamy, jakie organy przekazujemy do transplantacji, gdy zginiemy w jakimś wypadku. Wszystkie organy, czy tylko kości, oczy czy inne organy. Ja oddałem potrzebujących tylko mojego członka...;) 3. Tyle papierów trzeba przynieść do Sekretariatu Stanu (czyli tam, gdzie wydają prawa jazdy), by uzyskać ten kawałek plastiku upoważniający do poruszania się po drogach Stanów Zjednoczonych. stany 2008-08-30 10:13:26 skomentuj (8) Zakupy i ceny... Byłem wczoraj w Macy's, takim dość ekskluzywnym amerykańskim sklepie, gdzie na dużej powierzchni, często rozkładającej się na dwóch piętrach można nabyć kosmetyki, ubrania, artykuły wyposażenia mieszkań, itp. rzecz znanych światowych producentów. Coś typu wielkiej galerii handlowej z perfumami wszystkich znanych marek, ubraniami kreatorów mody, itd. W każdym dużym mieście w Polsce mamy coś "podobnego" - Galeria Dominikańska we Wrocławiu, Stary Browar w Poznaniu, Arkadia albo Złote Tarasy w Warszawie, itd. Ale tu wiele marek i szeroki asortyment znajduje pod jednym dachem Macy's. Są oczywiście bardziej luksusowe sklepy typu Bloomingdale's i jeszcze lepsze np. Neiman Marcus, Nordstroms, Saks Fifth Avenue, itd. No, ale snobem, a przede wszystkim milionerem nie jestem, by tam się zaopatrzać. I co jest w tym wszystkim piękne, gdy wchodzi się do takiej galerii w USA? Że idziesz po takim sklepie, podchodzisz do rzeczy, które Cię interesują, które Ci się podobają i... po prostu stać Cię na nie. Podobają Ci się buty - bierzesz do ręki, wkładasz na nogę i jak pasują możesz spokojnie iść z nimi do kasy nawet nie patrząc, ile kosztują. Bo na pewno nie więcej niż 1dniowa pensja. Ewentualnie 2-3dniowa, w porywach tygodniowa, jak jest to coś z "najwyższej macysowej półki" (ale nigdy nie miesięczna nasza pensja, jak to często ma miejsce w Polsce!). Oczywiście, że są buty za 500$ i 1000$, ale te kupią tylko... Rosjanie (głównie dla możliwości pochwalenia się ceną, a nie wygodą). Kupują takie rzeczy także prawdziwi koneserzy luksusu, do których nigdy nie będę się zaliczał... Podobnie jest z kosmetykami. Pasuje Ci zapach D&G? Bierzesz do ręki flakonik i wiesz, że nie będzie kosztował więcej, niż 60-80$. A nie to, co w Polsce, że podnosisz flakonik perfum, patrzysz na cenę i ręce zaczynają Ci się trząść, bo trzymasz w rękach dwutygodniową wypłatę! Tu trzyczęściowy zestaw Christiana Diora (Jadore), w pięknym skórzanym pudełku, które może później służyć za kosmetyczkę kosztuje 88$. Oczywiście w chwili, gdy dokonujemy zakupu, pani zapyta, czy mamy kartę rabatową Macy's? A jak nie mamy, to czy chcemy wyrobić sobie taką kartę (oczywiście za darmo) i na powitanie wśród stałych klientów Macy's da nam 20% zniżki. Tak więc za trzyczęściowy zestaw kosmetyków (gdzie w Polsce, na allegro, same perfumy kosztują około 250zł) tu zapłacimy 165zł. Tutaj, jako, że każdy jest potencjalnym klientem, obsługa naprawdę się stara i pytając nas - Czy w czymś pomóc? - naprawdę chcą pomóc. Nie ma opcji, że kogoś, kto przyszedł w butach za 20$ nie stać na buty za 100$. Tu marki nie są tak ważne, jak w Polsce. Tu nie płaci się góry pieniędzy za głupią łyżwę (logo Nike), czy trzy paski Adidasa. Tu płaci się jedynie za... jakość. Ale i tak zawsze 2-3x mniej niż w Polsce. Topowe buty Adidasa kosztują co najwyżej 130-150$. Nie widziałem żadnych seryjnych butów sportowych kosztujących powyżej 150$. Bo jak jakiś sklep by się wyrwał z taką astronomiczną ceną, to inny bankowo użyje tej ceny w reklamie porównawczej - że w Macy's zapłacisz za te buty ponad 100$, a u nas są za jedyne 90$. Tu 300$ kosztują buty szyte na zamówienie przez koncerny, które szyją je zawodowym sportowcom. Może nasz but być z tego samego kawałka świńskiej skóry z której przed chwilą wytwarzany był but dla Davida Beckhama. A w Polsce trzeba dać 200-250$ za buty, które już dawno zeszły z aktualnych kolekcji w USA czy Europie Zachodniej, a w Polsce płacimy za nie jako za nowość kolosalne pieniądze. Tu naprawdę każdy Europejczyk, który wymienił swoje Euro lub Funty na Dolary musi czuć się jak na jednej wielkiej wyprzedaży. A Polak to dopiero! Nie dość, że dolar bardzo słabo stoi wobec wszystkich innych walut, to jeszcze tu wszystko jest około 2razy tańsze. Pierwsza reakcja jest taka, że chce się kupować po prostu wszystko! Levisy po 25-40$, buty Reebok, Nike, Adidas po 15-70$, laptopy, kamery, aparaty, telefony. Jednak nie widząc, by ludzie się zabijali o te bardzo tanie rzeczy, powoli nabiera się przekonania, że ci Amerykanie chyba nie potrafią liczyć, bo nie kupują tego wszystkiego na pniu. A tak naprawdę to nie Amerykanie płacą mało, to nie Anglicy płacą mało, to Polacy za wszystko płacą tak dużo. To jest naprawdę przykre. Nawet za leki płacimy w Polsce o wiele więcej, niż ludzie z Zachodu. Nie dlatego, że tam leki są dotowane - tam po prostu na chorych tak strasznie się nie zarabia. Kupi ktoś w Polsce Aspirynę w butelce liczącej 200 tabletek za 99centów? TAK, 1,3grosza za jedną - nic tylko chorować!;) Ceny w USA. Myślę, że duży wpływ na ceny wszystkiego w USA mają... reklamy. Oczywiście największy wpływ mają niskie cła i podatki (6% TAX, zamiast 22% VATu), duża siła nabywcza obywateli (sprzedaje się dużo rzeczy, więc można sprzedawać z małą marżą). Dodatkowo na cenę wpływa to, że jest naprawdę przeogromna konkurencja i jak znajdziemy coś taniej w innym sklepie, to ten droższy sprzedawca często obniży swoją cenę jeszcze bardziej, byśmy nie poszli do konkurencji. Nawet w sklepach typu MediaMarkt kasjer ręcznie nam nabije cenę, którą gotowi jesteśmy dać (no, przynajmniej ja mam w CircuitCity takie "chody"). Reklama czyni cuda, a reklama porównawcza czyni wszystko tańszym. To, że można u nich w telewizji, w prasie, w gazetkach reklamowych reklamować się np. tak: "U nas galon mleka kosztuje 1,99$, podczas gdy w Mejier jest ono po 2,5$!". Nikt zatem nie odważy się podnieść ceny czegokolwiek ponad to, co ludzie są gotowi zapłacić, ponad kilka procent marży (a nie jak u nas - kilkadziesiąt), bo konkurencja NA PEWNO wykorzysta taką kosmiczną cenę w swojej reklamie. Będzie grzmiała, że w Macy's najnowsze buty Nike kosztują ponad 100$!, podczas gdy od nas wyjdziesz w nich za jedyne 90$. I, by zaoszczędzić te 10$ naprawdę wiele osób przyjedzie je tam kupić. Nawet przy dzisiejszych cenach benzyny. Bo skoro taniej mają buty, to pewnie wszystko inne też. Tak to właśnie działa w USA i chwała im za to - za prawdziwą konkurencję. Przychodzą nam wysokie raty za ubezpieczenie? Dzwonimy do naszego ubezpieczyciela, a on mówi, że już niczego nie może obniżyć z naszej składki. Dzwonimy zatem do konkurencji i się skarżymy, że płacimy w naszym takim "PZU" za dużo. Konkurencja zrobi wszystko, by nas przejąć, więc da nam naprawdę dobrą ofertę. Dzwonimy znów do naszego ubezpieczyciela, mówimy, że rezygnujemy z jego drogiej polisy, bo "Warta" daje nam lepszą stawkę, więc oczywiście magicznym sposobem to, co jeszcze rano nie dało się obniżyć (nasz rata), teraz jest już o kilkadziesiąt dolarów niższa. Tak więc, tu nawet w drogich wydawałoby się sklepach typu Macy's można nieraz kupić coś o wiele taniej, niż gdzie indziej. Tu nie ma sklepów dla elit i dla mas. Tu "masa" (klasa średnia) ma tak wielką siłę nabywczą, że jest ważniejsza od elit. W Polsce z salonu Ewy Minge nas obsługa delikatnie przegoni wzrokiem, gdy nie zauważy w naszym stroju niczego droższego, niż najtańsza oferowana przez nich rzecz. Tu to my musimy przeganiać obsługę, która chce nam co chwilę w czymś pomóc, coś pokazać, doradzić. Oczywiście, są sklepy do których, by wejść, musimy być celebrity (czyli jakąś znaną osobą lub VIP-em) i mieć umówioną wizytę w takim sklepie - ale takie rzeczy to na szczęście tylko w Californii lub Nowym Yorku. Wszystkie ceny, które będę tu podawał będą już z wliczonym podatkiem TAX. Podatek ten wynosi w stanie Michigan 6%. Kupując coś np. w Nowym Yorku zapłacimy większy podatek (9%), więc cenę należałoby przekalkulować na nowo. Stan Michigan nie ma podatku TAX na żywność, na napoje, na benzynę (tzn. TAX jest już w liczony w jej cenę). Opodatkowane są ciepłe potrawy (pizza, hamburgery, hot dogi, BurgerKing, KFC, McDonalds, Pizza Hut, TacoBell, jedzenie w restauracjach, itd). Inne stany mają TAX na żywność nieprzetworzoną (jedne stany tak samo wysoki podatek jak na inne produkty, inne stany nakładają niższy podatek na żywność). Ale i tak te wszystkie TAX-y są niczym wobec naszego 22% VAT-u, naszych ceł, akcyz, itd. Tak więc już na "dzień dobry" wszystko jest w Michigan tańsze o 15% przez ten właśnie podatek. 22% w Polsce - 6% w Michigan = 15% oszczędności. 2x tańsza benzyna i energia robi dodatkowe oszczędności w kosztach własnych sklepów. A WIELKI rynek zbytu w USA (305milionów obywateli) oraz WIELKA konsumpcja powoduje, że wszystko jest tańsze, bo sprzedaje się tego wiele razy więcej, niż w biednych krajach, więc można zarabiać nie na marży, a na obrocie. Podejmę pracę kuriera na trasie USA - Polska. Zainteresowanych proszę o kontakt na podany z boku adres e-mail. (Śmieszne ogłoszenie? To poczekajcie na notkę o tym, jak Urząd Celny w Warszawie zatrzymał mi paczkę...) Ktoś (Luke) prosił mnie o adresy internetowe sklepów w USA, które ślą rzeczy do Polski. NIE MA TAKICH SKLEPÓW!;) Oni nie wiedzą, co to jest Polska. Oni często nie honorują naszych kart kredytowych. W końcu z Europy Wschodniej (głównie z Bułgarii i Rumunii) pochodzi większość najlepszych złodziei i fałszerzy kart kredytowych. No, OK, są sklepy, które sprzedają rzeczy i wysyłają je do Polski. Najczęściej płatności dokonuje się przez PayPal. Oczywiście na takiej paczce z USA (tzn. w deklaracji celnej) musiałaby być wpisana prawdziwa wartość rzeczy się w paczce znajdujących, a wtedy, gdy jest to więcej niż 35$... polski Urząd Celny już się tym zajmie, byśmy za bardzo nie oszczędzili na imporcie z USA. A gdy sklep na naszą prośbę zaniży wartość przesyłki, to w razie jak ona zaginie, to Poczta Polska odda nam jedynie tę zaniżoną wartość. Tak Unia Europejska (a Polska to już szczególnie!) walczy z zalewem tanich rzeczy z USA. A czy są tanie? Obecnie zastanawiam się nad zestawem Laptop Toshiba + 32calowy TV LCD HDTV Toshiba za 998$. Czyli, kup laptopa, dostaniesz TV gratis. Albo odwrotnie;) Rok później (w październiku 2009) podobny zestaw kosztował już tylko 650$ (laptop Toshiba Satellite L505D-S5965 + 26calowy TV LCD 26AV502U), ale ja kupiłem inny zestaw - Laptop HP Pavilion DV7 + bezprzewodowe urządzenie wielofunkcyjne HP C4795 za 682$. W Polsce, na Allegro za sam taki laptop jego właściciel chce otrzymać 860$ zaznaczając, że to i tak jest o 1000zł taniej, niż chcą za niego w sklepie, czyli w Polsce wychodzi w sumie 2x drożej, niż w USA. Kilka przykładowych cen z Macys: (uwzględniają 6% TAX i zniżkę stałoklientową): Buty Donna Karan DKNYC "Kira" Mary Jane - 98$ Klapki Ralph Lauren "Tara" Sandal - 56$ Azzaro Chrome Legends Eau de Toilette - 125ml - 57$ Burberry Women Eau de Parfum Spray - 100ml - 61$ Burberry Brit Eau de Parfum Spray - 100ml - 72$ Bvlgari AQVA Pour Homme Marine Eau de Toilette - 100ml - 61$ Bvlgari Omnia Crystalline Eau de Toilette - 65 ml - 62$ Bvlgari Rose Essentielle Eau de Toilette - 50 ml - 58$ Bvlgari Omnia Améthyste Eau de Toilette Spray - 65 ml - 62$ Bvlgari pour Femme Eau de Parfum - 50 ml - 72$ Bvlgari Omnia Eau de Parfum Spray - 50 ml - 75$ Bvlgari BLV Notte pour Femme Eau de Parfum Spray - 40 ml - 53$ Bvlgari BLV Eau de Toilette Spray - 75 ml - 70$ Bvlgari Black Eau de Toilette Spray - 75 ml - 58$ Calvin Klein Secret Obsession Eau de Parfum - 100ml - 61$ Eternity by Calvin Klein® Eau de Parfum Spray - 100ml - 57$ ck One Summer Limited Edition Eau de Toilette Spray - 100ml - 35$ Calvin Klein MAN Eau de Toilette Spray - 100ml - 58$ Euphoria by Calvin Klein Eau de Parfum - 100ml - 64$ Calvin Klein® Escape for Men Eau de Toilette Spray - 100ml - 51$ cK One Eau de Toilette Spray/Pour - 200ml - 49$ cK Be Eau de Toilette Spray/Pour - 200ml - 47$ Calvin Klein® Obsession for Her Eau de Parfum Spray - 100ml - 57$ Calvin Klein® Escape for Her Eau de Parfum Spray - 100ml - 57$ CHANEL N° 5 Eau de Toilette Spray - 100ml - 74$ CHANEL N° 19 Eau de Toilette Spray - 100ml - 74$ CHANEL COCO Eau de Parfum Classic Bottle - 100ml - 93$ CHANEL CRISTALLE EAU DE PARFUM SPRAY - 50 ml - 57$ CHANEL COCO MADEMOISELLE Eau de Parfum Spray - 100ml - 93$ Diesel Fuel For Life Eau de Toilette for Men - 75 ml - 52$ DKNY Delicious Night Eau de Toilette - 100ml - 58$ DKNY Be Delicious Eau de Parfum Spray - 100ml - 58$ Dolce & Gabbana The One Eau de Parfum Spray - 75 ml - 72$ Dolce & Gabbana The One Purse Spray - 45 ml - 58$ Dolce & Gabbana Light Blue Pour Homme Eau de Toilette Spray - 125ml - 59$ Light Blue Eau de Toilette Spray by Dolce & Gabbana - 100ml - 69$ Dolce & Gabbana Eau de Toilette Spray for Him - 125ml - 59$ Dolce & Gabbana Eau de Toilette for Her - 100ml - 69$ stany 2008-08-18 06:00:18 skomentuj (34) Ułatwienia życia w USA... W Ameryce wiele rzeczy jest robionych za nas. Byśmy tylko się nie przemęczyli lub nie marnowali czasu lub kalorii. Zaczyna się już od szkoły podstawowej, do której każdy jest odwożony samochodem przez rodziców wprost z garażu ich domu pod samiutkie drzwi szkoły. Jak rodzice nie mogą odwieźć dzieci, to School Bus (czyli ten taki ichni Gimbus) zabierze dzieci z podjazdu domu i zawiezie pod drzwi szkoły i z powrotem nam je po zajęciach odwiezie pod sam dom. Nie ma w USA takiego zakątku kraju i takiego dziecka, po które nie przyjechałby ten ich SchoolBus. Żaden tam jeden mały, skromny, wiecznie się psujący Gimbus na jedną polską szkołę, gdzie dzieci muszą podejść na jakiś przystanek by zostały przez ów pojazd zabrane - tu każde dziecko jest zabierane spod domu. Takie rzeczy jak McDrive, gdzie nie wysiadając z auta kupimy jedzenie, napoje, zabawki dla dzieciaków - nikogo nie dziwią, skoro mamy je w Polsce. Podjeżdżasz do okienka, składasz zamówienie i za chwilę do kolejnego okienka pani przynosi nasze ulubione hamburgery. Ale to tylko w USA więcej osób się McDrive'uje, niż wchodzi do środka McDonald's. Oraz tylko tu są nieraz 2 pasy McDrive! Więcej pasów pod jadłodajnią niż u nas na naszych nieistniejących autostradach! Podobnie działają banki. Podjeżdża się albo do maszyny (ATM - bankomat), albo do okienka, gdzie siedzi pani kasjerka i możemy u niej wszystko załatwić bez wychodzenia z auta. Nawet napaść na bank;) Baa... tak samo podjedziemy autem pod budkę telefoniczną! I mamy wiresowego cellfona w samochodzie (czyli przewodową komórkę;) W każdym sklepie kasjerka lub zatrudniony tylko do tego celu pracownik zapakuje nam wszystkie zakupy i umieści w wózku. Oczywiście wcześniej możemy sobie usiąść na taki samobieżny wózek na zakupy i jeździć między półkami jak jakiś inwalida. Współczułem pierwszej ujrzanej osobie poruszającej się na takim wózku. Pomyślałem, taka młoda, a inwalidka... A to leniwiec się okazał (gatunek pospolity, gromada leniwiec amerykański), a nie inwalidka! Chodzić między półkami się nie chciało tylko turlać dupę na kółkach! Oczywiście gdy już przepakujemy zakupy z wózka do naszego samochodu, to połowa klientów nie odprowadzi wózka na właściwe miejsce, tylko zostawi pod samochodem. Przeto właśnie parkingi przed amerykańskimi marketami są takie duże - połowę miejsc parkingowych zajmują puste wózki! No i oczywiście wielu klientów, gdy szuka w sklepie z ciuchami czegoś dla siebie, to rzeczy które oglądała nie odłoży, tylko rzuci na ziemię. W domu też wiele tego typu ułatwień dla lenistwa. Jeden pilot do całego sprzętu Audio Video. Telefony bezprzewodowe najczęściej sprzedawane są z dwoma, trzema, a nawet czterema słuchawkami, by nie było za daleko do którejś z nich, gdy ktoś do nas zadzwoni. Baa... jak nasz numer telefonu domowego jest dostarczany przez operatora telewizji kablowej (np. AT&T, ComCast, czy WOW!), to gdy ktoś do nas dzwoni, to na telewizorze wyświetlają nam się dane osoby dzwoniącej, tzw. Caller ID. Nawet nie musimy podchodzić do jednego z tych bezprzewodowych telefonów, i wytężać wzroku na malutki ekranik identyfikacji numeru w telefonie, by wiedzieć, kto dzwoni! Jeden rzut oka na TV (czyli pewnie tak naprawdę nie odrywanie od niego wzroku) i już wiemy, czy odebrać. Mydło w płynie wyparło z rynku to tradycyjne. A w McDonald's, BurgerKing, itp. jadłodajniach mydło w płynie wypierane jest przez piankę myjącą. Już prawie nie trzeba pocierać ręką o rękę!;) Pralka i suszarka (gazowa lub elektryczna) powodują, że nie trzeba rozwieszać prania, bo od razu wyjmuje się je suche, cieplutkie, wyglądające jak wyprasowane. Większość obiadów w amerykańskich domach ugotuje się... w 2-3 minuty w mikrofalówce. OK, lazanię należy piec 20minut. Gdy trzeba otworzyć puszkę dla kota, to kot sam zaturla swoją puszkę do automatycznego otwieracza. Dla kobiet, które bardziej chcą się namęczyć "gotowaniem" lub pieczeniem, by może tą drogą trafić do serca swojego mężczyzny (w końcu najkrótsza droga do serca mężczyzny wiedzie przez żołądek), ułatwienia idą jeszcze dalej. Kupią gotowe ciasto, gotowe foremki, i nawet gotowy tłuszcz w sprayu! Bo przecież margarynę albo masło trzeba wyjąć z lodówki, roztopić, wymazać tym foremkę albo piekarnik. A tak - psik, psik i wszystko pokryte filmem olejowym. A jak mężowi zabraknie w garażu WD40 albo CX80, to żona z miłą chęcią pożyczy:) Baa... szczytowym wynalazkiem, które ostatnio widziałem a które służy do umożliwiania lenistwa, jest... podgrzewacz do żelu do golenia dla mężczyzn. Bo przecież trzeba się strasznie namęczyć, by wycisnąć żel z tubki, później robić te takie nieprzyjemne ruchy dłońmi, by żel zamienić w piankę, no i co jest w tym najokropniejsze - nałożyć taką zimną piankę na twarz. Brrr. Bleech! Więc wymyślono podgrzewacz do pianki! Ciekawe, czy ci zniewieścieli faceci, którzy to sobie kupią, nabędą także ultrafioletowy podgrzewacz do jajek... Na zimę jak znalazł;) Myjnie samochodowe są po 1-2$ od auta osobowego, (2-3$ od VANa, 4$ od Pickupa), więc nie widziałem jeszcze nikogo, kto myłby auto pod domem. A zimą mało kto drapie szyby auta, bo albo mają do tego specjalne płyny, którymi wystarczy spryskać szybę i lód sam się rozpuści, albo wiele aut ma odpalanie silnika i ogrzewania szyb z pilota, więc wsiadamy do cieplutkiego już i rozmrożonego auta. A jak takiego „bajeru” w naszym samochodzie nie mamy, to za jedyne 50$ możemy sobie takie zdalne odpalanie auta i rozmrażacza szyb (a w lecie klimatyzatora) kupić i samemu zamontować. A jadąc autem, nawet nogi na gazie nie musimy trzymać, bo odpowiedni przycisk przy kierownicy (Cruise Control) powoduje utrzymywanie prędkości przy której go wcisnęliśmy. Tą samą dźwignią od CC możemy autem hamować. Oczywiście naszym autem wjeżdżamy wprost do garażu z którego przechodzimy wprost do salonu. W większości domów wolnostojących po prostu nie używa się drzwi wejściowych - wszyscy wchodzą przez garaż. Gdyby mogli, to zajeżdżaliby wprost przed telewizor!;) Można przeżyć cały dzień wykonując co najwyżej 100kroków (oczywiście wliczając w to poranną toaletę, dojście do garażu do auta, dojazd do pracy, przejście z garażu podziemnego w pracy do windy, przejście do miejsca pracy, zakupy po pracy). Dobrze, że jest to społeczeństwo w którym przynajmniej w szkole panuje prawdziwy kult sportu i rywalizacji (tu nawet inwalidzie byłoby ciężko uzyskać zwolnienie z WF, a nie to, co w Polsce, że ćwiczą zazwyczaj tylko ci, którzy chcą, a uczennice prawie zawsze w dni w które przypada WF mają TE dni;). Tu samych wypadków na dziewczęcym WF-ie jest ponad 27tysięcy rocznie. Tu dziewczyny na lekcjach wychowania fizycznego grają w piłkę nożną lub hokeja na trawie z taką zaciętością, że polska reprezentacja piłki nożnej mogłaby się od nich uczyć. Jeszcze odnośnie ułatwień życia w USA... Trawę przed domem przystrzyże zatrudniony przez zarząd osiedla Meksykanin (to nie jest wyśmiewanie narodowości, co zarzuca mi pewien rozkochany w Ameryce Citizen z Polski, nie moja wina, że najczęściej właśnie Meksykanie trudnią się tą pracą), dodatkowo przedmucha liście z naszego trawnika. Naszym ogrodem może zająć się jego żona. Trawniki podleją się same z automatycznych zraszaczy. Tu nawet orzeszki pistacjowe są prawie w 100% pootwierane:) W Polsce w 100gramowym opakowaniu około 10% z nich trzeba rozłupywać dziadkiem do orzechów, bo się cholery tak pozamykały w skorupkach. Tu właśnie skończyłem 2kg opakowanie takich orzeszków i zamkniętych w sobie było dosłownie kilka. A ostatnio reklamują w TV... rozbite jajka. Kupuje się jajka w kartoniku, w jakim u nas sprzedaje się np. mleko. Jajka są już porozbijane, byśmy nie musieli się męczyć z wydobywaniem ich ze skorupki. Jaką chemię muszą w sobie zawierać, by móc być tak długo przydatne do spożycia - tego producenci nie podają. I kolejna reklama. Teraz złoto jest w cenie, więc reklamują różnego typu skupy złota i innych kruszców. Nawet wydzwaniają w tym celu do nas do domu. Przyjdź do nas, a za swoje złoto otrzymasz gotówkę od ręki - głosi reklama. A jak nie chcesz przychodzić, wyślij nam pocztą swoją złotą biżuterię, a my wyślemy Ci czek lub wpłacimy pieniądze na konto. Tak robi min Cash4gold.com. Ciekawe, ile złota zebrałby w Polsce ktoś pracujący w rozdzielni na poczcie? Albo listonosz mający w swoim rewirze ów skup metali szlachetnych. Naszych listów też nie musimy wysyłać, ani chodzić do skrzynki pocztowej, bo listonosz odbierze nam je wprost z naszej skrzynki na listy. Leki, gdy jesteśmy leniwi mogą przyjść do nas pocztą, albo przywiezie nam je kurier z apteki, gdy jest to lek ratujący życie (chociażby inhalator dla astmatyka). Wypożyczone książki z biblioteki także mogą nam dowieźć do domu (usługa kosztuje 2$), a w internecie przedłużymy sobie ich wypożyczenie. Wiele rzeczy urzędowych zrobimy w USA przez telefon czy internet. I jak tu nie być DUŻYM?;) I jeszcze jedno kuriozum, możliwe tylko w Stanach. W USA zrobili badania (oni uwielbiają takie "badania" i statystyki) i z samego tego, że ludzie sobie rano nawet kawy nie chcą zrobić i kanapek na śniadanie i do pracy (wolą dłużej pospać i kupić je w McDrive) codziennie spóźnia się do pracy kilkaset tysięcy ludzi. Wypalają w porannej kolejce do tych wszystkich Drive Thru miliony galonów paliwa rocznie. Oczywiście podobnie pojadą około godziny 12-13tej po lunch, znów się spóźniając i znów powodując tasiemcowe kolejki. Powodują przy tym rocznie kilka tysięcy wypadków drogowych (przez rozlaną na kolana gorącą kawę czy wykapujący ketchup na spodniach). O ponad 1040 dolarach wydawanych rokrocznie przez statystycznego leniwego kawosza na samą kawę kupowaną w okienkach czy na stacjach benzynowych już nawet nie wspominam. ![]() 1. Lenistwo po amerykańsku. By nigdy nie było za daleko do telefonu, słuchawek jest aż pięć! Dodatkowo to, kto dzwoni widzimy na ekranie telewizora, by do słuchawki w ogóle nie podchodzić;) 2. By nasze dziecko nie straciło ani jednej zbędnej kcal idąc do sklepu po kolejne bomby kaloryczne, codziennie przez osiedle przejeżdża taki właśnie lodowóz i gra tę swoją demoniczną melodyjkę. 3. A tutaj, by rodzice nie marnowali kalorii, podjadą do banku pod same okienko i załatwią wszystko - od założenia konta, przez wpłaty i przelewy, po napad na bank;) 4. Kolejka pod McDrive. Widać tylko ogonek kolejki stojący na dwóch pasach dojazdowych do okienek McDrive. Trzeba odstać około 5-8minut, a w środku McDonald's puściutko, miło, przyjemnie, Coli do syta. Lenistwo sięga w USA zenitu! 5. Nawet pod budkę telefoniczną nie musimy podchodzić, skoro można pod nią podjechać. A by było jasne, że nie jest to budka dla Liliputów, to na górze jest instrukcja Phone From Car. 6. A to szczyt lenistwa - podgrzewacz do żelu czy pianki do golenia, by łatwiej było zostać metroseksualnym;) 7. Parkingi przed marketami są tak duże pewnie dlatego, że połowa klientów nigdy nie odprowadza wózka na miejsce (nie ma w nich kaucji) i dlatego zajmują one co drugie wolne miejsce parkingowe. 8. Olej i masło w sprayu, by żadna gospodyni domowa nie musiała męczyć się z rozgrzewaniem masła, margaryny czy oleju do gotowania czy wypieków. Wkrótce pewnie smarowanie kanapki możliwe będzie masłem w sprayu, jeśli już tego nie robią. stany 2008-08-16 05:34:44 skomentuj (10) Praca i zarobki w USA. Chociaż dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają, to jednak widząc, o co pytają czytelnicy tego bloga mnie osobiście (przez e-mail, komentarze do bloga lub przez Naszą-Klasę) oraz co wstukują w wyszukiwarki internetowe, by trafić na mój blog (ceny życia w różnych stanach USA, co można kupić taniej w Stanach, ile potrzeba pieniędzy na 1 miesięczny pobyt w USA, jak wyglada życie w Stanach, zakupowy weekend w USA, itd.) napiszę coś o pracy i zarobkach. Oczywiście jest tu opisana sytuacja widziana z mojego punktu widzenia. Nie szukam na siłę żadnej poważnej pracy, skoro w kieszeni mam bilet powrotny do Polski... Moja pierwsza wypłata nastąpiła po dwóch dniach pracy. Jak to zawsze się w USA dzieje w piątek - by w weekend wszystko przepuścić i w poniedziałek znów ochoczo przystąpić do pracy:) Byłem powiedzmy na okresie próbnym, więc za 15godzin pracy dostałem 135$. To niby niewiele. Ledwie ponad 300zł (gdy wyjeżdżałem z Polski 31marca 2008, dolar był po 2,2PLN). Z coraz niższym kursem dolara, coraz mniejszy jest sens przeliczania zarobków w USA na zarobki w Polsce. W Polsce 150 zł to żadna poważna stawka dzienna dla pracownika, chociaż mam świadomość tego, że setki tysięcy Polaków pracuje za 1/2 tej stawki, a miliony za 1/3 lub nawet za 1/4 tych 150złotych dziennie. Ale tutaj, w USA? Tu średnia pensja prostego pracownika wynosi ok. 25,000$/rok, a miliony ludzi pracuje za mniej niż 20tys.$ rocznie (bo tak to się u nich przelicza). Czyli około 2000$ miesięcznie za 40godzinny tydzień pracy. Niby niewiele, a jednak. Oczywiście na umowie o pracę czy w ogłoszeniu o poszukiwaniu pracownika zobaczymy grubo ponad 30,000$/year, ale na rękę dostaniemy właśnie około 2,000$. W końcu oni tutaj też mają podatki;) W drugiej pracy jaką tu podjąłem miałem już (za 2dni pracy) - 176$ . A teraz jest 13 sierpnia 2009 i dolar po niedawnym spadku poniżej 2zł, znów jest po 2,2zł. 10% w 2tygodnie - widzę, że ktoś spekulacyjnie bawi się w Polsce złotówką... <Dodano jesienią 2009> Minęły kolejne 2m-ce i złotówka podrożała o ponad 90%. Moje skromne przypuszczenia odnośnie kursu złotówki, a zauważone z dalekiej Ameryki znalazły potwierdzenie wśród ekonomistów. Kazik Marcinkiewicz zarobił kilkaset milionów funtów dla angielskiego banku dla którego pracuje i dla którego zgnoił i później sztucznie napompował kurs złotówki. I pomyśleć, że gdy wróci z Anglii ze swoją Isabel, to ten głupi polski naród jeszcze jest gotów wybrać go na prezydenta. Wracając do zarobków w USA... Za moją dwudniową płacę (czyli około 390zł) mogę kupić (ceny z dnia 13 sierpnia 2008)... Przeliczyłem wszystko na nowo, bo niektórzy nie rozumieli, jak to mogę za dwudniową płacę kupić 1/3 laptopa czy pół kamery;) Oczywiście nie pracowałem pilnie przez cały miesiąc i jest to płaca niestety czysto TEORETYCZNA! Tak więc za moją MIESIĘCZNĄ płacę (czyli około 4,200 zł) mógłbym (ceny z dnia 13 sierpnia 2008) : Zatankować 516 galonów benzyny (1962litry) w Polsce wartej ponad 9,000 zł! Oszczędnym autem przejedziemy na tym około 25tys.km. Zapłacić elektrowni za 16,428 kWh zużytej energii elektrycznej (w Polsce wartej około 8,500 zł). Zapłacić 11 miesięcznych rat lizingowych za samochód (np. Ford Focus lub Jeep Liberty - przy 1szej wpłacie 2,000$). W Polsce takie 11rat to około... 15-20tys zł! Zapłacić 2-3 miesięczne raty za mieszkanie, albo 2-4 miesięczny koszt najmu mieszkania. Kupić 5 laptopów Acer, 3 dobre laptopy HP, albo półtora najnowszego laptopa HP wyposażonego w 17calową matrycę, 4GB RAMu, 320GB dysku, tuner TV, pilot, czytnik płyt BlueRay, kartę łączności bezprzewodowej na wszystkie możliwe pasma, wyjście HDMI, itd. najnowocześniejsze dodatki. W Polsce taki model warty jest około 5-6tys. Kupić 6 kamer cyfrowych JVC z 30GB dyskiem (w Polsce każda warta jest ok 1200zł). Kupić 39 urządzeń biurowych HP C4280 (drukarka, skaner, kopiarka) (w Polsce każde z nich warte 245zł, więc w sumie 9,555zł). Kupić 364 kanapki w SubWay'u, (tzw. Footlong- czyli 30cm), która spokojnie zaspokoi półdniowy głód. Kupić 228 wielkie wiaderka kurczaka KFC (jedzenia do rozpuku na 2dni). W Polsce... zabrakłoby kur! Kupić 364 sztuki 16calowych pizz Hot 'n Ready (skromnej, ale zawsze gotowej, gdy tylko wejdziemy do pizzerii). Pójść na 150-240 obiadów do Chińczyka, Mongoła, Araba lub Włocha, gdzie za 8-13$ (w zależności od pory dnia) można jeść cały dzień specjały ich kuchni. Kupić 11609 puszek Pepsi! Zapas na 31lat, albo 15lat dla dwojga:) - w Polsce warte co najmniej 11,609zł! Cena puszki napoju jest najbardziej wygórowaną polską ceną! Kupić 3088 puszek kanadyjskiego piwa Labatt - smak jak polski Żywiec. Kupić 193 litry (514butelek x 0,375l) najlepszego Ginu na świecie - Gordon's - w Polsce warty około 15,000zł. Kupić 2933 litry mleka - po ile teraz jest mleko w Polsce? Kupić 132-176kg szynki lub żółtego sera;) Kupić 193 telefony komórkowe na kartę (zestaw zawierający telefon z kolorowym wyświetlaczem, ładowarkę i 60min do przegadania!). Kupić 55 lepszych modeli telefonu Motorola 370 (w Polsce warte przynajmniej 200-300zł/szt.). Kupić 19 atlasów do ćwiczeń - wyposażonych w 100kg obciążników i urządzenia do ćwiczeń wszystkich partii mięśni. Kupić 6 karabinów Kałasznikowa (w sklepie sportowym! Z zablokowaną możliwością strzelania serią, bo w stanie Michigan tak akurat strzelać nie można). Kupić 19-40 par nowych markowych butów (Adidas, Nike, Reebok) z bieżącej kolekcji (w Polsce warte 6,000 - 9,000zł). Kupić 52 pary spodni Levis 501 (w Polsce warte ponad 15,000zł!). Kupić 9 stołów do bilarda (8stopowych z całym osprzętem) na wyprzedaży w Sears. Kupić 3 bilety powrotne do Polski... (w Polsce nic nie warte;) Oczywiście, że każde pieniądze można wydać, i każde zarobki mogą być niewystarczające na nasze potrzeby. Póki nie ma się jednak dzieci (na których edukację trzeba odkładać już od dnia ich narodzin), oraz póki nie myśli się o dostatniej emeryturze (tzw. naszym drugim filarze, czyli funduszach powierniczych lub emerytalnych na które trzeba co miesiąc wpłacać pieniądze) to pensja spokojnie wystarczy na utrzymanie się. Mieszkanie (jego utrzymanie lub wynajem) wiele nie kosztuje (tyle co w Polsce lub mniej). Auto także prawie nic (w lizingu raty za zwykłe rodzinne auto to koszt około 150-200$, + 50$ ubezpieczenie + 120-150$ benzyna na około 1000mil czyli 50km dziennie = ok. 300$ miesięcznie, czyli 3-4dni pracuje się na całkowite utrzymanie auta). A jako, że jest ono narzędziem pracy, to każdy wlany w niego galon paliwa przynosi korzyść finansową. Tak więc teraz już wiecie, na ile stać człowieka przeciętnie w USA pracującego. Będziesz miał 2 prace - stać Cię na 2x tyle. Będziecie tu we dwoje, stać Was na 4x tyle. Oczywiście pewnie nie kupicie sobie 12stu kałasznikowów miesięcznie - bo to taka ciekawostka tylko;) 1. Za czterodniową płacę stać człowieka w USA na Laptopa (Acer AS 5315-2122). 2. Za trzydniową pracę stać człowieka w USA na karabin Kałasznikowa, który kupi w prawie każdym sklepie sportowym (w stanie Michigan). Teraz już wiecie, czemu w USA wszystko jest "DON'T WORRY"? Bo każdy ma taki karabin w domu, i jak ktoś robi nam jakieś "WORRY", to robi mu się robi... QQ. Więc nikt nikomu WORRY nie robi;) 3. Za jedniodniową pensję, na wyprzedaży w Wall-Mart możemy kupić sobie taki atlas do ćwiczeń. 4. Za pół dnia pracy mogę sobie (lub komuś:) kupić trzy pary butów. Reebok, New Balance i sandałki bardzo ładne: stany 2008-08-13 17:17:14 skomentuj (26) Debata - Czy przez komputery oduczymy się myśleć? W Internecie aktywnie działam od około 10lat, więc doskonale znam historię powstania większości polskich portali, oraz śledzę zmiany jakie się dokonują w sposobie korzystania z Internetu. Już nie chodzi o to, że "Internet trafił pod strzechy", że dostęp do niego mają coraz młodsi (najczęściej bez świadomości nieskomputeryzowanych rodziców, co dziecko robi w sieci). To wszystko mogłoby być pozytywne, gdyby nie fakt, że ludzie w internecie przestają być twórczy. Dla wielu internautów dzień w sieci zaczyna się: - odczytaniem opisów Gadu-Gadu - obejrzeniem nowych fotek naszych znajomych z Naszej Klasy i na Fotka.pl - odczytaniem listów z portali społecznościowych oraz ze skrzynek e-mail. To czyni z nas samych takie jakby skrzynki pocztowe. Takie ludzkie mailboxy. Gdy mamy czas, to odpisujemy znajomym, ale najczęściej czasu nie mamy, więc albo pozostawiamy listy bez odpowiedzi, albo nasze odpowiedzi są tak krótkie, zdawkowe, że naprawdę nie wkładamy w nie ani serca, ani tym bardziej rozumu. Dawniej dostawało się jeden tradycyjny list na tydzień, więc było sporo czasu, by na niego szczerze i długo odpisać, teraz dostaje się kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt maili dziennie. Ale to też jeszcze nic złego... Największy problem zaczyna się w operacji "Zaznacz- kopiuj- wklej". Gdy na GG u wielu znajomych widzę ten sam opis, gdy na N-K widzę codziennie setki takich samych "komentarzy" (najczęściej składających się z różnych graficzek robionych z @, # lub *), i gdzieś między gwiazdkowego (*) kwiatka wklejone słowa "Miłego Dnia", to czasem nie mogę uwierzyć własnym oczom, bo okazuje się, że robią to nie tylko 10latki, ale i osoby w wieku moich rodziców! Każdy ich znajomy otrzyma takiego kwiatka na dzień dobry, wieczorem krzyżykowego (#) Misia na Dobranoc i kończy się "rozmowa". Bo oblecieć wszystkich z takim "komentarzem" zajmuje tyle czasu, że już na normalną wymianę słów i zdań go braknie. Miliony takich "graficzek", miliony "łańcuszków szczęścia, to powoli opanowuje wymianę myśli i uczuć. Graficzka na każdą okazję. Jesteś smutny - dostaniesz od przyjaciela graficzkę, a nie słowa otuchy. Dostaniesz pieska z kością, kotka z pieskiem, ale nie słowa - "Przyjacielu, nie łam się. Wiem, jak to jest, sam to przechodziłem, i jak widzisz żyję i trwam w najlepsze. Teraz jest Ci ciężko, ale dasz radę, wytrzymasz. Jutro też jest dzień, jutro też się do Ciebie odezwę..." Moje pytanie do tej debaty brzmiało: "Czy myślisz, że internet podnosi czy obniża Twój intelekt?" TAK - dzięki Internetowi wiele się uczę NIE - Internetem bezproduktywnie zabijam wolny czas. Kto szczerze by sobie odpowiedział na to pytanie, ten... tak właśnie, zaraz po kliknięciu odpowiedzi NIE powinien wypowiedzieć umowę swojemu dostawcy Internetu... A tak poważnie, jeśli zauważysz, że rośnie Ci procentowe zużycie Internetu na rzeczy błahe, zabijające czas, a nie poznawcze i twórcze, jeśli zamykamy przeglądarkę na stronie, na której spędziliśmy godzinę lub dłużej, a okazuje się, że nic z niej pozytywnego nie wynieśliśmy, to Internet naprawdę może być zagrożeniem dla naszych szarych komórek! stany 2008-08-11 16:47:22 skomentuj (8) Trudny powrót do Polski... - rozszerzenie poprzedniej notki. Nikt z nich (ze znanych mi Polaków mieszkających w USA od lat lub zaledwie od miesięcy) nie chce wracać do kraju, gdzie na metr kwadratowy mieszkania trzeba pracować kilka miesięcy, a nawet ponad rok! Tutaj mogliby sprzedać swoje spłacone domy za 100-200tys.$. Mogliby za to pojechać do dowolnego miasta w USA i spokojnie znaleźć w nim dla siebie dom lub mieszkanie. Może kilkanaście mil od centrum, może do małego remontu, może w mniej prestiżowej dzielnicy, albo w podmiejskiej miejscowości, ale będzie ich stać na zamieszkanie w KAŻDYM mieście USA i to na pewno nie w ciasnej kawalerce! O rynku mieszkań w USA jeszcze napiszę. A na co by ich było stać w Polsce za te 100tys.$? Na 20-30 metrów mieszkania w Warszawie w stanie deweloperskim, kupionego, gdy jeszcze nawet nie wbito łopaty pod jego fundamenty. Na 40-50 metrów pustego mieszkania w innym dużym mieście Polski. To ich przeraża! Szczególnie tych, którzy od lat rezydują w USA jako "turyści" (turysta oczywiście może tu mieć na siebie dom, samochód, kredyt, firmę - dosłownie prawie wszystko) i pewnego dnia mogą dostać od służb imigracyjnych wezwanie i zaledwie kilka dni na spakowanie się i wyjazd z terytorium Stanów Zjednoczonych. Wtedy to (jak Immigration się zlituje i da im na to czas) pozostanie im kilka dni na załatwienie wszelkich formalności (zwolnienie się z pracy, pospłacanie rat lub zlikwidowanie kredytów, pozamykanie rachunków bankowych, sprzedaż samochodów, zapłacenie rachunków, itp.) Na sprzedaż domu, za który pewnie nie wezmą nawet 1/3 tego, co za niego zapłacili. Gdy dostaną od razu na rękę te 40-50tys.$ to w Polsce nie kupią za to nawet kawalerki w małym mieście. Nie chcą wracać do kraju, gdzie za godzinę pracy ma się niewiele ponad jeden, słownie: JEDEN litr benzyny (w USA ma się ponad 11litrów, a gdy w 2009 roku spadły ceny paliw, to nawet 18litrów), albo dwa litry Coca-Coli (w USA przy zakupie w odpowiedniej promocji ma się od 22-28litrów Coli za godzinę pracy)! Gdzie na utrzymanie jednego auta w rodzinie trzeba często przeznaczyć pensję jednego z członków tej rodziny. Tu aut najczęściej jest tyle, ilu dorosłych domowników, a ich utrzymanie jest skromną częścią rodzinnego budżetu. Zatankowanie auta do pełna to niespełna 40dolarów, 3,5godziny pracy i cały tydzień jeżdżenia. Nie chcą wracać do kraju, gdzie ciężko pracującego człowieka, po opłaceniu wszystkich rachunków, nie stać już prawie na nic. Gdzie młody człowiek na marzenie życia musi odkładać latami - a marzenia te często są skromne - wycieczka do ciepłych krajów, czy dobrej klasy aparat fotograficzny (np. Nikon D300). Nie chcą wracać do kraju, gdzie w sklepie traktowanym się jest jak intruz, bo sprzedawcy woleliby sobie pogadać o samochodach albo o "dupach", a sprzedawczynie spokojnie dokończyć kawę, ciasteczko i plotki, a ktoś się zjawia i mąci ich święty spokój. Tu klient musi się wręcz oganiać od ciągle chcących mu pomóc sprzedawców. Często już w drzwiach wejściowych (a nie jest to żaden londyński Harrods, a np. komputerowo - elektroniczny BestBuy) stoi odźwierny, który powita nas z uśmiechem, zapyta, czy może pomóc, czego potrzebujemy. Skieruje nas na wybrany przez nas dział, albo przywoła kogoś z personelu, by nas tam doprowadził. A gdy będziemy wychodzić z zakupami, to zapyta, czy obsługa była miła i pomocna? A nawet jak nic nie kupimy to nas pozdrowi i zaprosi ponownie. Gdy ktoś zostawiał Polskę te kilkanaście lat temu, w czasach, kiedy to sprzedawczyni w mięsnym była najważniejszą osobą w mieście, a kasjerki z supersamów marki "Społem" miały aparycję i uprzejmość rodem z filmów Stanisława Barei, to naprawdę strach wracać. Moi znajomi, którzy 2-3 lata temu wyjechali do Anglii, a którzy przyjeżdżają na święta z Anglii do Polski nie mogą znieść nieuprzejmości polskiej obsługi. Wystarczy o coś poprosić i tego nie kupić i robi się grobowa atmosfera, marudna nieuprzejmość. I pomyśleć, co taki sprzedawca by nam zrobił, gdybyśmy kilka dni po zakupie rozmyślili się i chcieli zwrócić zakupiony towar... Nie chcą wracać do kraju, gdzie wszystko jest "WORRY!". Moją znajomą, młodą matkę, sprzedawczyni w Polsce wygoniła ze swojego sklepu, bo jej 3letnie dziecko miało loda w ręku i mogło wybrudzić ubrania! - To co, mam dziecko zostawić w wózku przed sklepem, żeby się zgubiło?! - zapytała zdenerwowana koleżanka. - Ja Pani nie każę nikogo zostawiać...! - odpowiedziała sprzedawczyni z miną mówiącą: Jest pani tu bardzo niemile widziana. Koleżanka wróciła do USA, gdzie, gdy dziecko wymaże czymś cokolwiek w sklepie, to jest "DON'T WORRY". A jak "WORRY", to tylko dlatego, że dziecko lodem się już nie naje, bo rozbazgrany o brudne ubrania lód trzeba wyrzucić. Nie chcą wracać do kraju, gdzie przeciętny człowiek wchodząc do luksusowego salonu samochodowego czuje się jak złodziej, bo ma za skromny ubiór, za robotnicze ręce jak na standard samochodów, które są tam sprzedawane. Tu wejdziemy do salonu BMW, Lexusa czy Mercedesa w skromnym, ale czystym stroju i jesteśmy miło i poważnie traktowani. A po chwili możemy czuć się jak milioner testując BMW, Lexia czy Mesia dowolnej klasy. Bo na kupienie tych aut w USA na raty lub na wylizingowanie ich stać tu prawie każdego normalnie pracującego. Oczywiście z wyrzeczeniami w innych dziedzinach zakupowych, ale takie BMW czy Mercedes nie jest rzeczą tak nieosiągalną, jak w Polsce, gdzie dodatkowo jest 2x droższy. Wystarczy 8-10tys.$ wpłaty i 800-1000$ miesięcznie rat i mamy na podjeździe naszego domu najnowszą S-Klasę Mercedesa czy 750iL BMW. Nie chcą wracać do kraju, w którym najwięcej o seksie, antykoncepcji, ciążach, aborcjach, itp. mają do powiedzenia księża oraz moherowe babcie, które często nigdy penisa na oczy nie widziały, bo wszystko zawsze odbywało się po ciemku. A niektóre z nich to nawet siebie nago nie oglądały, bo się wstydziły same siebie;) Do kraju, gdzie państwo jest przeciw obywatelowi. Gdzie trzeba, by cokolwiek załatwić, przezwyciężyć tabun urzędników, trafić na ich dobry dzień, odczekać kilka tygodni na rozpatrzenie każdego wniosku, podania i papierka, a prawo można interpretować na wiele wykluczających się sposobów. Kraju, gdzie urzędnik skarbowy dostaje nagrodę za wlepienie nam dowolnej kary, nawet wyssanej z palca. Dobroduszny właściciel piekarni oddaje głodnym chleb, a później plajtuje, gdy Urząd Skarbowy każe mu za rozdany chleb zapłacić 200tys.PLN podatku + karnych odsetek. I nikt od ponad 5lat nie zmienił tego debilnego przepisu, oraz nie anulował piekarzowi tej kary, bo wszyscy zajmują się nienarodzonymi, niepoczętymi albo niekończącą się przeszłością... Do kraju, gdzie bardziej żyje się przeszłością (komunizm, dekomunizacja, agenci, SB, UB, WSI, UFO, Klewki, Klepki, chlewki) zamiast przyszłością - nadążające za zmianami i potrzebami obywateli prawo, przepisy, udogodnienia. A przede wszystkim nie chcą wracać do kraju, gdzie tak nie szanuje się pieniędzy, tak się nimi szasta i nie docenia się ich prawdziwej wartości. Szasta się w budżecie państwa, szasta w budżecie domowym zgodnie z zasadą: "Zastaw się, a postaw się". Wszystkich tu zarabiających przeraża wizja powrotu do kraju, gdzie zawsze panowała legenda "amerykańskiego cudu", "amerykańskiego snu". Gdzie, gdy kiedyś "dobra, bogata ciocia z Ameryki" wysłała 100$, to obdarowany myślał, że stał się milionerem. Mógł za to żyć dostatnio przez cały miesiąc. Obecnie te 100$ w Polsce są warte 2-3 razy mniej, niż w USA. Wystarczą na zatankowanie niepełnego zbiornika paliwa (w USA, auto osobowe zatankujemy za 100$ do pełna 2-3 razy), czy skromny koszyk zakupów w markecie. Na jakiś lepszy ciuch z jednego z butików w Arcadii lub Złotych Tarasów nie wystarczy, a tu na wyprzedaży można za te 100$ kupić coś od samego Hugo Bossa, Armaniego czy YSL. Tak więc przeraża już samo to, jak ubogim by się wracało do Ojczyzny. Bo przecież większość z nich wyjechała tu w celach zarobkowych. Wielu przyjechało tu przed latami jedynie zapracować na życie w Polsce. Kilka lat pracy w USA i można było wracać z pieniędzmi na dom, na samochód i kilka lat dostatniego życia w Ojczyźnie. A teraz jest tak, że im dłużej się tutaj pracuje, tym mniej pieniędzy się przywiezie do Polski! Bo co z tego, że w ciągu roku zarobi się kolejne tysiące dolarów, skoro w tym samym czasie dolar potanieje o tyle, że strata jego wartości zje nam cały roczny dochód, a wszystko w Polsce podrożeje o tyle, że to co w trakcie tego roku zarobimy tak naprawdę utopi się w inflacji i spadku wartości dolara. Więc... nikt naprawdę nie chce wracać. No i ta polska rozrzutność! W USA np. wesele to też nie lada wydatek. Trzeba mieć odłożone przynajmniej 10tys. USD. Dobre polonijne restauracje, "drogie" (bo od osoby biorą od 50 do 75$) organizują coraz więcej wesel, bo ludzie przestali latać do Polski się żenić. Teraz tutaj wesele wychodzi taniej. Nawet przy takiej samej ilości przybyłych gości, zapłacą w tutejszych domach weselnych taniej, niż zapłaciliby w Polsce. No i bez kolejek! Organizuje się je tutaj też przez to, że wielu gości dzięki temu się uniknie, bo nawet nie będą starali się o wizę... Więc... zaproszenie się wysyła, traci tego dolara na kartkę i 94centy za znaczek i 48,06$ zaoszczędzone na gościu, który pewnie i tak ledwie by się "zwrócił". Bo tu zazwyczaj nikt nie daje droższego prezentu niż "cena talerza" +20$. W Polsce, jako gość przyjęcia wstyd byłoby się pokazać z 90% prezentów, które wręcza się tutaj z okazji wesela, urodzin, imienin, czy komunii. Bo w Polsce daje się komputery, gry video, telewizory, kina domowe, wymyślne telefony komórkowe, laptopy, itd. A tu na wesele albo te 150$-200$ od pary, albo wyposażenie mieszkania z dołączonej do zaproszenia listy: dobra mikrofalówka za 100$, odkurzacz za podobną kwotę, komplet markowych garnków z Wall-Martu. Na komunię odtwarzacz MP3 za 20$, aparat cyfrowy za 100$- gdy przychodzi cała bardzo bliska rodzina. Tu za 300$ firma kateringowa nakarmi całą 40 osobową rodzinę, która urządza w domu przyjęcie komunijne. W majową niedzielę, w czasie pierwszych komunii odwiedzałem akurat polską rodzinę, która wróciła z uroczystości komunijnych w Hamtramck. Tu daje się prezenty za maksymalnie 30-50dolarów. Nigdy więcej! Jak dziecku potrzeba jest np. komputer, to rodzice w zaproszeniu piszą, że mile widziana gotówka, za którą rodzice nabędą komputer dla Komunisty. I łatwo jest przeliczyć, że jak jest 20zaproszonych gości, to wystarczy dać po 30-40$, by wystarczyło na bardzo dobry komputer. I nie rozpieszcza się nikogo nadmiarem gotówki, bo na nią każdy musi ciężko zapracować, by zrozumieć jej wartość. Gdy zaczęły się wspomnienia, co w Polsce dostawało się na komunie w latach mojej młodości (rower "składak" i zegarek elektroniczny), w latach młodości moich rodziców, a co daje się teraz (aparaty cyfrowe, komputery, laptopy, konsole do gier, skutery, quady, telefony komórkowe za kilkaset złotych, bo tańsze byłoby komuniście wstyd przy kolegach wyciągnąć, a w ostateczności gotówkę stanowiącą nieraz połowę pensji), wszystkim przekręcały się dolary kieszeni. Przekręciły się z irytacji, że teraz te wszystkie "bogate ciocie z USA", przy obecnym kursie dolara i rozbestwieniu prezentowym w Polsce naprawdę czują się biedne. Dla kuzynki z Anglii podarowanie 1000zł dla chrześniaka jest mniejszym wydatkiem, niż dla amerykańskiej cioci. Nie dlatego, że jej nie stać, a dlatego, że w USA tym tysiącem złotych (czyli 500dolarami czy 350$ przeliczając po kursie z jesieni 2009) obdarowaliby kilku komunistów, którzy naprawdę byliby szczęśliwi krzycząc - WOW! Fifty BUGS! Thank You! Tu prawie każdy wycina kupony z gazet, by kupić mleko taniej o 20centów. Traci godzinę w kolejce do stacji benzynowej, bo jej właściciel obniżył cenę o 9centów. Tu inżynier projektu (taki ma identyfikator, gdy widuję go w Subway fast-food) wpieprza kanapkę za 5dolarów siadając w swoim drogim garniturku obok zmęczonego i spoconego contractora z Polski. Może lubi, a może szanuje pieniądze i wie, że 700kcal z kanapki za 5$ i 700kcal z wykwintnego dania z restauracji za 50 czy 100$ to jedna i ta sama energia. W Polsce oczywiście lunchowałby się w Marriotcie pośród setki innych snobów, nie dlatego, że tam jest smaczniej, a tylko dlatego, że go na to stać. Póki Polska nie nauczy się szanować i nie tracić żadnej złotówki, która nam się należy (którą dostajemy od Unii Europejskiej na drogi, na edukację, na sadzenie drzew, badania, itd.), póki leniwy Polak nie przestanie zazdrościć pracowitemu Polakowi tego, że tamten coś ma, a ten nic nie robi i nic nie ma (głośna sprawa drzewek i dopłat unijnych Europosła Pawła Piskorskiego - każdemu się należą, ale nikt drzewek sadzić nie chce!), póki nie zatka się dziur bez dna (polskiej służby zdrowia, dotowanych nierentownych przedsiębiorstw, itp), złotówka będzie silną walutą światową, ale gówno wartą w świadomości Polaków. Skoro można wyjść na ulicę, pogrozić strajkiem i dostać to, czego się żądało - (patrz celnicy i lekarze, oraz ich 100% podwyżki. Czy docenią oni prawdziwą wartość tak szybko i łatwo uzyskanych pieniędzy?). W Stanach każdy schyli się po 5centów. Naprawdę! W Polsce się taką 5groszówkę najczęściej kopnie lub rozdepcze. Tutaj co kilka dni pokazują w wieczornych wiadomościach program poradnikowy, jak nakarmić 4osoby za 100$ tygodniowo. Uczą statystyczną amerykańską rodzinę (mąż, żona, 13latka i 10latka), co i jak kupować, by wydawać jak najmniej. Wybieraj specjalne promocje, które porównaj z promocjami z innych sklepów (po to codziennie dostajesz do skrzynki pocztowej po kilka gazetek reklamowych). Weź np. dwie sałaty do których dostaniesz za darmo dressing (sos), niż dwie do których dostaniesz za darmo kolejne dwie sałaty (które się oczywiście zepsują). Weź jedne truskawki, gdy drugie dostaniesz za darmo. Nie kupuj rzeczy z linii wzroku, bo najczęściej są o wiele droższe, niż te leżące na półkach poniżej. Wybieraj rzeczy z niższych półek, bo producenci za półki z linii wzroku muszą płacić sklepom, więc to odbija się na cenie. Idź na zakupy zawsze z gazetką reklamową owego sklepu. Unikaj małych opakowań, bo kupując wielkie opakowania możesz zapłacić nawet dwa razy taniej. Nie kupuj gotowych napoi (szczególnie gazowanych), lepiej napoje w proszku, których zużywa się mniej, są zdrowsze i tańsze. Rób listę zakupów nie spontanicznie w domu, ale w sklepie, patrząc na to, co możesz kupić na promocjach, na wyprzedażach, co dostaniesz w gratisach. Itd. Udowodnili że tak dokonane zakupy, wszystkiego w promocjach kosztowały 43,78$, podczas gdy ten sam pakiet produktów kupowanych normalnie kosztował... - ponad 113$. Oczywiście takie zakupy wymagają trochę zachodu i straconego czasu (na przeglądanie gazetek, promocji, odwiedzenia kilku sklepów, itp), ale dla każdego Amerykanina zysk 69dolarów na prostych zakupach jest rzeczą nie do przeoczenia. Dlatego właśnie Amerykanie mają więcej, niż ich na to naprawdę stać. Codziennie lecą poradniki dla podatników, jak odzyskać maksymalnie dużo podatku od państwa. Prawie każdy konsument ma w portfelu karty rabatowe wielu sklepów, podobne proporczyki z kodem kreskowym przy kluczach od auta, które skanowane przy kasie dają nam rabaty. W Polsce nikt by się w takie rzeczy nie bawił, bo to dla Polaków nie warte zachodu. A przecież każde np. 3-5% zniżki to co 30-20ste zakupy za darmo! Czyli raz w miesiącu pakujemy cały wózek zakupów GRATIS. Kolejny program i kolejne porady: "Kto jest lepszym klientem - kobieta czy mężczyzna?" Tzn. kto potrafi lepiej oszczędzać pieniądze i na czym. Co powinna kupować kobieta do naszego gospodarstwa domowego, a co mężczyzna, by było lepiej, a co, żeby wyszło taniej. Oraz jakich zakupów unikać, by... nie doprowadzić do rozwodu. Bo faceci najbardziej wkurzają się, jak ich partnerki kupują "magiczne pigułki" na schudnięcie za dziesiątki lub nawet setki dolarów, a kobiety, gdy faceci wydają majątek na wg.nich nic nie przydatne gadżety do samochodu. Takie zakupy naprawdę często kończą się rozwodem. A teraz pokazują sklep odzieżowy "Steve & Barry's", gdzie wszystko kosztuje 8,98$. Jest tańszy niż Old Navy, tańszy od Wall Martu. Wszystko jest dobrej jakości i modne, ale że nie projektowane przez drogich projektantów, to może być sprzedawane po takich cenach. Koszulki, jeansy, buty, torebki, kurtki, okulary, dosłownie można się u nich ubrać od stóp do głowy. Na wszystkim zarabiają co najwyżej 60centów. Żaden Polak pewnie by się nie pokazał w takim stroju, skoro może go sobie kupić każdy za niespełna godzinę swojej pracy. A ostatnio nawet Jessica Parker (ta z filmu "Sex w wielkim mieście") wybrała się na jakąś poważną galę filmową w sukience od Steva za 8,99$. Minęło kilka miesięcy i jesienią 2008 zamknięto te sklepy. Nie wiem, czy były za drogie czy rzeczy w nich sprzedawane za kiepskie? A na moim osiedlu każdy, kto ma wolne miejsce parkingowe (bo ma tylko jedno auto, a do każdego mieszkania należą się dwa miejsca postojowe) odsprzedaje je sąsiadowi. Nawet jak jest to ktoś zaprzyjaźniony, nawet jak jest to Rodak, to i tak bierze się od niego 25$ za miesiąc, bo taka jest rynkowa cena miejsca parkingowego na naszym osiedlu. W Polsce by oczywiście tak "nie wypadało"... ![]() 1. Sklep Steve & Barry's, gdzie wszystko kosztuje zaledwie 8,98$ (niespełna godzinę pracy). Od koszulek, przez bluzy, buty, okulary, po kurtki (nawet zimowe!). Sklepy tej sieci... zbankrutowały jesienią 2008. 2. Jeden z detroickich domów na sprzedaż. Cena... 28,800$. Sprzedając go, co możemy kupić za 80,000 PLN w Polsce? 8metrów mieszkania w Warszawie? TUTAJ i TUTAJ możecie pogrzebać sobie w amerykańskich nieruchomościach. 3. Inny, najdroższy w całym stanie Michigan dom do sprzedania za 7,300,000$. Najlepiej w nim wygląda... kuchnia:) Za 21,000,000 PLN chyba już możemy coś ładnego w Polsce kupić?;) A gówno! - patrz punkt 7. 4. Lexus LS 460. Cena 68,000$. W Polsce, w promocji 330,000PLN. W Polsce zapewne by mnie z salonu Lexusa "wyproszono wzrokiem", a w USA pan salonowy zaproponował mi przejażdżkę. 5. Karty rabatowe sklepu Kroger i CVS. Większość Amerykanów ma w portfelu lub przy kluczach karty stałego klienta wszystkich sklepów w których robi zakupy. Wycina kupony z gazet, by kupić coś kilka centów taniej. To jest właśnie poszanowanie pieniądza. 6. Dziesięcioletni wykres kursu dolara. 4,64zł/$ płacono za amerykańską walutę 8maja 2000. Wtedy można było wracać z USA do Polski. Dolar drogi, mieszkania tanie, życie w Polsce jeszcze nie tak kosztowne, jak obecnie (min. benzyna poniżej 3zł). 7. Najdroższy dom w Polsce. 105 milionów złotych za rezydencję pod Warszawą (w Piasecznie). Nie myślę, że jakiegokolwiek emigranta, który wyjechał kiedykolwiek, gdziekolwiek w świat i pracował nie wiem, jak ciężko, stać by było po powrocie do Polski na ów dom. Jak zarobili na niego jego właściciele - wolę nie pytać... Pomyślcie, czy lepiej mieć taki dom czy pięć takich, jak na zdjęciu nr 3. 8. Zwrot puszek do sklepu. Za 12stopak Pepsi zapłacimy 2,5$ + 1,2$ kaucji. Nikogo nie dziwi widok elegancko ubranej pani wysiadającej z nowiutkiego mercedesa i wyciągającej z bagażnika dwie reklamówki pustych puszek. Dorabia w ten sposób? NIE! 6 pustych puszek to litr paliwa, a 362miliony takich puszek to... ten dom pod Piasecznem;) stany 2008-08-09 05:38:49 skomentuj (28) Czy w USA da się jeszcze zarobić? Obecnie dla tych, którzy naprawdę chcą pracować da się zarobić prawie wszędzie. Nawet w Polsce. By zarobić w USA, trzeba po prostu... pracować. By zarobić cokolwiek, z czym można wracać do Polski, trzeba pracować bardzo, BARDZO ciężko! Dolar coraz słabszy wobec polskiej waluty, w Polsce wszystko 2-3x droższe niż w USA: (benzyna 2x, prąd ponad 2x, żywność 1,5-2x, mieszkania 2-3x droższe, itd.) By zatem zarobić na życie w USA, wystarczy tylko normalnie tu pracować. Najlepiej, gdy pracuje para (ona i on) przynajmniej te ustawowe 40godzin w tygodniu i tyle. Płaca spokojnie wystarczy, by się utrzymać. Siebie, dom, samochód (najczęściej dwa samochody). Wyżywić się, ubrać, a w weekend odstresować się od ciężkiego tygodnia pracy w jakimś kinie, klubie, teatrze, dyskotece, kręgielni czy sali gimnastycznej. Oczywiście powyższe wyliczenia dotyczą tylko ludzi młodych, którzy wkraczają w dorosłość, w samodzielność. Którzy nie mają jeszcze dzieci, nie muszą się martwić o wykształcenie tych dzieci czy fundusze emerytalne na starość. Gdy mamy dobrego pracodawcę, który opłaca nam ubezpieczenie zdrowotne, nie musimy wydawać niemałych pieniędzy na prywatne ubezpieczenie (około 200-300$ miesięcznie!). Ale wizyta u lekarza zawsze kosztuje, nawet osoby ubezpieczone, w zależności od ubezpieczenia i zakresu badań od 10-150$. Płaci się zapewne tylko po to, by nie nabijać kolejek urojonymi bólami. Aby się jednak czegoś w Stanach dorobić, trzeba robić i ROBIĆ! Abstrahując od wolnych zawodów, lekarzy (ale jedynie specjalistów o dobrej renomie), prawników (ale jedynie tych pracujących dla milionerów), inżynierów (pracę w USA z polskimi dyplomami i kwalifikacjami jest zdobyć coraz trudniej. Za dużo tu różnych innych wykształconych narodowości (Chińczycy, Hindusi, itd.), często przyjeżdżających do Stanów Zjednoczonych bez potrzeby posiadania wiz, pracujących albo legalnie, albo zdalnie (przez internet w swoim kraju), albo za "półdarmo"). Najlepiej zatem (jeśli ma to być praca fizyczna) znaleźć pracę w fabryce lub firmie, która ma duże zamówienia (tylko, gdzie taką firmę teraz, w dobie obecnej recesji, masowych zwolnień, cięcia kosztów oraz obniżek płac znaleźć?!). Gdy się jednak coś takiego uda, że znajdziemy firmę, która pozwala pracownikom brać nadgodziny, wtedy możemy pracować po 10-12 godzin dziennie (co w USA jest normalne), zamiast ustawowych 8godzin. Pracując zatem te pół doby, także w soboty, za każdą nadgodzinę dostając dodatkowo 1,5-3$ więcej (najlepiej, co jest możliwe w "polskich" fabrykach pracować za gotówkę, a nie za czek z którego potrącane są składki i podatki w taki sposób, że im więcej zarobimy, tym więcej nam zabiorą!), można zarobić miesięcznie dodatkowy tysiąc dolarów lub nawet więcej. 1000$ więcej zarobi on, 1000$ więcej zarobi ona, i po roku stać ich na kolejne nowe auto kupione za nadgodzinowy dochód. Albo po 10latach na nowy dom (z samych nadgodzin!). Jak się przez te 10lat człowiek wyeksploatuje fizycznie i psychicznie, pracując po 10godzin dziennie i mając tylko 4dni wolne w miesiącu - to wiedzą tylko oni. Tu siedzieć dłużej w pracy niż w domu lub mieć dwie prace jest normalnością. Dlatego właśnie USA jest krajem pracoholików, gdzie w kalendarzu znajdziemy tylko 7 wolnych dni (prócz świąt Bożego Narodzenia, w które oczywiście jest wolny tylko jeden dzień, a nie jak u nas: Wigilie, wigilie Wigilii, Lane Poniedziałki, Suszone Wtorki, Środy Popielcowe, Czwartki Zakalcowe, Piątki Wielkie, Piątki Mniejsze; 1sze i 3cie maje, 2gie i 4te maje, gdy wypadają w piątek lub poniedziałek, Dni Papieskie, Dni Kobiet, Dni Pracy, Dni ludzi bez pracy, Dni Koziołka Matołka). Naukowcy dowiedli, że każdy dzień wolny od pracy zamienia się tak naprawdę w dwa dni wolne. Bo już od południa w dniu poprzedzającym dzień wolny każdy się rozpręża, planuje nadchodzący wolny dzień, patrzy ciągle na zegarek, ile to jeszcze zostało czasu do końca pracy. A dzień po dniu wolnym, powoli trzeźwiejemy, spóźniamy się do roboty, wdrażamy się do pracy tak powoli, leniwie, ospale, żałując, że to był tylko jeden wolny dzień. W USA nie ma takiego problemu. Ten jeden z siedmiu wolnych dni przeżywa się tak aktywnie, że nikt nie zwalnia obrotów i od razu wpada nazajutrz w wir pracy i obowiązków. Myślałem, że w te nieliczne wolne dni w USA miasta będą po prostu puste. Wszyscy albo udadzą się na zasłużony relaks, albo jakiś wyjazd - nic bardziej mylnego! W kraju pracoholików ma się... pieniądze! Pieniądze najlepiej wydawać jest na... zakupy! Tak więc dzień wolny przeznacza się na zakupy właśnie. To wykorzystują handlowcy i w te dni są najlepsze wyprzedaże. W Memorial Day kupiłem laptopa przecenionego z 800$ na 600$. Dzień później cena wróciła do 800$ i utrzymuje się do dziś. W USA panuje niesamowity szacunek dla pracy. Wpajany jest już od dziecka. Dziecko dostaje kieszonkowe, by nauczyło się gospodarować pieniędzmi. Dostaje je na tyle niskie, by musiało na swoje własne, wygórowane potrzeby dorobić (takie zbytki jak nowy telefon co kilka m-cy, itp). Nawet dzieci milionerów dorabiają roznosząc gazety czy strzygąc trawę sąsiadom lub babci. A prezydentówna Clintonówna smażyła kotlety w McDonalds. Nic za darmo. Dlatego każdy tu potrafi pracować, oraz dzięki temu docenia wartość pieniądza. Jego wartość nie jest szacowana na giełdzie, bo gdyby tak liczyć, to Dolar jest najsłabszy od ponad 15lat. Wartość dolara jest w pracy, jaką trzeba włożyć w jego zarobienie, oraz w tym, co można za niego w Ameryce kupić. W Polsce nikt, dosłownie NIKT nie założyłby np. myjni samochodowej w której myłby RĘCZNIE! samochody po 1$ za sztukę! Nikt by w takiej myjni nie pracował, bo by się po prostu "nie opłacało"! W Polsce umycie auta to ponad 10zł na myjniach automatycznych, i ponad 20zł na myjniach ręcznych. W USA za takie pieniądze można by się myć codziennie przez tydzień. W Polsce wiele osób by odeszło od przyszłego pracodawcy po usłyszeniu stawki, jaką on mu zaproponuje. Oczywiście jeśli nie są podstawieni "pod ścianą", gdy muszą zarobić cokolwiek, by wyżywić rodzinę. Tu każdy podejmie pracę z nadzieją, że zostanie doceniony, że dostanie podwyżkę, że przynajmniej nabędzie nowych doświadczeń albo kontaktów. Za 5$ za godzinę ludzie chodzą w tablicach reklamowych, przenoszą wokół sklepu tzw. potykacze, które w Polsce są wbite w ziemię i nie rzucają się w oczy tak, ja te którymi w USA wymachuje ktoś do tego zatrudniony. Kto by w USA zmieniał dziecku co kilka miesięcy komórkę? Bo wszyscy w klasie mają nowe, to dzieciak też chce. Chcesz - idź wyprowadzaj pani Shmith jej trzy buldogi, zarobisz 30dolarów na tydzień, to zobaczymy, czy kupisz sobie iPhone'a za 300$, czyli za swoje 2,5miesięczne psie zarobki. Dziecko oczywiście będzie ryczeć, złorzeczyć na rodziców, ale kiedyś im podziękuje, że dzięki temu potrafi gospodarować pieniędzmi lepiej, niż Michael Jackson czy Mike Tyson (zarabiał po kilkadziesiąt milionów dolarów rocznie (po ponad 30mln za jedną walkę!), a dziś nie mają ani centa). Ostatnie notowanie Forbs odnośnie najlepiej i najgorzej płatnych zawodów w USA było dla mnie nielada ciekawostką. Nie spodziewałem się, że płace w USA mogą być tak niskie! Chociaż w porównaniu do polskiej płacy minimalnej wynoszącej w 2009 roku 954,96 zł czyli 330$, to nawet najgorsza średnia płaca w USA jest ponad 4x wyższa od minimalnej polskiej. W USA płacę podaje się w wynagrodzeniu za godzinę albo w zarobkach rocznych, ale by było bardziej "po polsku", przeliczyłem ją na miesięczne pobory. I tak oto to w USA wygląda: 1. Przygotowywacze fastfoodów : 1,391$ 2. Kucharze fastfoodowi : 1,405$ 3. Pomywacze : 1,421$ 4. Restauracyjny personel pomocniczy : 1,448$ 5. Myjący włosy w salonach fryzjerskich : 1,457$ 6. Hostessy restauracyjne : 1,475$ 7. Kasjerzy restauracyjni : 1,485$ 8. Recepcjoniści i bileterzy : 1,490$ 9. Krupierzy w kasynach : 1,510$ 10. Animatorzy zabawy i rekreacji : 1,518$ Dlatego właśnie nie należy się dziwić, że przedstawiciele tych zawodów żyją z nadgodzin, z drugich prac lub z napiwków. A gdy mieliśmy to szczęście, że urodziliśmy się w zamożnej rodzinie, która wydała grubo ponad 100tys. dolarów na samą naszą wyższą edukację, mamy szansę znaleźć się na z strony drabinki zarobkowej jako: 1. Anestezjolog : 16,065$ 2. Chirurg : 15,950$ 3. Ortodonta : 15,445$ 4. Położnik lub ginekolog : 15,300$ 5. Chirurg stomatologiczny : 14,870$ 6. Protetyk stomatologiczny : 14,113$ 7. Internista ogólny : 13,939$ 8. Lekarz chirurg i pokrewny: 12,929$ 9. Lekarz rodzinny : 12,803$ 10. Dyrektor naczelny : 12,614$ 11. i więcej... w Forbes Zawsze myślałem, że polscy anestezjolodzy strajkują, gdyż nigdy nie mogą się doczekać łapówki. Po prostu zawsze, gdy powinni ją dostać od pacjenta, ten bezczelnie zasypia;) A gdy już się budzi, to w dupie ma anestezjologa, skoro operacja się udała:) A tu się jednak okazuje, że anestezjolodzy oraz pielęgniarki i położne strajkują dlatego, by zarabiać tyle, co ich koleżanki w USA. To są oczywiście zarobki ludzi zatrudnionych w szpitalach i firmach. Mający prywatne kliniki, domowe praktyki oraz wszyscy pozostali samozatrudniający się "wyciągają" wielokrotność tych sum. Są przecież prawnicy, którzy tutaj nie znaleźli się nawet w pierwszej dziesiątce, a przecież niektórzy z nich zarabiają po kilka milionów dolarów za jeden dobrze przeprowadzony rozwód. Jednego z nich znam prawie że osobiście... Wracając do Polski i porównania życia w USA i PL. Myślę, że gdyby nie szalone ceny mieszkań w Polsce, to dwie pracujące w dużym polskim mieście osoby, wynagradzane za swoją pracę w miarę uczciwie, mogą, przy odrobinie szczęścia być w podobnej sytuacji jak zwykła para młodych Amerykanów albo legalnych imigrantów bez żadnego niezbędnego im tu szczęścia. Mogą dostać kredyt na mieszkanie (w Polsce trzeba zabezpieczenia i zaświadczenia o zarobkach, a w USA przede wszystkim pozytywną historię kredytową), kredyt na samochód. Mogą te kredyty spłacać i coś im jeszcze zostanie na życie. Ale... ale w Polsce bank da im kredyt na co najwyżej 30-40metrowe mieszkanie (i to pod warunkiem, że rodzice im dadzą na pierwszą wpłatę). Będą spłacać małe, ekonomiczne auto. Na szalone wakacje w jakimś pięknym zakątku świata nie będą mogli sobie pozwolić, bo każdą wolną złotówkę będą woleli zainwestować w szybsze spłacenie kredytów. W USA spłacane mieszkanie będzie miało przynajmniej 100-150metrów kwadratowych. Spłacany rodzinny samochód (lub samochody) wyposażony będzie we wszystko, co posiadają auta klasy średniej wyższej i będzie to 2x większy samochód niż ten spłacany w Polsce. Auto Amerykanina będzie w ciągłym biegu, a Polaka mimo swojej ekonomiczności będzie częściej stało niż jeździło. W USA zakupowy koszyk w sklepie zawsze będzie 2-3x bardziej pełny niż koszyk Polaków. Weekendowy wypad do restauracji nie będzie żadnym atakiem na rodzinny budżet, ale na wakacje, podobnie jak Polacy nie pojadą - nie ze względów finansowych, a dlatego, że urlopu mieć za wiele nie będą. Więc są podobieństwa, są rozbieżności. Są zalety życia tu i tu. Są zalety spłacania mieszkania w USA (jest to wielkie wygodne mieszkanie, ale nie wiadomo ile będzie warte za rok, a ile za 30lat - możliwe że 2-3x mniej, niż za nie zapłaciliśmy). Są zalety spłacania małego mieszkania w Polsce (prawie na pewno za 30lat to mieszkanie będzie warte więcej, niż dziś!). Jak ktoś pracuje w Polsce i zarabia na tyle, że go stać na życie, to... wybór należy do niego. Ze wszystkich Polaków jakich tu poznałem... Starego pokolenia i młodego... Będących tu od lat lub tylko od kilku miesięcy... Będących tu legalnie lub nielegalnie... Nikt dzisiaj nie wróciłby do Polski. Do Europy tak. Do Anglii, Irlandii, Szkocji, Szwecji, Belgii, Holandii, Francji, Hiszpanii, Niemiec, ale nie do Polski! A dlaczego nie chcą wracać, to będzie w następnej notce... Albo jeszcze w tej... ![]() 1. Szacunku do pracy uczą już od najmłodszych lat. Tu 8-10ciolatki zrobiły lemoniadę, którą sprzedają po 50centów. 2. Szacunku do pieniądza uczy... jego siła nabywcza. Co w Polsce dostaniecie za 1PLN? W USA za 1USD umyją Wam auto. 3. Lista 25 najgorzej płatnych zawodów USA wg. amerykańskiego miesięcznika Forbes. stany 2008-08-04 19:08:04 skomentuj (11) Półmetek pobytu w USA... W ciągu mojego 122 dniowego pobytu w Ameryce... Nauczyłem się... patriotyzmu. Oczywiście wobec mojej jedynej Ojczyzny. Nie nauczyła mnie tego Polonia amerykańska, bo z tą nie mam za wiele styczności. Mam sąsiadów Polaków, wielu znajomych, ale o Polsce za dużo się nie rozmawia. To jest odległy kilometrowo i świadomościowo ląd, i tak chyba jest lepiej. Patriotyzmu nauczył mnie pewien 35latek. Człowiek, który po wyjeździe z Polski przed kilkunastoma laty, stał się kilka lat temu obywatelem USA, mówiącym... "My, Amerykanie lubimy TO...", "My, Amerykanie myślimy TAK...". Nie jest to głupi mężczyzna, ale przechodząc na amerykański paszport, odciął polskie korzenie, by nie wystawały spomiędzy kartek jego nowego Passportu United States of America. Jest już po amerykańsku miły i życzliwy, uprzejmy i pomocny, ale niestety po słowach: "Pożyczę Ci książkę o historii USA", i moje: "Nie chcę, nie znam dobrze historii Polski, więc po co mam poznawać historię USA"?, odpowiedział: "Phi, teraz jesteś w Ameryce, więc historii Polski znać już nie musisz". Jeśli mam być TAKIM "Amerykaninem" to ja dziękuję - nigdy nie przestanę być Polakiem. Za Polską się... nie tęskni. Tęskni się za pozostawionymi tam bliskimi, przyjaciółmi, znajomymi, zwykłymi ludźmi na ulicach, za językiem, za pozytywami krainy znad Wisły. Bo Polska w porównaniu do USA wygląda "blado" w większości porównań. Ale to Polska. To tam przychodziliśmy na świat, dostawali szczepionki, co miesiąc baraszkowali na wadze dla niemowląt. Tam odebraliśmy darmową edukację. To kraj w którym każdy człowiek potrafi prawie wszystko. To tam zarabiając 1000 złotych miesięcznie wydaje się 2000 zł, i jeszcze zostaje!;) Kraj cudów! To tam, nie trzeba się bać o to, że za jakiś nieprzemyślany ruch zastrzeli nas policjant, bo w Polsce musi wystrzelać cały magazynek w powietrze krzycząc: "Stać, policja! Stać! Stać proszę! Bardzo ładnie proszę, panie bandyto o zatrzymanie się!". Później dopiero po kilku zdrowaśkach i przeżegnaniu się może odważy się strzelać do napastnika, który MUSI zagrażać jego życiu lub życiu i mieniu obywatela. Z takich małych "smaczków" Polski składa się ten nostalgiczny jej obraz. Kto się go wypiera, jest dla mnie... poniżej zera (to tak tylko dla rymu;). Jak ktoś naprawdę chce się całkowicie odciąć od polskości, to niech to zrobi tak, że gdy spotkam taką osobę na swojej drodze, to nie będę nawet wiedział, że kiedyś był Polakiem/Polką. Niech mówi po angielsku tak samo dobrze lub nawet lepiej niż mówią Amerykanie. Niech nie przekonuje mnie na siłę, że Ameryka we wszystkim ma rację, że jest największa i najpotężniejsza, itp. Wtedy daję takiej osobie moralne prawo do wybrania sobie tej lepszej dla niego ojczyzny. Ale gdy ktoś będący w USA od 12lat, jest na tym samym poziomie w szkole językowej, co ja po miesiącu tutaj przebywania, w domu ze swoją polską żoną rozmawia po polsku, chodzi do polskiego kościoła, to po prostu nie ma prawa mówić "MY Amerykanie!". Jedną z rzeczy, która najbardziej denerwuje mnie w Polsce to całkowity brak szacunku do prawa. Nie szanują go gówniarze w szkole, gdy znęcają się nad nauczycielem, nie szanują go starsi gówniarze w sklepach, gdy mimo swojej nieletności kupują alkohol dobrze wiedząc, że sprzedawca się nie odważy się zapytać ich o dowód osobisty. Denerwuje brak szacunku wobec prawa przez osoby, które te prawo stanowią i powinni stać na straży jego przestrzegania - politycy, policjanci. Ale to już zupełnie inna historia. W USA prawo jest święte, a prawnicy dzięki temu... miliarderami. Pierwsze, co zapamiętam z USA, to to, że zobaczyłem prawdziwy upadek miasta. Detroit jest jak organizm zaatakowany przez raka. Wszystko niby jest OK, organizm działa, krew w nim krąży, funkcje życiowe są pełnione, wszystko jakoś "trzyma się kupy". Działanie Detroit to taki właśnie organizm. Tysiące pędzących codziennie samochodów setkami dróg to krew. Zaatakowane przez raka organy, to padające fabryki, restauracje, sklepy. Jedne już wycięte (zamknięte) inne jeszcze działają, ale na "pół gwizdka" z niechybnym końcem za jakiś czas. Nawet straż pożarna w Pontiac city chyba wkrótce mocno zredukuje zatrudnienie, o ile w ogóle nie zbankrutuje. Straż pożarna to taka np. tabletka na zbijanie temperatury. Ale już nie narzekajmy na Detroit. Zobaczyłem także kawałek pięknej Ameryki. Nowy York. Tam, miliony ludzi, którzy jak mrówki, w doskonale zorganizowanym mrowisku, potrafią przeżyć wszystko. I zamachy CIA na budynki WTC - 9/11, i codzienne zaciąganie się smogiem, i przejażdżki z nieanglojęzycznymi taksówkarzami Yellow Cabs, i ogólnoamerykański i ogólnoświatowy kryzys. Stoisz na Times Square i... czujesz się jak w bajce. Zamykasz oczy na dosłownie sekundę i... jesteś w innym miejscu. Bo wszystko się przez ten ułamek chwili zmieniło. Setki ścian z reklamami wyświetla już co innego, dziesiątki ludzi przeszło z przed naszych oczu i zastąpili ich inni ludzie. W NY zrozumiałem, że Ameryka zawsze da sobie radę. Mają tu wszystko, co jest niezbędne do egzystencji państwa i obywateli, więc oni naprawdę mogą żyć jak na innej planecie - odcięci od ogólnoświatowych problemów. Ale prawdziwe problemy jeszcze przed Ameryką - inflacja. W USA zrozumiałem wartość pieniądza. Wartość pieniądza to nie jest kurs wobec innych walut (szczególnie tak przewartościowanych, jak nasza złotówka). To praca jaką należy włożyć w ich zdobycie, oraz to, co można za nie kupić. Coś jak w reklamie jakiegoś banku. O pracy, płacach, zakupach będą BARDZO rozbudowane notki. W USA poznałem odmienność natury. Tu wiewiórka wchodzi do domu po orzechy, a jak nie dostanie, to wyciąga z lodówki masło orzechowe, a przelatujące tuż nad naszymi głowami gęsi wesoło sobie gęgają. Po prostu jakby plotkowały w locie - niesamowite! W Polsce wszystko takie "zahukane", wiewiórki, gęsi, psy, koty, a przede wszystkim... ludzie. Tu pewnie nawet ryby mają głos. Tu życie, chociaż coraz cięższe, to po prostu... jakoś tak samo w sobie cieszy. Ludzie. Tzn. rodowici Amerykanie. Ich uprzejmość. Nie tylko to "Jak się masz" na każdym kroku. Tu każdy jest uśmiechnięty, więc nawet jak masz zły dzień, to widząc kogoś szczerze się do Ciebie śmiejącego, po prostu nie możesz tego nie odwzajemnić. Tego my, Polacy się nigdy nie nauczymy, bo mamy gen samoumartwienia. Ten ich życiowy optymizm, minimalizm. Tu marzenia są bardziej przyziemne, a przez to łatwiej je spełnić. Więc robisz wszystko, by je spełnić, a nie leżysz do góry brzuchem w poczuciu beznadziei, że są niespełnialne. Tu milioner często wygląda jak żebrak, a u nas żebrak lansuje się na milionera. I uprzejmość ludzi (zaznaczam, Amerykanów!) Jedziesz na rowerze (tu rowerzysta jest rzadkością!) i większość kierowców, którzy zajadą Ci drogę (bo jedziesz chodnikiem), z uśmiechem się wycofa, pomacha, zatrzyma. Kierowczynie już nie zawsze - co widać na załączonym filmie w moim Youtube;) Pierwsze moje kroki po USA z racji nieposiadania prawa jazdy i samochodu odbywały się pieszo. Po tzw. dobrej, bezpiecznej dzielnicy. Ludzie widząc mnie idącego w zimny wiosenny dzień (chodzenie po ulicach to tu też rzadkość) zatrzymywali się z pytaniem, czy coś się stało, czy zabłądziłem, czy może skończyła mi się benzyna w samochodzie? Matka jechała objazdem przez sąsiednie osiedle i zabłądziła (a osiedla tu są BARDZO zakręcone i zazwyczaj z jednym wyjazdem!) Zapytała 1szego napotkanego człowieka (oczywiście ten był w samochodzie, który właśnie parkował pod domem), a ten...: "Wyjechać stąd jest trudno, wyprowadzę Cię". I przejechał bezinteresownie ze 2-3mile swoim samochodem, każąc matce jechać za nim. Ludzie są tu otwarci. Dziś spotkało mnie coś takiego: Robię zakupy w markecie, a tu miły Murzyn ze swoją panią (klasa średnia, ok. 35latkowie) pyta mnie - "Człowieku, czy myślisz, że kobieta w ciąży nie powinna przytyć bardziej niż tylko o kilka kg? Bo moja żona jest w ciąży i kupuje, jak widzisz wszystko dietetyczne. A przecież kocham ją nie za większy czy mniejszy brzuch czy pupę..." Szczerze się roześmiałem i powiedziałem: "Wiesz.. jestem z Polski i...", "Och, I'm sorry...". Pewnie gdybym władał angielskim tak dobrze, jak władam językiem polskim to facet już za miesiąc miałby kobietę tak grubą, że żałowałby, że ją namówiłem na odstawienie tych wszystkich lightów;) Ludzie tu są ufni. Domy i samochody otwarte. Portfele leżą w samochodach (wiadomo, że gotówki w nich tyle, co kot napłakał, bo wszyscy płacą kartami płatniczymi). Zrobiło się jakoś patetycznie. Więc wracając do mnie - zaskoczył mnie... mój zegar biologiczny. Jest tak stabilny i dokładny, że po 4rech miesiącach pobytu w USA jeszcze się nie przedstawił. Wstaję w środku nocy, 2:00, czy nad ranem 8:00 i... nie wiem, gdzie jestem, która jest godzina, co robię, gdzie słońce, czy dopiero zaszło czy za chwilę wschodzi. Po prostu ciągle pół mnie jest gdzie indziej. Przejechałem 9tysięcy kilometrów po USA. Nakręciłem swój "film drogi". Byłem w stolicy Stanów Zjednoczonych, Washingtonie, gdzie większość mieszkańców i obywateli USA nigdy nie było. Stałem na dachu Empire State Building i patrzyłem na cuda Nowego Yorku. Poczułem się... malutką mróweczką. Malutkim robaczkiem w środku Wielkiego Jabłka (może właśnie dlatego NY nazywa się Big Apple?;) Kupiłem koszulkę "I Love NY", pod treścią której mogę się szczerze podpisać, ale w NY jej nie założyłem. Wszystkie miasta USA odwiedzałem w koszulce... TERAZ Polska! Zarobiłem... niewiele. Stać mnie za to "niewiele" na bardzo dużo. Reszta moich ZA i PRZECIW Ameryce będzie w następnych notkach. 1. Gdzie są moje orzeszki - zapytała wiewiórka. Tu nawet zwierzęta mają zaufanie do ludzi. 2. Automyjnia za 1dolara! (tak, za trzy złote) - to jest właśnie wartość pieniądza, której doceniania USA doskonale uczą. 3. Otwarte zaledwie kilka lat temu centra handlowe dzisiaj upadają. Wszystko wolne, do kupienia, wynajęcia... 4. Ale wolna jest także... Statua Wolności. Nowy York, miasto, które od 1-szego wejrzenia się kocha lub nienawidzi! 5. Washington - George Bush przeleciał 15metrów nade mną (film będzie na mojej Youtubie) 6. Nowy York widok z Empire State Building - dosłownie pulsujące życiem miasto. Broadway i 5-ta aleja. Więcej zdjęć z Washingtonu znajdziesz TUTAJ, a z Nowego Yorku TUTAJ Coś o autorze tego bloga. Wokół mnie narastają domysły i przypuszczenia. Domniemania i niedomówienia. Opinie, że się nie znam na prawdziwej Ameryce. Prawdziwa Ameryka jest w indiańskich rezerwatach, reszta to fasady z plywoodu i gupsu! Mówicie, że się czepiam, że jestem uprzedzony do USA, do AfroAmerykanów. Że pewnie płaczę po nocach za Polską i w ogóle. Że się tu po prostu nie odnajduję, że jest mi tu ciężko, dlatego tak narzekam. To nie jest narzekanie. To jest obraz, który widzę, a który trzeba czasem delikatnie przejaskrawić, by był bardziej widoczny. To jest prawo autora w które nikt nie ma prawa ingerować. Najlepiej jest zrobić 1000 zdjęć, wkleić je tutaj i zgodnie z zasadą, że "Jedno zdjęcie przemawia lepiej, niż 1000słów", dać Wam samym wyciągać wnioski. Ale nie jestem fotoreporterem z National Geographics, a autorem książek. Po to potrafię dobierać słowa, by potrafić nimi przelać myśli na ekran komputera i rozlać je przed Waszymi oczami. Jak o czymś piszę, to jest to prawdziwe lub bardzo prawdopodobne (gdy opowiada mi o tym wiarygodna osoba). Gdy koloryzuję, robię to na tyle zauważalnie, że już nie chcę musieć pisać, że oczywiście przesadzam, dramatyzuję, czy tylko przejaskrawiam. A nie jestem dzieciakiem, by co chwilę wklejać GG-owe minki ;) :> ^^ :D Tak więc gwoli wyjaśnienia: Mam prawie 31lat. W swoim życiu widziałem i przeżyłem już wiele. Moim talentem jest zauważanie rzeczy, które inni przegapiają (ale równocześnie przegapianie rzeczy, które inni widzą). Potrafię słuchać, oglądać i wyciągać wnioski. Potrafię patrzeć wstecz i wybiegać w przyszłość. Potrafię zobrazować sytuację, która dzieje się obecnie, odnaleźć jej przyczyny w przeszłości oraz rozpisywać scenariusz na przyszłość. Raz trafny, innym razem mylny, ale zawsze kreatywny i twórczy, a nie odtwórczy. A jak już mi ktoś pisze, że w jego oczach USA wygląda inaczej, to proszę, na koniec swojej wypowiedzi o zaznaczenie, że pisze z Nowego Yorku, NY, czy z Los Angeles, CA, ewentualnie Tampa, FL, itd. Bo, gdybym napisał coś, pisząc np. o Katowicach (w których kiedyś mieszkałem), że są okropne, bo wszędzie jest brud, smród, smog i sadza, to mi Góral z Tatr zaraz napisze: "Panocku, coś ci się brymuchy za dużo napiło. Ja tu, w mym piknym Zakopanem smogu żem nie widział nigdy! Hejjj!" Przecież wystarczy tylko być z Nowego Yorku i na moje słowa o Detroit (że tu nikt nie chodzi pieszo) popukać się w głowę! Albo być spoza Detroit, nigdy nie przekraczać tunelowej lub mostowej granicy z kanadyjskim Windsorem i nie uwierzyć, że pracownicy graniczni od 1sierpnia tego roku mają prawo zabrać nam laptopa, komórkę, aparat cyfrowy, pen drive i skopiować i przejrzeć w biurze ich zawartość. Więc nie będąc stąd (Detroit) nie uwierzycie tak łatwo w moje słowa o tym, że USA to jednak jest policyjne państwo. Nie czuję na razie, by nadużywali swoich uprawnień wobec mnie, ale mają je tak nieograniczone, że gdyby chcieli... Ameryka jest większa, niż nam się wydaje i różnice są tu NIESAMOWITE. A ja ciągle zaznaczam, że piszę o Detroit, Michigan! ![]() 1. Nowy York - chodnik o każdej porze dnia i nocy. 2. Detroit - chodnik, piątek godzina 16:48. 3. Burmistrz Detroit. ![]() 4. Samochody nowojorskiej policji. 5. Samochody michigańskiej policji. 6. Burmistrz Nowego Yorku. Ta sama Ameryka, a jednak jakże inna. stany 2008-08-01 07:12:45 skomentuj (19) Pierwsza przejażdżka, pierwsza przechadzka... Gdy zjawiamy się w miejscu, w którym wszystko nagle jest zupełnie inne... Inny język urzędowy, inna strefa czasowa, z innej strony naszego wewnętrznego kompasu wschodzi słońce, a z innej niż się tego spodziewaliśmy zachodzi... Gdy widzimy zupełnie innych ludzi, inne kolory ich skóry, inne języki, którymi oni do nas mówią, inne ich zachowania wobec nas... Gdy widzimy zupełnie inny typ budownictwa, drogownictwa, przepisy ruchu drogowego, znaki drogowe, samochody, to wszystko to nagle tworzy taką... magiczną krainę. Dosłowny INNY ŚWIAT! Pierwsza przejażdżka samochodem w takich okolicznościach pozostaje w pamięci tak, jakby była to w ogóle pierwsza przejażdżka w naszym życiu. Znaki drogowe zupełnie inne, w większości pisane, a nie z symboli (więc lepiej znajmy język angielski). Limity prędkości w innych jednostkach, niż te dotychczasowe, do których i tak nigdy się w Polsce nie stosowaliśmy. Tu będziemy musieli, bo wszyscy się stosują. Policja z rozszerzonymi uprawnieniami względem polskich policjantów. Całkowity brak pieszych, rowerzystów, powolnych Fiatów 125p, a pasów ruchów przynajmniej po kilka w jedną stronę. A nad głowami, prócz co chwilę powiewających wielkich amerykańskich flag, powiewające na łańcuchach... sygnalizatory świetlne, a nie jak u nas - sztywno zawieszone na słupach. Auta wielkie, głośne, paliwożerne. Wyrywające ze świateł do przodu, jak sprinterzy olimpijscy w biegu na 100 metrów. Każde większe skrzyżowanie wyglądające prawie tak samo, jak skrzyżowanie mijane chwilę wcześniej. Czasami cztery stacje benzynowe na jednym skrzyżowaniu! Po jednej przy każdym zbiegu ulic. A jak nie cztery, to zawsze przynajmniej jedna stacja. Żadnych wysokich budynków stanowiących punkt odniesienia względem miejsca z którego ruszyliśmy lub do którego zmierzamy. Żadnego warszawskiego Pałacu Kultury i Nauki, żadnego wrocławskiego Poltegoru czy Katedry, żadnej poznańskiej Akademii Ekonomicznej. Wszystko prawie takie samo. I jeszcze wszystko tak pędzi do przodu, żółte światło, czerwone, a oni dalej jadą. Człowiek nie ma czasu się zapoznać z trasą, bo po prostu nie dadzą nam zwolnić ani na chwilę. Czerwone światło. Zatrzymujemy się, rozglądamy i możemy jechać dalej na czerwonym (w prawo, lub w lewo jeśli jest to ulica jednokierunkowa). Ja wysiadam! I wreszcie jakaś chwila spokoju. Sklep. Pierwszy mój odwiedzony w USA sklep był oczywiście... sklepem z elektroniką. Odpowiednik naszego Media Markt czy Saturna. I tu... szok! Już od drzwi wszyscy pracownicy sklepu tacy mili, uśmiechnięci, witający mnie słowami: "Dzień dobry. Jak się masz?". Kolejny pracownik, gdy zobaczył, że przyglądam się jakiejś rzeczy z ich asortymentu, podszedł, zapytał, czy może w czymś pomóc? Przegoniony grzeczną odpowiedzią, że "I'm just looking", odpowiedział: "OK, no problem, jestem Brian, jakbyś miał jakieś pytania to jestem do Twojej dyspozycji". Podchodzę do półek i tu jeszcze większy szok! Nie dość, że wszystko można dotknąć, nawet aparat za 3tys.$, czy kamerę za 4tys.$, że wszystko jest podłączone do zasilaczy i możemy to do woli testować, próbować, to jeszcze wszystko jest 1,5-2x tańsze niż w Polsce. Aparat, który kolega w Polsce chciał kupić dostępny był dopiero w Lublinie. W Media Markt. Zamknięty w strzeżonej przez kamery i pracownika ochrony gablocie. Gdy chcieliśmy go obejrzeć i dotknąć to japońskie cudo techniki, to z wielką łaską nam gablotę otworzył i dał chwilę potrzymać Nikona D300 (oczywiście bez baterii w środku, więc naprawdę tylko potrzymać). A tu. Biorę go do ręki, robię fotki, kręcę wszystkimi możliwymi gałkami, zmieniam ustawienia, bawię się do woli, mogę nawet przykręcić stojący obok inny obiektyw i... i nikt się nawet nie zainteresuje, że trzymam w swych dłoniach 2tys.$ i mogę coś uszkodzić. Przecież kolega w Polsce mi w to nie uwierzy! Pojechaliśmy 125km do Lublina, drugie tyle kilometrów z powrotem, by przez chwilę potrzymać ten aparat w dłoni (pod czujnym okiem pracownika Media Markt). A tutaj, w pierwszym sklepie mam w dłoni i ten aparat i stojący obok Canon 5D za 3tys.$. Wyjmuję z kieszeni mój telefon komórkowy (z wbudowaną kamerą) i robię zdjęcia tego, jak bawię się Nikonem D300, robię fotki cenom. W Polsce zostałem kiedyś wyproszony z Saturna, gdy zacząłem fotografować ceny laptopów (bo to o wiele szybsze niż ręczne spisywanie cen). Tak bali się szpiegów konkurencji! Tu robiłem fotki wszystkim rzeczom, które mnie zainteresowały, wszystkim cenom, a gdy zobaczył mnie pracownik sklepu to... zapytał, czy nie chcę cennika tych aparatów, by nie musieć robić tych fotek? To jest pierwszy pozytyw Ameryki. Tu hasło "Nasz Klient - nasz Pan" jest przestrzegane w 100%. Tu o wiele więcej osób jest stać na aparat za 2tys.$, który w Polsce kosztował wtedy ponad 3tys.$. Tu KAŻDY jest potencjalnym klientem. Nawet jak przyjdzie w dziurawych butach i podartej koszuli - ważne jest tylko to, by miał w kieszeni ważną kartę kredytową! Obecnie, jesienią 2009 śledząc ceny cyfrowych lustrzanek przy kursie dolara 2,9zł doszedłem do wniosku, że wszystkie lustrzanki można kupić taniej w Polsce w sklepach internetowych wyszukanych przez Ceneo.pl. Nie mam pojęcia, jakim cudem tak się dzieje, że np. Canon 50D (body) na którego obecnie poluję, w USA w BestBuy kosztuje 1166$, a w PL w internetowym FotoJokerze wychodził o 100zł taniej. Laptopy ciągle się opłada sprowadzać do Polski całymi kontenerami - 17calowy HP nabyty tutaj za 561$ w Polsce na alegro wyceniony jest na 860$ z informacją, że taki model w sklepie kosztuje 1206$. I jeszcze jedna rzecz zapamiętana z pierwszych spacerów po USA (po sklepach, wśród ludzi, kobiet...). Te od lat wpajane ostrzeżenia, że Amerykanie są przewrażliwieni na punkcie swojej prywatności i swobody seksualnej. Nie możesz się na nich patrzeć (szczególnie na kobiety w jakiś wg. nich "prowokujący" sposób), bo zaraz posądzą cię o molestowanie. Mówiły o tym wiele razy media w Polsce, mówił o tym mój nauczyciel ze szkoły średniej (który posądzenia o molestowanie wzrokowe zaznał w USA na własnej skórze). Tak mi te ostrzeżenia utkwiły w pamięci, że podczas mojej pierwszej wizyty w sklepie czułem się jak... Muzułmanka w czadorze, która zgodnie z nakazami Koranu, nie ma prawa, patrząc na obcego mężczyznę, podnieść wzroku powyżej jego kolan. Oglądanie się za kobietami, zaczepki słowne, nieprzyzwoite gesty, gwizdy, komentarze, gdy trafią na jakąś "stukniętą" kobietę, mogą nas naprawdę zaprowadzić przed oblicze sądu z zarzutem: "Molestowanie seksualne w miejscu publicznym". Gdy zobaczyłem, że moje pierwsze spojrzenie powyżej kobiecych kolan nie skończyło się aresztowaniem, a moje pierwsze obejrzenie się za kobietą (oczywiście w czysto naukowych celach!) nie skończyło się publicznym linczem, poczułem się... jak w domu;) ![]() 1. Amerykańskie drogi i flagi powiewające na wietrze co kilkadziesiąt metrów, by zawsze pamiętać, że jest się w USA. 2. W tym miejscu krzyżują się cztery drogi. Włączając w takim miejscu GPSa na pewno zabłądzimy!;) 3. Nikon D300 w moich rękach. W sklepach w USA wszystko, nawet tak drogie rzeczy (2,400$) mamy prawo dotknąć, przetestować, bez żadnego tam pilnowania nas przez obsługę sklepu, jak ma to miejsce w Polsce. 4. Nawet kamerę wartą w Polsce grubo ponad 10,000 PLN, dostępną jedynie na specjalne zamówienie, w USA możemy znaleźć w o wiele niższej cenie i od razu dostępną. stany 2008-07-29 12:00:00 skomentuj (12) Pierwsze kroki w nowym, amerykańskim domu... Już samo wejście do mieszkania w USA jest o wiele trudniejsze, niż wejście do niego w Polsce. W większości domów są specjalne drugie drzwi, które najczęściej są ze szkła lub z siatki antyinsektowej (tzw. moskitiery). Tak więc jedną ręką otwieramy i trzymamy jedne drzwi (mają sprężynowy lub pneumatyczny autodomykacz), drugą ręką otwieramy drzwi główne, i... gdy w miarę zwinnym ruchem nie wejdziemy do środka, to te 1-sze drzwi uderzą nas prosto w dupę!;) Najgorzej jest, gdy mamy dwie ręce zajęte zakupami - wtedy takie bezbolesne wejście jest naprawdę trudne. Te szklane lub siatkowe drzwi są po to, byśmy mogli otworzyć drzwi główne, i widzieć przez nasze (ciągle zamknięte) szklane drzwi świat, a w lecie sobie wietrzyć mieszkanie przez nasze drzwi z siatki, oraz by muchy miały utrudniony dostęp do środka. A może jest to z racji tego, że w amerykańskich wizjerach montowanych w drzwiach po prostu... nie widać nikogo, bo oni są tu tacy duzi, że w "Judaszu" po prostu się nie mieszczą;) Dlatego trzeba przyjrzeć się gościowi, pukającemu do nas przez te właśnie szklane drzwi;) Tuż po wejściu do domu, musiałem się upewnić, że jestem na drugiej półkuli. Jak to zrobić? Najlepiej pójść do łazienki i spuścić wodę w umywalce. To właśnie zrobiłem i... naprawdę ta taka minitrąba wodna kręci się w drugą stronę niż na naszej półkuli. Czyli w lewo (odwrotnie do ruchów wskazówek zegara). Podobnie dzieje się w toalecie. Bo tu spłuczki WC nie działają tak, jak w Polsce, że z siłą wodospadu spłukują to, co znajdą na swojej drodze. Tu spłuczki powodują to takie małe zawirowanie wody i to wciąga zawartość toalety do rury odpływowej. KOREKTA powyższego tekstu - OK - myliłem się, nigdy nie widziałem wirku w polskiej toalecie, więc coś mi się pokręciło i jednak w polskim i amerykańskim kibelku zawartość wkręca się w tę samą stronę;) Ach, Ameryka tak mnie zamotała, że prawo pomyliło mi się z lewym;) Inne niuanse amerykańskich domów... Okna. Trzeba się przyzwyczaić do okien przesuwanych, a nie otwieranych czy uchylanych tak, jak w Polsce. Gdy jeszcze otwieramy okno w poziomie, tzn. przesuwamy jedną szybę (skrzydło) z lewa na prawo, to OK. Ale gdy okno otwiera się do góry i musimy przez nie wyjrzeć, to robi się... tak jakoś dziwnie. Przecież może opaść i uciąć nam głowę! A przynajmniej zmiażdżyć kręgi szyjne. Oczywiście dramatyzuję, ale to jest dziwne - w całych stanach ZERO okien otwieranych tak, jak u nas - na oścież! Pewnie chodzi o to, że drewniane domy i drewniane ściany do których nie ma jak przykotwiczyć ościeżnic okiennych nie wytrzymałyby sił działających przy pełnym wychyleniu się okien i po prostu wypadały ze ścian wraz z ościeżnicami. Tu można otworzyć tylko jedną połówkę okna, tzn. zasunąć jedno na drugie. W niektórych domach okna są otwierane na korbkę - naprawdę. Jak w szyba w samochodzie marki Syrena 102:) W starszych domach często jedno okno jest przymocowane na stałe, a otwiera się tylko drugie - ale przez nie nie wyjrzymy na zewnątrz, bo tuż za oknem znajduje się moskitiera. To jest piekło dla klaustrofobików!;) Cisza... To coś, czego w amerykańskich domach zawsze brakuje. Po 1sze. to w znakomitej większości przypadków, domy są z drewna, a drzewo nie tłumi tak dobrze dźwięków z zewnątrz, jak nasze cegły, pustaki, betony i styropianowe izolacje termiczne. Dodatkowo drewno oczywiście głośno "pracuje" i trzeszczy, gdy wiatr za oknem dmucha w nasz dom, skrzypi, gdy ktoś chodzi piętro wyżej lub za ścianą, itd. Podobnie te nie do końca szczelne akustycznie przesuwne okna. W Polsce domyka się te nasze nowoczesne plastikowe okna i już w domu mamy ponad 30dB ciszej, niż na dworze. A tu okna nie mogą być tak szczelne, bo po prostu nie mielibyśmy sił ich przesunąć do otworzenia. I jeszcze to centralne ogrzewanie. W Polsce kaloryfer siedzi cicho w kącie i nas w zimie przytulnie grzeje, a tutaj każdy ma w piwnicy wielki gazowy kocioł grzewczy, który niepokojąco huczy spalając gaz, a dodatkowo chodzą w nim wielkie dmuchawy, które przez specjalne kratki wentylacyjne wdmuchują nam w zimie ciepłe powietrze, a w lecie zimne (z równie hałasującego klimatyzatora za oknem). I jeszcze te wielkie amerykańskie lodówki z wentylatorami z tyłu (przynajmniej z dwoma wentylatorami). Lodówki tutaj nie są zbudowane tak, jak w Polsce, że dookoła zamrażarki są rurki rozprowadzające zimno. Tutaj do zamrazalnika dmucha mroźnym powietrzem specjalny wentylator, więc lodówka jest tania jak barsz, ale za to głośna jak kombajn do zbierania buraków na ten barszcz. I jeszcze chodząca za oknem klimatyzacja nasza i sąsiadów. I znów te drewniane ściany, a za nimi czasem głośni sąsiedzi. Albo głośno płynąca w rurach ukrytych w drewnianych ścianach woda bieżąca lub ściekowa. A w gratisie do tego wszystkiego, 100metrów od domu autostrada idąca wysoką estakadą nad osiedlem... Tak więc ciszy naprawdę trudno tu zaznać. Pewnie gdyby wszystko nagle ucichło, samochody na pobliskich drogach stanęły, woda przestała płynąć, zabrakło prądu do hałasujacych lodówek i centralnego ogrzewania, to i tak byłoby głośno od dźwieku żerowania korników, które zajadają sie ścianami naszego domu. Gaz ziemny. Nawet gaz w kuchenkach jest tutaj inny. Ma bardziej intensywny zapach, niż w PL. W Polsce gaz mamy z Rosji, więc gaz w naszych kuchniach ma delikatną woń... spirytusu?;) W USA mają własny gaz, więc czuć go... Ameryką!;) Bo metan w końcu jest bezwonny i specjalnie się ów gaz czymś nawannia, byśmy mogli wyczuć po zapachu jego ulatnianie się w domu. Amerykańska kuchenka włącza się tak, że od razu jest największy płomień i dopiero po przekręceniu kurka dalej, następuje zmniejszenie płomienia - zupełnie inaczej niż w Polsce. Niby nic takiego, a jednak można przypalić wodę na herbatę. Oczywiście, kuchenki w domach moich znajomych mogą być inne... Światło. O prądzie elektrycznym, 120 voltowym napięciu i związanych z tym problemach jeszcze tutaj napiszę. Gdy zsumowałem całą moc pobieraną przez nasz dom - to... gdyby włączyć w jednym czasie same tylko światła - spaliłyby się instalacje elektryczne i pewnie cały dom. OK, znów dramatyzuję - są tutaj przecież bezpieczniki. W samej piwnicy mamy 23 źródła światła zużywające w sumie 920Watów. Na parterze, w kuchni dodatkowe 17źródeł światła - 560Watt. W jadalni 10 żarówek - 400Watt. Living room jest "zaciemniony", bo tylko 3lampki - 180Watt. Łazienka, korytarz, sypialnie to dodatkowe 21żarówek - 1020Watt. Moi drodzy koledzy ze szkoły średniej, podliczcie to (rezystancje, impedancje, prądy błądzące, itd)... Tak, 74żarówki zużywające 3080Watt! Ponad 26Amperów potrzebnych na samo oświetlenie mieszkania! To zamiłowanie Amerykanów do światła jest spowodowane pewnie tym, że... prąd mają tutaj ponad 2x tańszy niż w Polsce. C.D.N. stany 2008-07-28 12:00:00 skomentuj (13) No i się doigrałem... Zamieściłem poprzednią notkę i zaczęły się dziać jakieś cuda! Cuda na moim albumie internetowym Picasa (fotki mi znikają, zmieniają swoje adresy, dlatego macie problemy z ich wyświetlaniem). Cuda na Picasie, problemy z administrowaniem mojego bloga... Może to przez to, że fotki DHS (Departament Bezpieczeństwa Krajowego Stanów Zjednoczonych) pobrałem wprost z ich strony internetowej (będącej pod specjalnym nadzorem, jak każda strona rządowa USA), a może to, że używam słów kluczowych dla ich maszyn szpiegowskich? Ale przecież na tym blogu nie nawołuję do terroryzmu, nie włamuję się na strony rządowe ani żadne inne, jestem grzeczny i ułożony. Piszę bloga po polsku mając nadzieję, że jego treść nigdy nie zostanie przełożona na angielski i nie znajdę się na liście Most Wanted dla wszystkich jawnych i tajnych służb USA. Myślałem, że to, że o Ameryce można mówić i pisać albo dobrze, albo wcale jest tylko żartem, a tu się okazuje, że... Z National Security Agency (Agencji Bezpieczeństwa Narodowego USA) otrzymałem taki oto list... Nie wiem, ile mogę zacytować, więc zacytuję to, co jest w nim moje. Oczywiście skrótowo. Stupidity the American way ... This subject was proceed alone, wyczytany directly or wywnioskowany from reading "between the lines" for my other posts. But since I was "invited to the plate" by one of czytelniczek blog, I wrote - whether Americans really are so stupid, under which shapes their world to say, not wanting to offend them at all that ... YES. Although the concept of relative stupidity, and sometimes people who do not understand (it is not a question of language, and their behavior, their wyrastanie in another educational system or cultural norms), it can be called a case of fools. But in the U.S., many such cases can not be found ... Following the examples met me, so I more or less it looks like: A few days ago kupowałem clothes in a shop with a few things. Kasjerka (her skin colour is probably important here ...) served me slowly, because the color of my skin was different. Slowly zdejmowała security antykradzieżowe, scanned price discounts nabijała manually. At the end of the transaction in most shops are asking for our home phone number. With us this number immediately to our personal data and address, and they know where the next time podesłać newspaper advertising. So as not to get in a few days kilogram ciuchowych leaflets, and it's nice smile zażartowałem: "I'm from Europe, so my number will not be unless you need?" The woman did przestraszoną mine, covered the palms all the clothes lying on the land for which has not yet paid, and I did not steal their case before its nose and true przerażeniem asked: "But you have American money?". This is in the U.S. is "thinking". That someone przejechał the half and came to her store with złotówkami in your pocket. And maybe with bananas and muszelkami, probably because they are being paid in the pages of which have imported before her parents ... (...) People, do not be afraid to comment on the posts. Americans for anything you do not! On NaszaKlasa and GaduGadu piszecie all that well ująłem lie at the heart of the American "thinking", and there is silence and emptiness. If you are shut me in Guantanamo. Even I have to dress specially uszyty ... Czyli cały mój blog leży przełożony na angielski i jest śledzony przez urzędasów z NSA (co tu nie znaczy wcale Naczelny Sąd Administracyjny). Czyli wykrakałem... Proszę, wysyłajcie mi paczki, jak sam trafię do "paki"... stany 2008-07-27 01:00:00 skomentuj (3) Myślenie po amerykańsku... Temat ten miał wypłynąć sam, wyczytany wprost lub wywnioskowany z czytania "między wierszami" innych moich notek. Jednak skoro zostałem "poproszony do tablicy" przez jedną z czytelniczek, bym napisał - czy Amerykanie rzeczywiście są tak głupi, na jakich kształtuje ich świat to powiem, nie chcąc ich wcale obrażać, że... TAK. Chociaż głupota to pojęcie względne i czasami ludzi, których po prostu nie rozumiemy (nie chodzi mi tu o nierozumienie ich języka, a o ich odmienne od naszego zachowanie w różnych sytuacjach spowodowane przez ich wyrastanie w innym systemie rodzinnym, edukacyjnym czy normach kulturowych), też możemy przez przypadek nazwać głupimi. Jednak w USA takich przykładów jedynie przypadkowej głupoty wiele nie znajdziemy... Idąc przykładami jakie spotkały mnie osobiście, tak oto to mniej więcej wygląda: Kilka dni temu kupowałem w sklepie z ubraniami kilka rzeczy. Kasjerka (jej kolor skóry pewnie ma tu znaczenie...) powoli mnie obsługiwała, bo kolor mojej skóry był inny. Powoli zdejmowała zabezpieczenia antykradzieżowe, skanowała ceny, nabijała ręcznie rabaty. Na koniec transakcji w większości sklepów kasjerzy proszą o nasz numer telefonu domowego. Mając od nas ten numer, od razu mają nasze dane osobowe i nasz adres zamieszkania (to jest właśnie prawdziwy CALLER-ID, w odróżnieniu od polskiego NUMER-ID), i wiedzą, gdzie następnym razem podesłać gazetki reklamowe. Tak więc, by nie dostać za kilka dni kilograma ciuchowych ulotek, miło i z uśmiechem powiedziałem: "Jestem z Europy, więc mój numer chyba nie będzie Ci potrzebny?" Kobieta zrobiła przestraszoną minę, nakryła dłońmi wszystkie ciuchy leżące na ladzie za które jeszcze nie zapłaciłem, bym ich przypadkiem nie ukradł jej sprzed nosa i z prawdziwym przerażeniem w oczach zapytała: "Ale masz amerykańskie pieniądze?!". Tak się w USA właśnie "myśli". Że ktoś przejechał pół Stanów i trafił do jej sklepu ze złotówkami w kieszeni. A może z bananami i muszelkami, bo pewnie tym się płaci w stronach z których przywieźli kiedyś jej rodziców... Przykład drugi. Kolega wymieniał u Amerykanów w domu okna. Dobrze wykształceni ludzie, zamożni. Gdy usłyszał ich rozmowę, że jeszcze muszą wezwać hydraulika, by wymienił im cieknący kran, kolega się zaoferował, że sam to naprawi zaraz po tym, jak skończy wymieniać okna. - Ale jak Ty to zrobisz? Przecież nie jesteś hydraulikiem?" - zapytali. - Don't worry, dam radę! - powiedział wszystkopotrafiący Greg:) Spytał, co jeszcze jest tu do naprawy? - No... gniazdko w kuchni, ale przecież nie jesteś elektrykiem? Kolega w godzinę naprawił i kran i gniazdko i jeszcze kilka innych amerykańskich niedoróbek. A właściciel domu w tym samym czasie bawił się swoim nowym samochodem (Vanem, w którym drzwi i bagażnik otwierają się z pilota na oścież). Bawił się tak długo, że wyczerpał cały akumulator. Wsiadł, chciał odpalić silnik, a tu lipa. "Fuck, shit, zepsuł się dwa dni po zakupie - dzwonię do dilera". Kolega, już nawet bez informowania ich, że i to zaraz naprawi, podjechał swoim autem pod ich 2dniowy samochód, podpiął przewody i odpalił Vana. Amerykanie byli w szoku! - Kurde, człowieku jesteś genialny! Ile Ty szkół skończyłeś, ile uniwersytetów?! - nie kryli swojego zaskoczenia umiejętnościami Grega. - Jestem z Polski proszę Pani, u nas każdy to potrafi. ("to" w domyśle było... "MYŚLENIEM"). W Polsce każdy potrafi myśleć, a w USA nie muszą. W USA stać ich na wezwanie hydraulika, elektryka, mechanika do byle błahostki. W USA jest specjalizacja. Najlepiej widoczna w medycynie. Kuzynka poszła ze swoją 11letnią córką do ortopedy. Bolała ją (córkę) noga i... i lekarz ortopeda dziecięcy obejrzał jej kolano i mówi- "Sorry, ale to nie kolano powoduje ten ból, to coś ze stopą, a ja jestem tylko od kolan. Musi pójść do dziecięcego specjalisty od stóp". Oczywiście są jeszcze ortopedzi dla dorosłych, którzy patrząc na dziecięce nogi nie potrafiliby nic zdiagnozować. Nie potrafili, a przede wszystkim nie mieli do tego prawa. Dlatego w USA nikt nie wychyla się ponad to, czego został nauczony, do czego ma prawo, i co należy do zakresu jego obowiązków. Gdyby taki naprawiony przez kolegę kran zalał mieszkanie, a gniazdko poraziło właścicieli domu, to zapewne zostałby on pozwany do sądu. Dlatego będąc Amerykaninem robisz to, co Cię nauczono, robisz to w miarę dobrze (a i tak o wiele gorzej od przeciętnego Polaka), a na reszcie nie musisz się w ogóle znać. Doskonałym tego przykładem jest pewien znajomy amerykański inżynier z Forda, który w domu nie potrafi podłączyć kina domowego, ani przełączyć pilota z trybu obsługiwania telewizora na obsługę magnetowidu. On po prostu ma obmyślać (nawet w domu) nowe projekty dla Forda, a nie zajmować się jakimiś instrukcjami obsługi magnetowidów. Stać go wezwać specjalistę do podłączenia kina domowego do telewizora, a on ma sobie tym głowy nie zawracać, by nie zorientować się, jak wielu najprostszych rzeczy nie potrafi. Oczywiście każdy przeciętnie myślący Polak podłączy wszystko intuicyjnie, a Amerykanin musi być WYBITNY, by zrobił cokolwiek bez instrukcji. Każda instrukcja obsługi jest tu rozpisana i rozrysowana tak, by nawet 10latek dał sobie radę. Mam tutaj prosty telefon komórkowy Samsung. Komórka jest bez aparatu foto, bez odtwarzacza MP3, bez gniazda na karty pamięci. On tylko dzwoni i można na nim napisać SMSa i odebrać SMSa, a mimo to instrukcja obsługi do niego liczy... 218 stron (połowa to porady typu: wyjmij telefon z kieszeni przed praniem odzieży, nie kąp się z telefonem, itd.) Tutaj naprawdę pewnie kiedyś znajdę w instrukcji obsługi np. telewizora punkt mówiący, że telewizor działa najlepiej wtedy, gdy wtyczka zasilająca jest podłączona do gniazdka elektrycznego. Albo przykład sprzed kilku m-cy, gdy mnie jeszcze w USA nie było. Mojej matce przestał działać pilot od kablówki. Wezwała sąsiada, młodego, rozgarniętego wydawałoby się chłopaka, tzn. Amerykanina... Ten przyszedł, 15minut pykał pilotem, tunerem kablówki, pewnie gdyby była antena satelitarna na dachu, to by nią poruszał, a nie zauważył na pilocie przełącznika - HOLD, oznaczającego, że całego pilota blokuje się, np. przed tym, by dzieciak się nim nie bawił. Matka sama na to wpadła, gdy po 15 minutach bezowocnego "naprawiania" pilota przez sąsiada, poradził on wezwać speca od kablówki. Tu po prostu nie ma żadnych "złotych rączek", jak w Polsce, gdzie każdy fachowiec, a nawet niefachowiec potrafi podłączyć pralkę (nawet ja), ustawić programy w telewizorze i magnetowidzie, pomalować dom, położyć podłogę z paneli, czy kafelki. Tu inżynier informatyk nie potrafi zaprogramować telewizora, a inżynier elektronik wymienić dysku w komputerze. Dlatego właśnie telewizory programują się same, a kanały nazywane są nie TVN czy Polsat, a 1, 2, 20, 50. I każdy w domu na tym samym kanale w telewizorze ma ten sam program. No i kolejny dowód bezmyślności Amerykanów. Pewnego dnia była wielka burza. Lało przez ponad godzinę, wszędzie mokro, trawniki podlane wprost z nieba, a tu na większości posesji tuż po tej burzy włączyły się automatyczne zraszacze trawy. Co innego, gdyby to był dzień roboczy i wszyscy byli w pracy nie mogąc tego wyłączyć. Ale to była sobota, większość z właścicieli domów właśnie siedziała przed domem rozmawiając z sąsiadami lub sprzątając wokół domu, więc wszyscy byli w domach, a nikt nie wyłączył zraszaczy. Albo w banku. Założyłem sobie konto w banku (będzie o tym notka). W domu przeczytałem dokładnie całą umowę (było tego ok. 20stron) i następnego dnia poszedłem do Banku, by zapytać o co dokładnie chodzi w tabeli opłat. Czemu muszę zapłacić 2$ za sprawdzenie stanu konta w bankomacie mojego macierzystego banku?! - A co to za tabela - zapytała kobieta, która dzień wcześniej zakładała mi konto i drukowała tę umowę i tabelę. - No tabela opłat z umowy prowadzenia mojego rachunku w Waszym banku. Czwarta strona umowy. Czwarta strona to ta z tyłu trzeciej strony. Po odwróceniu kartki. Vertikalnie, a nie z pionu w poziom... - Pierwszy raz ją widzę. Kobieta drukuje codziennie po kilka takich umów, a nie wie, co drukuje. W Polsce pracownik musi znać znaczenie każdego punktu umowy, każdego przecinka, każdego procenta i promila, a tu... Tu musiały się zebrać we trzy "mądre głowy", by dojść do wniosku, że te 2$ należą się, gdy chcę w bankomacie wymusić aktualny stan konta (w tej chwili), a nie ostatni zaksięgowany. Przeraziło mnie to - ich niekompetencja na każdym kroku! Podobne cuda będą z prawem jazdy - to będzie majstersztyk ignorancji wobec zdrowego rozsądku. Albo zakup alkoholu. Oczywiście przy zakupie, nawet jak wygląda się na 30-40latka trzeba okazać ID albo jakiś inny dokument, który udowodni sprzedawcy, że mamy skończone te ustawowe czy konstytucyjne 21lat. A więc ja, stary prowokator, wszędzie pokazuję... polskie prawo jazdy. I jak szympansom w zoo wszystkim muszę tłumaczyć: To jest moje prawo jazdy z innego kraju, wiesz? - TAK. To ja, to moje zdjęcie, podobny? - TAK. To moje imię i nazwisko. Wy też tu macie imiona i nazwiska, tak? - TAK. A to moja data urodzenia. Wy też się tu rodzicie, tak? - NIE. U nas nie ma 19-stego miesiąca. My mamy tylko 12-ście miesięcy. Ale w Europie datę pisze się dzień, miesiąc, rok. Rozumiesz? - NIE. Przychodzi zatem jej szefowa, i po namyśle, ale i tak czując, że to jakiś podstęp zgadzają się wyjątkowo sprzedać mi piwko Labatt Blue:) Albo wizyta u dentysty (znajoma była z córką). Ma ubezpieczenie takie, że płaci tylko 10$ za wizytę. To ma wyraźnie napisane w swojej polisie ubezpieczeniowej. Inni mogą płacić różnie, od zęba, od działania przeprowadzonego na tym zębie, itp. Pani stomatolog przecież kształcona w mowie i piśmie, a tego nie rozumie. Każe płacić za każdy ząb osobno. Oczywiście to i tak ryczałt, bo prawdziwy koszt pokrywa ubezpieczenie. - Ale ja na mojej polisie ubezpieczeniowej mam jasno napisane, że płacę za WIZYTĘ, a nie za ZĘBA - tłumaczy znajoma. - Nie wiem, nie znam się na "insurance" tylko na leczeniu zębów. Proszę mi zapłacić za każdego zęba. Zatem zirytowana znajoma płaci, śle rachunek do ubezpieczyciela, ten śle pismo do dentystki, by ta oddała klientce te 10$ za drugiego zęba. Skruszona dentystka (lub jej asystentka) wysyła czek na 10$ do klientki. Oczywiście za miesiąc znów dziecko boli ząb, i... dochtórka oczywiście znów robi to samo - płacić za zęba. Za zęba! Ja tu od zębów jestem, a nie od znania się na "inszurach"! Doświadczenie sprzed miesiąca, że to jednak klientka miała rację nic jej tu nie nauczyło. Amerykanie nie uczą się na błędach. Oni tu mają procedury. Jak karetka przyjeżdża do zwłok, które stygną już od kilku dni, to i tak poddadzą je elektrowstrząsom, a rozkładający się nieboszczyk dostanie zastrzyk, bo tak wyznacza to procedura. Oczywiście razem z wezwaną karetką przyjeżdża zawsze straż pożarna - na wypadek, gdyby od tych elektrowstrząsów nieboszczyk nie ożył, a się np. zapalił! I jeszcze ta wszechobecna telewizja (o niej jeszcze będzie mowa). Amerykanie wręcz wychowują się przed telewizorem. W wielu domach od małego dziecko uspokaja się nie smoczkiem, nie kołysaniem na rękach, nie nuconą kołysanką, a włączonym telewizorem właśnie (w Polsce zaczyna być podobnie). Jest kanał dla niemowląt, dla 3latków, brakuje jeszcze kanału prenatalnego, ale pewnie też się go wkrótce doczekają. TV jest wszędzie - w każdym pokoju, w kuchni, w łazienkach, w toalecie, w garażach, w zagłówkach aut, w telefonach komórkowych, w komputerach domowych i przenośnych. To co powie Oprah Winfrey w swoim show jest prawdą absolutną i ostateczną dla milionów amerykańskich gospodyń domowych, a także i zniewieściałych gospodarzy. Słońce kręci się dookoła ziemi - bąknie pod nosem Oprah, i od jutra wszyscy tak będą uważać (większość z nich i tak myślała już wcześniej, że tak właśnie się kręci, tzn. nie wokół Ziemi, a wokół Ameryki, więc Oprah ich tylko utwierdziła w ich przekonaniu). A po garści "mądrości" od Oprah (to jedna z najpotężniejszych kobiet w USA, pierwsza czarnoskóra miliarderka (2,7miliarda rolarów), ma władzę prawie tak samo wielką, jak Condoleezza Rice, a gdyby wystartowała w wyborach prezydenckich, miałaby dużą szansę wygrać), więc po tej całej Oprze, której nikt się nie oprze, czas na chwilę rozrywki przy The Jerry Springer Show. I... kolejne szare komórki umierają z braku intelektualnej pożywki. To, co wyświetlą serwisy informacyjne TV, to jak TO nazwą i jak każą o TYM myśleć, jest wykładnią dla 95% Amerykanów. Napadamy na Irak, bo tam jest wąsaty Husajn, który nas nie lubi, a my nie lubimy jego wąsów. OK, Hurraa... na Husajna i jego wąsy! W TV mówili, że trzeba napaść, to trzeba. Nikt nie zada sobie pytania, a czemu tak naprawdę to ma służyć, a co ta wojna tak naprawdę ma przysłonić, a ile to będzie nas Amerykanów kosztować pieniędzy, poświęceń, zabitych żołnierzy. Nikt nie rozejrzy się i nie pomyśli, że przez tę wojnę mają obecnie benzynę 4x droższą niż przed wojną, że oni na tym tracą, więc ktoś (szejkowie z Teksasu, przyjaciele Busha) na tym zarabia miliardy dolarów co miesiąc. Nikt sam nie zauważy tego, że tak naprawdę w USA dzieje się coraz gorzej, Stany Zjednoczone tracą pozycję ostatniego na ziemi mocarstwa na rzecz Chin i odbudowującej się Rosji, więc wojna ma być tylko przykrywką, by ludzie patrząc na zburzony Irak nie patrzyli na samoburzącą się Amerykę. Amerykanie po prostu muszą żyć w strachu, musi się im wynajdywać wroga, którego mają się bać i przed którym Prezydent i Rząd ich ochronią. Wtedy już sprawy wewnętrzne przestają być na pierwszym planie. Dawniej takim wygodnym wrogiem był Związek Radziecki, Komuniści, później Kuba, Wietnam, Korea, Irak, teraz pora na Iran, Afganistan, Talibowie. Wróg będzie zawsze - każdy z nich prócz Rosji i Korei był wcześniej finansowany przez CIA. Amerykanie jako naród jest jak ludy starożytnego Egiptu, którym zagroziło się zaćmieniem słońca, gniewem Boga RA i już wiernie, potulnie, bez sprzeciwu pracowali dla Faraona za garnek ryżu. Tu potulnie płaci się podatki i głośno nie narzeka na to, że lwia ich część idzie na wojnę w Iraku. - Źle Wam się dzieje w Ameryce?! - spójrzcie na Irak, tam to dopiero mają źle! - Aa... no to my jednak mamy tu dobrze. Właśnie powiedzieli w wiadomościach, że deficyt Stanów Zjednoczonych na rok 2009 wyniesie ponad 482 miliardy dolarów. 1,528$ na każdego mieszkańca USA. Co to znaczy dla statystycznego obywatela, wyjaśnili nam to bardzo prosto: 482miliardy dolarów to tak dużo, że układając dolar przy dolarze, można opasać nimi równik 1,612razy. Koniec informacji o krytycznej sytuacji budżetu państwa. Co zapamięta z tej informacji statystyczny Amerykanin? Że ktoś się nieźle nachodzi po równiku, by rozkładać te dolary!;) A skoro już o telewizji mowa, to może coś z teleturniejów? Kilka pytań i kilka odpowiedzi. To nie żadne odpowiedzi "dla jaj", albo dla śmiechu dla widowni, bo nagrody są tu zazwyczaj bardzo atrakcyjne, więc oni naprawdę tak sprężają swoje mózgi;) Na jaką chorobę zmarła królowa angielska Elżbieta I? - Na... syfilis! Po kim Fidel Castro przejął władzę na Kubie? - Osamie Bin Ladenie! Pokazują zdjęcie Johna F. Kennedy'ego- i zadają pytanie: "Kto to jest i jaką funkcję pełnił" - John Kennedy i był... mężem Merylin Monroe. Albo, w ich Familiadzie, gdy stoi się przed prowadzącym, on czyta pytanie eliminacyjne i zawodnicy ścigają się, kto pierwszy na nie odpowie. Powiedz mi nazwisko... - prowadzący nie skończył pytania, bo kobieta przycisnęła guzik i... powiedziała własne nazwisko. Powiedz mi nazwisko amerykańskiego polityka, który coś tam dobrego zrobił dla świata - tak brzmiało całe pytanie. W tym kolejnym odcinku, w finale, zabrakło 7punktów do wygrania nagrody głównej, bo gracz na pytanie: "Miasto w Europie" odpowiedział - EUROPA! W którymś z kolejnych odcinków grająca wymyśliła miasto Europię - takie oni mają pojęcie o naszym pięknym, starym kontynencie! Wymień państwo zaczynające swą nazwę na literę "B" - Bostonia! Jakie miasto jest stolicą stanu Montana? - Hannah! - Jaką sławną, mitologiczną powieść napisał Homer? - zapytał kogoś Joe Leno. - Homer Simpson? - upewniła się zagadnięta. - Dokończ tytuł powieści Twaina "The Adventures of Tom..." - zapytał Leno pewną studentkę. - Tom i Jerry'ego? - nie była pewna swej odpowiedzi studentka, która, po studiach będzie nauczycielką angielskiego. - Jakie było pierwsze imię Szekspira - Billy? Nie, on nie miał pierwszego imienia, bo to było jego pseudo, tak jak Madonna! - Państwo na A oprócz Ameryki? - Azja! - Kraj do którego chciałbyś pojechać? - Amsterdam W teleturnieju "Czy jesteś mądrzejszy od 5klasisty", finałowe pytanie za 150tys. $ brzmiało: "Przez jakie państwo przepływa rzeka Wołga"? Gracz zanim jeszcze odpowiedział już triumfował i skakał z radości, że zna odpowiedź. Wykrzyczał, że właśnie wczoraj się tego uczył do teleturnieju, więc odpowiada, państwem przez które płynie Wołga jest... Germany! Jesienią 2009 miałem to szczęście, że wszyscy, dosłownie WSZYSCY poznawani przeze mnie Amerykanie byli nauczycielami. Takie fatum jakieś. I czym owi nauczyciele mnie zaskoczyli? Moja matka zrobiła z galonowej butli mleka ser, gdyż białego sera nigdzie tutaj nie uświadczysz, więc jak tu zrobić ulubione pierogi dla syna?! Znajoma nauczycielka przyszła w trakcie odcedzania sera i zapytała: - To ser robi się z mleka? - Nie kurwa, z mąki! - zapewne tak chciała odpowiedzieć mamuśka, ale oczywiście jest kulturalna i wszystko przemilczała...;) Tego samego dnia, gdy opowiadałem o Polsce siostrze pani niezorientowanej serowo (także nauczycielce), i powiedziałem, że w Polsce na południu mamy góry, a na północy mamy morze, ta oczywiście chciała zabłysnąć. - Atlantic Sea? - Tak, jeszcze niedawno było to Morze Atlantyckie, ale przez efekt cieplarniany o którym na pewno słyszałaś, Atlantyk trochę przysechł, woda przelała się na drugą półkulę, zrobiła się taka kałuża nazwana Morzem Bałtyckim. Gdybym tak jej to na poważnie powiedział, to bankowo by kobieta w to uwierzyła. Tak łatwo się manipuluje tymi ludźmi i tym narodem. Chociaż patrząc ostatnio na popisy manipulacyjne Donalda Tuska, sam już nie wiem, który z narodów jest bardziej naiwny... Córka tej "serowej" nauczycielki (także nauczycielka, przedszkolna), podczas naszej rozmowy o zdrowym odżywaniu nie mogła zrozumieć sensu chińskiego przysłowia: "Śniadanie zjedź sam, obiadem podziel się z przyjacielem, kolację oddaj wrogowi". W ogóle nie łapała idei tych słów. Zapewne myślała, czemu ma się z kimś dzielić swoim porannym syrio albo tostem z masłem orzechowym? - Aa... rozumiem, obiad jest duży i wystarczy go dla dwojga! - wreszcie "załapała" sens tego przysłowia. Kolejnej poznanej nauczycielce nie mogłem wytłumaczyć (tzn. ona nie mogła pojąć) jakim cudem taniec Polka nie jest z Polski, a z Czech? Chociaż tu pewnie zaskoczyłem niemiałą ilośc Polaków, którzy też myśleli, że to nasz taniec ludowy?;) Koleżanka opowiadała, jak na parkingu zaczepiła ją zszokowana AfroUSA-nka przerażona tym, że nie może znaleźć swojego samochodu. Parkingi są tutaj duże, sam kiedyś zapodziałem auto pod WallMart, więc znam ten strach. - To naciśnij w pilocie przy kluczykach swojego auta guzik PANIC, by alarm auta zaczął trąbić i wtedy je znajdziesz. - A który to guzik? - zapytała AfroUSA-nka. 99% pilotów ma 4klawisze. Trzy z jednej strony: zakmnij drzwi, otwórz drzwi, otwórz bagażnik, i jeden z tyłu, czerwony, wyraźnie oznakowany PANIC. Kobieta na pewno setki razy używała wszystkich tych trzech, codziennych klawiszy, wielokrotnie pewnie też przyglądała się temu czwartemu i... i zadała tak głupie pytanie. Albo inna, której lekarz kazał schudnąć, by poprawić stan swojego zdrowia. Ma więcej się ruszać, chodzić, itp. - Ale po co? - zapytała grubaska. Ona po prostu nie wiedziała, że ruch i aktywność fizyczna (tzn. w jej przypadku ich brak) są ściśle połączone z wagą, kondycją fizyczną i stanem zdrowia. Jak to możliwe, że gdy pójdę pieszo na spacer zamiast pojechać autem do McDonalds, to schudnę? Kobieta kupiła sobie za 150tys. $ taki dom na kółkach czyli wielka furgonetkę z powierzchnią mieszkalną z tyłu. Wybrała się nim na przejażdżkę. Włączyła CruiseControl (urządzenie, które utrzymuje zadaną prędkość jazdy) i poszła na tył samochodu zrobić sobie herbatę. Auto wypadło z drogi na pierwszym zakręcie. Kobieta podała producenta samochodu do sądu, że nie było nigdzie informacji, że CruiseControl w tego typu samochodzie to nie jest automatyczny pilot, który prowadzi samochód. Kobieta sprawę... wygrała. Od tego czasu jest już ostrzeżenie - Włączenie CC nie oznacza automatycznego prowadzenia auta. W sklepie Kroger była promocja mleka. Wielkimi naklejkami ogłaszano na lodówce, że półgalonowe butelki kosztują 1,5$, podczas gdy 2x większe, galonowe opakowania są po 3,29$. (Rok później, czyli jesienią 2009 te same butelki są odpowiednio po 1,99$ za galon i promocyjnie 0,77$ za pół galona). Oznacza to, że biorąc dwie butelki półgalonowe, zapłacimy za galon mleka 3,00$, a dodatkowo będziemy mieli je dłużej, bo druga butelka będzie nieotwarta, przez co mleko dłużej zachowa świeżość. I co? I połowa Amerykanów i tak kupowała te duże. A co! Stać nas na to, by zapłacić więcej oraz na to, by połowa nam się zepsuła;) W jednym z centrów handlowych (Macy's) ochroniarz zatrzymał przed wejściem młodą klientkę, ponieważ jej strój był za bardzo wyzywający. Ochroniarze wyglądają tu trochę poważniej, niż w Polsce (gdzie "ochroniarzami" są najczęściej emeryci dorabiający do emerytury;) Dziewczyna narobiła rabanu i wezwała telewizję. Co się okazało? Że strój ów był kupiony w tym właśnie sklepie do którego nie została wpuszczona, a dodatkowo, że są ubrane w niego wszystkie manekiny!;) Oczywiście Jay Leno (taki ichni Szymon Majewski) ma w swoim programie niezłą polewkę z "intelektu" większości swoich rodaków. Moim ulubionym fragmentem jest "Co się sprzedaje na e-bay.com". Pokazuje pięć najgłupszych wystawionych przedmiotów, oraz pięć równie głupich, które znalazły swoich nabywców. Ktoś np. kupił za 6,51$ - 10minutową wideorozmowę z kotem wystawiającego tę aukcję, albo ktoś inny nabył pustą paczkę po chipsach Fritos, której zawartość wystawiający opróżnił siedząc na trybunach podczas finału ligi basaballa... za 560$! Nic tylko kupić kilkaset paczek czipsów, zjeść ich zawartość siedząc przed telewizorem oglądając zapewne The Jerry Springer Show, wystawić puste opakowania na e-bay i liczyć tysiące dolarów napływające od aukcjonariuszy:) To wszystko są autentyczne przypadki, których ciąg dalszy nastąpi... - Tu będę dopisywał kolejne dowody ociężałości umysłowej w tym kraju. A może dopisujcie je w komentarzach? Ale żebyście wiedzieli, jak pojmuje się inny kraj oczami przybysza, to macie coś o Polsce oczami Francuza z francuskiej gazety Rohtas, pobrano z www.polskiswiat.com Polacy! Jak Wy to robicie? Kraj, w którym co piąty mieszkaniec stracił życie w czasie drugiej wojny światowej, którego 1/5 narodu żyje poza granicami i w którym co 3 mieszkaniec ma 20 lat Kraj brutalnie oderwany od wiekowych tradycji, który odbudował swoją stolicę wg. obrazów Canaletta, a stare miasto odtworzył jako nowe. Kraj, który ma dwa razy więcej studentów niż Francja, a inżynier zarabia tu mniej niż przeciętny robotnik. Kraj, gdzie człowiek wydaje dwa razy więcej niż zarabia, gdzie przeciętna pensja nie przekracza ceny (!) trzech par dobrych butów, gdzie jednocześnie nie ma biedy, a obcy kapitał się pcha drzwiami i oknami. Kraj, w którym koncesjami rządzą monopoliści. Kraj, ze stolicą, w której centrum stoją nowoczesne biurowce, oferujące pomieszczenia po 10-35 USD za metr. Kraj, w którym cena samochodu równa się trzyletnim zarobkom, a mimo to trudno znaleźć miejsce na parkingu. Państwo, w którym można sobie kupić chodniki, postawić parkomaty i płacić państwu tylko 10% podatku od zysku. Kraj, w którym rządzą byli socjaliści, w którym święta kościelne są dniami wolnymi od pracy (!!!). Gdzie otrzymanie paszportu do niedawna stanowiło problem, a mimo tego ponad 3,5 mln obywateli rocznie wyjeżdżało na wczasy za granicę. Jedyny kraj byłego bloku socjalistycznego, w którym obywatelowi wolno było posiadać dolary, choć nie wolno mu ich kupić ani sprzedać poza bankami i kantorami. Cudzoziemiec musi zrezygnować tu z jakiejkolwiek logiki, jeśli nie chce stracić gruntu pod nogami. Dziwny kraj, w którym z kelnerem można porozmawiać po angielsku, z kucharzem po francusku, a ministrem lub jakimkolwiek urzędnikiem państwowym tylko za pośrednictwem tłumacza. Ludzie, nie bójcie się komentować tej notki. Amerykanie nic Wam za to nie zrobią! Na Naszej-Klasie i Gadu-Gadu wszyscy piszecie, że doskonale ująłem sedno amerykańskiego "myślenia", a tu cisza i pustki. W razie czego to mnie zamkną w Guantanamo. Już nawet mam strój do tego specjalnie uszyty... 1. Cuda dziejące się z tym zdjęciem są dowodem, że Ameryka oraz ich Internet jest państwem oraz Internetem policyjnym! Gdy zdjęcie miało nazwę więzienia na Kubie, to fotki mi i Wam w ogóle nie wyswietlało. Podobnie było kiedyś z Google.com w Chinach. Jego wyszukiwarka miała tam nie wyszukiwać słów "Demokracja", "Masakra", "Tiananmen", itd. Tu mają jakieś internetowe embargo na inne słowo (słowa). Nie będę ich tu wymieniał, bo znów mi wszystko poznika. Jeszcze nie wiedzą, kim jest ten facet w pomarańczowym, więziennym drelichu, o czym dokładnie tutaj pisze, więc wolą profilaktycznie zablokować jego treści. To zdjęcie jakimś cudem zostało obejrzane 2225 razy podczas, gdy dwa zdjęcia z którymi sąsiaduje tylko 45 i 47 razy. Kto mnie tak namiętnie oglądał...? 2. Wiadomość sprzed chwili (1.08.2008) ze stacji Fox2Detroit. Detroit graniczy przez most (oraz przez tunel) z Kanadą. Od dziś pracownicy DHS mogą zabierać nam na granicy laptopy, telefony komórkowe, karty pamięci z aparatów cyfrowych oraz pamięci pen-drive. Zabierać, kopiować i sprawdzać, co za dane z USA wywozimy! Szczególnie te osoby, które często pokonują tę granicę. Oczywiście ludzie z Nowego Yorku, Florydy czy Los Angeles w ogóle nigdy o tym nie usłyszą i będą się czapiać, że przesadzam... To kliknijcie w link wiadomości. stany 2008-07-23 18:36:46 skomentuj (33) SSN Social Security Number - to taki amerykański PESEL. Pesel połączony z NIP-em. Chociaż coś NIPopodobnego oni też tutaj mają wydawane przez IRS (ichni Urząd Skarbowy). Bez numeru SSN niczego, dosłownie NICZEGO się w USA nie załatwi. Nie zdobędzie się legalnej pracy, gdyż SSN należy podać tuż po imieniu i nazwisku w każdym podaniu o pracę składanym pracodawcy. Nie zdobędzie się prawa jazdy (chociaż pewien mój Friend przy odrobinie szczęścia i polskiego sprytu jednak takie prawo jazdy zdobył), nie założy konta w banku, nie zapłaci podatków (to akurat mała dla nas uciążliwość i strata;). Dawniej (przed 9/11) było inaczej i SSN nie był niezbędny np. do zdobycia prawa jazdy, itp. niezbędnych dokumentów, ale obecnie, przez "walkę z terroryzmem" bez SSN po prostu obywatel nie istnieje! Dlatego właśnie, by zaistnieć w amerykańskim systemie komputerowym, należy udać się do Social Security Administration, by numer ów uzyskać. Oczywiście trzeba być tu legalnie, na stałe lub na pobyt czasowy (SSN należy się także posiadaczom np. wiz pracowniczych, itp.). Przy wejściu do biura SSN należy wziąć bilecik z automatu, by było wiadomo, po co przybyliśmy. Na ścianie w 30 językach świata jest napisane, że jeśli nie rozmawiamy po angielsku, należy poinformować o tym urzędnika, oraz powiedzieć mu, jakim językiem się posługujemy, a ten zadzwoni do tłumacza. W Polsce obcokrajowcy nie mają tak dobrze - prawda? W Polsce nawet rodowici, polskojęzyczni petenci mają z urzędnikami ciężką drogę do przebycia. Osobom przybywającym do USA na wizie imigracyjnej - SSN przejdzie pocztą do domu z urzędu imigracyjnego najpóźniej 3tyg. po przybyciu do USA (mi przyszedł po 16 dniach), więc w ogóle do biura SSA nie musiałem się udawać. Na wszystkich ścianach office'u w którym wydawany jest SSN widnieją wielkie ostrzeżenia - Pilnuj swoich danych osobowych! Nigdy nie wyrzucaj druków i podań ze swoim numerem SSN do kosza, itp. Mając czyjeś dane osobowe można bardzo łatwo zagarnąć jego tożsamość. A gdy dodatkowo ukradnie się takiemu komuś prawo jazdy czy inny dokument ze zdjęciem, to można na taką osobę wziąć na raty pół sklepu, kupić dom lub samochód, bo żaden obsługujący nas Murzyn czy Azjata nie rozpozna różnicy między osobą na zdjęciu, a osobą posługującą się dokumentem. Natura już to tak ukartowała, że genetycznie mamy zaburzone rozpoznawanie osobników rasy odmiennej od naszej. No może jeszcze rozpoznamy Denzela Washingtona od Morgana Freemana, ale już Johna Grow, od Jonathana Mouse na pewno nie. A "Czarna", "Żółta" lub "Ciapata" w biurze czy w banku, jak będzie miała dobry dzień, to jeszcze powie: "Ładnie panu w tych nowych włosach, wąsach, z nowym nosem i kolorem oczu";) Kilka dni po otrzymaniu swojej karty z numerem SSN (jest to zwykła kartka papieru bez żadnych większych zabezpieczeń) obejrzałem reportaż i reklamę firmy, która wykrywa kradzież numerku SSN oraz tożsamości. W USA średnio co 3sekundy skradana jest komuś tożsamość. Tzn. np. nielegalny imigrant, któremu nie przysługuje numer SSN, składając podanie o przyjęcie do pracy, o prawo jazdy, o cokolwiek, posługuje się nie swoim numerkiem. Raz totalnie zmyślonym, innym razem od kogoś "zapożyczonym". Jako, że pracodawcy oraz wiele urzędów nie mają dostępu do bazy SSN (a nawet jakby mieli, to tu panuje zasada zaufania do petenta i numerek możemy podać "z głowy"), takie podania przechodzą i ludzie pracują często na lewych, skradzionych lub totalnie wymyślonych numerkach i tożsamościach. Nawet u mnie w pracy kolega dla jednych klientów ma na imię Tak, a dla innych Siak. Przed amerykańskim szefem jest Thomasem, przed nami ma swoje prawdziwe imię:) Baa... nawet ja, legalny rezydent czasami byłem... Igorem;) Dlatego właśnie powstało wiele firm, które zastrzegają jakoś numerki swoich klientów oraz numerki ubezpieczeń dzieci. W reklamie jednej z nich facet wynajął wielki jeżdżący billboard na ktorym wypisał swój numer SSN i puścił go ulicami Nowego Yorku. Gwarantuje, że dzięki jego firmie chroniącej numery SSN nikt nie będzie miał pożytku z jego ujawnionego numeru. Nie wiem, jak to działa, ale na stronie LifeBlock.com można wpisać swój numer SSN i oni będą pilnować, by nasz "numerek" nigdzie się nie pojawił. Przez pierwszy miesiąc będą to robić gratis. Później już trzeba płacić co najmniej 10$, za pilnowanie naszych życiowych cyferek. Straszne to wszystko! 4LifeLockNow.com, IDwatchdog.com, protectMyID.com czy SSNwatch.com to podobne strony i serwisy dające w ramach swojej skuteczności gwarancję w wysokości miliona dolarów, gdy nasz SSN jednak się wydostanie pod ich kurateli i zostanie przez kogoś skutecznie używany. Oni po prostu wyłapują, gdzie pojawi się nasz numerek SSN lub inne dane. Działa to mniej więcej tak, że jak ktoś poda nasz SSN na swoim wniosku o pracę, to oni do nas zadzwonią, czy staramy się owo stanowisko, bo ktoś celowo lub przypadkiem aplikuje na nie naszym numerkiem SSN. A może nie tyle aplikuje, co już dostał ową pracę i po pierwszej wypłacie w rejestrze Urzędu Skarbowego pojawił się nasz numerek i nasz nieświadomy dochód? Jak to dokładnie działa nie wiem, ale społeczeństwo jest codziennie kilkadziesiąt razy bombardowane telewizyjnymi reklamami tych firm. A mi się wydaje (co zapewne okaże się za kilka lub kilkadziesiąt lat wielkim skandalem administracji publicznej U.S.A.), że S.S.N. to tak naprawdę jeden wielki system śledzenia obywateli Stanów Zjednoczonych. Wszyscy już są kontrolowani przez to, że wszędzie płacą kartami kredytowymi (płatności gotówkowe w sklepach to tylko kilka procent wszystkich transakcji), że używają dziesiątek kart rabatowych, które przed każdym zakupem trzeba zeskanować w kasie, że abonenci telefonii mobilnej wszędzie mają ze sobą swoje komórki, itp. Wkrótce może się okazać, że jak chcesz kupić CocaColę w automacie i chcesz zapłacić gotówką, to musisz wpisać swój SSN. Doskonała kontrola obywateli, ich trendów zakupowych, przemieszczania się po terenie USA, itd. I do dzisiaj nie mam pewności, czy bardziej zależałoby na tych wszystkich informacjach rządowi USA czy... handlowcom:)
1. Kartka z numerem SSN. 2. Reklama firmy strzegącej nasze numery SSN. 3. Skromny budynek Social Security Association wydający SSN-nki;) stany 2008-07-22 05:12:47 skomentuj (13) Dom i sąsiedzi. Po przybyciu do USA zamieszkałem w Sterling Heights. Sztyrlingowe Wzgórza to miasto położone ok. 20kilometrów od Detroit. Dopiero na zajęciach w mojej szkole dowiedziałem się, że ludnościowo to drugie po Detroit miasto w stanie Michigan. A Detroit to obecnie najniebezpieczniejsze miasto w USA. Wszystko to głównie z powodu braku pracy. Dziesiątki tysięcy pracowników zwolnionych z fabryk motoryzacyjnych. Zwolnionych lub pracujących za połowę stawki. Włączam TV, a tu na czerwonym pasku na dole leci informacja - General Motors zwolnił właśnie 3500 pracowników montowni trucków i vanów. Tak z dnia na dzień - cięcie kosztów. 3500 rodzin straciło zapewne jedyne źródło dochodów i ubezpieczenie zdrowotne, więc jedna wizyta w szpitalu lub wezwanie karetki rujnuje ich oszczędności (o ile takowe w ogóle mają) i budżet domowy. Wezwanie karetki bez żadnych skomplikowanych badań wykonanych w domu pacjenta czy po przewiezieniu na izbę przyjęć kosztuje ponad 1000$, a wizyta w szpitalu to wydatek przynajmniej kilku tys. $!). Brak pracy pociąga ze sobą lawinowy wzrost przestępczości. A najbardziej przestępczość w Detroit kwitnie przez... rządy Afroamerykańskiego burmistrza Kilpatricka. Sam ukradł (tak ukradł) z miejskiej kasy kilka milionów dolarów. Połowę porozdawał "komu trzeba", drugą połowę wziął sobie. Zatrudnił na wszystkich ważnych stanowiskach swoich kolesi, którzy jedyne, co potrafili powiedzieć o swoim stanowisku pracy i swoich obowiązkach to to, że zarabiają 10tys. $ miesięcznie. To jedyne, co wiedzieli - po co przychodzą do pracy. Kwame podniósł płacę policjantom, zamontował im w radiowozach ekspresy do kawy i dał talony na pączki i... i jest bezkarny! I teoretycznie może zostać wybrany na kolejną kadencję, bo przecież Detroit to czarne miasto, więc nie wybiorą tam białego burmistrza, albo kogoś, kto ukróci ich bezprawie. Kilka tygodni po napisaniu tych słów Kwame spędził swoją pierwszą noc w areszcie. A rok później rozpoczął się jego proces. Teraz już nawet jak Murzyn wejdzie do naszego domu, by nas okraść to nie mamy prawa go zastrzelić. Musi być uzbrojony, zagrozić nam bronią, najlepiej nabitą, a jeszcze lepiej to powinien do nas kilka razy celnie strzelić, byśmy mieli prawo użyć własnej, legalnie posiadanej broni we własnej obronie. Oczywiście, gdy do Czarnego wszedłby Biały (chociażby listonosz) to zgodnie z zasadą "Mój dom - moją twierdzą", Czarny ma prawo rozstrzelać intruza z nawet nielegalnie posiadanej broni. (Tu oczywiście przejaskrawiam - przyp. autora). Parafrazując słowa odnośnie hitlerowskich obozów koncentracyjnych, że to "Ludzie ludziom zgotowali ten los", w Detroit brzmi to: "To Czarni Białym zgotowali to piekło...". Na szczęście do Sterling Hgts. nie napłynęła jeszcze ta cała detroitska biedota i przestępczość - chociaż z każdym rokiem, mila po mili się do nas zbliża. Mieszkamy w tzw. Condominium (dla mnie jest to obecnie najpiękniejsze fonetycznie słowo w języku angielskim). Kondominium to prawnie coś jakby nasza (polska) wspólnota mieszkaniowa. Tutaj jest to osiedle domków wielorodzinnych, tzw. szeregowców. Mieszkania połączone są ze sobą bokami po cztery, oraz cztery takie domki połączone są "plecami" z kolejnymi czterema, więc jeden taki zbitek liczy osiem mieszkań. Na całym osiedlu jest ich (takich zestawów składających się z 8mieszkań) prawie 30. Nic zatem dziwnego, że cholernie można pobłądzić, gdy wszystko takie same i idealnie symetryczne. Ja orientuję się tutaj jedynie dzięki położeniu basenu (który widzę z okna). Ale nie wiem, co byłoby gdybym musiał szukać właściwego domu po kilku piwkach lub czymś mocniejszym?;) Kondominium nazwiemy też każde mieszkanie w bloku, czy nawet w nowojorskim apartamentowcu. Wszyscy mieszkają zatem w takich samych domach, nie mogą niczego z zewnątrz w nich zmienić (przemalować elewacji zewnętrznej, wystawić na ganek nic więcej, niż jakąś figurkę, krzesło lub małego grilla (wszystko jest opisane w regulaminie). Nie można zmienić żaluzji, a nawet anteny satelitarnej zawiesić na domu - można ją wkopać w ogródek ale tak, by nie wystawała powyżej 1,2metra ponad ziemię. Na środku osiedla jest basen z którego każdy z mieszkańców może korzystać, a nawet zaprosić dwoje znajomych. Czynny od początku maja do końca sierpnia - zapraszam. Nasze condominium jest narożne, więc sąsiadów zaściennych mamy tylko jednych. Murzynów:) Oczywiście to ci "lepsi" Murzyni. Żadne tam shootingi przed housem, umpa-umpa do białego rana czy kolejny mały, czarny, nowiutki Afroamerykanin co 9-10miesięcy. Ale już drugi zestaw osiedlowych Murzynów jest... dziki. Codzienne kłótnie do białego rana, krzyki, wrzaski, wzajemne wypędzanie się współmałżonków z wynajętego mieszkania, koledzy z Detroit przywożący im co weekend narkotyki - "Yo, Black Nigga! - "Yo, Black Brother!, murzyński uścisk dłoni i już po "wizycie". W USA Murzyni dostają dodatek socjalny za to, że są czarni. Jeśli się oczywiście kwalifikują do owego zasiłku. Dostają talony na jedzenie, dopłaty do dzieci, itp. przywileje o których Biali mogą tylko pomarzyć. Tzn. białym też się podobne przywileje należą, ale udowodnij Białasie, że jesteś tak biedny, jak nasi czarni bracia z getta. Państwo nawet płaci za Czarnych za mieszkanie! Najlepiej jest więc wynająć mieszkanie właśnie Afroamerykanom, bo wtedy, zawsze danego dnia miesiąca wpłynie na nasze konto czek wprost od Rządu USA. Teraz mieszkania w USA są bardzo tanie. Dom w biedniejszej dzielnicy Detroit można kupić nawet za 5-10tys.$/szt. Wyremontować go, a później wynająć za 800-1000$/m-c. Oczywiście z duszą na ramieniu z powodu tego, jak może zostać przez ten miesiąc zdewastowane przez dzikusów niewiele różniących się od zwierząt. Uwierzcie mi na słowo, że moje ostatnie zdanie nie jest ani przesadzone, ani rasistowskie. Dzikusi są w każdej rasie i narodowości, ale w Czarnej jest ich i więcej i... są bardziej dzicy. To jest po prostu fakt genetyczno - "kulturowy". Na przeciw nas mieszka para amerykańskich 27latków. W sumie mają 54lata i ważą około 540funtów (250kg). Oj, albo i grubo więcej! Dwie toczące się kule, które kilka razy dziennie odwiedza goniec z pizzerii, by dostarczyć im 3największe pizze i jakieś inne zawiniątka do spożycia. Prawdziwy amerykański styl życia. Raz na tydzień (w piątkowy poranek) przyjeżdża śmieciarka, więc już w czwartek wieczorem wyrzuca się wszystko, co zbędne (śmieci, graty, stare meble, zalane dywany, itd). Tzn. wystawia w punktach zbornych - pod jakimś drzewem lub płotem. Ciekawe, jak to będzie w lecie, gdy tygodniowe odpadki zaczną się psuć? No i czy nocą pieski nie wygrzebią sobie, co lepszych pozostałości? No i nastało lato i już wiem, jak to jest. Psujące się odpadki trzeba trzymać w piwnicy, gdzie jest chłodniej. Albo podrzucać na sąsiednie osiedle, gdzie mają kontenery na tego typu śmieci. A worków ze śmieciami w nocy z czwartku na piątek nie rozrywają psy, a wiewiórki (często w towarzystwie szopów i oposów, które najedzone z pełnym brzuchem nie zdążają później uciec przed jadącym samochodem i giną tuż po kolacji). Gdy jeszcze byłem w Polsce, to ostatnią głupią rzeczą zarządu mojego osiedla było wprowadzenie zamykania kontenerów na śmieci na klucz. Każdy mieszkaniec ma klucz, by ludzie spoza osiedla nie mogli do naszych kontenerów wrzucać śmieci. Więc co robią? Kładą worki ze śmieciami pod śmietnikami, ku uciesze psów i kotów z całego miasta. A później śmieci i fruwające worki wiatr roznosi po całym mieście. Mądre prawda? A co jest głupiego w naszym condo? Zauważyłem, że osiedla tego typu są szczelnie ogrodzone od sąsiednich osiedli. Zazwyczaj mają tylko jeden wjazd i by dojechać pod swoje mieszkanie, czasem trzeba się nieźle nakręcić. Przejścia piesze między osiedlami czasami się zdarzają (zazwyczaj, gdy przez dane osiedle prowadzi droga do szkoły), ale są one czynne tylko w dni nauki szkolnej. Na weekendy i w wakacje są szczelnie zamykane. No, ale to jeszcze nic - będę w Nowym Yorku i na Brooklynie zobaczę... osiedla odgradzane od sąsiednich osiedli... drutami kolczastymi i zasiekami! Nasze osiedle, za sprawą tego, że szefową osiedla jest Albanka zrobiło się ostatnimi czasy albańskie. Uchodźcy z bałkańskiego kraju, który jest ponad 10x mniejszy od Polski (zarówno terytorialnie jak i ludnościowo) stanowią obecnie ok. 80% mieszkańców osiedla, które kiedyś było w połowie polskie. Obecnie polskich rodzin jest około 5-6 i ciągle ich ubywa. Ceny mieszkań z roku na rok spadają, i jeśli komuś uda się teraz sprzedać jego "condo" za jakąś jeszcze dobrą cenę, to to robi i ucieka kolejne kilka mil dalej od Detroit, przed zbliżającą się nieuchronnie "ciemnością"... W końcu to właśnie w Detroit zamieszkuje ponad połowa całej michigańskiej afroamerykańskiej społeczności (ależ ładnie to nazwałem). Na szczęście Albańczycy są rozdartą społecznością, gdyż połowa z nich to katolicy, a druga połowa to muzułmanie. Linią podziału jest... basen. Na lewo od basenu osiedlają się muzułmanie, na prawo od basenu katolicy. To pozwala nam, Polakom nie zginąć w albańskiej fali. A po czym poznasz nieAmerykanina (czy to na osiedlu, czy w sklepie, czy na ulicy, czy gdziekolwiek)? Po tym, że się do Ciebie nie uśmiechnie, nie powie: "Hi", nie zapyta: "Co u Ciebie?". Zalety życia w Kondominiach (za 225dolarów miesięcznie stałej opłaty otrzymujemy): - darmową wodę - darmowy gaz - dostęp do basenu - dwa miejsca postojowe (które, gdy nie mamy auta, możemy wydzierżawić sąsiadom za 25$/m-c) - przystrzyżone przez Meksykanów trawniki i żywopłoty - odśnieżone zimą chodniki - wywóz śmieci - brak zainteresowania w ile osób zajmujemy nasze condo - (płaci się od mieszkania, a nie od mieszkańca) - jakiś tam pilnujący ładu, porządku i bezpieczeństwa zarząd osiedla. wady życia w kondominiach (naszego typu): - brak garażu - brak podjazdu pod domem na którym zmieścimy nasze wszystkie samochody (w kondo należą nam się 2 miejsca parkingowe) - brak możliwości dowolnego kształtowania wyglądu domu i ogródka przed domem - niebezpieczeństwo posiadania za ścianą głośnych sąsiadów - głupota hydrauliczna. Rury ściekowe sąsiadów są u nas w piwnicy, kurki do zakręcania wody na zimę są u sąsiadki. Jak nie zakręci, to zalewa nam piwnicę. - wiele durnowatych zakazów i nakazów 1. Jeden z 27 jednakowych budynków ośmiorodzinnych na naszym osiedlu. 2. Condominium z całkiem bliska. 3. Satelitarne zdjęcie osiedla na którym sobie rezyduję (permanentnie). 4. Najczęstszy widok w oknach amerykańskich domów - na sprzedaż. 5. Flaga narodowa większości naszych sąsiadów - Albania. 6. Przejście między osiedlami - gdyby nie młodzież szkolna, w ogóle by go nie było. stany 2008-07-20 18:13:39 skomentuj (10) Kolejne kroki na amerykańskiej ziemi. Kolejne moje kroki po Ameryce odbyły się w towarzystwie matki, która czekała na mnie po drugiej stronie drzwi, za którymi kryła się Ameryka. Kilka uszczypliwości na powitanie i już mogliśmy zmierzać do samochodu. Wreszcie skończyły się te wszechobecne carpety, więc można było stabilnie stanąć na nogach. Oczywiście nie na długo, bo chwilę później zaczęły się ruchome chodniki. Nie ma się więc czemu dziwić, że statystyczny dorosły mieszkaniec Detroit waży ponad 100kilogramów! I ciągle tyje! Po 10minutach szukania właściwego poziomu parkingu (chyba jego właściciele wzięli się na sposób i tak mieszają te poziomy i windy, którymi można na dane poziomy dojechać, by jak najdłużej szukać auta, a co za tym idzie - by jak najwięcej zapłacić za parkowanie;), auto zostało znalezione i można było wpakować mój skromny bagaż i ruszyć w drogę do domu. Jeszcze tylko kolejka przy wyjeździe z parkingu. Dwa auta przed nami, a 5minut czekania aż kasjer weźmie od kierowcy bilet parkingowy, włoży go powolnym ruchem do czytnika, odczyta cenę, kierowca znajdzie w kieszeni dolary albo przypomni sobie kod PIN do karty kredytowej, kasjer je przyjmie, nabije na kasę, wyda resztę, wyda kwitek kasowy... W Polsce nazwalibyśmy go "muchą w smole". A w USA nazywa się Smoluchem w kasie;) Ogonek aut stojących za nami robił się coraz dłuższy i tylko matka była na tyle zniecierpliwiona, by trąbić. Trąbić i oglądać się za siebie, kto to trąbi?!;) W Detroit nikt na nikogo nie trąbi, bo to i nieładne, i grożące mandatem, i przede wszystkim NIEBEZPIECZNE, jeśli zatrąbimy na nerwowego Afroamerykanina, który nas za zatrąbienie na niego po prostu... zastrzeli (no może nie na detroickim lotnisku, ale na detroickiej ulicy w czarnej dzielnicy jest to już bardzo prawdopodobne). Gdy wreszcie nastała nasza kolej rozliczenia się za parking, to w kierunku murzyna siedzącego w okienku parkingowym poleciała zgrzewka słów ogólnie uznanych za obelżywe. Oczywiście w nieurzędowym tutaj języku - czyli po polsku. - A jak "Smoluch" był na wakacjach w Polsce i rozumie? - zapytałem z przekąsem. - Gówno rozumie. Spójrz na niego i zobacz, jakie to durne. Z lotniska do domu są 44mile. Silnik naszej Toyoty chodzi tak cicho, że nawet go nie słychać, gdy auto stoi. A gdy jedzie, słychać tylko hałas z łączeń płyt autostrady (są betonowe). W Michigan autostrady mają szerokie, wielopasmowe, długie, niekończące się, ale... wcale nie takie doskonałe jak np. w Niemczech. Ograniczenie prędkości do 70mil na godzinę (112km/h). W drodze do domu mijamy największą na świecie odlaną oponę samochodową Uniroyal'a. Coś około 25metrów wysokości i 12ton. wagi. Zacząłem sobie wyobrażać, jak wielki musiałby być samochód, do którego pasowałyby takie opony. Aż strach pomyśleć, co jeszcze mają tu NAJWIĘKSZE?! Skoro już o tej dużej oponie wspomniałem... Na kołach naszej Toyoty założone są firmowe opony Bridgestone. Po zaledwie 2latach użytkowania i tylko 15tys. mil przebiegu są tak zużyte, jakby w Polsce przejechały przynajmniej 2-3razy tyle. Czy zużywają je tak dziurawe michigańskie drogi? A może niemała moc silnika auta (160KM), które dziarsko wyrywa do przodu? A może nieekonomiczny styl jazdy amerykańskich kierowców? A może to, że są uniwersalne, więc w zimie (mróz mają tu czasami do -20stC) mają nie zamarzać, a w lecie (upały ponad 35stC) nie powinny się rozpuszczać, więc tym kompromisem są z... gumy do żucia? Komplet nowych, firmowych opon 15' kosztuje ok. 300$ (mniej markowych ok. 250$), więc wymieniać można je co miesiąc. Olej zalecają wymieniać co 3tys. mil (w Polsce przynajmniej 2-3razy rzadziej). Tu naprawdę wszystko jest... na chwilę. Tak właśnie napędzają gospodarkę. Ale co się dziwić, jeśli 4,75litrowa butla oleju Mobil GTX 10W/40 kosztuje... 25złotych. U nas tyle zapłacimy za litr! Opony pewnie polecają wymieniać co rok, maksymalnie dwa lata. Auta wymieniają co 3lata. Samochody najczęściej bierze się w leasing (tu lizingować mogą osoby prywatne, a nie tylko firmy). Płaci się około 10% wartości auta lub wcale nie musowo wpłacać 1szej wpłaty. A później spłaca się co miesiąc około 1% wartości samochodu. A po 2-3latach auto oddaje się dilerowi i bierze nowe. W tym czasie nie musowo się martwić ani o to, że auto się popsuje (jest na gwarancji), ani o to, że się zużywa i traci na wartości (bo po 3latach wraca do dilera, więc nie musimy się martwić o jego sprzedaż, gdy nam się znudzi). I tak to się kręci, dzięki czemu większość aut poruszających się michigańskich drogach nie ma więcej niż 3lata. Nie rozumiem do końca tego całego leasingu, gdyż to są naprawdę śmieszne koszty dla leasingobiorcy. Pracuje się około miesiąca na tzw. Duty (czyli pierwszą wpłatę, wynoszącą około 10% wartości auta), a później już za jedno lub dwudniową pensję przeznaczaną na spłatę miesięcznej raty leasingu jeździ się nowiutkim autem klasy średniej wyższej. W sumie w 2lata spłaca się ok. 30% wartości auta. A po 2 lub 3latach można przedłużyć umowę lizingową dalej spłacając auto, albo je oddać i wziąć nowe. W Polsce 3letnie auto traci przynajmniej 50% swojej wartości, a tu diler próbuje później je sprzedać na wolnym rynku za przynajmniej 70% ceny nowego (skoro leasingobiorca spłaca jedynie 30%). Zamotane, ale to chyba tajemnica tego, że w USA sprzedaje się co roku (a przynajmniej jeszcze kilka lat temu sprzedawało) tyle NOWYCH aut, ile w Polsce jeździło w owym czasie wszystkich samochodów - czyli 12milionów co roku! Ale teraz Polacy się wzbogacili, aut się namnożyło, a Amerykanie... A Amerykanie mają benzynę po 2,05zł/litr!;) - kalkulacja na dzień 24lipca 2008). Aktualną cenę benzyny w najbliższej mi stacji Speedway możecie sprawdzić TUTAJ A więcej samochodowych ciekawostek z ulic Michigan znajdziecie TUTAJ ![]() 1. Ruchome chodniki na detroickim lotnisku - i jak tu nie być grubym w tym kraju? 2. Amerykańska prowizorka - dziurę najlepiej jest obłożyć pachołkami, niż naprawić. Do naprawy czegokolwiek w USA potrzebna jest cała ekipa z wieloma uprawnieniami, a nie jak w Polsce - "Pan złota rączka";) 3. Największa na Świecie odlana opona. 25metrów wysokości, 12ton wagi. Idealna do przetaczania przez Mariusza Pudzianowskiego, skoro z oponą ciągnikową zawsze mu idzie tak łatwo;) 4. Jedna z codziennych zmór Amerykanów - ile centrów drożej, niż wczoraj? Przyleciałem tutaj 31marca 2008, było 3,29$, na widocznej fotce z 5maja jest 3,57$, a obecnie (26lipca) jest już 3,77$. A 1,5roku później w październiku 2009 jest 2,56$ czyli 1,92zł za litr). 5. Auta wręcz proszą, by je kupić, wynająć, wylizingować - zabrać od niedobrego dilera, który nimi nie jeździ;) 6. Amerykańskie drogi z bliska... Może i długie, wielopasmowe, betonowe, ale przede wszystkim... dziurawe! stany 2008-07-16 06:29:03 skomentuj (7) Mój głos w debacie Blog.pl - Mieszkanie za sex. O matko, SEX! Znów ten przeklęty SEX! Sex za benzynę w USA, SEX za mieszkanie w Europie, sex za współlokatorstwo w Polsce. Sex to w wielu kulturach takie bardzo serdeczne DZIĘKUJĘ. Jest zdrowy, przyjemny, niezbędny do zdrowego bytowania. SEX daje radość z życia, leczy z kompleksów, wyzbywa dewiacji seksualnych. Każdy seryjny morderca ma zaburzenia seksualne, boi się kobiet, boi się swojej seksualności, ma kompleksy. Każdy, kto zaburzeń nie ma i w naturalny sposób zaspokaja swoje potrzeby jest po prostu - ZDROWY! Gdy ktoś jest sam (nie ma partnera), nie ma zahamowań wynikających z wychowania w hiperkatolickim kraju, to czemu nie może kochać się z kimś bez zobowiązań lub z zobowiązaniami? A czy wiele żon w małżeństwie nie kocha się ze swoimi mężami "za coś"? I jeszcze jedno. Bardzo ciekawe doświadczenie. Mój przystojny kuzyn podczas 5lat studiów "poznał bliżej" kilkadziesiąt dziewczyn. Oczywiście "poznawał je" jedynie na jedną noc. Co najdziwniejsze w tym wszystkim, to "poznawać się bliżej" pozwalają jedynie te.. które są w stałych związkach. Najczęściej bardzo udanych. Które są zakochane w swoich chłopakach pozostawionych gdzieś w odległych miastach, z których przyjechały na studia. One wyjechały na studia, czują się samotnie i... i zdradzają. Podczas gdy żadna samotna dziewczyna nie daje się "poznać bliżej" jedynie na raz, na jedną noc... Nie demonizować seksu! Dać dopłaty do mieszkań dla studentów!;) Mój głos w debacie Blog.pl - Czy być katolikiem to obciach? Jedna z niewielu notek, której nie odważyłem się zamieścić na mym blogu była o.. fundamentalizmie katolickim. Może kiedyś owa notka trafi na mój blog,ale obecnie myślę, że otwieraniem oczu na temat wiary innym, najczęściej zamyka się pole do dyskusji z tymi, którzy religię traktują jak dogmat i żadnych dyskusji nie dopuszczają. Więc albo wierzysz tak, jak my (wg. uznania, tak, jak nauczał Jan Paweł Drugi, albo tak jak mówi Radioamator z Torunia, albo tak jak pisze jakiś tam ich tygodnik czy dziennik katolicki, albo kaznodzieja) albo w ogóle nie jesteś katolikiem! Religia (tzn. wiara, Bóg, itd.) powinna największe i "najgłośniejsze" miejsce zajmować w naszych sercach, duszach, czy też głowach, a nie na sztandarach moherowych babć czy być tematem do debat, rozmów, rozgrywek politycznych. Bóg jeśli istnieje i na to wszystko z góry patrzy, to pewnego dnia zamiast deszczu ześle kwas solny i strawi powierzchnię ziemi na której wiara jest wykorzystywana do najniższych pobudek. Lepszym pożytkiem dla Boga jest 1rozumny katolik, który swą wiarę po prostu rozumie i potrafi czynami lub chociaż słowami obronić przed niewiernymi lub wyznawcami innej wiary, niż 1000 "moherów" którzy nawet nie potrafią powiedzieć, co znaczy jakikolwiek symbol wiary katolickiej. AMEN Mój głos w debacie Blog.pl - Problemy w związkach. Pieniądze to nie wszystko... Jeśli dwoje ludzi jest ZE SOBĄ na tzw. na dobre i na złe, to prędzej wspólne pokonywanie kłopotów powinno taką parę zespajać, a nie od siebie rozdzielać. Być we dwoje gdy wszystko się układa potrafi każdy, ale być ze sobą, gdy "wiatr w oczy" ciągle wieje, to już jest sztuka. Więc jak ktoś ma od kogoś odejść, bo z pracy za mało pieniędzy partner/-ka przynosi, czy że dzieciaki rozrabiają.. Prawdziwy problem jest wtedy, gdy braknie partnera, którego naprawdę kochaliśmy.. Dopiero wtedy zauważamy błahość powodów naszych kłótni i sporów, gdy nie mamy już z kim się spierać.. Mój głos w debacie Blog.pl - Czy świętować Trzech Króli? Mamy najmłodszych emerytów, najwięcej rencistów, teraz jeszcze przebijmy resztę świata ilością świąt i długich weekendów... Polska to państwo nierobów, którzy swojego lenistwa nie mogą tłumaczyć tak, jak "za komuny" że "czy się siedzi czy się leży, dwa tysiące się należy". Kombinują, by przeleżeć większą część miesiąca i mieć za to pieniądze. Tzn. przecelebrować święta z najdurniejszych okazji. Trzech Króli, Czterech Jeźdźców Apokalipsy, dzień Piątego koła u wozu, czy Szóstego Przykazania. Do roboty nieroby! Szczególnie te z sejmu. Najszczególniej te z PiS-u! Mój głos w debacie Blog.pl - Dzwonki telefoniczne. Nie jest ważna melodyjka w telefonie, model komórki,a to,by ktoś bliski do nas dzwonił... Pokaż mi swoją melodyjkę, a powiem Ci, kim jesteś...! O, Matko! Kto wymyślił ten temat? Może od razu walnąć z grubej rury - pokaż mi swoją kupę, a powiem Ci, co jadłeś? Jak ilość tonów w telefonie ma decydować o tym, jak ktoś jest postrzegany, to ja nie chcę spotkać żadnej osoby która tak właśnie ocenia innych. Przez melodyjkę, model komórki, autentyczność pasków na adidasach. Ludzie, w USA wszystkich stać zmieniać telefon co miesiąc. A tego nie robią. Telefon to narzędzie. Narzędzia są tym lepsze, im bardziej się do nich przyzwyczajamy i "leżą" nam w dłoni czy przy uchu. Jedynie ludzie z kompleksami muszą gadżetami nadrabiać to, czego nie mają w głowie. Więc sobie grajcie polifonią, trifonią, a nawet kwadrofonią - nic Wam to nie da, gdy przez telefon nie potrafcie się dogadać. Mój głos w debacie Blog.pl - Czy atak na WTC to spisek? Pewnie,że to spisek! I tak, jak nigdy nie dowiemy się, kto tak naprawdę zabił Kennedy'ego, tak samo nie dowiemy się, kto stał za zamachami 9/11. Kilka m-cy byłem w pobliżu pentagonu. Dziura jaką zrobił wtedy "samolot" była tak niewielka, że wkurzony Mariusz Pudzianowski w ciągu godziny wybiłby większą dziurę młotem. Kto zyskał miliardy dolarów na tych zamachach? Pewnie ci, którzy dawniej sprzedawali benzynę po 1dolarze za galon, a teraz już po prawie 4dolary... No i ci, którzy nie mieli gdzie wysyłać samolotów i broni... Itd. Mój głos w debacie Blog.pl - Moda na dziewictwo. O matko! Znów dziewice! I "czystość" doślubna typu Britney Spears... W końcu to najsławniejsza "dziewica" świata. Ulubienica wytwórni Disneya i milionów nastoletnich fanek (dzisiaj zastępuje ją druga "dziewica" Hannah Montana), piewczyni cnoty i niewinności, gdy tylko skończyła te kilkanaście lat, doświadczyła olśnienia i mamy oto tę jej "czystość". Dwoje dzieci, dzieci odebrane sądowo przez ojca, bo z matka z niej była taka, jak dziewica. Dziewictwo to stan umysłu. Po co manifestować to jakimś pierścieniami, opaskami, skrzydełkami na plecach. Była jedna Dziewica Orleańska i wystarczy. Mój głos w debacie Blog.pl - Po co nam ortografia? A może w ogóle oduczyć myślenia, skoro mamy komputery? Dziś "po co" ortografia, jutro "po co" matematyka, skoro są kalkulatory. Później po co inne zasady i nauki, skoro jest internet w komórce i zawsze można sięgnąć po google i zyskać odpowiedź na każde pytanie. A za kilkadziesiąt lat - PO CO komu mózg, skoro można w jego miejsce wsadzić dysk twardy i kilkaset kart pamięci o niewyobrażalnej pojemności, by wystarczyło na... wszystkie MP-trójki świata. Ortografia być musi! Jak się komuś nie podoba polska ortografia, to niech się np. przyjrzy amerykańskiej pisowni i wymowie. To dopiero są CUDA! Mój głos w debacie Blog.pl - Czy szkoła może być fajna? Szkoła jest.. zaje.. dwabista!;) Każdy dopiero jak skończy szkołę, liceum, studia i.. pozna trudy dorosłego życia, wtedy dopiero zatęskni za "fajnością" szkoły... Nie ważne, jak kolejni ministrowie edukacji namieszają w programach nauczania- liczą się ludzie tworzący klasy (uczniowie i nauczyciele), a nie szkoła jako budynek czy instytucja. Jestem obecnie w wieku w którym powinienem zostać już ojcem. I mając opcję zostania w Polsce lub wyjazdu na stałe do USA mam wielki dylemat. Gdzie lepiej dziecko sprowadzić na świat, gdzie lepiej wysłać je do szkoły. Czy ma się w polskiej szkole nauczyć polskiego sprytu, kombinowania, logicznego myślenia, czy w amerykańskiej doskonale poznać język angielski, ale nie za bardzo nauczyć się myślenia... Mój głos w debacie Blog.pl - Podsumowanie igrzysk w Pekinie. Nie powinniśmy demonizować Chin. Chiny po prostu muszą być takie, jakie są! To ponad 1,3miliarda ludzi! Patrząc na rozpad byłego ZSRR, Jugosławii i innych państw, patrząc na setki tysięcy ofiar tych rozpadów, zniszczone miasta, wojny trwające do dziś (Czeczenia, Afganistan, Gruzja) wyobraźcie sobie, co by się działo w Chinach, gdyby nie były trzymane "mocną ręką". Chiny można by wówczas rozbić na setki państewek. Tu Ryżoland, tam Dżinsoland, a gdzie indziej Badziewoland. Zabrakłoby krzeseł w budynku ONZ w Nowym Jorku, by ich wszystkich posadzić przed stołem narad...;) A czemu polscy sportowcy nie zdobyli medali? Bo Chiny i USA urządzili sobie własne zawody - kto kogo przegoni w ilości medali. Śledziłem ów wyścig przebywając w USA. Oczywiście wg. Amerykanów to właśnie oni wygrali tę rywalizację, bo mają 110medali. Wg. reszty świata wygrali Chińczycy, bo medali mają co prawda 100,ale za to złotych o 15więcej niż USA. Tak więc się sprawdza komunistyczne hasło- nieważne kto głosuje, ważne, kto liczy głosy... Olimpiada z duchem rywalizacji sportowców (a nie państw (głównie mocarstw)) ma coraz mniej wspólnego... Mój głos w debacie Blog.pl - Związki fucking friends Sex to temat rzeka. W Polsce SEX jest dodatkowo tak napiętnowany, że po prostu w ogóle strach go uprawiać! Seksu zakazują prawie wszyscy. Katechetki w szkole, bo SEX to grzech, bo szkodzi zdrowiu, przynosi straszne "skutki uboczne" w postaci dziecka! Zakazują rodzice, bo sex to coś, na co jeszcze mamy czas. Teraz szkoła, matura, itd, a nie tylko rozkoszne wagary z ukochanym. Dla wielu rodziców pewnie lepiej byłoby znaleźć pod łóżkiem dziecka strzykawkę z narkotykiem, niż zużytą prezerwatywę... Nakarmieni takimi ostrzeżeniami, musimy się bardzo pozytywnie zaskoczyć, gdy seks okazuje się czymś cholernie przyjemnym. Mrrr.... Czy seks musi być od razu powiązany z uczuciami? Myślę, że z początku życia seksualnego tak. Oczywiście każdemu życzę jak najlepiej i by nie przekonał się nikt (zazwyczaj młode dziewczyny), że nie wszystkie męskie KOCHAM, dotyczy się uczuć... Związki oparte tylko na seksie... Seks to jedna z naturalnych potrzeb. Takich jak jedzenie, picie, sen. Jest to potrzeba zarówno ciała jak i ducha. Nie trzeba sztucznie pakować się w związek, na który nie ma się ani czasu ani chęci, by dać ciału to, co mu się należy. Póki nie krzywdzi się osób trzecich, to dwoje samotnych osób ma prawo do wszystkiego... Mój głos w debacie Blog.pl - Czy wiesz, co jesz? Konsumpcja dobra dla naszego zdrowia skończyła się w czasach, gdy za mięsem trzeba było stać w długiej kolejce, a większość artykułów spożywczych pakowało się w szary papier pakowny. Dzisiaj najczęściej kupujemy OPAKOWANIA i marki. Każdy na pewno nie raz się złapał na piękne opakowanie, w którym znalazł... obrzydliwą w smaku i wartościach spożywczych zawartość. Od kiedy z kilograma mięsa robi się 3kg szynki, a w kiełbasie cielęcej jest ZERO procent cielęciny, a jedynie przyprawa o smaku młodej krowy, od wtedy jest jeden wielki wyścig producentów żywności do minimalizacji kosztów produkcji kosztem naszego zdrowia. Mój głos w debacie Blog.pl - Depresja choroba XXI wieku Depresja jest w każdym z nas. Wystarczy odpowiednio niekorzystny splot wydarzeń (głównie zawód miłosny, choroba własna lub kogoś bliskiego, itp.) i każdy może zapaść w depresję. No może prócz tych, którzy wszystkie przeciwności losu przyjmują jako "próbę bożą". Co dziesiąta prawdziwa depresja kończy się skuteczną próbą samobójczą. Pozostała rzesza depresantów o samobójstwie myśli częściej, niż o życiu. Czy internet może być dobrym "lekiem" na depresję? Internet nie istnieje bez ludzi go tworzących. Więc w zależności od tego, kogo znajdziemy po drugiej stronie łącza, dana osoba może nas wyciągnąć z dołka, lub wręcz przeciwnie. Życie ludzkie w internecie dla wielu jest naprawdę mało warte. Coś jak "życie" bohatera jakiejś gry, którego jednym przyciśnięciem klawisza możemy wskrzesić. W życiu wskrzeszenia się raczej nie zdarzają... Mój głos w debacie Blog.pl - Czy Rosja może zaatakować Polskę? Jestem za tym, by wszystkie te tarcze, broń jądrowa, termojądrowa, wreszcie zostało użyte... Niech każdy w każdego wyceluje, odpali rakiety, niech to wszystko szlag trafi. Ten jeden wielki burdel w polityce światowej, militarnej, a przede wszystkim niech zrobi się dzięki temu porządek w Polsce. Niech za kilkaset lat, gdy promieniowanie już ustąpi, życie zacznie się od nowa od pierwotniaków. Bo niewiele się obecnie od nich różnimy. Broni masowego rażenia na świecie jest tyle, że można kilkakrotnie zniszczyć całą planetę, a może i pół Układu Słonecznego... Przypomina mi to straszenie się w piaskownicy starszym bratem, gdy jeden dzieciak drugiemu zburzy babkę z piasku. Każdy polityk i strateg wie, że wystrzelenie przez jakieś państwo jednej rakiety z bronią nuklearną spowoduje zniszczenie świata. Więc jakby się nie szachowali, jakby nie prężyli swoich nuklearnych muskuł, to prawdziwa opcja jest tylko jedna - celować, ale nigdy nie odpalić! Szachować króla, ale nigdy go nie "zbić". Więc to całe pieprzenie o tym, kto w kogo celuje, kto kiedy naciśnie guzik, jest... żałosne. Oczywiście, że terroryści mogą odpalić bombę nie patrząc na nic i na nikogo. Na efekt nuklearnego domina, itd. Ale terroryzmu nie zwalcza się bronią atomową! Świat to nie Palestyna, gdzie wojska Izraelskie burzą dom zamachowcy samobójcy, a przy okazji pół ulicy na której mieszkał, a nawet pół dzielnicy, prawem odwetu. A najchętniej zrównaliby z ziemią całą Strefę Gazy, ale świat im patrzy na ręce i lufy. Tu gdyby nuklearnym terrorystą okazał się Arab z Arabii Saudyjskiej, mieszkający na stałe w Wielkiej Brytanii, mający tamtejsze obywatelstwo, Polską żonę, Ukraińską kochankę, korzystający z radzieckiej "walizkowej bomby atomowej" (Rosjanom zaginęło kilkadziesiąt takich bomb), to kogo należy zaatakować? Arabię, Anglię, Rosję, Polskę? Niech Baracka Obama którejś nocy pomyli guzik z lampki nocnej przy łóżku z atomowym guzikiem i będzie po wszystkim...;) Mój głos w debacie Blog.pl - Czy do wojska idą nieudacznicy? W Polsce po prostu nie ma kultu armii. Jak wskazuje nazwa mojego bloga, obecnie jestem w Stanach. Tu służenie w Armii jest po prostu zaszczytem. Tu w każdej lokalnej gazecie, co tydzień zobaczymy zdjęcia tych naszych sąsiadów, "chłopaków lub dziewczyn z sąsiedztwa", których przyjęto do Akademii Wojskowej, którzy tę Akademię ukończyli, którzy awansowali, dostali stopnie wojskowe. Poznamy ich imiona, nazwiska, karierę edukacyjną od przedszkola aż po Akademię Wojskową. Dumni rodzice na swoich samochodach wożą naklejki - "Moja córka służy w Marines". "Mój syn walczy w Iraku". W Polsce taką naklejkę wstyd by było przykleić. Dlaczego? Bo za przypadkowe ostrzelanie wioski w Iraku polskich żołnierzy potraktowano gorzej niż zbrodniarzy hitlerowskich po zakończeniu II wojny światowej. Jak jakiś żołnierz amerykański przypadkowo dokona jakiegoś ataku na ludność cywilną, to cała Armia z prezydentem na czele broni go. To ich żołnierz, to ich człowiek, to syn ich ziemi. U nas? To zakuci w kajdany zbrodniarze wojenni z zasłoniętymi kapturami głowami. Zero szacunku dla służby ze strony ich zwierzchników, więc co się dziwić, że wojsko postrzegane jest jako zbiorowisko nieudaczników, którzy nie potrafili wojska uniknąć. Bo nie poszli na studia (wielu mężczyzn studiuje cokolwiek, by tylko uniknąć wojska). Bo nie umieli wymyślić sobie jakiejś choroby. Bo nie stać ich było "dać" komu trzeba... Prócz kilku procent ludzi, którzy służą bo lubią, którzy się do tego nadają, dla których trzymanie w ręku karabinu jest przyjemnością nie mniejszą, niż trzymanie w swych ramionach kobiety lub w dłoniach kierownicy Ferrari, całej reszcie bym pozabierał pukawki z rąk i wygonił do cywila. Wojna to dziś nie napad zgrai rozwrzeszczanych poborowych - Hurraaa! Czasy wylewania polskiej krwi na wzgórzach Monte Cassino dawno minęły. Teraz jeden czołg czy śmigłowiec szturmowy (nie mówiąc o F-16) potrafi zdziałać więcej, niż 90% naszej Armii poborowej. Mój głos w debacie Blog.pl - Co ta wojna nas obchodzi? Codziennie na świecie toczy się kilka wojen. W Iraku, w Afganistanie, w Afryce Hutu mordują Tutsich, czarni mordują gdzieś białych, a żółci - czekoladowych... Walka po prostu leży w naszej ludzkiej (czyli zwierzęcej) naturze. Każda wojna boli, bo w imieniu kilku decydentów (w końcu to jakiś nie zawsze mądry prezydent wypowiada wojnę, a żądny krwi i trupów minister obrony wysyła wojska) cierpi tak naprawdę tylko ludność cywilna. Żołnierze nie cierpią. Oni albo zwyciężają, albo tracą życie. A gdy wracają zranieni, to przynajmniej mają gdzie i do kogo wracać. A w miejscu działań wojennych najczęściej pozostaje jedno wielkie gruzowisko. Niewinni ludzie często nie mają dokąd wracać, tracą domy, dobytek, poczucie sensu życia oraz nie zawsze ich rodzina jest po takiej wojnie w komplecie... O co chodzi w wojnie? Jeśli nie jest to wojna religijna, to ZAWSZE chodzi o pieniądze. W Iraku chodzi o ropę, w Czeczeni chodzi o ropę. Nie wiem, złoża czego ma Gruzja (ropy i gazu mają tam niewiele), ale za to mają na swoim terytorium ropociągi transportujące na Zachód kaspijską ropę i o te rurociągi właśnie chodzi. Ewentualnie o strefy wpływów czy przyczółki militarne. I tak oto, za kilka baryłek ropy czy kilka grudek złota lub innego kruszcu, giną ludzie we wszystkich zakątkach świata. Ludzie, których życie jest bezcenne... Trzeba po prostu wypompować całą ropę świata ze wszystkich złóż, podobnie wydobyć cały gaz, cały węgiel, złoto, uran, pluton i wszystkie inne cenne kopaliny i... i wreszcie skończą się wojny! A czy Polska ma się w to mieszać? NIE! Jesteśmy pionkiem w Europie. Powinniśmy tylko przytakiwać temu, co robią europejskie potęgi, a nie zawsze w sprawach trudnych wychodzimy "przed szereg" i najbardziej dostajemy po dupie. Co dadzą słowa sprzeciwu jakiegoś zapyziałego Kaczyńskiego, którego Putin może rozdeptać jak kukułczego zbuka dosłownie i w przenośni. Kaczyński dostałby cios w nos od Judoki Putina i padł jak kaczka postrzelona z dubeltówki, a Polska dostanie gaz po 2x wyższych cenach niż przed konfliktem na Kaukazie. No, ale Kaczyńskiemu spada poparcie, więc pokazanie się przed europejskimi kamerami jest dla niego ważniejsze, niż ekonomiczno - energetyczny spokój w Polsce. Kazanie Ruskim się "odpieprzyć" od Gruzji jest jak kazanie deszczowi nie padać, albo rzece nie płynąć. To są mocarstwa i im bardziej się na nie naciska, tym bardziej mają gdzieś te naciski. Dyplomacja jest jak kochanie się z kobietą - źle się dotknie, źle się coś powie i "po zawodach";) Mój głos w debacie Blog.pl - Czy uważasz, że w życiu można osiągnąć szczęście całkowite? Odczuwanie szczęścia jest cechą (uczuciem), która zależy od wielu uwarunkowań. Jest to (prócz miłości) jedno z trudniejszych do zdiagnozowania i opisania zjawisk. Przebiega różnie w zależności od naszego wieku, płci, intelektu, miejsca zamieszkania, itd... Nastolatka jest szczęśliwa, gdy ma lepiej "zrobione paznokcie" niż jej koleżanki. Starsza dziewczyna już cała musi "lepiej wyglądać", by być szczęśliwą. Później się dojrzewa i rozumie (jeśli intelekt na to pozwala) że rzeczy przyziemne i zmienne nie mogą być powodem do prawdziwego szczęścia. Paznokieć zawsze można złamać, strój poplamić lub jeszcze gorzej - znaleźć się na imprezie, gdzie ktoś będzie ubranym tak samo!;) Pozostają wtedy rzeczy "głębsze", prawdziwe filary szczęścia, które ciężko jest podważyć. Które są wręcz niepodważalne - drugi człowiek. Wszystko, co mamy można stracić. Od urody, przez majątek, po zdrowie... Ale gdy druga, bliska nam osoba pozostaje z nami mimo wszystko, na przekór wszystkiemu, bez żadnego przywiązania nas na siłę do siebie (łańcuchem czy np. intercyzą małżeńską;) to jest powód do szczęścia. Że ktoś jest z NAMI, i będzie. Wygrana w Lotka to powód do szczęścia. Ale szybko okazuje się, że to większy problem, niż się wydawało. Co jest problematyczne w wydaniu kilku milionów złotych?! Wygrajcie, a sami się dowiecie, gdzie zaczną się problemy... Więc, konkludując, prawdziwe szczęście może być przypisane jedynie do drugiej osoby... Mój głos w debacie Blog.pl - Czy łatwo się rozwieść? W ogóle to ten temat "ruszony" został od złej strony. Bo, by był rozwód, musi być małżeństwo (najlepiej bardzo nieszczęśliwe). Tak więc powinna zostać zapisana jakaś geneza nieszczęśliwości małżeńskiej. Czy to wina teściowych?;) A może opinii publicznej (ach te plotki!) Może pracoholizmu i rzadkiego widzenia się małżonków (moja koleżanka, prawniczka powiedziała mi, że 90% spraw o rozwód, jakie prowadziła jest z powodu... wyjazdu współmałżonka za granicę w celach zarobkowych...). Może to wina tego, że w Polsce po prostu MUSOWO się żenić (a przede wszystkim wychodzić za mąż). Bez wspólnego nazwiska nie możemy nawet odwiedzić swojego partnera w szpitalu - bo nie jesteśmy rodziną! - usłyszymy od krzyczącej na nas pielęgniarki oddziałowej. Nawet ojciec dziecka "niemałżeńskiego" ma problemy z wejściem na porodówkę. Więc o czym tu rozmawiać? I jeszcze te posłanki z PIS i LPR, które chcą zakazywać seksu niemałżeńskiego, nakładać podatek na kawalerów, zabierać torebkę Tinky Winky i jakieś inne, chore dziwactwa. To niby śmieszne, ale odzwierciedla nasze zacofanie w dziedzinie społecznych relacji damsko - męskich. Jesteśmy zbyt ograniczonym kulturowo narodem, by po prostu można było żyć bez ślubu. Bo komu jest potrzebny ten durnowaty papierek po podpisaniu którego Pani X staje się panią Y? Jedynie Urzędowi Stanu Cywilnego, Urzędowi Skarbowemu, oczywiście "Urzędowi Kościelnemu", itd. Połowa ludzi w ogóle by się nie żeniła (wychodziła za mąż), gdyby nie musiała. Bo MUSZĄ. Bo "co sąsiedzi powiedzą",że mieszkają ze sobą bez ślubu. Bo "co sąsiedzi powiedzą", że mają nieślubne dziecko. Bo "co ksiądz powie", gdy przyjdzie do nich po kolędzie. Bo... i z tych wszystkich "BO" robią się śluby z przymusu. Wolę żyć w szczęśliwym związku niemałżeńskim niż nieszczęśliwym małżeństwie... Mój głos w debacie Blog.pl - Dlaczego Polacy są oskarżani o antysemityzm? Może to, co napiszę, będzie brutalne, ale niestety będzie prawdziwe: TAK, Polacy są antysemitami. Mieszanie się naszych kultur (polskiej i żydowskiej) trwało przez wieki. Polacy ciężko pracowali i nic nigdy nie mieli, a Żydzi zawsze potrafili przy samozaparciu i wsparciu się nawzajem do czegoś dojść. Dlatego patrzyliśmy na nich z zawiścią, jak czarni niewolnicy w Stanach Zjednoczonych na swoich białych panów. To zostało u nas do dziś podsycane przez pewne Radio z Torunia, w którym każdy słuchacz, któremu źle (a zazwyczaj są to starzy ludzie) winy swego niedobrobytu upatruje w Żydach, żydokomunie, itd. Czarni niewolnicy w USA nigdy nie odważyli się sprzeciwić swym panom, zaatakować, i my nigdy sami byśmy nie sięgnęli po to, co żydowskie. Bo żyliśmy z nimi w symbiozie i nikomu to na tyle nie przeszkadzało, że jedni coś mają, a inni nie mają. Wojna zrobiła swoje i skoro można było zagarnąć majątek kogoś, kto z wojny nie wrócił, a dodatkowo, kto był innej wiary i narodowości (dla której po wojnie stworzono państwo Izrael) to wręcz byłoby się "głupim", gdyby zgodnie z polskim przysłowiem, że "Okazja czyni złodzieja", nie wziąć sobie tego lub owego Gwiazdą Davida przyozdobionego. Czy należy im się teraz dziwić, że chcą zwrotu swojej własności. Szczególnie przy takich cenach nieruchomości w Polsce? Wystarczy odzyskać jeden domek w dużym mieście i ma się miliony złotych. Tego bardziej chcą wszystkie te kancelarie prawnicze, niż sami Żydzi. Takie kancelarie potrafią nawet wskrzesić zmarłych przed laty właścicieli, na chwilę tylko, taka osoba złożyła podpis pod pozwem do sądu. Z każdej wygranej przed sądem sprawy kancelarie będą mieć te swoje 30-40%. To jest sprawa nie do rozwiązania! Najlepszym sposobem byłoby wystawienie Niemcom rachunków za wszystko, czego upominają się Żydzi. Tylko, że dzisiejsze Niemcy nie są III Rzeszą BIS. W rządzie nie ma wnuków Adolfa Hitlera, więc... Sprawa jest tak naprawdę przegrana dla wszystkich! Mój głos w debacie Blog.pl - Bezdzietni z wyboru... Gdy w związku dwojga ludzi obydwoje są typu Yuppies, to naprawdę w swoich terminarzach spotkań po prostu nie znajdą miejsca do wpisania rubryki "dziecko", skoro spotkania z samymi sobą też nieraz muszą planować z wyprzedzeniem. Gdy jedno jest Yuppie, a drugie "normalnym" genetycznie okazem (który słucha tykania swojego zegara biologicznego), to wtedy jest szansa na dziecko, albo na rozstanie, gdy partner za bardzo będzie naciskał na "tupot małych nóżek". Jestem obecnie w USA, gdzie naprawdę jest pracoholizm rozwinięty do granic wytrzymałości, pęd za karierą olbrzymi, a mimo to, każdy ma tu dzieci, a jak jeszcze nie ma, to chce mieć. To nie Polska, gdzie bez żony i dzieci u boku, a jedynie z kotem pod pachą można zostać premierem, a może i jeszcze prezydentem (czy. Jarosław Kaczyński). Tu, w Amerykańskim "Dreamie" dziecko (a tak naprawdę to jego dobre wykształcenie, sukcesy sportowe i edukacyjne, czy zasługi dla obronności kraju, gdy nasz chłopak lub córka wstąpi do Marines) jest po prostu najważniejszą rzeczą z której możemy, jako rodzice być dumni i czym możemy się pochwalić przed innymi. Nowe auto, nowy dom, czy wakacje na Florydzie jest NICZYM, wobec ukończenia przez nasze dziecko renomowanego Uniwersytetu Berkeley, Harvard czy Yale... A w Polsce. W gronie znajomych zastanawialiśmy się nieraz, kiedy jest pora na dziecko. Szkoła średnia oczywiście odpada (ale czy aby na pewno?). Później 5lat studiów - to też "nie za bardzo" (dużo nauki, a tak naprawdę... dużo imprezowania). Po studiach szukanie pracy, a gdy ją się znajdzie, to pilnowanie jej za wszelką cenę. Lata lecą, pniemy się po szczeblach awansów, i zanim się obejrzymy, to dzieci naszych rówieśników idą do przedszkola, do podstawówki... No coś tam słyszeliśmy, że komuś znajomemu się urodziło dziecko, później drugiemu znajomemu, ale żeby aż tyle?! I nagle szok. Wchodzimy na Naszą Klasę, a tam... ponad połowa naszych znajomych (rówieśników) ma już dzieci. No ale jak to? To jakiś wysyp był ostatnio? Baby boom? Czemu myśmy o tym nie słyszeli? Skoro nawet Gabrielle Solis w serialu "Desperate Housewives" ("Zdesperowane panie domu", nie zawsze "Gotowe na wszystko";) chciała w końcu dziecka, to nikt mi nie powie, że są jakieś kobiety niemodyfikowane genetycznie, które w pewnym okresie swojego życia tego nie zechcą. Jak nie, to niech czytają od początku mój post, tym razem ze zrozumieniem. Piękny dom (zapewne wzięty na 100letni kredyt), lśniące auto (spłacane przez 10lat), opalenizna z Malediwów to jest NIC, wobec pierwszej piątki przyniesionej przez naszą pociechę ze szkoły. Mój głos w debacie Blog.pl - Czy ktoś jeszcze czyta książki? Swoją pierwszą książkę napisałem przypadkowo. Zima 2001, mróz, długie wieczory i noce, a w głowie pewne, ciągle powracające przeżycia z wiosny i lata owego roku. Siadłem, włączyłem mój stary jak świat komputer i zacząłem pisać... Dwa lata później książka została wydana. Stałem się osobą jakoś tam publiczną, znaną (najbardziej wśród młodego pokolenia płci pięknej). Minęło 5,5roku od wydania książki i ciągle dochodzą do mnie dowody tego, że ludzie czytają i moją książkę sprzed lat, i książki starsze wszystkich pisarzy świata, i książki nowe. I to jest pięknie! I tak pozostanie. Czytelnictwo książek nigdy nie upadnie. Żaden inny środek przekazu nie wyprze żółkniejących kartek książki. TV, internet, itp. wynalazki nie dadzą rady wielosetletniej tradycji i klasyce. Gdyby tak miało być, to Chińczycy tysiące lat temu nie wynaleźliby papieru, a od razu... komputer!;) Można kupić obecnie elektroniczne książki. 7 calowe wyświetlacze LCD, które mają naśladować kartkę książki. Wkładamy kartę pamięci do tego urządzenia i już mamy w nim kilkaset książek. Ale to nie TO. Nie czujemy zapachu papieru, farby drukarskiej, zapachu miejsc w których ta książka była czytana przez innych (gdy jest to książka z biblioteki lub z tzw. "przeszłością"), nie widzimy na jej kartkach "pamiątek" ludzi czytających ją przed nami. Ooo... ktoś nad 71 stroną pił kawę, a nad 123 jadł kanapkę z pomidorem. Elektroniczna książka nie ma "duszy", ma za to procesor, który co chwilę chce... podpięcia do prądu, bo kończą mu się baterie. To jedyne, co w takiej "książce" żyje - diodka krzycząca "Naładuj mnie, naładuj!". Coraz więcej mamy podane gotowe "na talerzu". Wstukujemy w google czy w jakąś inną wyszukiwarkę i mamy zdjęcia i filmy miejsc, które kiedyś musieliśmy sobie wyobrażać z opisów czytanych w książkach czy wynikających z opowieści innych ludzi o tych miejscach. Coraz mniej musimy sobie wyobrażać, czyli, co za tym idzie - myśleć. Gdy przestaniemy umieć tworzyć sobie w głowie własne obrazy świata opisanego (np. w książce) to zaczniemy się po prostu cofać intelektualnie, bo bez kreatywnego myślenia jesteśmy tylko wiernymi kopiami podanych nam wzorców. A wzorce muszą być uniwersalne, a co za tym idzie - przeciętne. A kto chce być "przeciętniakiem"? Istnieją książki, które zostały napisane tylko dlatego, że wcześniej powstał film. O 180stopni zamieniona kolejność! Jednak to jest właśnie najlepszym dowodem tego, że książki są potrzebne i ZAWSZE będą czytane. Dawniej pisano powieść czy książkę, a później, gdy okazała się sukcesem wydawniczym to ją ekranizowano. Teraz, gdy ktoś napisze dobry scenariusz (bo na scenariuszach, szczególnie hollywoodzkich produkcji filmowych zarabia się więcej niż na książkach - co potwierdzi i Steven King i Katarzyna Grochola i pani Rowling). Tak więc... Wystarczyło tylko kilka moich opowieści o tym, jak pisałem moją książkę. O tym, jak historia w niej opisana działa się naprawdę, a jak ją później opisałem, by słuchająca mnie i moich opowieści o mojej książce koleżanka Marta nabrała takiego zapału do pisania, że 4lata później napisała i wydała swoją własną książkę. A wydanie książki w Polsce, gdy nie jest się sławną osobą albo WIELKIM nazwiskiem jest naprawdę trudne. Jeszcze raz GRATULACJE, Marto! Mój głos w debacie Blog.pl - Jak nas widzą, tak nas piszą... Idąc ścieżką natury, jest tak, że patrząc na drugiego człowieka, pierwotnie traktujemy go na trzy możliwe sposoby. Albo jako zagrożenie, albo jako konkurencję, albo jako obiekty seksualny. Tak robią zwierzęta, więc tak także podświadomie robimy my, tzn. nasz umysł. Oczywiście my nie rzucamy się od razu do ataku, nie przeganiamy konkurenta z naszego terenu, czy jeśli to osobnik płci przeciwnej - nie rzucamy się na niego w celach reprodukcyjnych;) To tytułem wstępu. 30sekund - tyle zajmuje nam co najwyżej ocena drugiego człowieka, widzianego po raz pierwszy, dokonana na podstawie jego wyglądu. Twarz, oczy, usta, symetria twarzy, znaki szczególne, ozdobniki, sylwetka, potencjał rozrodczy, ubranie, schludność, czystość, zapach. Są rzeczy podnoszące tę ocenę i nasze pierwsze wrażenie odnośnie czyjejś osoby, i są rzeczy tę ocenę zaniżające. Uroda to lwia część tego wszystkiego, więc tu ją pomińmy. Każde odstępstwo od obranej przez nas normy (kolczyki, tatuaże, mocny makijaż, odmienny od naszego sposób ubierania) powodują, ze szufladkujemy osobnika do różnych subkultur i przypisujemy mu różny od naszego (zazwyczaj niższy) potencjał intelektualny. Bo przecież "normalny" człowiek tak nie wygląda, tak się nie ubiera, tak nie okalecza swojego ciała (piercingiem, tatuażami, itd). Tak więc idąc stereotypami: Hipis - musi być narkomanem uprawiającym wolną miłość; Punk - musi być brudny i śmierdzący, itd. To jest oczywiście błędne myślenie, bo zazwyczaj nie wciąga nas do jakiejś subkultury jej odmienność, a osoby tam obecne. A osób nigdy nie należy generalizować. Tak więc, konkludując - WYGLĄD ZEWNĘTRZNY RZADKO JEST ODZWIERCIEDLENIEM ŚRODKA CZŁOWIEKA. Mój głos w debacie Blog.pl - Single w natarciu. "Single w natarciu"... Już za sam tytuł tej debaty ktoś powinien dostać ostre baty...;) W natarciu to może być śnieg w zimie, gdy komuś śnieżkę wcieramy w twarz - to właśnie jest natarcie. Albo zaczepne działania wojenne w czasie wojny. Kto wymyślił "natarcie" singli, ten pewnie myśli, że to, że geje lub lesbijki chcą mieć prawo do bycia razem jest zalewem homoseksualnym czy brutalnym wkraczaniem mniejszości seksualnych do szkół... To odnośnie wstępu. Po wstępie zazwyczaj jest rozwinięcie. Połowa zadeklarowanych singli pewnie w ogóle nimi nie jest. Każdy z nich jest w mniej lub bardziej formalnym związku. Może jakimś półzwiązku, bo często na związek "na 100%" nie ma czasu, nie ma miejsca, nie ma cierpliwości lub go się "związkiem" w ogóle nie nazywa. Więc statystyki "singli" rosną, bo kto normalny, idąc do knajpy czy gdziekolwiek bez swojej drugiej połówki powie komuś nowopoznanemu płci przeciwnej - Tak, mam partnera/-rkę, proszę, oto jego/jej zdjęcie, oto nasze wspólne mieszkanie, oto nasz samochód na raty. Dlatego to całe "natarcie" to ledwie malutki strumyk prawdziwych singli.. A prawdziwi single, jak wynika z wielu badań są lepiej wykształceni (zamiast gruchać sobie te wszystkie "I Love", mają czas na naukę, kursy, dodatkowe szkolenia, kształcące podróże). A może to działa w drugą stronę, ciągle się kształcąc, ucząc, podróżując, stażując po prostu nie mają czasu na związki? Są lepiej wynagradzani, bo są bardziej dyspozycyjni, mogą "zabierać pracę do domu" i nie muszą wracać do domu o wyznaczonej przez partnera porze. I jeszcze jedno, co często zdarza się singlom - stają się "poradnią małżeńską" dla przyjaciół. Powiedz mi, czemu nie mogę dogadać się z moją dziewczyną, poradź mi co mam zrobić z moim chłopakiem, itd. A single, słuchając, że w związkach są tylko problemy, nierozwiązywalne konflikty, wolą się w nie (związki) nie pakować. Natura jednak podpowiada "parzenie" się:) Jak dowiedli i wyliczyli naukowcy - osoby zamężne (a zazwyczaj małżeństwem kończą się wszystkie poważne związki) żyją dłużej. Mój głos w debacie Blog.pl - Obojętność na przemoc. Przemoc niestety jest atrakcyjna. Każdy młody chłopak zaczyna swoją fascynację kinem akcji, gdy jako kilkulatek, po ujrzeniu filmu z Brucem Lee, chce być taki, jak on. Pięściami i fruwającymi w powietrzu nogami przekonywać innych do swoich racji. Kto nie lubi karate, ten lubuje się w Rockym Balboa. Później dochodzą "półobroty" Chucka Norrisa, itd. Następnie, w szkole dostajemy inne potwierdzenie tego że agresja popłaca - najczęściej to najsilniejszy, a nie najmądrzejszy chłopak , klasowy łobuziak ma najładniejszą dziewczynę. Agresja w domu (bajki, filmy, często agresja rodzinna) "programuje" nas tak, że myślimy, że przemoc to najskuteczniejsza metoda rozwiązywania sporów. A czemu przestajemy reagować na to, że komuś dzieje się krzywda? Bo nie chcemy, by przychodząc komuś z pomocą sami zostać skrzywdzeni. Albo stać się obiektem późniejszego ataku. Mamy wiele do stracenia i nasza ingerencja może nas wiele kosztować. Tracimy psychicznie, bo stajemy się wtedy stroną konfliktu. A jak przez naszą pomoc komuś, napastnika zatrzyma policja, to możemy być pewni, że gdy tylko ta osoba wyjdzie na wolność (co w Polsce dzieje się godzinę po przesłuchaniu), to nie zapomni nam okazać swojej "wdzięczności". Wtedy możemy też wiele stracić finansowo, gdy napastnik może wyrządzić krzywdę na naszym mieniu - uszkodzić nam samochód czy podpalić dom. Więc każdy siedzi cicho i nawet jak za ścianą, u sąsiada coś złego się dzieje, to wolimy pogłośnić telewizor, by tego nie słyszeć, niż zareagować. Mój głos w debacie Blog.pl - Zostać w Anglii czy wrócić do Polski? Polak zarabia 1000 zł, a wydaje 2000 zł... tylko my to potrafimy. Wszystkie inne narodowości oraz matematycy nie mają pojęcia, jak to możliwe. Jak możliwy jest tak wysoki standard życia w Polsce przy tak niskich zarobkach i tak wygórowanych cenach. Od 4m-cy jestem w USA. Zarabia się tu "śmieszne" pieniądze (szczególnie, gdy przelicza się je na złotówki lub metry kwadratowe mieszkania w Warszawie). Jednak tu te pieniądze mają WIELKĄ wartość nabywczą. W Polsce 1złotówka nic nie jest warta, podczas gdy 1dolar w USA ma naprawdę szanowaną wartość... Każdy, kto wyśmiewa emigrantów, że teraz zarabiają śmieszne grosze. Że może kiedyś, gdy dolar był po ponad 4zł, a funt po prawie 7zł można było jeździć za granicę i tam pracować, ale teraz? I tu każdy tak myślący GRUBO się myli, ponieważ za dzień pracy w USA czy UK stać nas w Stanach czy Anglii na 2-3x więcej, niż w Polsce. Na parę lub dwie pary markowych butów, na 3-4markowe ciuchy, itd. Wracasz do Polski i szlag trafia, że trzeba za wszystko dać 2-3x tyle, ile przed chwilą płaciliśmy za coś w londyńskim czy nowojorskim butiku. Zapraszam na mój blog - cały jest poświęcony właśnie tej tematyce. Porównaniu życia w USA do życia w Polsce. Kupi ktoś w Polce puszkę Pepsi za 36groszy? Albo 2litrową Colę za 1,4zł? NIE! A w USA się za tyle się je kupuje. Więc czy jest sens wracać do kraju w którym na 2litrową butelkę wody z domieszką syropu trzeba pracować godzinę? A na metr mieszkania w stolicy rok? Odpowiedź każdemu rozumnemu człowiekowi powinna nasunąć się sama... Mój głos w debacie Blog.pl - o SEXie przedmałżeńskim. Większość głosów w tej debacie zabierają ci, którzy bloga zakładają tylko po to, by tylko raz się tu wypowiedzieć. Jedna notka, jedna odpowiedź i ucieczka w niebyt Internetu. Takie głosy są gorsze niż anonimowe donosicielstwo! Poprowadźcie bloga dłużej, pokażcie siebie, a nie tylko: "Nie wolno seksu, bo sex jest "be", bo to grzech, bo od tego dziewczyna dostaje meszku nad górną wargą, itd." Temat seksu przedmałżeńskiego nie jest wcale kontrowersyjny. Sex to rzecz tak naturalna, a zarazem wspaniała, jak jedzenie pyszności, oddychanie górskim powietrzem, czy prowadzenie luksusowego samochodu. Wszystko, co robimy może być piękne, ale gdy to źle robimy, to może i musi być okropne. Wystarczy, że jedzenie ugotuje kiepska kucharka z zepsutych produktów, oddychać będziemy wielkomiejskim smogiem, a prowadzonym przez nas samochodem nie będzie Ferrari, a 20letni "Maluszek". Tak samo jest z seksem. Nie ważne kiedy, nie ważne, czy przed przysięgą małżeńską czy po niej, ważne jedynie to, by z właściwą osobą. Ludzie (domyślam się, że średnia wieku zabierających tu głos to pewnie mniej niż 18lat) demonizują ten akt, jakby było to coś wymyślonego przez diabła. Jak przed ślubem, to diabeł do SEKSu popycha, by wciągnąć nas później do piekła za tę grzeszną miłość, a jak po ślubie, to Anioł w seksie pomaga - tak? Mieszanie religii do seksu to najgorsze co może być! Gdyby Bóg nie chciał, by ludzie uprawiali SEX, to by nam czółka wymyślił, zamiast narządów płciowych. I co z tego, że po ślubie Bóg przymyka swoje wszechwidzące oko na nasze łóżkowe wyczyny, a przed ślubem grozi palcem. Bo dla Niego ważny jest papierek z Urzędu Stanu Cywilnego? Przysięga przed kapłanem? NIE! Ważny jest stosunek dwojga ludzi do siebie. To, kim jedno jest dla drugiego. Ktoś używa argumentu, że SEX niszczy miłość, że jak chłopak dostanie już TO od swojej dziewczyny, to odchodzi. Odchodzi, bo ma ma boisku kolegów, w domu Playstation, na głowie czapeczkę z daszkiem do tyłu, a na dupie spodnie z krokiem w kolanie - czyli jest gówniarzem! Po to dziewczyny dojrzewają kilka lat wcześniej od chłopaków, by sobie szukały partnera o kilka lat starszego. Oczywiście pięknie jest być z kimś z klasy, może nawet młodszym - ale proszę później nie mieć pretensji, że natura 15latka jest niewiele bardziej złożona od zwierzęcej natury koczkodana. A czymże jest małżeństwo? Możliwością przespacerowania się w białej sukni przed koleżankami? A dla pana młodego napicia się morza wódki z kolegami i już? I już po ślubie? I można? Mój głos w debacie Blog.pl - Czy Polacy to ponuracy? Tak nas nauczono w dzieciństwie, byśmy się nie potrafili śmiać... Tylko w Polsce radość i cieszenie się ze wszystkiego, wrodzony optymizm jest objawem głupoty. Tylko w Polsce się usłyszy - "I co się tak szczerzysz?" na radość, którą w innych państwach spontanicznie się okazuje. Jestem obecnie w USA, gdzie... Mój głos w debacie Blog.pl - Kto jest Twoim autorytetem? Żyjemy w społeczeństwie, w którym niedługo jedynym autorytetem będzie Internet. Google.com, ewentualnie, w zależności od naszego intelektu i zainteresowań: portale edukacyjne, informacyjne, czy plotkarskie. Gdy czegoś nie znajdziemy na Necie, po prostu nie będzie to istniało. Kiedyś byśmy zapytali swój Autorytet (zazwyczaj rodziców, dziadków, albo nauczyciela w szkole) o dręczące nas problemy, a teraz otwieramy Google.com i tam znajdujemy odpowiedź. Albo... nabieramy przekonania że... nie potrafimy szukać. Autorytetów, dla dorosłych osób o neutralnie ukształtowanej i rozbudowanej osobowości po prostu być nie może. To my tworzymy siebie. Miliony niepowtarzalnych wydarzeń w naszym życiu, tysiące poznanych osób, miliardy naszych przemyśleń. Możemy mieć osoby, z których zdaniem w jakiejś dziedzinie się liczymy, ale nie możemy tego, co boskie przypisywać ludziom. W roku śmierci Jana Pawła II był on Autorytetem 101% Polaków. Kilkanaście procent z nich nie zna w ogóle definicji słowa "autorytet". Kolejne kilkanaście procent nie potrafiłoby powiedzieć, czy Papież był za antykoncepcją i seksem przedmałżeńskim, czy nie był. Był przeciwny, więc każdy uprawiający seks przedmałżeński, a co gorsza - każdy używający przy tym środków antykoncepcyjnych nie ma prawa twierdzić, że Papież był jego autorytetem. Koniec i kropka. Nie można być trochę w ciąży. Trochę dziewicą. Trochę chorym na HIV. I mieć Autorytet z trochę racjami, a trochę z "nieracjami". Bo skoro ktoś nie ma racji, to się myli - a autorytet powinien być nieomylny i obdarzony bezgranicznym zaufaniem. Podobnie Rodzice. Jeśli chociaż raz się Im sprzeciwiliśmy, życzyliśmy im źle, kłócili się z nimi (czasem nie przebierając w słowach) czy patrząc im głęboko w oczy oszukaliśmy ich (np. wychodząc z domu "uczyć do kolegi / koleżanki", a tak naprawdę poszliśmy na imprezę lub w jeszcze gorsze miejsce) to "zdeAutorytetowaliśmy" ich w tamtej właśnie chwili. Pozostają kochani, mądrzy, dający nam wszystko co nam niezbędne do ukształtowania nas na dobrych ludzi, ale przestają być autorytetem, skoro patrząc im w oczy okłamujemy, że byliśmy tu i z tym, a naprawdę byliśmy tam i z tamtym. Tak więc zostawmy mylne pojęcie o Autorytetach wszystkim babciom w beretach, które jako jedyne mają swój "autorytet" z radyjka... I mają prawo tak myśleć, że go mają... Mój głos w debacie Blog.pl - Generacja ignorancji Tak, jesteśmy ignorantami - najbardziej ignorujemy... myślenie. W Polsce jeszcze tego tak nie widać, ale w USA,gdzie jestem od niedawna widzę,że największy jest deficyt... myślenia. Ludzie tu są jak maszyny, robią to, czego zostali nauczeni, a jak cokolwiek jest dla nich "skomplikowane",to jest NIE DO RUSZENIA. Od czasu, gdy każdy w PL woli TV od książki, internet od prasy naukowej, fotka.pl od portali z wiedzą, od wtedy... zaczyna się ignorancja wobec rozumu i myślenia... Mój głos w debacie Blog.pl - Czy jesteś niewolnikiem Świąt? Święta są obecnie niewolnikami Marketów. Gdy widzi się w marketach ozdoby choinkowe już pod koniec października,to gdzie tu magia świąt? Do 24grudnia już wszyscy mają dość tych wszystkich choinek, mikołajów, bombek, ozdóbek, milionów reklam w TV i innych mediach tego, bez czego te święta po prostu nie mogą się obejść. Coraz więcej ludzi wyjeżdża w te dni gdzieś daleko, gdzie nie ma tego całego cyrku i.. mają rację! I na pewno nie przybywa im po świętach kilka kg!;) Mój głos w debacie Blog.pl - Czy in vitro to aborcja? Chore opcje wyboru... To zakazana aborcja, albo finansować z budżetu. KTO WYMYŚLA TE PYTANIA!? O wiele ważniejsze jest to, by antykoncepcja była dostępna i darmowa. Jak we Francji. Idziesz do higienistki w szkole i dostajesz pigułki za darmo. To dziesiątki razy tańsze, niż utrzymywanie domów dziecka, gdzie oddaje się wszystkie niechciane dzieci. Niż więzienia, gdy matka woli zabić dziecko niż wychować... A u nas- In Vitro. To jakby pytać- chorych na AIDS zabijać na krześle elektrycznym czy zrzucać z samolotów?! Mój głos w debacie Blog.pl - Czy PiS wróci do władzy? Władza to pieniądze... W Każdym kraju to oczywista prawda. Ale w Polsce to oczywistość nad OCZYWISTOŚCIAMI. Nie wiem, kto musiałby zostać politykiem, by być całkowicie odpornym na zakusy korupcji... A PiS? To marionetki w rękach Ojca Dyrektora. Można pluć i rzygać na Pierwszą Damę, a dzień później jej szwagier pójdzie do Radyjka wygłaszać swoje dyrdymały, więc co to za osobnik? Człowiek z mandatem do objęcia władzy, czy naprawdę Kaczka po której wszystko wpływa - od słów krytyki, po wymiociny Rydzyka... Mój głos w debacie Blog.pl - Stan wojenny. A może wreszcie nauczmy się żyć przyszłością? A nie tylko cofanie się w tył pamięcią. Świat idzie do przodu. Gdyby Indianie w USA mieli naszą mentalność to ciągle by blokowali Kongres,że ich 200lat temu zabijano jak zwierzęta. Świat idzie do przodu, a my? My tylko patrzeć w tył potrafimy, marnować miliony roboczogodzin na jałowe dysputy i dlatego zawsze będziemy opóźnieni! Mój głos w debacie Blog.pl - Wielka debata polskich blogerow. Od kiedy wiem,że właścicielem blog.pl jest Onet.pl nie wiem, czy cieszyć się, czy smucić? Niby robi się konkurencja na rynku, ale tak naprawdę lwią część rynku trzyma jedna firma - ONET. Tak więc, czy jest to prawdziwe pojednanie blogerów, czy jedynie.. konsolidacja rynku blogowego - to pytanie niech lepiej zostanie bez odpowiedzi... stany 2008-07-15 05:25:30 skomentuj (24) Detroit, Michigan. Może teraz coś o miejscu, w którym się znalazłem po przybyciu do Stanów Zjednoczonych. To dość ważne, bo wszystkie moje spostrzeżenia odnośnie USA są i będą nacechowane tym, że przyszło mi żyć, mieszkać, uczyć się i pracować w jednym z najgorszych obecnie stanów USA. OK, powiedzmy prawdę - NAJGORSZYM! Dawniej Detroit i wszystkie przyległe do niego miasta były kolebką światowej motoryzacji, a Michigan był stanem, który dzięki kwitnącemu przemysłowi samochodowemu napędzał amerykańską gospodarkę i ciągnął USA w górę na drabinie dobrobytu światowego. Obecnie Michigan jest kulą u nogi tychże Stanów, czarną stroną Ameryki (czarną dosłownie i w przenośni...). Kto tylko może, przenosi się w miejsca, gdzie jest jeszcze praca (do stanów bliższych zachodniemu wybrzeżu USA), gdzie jest jeszcze dawna normalność Ameryki. A co jest nienormalnego w Michigan? Masowe zwolnienia z fabryk samochodowych. Zamykanie ich wręcz z dnia na dzień! Idziesz rano do pracy, a fabryki nie ma! A wieczorem dowiesz się co najwyżej z telewizyjnych wiadomości, że jesteś tylko jednym z kilku tysięcy zwolnionych tego dnia z fabryki Chryslera, Chevroleta czy Forda. Kolejną straszną dla Michigan rzeczą było odebranie w ciągu ostatnich 2lat ponad miliona praw do ubezpieczenia zdrowotnego (w stanie, w którym jest tylko 10milionów mieszkańców!). Każdy pracownik zwolniony z dobrej firmy lub fabryki (z firmy fundującej ubezpieczenie całej rodzinie swojego pracownika) pozbawiał tym samym ubezpieczenia członków swojej rodziny. Co jeszcze jest nienormalnego? WIELKI exodus mieszkańców do innych stanów lub przynajmniej w głąb stanu, jak najdalej od Detroit. Rządy Czarnych (Afroamerykanów) w całym mieście Detroit, od Burmistrza począwszy, który, jak się z czasem okaże sprzeniewierzył miliony dolarów, a zamiast rządzić - wysyłał porno SMSy do swojej kochanki i który robił jeszcze kilkadziesiąt innych, sprzecznych z prawem rzeczy, a którego żona, jak wkrótce to udowodni prokuratura - zabiła striptizerkę wynajętą przez męża. Czarna jest prawie całą Rada Miasta, czarny jest szef policji, czarny (no to akurat nie dziwne...) jest najpotężniejszy klecha w mieście oraz wszyscy dyrektorzy niższych i najniższych szczebli mianowani przez "miasto". Nawet kierownik wychodka musi być czarny! Jak wyglądają ich rządy, wkrótce opiszę. Ważne, że gdy już odwołano oskarżanego o kilkanaście przestępstw Kwame Kilpatricka, to dwaj kandydaci, którzy wystartowali w bój o jego fotel też mieli konflikt z prawem - jakieś tam sprawy skarbowe. Ale przez to, że zapewniają sobie nawzajem bezkarność - Biali są tu dyskryminowani w większości urzędów, zarówno jako pracownicy, jak i jako petenci. Czarny z władzą zawsze będzie robił kłopoty Białemu, bo jest to ich cicha zemsta za lata niewolnictwa. Chociaż w Detroit nie musi być ona nawet cicha. Murzyn z elektrowni czy wodociągów nie odetnie prądu ani wody Murzynowi z Detroit za to, że nie płaci on rachunków, więc ceny wszystkich mediów są w Michigan jedne z wyższych w USA, bo uczciwie płacący utrzymują całe "czarne" Detroit i "czarne" przedmieścia tego miasta. Dlatego właśnie moje pierwsze wrażenie odnośnie USA było... negatywne. Moje drugie wrażenie było... negatywne. Trzecie, czwarte i piąte także było negatywne, póki nie pojechałem do Nowego Yorku. Ale o NY będzie zupełnie inna notka. Będzie cały rozdział. Wiele rozdziałów. Może cała reszta tego bloga...? Chciałbym... Powracając do Michigan - Każdy stan w USA ma swoją bardzo dużą autonomię. Może wprowadzać odrębne prawo (kodeks karny, drogowy, itd.), przepisy, podatki (np. żywność w stanie Michigan jest zwolniona z opodatkowania, ale już gorąca pizza czy hamburger objęty jest 6% TAX-em). W innych stanach zapłacimy podatek za całą żywność. Podobnie różnie jest z wysokością tego podatku Sales TAX (różne stawki w różnych stanach, od 0% np. na Alasce, przez 4,3% w stanie NY (z wyjątkiem miasta Nowy York, gdzie stawka ta wynosi ponad 8%), po ponad 10% w np. Cook County, IL). W Michigan Sales TAX wynosi 6%. Jest nakładany na wszystko z wyjątkiem jedzenia, alkoholu, paliwa (i pewnie jeszcze kilku rzeczy, których jeszcze nie kupowałem). Amerykanie wiedzą, co dobre i na co nigdy nie powinno im zabraknąć pieniędzy przez jakieś tam głupie podatki - na benzynę i jedzenie i wódkę!:) W Polsce podobny podatek (VAT) wynosi 22%, więc wysokość podatków może się w USA podobać. Michigan to także stan wielu jezior. Jak wielu? 11tysięcy jezior! Wody zajmują ponad 40% stanu, który w sumie ma 250tys. km2 powierzchni. Dla przypomnienia, Polska ma 312tys. km2, więc same Michigan jest prawie tak samo duże, jak cała nasza Rzeczpospolita. A całe USA są ponad 30x większe od Polski - to taka krótka dygresja dla tych, którzy na lekcjach geografii spali lub grali w karty;) Ludności jest tu niespełna 10milionów, i... ciągle ubywa. Przez te wszystkie jeziora, lata są tu nieznośne, bo wilgotność panuje tak wielka, jak w lasach tropikalnych. 90% wilgotności i więcej. W lecie nie da się tutaj wysuszyć ubrań po praniu poprzez rozwieszenie ich na świeżym powietrzu. Po prawej stronie bloga znajdziecie aktualną sytuację pogodową w miejscu w którym mieszkam. Upały także subtropikalne. W końcu wszystko w USA musi być duże, większe, NAJWIĘKSZE, więc jeśli są upały, to także takie wręcz roztapiające człowieka. Większość głównych dróg w Michigan i w samym mieście Detroit jest dziurawa jak ser szwajcarski - nie obrażając oczywiście sera. Już pierwszego dnia w USA, jadąc przez ponad 40mil z międzynarodowego lotniska w Detroit do domu w Sterling Heights prysnął w mojej świadomości mit o amerykańskich drogach i autostradach. Co prawda są długie, szerokie i jest ich setki tysięcy kilometrów, ale są tak słabej jakości, że... są po prostu darmowe. W innych stanach za przejazd prostymi i pozbawionymi dziur autostradami trzeba płacić, w Michigan podróżuje się po nich za darmo, ale za to na własne ryzyko!;) Chociaż jak się dowiedziałem od znajomych z Chicago, w stanie Illinois drogi są płatne, a jakośc ich jest jeszcze gorsza niż w Michigan! Gdy pewnego deszczowego dnia zobaczyłem, że naprawa dróg polega tutaj na wlaniu szuflą gorącego asfaltu w dziurę pełną wody deszczowej, a w sklepach ogrodniczych zobaczyłem taki asfalt "instant", którym każda gospodyni domowa może załatać dziury na podjeździe swojego domu łopatką służącą jej zazwyczaj do sadzenia kwiatów wiedziałem, że będzie śmiesznie i strasznie. Na jednej z głównych ulic Detroit (Van Dyke), która w sumie ma kilkadziesiąt kilometrów długości, w strefie miejskiej Detroit nie można znaleźć żadnego fragmentu drogi, który byłby płaski. Jest dziura obok dziury, i łata na łacie. Łata z asfaltu, betonu, kamieni, czy gumy do żucia. Dlatego ok. 20% aut jeżdżących po Detroit ma popękane przednie szyby. W Polsce szklarze samochodowi nie nadążyliby z ich wymianą, ale w USA auto póki jedzie, hamuje, ma sprawne światła oraz aktualne tablice rejestracyjne, to spełnia wszystkie niezbędne warunki dopuszczenia do ruchu na drodze. Minął rok od napisania tej notki i... pewnie po przeczytaniu mojego bloga zabrali się za remont Van Dyke! Co lepsze, spadły ceny ropy z której wytwarza się asfalt, więc nawet położyli na Van Dyke śliczny asfaltowy "dywanik" (bo dawniej była na tej ulicy nawierzchnia betonowa, jak na większości amerykańskich ulic, dróg, autostrad i chodników). Zimą, by amerykańscy kierowcy w ogóle ruszyli spod domów (mało kto tu zmienia opony na zimowe), na drogach sypie się tyle soli, że wkrótce cała ta spływająca z wiosennymi roztopami do wielkich michigańskich jezior sól spowoduje, że jeziora słodkowodne staną się słone i będą mogły zostać uznane za morza. W końcu i jeziora są tu tak wielkie, jak morza w niektórych rejonach świata. Jezioro Górne jest ponad 700 razy większe od naszego, polskiego, największego Śniardwy. Oczywiście w każdym stanie USA można odnaleźć coś ładnego, pięknego, niepowtarzalnego, godnego poznania, pokazania innym, pochwalenia się tym przed światem. Gdzieś tam daleko na północy Michigan można napotkać nieskalane ludzką ręką dobra naturalne. Daleko od wszelkiego przemysłu, daleko od miejskiego pędu do przodu. Można tam podróżować po prostych drogach, po których nie prowadzi ciężarowy ruch tranzytowy ze wschodu Stanów na zachód, z jednego wybrzeża na drugie. Można pojechać na wyspę, na której nie ma ani jednego samochodu, a cały ruch odbywa się na rowerach. Można napotkać miejsca, w których przelicznik Czarnego/km2 jest wielokrotnie mniejszy niż średnia stanowa. Można doszukać się wielu dobrych rzeczy w samym mieście Detroit, w stanie Michigan oraz w całych USA, ale ja nie chcę się na siłę czegokolwiek doszukiwać! Chcę opisywać to, co jest codziennością miejsca w którym jestem. Piszę na bieżąco, świeże odczucia. Za jakiś czas do tego wszystkiego się przyzwyczaję, dziury w drogach nauczę się omijać, bezrobociem nie przejmować, do Czarnych mówić z odpowiednim akcentem "Yoo, Man!" krzyżując przy tym odpowiednio palce dłoni. Nauczę się do wszystkiego mieć dystans. Wtedy wszystko będzie wg. mnie OK, normalne. Zbieram "baty" od znajomych (głównie od jednej znajomej...), którzy są tutaj od lat i mówią mi, że piszę o USA zbyt źle, zbyt stronniczo, zbyt subiektywnie, zbyt ogólnie, że przejaskrawiam. Że uogólniam, że nie widzę dobrych stron życia tutaj, że nie doceniam tego, co Ameryka może mi dać, co mogę w niej osiągnąć. Że często mijam się z rzeczywistością. Ale to jest moja rzeczywistość! To ja zauważam rzeczy, które Wy przegapiacie z racji tego, że od lat jest to Wasza codzienność, Wasza normalność, Wasz "porządek dzienny". A ja nie uciekłem do USA z kraju "trzeciego świata" w którym byłem szykanowany za moje poglądy politycznie lub religijne, by zachwycać się tym, że w USA mogę głosić moje myśli nie bojąc się więzienia lub śmierci. Nie uciekłem z kraju, w którym w sklepie na półkach był tylko chleb i ocet, by zachwycić się tym, że w Ameryce półki się od wszystkiego uginają. Nie jestem Chińczykiem, który uciekł do USA "za chlebem", bo w mojej ojczyźnie szef wykorzystywał moją ciężką, 16godzinną pracę i płacił mi za nią 1dolara dziennie. Ja nie uciekłem ze wsi, w której jedyne co przez 30lat mojego życia widziałem, to była ubita polna droga i dwa razy dziennie przejeżdżający nią PKS. Ktokolwiek był w Europie Zachodniej, widział Amsterdam, Ateny, Barcelonę, Berlin, Kolonię, Lion, Londyn, Paryż, Pragę, Saloniki, itd. czy nawet w Europie Wschodniej - Lwów, Wilno, Ryga, Tallin, etc. ten się w USA nie zachłyśnie tym tutejszym "wielkim światem". No, może... póki nie pojedzie do N.Y. Cierpliwości! Wkrótce odsłonię dobre strony USA. Przecież nie mogę pisać, że jest pięknie, zapraszać tutaj znajomych, a później "świecić oczami" przed nimi, że wpakowali się w takie miejsce. Detroit 50lat temu miało prawie dwa miliony mieszkańców, było piątym pod względem wielkości miastem USA, przyjmowało wszystkie chętne do pracy ręce. 20lat temu miszkańcow Motor Town było jeszcze ponad 1milion, 8lat temu już tylko 951tys., obecnie mniej niż 870tys. Podobnie topnieje ludność stanu. Przecież w takim tempie nie ucieka się z miejsca, gdzie wszystko jest OK. www.census.gov - tu sprawdzicie aktualną populację USA i Świata (dnia 8.10.2009 w USA jest 307,652,510 ludzi, a na świecie 6,789,292,750 człowieków), a tutaj Ghost Cities of 2100 dowiecie się, że Detroit jest na liście miast, które, jeśli dalej tak będzie postępował ich rozpad i exodus ludności to do 2100 roku znikną z mapy. Artykuł jest z 6 listopada 2007, ale kolejny, z 5sierpnia nie brzmi lepiej... Forbes - umierające miasta USA. Co się zatem w USA jakie do tej pory poznałem może podobać? Ceny! O nich będzie dużo na moim blogu. W niektóre może nawet trudno będzie Wam uwierzyć. Bo Polacy zarabiający ok. 2-3x mniej od Amerykanów muszą płacić 2x drożej za paliwo, 2x więcej za samochody, 2-3x więcej za domy, 2x więcej za prąd, 2x więcej za gaz, 2x więcej za puszkę Coli lub 2litrową butelkę tejże Coli! Godzinę pracy za durnowatą 2litrową butelkę Coli?! Tu na taką butelkę pracuję 4minuty. A na puszkę 54 sekundy... A może komentatorzy niech pytają o interesujące ich sprawy i tematy, a ja postaram się na bieżąco odpowiadać? ![]() 1. Detroit (widok z Kanady - Detroit graniczy, przez rzekę z kanadyjskim miastem Windsor). 2. Detroit (siedziba koncernu samochodowego General Motors). 3. Detroit (skład rady miasta w 8/9 składającej się z Afroamerykanów...). 4. Populacja Detroit - w 50lat ubyła połowa mieszkańców tego miasta. 5. Logo uniwersytetu w Michigan - jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Michigan. 6. Auto w takim stanie, w jakim znajduje się większość dróg w okolicach Detroit. stany 2008-07-14 02:34:29 skomentuj (7) Carpety... W większości miejsc, w których w Polsce i w cywilizowanym świecie są posadzki (sklepy, dworce, lotniska), gdzie pod naszymi nogami znajdują się marmury, gresy, terakota lub przynajmniej lastriko lub panele podłogowe, w USA leżą carpety (czyli dywany, a dokładniej wykładziny podłogowe). Tak więc, gdy tylko wyjdzie się z samolotu, to przez wszystkie korytarze lotniska, bramki, poczekalnie, hale przylotu, aż po parking przechodzi się dywanami! Nic zatem dziwnego, że połowa Amerykanów podróżuje w ni to dresach ni piżamach. Oni po prostu rozkładają się na pierwszej wolnej przestrzeni poziomej i biwakują lub śpią na dywanowej podłodze. Naprawdę! Kto te wszystkie dywany im czyści - tego nie wiem, ale zapach stęchlizny panuje na całym lotnisku. Podobnie w wielu sklepach leżą takie same carpety. Pewnie chodzi o to, że na dywanie trudniej się przewrócić niż na śliskiej marmurowej podłodze. A jak wiadomo - za przewrócenie się z winy sklepu odpowiedzialność ponosi nie łamaga, a właściciel sklepu i musi zapłacić łamadze odszkodowanie. Sam miałem kilka okazji do efektownej przewrotki (np. w Burger Kingu, gdzie carpetów nie ma, a sprzątająca była na tyle nierozważna, że na mokrej podłodze nie rozstawiła ostrzeżenia - WET FLOOR). Ale nie po to przyjechałem do USA, by przewracać się na podłodze, jak jakaś melepeta;) Wracając do dywanów... Takimi samymi carpetami obita jest większość domów w USA. Wszystkie posadzki i schody. Od piwnicy począwszy, przez living room, po sypialnie na piętrze. Raj dla roztoczy i pluskiew. Jedynie w kuchniach można napotkać kilka metrów wykładziny PCV lub paneli podłogowych, no i w łazience kilka płytek glazury lub terakoty. Na początku dziwnie się człowiek na tym czuje, szczególnie, gdy wchodzi lub schodzi po carpetowych schodach - tak miękko i niestabilnie. Ale z czasem człowiek się przyzwyczaja. Jak taki domowy carpet jest zbudowany? Dowiedziałem się tego, gdy po wiosennych roztopach zalało nam piwnicę i musiałem wyciąć i wyrzucić ok. 10 metrów kwadratowych (czy po amerykańsku - 107 stóp kwadratowych) dywanu, gdyż inaczej nie da się go osuszyć. W piwnicy do betonowej posadzki przyklejone są płytki PCV. Do płytek podłogowych przyklejona jest dwustronnie klejącymi taśmami samoprzylepnymi około 2centymetrowa gąbka. Do posadzki pokrytej już gąbką tuż przy ścianach przybija się drewniane listwy z tysiącami małych gwoździków, które przytrzymują dywan nie pozwalając mu się poruszyć nawet jak po dywanie ciągamy ciężkie meble. Wszystko ma zatem około 3-4cm grubości i jest naprawdę mięciutkie. Tak miękkie, że spokojnie można spać na podłodze. Ale za to, gdy dostanie się pod taki dywan woda, to... ani administrator osiedla ani ubezpieczyciel nie chcą odpowiadać za straty. Jedyne, co potrafią zrobić, to oglądać zalanie, robić zdjęcia, udawać zrozumienie i współczucie dla zalanego, i... włączyć dmuchawę w celu osuszenia dywanu z wierzchu, podczas gdy prawdziwe zalanie jest głęboko pod dywanem i suszyłoby się ową dmuchawą przez kilkadziesiąt lat. Kolejna wizyta kogoś z zarządu kondonimium (osiedla) znów wyglądała kuriozalnie. Jako, że ściany piwnicy (jak i cały statystyczny dom w USA) obite są płytami gipsowymi czy sklejką, kazali zburzyć tę ściankę (lub ścianki), by sprawdzić w której ścianie nośnej może być pęknięcie, przez które mogłaby się dostawać woda. Oczywiście wszystko na nasz koszt. Po 3miesiącach poznawania Ameryki już wiem, co przecieka. Ale o tym będzie przy wątku - jak budowana jest Ameryka... W TV codziennie leci reklama, że jak pęknie nam murowana ściana w piwnicy i mamy przecieki wody gruntowej lub deszczowej, to panowie przyjadą, wykopią metr od domu dziurę w ziemi, z niej przewiercą się do domu i zepną rozpadającą się ścianę i dziurę w ziemi stalowymi długimi na metr śrubami - przez co ściana się wyprostuje (zapewne do pierwszego deszczu.) Tak w USA wyglądają domy, fundamenty, i cała ich stabilność. Ziemia w Michigan jest polodowcowa. Oznacza to, że jest twarda i długo trzyma wodę. Dodatkowo, trawy w USA się nie sieje, a rozwija się ją z bębna. Jest sadzona na takiej specjalnej foliowej membranie, która dodatkowo utrzymuje wilgoć (w lecie potrafi tu być prawie 40stC). Dlatego na wiosnę całe trawniki są mokre i grząskie, więc skrócenie sobie nimi drogi kończy się totalnym upapraniem obuwia. Albo "wywinięciem orła" - tego ich Orła Bielika z 25centówki;) ![]() 1. W USA z dywanów potrafią zrobić prawie wszystko. Tu ktoś zrobił sobie... samochód;) 2. A tutaj ktoś sprofanował Porsche, carpetując je od środka. 3. To chyba powód tego całego carpetowania - na dywanie trudniej się przewrócić i jeszcze trudniej nabić sobie guza, niż na śliskiej podłodze. Gdy z winy sklepu wywiniecie orła lub sokoła, to zapewne zanim jeszcze Wasze ciało opadnie na posadzkę, a Wy wydacie z siebie pierwszy wulgaryzm, już jakiś prawnik zdąży wciśnąć Wam w dłoń swoją wizytówkę. Ewentualnie pozostanie Wam zadzwonić pod bezpłatne numery 1-800 CALL SAM, 1-800 LEE FREE, 1-800 WIN-WIN1, itp. stany 2008-07-11 04:23:28 skomentuj (8) Pierwsze kroki na amerykańskiej ziemi... Gdy ląduje samolot z 200-300 osobami na pokładzie, to kolejka do urzędników granicznych odprawiających podróżnych przy 10-12 stanowiskach robi się dość długa. Gdy samolotów ląduje kilka, to można postać i 30minut, więc radzę wszystkim szybkim krokiem udawać się do okienek odprawy granicznej. Turyści ustawiają się do osobnych okienek niż obywatele i stali rezydenci USA. Już w samych tych budkach granicznych "zaczyna się Ameryka" - co okienko, to inny kolor skóry urzędnika, a przede wszystkim inna jego wielkość - czasami ledwie się mieszczącego w budce - ale dobrobyt w tej Ameryce...;) - Hi - powiedziałem podając swój paszport otwarty na stronie z wizą. - Hi - odpowiedział pan z okienka i kontynuował: "O, wiza imigracyjna. Chodź ze mną do biura w celu finalizacji formalności". Tam podarowałem miłemu i uśmiechniętemu panu ze służby imigracyjnej teczkę, którą zaplombowaną, z zakazem otwierania otrzymałem w Ambasadzie w dniu rozmowy z konsulem. Pan urzędnik był przeszczęśliwy, podśpiewywał do piosenek, które właśnie leciały w radio, przybijał "piątki" z drugim urzędnikiem. Może był tak szczęśliwy bo mnie rozpoznał i wiedział, że zaraz dam mu autograf (a nawet dwa - drugi dla córki;), a może to właśnie ten wszechobecny amerykański brak stresu, ten ich optymizm, ten ich "No problem!", "Take it easy!", "Everything is OK!", "It's all right!", "Keep smiling!", czy też ich ten zdjęciowy "Cheese!". Miałem usiąść i poczekać, aż pan przejrzy moje dokumenty i wszystko wypełni. Obok mnie siedział inny młody człowiek. Z twarzy wyglądał jak... Polak. I Polakiem się w końcu okazał, ale nie imigrantem, a takim, któremu firma zapomniała przed wielu laty przedłużyć wizę pracowniczą i od tej pory zawsze ma problem "na bramce wjazdowej" i musi wyjaśniać, że tym razem nie będzie w USA ani dnia dłużej, niż mu na to pozwala jego wiza. Pracuje w nowoczesnych technologiach, ale żeby na tym "wychodzić" naprawdę lepiej niż zarabiałby w Polsce lub w Europie Zachodniej, musiałby mieć amerykański paszport i obywatelstwo. Bo obcokrajowiec, nawet nie wiadomo jak zdolny, zawsze pozostanie tym wielokrotnie gorzej wynagradzanym od rodowitego Amerykanina (czy chociażby napływowego Amerykanina) Złożyłem dwa podpisy, oddałem odcisk palca wskazującego. Dostałem pieczątkę na mojej wizie z informacją, że jest ona teraz ważna przez kolejny rok. Ale wcześniej, najpóźniej w czasie do dziewięciu miesięcy przyjdzie do mnie na wskazany w formularzu adres moja Green Card. W tym czasie nie mogę opuszczać terenu USA. Czy wszystko zrozumiałeś? - zapytał wesoły amerykański urzędnik. - No! - odpowiedział niewesoły człowieczek z kraju nad Wisłą (to takie angielskie "NO", czyli nie, a nie nasze "NOOO" czyli tak;). Powtórzyłem swoimi słowami wszystko to, co mi powiedział pan immigration (bo po 20godzinach w podróży nawet w języku ojczystym bym wszystkiego nie zrozumiał). - No przecież tak właśnie Ci powiedziałem. Dostałem także pierwszy prezent od Ameryki. Spinacz do papieru, by mi się nie pogubiły te wszystkie moje kartki. No i wesołe i chyba nawet serdeczne "Welcome in America!" Śmieszny epizod. Gdy urzędnik zapytał mnie o numer telefonu pod którym będę rezydował w USA, a ja nie będąc pewnym, że posiadam gdzieś przy sobie ów numer, powiedziałem: "Holy Shit!" (które w Polsce nic nie znaczy, a tu jest wulgaryzmem - "świętym gównem"), zrobiło się zabawnie. Oczywiście w Polsce wszystkie te Shity, Fucki, itp. wchodzą do ust w różnych sytuacjach prawie automatycznie i tak naprawdę nic nie znaczą, prócz "przecinka" w rozmowie. Tu będzie to raczej zakazane. Za to można kurwić, a wszyscy pomyślą, że to Włoch opowiada coś o górskiej drodze w Alpach, gdzie pełno "curv" (zakrętów;) Oczywiście mój instynkt fotografa nie pozwolił mi pasywnie się wszystkiemu przyglądać. "Nieświadomy" zakazów robiłem zdjęcia i okienek urzędników, i wszystkiego co mnie interesowało. A gdy uzbrojona ochrona lotniska zwróciła mi uwagę- "Please don't make photos on this area" byłem zdziwiony, że nie zostałem rzucony na glebę, porażony paralizatorem, skuty, nie został mi zabrany aparat, itd. No, ale o zakazie fotografowania informował mnie Security Man Mr. Radecky, więc od razu użyłem fortelu, że ma polskie nazwisko, a ja też jestem z Polski, więc... i już mnie nie było. Rozpoznawanie narodowości (głównie słowiańskich) po akcencie będzie moją ulubioną zabawą w USA. Jako, że we wniosku otrzymanym w samolocie wpisałem, że przewożę żywność, musiałem pójść na powtórną kontrolę bagażu oraz tłumaczenie, co przewożę. - Pierogi! - Ooo... pierogi! To chyba jedno z tych słów, które prócz "kiełbasy" i "wódki" rozumie każdy Amerykanin. Najbardziej zakazany jest przywóz owoców i mięsa, więc że tych nie przewoziłem, już po chwili rozwarły się przede mną szeroko... drzwi za którymi zaczynała się prawdziwa Ameryka. I na koniec małe podsumowanie: Z home'u w Stanach do domu w Polsce dzielą mnie: 44mile/70km (z Home na lotnisko w Detroit), później 4140mil/6662km (z Detroit do Frankfurtu), następnie 557mil/900km (z Frankfurtu do Warszawy), i 300km z Okęcia do DOMU. W sumie prawie 8tys.km. Kiedy pokonam tę trasę? Bilet powrotny już posiadam, data na nim widnieje... Tutaj możecie sprawdzić, ile kilometrów i mil dzieli Wasze miasto od dowolnego zakątku świata. ![]() ![]() 1. Każdy obcokrajowiec lądujący na terytorium USA musi się poddać skanowaniu odcisków palców oraz dać sfotografować. 2. Kolejne odciski palców trafiają do Department of Homeland Security (DHS). 3. Kolejna podobizna domniemanego terrorysty... 4. A gdy ktoś wyda się podejrzany, to ci panowie i panie z jednego z "Centrów Obsługi Klienta" nie spuszczą z nas oka nawet na chwilę. stany 2008-07-10 04:49:35 skomentuj (2) USA pierwsze wnioski... Już na pokładzie samolotu otrzymuje się od samego Kapitana albo od stewardes amerykańskie formularze imigracyjne I-94 (Polacy muszą wybrać egzemplarz w kolorze białym, bo zielony I-94W jest dla pasażerów z państw objętych ruchem bezwizowym). Drugim otrzymanym kwestionariuszem będzie deklaracja celna (OMB NO. 1651-0009 lub 1515-0041) w której przyznajemy się bez bicia i tortur do tego, co wwozimy na teren USA. Czy przywozimy do Stanów owoce, warzywa, rośliny, nasiona, żywność, owady, mięso, zwierzęta, kultury bakterii (tak, ja trochę w brzuchu z porannej porcji Actimela), ślimaki, zarazki chorobotwórcze, glebę, przyznajemy się do tego, czy byliśmy w pobliżu farm dziwnie zachowujących się krów czy kichających świń z czerwonymi od smarkania ryjkami? Czy przywozi się do USA wartości pieniężne w wysokości wyższej niż 10tys. dolarów, itp. Dziwią Was takie pytania i nadzieja urzędników, że ktoś odpowie na któreś z nich - TAK? Mnie bardziej dziwiły pytania które można znaleźć we wniosku o wizę turystyczną: - Czy kiedykolwiek rozprowadzał lub sprzedawał Pan nielegalnie substancje objęte kontrolą (narkotyki), albo trudnił się Pan prostytucją bądź stręczycielstwem? - Czy kiedykolwiek ubiegał się Pan o wizę albo wjazd do Stanów Zjednoczonych lub o inne korzyści związane z imigracją do USA posługując się fałszywymi dokumentami, świadomie przedstawiając nieprawdziwe informacje lub w inny nielegalny sposób, bądź pomagał Pan w tym innym osobom? - Czy ubiega się Pan o wjazd do Stanów Zjednoczonych, aby zajmować się działalnością wywrotową, terrorystyczną lub naruszającą przepisy kontroli eksportu, bądź jakąkolwiek inną działalnością sprzeczną z prawem? - Czy jest Pan członkiem lub przedstawicielem organizacji uznawanej obecnie przez Sekretarza Stanu USA za terrorystyczną? - Czy kiedykolwiek uczestniczył Pan w prześladowaniach prowadzonych przez nazistowski rząd Niemiec; lub czy kiedykolwiek uczestniczył Pan w ludobójstwie? - Czy cierpi lub cierpiał Pan na chorobę zakaźną stanowiącą zagrożenie dla zdrowia publicznego lub na niebezpieczne zaburzenia fizyczne lub umysłowe; czy kiedykolwiek był Pan uzależniony od narkotyków i/lub nadużywał Pan jakichkolwiek środków uzależniających? Powracając do formularzy otrzymanych w samolocie... Należy je wypełnić najlepiej jeszcze podczas lotu. Polecam zapoznać się z tymi papierkami jeszcze tu w Polsce, na moim blogu, gdzie deklarację celną macie przetłumaczoną na język polski tutaj, by w samolocie, wśród międzynarodowego tłumu lecącego do USA nie wychodzić na głupków i w miarę rozumieć, o co w tych wnioskach nas pytają i co należy wpisać lub zaznaczyć. I przede wszystkim, by w rubryce "sex" nie wpisać: "SEX - dwa razy w tygodniu". Dla takich przybyszów jak ja (posiadacze wiz imigracyjnych) formularz I94 nie jest tak ważnym dokumentem, jak dla przybyszów turystycznych. To właśnie na drugiej części formularza I-94 urzędnik graniczny przybija wizę przyjazdową określając w niej czas na który nas wpuszcza na teren Stanów Zjednoczonych (zazwyczaj jest to okres od 3 do 6 miesięcy). Ta część formularza jest przypinana turystom do paszportu i należy ją zwrócić kolejnemu urzędnikowi w dniu wylotu, gdyż jest to jedyny dowód na to, że turysta opuścił Amerykę. Co należy zrobić, gdy zgubicie swój odcinek I-94 ostęplowany wizą wjazdową możecie dowiedzieć się tutaj. To, że wypełniam takiego typu formularze ja - rozumiem. Po raz pierwszy przylatuję na teren Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, więc wpisuję moje dane osobowe, nr paszportu, nr lotu, miejsce gdzie dostałem wizę i do kiedy jest ona ważna, itd. To, że wpisuję, czy przywożę jedzenie, itp. rzeczy też można zrozumieć w czasach epidemii prionów, pryszczycy, wściekłych krów, jurnych byków, zagrypionych świń i ptaków, itd. Ale tego, że takie same formularze wypełniają rodowici Amerykanie pojąć nie mogłem. Siedzący obok mnie Amisz, z jak na Amisza przystało liczną rodziną przez ponad godzinę kaligrafował dane swoje, swojej żony i gromadki dzieci. A przecież mamy XXI wiek - jedno skanowanie paszportu i wszystkie dane same wskakują do komputera. Miesiąc wcześniej byłem na wycieczce we Lwowie pokonując lądową granicę z Ukrainą. Każdego irytowały te "karteczki", które musieliśmy wypełnić na granicy, a których i tak nikt później ani nie zbiera, ani nie czyta, bo ważniejsze od tego, co jest wpisane na tych karteczkach jest łapówka, którą należy między te karteczki włożyć, by szybciej pokonać przejście graniczne. A tutaj, w USA dokładnie taka sama "karteczka". A nawet jeszcze bardziej rozbudowana. To nie jest kraj "wuja Sama", to jednak naprawdę kraj "Wielkiego Brata"... Największy nacisk w filmowej instrukcji wypełniania tych papierów kładziono na... cyfrę jeden. W USA nie ma jedynki w naszym, ogólnoludzkim, ogólnoświatowym, komputerowym wyglądzie "1" (czyli pionowa długa kreska i krótka kreseczka dostawiona do szczytu tej pierwszej, pionowej kreski pod kątem 45stopni). U nich jeden to tylko i wyłącznie "I" - pionowa kreska. Jeśli napiszemy cyfrę jeden inaczej niż robią to Amerykanie, to najprawdopodobniej nasza jedynka będzie brana za siódemkę. Podobnie rzecz się ma z cyfrą siedem. Ma mieć poziomy daszek i najlepiej pionową podpórkę (jak na wyświetlaczu zegara elektronicznego). Nie dopuszczalne są żadne inne ozdobniki cyfry 7, bo wtedy pewnie będzie ona brana np. za krzyż prawosławny... Detroit przywitało nas taką ulewą, że samolot kilka razy okrążał lotnisko, by znaleźć jakąś bezdeszczową lukę w której mógłby wylądować. Pogoda odzwierciedlała nastrój, w którym byłem. W Polsce zostawiłem więcej, niż spodziewam się zastać Tutaj. Pilot samolotu wylądował, zaparkował i "zaciągnął ręczny" tuż przy kołnierzu łączącym samolot z terminalem i... I nastała Ameryka! I tu pierwsza niespodzianka i pierwsze wnioski: Dobrze, że Polska jest na tyle zapóźnionym cywilizacyjnie krajem, że wszystko musimy budować od nowa. Nowe porty lotnicze, nowe korytarze, nowe schody, nowe automatyczne szklane drzwi, nowe windy, nowe drogi, nowe autostrady... W USA wszystko to jest już od dziesiątek lat i... pozostaje niezmieniane i nienaprawiane w takim stanie, jak zostało przed latami zbudowane. Wiedziałem, że Amerykanie szanują każdego dolara (w czasach obecnej recesji szczególnie!), ale żeby ich okno na świat, czyli pierwsze, co widzi turysta było tak nieefektowne? A może mają rację, że jak coś działa, to nawet, jak jest stare, zniszczone, na lotnisku szyby są porysowane, potłuczone, listwy zabezpieczające przed uderzaniem wózkami powyrywane lub zmiażdżone, to niech tak będzie? Bo jak zacznie się wymiana tego wszystkiego, ulepszanie, poprawianie, to skończy się tak, jak... w Polsce na Terminalu 2, który do dziś dnia (pisałem to na początku kwietnia 2008), mimo swojej wielkości, nowoczesności, przestronności, itd. nie odprawił żadnego pasażera. A tu wszystko stare, ale jare:) Prawdopodobnie lądowałem na starym terminalu, bo nowy jest kilkuletni, ale pewnie oszczędzają go na gości z "lepszych" stron świata;) Tak jest z wieloma rzeczami w USA. Jak coś działa, to się tego nie poprawia, nie ulepsza. Tu żaden producent np. gazomierzy czy skrzynek na listy nie da łapówki komuś w spółdzielni mieszkaniowej czy w rządzie, by co kilka lat wprowadzać jakieś nowe kretyńskie przepisy - a to, żeby 20 milionów skrzynek na listy miało format A4, a to, żeby liczniki zużytej wody były co kilka lat nowe, albo tablice rejestracyjne miały raz unijne gwiazdki, a innym razem polską flagę. Kolejny wniosek o USA: Już na pokładzie samolotu, gdy usiadła obok mnie około 13-14letnia Amerykanka zrozumiałem, że ludzie z USA są jacyś tacy... inni. Polska 13latka w takich okolicznościach (dookoła sami obcy ludzie, różne narodowości, różne kolory skóry, języki) pewnie przestraszonym wzrokiem szukałaby mamy, która siedziała w innym rzędzie. Z nieufnością patrzyłaby na siedzącego obok niej jakiegoś 30letniego faceta (przecież nie jestem jeszcze tak sławny, by i w USA być już znanym...;) A ta, z uśmiechem na ustach zagadała do mnie tym ameRRRykańskim językiem: "Jej, ale jestem podekscytowana! To dopiero mój drugi w życiu lot. A Ty ile razy już latałeś?". Podobnie będzie z większością poznanych w USA ludzi. Otwarci, przyjaźni, a dzieci nawet te z polskich rodzin, śmiałe w stosunku do nowych znajomych. Każdy w Polsce odwiedzał kiedyś dom w którym był jakiś małolatek. Dziecko często przestraszone, chowa się za mamę, jak poda rękę do powitania to już sukces i powód do braw od domowników. A tu, chwila po poznaniu dziecko przynosi album ze szkoły, pokazuje i dumnie prezentuje swoją dziewczynę - a dzieciak ma 5lat. W Polsce zapytany, czy ma w przedszkolu dziewczynę, byłby śmiertelnie zawstydzony i pewnie uciekł z płaczem do swojego pokoju. Wiem, wiem... W USA dziecko jest szczególnie strzeżonym skarbem. Za jakiekolwiek skrzywdzenie dziecka grozi tu większa kara niż w Polsce za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem. Pedofil nie jest osadzany w specjalnej celi, by przypadkiem nie dokuczali mu współwięźniowie, a od razu trafia do WIELKIEGO Murzyna. A gdy tylko uda mu się odsiedzieć wyrok, to o jego wyjściu z więzienia informują lokalne media, a sąsiedzi dostają od policji zdjęcie pana pedofila. Dziecko często jest wychowywane bezstresowo. W kilku stanach za uderzenie dziecka można trafić do więzienia. Nie można mu zrobić krzywdy ani w domu, ani w szkole - nigdzie, nawet jak zasłuży. W wielu stanach "dzieckiem" się jest do 21roku życia. Do tego właśnie wieku "dziecko" nie może legalnie kupić i napić się piwa, wejść do lokalu w którym podawany jest alkohol, uprawiać seksu... TAK, do 21roku życia! Wytrzymalibyście tyle?;) Bez tego alkoholu oczywiście...;) Z tymi zakupami alkoholu przez "nieletnich" opowiem kilka śmiesznych epizodów. W USA najgorszą wymówką przed policjantem, który złapał nas za nadmierną prędkość jest: "Jadę tak szybko, bo dziecko w domu samo zostało." - A ile lat ma dziecko? - zazwyczaj wówczas zapyta policjant... - No, prawie 12lat... - odpowie skruszony rodzic. Można być prawie pewnym, że zanim wrócimy do domu z wielkim mandatem, będzie już tam na nas czekała opiekunka z jakiejś instytucji strzegącej praw dziecka z wnioskiem o zawieszenie nam praw rodzicielskich. A przynajmniej z pierwszym ostrzeżeniem, że tak się dzieci nie zostawia! A jak nie, to listownie dostaniemy jakieś pouczenie. Ale dziecko to także WIELKI powód do dumy. Na wielu samochodach widuję naklejki: "Moja córka służy w Marines". "Mój syn walczy w Iraku". "Jestem dumna z mojego syna i mojego samochodu", itd. ![]() 1. Pierwsze zdjęcia na amerykańskiej ziemi. A pod nogami... hektary carpetów;) 2. Każdy przybywający do USA już na pokładzie samolotu wypełnia takie deklaracje. Najważniejsze w nich jest to, by... jedynka wyglądała tak "I", a nie tak "1", a siódemka miała pionową podpórkę, a nie koślawą jak tu "7". 3. 35letni gazomierz przy domu. Gdy w USA coś działa, to się tego nie zmienia. 4. Taką deklarację celną otrzymuje każdy pasażer samolotu lecącego do USA. 5. A tutaj jest ta sama deklaracja przetłumaczona dla nieanglojęzycznych Polaków. 6. Kolejny formularz wypełniany w samolocie I-94. Polacy i wszyscy inni, którzy by lecieć do USA potrzebują wiz wypełniają białe formularze, pozostali zielone - tak powstaje rasizm wizowy). stany 2008-07-09 12:00:00 skomentuj (5) Ostatni dzień w Polsce Polska pożegnała mnie piękną wiosenną pogodą, a Ameryka... Po krótkiej nieprzespanej nocy (pobudka o 4:30) organizm, ani tym bardziej umysł nie wie, co go czeka w ciągu najbliższych godzin i dni. Śniadanie "nie wchodzi" do żołądka, bo ani na nie pora, ani ochota. Kawa już lepiej, jako codzienna niezbędna dawka kofeiny. Okolice przesuwające się przed oczami przez pierwsze kilometry drogi do Warszawy są tak znajome i tyle razy przemierzane, że w ogóle nie kojarzy się faktu, że te mijane właśnie miejsca, znane jak własna kieszeń będzie się znów oglądać dopiero za kilka miesięcy, lat, lub nawet już nigdy. Dlatego pożegnanie z bliskimi często wygląda mniej okazale, niż to powinno mieć miejsce. Zapewne dla wielu tych, którzy wcale nie chcą wylatywać z coraz piękniejszej Polski (piękniejszej pogodowo (wylatywałem na początku wiosny), ale i piękniejącej społeczno- ekonomicznie) ciągle gdzieś tam świeci nadzieja, że można się jakoś "spóźnić na samolot"? Może na przesiadkę? Może nie spodobamy się Border Gouard'owi i odeśle nas z powrotem pierwszym samolotem? W końcu "Pracownik graniczny to pierwsza linia obrony przed terroryzmem!"- tak głosi wielki plakat przed jego okienkiem. Więc jak mamy za długie jak na mężczyznę włosy (pewnie Mudżahedin?!), wąsy i brodę (pewnie Talib!), dziurawe spodnie lub buty (pewnie konstruował ładunki wybuchowe i mu wypaliło?), itd. to by ustrzec swoją ojczyznę przed zamachem powie nam - won! Włosy miałem krótkie, brodę również, spodnie całe, a w dokumentach wszystko w porządku, więc... Ale zanim znalazłem się na amerykańskiej ziemi, musiałem się najpierw dostać z centrum Warszawy na lotnisko Okęcie. Warszawa przywitała mnie piękną pogodą, a Stadion Tysiąclecia, a dokładniej przystadionowy bazar dał namiastkę tego, co czeka mnie za Oceanem. Dziesiątki narodowości świata w jednym miejscu: Białorusini, Chińczycy, Rosjanie, Wietkongi, Rwanda i Uganda. Azjaci, Murzyni, Arabowie - do wyboru do koloru. Zobaczyłem w jednym miejscu twarze białe, żółte, czarne, czerwone (nie, nie Indianie, a alkoholicy;). Taksówkarz z cudownym praskim akcentem (to ich zabójcze "Paaanie...") za 28,80 dowiózł spod Pałacu Kultury i Nauki na samo lotnisko Okęcie. W międzyczasie wymieniliśmy poglądy o upadającym kursie Dolara USA, o biedniejących Stanach, itd. Port Lotniczy w Warszawie imienia Fryderyka Chopina powitał mnie policyjną blokadą terminala numer 2, oraz jego ewakuacją (chyba jakąś próbną ewakuacją, bo gdy odlatywałem, terminal ten ciągle nie był w pełni otwarty i gotowy do odprawy pasażerów, a nie tylko ich przyjmowania). Ja na szczęście odlatywałem z terminala pierwszego. Pierwsze primo. Dane lotu widniejące na naszym bilecie kupionym drogą elektroniczną nie muszą odpowiadać temu, co widnieje na tablicach informacyjnych odlotów. Może nie zgadzać się godzina odlotu (z jakąś 5-10minutową różnicą) oraz numer lotu (zarówno litery jak i cyfry). Ale pani z Lufthansy wszystko wyjaśniła, więc pozostało tylko przepakować nadbagaż, w którym było 27kg zamiast dozwolonych 2x23kg + nadbagaż, i już można było przechodzić do strefy zagranicznej. Ale ja pozostałem jeszcze po nieodprawionej stronie, by nacieszyć się polskością. Cieszyłem się nią tak długo, że na odprawę osobistą się spóźniłem i musiałem prosić uprzejmych rodaków o przepuszczenie w kolejce do prześwietlenia mnie i bagażu. Otworzyć laptopa- zamknąć laptopa i już. No i jeszcze tylko krótka utarczka słowna z obsługą lotniska, która nie chciała mi "rzucić okiem" na bagaż, gdy na dosłownie minutę wskoczę do toalety. Takie są uroki podróżowania samotnie. Prędzej nam pęcherz pęknie niż zgodnie z prawem i przepisami lotniskowymi skorzystamy z toalety. Bagażu pozostawić bez opieki nie można, bo jak ktoś go nie ukradnie, to zaraz go Straż Graniczna wysadzi w powietrze (wcześniej ewakuując lotnisko, a później obarczając mnie kosztami ewakuacji i detonacji). Kazali zabrać mi go ze sobą do toalety, bo tam jest dużo miejsca i na pewno się zmieszczę. No... tak... Bardzo sympatycznie i higienicznie jeździć po czyimś moczu bagażem na kółkach. Ciekawe, jak swoje biologiczne ślady zostawiłby tam np. nosiciel żółtej febry. Ja moją walizeczką rozwiozę to po terenie całego lotniska, później przeciągnę do samolotu, do luku bagażowego, itd. Bagaż przed chwilą prześwietlany, w pełni bezpieczny lepiej niech wybuchnie ewentualnie w samolocie, niż przy pani z obsługi lotniska - bzdurne przepisy! Jeszcze bzdurniejsze wydaje mi się to, że zabierają nam z bagażu wszystkie ostre przedmioty (np. każą wyłamać malutki metalowy pilniczek z obcinacza do paznokci, by przypadkiem nie zaatakować nim załogi samolotu), podczas gdy do obiadu dostaniemy od Lufthansy metalowe sztućce:) Przy odrobinie cierpliwości możemy je podczas wielogodzinnego lotu odpowiednio zaostrzyć i... Niczego nikomu nie podpowiadam! Albo przewożenie płynów. Gdy zabierzemy do bagażu podręcznego flakonik naszych ulubionych perfum, a będzie on miał więcej niż 100ml, to oczywiście nam go przy odprawie bagażowej zabiorą. Gdy już przejdziemy odprawę, to możemy w sklepie wolnocłowym kupić i wziąć na pokład samolotu np. 10 butelek spirytusu. Kilku terrorystów x 10 butelek 96% C2H5OH = ... tak, zgadliście, udany, samobójczy, terrorystyczny zamach na samolot. Na szczęście prawdziwi Muzułmanie nie używają alkoholu i Al Qaida musi kombinować inaczej... Samolot. Miejsce przy oknie. Ostatnia chwila na tanie (nieroamingowe) rozmowy przez telefon komórkowy i czas na pożegnalne SMSy do najbliższych. Podczas międzylądowania we Frankfurcie stawki roamingowe wyniosą odpowiednio (w Era Tak-Tak i Simplusie): 2,35 zł za minutę połączenia wykonywanego (w Simplusie 1,79zł/min.) 1,04 zł za minutę połączenia odebranego (w Simplusie 0,85zł/min.) 0,57 zł za SMS-a). (w Simplusie 0,57 za SMS) W USA stawki roamingowe TakTak będą zabójcze!: 12 zł za minutę połączenia wykonywanego (ale już tylko 9,90zł/min za wykonywaną wideorozmowę;) 6 zł za minutę połączenia odebranego, 1,95zł za wysłanego SMSa (odbiera się je na szczęście za darmo, ale UWAGA - zapłacimy także 4zł za każdego odebranego MMSa!, więc na czas sobie tę usługę (przyjmowanie MMSów) wyłączcie jeszcze w Polsce - robi się to w menu telefonu lub przez biuro obsługi klienta). Powracając do samolotu... Niespełna 2godzinny lot do Frankfurtu to rzecz bardzo prosta. Kołowanie. Krótka instrukcja zachowań ewakuacyjnych. Start. 100minut lotu, przyziemienie, lądowanie. Frankfurt. Lotnisko we Frankfurcie to takie małe miasto. A może nawet nie małe, a ogromne? Kilka terminali. Kilkaset metrów dzielących każdy z nich. Ruchome chodniki, by wszystko mogło odbywać się szybciej. A w tunelach, którymi prowadzą chodniki nastrojowe świergotanie ptaków płynące z głośników i zmieniające się oświetlenie mające na celu wyciszenie emocji. By dostać się do właściwej bramki, (ciągle na jednym i tym samym terminalu!) trzeba pokonać kilkaset metrów chodników stałych, chodników ruchomych oraz dwie międzypoziomowe windy. 1. Ostatni rzut oka na Warszawę jeszcze z ziemi. 2. Wnętrze Airbusa A319, którym na trasie Warszawa - Frankfurt przelatuje się 557mil (897km), spędzając w powietrzu 1h45'. 3. Lufthansowe pyszności (piwo na szczęście prawie do woli:). 4. Śpiewający ptasimi głosami samobieżny chodnik na lotnisku we Frankfurcie. 5. Wnętrze Airbusa A330-300, którym na trasie Frankfurt - Detroit przelatuje się 4140mil (6662km), spędzając w powietrzu 9godzin. 200 telewizorów - raj dla Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji - do ściągnięcia 200 abonamentów telewizyjnych;) 6. Za tymi skromnymi drzwiami znajduje się ta WIELKA, sławna Ameryka... Całe lotnisko Ameryki jeszcze (a może już?) nie przypomina... Więcej zdjęć z lotu dostępne jest tutaj In the Air... stany 2008-07-08 12:00:00 skomentuj (6) Wiza... Amerykańskich wiz wydawanych w Ambasadzie Stanów Zjednoczonych w Warszawie lub w konsulacie w Krakowie jest tyle typów, ile gwiazdek na amerykańskiej fladze. A może jeszcze więcej! Wizy turystyczne, tranzytowe, pracownicze, studenckie, aupairowe, biznesowe, dziennikarskie, naukowe, dla sportowców, dla inwestorów, dla stażystów, dla uczestników wymiany kulturalnej, rodzinne, małżeńskie, narzeczeńskie, wizy na leczenie, wizy na pielgrzymkę w celach kultu religijnego, wizy wygrane w loterii wizowej, itd. Do każdej wizy dołączone po kilka wniosków, a przede wszystkim blankiecik wpłaty 100$ (obecnie już 131$ lub 380$ - gdy jest to wiza imigracyjna). To chyba w tym wszystkim jest dla Amerykanów najważniejsze - te miliony dolarów wpływające co roku do skarbonki Wuja Sama od Polaków, którzy po kilku minutach rozmowy usłyszą od konsula - "Sorry, not this time". Wiza na której wjechałem do USA jest wizą imigracyjną. Oznacza to, że mam prawo pozostać w USA do końca życia. Ten status prawny (tudzież ten kawałek plastiku) warty jest obecnie w USA ponad 20 tysięcy dolarów. Tyle pieniędzy ludzie są gotowi zapłacić za otrzymanie tego kawałeczka plastiku. Ja otrzymałem go po kilkunastu latach oczekiwania, dlatego właśnie nie obawiam się tak, jak większość przebywających tutaj naszych "turystycznych" Rodaków, że pewnego dnia wpadną do mnie do domu przedstawiciele amerykańskiego urzędu imigracyjnego i deportują mnie do Polski pierwszym samolotem. Dlatego także nie boję się spotkania ze stróżem prawa, który stwierdzi mój nielegalny pobyt, brak pozwolenia na pracę czy moje przeterminowane prawo jazdy, którego od początku 2008 roku nielegalny imigrant nie może już sobie wyrobić (ani przedłużyć ważności posiadanego już dokumentu - wydawanego zazwyczaj jedynie na 4lata). Chociaż, jak się w 2009 roku okazało "Polak potrafi" i przy odrobinie cierpliwości i szczęścia można będąc "zasiedziałym turystą" wyrobić lub przedłużyć sobie prawo jazdy. Należy jedynie wystąpić do urzędu (Social Security Administration) wydającego niezbędny do egzystencji w USA numer SSN o wydanie zaświadczenia, że ów numer się petentowi nie należy, a po otrzymaniu takiego papierka należy znaleźć takiego głąba w jednym z Sekretariatów Stanu (urzędzie wydającym prawa jazdy), który nam na podstawie tego dokumentu wyda lub przedłuży nasze prawo jazdy. Turyści, którzy są tutaj legalnie także nie muszą się niczego obawiać (prócz zapuszczania się w zakazane dzielnice - nazwijmy je łagodnie Afroamerykańskimi...). Ale, gdy zostaną o jeden dzień dłużej, niż pozwala im na to wiza wjazdowa wbita na amerykańskim lotnisku, wtedy łamią prawo USA, a dla łamiących prawo w tym kraju wielkiej pobłażliwości nie ma. Jesteś tu dłużej niż Ci na to pozwoliliśmy - możesz spędzić resztę życia w więzieniu! Bo udowodnij nielegalny imigrancie, że nie jesteś terrorystą! Takie, po zamachach 9/11 weszło prawo, że każdego imigranta, który przebywa w USA nielegalnie (zazwyczaj, gdy wjechał na teren USA nielegalnie np. przemycony przez granicę wodną z Kanadą lub lądową z Meksykiem) rząd Stanów Zjednoczonych ma prawo więzić bezterminowo bez postawienia jakichkolwiek zarzutów - ale to oczywiście skrajność, bo nikt za przedłużone wakacje w USA jeszcze siedzieć chyba nie poszedł. Takie samo więzienie może czekać każdego, kto wjedzie tu na podrobionej wizie, lub fałszywym paszporcie - tego dowiemy się z wielkich plakatów widniejących w Ambasadzie USA w Polsce oraz z takich samych plakatów wywieszonych na każdym amerykańskim lotnisku. Chociaż, gdy lądowałem tutaj rok później (we wrześniu 2009), to te plakaty chyba z lotnisk zniknęły. Wolą ewentualnych terrorystów łapać, niż ostrzegać, by nie dali się złapać;) Wszyscy moi znajomi, którzy są w USA jako zasiedziali od kilku lat turyści mówią mi, że nie doceniam tego, co mam. Tego kawałka plastiku dającego mi prawo pobytu i pracy w USA. To marzenie milionów nielegalnych imigrantów z całego świata. Warte dzisiaj około 20tys. dolarów (tyle musi zapłacić ktoś, gdy żeni się lub wychodzi za mąż w celu uzyskania stałego pobytu). Albo nawet 250tys. dolarów, jeśli taką sumą dysponujemy, chcemy ją legalnie w USA zainwestować tworząc nowe miejsca pracy dla Amerykanów - wtedy rząd USA da nam Zieloną Kartę (oczywiście z wieloma obwarowaniami). Ja prawo do tego kawałka plastiku otrzymałem po "zaledwie" 10latach starań, oczekiwań, i po ponad tysiącu dolarów, które należało wpłacać za rozpatrzenie każdego wniosku, podania i papierka. To wszystko w ramach wyjaśnienia pytań - czym jest wiza imigracyjna?! Należy się ona tym, którzy posiadają najbliższego członka rodziny w USA (Matkę, Ojca, współmałżonka). Bliski ów musi być obywatelem USA, i wystarać się dla swojego bliskiego z Polski (czyli mnie) o połączenie rodziny. Taka wiza to już prawie tzw. zielona karta, która posiadaczowi wizy imigracyjnej przychodzi do domu kilka tygodni po wjechaniu na teren Stanów Zjednoczonych. A Zielona Karta to nic innego jak prawo stałego pobytu oraz pozwolenie na pracę. Gdy będę w USA przebywał dłużej niż 5lat (tzn. gdy w ciągu 5lat będę przebywał na terytorium Stanów dłużej, niż poza jego terenem) mam prawo ubiegać się o obywatelstwo. Oczywiście muszę spełnić jeszcze kilka innych warunków. Trzeba znać język angielski, historię USA, umieć zaśpiewać hymn, zdać egzamin ze znajomości Stanów Zjednoczonych (historii i Konstytucji USA) złożyć ślubowanie i już się jest Citizenem of the United States of America. Mi na razie wystarczy bycie Permanent Residentem tychże Stanów.
Wiza jest wklejana do paszportu i dostarczana
nam do domu w Polsce
przez kuriera DHL. Płatne przy odbiorze (23zł). Zajmuje to Ambasadzie i
kurierowi co
najwyżej 3-5dni od naszej wizyty w Ambasadzie. Wiza jest pierwszym
dokumentem z którego w USA mogą ustalić naszą tożsamość. W Stanach nie
jest tak ważny nasz polski paszport, co wbita w niego amerykańska wiza.
Naprawdę! O tym, że wszystko co nam mówią w Polsce (nawet oficjalne
informacje otrzymane w punkcie informacyjnym Ambasady USA w Warszawie)
jest w USA mniej ważne niż słowa urzędnika granicznego na amerykańskim
lotnisku boleśnie przekonam się gdy po raz drugi będę wjeżdżał do USA
po ponad 11miesięcznym pobycie w Polsce... Ale o tym dowiem się i
napiszę dopiero za rok.
Wiza jest dość dobrze zabezpieczona przed podrobieniem, ale majstersztykiem antypodrobieniowym jest Zielona Karta.Zielona Karta przychodzi do naszego domu w USA pocztą w okresie do 9-ciu miesięcy od przylotu do Stanów. Kiedy przyszła moja - o tym jeszcze będzie. Gdy mi przyszła, rzuciłem ją gdzieś w kąt z resztą korespondencji, nawet nie wiedząc, że ten kawałek wcale nie zielonego plastiku jest tą właśnie kartą. Na przedzie ma kilka warstw folii, która utrudnia fałszerstwo (w ogóle nie da się jej zeskanować!) Ale cuda kryptologiczne znajdują się z tyłu. To czarne coś jest chyba jednym, wielkim paskiem magnetycznym. Na samej górze tego paska, widoczne na skanie są małe kropki. To są... głowy wszystkich amerykańskich prezydentów! Było ich wówczas, gdy wytwarzano dla mnie tę kartę 43. Przy odpowiednim powiększeniu da się nawet dostrzec... cygaro w ustach Billa Clintona! Albo precelka w gardle Busha juniora... Albo banana w... A na dole 49 mikroflag wszystkich stanów USA. Majstersztyk techniki mikrograficznej.
![]() 1. Skan wizy imigracyjnej wydawanej w ambasadzie USA w Warszawie. 2. Skan Zielonej Karty, która przychodzi nam do amerykańskiego domu w kilka tygodni po wjechaniu na teren Stanów Zjednoczonych. 3. Tył Zielonej Karty. Kliknijcie na nią i przyjrzycie się głowom amerykańskich prezydentów:) stany 2008-07-07 12:00:00 skomentuj (9) |
Różne ciekawostki Słownik online 2 Czas na świecie Słownik slangu Słownik online 1 Kalkulator odległości Ważne urzędy w PL i USA Ambasada PL w USA Secretary of State, Michigan Ambasada USA w PL A tu dają wizy;) Moim okiem Ameryka moją kamerą... Ameryka moim okiem... Tu przeglądam oferty AutoTrader Tu oglądam auta. Cars.com Giełda samochodowa Tu kupuję Speedway Tu tankuję auto. Best Buy Tu kupuję RTV Circuit City Tu kupowałem RTV... |