Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Po kilku latach mojej styczniowej nieobecności w USA (bo targi zawsze odbywają się w styczniu), wybrałem się na tegoroczne, detroitskie targi motoryzacyjne NAIAS (North American International Auto Show).
Grzechem byłoby tam nie pojechać, mając do hal wystawienniczych COBO Center zaledwie 40km. Wiem, że ludzie potrafią tu przylecieć z drugiego końca świata i… szczerze się zawieść tym, co tu zobaczą. Ale po kolei…

Najpierw trzeba dojechać do targów. 2x26mil = 5$ (na paliwo)
Parking 10-30$ (im dalej od hal targów, tym taniej. Można też zaryzykować pozostawienie auta na ulicy. Póki będzie jasno, nic się raczej z nim nie stanie… RACZEJ!).
Wstęp – 13$ za bilet dla doroślaka
Szatnia (nieobowiązkowa) – 3$.

Jeszcze zanim dojedziemy do hal targowych, zobaczymy kawałek Detroit… Ja zjeżdżałem z autostrady nr 375 i przed samym downtown Detroit jechałem samotnie mając do dyspozycji dwa pasy na których kilkaset metrów przede mną i kilkadziesiąt metrów za mną nie było NIKOGO! Zza bezpiecznych szyb auta miasto wygląda całkiem bezpiecznie i miło. Wielkie wieżowce, w tym górująca nad wszystkim kwatera główna General Motors, która oddała jedną z wież hotelowi Marriott. Dymiące parą studzienki kanalizacyjne, spowolnionych ruch w centrum, stare, majestatyczne wieżowce z lat świetności USA… O wiele bardziej wolałbym przejść całe Downtown Detroit pieszo, z kamerą i aparatem na szyi, niż hale targów motoryzacyjnych. No ale wolę z Detroit powrócić żywy i z moim fotosprzętem, niż obawiać się, że 1-szy lepszy lub gorszy tambylca, pozbawi mnie mojego 4K camcordera, cyfrowej lustrzanki, lub życia.

Już na parkingu zauważamy pierwszą ciekawostkę. Są miejsca dla samochodów i dla smallcarów. Wolnych miejsc dla samochodów pełnowymiarowych nie ma, trzeba na piętrowym parkingu pchać się kilka pięter w górę, podczas, gdy dla Small Car wszystkie miejsca wolne. Tu po prostu NIE MA małych samochodów! Po tej pierwszej ciekawostce, docieramy do hal COBO i jeszcze przed kupieniem biletu możemy pooglądać Forda Raptora, jakiś taki dziwny drogowy kajak na kółkach czy zasiąść sobie w gościnnych radiowozach michigańskiej policji.

Na targi wchodzimy jednym z kilku wejść. Znów wszedłem przy stoiskach Mercedesa, co teoretycznie powinno oznaczać, że zaczynam z najwyższego punktu, z motoryzacyjnej elity, z samochodowej extraklasy… Tia… Chyba od lat Niemcy pozostają ze swoimi motoryzacyjnymi wymysłami daleko za… (cholera, jak tu napisać „za kim”, by nie zostać uznanym za rasistę? ;) Są w czarnej d… dziurze. Jeszcze Mercedes „daje radę” i coś tam się różnią te jego klasy E od S, C od A, ale Audi czy BMW? Toż to jeden i ten sam samochód, rozdmuchany tylko przez płuca dymarki w hucie z BMW 3 na BMW 5, z BMW 5 na BMW 7. Te same nerki w każdym modelu BMW, te same grille w każdej Audiczce.
Mesio z tej wielkiej niemieckiej trójki jeszcze jest najbardziej zmienny. Ale dał ciała prezentując dwa auta, które udawały Maybacha. W ogóle dawniej Maybach był klasą samą w sobie, był takim LEXUSEM LS 600 przy Toyocie Aygo, a teraz… S klasa 550 nazywa się Maybach. Bo ma w światłach stopu kryształki Swarovski’ego? Wkrótce kupicie A-klassę z 1 litrowym Dieslem, którego też będą sygnować nazwiskiem Maybacha – BEZNADZIEJA! Oczywiście wszystkie auta od Meśka prezentowane są w wersjach AMG, z o wiele ładniejszymi grillami, lampami, spojlerami, poszerzonymi błotnikami i szerokimi walcami zamiast opon. Cywilne wersje tych samych aut nie są niestety już tak urodziwe. Na stoisku Mesia właśnie podsłuchałem, jak odkrywcze są kobiety. Na matowy lakier (czy też na matową okleinę), która wykańcza blacharkę Mercedesa GT C, jedna z kobiet nazwała ową farbę „primerem” czyli po naszemu podkładem (taką malarską bazą przy malowaniu ścian).

Przyklejony do ściany bolid F1 AMG-Mercedes odciągał uwagę od braku polotu wśród stylistów Mercedesa. Bo zrobienie z dawnego Mercedesa SLS obecnego Mercedesa GT… to raczej żaden wyczyn. A gdzie SLR? Oczywiście wśród aut ogólnie dostępnych dla statystycznego Smitha króluje kolor biały. 100lat temu w fabryce Forda można było kupić Forda T w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny, teraz Mercedes, rasista, wszystko maluje na biało. No nie dziwne, Germania coraz czarniejsza…

Z Mesia poszedłem na amerykańskiego Cadillaca. Prezentowali prototyp, tzn. concept car, model Escala. Kolejna wielka na prawie 5,5 metra koncepcyjna krowa, która nigdy nie zejdzie z linii produkcyjnej. Tak się przyglądałem, czy to auto ma przyklejone szyby do tapicerki… A jeśli nie, to jak będą się otwierały… A może ta cała Escala, to jakaś niedożywiona wersja terenówki Escalade? No piękne, piękne, wielkie, długie, niepraktyczne jak zajęcia ZPT w ośmioklasowej podstawówce w czasach mojej młodości.
Najciekawszym autem Cadillaca jest ich ATS-V z 640 konnym silnikiem. Nawet jeśli masz BMW M-power czy Meśka AMG, to nie zakładajcie się o za dużą kasę, że dacie radę tym potworom. TAK, też nie szanuję amerykańskiego zarządzania pojemnością silników, wyciągania zaledwie po 200-300KM z 5-6 litrowych silników, ale to auto jest wyjątkiem. I to całkiem tanim, w stosunku do europejskich konkurentów (370 tys. PLN za nowiutkie, luksusowe auto z 640KM pod maską, to naprawdę chyba niewiele?). Mam nadzieję, że Audi RS6 daje radę temu potworowi, bo inaczej przestaję zbierać na RS6 od Kamilka ;)

Po Cadillacu kolej na Hondę, która dupy nie urwała niczym. Przytachała jakiegoś bolida nieznanej mi Formuły. Jakiś wielki gokart, jakieś działka do wystrzeliwywania z nich pary wodnej. I jak fronty Hond mają wiele uroku, te skośne, fikuśne oczka, tak dupy im nie wychodzą. Accord jeszcze, jeszcze daje radę, ale Civic?

Później stoisko Chevloleta. On zawsze będzie oblegany i wielbiony, bo to jedna z kultowych marek USA (jak zresztą każda inna from USA!). Po prostu amerykańskie marki są ulubionymi brendami gospodyń domowych (kilka różnych marek), dla majsterklepków (Dodge), dla contractorów (Ford), dla rednecków (Ford F-150 lub jakiś GMG), dla mamusiek bezpiecznie wożących swoje dzieci do szkoły (GMC Yukon lub Cadillac Escalade). A Chevy jest dla wszystkich, bo ma wielbioną tu Corvette. Każdy chciałby mieć tu Corvette, na weekendowe wypady za miasto. Nawet jak stać go na Vipera, to corvette jest jakąś taką zaprogramowaną w kodzie DNA amerykańskich obywateli motoryzacyjną świętością. A kogo nie stać na Corvette (tak naprawdę stać na nią KAŻDEGO pracującego Amerykanina, ale jest nieporęczna, nie ma nawet gdzie włożyć teczki, torebki, nie mówiąc już o zakupach z Sam’s Clubu), ten może się zadowolić Chevy Camaro za cenę połowy Corvette. Cholera, my mamy o wiele bardziej przyziemne marzenia, na które nas za naszą pracę nie stać, a oni… 5000$ pierwszej wpłaty i 500$ miesięcznie i jak chcą, to jeżdżą sobie Corvetką. Ale z takimi samochodami jest, jak z chęcią mieszkania przy Piątej Alei w NY, czy w Sky Tower we Wrocławiu. Gdy patrzysz na taki budynek z daleka, to marzysz, by w nimi zamieszkać, by patrzeć na ludzkie mrówki z 30 piętra. Ale, gdy już Cię stać na zamieszkanie tam, to… dostajesz zamętu, bo na V Alei ciągły hałas, gwar, ruszający z piskiem opon krótkopenisowi faceci, ruszający z rykiem silników redneckowie w swych pickapach, co chwilę jakieś uliczne eventy, manify KODu, czarne Parasolki, Madonna FUCKająca Trumpa, i Ci się odechciewa mieszkania przy prestiżowej ulicy. Podobnie w Sky Tower, wchodzisz do takiego mieszkania i po chwili się orientujesz, że brak tam intymności, przytulności, że przez szyby ktoś może Cię z dołu podglądać, i że pewnego dnia wleci Ci do salonu jak nie Airbus 380, to przynajmniej Tupolew. Tak samo jest z tymi wszystkimi Corvette, Camaro, itd. Piękne z zewnątrz… I plastikowe;) Ale obejrzyjcie na zdjęciach zadek plastikowego, szarego Camaro – naprawdę boski, nie? Jak kloaka kozy w niektórych kręgach kulturowych… Mi naprawdę podoba się linia stylistyczna Chevroleta. Pamiętam jeden dawny model, który miał z tyłu bagażnika (a nie jak u nas, w podłodze) wykute przez kowala miejsce na koło zapasowe – ohyda gorsza, niż Chrysler PT Cruiser czy Chrysler HHR – dwie największe masakry motoryzacyjne USA, przy których Fiat Multipla to cacuszko jakby spod ręki Pininfariny ;)
No zerknijcie na Impalę czy Malibu. Podobają się Wam? A może mi podobają się przez to, że są tak duże? A jak wiadomo, duży znaczy lepszy, ładniejszy, szybciej dający radość, rozkosz, spełnienie :)

No i pora na Forda. Ford podobno gówno wart, ale ci z Forda po prostu budują na tych halach miasto w mieście. Dwupoziomowe stoisko, fiu, bździu, miód i orzeszki. Na piętrze królują redneckowe Fordy F-150, Raptor, Lariat, itd. Wzruszająca jest ściana długości ok 20-30metrów, która CAŁA wypełniona jest tysiącami zdjęć Fordów F-150, 250, 350, wysłanych przez ich właścicieli. Auta te służą do wszystkiego, do jazdy do kościoła, do wiezienia szpitala żony w ciąży, do orania ziemi, do karczowania lasów, a stare, niejeżdżące już modele służą nawet jako kurniki. 40lat historii tego modelu na jednej ścianie – naprawdę wzruszające. A na dolnym piętrze pawilonu Forda, można było zobaczyć prawdziwe cacuszko jakim jest nowy Ford GT. Felgi z włókna węglowego, dyfuzor przypominający kosiarkę do trawy. Oj pokosiłby trawniki czymś takim, pokosił…;)

I tak marka po marce… Lexusy chyba cierpią na jakiś kryzys, i ich grille zrobione są z siatki ogrodzeniowej. I najczęściej wyglądają jak pługi do odśnieżania, albo do przepychania demonstrantów z KODu sprzed maski samochodu Prezesa. Czegoś tak ohydnego nie widziałem już dawno! Ordynarna siatka ogrodzeniowa, chromowana, o mocnych spawach, by w razie jak demonstrant będzie gruby, to by nie zrobił grillowi krzywdy. PASKUDZTWO! Weźcie Wy Japończycy zajmijcie się lepiej ryżem, sake, origami, karate, mangą, ale nie projektujcie już więcej samochodów! Chociażby takich, jak toster na kołach (Scion xB, czyli Toyota bB)

Mnie oczywiście najbardziej interesowały Hyundaie. Jestem tak leniwy, że mając około 10 km do najbliższego salonu tejże marki, nie zebrałem się, by kiedykolwiek tam pojechać. Za to na Autoshow chciałem doznać takiego Hyundaiowego efektu WOW. Szczególnie, przy flagowym ich modelu – GENESIS! Jakież było więc moje zaskoczenie, gdy ani jednego Genesisa na stoisku Hyundaia nie zobaczyłem? WIELKIE! Po prostu odcięto Genesisa od Hyundaia CAŁKOWICIE, wykupując mu osobne stoisko z drugiej strony hali. To naprawdę prześliczne auto. Majestatycznie duże. Oj no po prostu BAJKA(ł). Nie mogę odżałować, że go sobie nie kupiłem za 7.100$ Lekko przetarty prosto z firmy ubezpieczeniowej na https://www.copart.com/ (uważajcie, jest to strona po prostu UZALEŻNIAJĄCA!).

Bieda Panie, bieda. Kryzys. W tym roku na Motoshow nie było ani Porsche, ani Ferrari, ani Bentleya. Moi koledzy w moim biednym przygranicznym mieście mają ładniejsze, mocniejsze i droższe auta, niż pokazano na Autoshow Detroit 2017. Wśród rodzynków w tym motoryzacyjnym zakalcu można wymienić tylko nowego Forda GT, czy prototyp Mustanga Roush z 720KM silnikiem.

Jakim autem wyjechałbym z tych pokazów ja? Toyotą Camry z 2006, bo tylko do niej miałem kluczyki. Gdyby ktoś mi podarował dowolny samochód, to pewnie wybrałbym Hyundaia Genesis G90 lub G80, ewentualnie KIA K900. A co! BMW ma byle polski burak, który weźmie dopłaty za swoje hektary. Audi w Europie ma byle uchodźca, który weźmie socjal na swoje cztery żony i dwadzieściatroje dzieci (340tys. Euro rocznie). Mesia ma byle taksówkarz, ale takiego Hyundaia nie ma nikt! Nie da się kierowcy Hyundaia zakwalifikować do żadnej patologii. Do dresów, dilerów, sutenerów, alfonsów, yuppies. Tylko Danielki jeżdżą takimi samochodami.

A co do bardziej dostępnych aut, oczywiście powala mnie ciągle stylistyka Forda Fusion. Tak samo wygląda obecne, europejskie Mondeo. Zrobili nawet studyjny, eksperymentalny model samosiękierujący. Ot, by już w ogóle nie trzeba było odrywać rąk od smartfona, kierując autem. Bo w USA, przysięgam, minimum 1/3 osób za kierownicą, tak naprawdę, prowadząc auta, ani na chwilę nie przerywa sobie siedzenia na Fejsie, na Insta, na Snapie. Ostatnio facet zatrzymał się mi prawie w dupie (tzn. w bagażniku). Gdyby nie miał gdzie uciekać (miał wolny pas po lewej) i zatrzymał się przede mną – wbiłby mi bagażnik pod komorę silnika. Dlatego połowa aut ma już tu systemy automatycznego hamowania, które… też wcale nie pomagają, bo wielokrotnie awaryjnie i bardzo niebezpiecznie hamują, gdy jakiś Boguś wciśnie się przed nasz samochód.

Jeśli mieliście dylemat, czy marnować czas i wpadać na targi do Detroit – NIE WPADAJCIE! Nie ma po co. Jak już, to walcie prosto na jakieś targi w Kalifornii lub na Florydzie, gdzie mieszkają miliarderzy, i gdzie wystawiają się Bentleye, Ferrarki, Kenigsegi (nie będę się męczył z właściwym napisaniem tej kretyńskiej marki!).


https://goo.gl/photos/mC3ckkS6NPCvnBue6

PS Co za pierdolony* DEBIL wymyślił te pojebane zdjęcia i albumy na Google Photos, zastępując nimi starą, poczciwą, zależną od użytkownika Picassę?! Z tego co wiem, niezależnie od ustawienia prywatności i sposobu udostępniania, to i tak moje zdjęcia Wam się nie wyświetlą z linków do zdjęć pośrednich. Teraz okazało się, że nie da się nawet posortować zdjęć zgodnie z nadaną im nazwą! Męczyłem się ponad 2 godziny, by zgrać chronologicznie i przezwać 541 zdjęć z Targów (300 z lustrzanki i 141 ze smartfona), by uwiecznione na nich auta i cenniki były kolejno obok siebie, a ta pojebana witryna i tak ułożyła je sobie po swojemu! I nie ma opcji ułożenia ich po nazwie! Kolejny portal dla tabletowych idiotów, debili, którzy nawet nie potrafią zmienić nazwy pliku, więc maszyny  i portale muszą wszystko robić za nich! DNO! Pierdolone, internetowe ścierwo!

Cały świat, cały cyberświat jest tworzony obecnie dla DEBILI! Dla kogoś, kto potrafi tylko nacisnąć wirtualny spust migawki smartfona czy tabletu, i chwilę później focia jest już automatycznie wysłana na iCloud, na chmurę w jebanym Google Photos, na Insta czy na Snapa. Umiejętność zmiany nazwy pliku jest dziś jakby umiejętnością programowania w C++. KURWA, co za kretynizm! Co za pojebany świat, systemy, portale dla idiotów! Ja chcę DOSa, Windowsa 3,11, internetu na modem 14,4 kB/s, ale przynajmniej internetu dla ludzi ROZUMNYCH, a nie dla zwierząt, które wytresowane do klikania selfie i dawania serduszek, niczego więcej na komputerze już nie potrafią!

A zatem SORRY za to, że jest taki burdel w zdjęciach, ale po prostu automat Google zrobił ten syf. Sorry też za krzywe wykadrowanie niektórych zdjęć, albo brak ostrości, ale przepchanie się przez 806 tysięcy osób, które odwiedziły w te 2 tygodnie owe Targi i odczekanie na takie odsłonięcie auta z gapiów, by w pełni było widoczne dla obiektywu aparatu, często graniczyło z cudem.

* – TAK, mogę kląć do woli. Należę do tej grupy ludzi, która klnie i się tego nie wstydzi, bo wie, że nie jest to powodowane ubogością językową, ale intelektem, w którym przekleństwa są środkiem ekspresji emocji. Bo jak tu kurwa inaczej napisać o przeszło dwóch godzinach zmarnowanego czasu, bo Głuple Photos są dla idiotów, a nie dla „informatyków”. TAK, to prawda, że klnie zazwyczaj tylko nizina społeczna i elita intelektualna. Średniacy starają się nie kląć, gdyż myślą, że będą utożsamiani z patologią, podczas gdy nie mając dostępu do klasy intelektualnie wyższej i najwyższej, nie mają pojęcia, jak „soczyście” owa klasa rozmawia w swoim gronie. Panie Kieślowski, Pana soczystość lubię najbardziej.

       

1. Parking dla małych aut. Small car park. Po drugiej stronie w pełni zajęty parking dla normalnych aut:)
2. Jeśli samochód policyjny widziany z tak bardzo bliska, to tylko w tego typu, targowych okolicznościach.
3. Maybach…
4. Chevy Camaro SS od dupy strony… – udany, prawda?
5. Ford GT 2017
6. Czy może jednak uśmiechnięta Accura NSX GT3?
7. Ledwie zaczął się 2017, a tu już auta z 2018;) Straszny grill z siatki ogrodzeniowej, co?
8. Taa-daamm. Oto mój przyszły Hyundai Genesis:) A co!

Jedną z przebojowych zabawek na niedawne X-mas było urządzenie rozpoznające głos i reagujące na rozmówcę – amazonowe Echo z przemiłą panią Alexą w środku czy googlowy Home, z inną babą zamkniętą w ciasnej obudowie tejże zabaweczki. Kupujemy takie coś za około 200$ (a jej odpowiednik od Google już za jedyne 130$), stawiamy w miejscu, w którym najczęściej przesiadujemy sami czy wraz z rodziną i… nikt z domowników nie jest nam już do niczego potrzebny…!
W reklamach oczywiście, tatuś czytając córeczce książeczkę, ma wątpliwość, czy słonie żyją w Afryce czy w Azji, więc pytają Alexę, gdzie żyją słonie i wszystkowiedząca Alexa chwilę później odpowiada, że w ZOO;) No nie, Alexa nie ma poczucia humoru i zawsze odpowie „mądrze”, tzn. encyklopedycznie ;) Mądrze to odpowiada Danielek mądrym ludziom, którzy by z nim pogadać muszą wbiegać na poddasze, a później schodzą do piwnicy pogadać z resztą znajomych… (to najmilszy komplement jaki usłyszałem odnośnie mojego IQ).

Tragedią tego typu urządzeń jest to, że dzieciak, który dostał już odcisków od ślizgania się paluchami po ekranie tabletu, teraz będzie leżał do góry brzuchem i Alexa będzie mu zapewniała nianię, Mamę, Tatę, życie… Ale takie same dzieci owa Alexa zrobi z rodziców, tychże dzieci epoki cyberświata. Reklamy tego ustrojstwa pokazują, jak Alexa miło budzi nas rano dźwiękami przyrody, jak wyłącza się ów budzik słowami: „Alexa wstaję”, albo po prostu „Zamknij się!”, bez szukania komórki (bo własnie w komórce jest schowany budzik 99% z nas, prawda?). Alexy nie trzeba ładować, bo jest na stałe podpięta do prądu i Internetu. Alexa włączy nam rano światło, powie nam (gdy przeciągamy się w łóżku), co mamy tego dnia do zrobienia, jaka będzie pogoda, włączy muzykę, połączy się z telefonem jako zestaw głośnomówiący, rozpozna każdy kawałek muzyczny o który ją zapytamy, zanuci, zaśpiewa, zatańczy (no nie, jeszcze nie tańczy, to Alexa żeńska, a nie Alexander Kwaśniewski przed Komisją Rywina). Alexa sama zamówi nam pizzę (automatycznie powtórzy każde z naszych wcześniejszych zamówień). Pary nie będą się już kłócić o to, które z nich w ich związku jest mądrzejsze, bo najmądrzejsza w domu będzie Alexa. Nie będziemy sobie przypominać, jak ma na imię ten zawsze zapominany przeze mnie aktor, grający K-Paxa, bo zanim próba przypomnienia wzruszy pierwszy neuron w naszym mózgu, Alexa już odpowie, że to oczywiście Kevin Spacey. Zaśpiewa Wam STOOO laaat i każdą inną piosenkę, zapisze, że w czwartek macie kupić jajka, zapamięta Wasze hasła do czego tylko chcecie. Alexa wyłączy nam światło przed snem, będzie ostatnią „osobą” tego dnia, z którą wymienimy ostatnie tego dnia słowa… MASAKRA!

Mówię (piszę) Wam to ja, który od dekad okrążony jest elektronicznymi gadżetami najnowszej generacji (obecnie jest to iPhone 7 PLUS, kamera 4K Sony, cyfrowa lustrzanka Canona, kamera termowizyjna Flir, kamera monitoringu Flir FX, itd.). Piszę Wam to ja, który komputer ma od 30lat, który przeżył epokę Atari, Commodore, Amigi, IBM na DOSie, na Windowsie 3.11, na Windowsie 95, 2000, itd… Który ma kilkanaście dysków twardych na których gromadzi około 20TB danych. Który spędził średnio w ciągu ostatnich 4,5 lat przed komputerem 8godzin i 12 minut DZIENNIE (dane z raportu zużycia dysku SSD)… Mówię Wam, że tego typu ALEXY są ZŁEM! I ja takie zło niestety posiadam… Nie, nie Echo od Amazon, a Sirię w Iphone…

Każdy z posiadaczy iPhone ma w nim tego samego typu zabawkę o imieniu Siri (o wiele głupszą od Alexy, musi być stworzona na podobieństwo posłanek z Nowoczesnej, bo udaje, że wie wszystko, jak posłanki tej partii, a tak naprawdę nie wie NIC!). Wystarczy kilka razy powiedzieć: „Hey Siri”. „Hey Siri”. „Jaka jest dzisiaj pogoda, Siri”, by owa Pani nauczyła się naszego głosu NA PAMIĘĆ! By wyrobiła sobie algorytm na rozpoznawanie nawet mnie! Ci, którzy znają mnie na żywo wiedzą, jak strasznie „seplenię”. Połowa znajomych mnie nie rozumie, czytają mi z ruchów ust, a najczęściej, gdy rozmawiamy twarzą w twarz, to każą mi wyciągnąć komórkę i pisać im na czacie na Fejsbooku, o co mi chodzi, bo mnie nie rozumieją (wredne Wy!). Wyobraźcie sobie, że Siri rozpoznaje KAŻDE moje słowo i to wypowiadane w obcym dla mnie języku (angielskim, bo ta genderowa* machina jest na tyle głupia, że jeszcze nie opanowała naszego szczebrzeszyńskiego języka).
* (zobaczcie, jak unika pytań jakiej jest płci) …

Zagrożenia z tego typu zabawek są PRZEOGROMNE! Apple ma już nasze wszystkie dane biometryczne! Odcisk paluchów, którymi odblokowujemy kilkaset razy dziennie naszą komórkę. Ma czystą próbkę głosu dzięki programowaniu nim Siri. Baa… ma zestaw setek wypowiadanych przez nas do Siri słów, co może posłużyć do zestawienia dowolnego dialogu z „naszym” udziałem. Jeśli walniemy sobie samojebkę w dobrej rozdzielczości naszym iPhone, to Apple zdobędzie nawet wzór tęczówki naszego oka – naprawdę! Przecież istniejące urządzenia rozpoznające ową tęczówkę mają o wiele gorszą rozdzielczość! Ciekawe, czy, gdy ktoś ogląda pornola na Iphone, i przypadkiem napaskudzi na ekran, to czy Apple Corp. zdobywa w ten sposób próbkę DNA…? Zaraz, zaraaaaz, zaraaaazzzz sprawdzę… ;)

Alexa oczywiście udając przyjaciółkę, tak naprawdę służy jedynie za przekupkę z wirtualnego straganu. Codziennie media donoszą o setkach przypadków przypadkowych zakupów dokonanych przez dzieci. Ot zapytały Alexę jak na ma imię nowa Barbie, i za kilka dni Barbie przychodzi do domu obciążając kartę kredytową rodziców (zapewne autoryzacja i potwierdzenie dokonania zakupów wygląda tak, jak u nas „podpisanie” zdalnie umowy przez jakiegoś naciągacza z Telekomunikacja „Dzień Dobry” czy z Novum).

Jak teraz wyglądają imprezy w Polsce? Takie domowe spotkania…? Z alkoholem na zakąskę? Włącza się jeszcze TV na jakąś stację muzyczną, czy już nie? Czy każdy ze swojego smartfona odpala Youtube i pokazuje na smarttelewizorze dzięki funkcji Throw pozostałym znajomym, co ogląda, czego słucha, co jest dla niego śmieszne i dlaczego? W USA tego typu imprezki to pytanie Alexy czy Siri…
– Lubisz seks? Pokaż cycki. Jak dużego ma Danielek? Itd…
Aleksa zazwyczaj miga niebieskim światełkiem na główce, ale przy tego typu pytaniach się czerwieni ;) Uważam, że za 2-3 lata wymyślą wersję z wbudowaną waginą lub wibratorem… I nasz gatunek przestanie istnieć! ;) I bardzo dobrze! Zasponsoruję za wszystkie moje oszczędności zrzut takich Iphone z Sirią nad Sirię i Irakię:)

A prócz Alexy z Amazon Echo jest jeszcze jej przyjaciółka Home od Google. Na necie jest pełno powrównań tych dwóch elektronicznych tworów. Zobaczcie, jak różnie odpowiadają na pytania i… jak mądre by były już obecnie, na początku 2017 roku, gdyby połączyły swoje wirtualne siły. Alexa jeszcze nie potrafi prowadzić dialogu w nawiązaniu do poprzednich pytań, ale Home od Google już normalnie konwersuje, łapiąc kontekst naszych kolejnych pytań w powiązaniu z jej wcześniejszymi odpowiedziami. Przecież Alexa ma zaledwie dwa latka, a Goodzia dopiero trzy miesiące! Wiecie, co będą one potrafiły za kilka lat… Co będą o nas wiedziały? Ja wolę nie wiedzieć… Przecież ich mikrofony są włączone CIĄGLE i słuchają WSZYSTKIEGO!
Malutkie Alexy (Echo Dot) kosztujące zaledwie 49$ umieszcza się w każdym pokoju, łazience, kiblu. Dzięki algorytmowi na melodyjność i natężenie naszego pierdzenia programiści Alexy ustalą, czy lubimy zabawy analne i z kim… 

Obejrzyjcie reklamę Alexy, a także testowanie jej przez jednego z użytkowników… Siri jak to Siri, jest póki co taką kabaretową Mariolką (posłanką Joanną Scheuring-Wielgus, albo Kamilą Gasiuk-Pihowicz), ale potencjał Alexy i Goodzi jest PRZEOGROMNY!

A tak na marginesie, ile razy udało Wam się zagnać Siri lub Alexę do takiego położenia, że musiała wydukać, że dostała błędu 404 (to taka elektroniczna migrena lub PMS).
Nie kupujcie tego czegoś. Umiejcie jeszcze nastawić budzik (w telefonie lub mechaniczny jakiś). Umiejcie sprawdzić w kalendarzu, co jest dziś do zrobienia, do zapłacenia, do kupienia. Umiejcie słuchając lokalnych wiadomości określić, z braku wypadku, ile będziecie jechać do pracy. Umiejcie przypomnieć sobie, kto występował w Waszym ulubionym filmie, kto śpiewa Wasz ulubiony kawałek muzyczny. Inaczej… gdy taka Alexa się zepsuje lub straci dostęp do internetu, Wy dopiero zorientujecie się, jak bardzo straciliście kontakt z niewirtualną rzeczywistością…

Myślicie, że nie stracicie? No przecież WSZYSCY straciliśmy ją dekady temu… Nawet bez zaangażowania w to Alexy…












Jako, że zarówno w USA, jak i w Polsce bywam tylko sporadycznie, wszędzie używam kart prepaid. W Polsce mam numer z każdej większej sieci od początku działalności tychże operatorów komórkowych (czyli od ponad 20lat), więc rynek usług znam w miarę dobrze. To, że przez dekady w dziedzinie telekomunikacji byliśmy o 100 lat za Murzynami (tu akurat dosłownie), doprowadziło do tego, że w telefonii komórkowej jesteśmy przed nimi. Pokrycie sygnałem prawie w całym nadwiślańskim kraju, za 30 złotych, nawet w taryfach prepaid dają nam operatorzy wszystko bez limitu (z 10GB internetu włącznie). W USA, jako że na telefony kablowe nie czekało się jak w Polsce, przez ćwierćwiecze, często w domu były po 2-3linie, więc i przeskok do telefonii komórkowej nie był tak gwałtowny, jak u nas. Tu NIKT nie ma po 2-3 telefony (ja mam już w sumie OSIEM), gdyż nasi operatorzy dawniej rozróżniali opłaty w sieci jak i poza sieć, więc opłacało się nieraz trzymać 2-3 numery, by w sieci było za darmo, bo poza sieć czesali po … dużo. Teraz dumpingują te ceny strasznie, co w USA niestety jest od dawna urynkowione i plany taryfowe są… drooogie.

Skupmy się na amerykańskich prepaidach i pewnych mądrościach, jakie mają zastosowanie, jak i pewnej głupocie, która obowiązuje po odpaleniu numeru.
A zatem, prześledziwszy rynek startówek prepaid (zwanych tu Pay As You Go, albo BYOP – Bring Your Own Phone), zdecydowałem się na zestaw Tracfone. Kto mnie zna ten wie, że jak przepłacę za cokolwiek o kilka groszy, o 10%, to choruję później przez miesiąc. Więc wyobraźcie sobie, jak się czułem, gdy w Walmart kupiłem sobie startówkę Tracfone za 9,99$, podczas gdy w Meijer są one po… 99 centów! Przepłacenie 1000% spowodowało, że (no widzieliście w notce z ThanksGiving zdjęcia z Walmart w Warren, MI, to ja rozniosłem wówczas ów market;)

Wybrałem Tracfone, gdyż utrzymanie numeru kosztuje zaledwie 20 dolarów na kwartał. Dostanę w prawdzie za to jedynie 3-4 godziny rozmów (+ 180 SMSów + 180MB danych), ale mi więcej nie potrzeba. Inne sieci w swoich prepaidach za około 30-40-50$ miesięcznie oferują wszystko bez limitu. Ale po co mi telefon bez limitu, skoro nie mam do kogo dzwonić? ;) A zatem wybrałem Tracfone, który zasila się za 20$ co 3miesiące. Zasila się go minutami, a nie jak u nas stanem konta. Doładowanie powoduje dodanie do konta minut, a nie jak u nas, złotówek, za które możemy sobie kupić pakiet tego lub owego. Minut za owe 20 dolarów dają nam tylko 60 (czyli godzinę, wychodzi 1,40zł za minutę połączenia!). Jednak w momencie zakupu startówki wybieramy taką, która ma opakowaniu ma promocję typu podwajanie lub potrajanie każdego doładowania, więc z 60minut robią się 3 godziny (+ godzina gratis dzięki jakiemuś tam kodowi rabatowemu z Netu).

W zestawie startowym dostaniemy.. 5-6 kart SIM. To jest BARDZO zmyślne. Dostaniemy startówkę do telefonów bez Simlocka, do telefonów CDMA, GSM, nanokartę do Iphone, a także dostaniemy SIM do telefonów zaSIMlockowanych w T-Mobile lub AT&T. Bardzo sprytne, prawda? Wielki operator-imperator blokuje swoje telefony, by mogły być używane tylko w ich sieci, a mały operatorek stosuje taki wytrych, jakim jest karta SIM działająca w tak zablokowanym telefonie… Pewnie niestety loguje się tylko w nadajnikach T-Mobile lub ATT i dzielą się jakoś tam zyskami, ale my nie musimy się martwić, że kupiony starter nam nie ruszy (no chyba, że telefon kupimy z blokadą Sprint Mobile, BootsMobile, itd.).

Jaja zaczynają się, gdy chcemy sobie wybrać numer. Tu, w tym strasznym amerykańskim państwie, o którym amerykański obecnie TVN powie Wam, że to najbardziej policyjne państwo świata, numeru oczywiście nie trzeba rejestrować. To nie Polska, to nie Unia, to naprawdę wolny kraj. A zatem wpadamy na Net, na stronę Tracfone i wybieramy sobie numerek. Zakładamy tam sobie konto, by móc adminować naszą kartą lub wieloma kartami, sprawdzać balans, billingi, itd. I później zaczyna się najlepsze. Wybór numeru.
Numery komórkowe w USA mają prefix miasta, a nie operatora. Ot, np. numer komórkowy Warszawiaka zaczyna się nie od naszego 500, 501, 604, a od 0-22, startówka Poznaniaka – od 0-61, itd. W USA wpisuję kod miejscowości, z której najczęściej dzwonię i przyznają mi numer zaczynając się od telefonicznego numeru kierunkowego mojego miasta (w moim przypadku jest to 586). I tu rozpoczyna się cyrk…

Dzwonisz z otrzymanego właśnie numeru na swój numer domowy, i automatyczny CALLER ID wyświetla, do kogo ten nr należał wcześniej. 1szy z numerów, jaki przyznał mi losowo Tracfone należał do jakiejś Alice Evans. – NO WAY, nie będę paradował z numerem jakiejś Alicji! Tak samo będę się wyświetlał, jako Alicja, każdemu znajomemu, do którego zadzwonię! Chyba, że dopisze mnie do swojej listy kontaktów w telefonie z właściwym imieniem. Na szczęście na stronie operatora jest opcja zmiany numeru. Więc siedzisz na stronie Trafcone i klikasz CHANGE NUMBER tak długo, aż przyznany Ci nowy nr będzie Ci odpowiadał, albo będzie po prostu „czysty” czyli, że dzwoniąc na swój nr domowy na wyświetlaczu pojawi się tylko nr, a nie dane jego dawnego właściciela.

Głupie to trochę, prawda? Wiele rzeczy w USA załatwia się… numerem telefonu! Nasz numer telefonu jest tak samo ważny, jak nasz PESEL. W każdym sklepie podczas zakupów pytają nas o nr tel. (z tego numeru ich baza danych ściągnie resztę naszych danych osobowych, imię, nazwisko, adres). Oni dzięki temu będą mieli nasz adres, na który mogą nam wysłać gazetki reklamowe, a nam pozwoli to oddać w ich sklepie daną rzecz nawet bez posiadania paragonu. Odtworzą go z naszego numeru telefonu. Tak samo nie musimy mieć przy sobie kart rabatowych w sklepie, wystarczy nasz numer. Tak im ułatwiają życie! Swój numer telefonu pamięta każdy, a swój nr PESEL pamiętacie? Bo oni swojego SSN na pewno nie… A jaką będą mieli minę ci wszyscy kasjerzy, gdy będę im podawał MÓJ numer, a na wyświetlaczu ich komputera czy kasy będzie wyskakiwała Alicja…

Ale takie rozwiązanie ma też swoje drugie dno. Gdy stary posiadacz naszego obecnego numeru był np. wyłudzaczem, albo masowo oddawał w sklepach zakupione rzeczy, to nasze życie w sklepie tej sieci zostanie utrudnione. A i w sklepie zawsze będziemy brani za nie Danielka, a np. Alicję;)
– Dzień dobry Pani Alicjo,ale Pani zbrzydła … Zmężniała się znaczy.

No i najgłupsza rzecz jaka w USA czeka prepaidy, to płacenie przez posiadacza takiego numeru za każde połączenie odebrane i za każdego odebranego SMSa. Baa… jest rozróżnienie nawet, czy taki SMS jest odczytywany w szczycie czy poza szczytem. Czy jest z USA czy z zagranicy. Głupie, co? Ale nie tak głupie jak… poczta głosowa w PLAY!

KAŻDY posiadacz numeru w PLAY (szczególnie kart prepaid) niech sobie poczyta regulamin poczty głosowej! Tego czegoś najeżonego błędami nawet nie można nazwać regulaminem, ale takiego SKURWYSYŃSTWA nie widziałem jeszcze NIGDY! Jako, że posiadam prepaid w każdej sieci, mam też kartę w PLAY (w celu wykupowania z niej SMSami Premium różnych usług teleinformatycznych). Ja mam takich kart tysiące, bo polscy operatorzy są takimi oszustami, że prześcigając się w ilości niby to posiadanych abonentów i użytkowników, PŁACĄ takim Danielkom jak ja za to, że wezmę od nich tysiąc numerów! Jedyny warunek to odpalić te karty w ciągu miesiąca, i mogę je wyrzucić, a oni po miesiącu mogą się chwalić, że taki oto PLAY, N-ju, Virgin, PLUS, T-Mobile, Orange (wszyscy robią tak samo!), że każdy z nich, w niespełna 35milionowym kraju ma 60 milionów abonentów… Tia… Tysiąc takich Danielków jak ja daje im milion użytkowników… CHORE!

W tejże chorobie PLAY przebił wszystkich! Poczty głosowej w prepaidach PLAY nie da się wyłączyć WCALE! Póki jesteście w Polsce i w Unii… nic Wam nie grozi. Ale wyjedźcie chociaż o stopę poza Unię… KAŻDE połączenie na Wasz numer w PLAY zostanie automatycznie przekierowane na pocztę głosową (kosztuje Was to tak, jakbyście odebrali owo połączenie w roamingu 50gr za każdą rozpoczętą minutę!). Ale mało tego… chwilę później Wasz niby to telefon sam oddzwania na pocztę głosową i jesteście obciążani 2,5zł za każdą rozpoczętą minutę. Czyli w sumie 3zł/min. I… tejże poczty nie da się wyłączyć! Nie da się się jej wyłączyć, a jedynie da się wyłączyć przekierowania na dwóch wykluczających się warunkach – Nie kieruj na pocztę głosową, GDY NIE ODBIERAM albo nie kieruj na pocztę głosową GDY JEST ZAJĘTE. Jeśli macie wyłączony telefon, albo jak znikniecie z zasięgu, dalej poczta Was kasuje 3zł/min. SPRAWDZONE! Właśnie kieruję pismo do Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta.
T-Mobile wkurzył mnie włączając mi na moim oficjalnym numerku granie na żądanie, pomailowałem z nimi, i jako że byli nie do końca uprzejmi i wyrozumiali dla moich słusznych uwag, kosztowało ich to ostatnio 15 mln kary od UOKiK. Piętnaście milionów kary za okradzenie Danielka z 4zł (z VAT, słownie: CZTERECH ZŁOTYCH, 0/100 gr). Z PLAYem też grzecznie koresponduję… Z Panem Markiem Niechciałem puścimy P4 z jutowymi torbami. Nie chciał PLAY po dobroci…

Ptfu!
Happy New Year!
Jeszcze 12 dni blokady mojego FB i zobaczycie, jaką mam laurkę dla Zuckerbegra… ;)

 

   
1 Startówki Tracfone. Sześć kart SIM za 99centów. Jednak bez zakupu doładowującej karty zdrapki za minimum 20$, nie aktywujemy numeru.
2. Gdy już aktywujesz startówkę, dzwonisz na byle jaki telefon z Caller ID by sprawdzić, do kogo należał do tej pory przyznany Wam numer… Mój do Alice Evans. Oj głupi ja głupi… Pamiętacie, jak walczyłem z WOW, by wpisali prawidłowo moje nazwisko do swojej bazy? Po 3 miesiącach i 30 spellowaniach kolejnym pracownikom ich Biura Obsługi Klienta, wreszcie wyświetlam się prawidłowo… Gdy ktoś kiedyś dostanie mój były nr, to będzie mógł udawać Danielka… MASAKRA!
3. Play tak się śpieszyło do okradania swoich abonentów i użytkowników, że dwukrotnie podają ten sam kod na wyłączenie przekierowań na pocztę głosową. SKURWYSYŃSTWO najniższych lotów! Panie Niechciał, walimy z grubej rury 50 nowych Baniek, co? :)

Jako, że moja stara, dobra, wysłużona, sonowska X-peria Z powoli, o lasce, dygotliwym krokiem odchodzi do lamusa, postanowiłem poszukać nowego telefonu. Smartfona się znaczy! Wiedząc „coś tam, coś tam”, mając „co nie co” pojęcie o tym i o wym, o fotografii i filmowaniu, skupiłem się głownie na możliwościach fotograficznych mojej nowej komórki. Głównie chodziło mi o fotografowanie w słabych warunkach oświetleniowych i o dobrą stabilizację przy kręceniu filmów. Wahałem się między kilkoma producentami, modelami i systemami. Zakochany jestem we wszystkim, co stworzył Samsung – w domu mam wszystko Samsunga, od lodówki, przez kuchenkę, wieżę, smartwatcha, po samochód… (tzn., gdyby Samsung zaczął robić samochody, to bym w ciemno kupił, a póki co szukam sobie Hyundaia Sonaty – także produkcji koreańskiej).

A zatem, wiedząc, co się liczy w fotografii, szukałem smartfona z aparatem, który po 1-sze, dobrze radzi sobie w słabym świetle, a po 2-gie, pozwala kręcić filmy bez trzęsienia się obrazu, nawet alkoholikowi na odwyku z Parkinsonem na karku. Można się spierać do upadłego, czy Samsung jest lepszy od LG, czy Galaxy S7 jest lepszy od LV 20, czy Xiaoping (czyli Xiaomi Mi 5S Plus dogonił już światową czołówkę, czy nie). Itd. itd. Pieprzyć można o zaletach jednego nad drugim do upadłego, jak Rocco Siffredi po koksie. Pieprzenie i spory trwają do chwili, w której weźmie się do ręki iPhone 6S czy iPhone 7 (szczególnie w wersji PLUS). I wówczas trzeba być ślepym, mieć bielmo na oczach, czy filtr ze Snapchata na rogówkach, by nie zauważyć, kto rządzi w dziedzinie filmowania i fotografowania. Ajfon rządzi! Przejrzałem kilkadziesiąt filmów porównawczych, w BestBuy miałem w swoich delikatnych dłoniach każdy model konkurencyjnego telefonu, Galaxy S7, LG V20 (bardzo ciekawy, polecam jako tel. drugiego wyboru), Huawei, ZTE – Axon 7, Pixel od Google (także bardzo dobry), itd. Nic nie przebije ajfona, mówię to obiektywnie, jak jego przeciwnik…

A zatem, tak nastawiony do zakupów, postanowiłem poszukać sobie iPhone na Mikołaja, tzn. „pod choinkę”. Jestem na tyle niegrzeczny, wredny, nie wierzę ani w Mikołaja, ani w Dziadka Mroza, ani w Akbara, ani w KOD ani w Petru, że nie spodziewałem się, że pod choinką znajdę iPhone. Od miesiąca męczyłem znajomych zarówno w Polsce jak i w USA, by mi go szukali. By jeśli wiedzą, że ktoś ma na sprzedaż iPhone 6S PLUS, to niech mi dadzą znać. Jedni mieli je, ale w kontrakcie, i wykup go po zaledwie kilku miesiącach spłacania wynosił ciągle ok. 600$. Inni mieli mi do zaoferowania 6 PLUS bez S za 300$, itd. A zatem, korzystając z Merry Christmas i trochę wolnego czasu od pracy, puściłem się w miasto, jak bezalfonsowa kurewka zdeterminowana na znalezienia jak największej ilości klientów. Miasto moje i wszystkie pobliskie z Detroit włącznie! Jeździłem od salonu do salonu, głównie operatora komórkowego MetroPCS, która to sieć salonów, sprzedając telefony, aktywacje, itd. skupuje od klientów ich „stare” telefony i odsprzedaje je różnym takim Danielkom jak ja z zyskiem. Jednego dnia odwiedziłem około 10-12 takich salonów.

Pierwsze, co nasuwa się po wejściu do każdego takiego salonu to to, że jest się w Syrii, Iraku, Iranie, Dubaju, Katarze, czy jakimś innym takim bliskowschodnim Smarku. Każdy taki salon prowadzi ARAB! Arabowie opanowali trzy branże w USA. Sklepy z… alkoholem (przy okazji także z zakazanymi przez Koran loteriami). Stacje benzynowe i… i jak się okazało, salony telefonii komórkowej. Moi polscy najlepsi koledzy też mają salony i komisy z telefonami i doskonale z nich żyją, moi dwaj przyjaciele i moja fionce także działają w tej branży, więc jestem blisko skoligacony z branżą GSM, także i moim wykształceniem.

Mój trip around the Detroit za ajfonem miał miejsce 22 grudnia. W każdym z tych arabskich salonów byłem przyjmowany jak… szejk Dubaju w Katarze, albo król Zjednoczonych Emiratów Arabskich w Iranie, albo byle kozogwałciciel w Zachodniej Europie. Serdecznie i po przyjacielsku. Oni po prostu potrafią wyczuć klienta. Patrzą na Ciebie tymi świdrującymi, czarnymi lub brązowymi oczami i jestem pewny, że potrafią odgadnąć, że mam w portfelu 732$ gotówką, którą jestem gotów przeznaczyć na nowy telefon. Oni naprawdę to wiedzą i czują. Akbar im podpowiada! A ja, jako, że od 3 tygodni się nie golę na twarzy, a od 3 miesięcy nie ścinam włosów na głowie, jestem bardziej arabski od nich. Mój bliskowschodni akcent (w Polsce mam zaledwie 18km do Ukrainy;) powoduje, że naprawdę, kłaniają mi się nisko, jak swojemu.

I gdy tak wchodzisz do ich sklepu, salonu, komisu z telefonami czujesz to, kim oni są… Są magikami. Gdyby nie mój wrodzony asertywizm, kupiłbym od nich Nokię 3110 za 1500$ dziękując, że zrobili mi zniżkę z 2000$. Potrafią Wam wcisnąć wszystko. Przyszliście po ulotkę, wychodzicie z trzema telefonami. Przyszliście spytać, gdzie jest najbliższa pizzeria, wychodzicie z kilkoma dwuletnimi kontraktami na telefon. Jeden z nich próbował mi sprzedać swojego Galaxy S7 Edge. SWOJEGO! Dwudniowego. Bez locka, za 500$, no jak dla mnie to za 450, bo niestety, dwa dni przed X-mas „moje” ajfony się wyprzedały jako prezenty X-masowe. No, Bro szejku Danielku, nie daj się długo prosić, daję Ci dobrą cenę za mojego własnego, odblokowanego Samsunga…

Co do bro… Pisałem Wam kilka razy, że mam arabską duszę, prawda? Naprawdę ją mam. Niestety… Na szczęście, doklejony jest do niej niearabski rozum. Przeto właśnie wiem, jakie z nas są skurwysyny. Straszne… Że trzeba nas eliminować. Za setki rzeczy, za nasz sposób postrzegania świata, ludzi, zwierząt, kobiet. Ale to temat na dłuższą rozprawkę… Póki co owa rozprawka liczy 108 stron i zakończyła się m.in. zdalnym uszkodzeniem mi laptopa przez jedną ze stron, oraz kolejnym, 30dniowym BANem na pewnym żydowskim portalu… Ale wracając do smartfonów…

Gdy nigdzie nie znalazłem mojego iPhone, i żaden znajomy mi go nie znalazł, pozostało E-bay i Craiglist. Ebay to takie nasze Allegro (logowane konta, gwiazdki zaufania, komentarze, ochrona klienta). Craiglist, to nasze OLX, gdzie każdy jest anonimowy i zazwyczaj umawiasz się z kimś na wymianę „po sąsiedzku”. Zarówno na E-bay jak i na CL można się naciąć. E-bay wprawdzie za oszukańcze transakcje naprawdę oddaje pieniądze, ale tam czasem po prostu łowi się jeleni. Gdy nie doczytasz dokładnie ogłoszenia, możesz kupić puste pudełko (TAK, ktoś wystawia puste pudełko po iPhonie za 300$). Oczywiście tak je opisuje, że jak nie doczytasz dokładnie, to nie dopatrzysz się, że „cellphone not included”. Albo, gdy nie dostrzeżesz na zdjęciu, że „small scratches” na displeju to tak naprawdę kran przejechany przez czołg, albo telefon zrzucony z setnego piętra WTC, to kupisz chłam i jeszcze wyjdziesz na idiotę, ale przecież widziały gały co brały i żaden zwrot Ci się nie należy. Oczywiście wiele ogłoszeń to po prostu telefony skradzione lub niespłacane operatorowi, wówczas jest informacja, że mają BAD ESN, albo BAD IMEI, albo locked iCloud… Sprzedawca „uczciwie” informuje, że sprzedaje taki tel. jako niesprawny, bo nie da się go aktywować, ale „pociesza”, że wprawdzie iCloud zablokowany, ale telefon będzie za granicą działał bez problemu… Tak, będzie, jako zegarek tylko…

Bezczelność wielu sprzedających sięga tak daleko, że dostają ode mnie taką zjebkę, że ogłoszenia znikają – ja po prostu nie potrafię przejść obojętnie wobec idiotów, chamów, oszustów, hipokrytów. Czy to w Polsce czy w USA. Każdemu takiemu chociaż „miło” zwrócę uwagę…

Poświąteczny poniedziałek spędziłem na „negocjacjach” cen mojego nowego iPhone 7 PLUS na Craiglist. Oczywiście z daleka omijałem takie za 300-400$ z Detroit, itp. okolic, gdzie albo za owe 300$ zostałbym zastrzelony, albo dostał iPhone model 1 MINUS (bez S), i musiałbym się cieszyć w towarzystwie jego sprzedawcy i kilku jego kolegów, że w ogóle wróciłem żywy. A zatem szukałem okazji w miarę blisko mnie, we w miarę bezpiecznych okolicach i w miarę rozsądnie brzmiące (gdzie sprzedający sam pisze, by spotkać się na wymianę w publicznym miejscu, w sklepie lub na posterunku policji). Tak, policja udostępnia przed swoimi komendami monitorowane place, gdzie można przyjeżdżać i wymieniać, sprzedawać, itd. w miarę bezpiecznie. A zatem, w miarę bezpieczne były dwa iPhone 7 PLUS. Jeden z 32 GB pamięci za 650$ lekko używany, i drugi 128 GB za tyle samo (nowy). Jeden z kolesi przyciskał na spotkanie dziś, i że spuści mi do 625$ za tego 32GB, drugi proponował spotkanie jutro o 12:00 w BestBuy niedaleko jego pracy. Wybrałem tego drugiego (szczególnie, że po wygooglowaniu jego numeru, który mi podał do kontaktu, wyskoczyło, że to Dentysta z Rochester Hills, czyli świetne okolice). Piszę więc doń, że niestety ale na tygodniu pracuję do 19:00, więc… albo dziś albo sobota. I wiecie co ów miły człowiek uczynił? Zabrał dwoje dzieciaków i o 16:00 w poniedziałek bożonarodzeniowy przyjechał do Best Buy.

Przemiły, radosny, miał czas, by mi pokazać wszystkie kruczki iPhona (bo ma go od pierwszej generacji, a dla mnie to pierwszy ajfon w życiu). Miał czas i cierpliwość przejść ze mną procedury utożsamiania go ze mną. Pokazał nawet, jak tajemnie można wysyłać SMSy. I gdy pokazowo wysłał SMSa do swojej Hubby, że zaraz finalizujemy transakcję i wraca z dziećmi do domu, był już mój. Mówię zatem spokojnie, po angielsku, ale prawie że po arabsku…

- Przepraszam, że to tyle zajęło, i że Twoja habibi musi tyle na Ciebie czekać – powiedział stroskany Danielek. I od razu zapytał, z jakiego kraju arabskiego jest sprzedawca. Nie wyglądał absolutnie na Araba (ja zresztą wyglądam, a nim nie jestem;)

- Urodziłem się w Ameryce, ale moi rodzice są z Palestyny – powiedział przemiły Pan.
– Oj macie tam teraz nieciekawie, wiem coś o tym – powiedział ze smutkiem Danielek, znawca spraw bliskowschodnich.
– Bla, bla, bla…
– Bla, bla, bla…
– To jaka jest ostateczna cena za tego NOWIUTKIEGO, srebrnego, 128 gigowego, odblokowanego iPhone Seven PLUS – spytał Danielek, który nigdy nie płaci za miejsca parkingowe, za seks i nie przepłaca za telefony (jak i za nic innego też nie przepłaca).
– 600$ będzie good. – powiedział uradowany pan Jasir Arafat junior.

Gdybyście zobaczyli serdeczność jego uścisku po tej transakcji. To było nasze „cześć” z domykaniem przez niego serdeczności drugą dłonią. Podawanie sobie dłoni jest odwiecznym dowodem na to, że nie ma się w tejże dłoni broni, którą można zaatakować. Gdy ktoś daje Ci „cześć” jakby dwoma dłońmi, okazuje Ci pełną serdeczność, zaufanie, szacunek. Tak samo pożegnał się ze mną jego około 7-8 letni syn. My, Arabowie musimy się trzymać razem… Teraz cały świat nam przeciwny… ;)
Tak samo serdecznie (no może bez podawania ręki) witał i żegnał się ze mną każdy ze sprzedawców we wspomnianych wcześniej komisach. Uważaj na siebie, Bracie. Wróć za kilka dni, na pewno zatrzymam dla Ciebie jakiegoś Ajfona. Brakowało mi tylko „niech Cię Akbar” prowadzi i już byłbym w n-tym niebie z Huryskami.

Wkrótce opiszę Wam, jak kupuję już od kilkunastu dni laptopa Open Box w Microcenter. Lenovo z freezing touchpadem;) Rozkręciłem go na czynniki pierwsze i wkrótce oddam, bo 200$ za 15 calowego laptopa z procesorem i5-5020U, 8GB RAMu, 500MB dysku uważa, za „za drogo” ;)

    

1. W ogłoszeniu „stało jak byk przed torreadorem”, że telefon ma „lekko porysowany ekran”… NIC sprzedawca nie napisał o tym, że ekran został rozgnieciony, jak ślimak w ustach wygłodniałego Francuza…
2. Łowca jeleni… PIĘĆ tysięcy dolarów za iPhone, którego normalnie bym wyrwał za maksymalnie 800$!
3. Dla wszystkich śmiejących się ze mnie, że na stare lata zgłupiałem i że mam teraz iPhone! Nie kupiłem sobie iPhone, by mieć Ajfona! Po prostu kupiłem sobie kolejnego,  128 gigowego pendrive z funkcją dzwonienia i robienia semojebek ;)

Zablokowanie mnie na kolejne 30 dni na FB tym razem nie nastąpiło przez Arabów, przez lesbijki, gejów, a przez KOD!
Czaicie, że ten trojan Sorosa w Polsce dołączył do żydowskiej short-listy tematów nietykalnych? Świętych krów? Bo chyba wiecie, że Kijowski wiosną tego roku spotkał się w Washingtonie z przedstawicielami amerykańskich władz…? Na szczęście Hilaria poszła się pie… pałować i tylko dlatego jeszcze na warszawskich ulicach nie ma Majdanu…
Zróbcie proszę wszystko, by go NIGDY nie było! Tego Wam, w 2017 roku życzę! 

Będzie to notka nie byle jaka, bo dowiecie się z niej, jak Syryjka w banku ucięła mi Ptaka…

Jak na zodiakalną wagę przystało, w Black Friday wahałem się na tyle długo nad tym, co chcę sobie kupić na Mikołaja, że albo wyczerpały się zapasy tych wszystkich dronów, albo drony odleciały w siną dal, albo smartfony powróciły do swoich codziennych cen (czyli np. mój przyszły Honor 8 na newegg.com zdrożał z 265$ do 399$). Tak, spontanicznie chciałem zakupić sobie właśnie tego Honorka, by mieć dwie karty sim w jednym telefonie i by cykać całkiem ładne samojebki mojemu lustru w łazience. Wpadam zatem na net by nabyć telefon online (na tej stronce póki co nie płacę 6% podatku TAX z racji, że jest to handel elektroniczny, podczas gdy kupując na Jet.com, Walmart.com czy BestBuy.com takowy podatek płacę). Wpadam na stronę internetową mojego banku i okazuje się, że mam na koncie tylko 256$, podczas gdy telefon kosztuje… 265$. Słownie DZIEWIĘĆ dolarów dzieliło mnie od szczęścia posiadania nowego telefonu.
Wpadam zatem dzień później po pracy do banku (tak, to ten wiele razy opisywany bank Huntington, gdzie pracują debile, którzy nie wiedzą, co znaczy słowo Free, NO Charge, NO Fee i którzy nie potrafią przepisać danych osobowych z prawa jazdy, itd.).

To była moja druga wizyta w tej placówce. Mnie się oczywiście zawsze pamięta, więc gdy pojawiłem się tam drugi raz, panna Idris już z daleka mnie przywołała, by znów mieć zaszczyt przeprowadzenia ze mną operacji bankowej.
– Dzień dobry, w czym mogę Ci dzisiaj pomóc? – zapytała Idris z nieamerykańskim akcentem. Oczywiście zapytała po angielsku, ja tu piszę tłumaczenie;)

Zawsze mam tak, że przysłuchując się obcokrajowcom, czy to w Polsce czy w USA, próbuję odgadnąć język, którym się posługują. Niemca, Francuza, Włocha, Hiszpana, rozpoznać łatwo. Podobnie Ruska. Ale już Ruska odróżnić od Ukraińca… Gorzej jest z językami bałkańskimi czy ze skandynawskimi, prawda? Więc z takim właśnie trudem nie mogłem rozpoznać akcentu pani Idris.

- Chciałbym wpłacić 500 dolarów (słownie: PIĘĆSET USD) na moje konto – odpowiedziałem bez akcentu. Ja mówię tak niewyraźnie w każdym języku, że trudno zrozumieć cokolwiek, więc co dopiero doszukać się akcentu.

Idris wzięła moje prawo jazdy i dalej już mówiła do mnie po imieniu. Jak się dziś czujesz, Danielle? Nie chcesz założyć sobie karty kredytowej, Danielle? Itd. I właśnie słysząc wymowę mojego imienia w jej ustach zrozumiałem, dlaczego tu na Daniela mówi [Deniol]. Po prostu wymowa [Daniel] zarezerwowana jest dla kobiet o imieniu Danielle. I tym oto sposobem, miła, uśmiechnięta, bezburkowa Syryjka, której akcentu nie rozpoznałem, uczyniła mnie Danielą;)
– No daj się namówić na kartę kredytową, Danielle – nagabywała mnie Idris. Jeśli wydasz nią przez dwa tygodnie 500$, dajemy Ci 100$ gratis. Będzie na świąteczne prezenty jak znalazł. No… chcesz prawda? – ciągnęła Idris…
– Nie chcę! Jak widzisz, mam zawsze pieniądze na koncie, więc nie potrzebuję karty kredytowej. Wiem, że macie plany do wykonania i każdego namawiasz, ale mi jest ona niepotrzebna. Poza tym, zawsze są tam jakieś opłaty, a ja nie lubię płacić za coś, co jest mi zbędne – walczyłem z wpychającą mi kartę panną Idris
– Nie, nie ma żadnych opłat. Wyglądasz na rozsądnego człowieka, więc jeśli tylko będziesz na czas regulował wystawiane przez bank rachunki za płatności, to karta nic Cię nie kosztuje. I 100$ … za darmo…

No i namówiła mnie wredna baba do wyrobienia sobie karty. Ja, bez stałych dochodów, bez stałych wpływów na konto, bez pensji, bez umowy o pracę, bez zaświadczenia o pracodawcy o zarobkach, z zaledwie 256 $ na koncie, dostanę w ameryańskim banku kartę kredytową. Ale jak to u mnie bywa, nie może być za łatwo. Dwie panie z banku (tuż obok Syryjki była murzynka, która kiedyś nie wiedziała co znaczy termin „FREE”, i „No Charge” i „No Fee”) zatrzymały się na tym puncie wniosku w którym wpisuje się dokument z którego wyczytały moją tożsamość. Konto, lata temu założyłem sobie na… polski paszport. A co! Pewnie było tam wpisane jeszcze amerykańskie prawo jazdy, ale że te odnawia się co 4lata, to już tamto wpisane do ich bazy straciło swoją ważność. Tak samo swą ważność stracił mój polski paszport. Panie zapytały mnie, czy wyrobiłem sobie nowy, czy może pamiętam, do kiedy jest on ważny i… przepisały dawny numer jako nowy. Są pewne na 200%, że mój nowy polski paszport ma taki sam numer, jak stary! Były gotowe się o to założyć…! To już powinno dać mi do myślenia, że u tych dwóch idiotek lepiej nie zakładać sobie niczego, prócz ręki na rękę, czy nogi na nogę, czy kurtki na plecy… Ale brnąłem dalej…

- Gdzie pracujesz? Ile miesięcznie zarabiasz? Mieszkasz we własnym domu czy wynajmujesz? Ile wynoszą Twoje miesięczne wydatki na utrzymanie domu? – zapytała Idris, Iris czy jak jej tam…

Gdy powiedziałem, ile mniej więcej miesięcznie zarabiam, i system przemnożył jej to przez 12 miesięcy, zrobiła się całkiem poważna sumka! Od razu kazałem jej jednak wpisać tę mniejszą kwotę (bo podałem, że zarabiam pomiędzy XXXX a YYYY), by… no by. Przecież w USA jestem zaledwie przez połowę roku w roku, więc takiej kwoty to ja na oczy nie widzę nigdy. No ale klik już poszedł i czekam teraz na nieprzyznanie mi karty kredytowej albo na przyznanie mi „prywatnego doradcy finansowego” z amerykańskiego systemu fiskalnego… ;)

- A gdzie spędzasz drugie pół roku? – zapytała ciekawska Idis, Iris, czy może wręcz ISIS?!
– W Polsce, jestem z Polski. A Ty?
– A ja z Syrii… – odpowiedziała o wiele za późno panna Idris. Gdybym to wiedział wcześniej, to nie założyłbym u niej nawet kefiji na moją szlachetną, włoską według jej mniemania głowę, a co dopiero karty kredytowej!
– Myślałam, że jesteś Włochem – kontynuowała swoje zaczepki Idris, ale Danielek (tzn. Daniella) była dzielna i nie dawała się wciągnąć w damsko – damskie rozgrywki.

Był wtorkowy wieczór. Wróciłem do domu, wpadłem na newegg i… i niestety niespodzianka! Dzień wcześniej, w poniedziałek na owej stronie mój Honor jeszcze widniał za 265$ z uwagą, że promocyjna cena trwa jeszcze dwa dni (słownie: DWA dni), a tu już we wtorkowy wieczór cena wróciła do normy (399$). Wrr, brr i GRR!

Ale o wiele większe GRR, i WRR zrobiłem, gdy w sobotnie popołudnie zerknąłem na bilans mojego konta w banku i nie wpłynęło nań owe 500$, które wpłacałem kilka dni wcześniej u Idris! To nie miało prawa mieć miejsca, gdyż pieniądze tak wpłacane, księgują się natychmiast! Zazwyczaj nie biorę wyciągu z dowodem wpłaty, albo wyrzucam go tuż po powrocie do domu, ale tym razem go zachowałem. Patrzę o oczom nie wierzę.

Idris (której imię powinno się chyba pisać jako IDrisk), która miała przed sobą mój amerykański dowód osobisty (tzn. prawo jazdy), która z niego wstukała moje dane osobowe, która mnie jeszcze pytała, czy mój adres, który jej się wyświetla z komputera jest aktualny, wpłaciła jakimś cudem moje 500$ na zupełnie inne konto! Na wydruku z potwierdzeniem wpłaty nie ma żadnych danych osobowych, tylko są cztery ostatnie cyfry numeru konta (których nie mamy obowiązku pamiętać) i jest stan konta przed zasileniem (mój wynosił 256$, a ten z wydruku wynosił 78$). Czyli wpłata poszła NIE NA MOJE KONTO!

Pół doby stresu, czy uda mi się to jakoś odręcić i w niedzielny poranek gonię do tegoż banku (ma siedzibę w markecie, więc działa nawet w niedzielę). Obsługuje mnie Amerykanin Jason. Tłumaczę, co zaszło, pytam, jak mogło do tego dojść i on też nie miał pojęcia. Jakimś cudem odczytał z mojego wydruku cały nr konta, na które poszły moje pieniądze. Ustalił numer telefonu mylnie obdarowanej moimi pieniędzmi osoby i w niedzielne południe zadzwonił do jakiejś tam Amanda, czy kilka dni temu nie dostała niespodziewanie 500$ na konto?

No pewnie, że dostała. A, że nie widziała od kogo, to przelała je sobie na konto oszczędnościowe. A więc pyta Jason, czy z racji tego, że zostały one przelane przez pomyłkę, to czy może je cofnąć z powrotem na właściwe konto? No nie ma sprawy, zabieraj, odlewaj, przelewaj, cofaj, skoro jakaś cofnięta w rozwoju Idris popierdoliła sprawę. Jason oczywiście nie wie, jak to zrobić, więc obdzwania w niedzielę połowę ludzi z centrali, by jakoś to odkręcić. Dostaję informację, że może to potrwać 5 dni roboczych.

- Jakie rampampam pięć dni roboczych?! – wkurza się Daniella. Ja chcę moje pieniądze jak najszybciej! I tak straciłem przez Was blackfridayowy Deal, tracąc 134$ na telefonie – piekli się Daniella.
Jason znów dzwoni, kolejna szefowa pozwala mu udzielić mi jakiegoś kredytu na 500$, który wejdzie na moje konto już jutro. Sorry, very sorry, holly glory.

Czy trzeba Wam więcej dowodów, że w Ameryce pracują DEBILE? Dzień wcześniej rozmawialiśmy w pracy o tym, że jeszcze nie spotkaliśmy żadnego Araba, który by pracował SUMIENNIE, dokładnie, z głową. Jeśli coś ma zrobić, to robi to na ODPIERDOL! Zawsze! By mieć więcej czasu na swoją habibi, na swoją kozę, czy na swoje rampampamy! Wystarczy pojechać do dowolnego kraju arabskiego, zagościć w dowolnym hotelu dowolnej klasy, by stwierdzić, że wszystko jest odpierdolone jak przez pijanego polskiego majstra w poniedziałkowy poranek. No może w Dubaju i ZEA wszystko jest cacy, bo inaczej szejk upierdoli im nie tyle wypłatę, co głowę, ale w reszcie świata, arabowie robią wszystko na odpierdol! (ty się niewierny ode mnie!). I tak też Idris zasiliła „moje” konto.

Gdy już wszystko się wyjaśni i wyreguluje, gdy już wpłyną pieniądze od Amandy, spróbuję wystąpić o jakieś zadośćuczynienie, co?
A żeby nie było, że debile są tylko w USA, przytoczę Wam dzisiejszy przypadek z moich ogłoszeń na OLX. Jest to jeden z kilkunastu, który miał miejsce z moimi ogłoszeniami na tymże portalu.

Ale o tym dopiero jutro…

1. Wkrótce opublikuję tu swoją kartę (gdy mi ją wydadzą). Zrobicie nią zakupy na te 500$, bo ja nie mam pomysłu, co sobie kupić. Wówczas dadzą mi 100$ „w gratisie”;)


  • RSS