Stany.blog - USA widziane z 360stopni przez 365dni!

Jeśli Ci się spodoba to, co tu znajdziesz, to... wiesz chyba, po co jest tu klawisz LIKE IT? Tweet it? Ewentualnie FUCK it?;)

Ile razy pisałem Wam o… ociężałości umysłowej Amerykanów? Dużo razy. Bardzo dużo. A to i tak o wiele za… mało razy! Oczywiście opinie o ich IQ są sprzeczne i wielu z Was uważa ich za geniuszy. Bo mają NASA (stworzonego przez syna niemieckich imigrantów), wahadłowce, niewykrywalne samoloty (j. w.), bo latają w kosmos, bo stworzyli Apple’a (to akurat syn syryjskiego imigranta), bo stworzyli Facebooka (to akurat Izraelczyk), itd.

Przykłady ich zarówno geniuszu, jak i „geniuszu” mógłbym mnożyć setkami. Jednak ich „geniusz” mogę podnosić do potęgi n-tej i jeszcze to wszystko SILNIOWAĆ!

To, co zaskoczyło mnie kilka dni temu to… mój ulubiony bank – Huntington. Opisywałem parę notek temu, co dla idiotów tam pracujących znaczą zwroty: „Free”, „Gratis”, „no Fee”. Wczoraj byłem „skeszować” mój ostatni czek i cóż mnie znów zaskoczyło?

- Możemy Ci go skeszować jedynie do wysokości środków, które masz na swoim koncie – powiedziała młoda pani z placówki mojego banku w markecie Meijer.
Jest to takie zabezpieczenie banku, gdybym chciał keszować czek bez pokrycia, wówczas oni pokryją go… moimi pieniędzmi, a ja będę w czarnej dupie, że byłem tak durny i przyjąłem od kogoś czek bez pokrycia*.
– Co Ty mówisz? Jakie limity środków. Przecież to czek z Waszego banku! Dziesiąty czek od tego samego wystawcy, od mojego szefa, który realizuję w przeciągu ostatnich 3miesięcy! – mówię spokojnie, gdyż dżentelmeni o pieniądzach jeśli już rozmawiają, to spokojnie, by dobrze było słyszeć ich szelest…

Niunia pracująca w banku po prostu nie umiała sprawdzić, skąd pochodzi czek. To mówię do niej: Zobacz, spellujmy razem. Ejcz. Ju. En. Ti. Aj. En. Dżi. Ti. Ou. En – Huntington! BINGO!

Nie mam więcej pytań i wątpliwości. To są DEBILE! Chociaż urażam teraz debili, bo większość debili w wydaniu polskim, byłaby menadżerami, albo wręcz prezesami takich banków, biur, itd.

Kolejny dzień i kolejny zabawny przykład. Stoję sobie w kolejce na lotnisku. Kolejka wielka, bo jest sobotnie popołudnie w weekend poprzedzający ich święto 4 lipca. Podchodzi do mnie około 40-45letni facet z około 15-letnim synem i pytają, którą mam godzinę na swoim smartwatchu. Wokół tysiąc tablic odlotów, przylotów, wyświetlacze odpraw, a na każdym z nich oczywiście wyświetlona godzina. Ale oni pytają mnie. Ja po prostu mam jakiś dziwny ściąg do idiotów. Zapewne z racji tego, że przeciwieństwa się przyciągają i geniusze ściągają do siebie takich różnych intelektualnych cudaków.

A mój smarkwatch jak na złość pokazuje godzinę „z dupy”, gdyż nie mając telefonu Samsung, nie mogę tego mojego Gear 2 zsynchronizować i nawet godziny ustawić! Pokazuję im zatem wyświetlacz mojej X-perii, na którym widnieje wielka godzina: 16:22.

- Oo, sir… it’s military time?! But what time is in our? – zapytał ojciec oddając mi w tym samym momencie wojskowe honory, jako żołnierzowi! JARZYCIE?! Przeżyć całe życie bez świadomości, że ich 4:22 PM to dla 97% świata 16:22! Ich wieloosobowa rodzinka, której IQ trzeba by chyba zsumować, by wyszedł z tego jakiś jeden nieupośledzony przedstawiciel z należnym mi szacunkiem patrzyła na mnie przez dalszą część odprawy. Że bronię ich kraju przed ISIS, że narażam życie, bo w telefonie mam „wojskowy czas”.

* – kilka dni temu w pracy odkryłem nową definicję „czeku bez pokrycia”. Gdy po otrzymaniu od szefa czeku, następnego dnia mój współpracownik przyszedł smutny do pracy, zrozumiałem, że tego wieczoru i nocy raczej nie miał „krycia”. I stąd wziął się czek bez pokrycia – dajesz swojej kobiecie czek, a ona nie daje Ci krycia;)

1. Jakim cudem ten naród pomógł nam zwyciężyć wojnę?! Skoro oni nie odróżniliby hitlerowca od polskiego partyzanta. Trupiej czaszki SS z czapki SSmana od polskiego Orła z beretu obrońcy Warszawy. 

List już posłany między obłoki, teraz czekajmy do 1 lipca na wynik losowania…
Wygrana PRZERAZIŁABY mnie TOTALNIE, gdyż musiałbym się wywiązać z danej obietnicy…
Mam szansę jedną na 258milionów 890tysięcy 850, czyli 1:258.890.850 – wygląda to jak jakiś tajemny IP komputera, co?;)

Gdyby się okazało, że przez miesiąc lub może teraz nawet 3 miesiące mój profil osobisty lub blogowy FB milczy, to zapewne przez tę poniższą błahostkę. Wówczas totalnie poślę Zuckerberga do nieszczęsnego miejsca ostatecznej wędrówki… nieszczęsnego miejsca przybycia… jakże złego miejsca wypoczynku… gdzie będzie drewnem dla kary ognia palącego…

List ma już tydzień, ale widać nasz Wielmożny zajęty jakiś, na wakacjach może, bo nie dał mi wygrać tych 333mln USD. Tworzę zatem kolejny list do konkurencji, ale wiem, że muszę tak uważnie ważyć słowa, by na spotkanie z moim karkiem nie wybrała się maczeta dżihadowa. A zatem, do naszego „Bogu” szło to mniej więcej tak:

<><   <><   <><
Drogi Ojcze Wszechmogący…

Jak wiesz, mam do Ciebie i Twojego istnienia ambiwalentny stosunek. Wiem jednak, że bardzo mnie lubisz, co wielokrotnie udowodniałeś ocalając mnie z różnych karkołomnych sytuacji… Raz jeszcze dzięki. Szczególnie, gdy przespałem ze zmęczenia prawie całą trasę między Lyonem a Montpellier (nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że przespałem ją prowadząc auto…).

A pamiętasz, jak dwie dekady temu miałem syndrom Jezusa. Mieszkałem wówczas we Wrocławiu i po ujrzeniu połamanego we wszystkich możliwych kończynach żebraka na Placu Grunwaldzkim, postanowiłem leczyć ludzi.

Ludzie jednak jak wiesz, są niewdzięczni i gdy wyprostujesz takiego Quasimodo, to zamiast Ci dziękować, to drze ryja, że ZUS zabrał mu rentę, że ludzie nie rzucają mu już „co łaski” i że woli znów być kuternogą. Dlatego zaniechałem zabaw w uleczanie…

A pamiętasz… No pewnie, że pamiętasz! Ty wszystko pamiętasz, Ty masz chyba ze 100 YB (Jottabajtów) dysku w tej swojej głowie. A SSD czy HDD?

Aaa… tu Cię zaskoczę i… No tak, Boga nie da się zaskoczyć. Nie można mieć dla Niego niespodzianki, bo on wie wszystko. Smutne masz życie, prawda? Zawsze wiesz, co będzie na obiad, kto wygra mecz, itd.
Aa… i tu Cię zaskoczę! Nie chcę wcale, by Polska wygrała Euro 2016! Gotcha! Polacy piszą do Ciebie listy w tej sprawie, ale ja mam inny interes.

„333″… mówi Ci to coś? Tak, to 1/3 Twojej Boskiej cyfry. No i 1/2 cyfry Lucyfera. A dzisiejszego wieczora jest to JackPot w amerykańskiej loterii MegaMillions. I tu mam do Ciebie WIELKĄ prośbę.

Podpowiesz liczby? Proooszę… Możecie to zrobić na spółkę. Dwie liczby Ty, dwie Jezus i dwie Duch Święty (oczywiście ta druga, ostatnia liczba od świętoduszka to niech będzie MegaBall).

Co oferuję w zamian. Znasz mnie, więc wiesz… że wiele. Mimo, że nie lubię ludzi, to jednak altruista ze mnie straszny. Nie chcę, jak moi znajomi, kupić sobie 10 domów w najlepszych lokalizacjach świata, 100 najszybszych samochodów, i dupczyć do końca życia modelki z instagrama.
Nie chcę, jak inny mój znajomy, skończyć życia zaćpany w bangkockim burdelu z kilkoma azjatyckimi petitkami w łóżku na raz.

Chcę tylko… cztery bomby atomowe i gwarancję, że uda mi się je odpalić w miejscach, które zamierzam (dla tych, którzy zgadną gdzie, odpalę po 1promilu z tych 333mln $). Tzn. przeleję na Wasze konto, bo odpalanie w tym przypadku brzmi złowrogo.

Chcę zaprowadzić NOWY ŁAD na tym coraz to gorszym świecie. Jako jeden z niewielu wiem, gdzie posadzić te wielkie grzyby, by… by ŁADunek atomowy naprawdę wprowadził ład nowy.

Zrobię to na Twoją chwałę, byś miał spokój na kolejne 333 lata (BOOM, kumulacja! Ilość lat jakie minęły od Bitwy pod Wiedniem i Jackpot noszą tę samą cyfrę). Zrobię to też, by anielski orszak nie zapracował się na śmierć, gdy … no wiesz, gdy co się stanie.

Pomóż proszę, bo wiesz, do kogo będzie kolejny list, prawda? Do konkurencji…

Z poważaniem.
– Danielek

1. Tak wygląda w teorii… kilka miliardów dolarów… Na kupony wydałem pewnie ze 100$, wygrałem dzięki nim… 2 USD. Wy nie chcecie mi podawać cyfr, więc pozostaje tylko gorliwa modlitwa do Najwyższego… ;)

Była noc z niedzieli na poniedziałek. Godzina 2:05. Właśnie spałem od ponad dwóch godzin, po pierwszym od wielu tygodni wolnym weekendzie (z racji meczu Polska – Szwajcaria, który według amerykańskiego czasu zaczynał się o 9:00 rano w sobotę, nie było sensu już iść do pracy po meczu, i miałem wolne).

Śpię sobie smacznie. Chyba śni mi się Rafał (mój super, extra szef), bo gdy ktoś zaczyna walić do drzwi na dole, mówię przez sen: „Rafał, weź idź otwórz, to pewnie Twój teść albo „babcia” nie mogą się dostać do domu”.

Ej… Guys, sorry, nie jestem tęczowy! Po prostu przed snem myślałem, co czeka mnie za 6godzin w poniedziałek w pracy, więc nie dziwne, że śniła mi się albo praca, albo koledzy z pracy. Rafał ma żonę, dwójkę dzieci i… A i ja też jestem w 99% heteroseksualny.

Wstałem zatem i skołowany zszedłem w samych tylko gaciach (białych CK Underwear, jakby ktoś chciał wiedzieć w czym znoszę jajka schodząc po schodach). Schodzę, by sprawdzić, kto to puka, a wręcz wali do drzwi jak wojowie Imperium Osmańskiego do bram Konstantynopola w 1453 r. Rozchyliłem żaluzję i widzę… policjanta. Rozchyliłem kolejną z drugiej strony mieszkania, dwóch następnych łazi wokół okien i latarkami świecą do środka.

Podchodzę do drzwi i popełniam pierwszy błąd – otwieram, by zapytać o co chodzi?
Zasada bezpieczeństwa jest taka, że należy zadzwonić pod 911 i spytać, czy wysłano pod nasz adres prawdziwych policjantów, czy przybyli przebierańcy…

- GDZIE JEST OFIARA?! – zapytał policjant przez drzwiowy screen (czyli te takie drugie, szklano-siatkowe drzwi).
– Jaka ofiara?! – zapytałem zaspany czując, że może pytają o mnie, jako o lame duck, czyli victim of fate;)
– Czy mieszka tu jakaś kobieta i gdzie ona teraz jest? – pytał dalej policjant.
– Mieszka tu moja matka, ale teraz jest w pracy – odpowiedziałem ziewając, dając do zrozumienia, że mnie zbudzili.

Policjant spojrzał na mnie półnagiego, spojrzał na to, że jestem w samych tylko majtkach i chwycił za broń!
– On ma Glocka w gaciach! – wykrzyknął do swych kolegów.
– Nie ku%@a, to nie Glock, to Magnum brudnego Harryego! – krzyknął drugi chowając się za doniczką z kwiatkami mojej matki.
– To Desert Eagle! – wykrzyknął trzeci, schowany za drzewem, przypatrujący się mojemu Wacławiuszowi przez lornetkę,
– Spadajcie pajace! To jest Polish Eagle! Dwujajeczny jak makaron Barilla, a nie żaden Glock czy Beretta – odpowiedziała moja wyobraźnia.

Policjant rzeczywiście spojrzał na moje gacie, ale nie chwycił za broń tylko za gruchę swojego radia i podał do oficera dyżurnego, że nie słyszy ani nie widzi pod tym adresem żadnych aktów przemocy.
Zamknąłem drzwi, wróciłem na górę, popatrzyłem przez okno, jak trzech policjantów poszperało jeszcze po innych mieszkaniach swoimi latarkami, w tej samej chwili dojechała też karetka i wielka jednostka straży pożarnej i poszedłem spać.

Gdy matka wróciła, postanowiła zadzwonić na komendę, by się dowiedzieć, o co chodziło? Chciała wiedzieć, kto to zgłosił, czy trafili pod właściwy adres, itd. Pamiętacie moje zmagania z infolinią WOW? Gdy po 10-12 x trzeba było dzwonić, by odebrał ktoś o intelekcie tylko niewiele wyższym od małpy? Tu też matka dodzwoniła się… no tak, na policję, czego ja wymagam…;)

Koleś który odebrał, a którego było zrozumieć równie trudno, jak księdza z Ghany, nic nie wie, on nic nie może sprawdzić, komputer mu nic nie chce powiedzieć, ani odnośnie tego, czy pod nasz adres kogoś o 2:05 wysyłano, ani czy dzwoniono w sprawie jakiejś przemocy na naszym osiedlu.

Ja jestem luzak. Do każdego z tego typu przeżyć podchodzę na takim luzie, że zbywam wszystkich siłą spokoju. Ale wyobraźcie sobie, jak 15lat temu, taka sama sytuacja spotkała moją ciotkę. Tylko, że wówczas wpadło do niej policjantów siedmiu + koleś z Immigration, co oznaczało, że weszli bez nakazu do domu, a nie grzecznie sobie gaworzyli przez drzwi. A ciotka znała tylko kilka słów „na krzyż” po angielsku. Zadeptali wszystkie dywany, przejrzeli wszystkie szafy, bo jakaś nielegalna imigrantka podała adres matki jako ten, pod którym jest dostępna.

OK, pora spać. Ciekawe, kto dziś zastuka i o której? Dziś już na pewno wyślę Rafała, by otworzył. To nic, że mieszka 15km ode mnie i śpi grzecznie przytulony do żony… Niech idzie i z nimi gada. I niech tłumaczy się ze swojego Kolibra, podczas gdy mój Eagle przemówił do nich sam;)

PS Rafał przeczytał powyższy post i przyczepił się dwóch rzeczy:
Po 1-sze, dlaczego nosi w mojej opowieści imię Rafał? A bo dlatego, że oczywiście muszę zmieniać personalia, by się nikt nie gapnął, kto jest kim. Gdybym używał jego prawdziwego imienia, to by się czepiał, czemu nazywam go po imieniu – czyli Mateusz?
Po 2-gie, Rafał zawsze się irytuje, gdy piszę coś o jego Kolibrze. Ma w domu kilka jednostek broni palnej, w tym długiej, więc kaliber … ma duży tylko w dwururce. No ale by się nie czepiał, to muszę napisać alternatywny przebieg tej historii z policją przed moim domem.

Rafał zszedł otworzyć drzwi dobijającym się policjantom. Był w samych slipkach. Policjant odruchowo zerknął tam, gdzie każdy mężczyzna nosi narzędzie gwałtu i powiedział:
– Dostaliśmy zgłoszenie, że w tym domu dochodzi do jakiejś przemocy domowej na kobiecie, ale widzę, że u Pani wszystko w porządku… ?

1. O taki mniej więcej skład zawitał do moich drzwi. Tu jest fotka z podobnej wizyty u moich sąsiadów zza ściany. Na sąsiadów przygotowaną mieli długą broń, do mnie zastukali tylko z krótką i taserami, tak nieposzlakowaną opinią cieszę się na tym osiedlu (mój kurator może być ze mnie dumny :)

Wiem, że obiecałem pisać częściej i więcej, ale po prostu czas mi zmalał w tej Ameryce strasznie! W porywach wykonuję trzy prace na raz. Jedną fizyczną (dla podratowania mojej topiącej się w tłuszczu sylwetki) i dwie umysłowe. I skumulowało mi się przez ostatni czas wszystko tak, że nie miałem czasu nawet dla siebie.

Dopiero dziś mam chwilę, by opisać wesele, na którym byłem dwa tygodnie temu. Na weselu tym byłem filmowcem, nakręciłem 4,5 godziny materiału (45min Błogosławieństwa w domu, 1godzinę ślubu w kościele, i 3godziny imprezy weselnej) z czego powstało finalnie – 2h55′ filmu. Zastanawiając się, dlaczego kamerzyści biorą tyle forsy za nakręcenie wesela, albo klnąc na nich, że kolejny tydzień czekacie na film ze ślubu, spróbujcie zrobić to kiedyś samemu, a dowiecie się, że to nie jest tylko bieganie z kamerą i włączanie i wyłączanie REC. Praca zaczyna się dopiero w domu, gdy się owe filmy zgrywa i obrabia.

Przejrzenie i opisanie 4,5godzinnego materiału – 6godzin.
Wycięcie scen z których później zmontuje się film – 9 godzin.
Sklejenie tego ze sobą, wstawienie czołówek, napisów, przejść – kolejne 3godz.
Renderowanie przez komputer (czyli przerobienie z formatu wyplutego przez kamerę do formatu czytanego przez DVD czy TV) – 12godzin.
Renderowanie kopii bezstratnej – 8 godzin.
Wysłanie 17GB filmów na Youtube – 15godzin
Nagranie 2 kopii DVD + materiału + zdjęć – 2godziny
//55 godzin + oczywiście 12 godzin kręcenia kamerą = 67 godzin! TRZY DOBY!

Dlatego właśnie dwa ostatnie tygodnie byłem nieobecny dla żywych. A jako ciekawostka powiem, że renderowałem owe filmy… LAPTOPEM! To jakby wozić urobek z kamieniołomów… w „bagażniku” malucha! Wcześniej przeczytałem na necie post Amerykanina, który narzekał, że mając komputer z ośmiordzeniowym procesorem na płycie z czipsetem X99 z 128GB RAMu, nVidia 980GTX, najszybszym dyskiem systemowym Samsunga M.2 SSD, oraz czterema takimi samymi 256GB SATA RAID, itd., ciągle umiera z nudów przy czekaniu na przerenderowanie filmów (wprawdzie on robi je w 4K, a ja tylko w FullHD, ale jego stacja robocza jest w porównaniu do mojego laptopa – kosmiczna)!

A tak na marginesie. Mój laptop ma cztery lata. Ma Procesor I-7 drugiej generacji, który jest szybszy od 90% obecnych procesorów i-7 generacji 3-ciej, 4-tej, 5-tej i 6-tej! Tak Was robią w bambuko, że płacicie w 2016 roku za laptopa tyle samo, ile ja dałem za niego w 2012, i mimo to ja mam go szybszego niż Wy. OK, mój żre 3x więcej prądu, ale kupiłem go nie po to, by był Green i ECO, ale by zapierdzielał, a nie dmuchał i chuchał na żabki z Doliny Rospudy.
Gdy zobaczyłem, że temperatura procesora (każdego z rdzeni) przekracza 95stC, a na Necie ludzie piszą, że ich laptopy odeszły z tego świata przy 85stC, wziąłem się na sposób i postawiłem laptopa na wywiewie klimatyzacji. W gorący dzień wszystko OK, bo klima i tak chodziła, ale co, gdy wieczorem na dworze było zaledwie 20stC… Też się klimatyzowałem. Przez całe kilka godzin renderowania non stop. W domu zrobiło się tak zimno, że by się ogrzać – wchodziłem do lodówki. Ale film w końcu jest:) I nawet jestem z siebie zadowolony. Nie wiem, jak zleceniodawcy tego zadania, bo jeszcze im nie oddałem płyt;)

Dobra, dosyć już tych technicznych głupot, wszyscy czekacie na to, jak opiszę, jak wygląda wesele po amerykańsku? Nie wiem jak, bo było to wesele mieszane. Córka Polaków (urodzona tutaj, w USA), a mąż Amerykanin. Obydwoje po 26lat.

Najpierw, po naszemu – błogosławieństwo w domu panny młodej. Pięć druhenek w niebieskich sukienkach, pięciu drużbów w czarnych garniturach. Pan Młody z butelką Stolichnej i Tequilli wpadł wykupywać pannę młodą. Na Stoliczną tato nie reagował, ale ulubioną Tequillę z przyjemnością zamienił za Jessicę.

Później błogosławieństwo, sesja z profesjonalnym fotografem i wiooo do kościoła.
A w kościele – antychryst! Czarny ksiądz! I to prosto z Ghany czy skądś tam, więc nie rozumiałem ani jednego słowa jego kazania, modlitwy, czy udzielania ślubu! Kobieta, która pilnuje porządku w kościele i prawidłowego przebiegu ceremonii zabroniła mi, jako kamerzyście podchodzić pod ołtarz, naruszać krąg, który tworzą drużbowie stojący po prawej, młodzi stojący przed księdzem w środku i druhenki po lewej. I weź tu coś nakręć dobrego od dupy strony, gdy Panna Młoda zakryta cała welonem, sukienką i widać tylko tyły głów?! W Polsce gdy nieraz cykałem wesele, mogłem wejść nawet na ołtarz czy stół mszalny dla lepszego ujęcia, bo skoro „co łaska” była okazała, to się płaciło i wymagało. A tu dostałem zakaz zbliżania się do ołtarza…

„TAK” – „TAK”, „…i nie dopuszczę Cię aż do śmierci”. Buzi, buzi, cyrograf i wiooo do sali balowej.

Matka ostrzegała mnie, by w domu weselnym rzucić się na jedzenie jak najszybciej. Żadne tam łażenia z kamerą, fotki, psotki, materiał na przebitki, bo zaraz zabiorą nam miski;) Wpadłem zatem do sali, wziąłem sobie ze szwedzkiego stołu kilka patyków nabitych piersią kurczaka i ledwie wpakowałem to sobie do żwacza, obsługa naprawdę wszystko pozabierała! Ot, w tymże miejscu, gdzie stały owe podgrzewacze z tym wszystkim, pieczywo, rzeźby z arbuza i talerze, oni umieszczają tort. I jak nie zdążyłeś chapnąć jedzenia, to poczekasz sobie z godzinę lub dłużej, aż będą przynosić jakieś posiłki.

Torty w USA są albo ładne albo dobre. Im ładniejsze, tym gorsze w smaku. A zatem nasz był pyszny, bo z polskiej piekarni. Tu naprawdę te wszystkie kejki, ciasta, donuty smakują jak łój bydlęcy. I co najgorsze, oni się tym łojem zachwycają, podczas gdy jak się da im coś naszego, polskiego, prawdziwego, pysznego, to dupy im nie urywa. A jakże można nie lubić naszego np. wafla przekładanego masą z mleka kondensowanego?

Pierwszy taniec, drugi taniec, 100-tny taniec. Danielek nie byłby sobą, gdyby nie zrobił jakiegoś niechcącego „dymu”. I tak było też tym razem. Ów dom weselny to wystawny moloch z kilkoma salami balowymi. W sali po lewej wychodziła za mąż królewna Randa (sławna rodzina posiadająca w strefie Detroit sklepy z warzywami i dobrami kulinarnymi z całego świata). W sali po prawej, wychodziła za mąż jakaś arabska księżniczka. Danielek ciekawy jak to wygląda po włosku i po arabsku, polazł ze swoją wielką lustrzanką i 4K kamerą do Włochów. Pofotografowałem te wszystkie cudeńka ciastkowe, te rzeźby z arbuzów i innych owoców, te 2-3 piętrowe torty, a nawet na koniec zapozowała mi sama królewna Randa.

I nagle krzyczy do mnie jakiś człowiek przemieniony w kalarepę. Gruby taki, że sam bym go przeskoczył łatwiej, niż obiegł. Drze ryja, co ja tu robię, skąd jestem, i czemu kręcę JEGO wesele? Ów koleś okazał się szefem firmy, która filmuje i fotografuje owo wesele, i wygląda mi wręcz na mafię filmową, która opanowała ów dom weselny w całości.
– Zwolnij Downa – mówię spokojnie. Jestem gościem z sąsiedniego wesela i przyszedłem tu gościnnie popatrzeć, jak bawią się Włosi.
– Wyjdź stąd i nie wracaj – wykrzyczała kalarepa.

Danielek dokończył filmowanie i wyszedł. Kalarepa zrobiła się czerwona na pysku. Oczywiście ktoś taki jak ja, o arabskiej duszy musiał także pójść na wesele odbywające się po prawej stronie naszej imprezki. Wesele arabskie. Znów aparat w dłoń, kamera na szyi i zapełniam GB kart pamięci… Mija minuta i kto staje w drzwiach? KALAREPA!

- Ja Cię zniszczę! Ciebie i Twoją kompanię. Już nie nakręcisz nigdy i nigdzie żadnego wesela – krzyczał Kalarepa robiąc się czerwony jak burak. A może to właśnie burak, a nie kalarepa?
– Nie strasz mnie, fatman, OK?! – odpowiedziałem odważnie. Jestem tu PRYWATNIE, jestem z Europy, chcę tylko pokazać znajomym, jak wygląda wesele w USA.
– Ty kradniesz prawa autorskie! Jak zobaczę te zdjęcia gdziekolwiek, to cię zniszczę! Ciebie i Twoją kompanię! Już nic nie nakręcisz! – krzyczał tą samą zdartą płytą Kalarepa i wybiegł z sali jak poparzony (wyobraźcie sobie wybieganie 200kg faceta!).

A ja, 71kg osobnik wyszedłem spokojnie. Przed salą stała zdziwiona pani z obsługi sali i zapytała, co się stało z Kalarepą? Po raz pierwszy widziała go tak wkurzonego i tak szybko się poruszającego.
Wytłumaczyłem jej, że jestem tu prywatnie i kręcę to dla siebie, że jestem z Rosji, że chcę pokazać znajomym w Moskwie, jak się bawią w Ameryce i nic więcej. A jak Kalarepa chce mi robić jakieś problemy, to mój prawnik z Little Russia chętnie z nim się spotka. Wróciłem na własne wesele, nerwowo zerkając, czy Kalarepa wparuje tu ze swoją ekipą (miał na tych dwóch weselach minimum 4 kamerzystów i 3-4 fotografów). Nikt jednak nie jest samobójcą, by zaczynać z Rosją wojnę za kilkaset MB filmu…

 

Młodzież sobie potańczyła, Para Młoda, tzn. Pan Młody dostał od przyjaciół prezent w postaci… tańca synchronicznego, trunki lały się strumieniami, jedzenie kiepskie jak Ferdynand z Polsatu (niedopieczone płaty wołowiny śmierdzące starą krową, oraz piersi kurczaka w sosie kwaśnym – okropieństwo!).

Nie wiem, co mój aparat i kamera w sobie mają, ale wszystkie babsztyle lgną do moich obiektywów jak ćmy do świec. Każda chce zapozować, mieć zdjęcie, focię, albo dać się nakręcić w 4K. Pewnie chodzi o to, że gdy mam mój shrekowy ryj zasłonięty aparatem lub kamerą wyglądam naprawdę zajebiście. Później, gdy odsłaniam twarz, wszystkie uciekają w popłochu. Przypomina mi się zawsze scena ze Shreka, gdy tenże ratuje Fionę z zamku smoka, a ta prosi go, by zdjął szyszak ze swojej zielonej dyńki.

Ot, i moje pierwsze amerykańskie wesele za mną. We sierpniu kolejne, we wrześniu jeszcze dwa. Może będą kolejne filmy:)

A za dni parę opiszę i puszczę film z Birmingham, MI. To będzie dowodem na to, że najlepiej jest być pięknym, młodym, bogatym i mieszkać w Birmingham, niż brzydkim, starym i biednym ze Sterling Hgts;)

  

1. Cięty z metra, za to po obwodzie mający ze dwa jardy pan Kalarepa.
2. Oto mój adres i numer. Mąż jutro wyjeżdża w delegację… zadzwoń. Ugotuję Ci lasagne. I ja tak mam ciągle. Shreki mają takie branie, bo każda myśli, że po pocałowaniu mnie w … czółko czy fiuta, zamienię się w pięknego księcia? NO FUCKN WAY! Tzn. non c’è modo una ragazza.
3. A takim kobietom jak ta, powinien być wydawany ZAKAZ wstępu na czyjekolwiek wesela… Dla komentatorów czy tu czy na FB, po podaniu e-maila, prześlę oryginał, tzn. link do chińskie serwera, gdzie nie działają ustawy o ochronie tego lub pstrego;)


  • RSS